Chanel „Allure Homme Sport”

Allure Homme Sport (2004)

Pięć lat po premierze męskiego Allure Chanel zaproponował wersję sportową zapachu. Formuła była dość prosta, a przez to całkiem efektowna. Do znanej z Allure mikstury Jacques Polge dodał cytrusy i nuty tzw. „wodne”. Wszystko to doprawił w otwarciu sporą dawką projektujących aldehydów (charakterystyczna cecha tego pachnidła) i kwiatu pomarańczy, a sfinalizował czystymi, detergentowymi piżmami. Zabieg ten dał w efekcie jedno z najlepszych i najbardziej popularnych męskich pachnideł ze sportowa etykietką. Allure Homme Sport ma w sobie ciepło i zmysłowość protoplasty, a jednocześnie zawiera świeżość wysokiej jakości detergentu. Zachowuje też przy tym nieco drzewny charakter, nie stając się jedynie kolejnym typowo wodno-cytrusowym świeżakiem. Jest wg mnie lepszym wcieleniem protoplasty. Jego bezwzględna mainsteramowość i stu procentowa przyswajalność, połączone z wyważonymi proporcjami składników, talentem Polge’a, chanelowską jakością, dobrą projekcją i „sportową” trwałością (ok 5-6 godzin) uczyniła ten zapach niesamowicie popularnym. Z kolei właśnie ta dwoista świeżo-zmysłowa natura powoduje, że jest on niezwykle uniwersalnym i bardzo wdzięcznym w noszeniu nowoczesnym męskim zapachem. Podstawowym minusem Allure Homme Sport jest paradoksalnie jego popularność, a jej skutkiem ubocznym – ogromna liczba dostępnych na rynku podróbek. Należy więc zachować szczególną ostrożność, kupując ten zapach poprzez Internet.

nuty górne: aldehydy, mandarynka, pomarańcza, nuta wodna

nuty środkowe:  czarny pieprz, neroli, cedr

nuty głębi: tonka, wetiwer, ambra, białe piżmo

twórca: Jacques Polge

rok wprowadzenia: 2004

moja klasyfikacja: uniwersalny casual bez względu na wiek i okoliczności

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 4/ flakon: 4

Reformulacja klasyków. Kontrowersyjna, ale nieunikniona.

Kontrowersyjny temat reformulacji perfum jest jednym z najmocniej dyskutowanych wśród tzw. perfumomaniaków. Nic w tym dziwnego, skoro nasze ulubione zapachy, nierzadko używane od wielu lat, kupione dziś pachną często wyraźnie inaczej niż w przeszłości. Osoby zorientowne w temacie, o wyczulonym zmyśle powonienia, z reguły zauważają te różnice. Przeciętnemu nabywcy mogą one jednak umknąć. Producenci starają się bowiem, by zmiany przeszły niezauważone i często im się to udaje. Czasem nowe wersje bliskie są pierwotnym i wielkiej szkody nie ma. Jednak często zmiany są zbyt ewidentne.

Wbrew obiegowym opiniom, jakoby reformulacje miały służyć uwspółcześnieniu starych klasyków tak, by te łatwiej zdobywały serca współczesnych, przyzwyczajonych do miałkości konsumentów, prawda wydaje się być inna i znacznie bardziej prozaiczna. Dwa najważniejsze i praktycznie zawsze występujące przyczyny zmieniania formuł perfum to: presja na obniżenie kosztów pachnącej esencji oraz spełnienie coraz to nowych wymagań ograniczających stosowanie wielu tradycyjnych składników perfum (zwykle naturalnego pochodzenia). Oba aspekty mają w tle pieniądze, co wydaje się być w dzisiejszych czasach oczywiste. Niestety…

Konkurencja i ogólna tendencja do zwiększania dostępności markowych perfum poprzez obniżanie ich cen powodują, że współcześni perfumiarze stają niejednokrotnie przed karkołomnym zadaniem potanienia receptury, co praktycznie zawsze odbija się na jakości perfum i ich charakterze.  Na potwierdzenie tego przytoczę słowa Ralpha Schwiegera – jednego z współczesnych perfumiarzy:

„RS: Największym problemem jest posiadanie coraz to mniejszych funduszy na „pozwalanie sobie” w kwestii składników. Wyzwaniem nie jest ich dostępność, ale możliwość finansowego pozwolenia sobie na nie. Regulacje europejskie nie są wyzwaniem dla nowych kreacji, ponieważ jest jeszcze wciąż wiele nieodkrytych ścieżek, ale odtworzenie istniejącego już zapachu bez odpowiednich składników jest czasem bardzo trudne. Zestaw to z ograniczeniami finansowymi, a zrozumiesz, dlaczego niektórzy nie poznają swych ulubionych klasycznych pachnideł po ich reformulacji (…)”

Także pomysły IFRA (Międzynarodowe Stowarzyszenie Producentów Perfum), które to forsuje w Europejskim Parlamencie, tak naprawdę biorą się wg mnie z chęci zarabiania przez wielkie koncerny chemiczne, syntetyzujące zapachowe składniki. Pod płaszczykiem rzekomych własności uczulających drastycznie obostrza się użycie m.in. np. mchu dębowego (Evernia prunastri), integralnego składnika akordu chypre, ale i jednej z najpopularniejszych perfumowych ingrediencji w ogóle, więc perfumiarze muszą szukać alternatywnych, zwykle właśnie syntetycznych substancji i to często wcale nie wśród tych najlepszych, przez co najdroższych (niektóre syntetyki pachną zachwycająco i kosztują krocie), bo wciąż trzeba pamiętać o presji cięcia kosztów.

Efekty tych niecnych zabiegów znam doskonale z autopsji. Oto jeden z nich. Niegdyś jedno z moich większych perfumowych odkryć, wspaniałe i jedyne w swoim rodzaju Grey Flannel Geoffrey Beene.

Ostatnio postanowiłem uzupełnić zapas Grey Flannel, bo moje 30 ml jest już tylko do połowy pełne. Nie używam go często, ale mam do niego ogromny sentyment. Opiszę krótko, co się okazało, gdy otrzymałem i przetestowałem nowy flakon, wyprodukowany w 2011 roku. Płyn w środku jest bezbarwny. W mojej starej 30-ce, która pochodzi z 2004 roku, kolor płynu jest lekko żółty. Co jednak najważniejsze, stary GF pachnie inaczej. Wg mnie lepiej, głębiej i cieplej. Wyraźniej czuć w nim goździk i naturalny (!) mech dębu. W nowym tego nie ma. Jest za to ładniejsze, bardziej świeże otwarcie (w starym też mogło być, tyle że z racji wieku zapach ulegał maceracji i nuty górne mogły zmniejszyć swój udział, co jest naturalne).  Nowa wersja ma też wyraźną nutę jaśminową w sercu, czego nie znajduję w staruszku. Jakieś 4 lata temu podarowałem swemu bratu zużyty w 25% flakon 120 ml GF. Brat ma go do dziś. Data produkcji to 2006 rok. Płyn jest żółty. Czy te ewidentne różnice w kolorze oraz nieco bardziej subtelne w zapachu to jedynie efekt związany ze starzeniem się mieszanki? Śmiem w to mocno wątpić (choć do końca nie wykluczam).

Czy wobec tego nowa wersja Grey Flannel pachnie źle? Tego nie mogę powiedzieć. Pachnie bardzo dobrze, choć bardziej świeżo i bardziej płasko niż stara. Choć przyznam, że koniec końców w bazie oba pachnidła są już niemal identyczne. Co ciekawe, nowa wersja jest też trwalsza niż stara.

Nie upierałbym się tak przy swoich reformulacyjnych domniemaniach, gdyby nie kolejne przykłady, które mogę ostatnio samemu przeanalizować. Oto jedno z nasławniejszych męskich pachnideł Antaeus Chanela. Swego czasu ulubione perfumy akotra Jana Nowickiego. Ciekawe, czy współczesns wersja jeszcze mu pasuje? Bowiem wersja sprzed zmian nie dość, że (znowu!) posiada nasyconą żółtą barwę, to jeszcze ma wyraźnie lepszą projekcję, trwałość, no i przed wszystkim pachnie pełniej, bardziej bogato i wielowymiarowo, jest zdecydowanie bardzie zniuansowana. Wyraźnie wyczuwam w niej zarówno jakże charakterystyczny wosk pszczeli, jak i organiczną nutę castoreum. Wersja aktualna ma barwę transparentną, bez żółtego odcienia i sprawia wrażenie rozcieńczonej i unowocześnionej, jakby z premedytacją pozbawionej retro sznytu i fizjologicznych nut poprzednika, które przecież czyniły z niego to, czym był. Reformulacja Antaueusa jest zdecydowanie bardziej wyczuwalna i ewidentna, niż przypadek Grey Flannel. Antaeus wg mnie wiele stracił na tych zmianach, choć obiektywnie muszę przyznać, że jest wciąż bardzo męskim i bardzo dobrym pachnidłem, które – paradoksalnie – może w tej „lżejszej” wersji bardziej odpowiadać potencjalnemu współczesnemu użytkownikowi, pod warunkiem, że nie jest zawziętym fanem wersji pierwotnej.

Zmianom poddano bowiem również słynnego Kourosa YSL. Także w tym przypadku różni się on barwą płynu (nowy wpada w barwę rdzawą, podczas gdy stary jest ciemno-żółty). Sam zapach w wersji vintage okazał się przede wszystkim bogatszy w fizjologiczny cywet, który w tej wersji dochodzi  znacznie szybciej do głosu. W nowej wersji cywetu jest zauważalnie mniej, zaś akord serca chwilami przywodzi skojarzenia z Adidas Active Bodies (!). Co ciekawe na papierku testowym nowy Kouros wypada gorzej od starego, który pachnie pełniej, bardziej naturalnie i dłużej. Na skórze te różnice są już mniej zauważalne i uważam, że reformulacja Kourosa nie była aż tak druzgocąca, jak Antaeusa. Kourosa uczyniono trochę mniej kontrowersyjnym, ujmując nieco jego fizjologicznego, brudnego akcentu, ale całość zachowała swój nieprzejednany charakter.

Oczywiście przypadki cichej reformulacji klasyków można by tu mnożyć (choćby legendarny M7 YSL, któremu w przeszłości prócz formuły przemodelowano także nieco flakon), o czym bez najmniejszego problemu dowiemy się czytając słynne forum Basenotes. Warto też przywołać zmiany bardziej udane i zrobione w sposób daleko bardziej elegancki, bo oficjalny. Mam tu na myśli bardzo udane, najnowsze wcielenie M7 w postaci Oud Absolu. Ale to już temat na jeden z następnych wpisów.

Co my – klienci – możemy w tej sytuacji zrobić? Szczerze mówiąc niewiele. „Gmeranie” w recepturach perfum jest już zjawiskiem powszechnym i właściwie nieodwracalnym. Będzie miało miejsce i nie uciekniemy od tego. Póki co wciąż jeszcze możemy poszukać starych wersji, głównie w sklepach internetowych lub na portalach aukcyjnych, jednak wraz z upływającym czasem ich znalezienie będzie coraz trudniejsze. I trzeba się z tym będzie niestety pogodzić. Taka jest smutna prawda.

Chanel „Allure Homme” – politycznie poprawny męski powab

Dawno, dawno temu, udzielając się na jednym ze znanych serwisów kosmetycznych, w dziale perfum męskich popełniłem kilkadziesiąt krótkich recenzji na ich temat. Później dały one początek mojemu poprzedniemu blogowi Perfumum dla mężczyzn. Wówczas to „zrównałem z ziemią” zapach, który dla wielu mężczyzn okazał się być ich ulubionym. Chanel Allure Homme (allure z ang. – powab) wciąż sprzedaje się dobrze i ma szerokie grono wielbicieli, wywodzących się raczej z grona „zwykłych” użytkowników, aniżeli perfumowych koneserów. Nie można go jednak  ignorować. Postanowiłem więc „przyjrzeć” się jeszcze raz – po kilku latach – tej pochodzącej z 1999 roku kompozycji Jacquesa Polge’a i moją lakoniczną ówczesną „recenzję” zastąpić czymś nieco bardziej wnikliwym i rozbudowanym, a także może i bardziej sprawiedliwym.

Allure Homme to perfumy zrobione wg wszelkich prawideł politycznej zapachowej poprawności. Już out of the bottle perfumy te są tym, czym będą przez następne kilka godzin na skórze. Zapach nie wykazuje zbytniej ewolucji i przez cały czas zachowuje swój charakter. Jaki? Wg mnie Allure Homme to mocno syntetyczny, przyprawowo-drzewny fougere, gdzie przyprawy to w zasadzie jedynie wyczuwalny po kilkudziesięciu minutach po aplikacji subtelny pieprz jamajski, czyli znane nam ziele angielskie, a drzewa to syntetycznie pachnący niby-sandałowiec i niby-cedr. Wszystko to osadzone jest na bazie z bobu tonka (wyczuwalnego praktycznie niemal od początku, ale „osamotnionego” na sam koniec) i doprawione ethyl maltolem lub podobną słodko-karmelowo-sandałowo pachnąca molekułą. Allure ma bardzo grzeczną, dość słabą projekcję, dobrą 9-10 godzinną trwałość i delikatną moc, pozwalającą na dość obfitą aplikację. To zresztą wg klucz do czucia tego zapachu na sobie. Trzeba się nim naprawdę sowicie spryskać, bez obaw przed przedawkowaniem, bo zapach jest tak skonstruowany, że o to bardzo trudno. Zresztą – co ciekawe – na swej oficjalnej amerykańskiej stronie Chanel pisze o Allure Homme: „Świeża i męska formuła przeznaczona do spryskiwania całego ciała”. Coś w tym jest. Mam wrażenie, że Allure skomponowany został właśnie po to, by podbić amerykański rynek, gdzie tego typu subtelne, grzeczne i kojarzące się z czystością zapachy stanowią wzorzec męskich perfum. Tak czy inaczej – Allure Homme wymaga swobodnego traktowania atomizera. Wtedy dopiero ten zapach daje się poznać.

Wg mojej oceny Allure Homme to najmniej udane męskie pachnidło Chanela. Już jego następca Allure Homme Sport, a także wersja Edition Blanche stanowią zdecydowanie bardziej udane perfumeryjne byty. Temat podjęty przez Polge’a w Allure Homme pojawił się w wielu męskich perfumach szeroko pojętego massmarketu, a w kilku z nich został przedstawiony znacznie ciekawiej – choćby w Armani Black Code. Mimo to – przy wciąż krytycznej ocenie Allure jako kompozycji perfumiarskiej – jestem w stanie zrozumieć jego popularność. To prawdziwe „poprawne polityczne” perfumy, idealne po to, by mężczyzna pachniał subtelnie, nie zwracając przy tym zbytnio niczyjej uwagi. Dla mężczyzn, którzy nie są zbyt przekonani do noszenia perfum, nie „wnikają” w ten temat, lecz mimo to chcą czegoś używać, by pachnieć.  Stąd to idealny zapach „korporacyjny”. Wreszcie to doskonały materiał na bezpieczny perfumowy prezent dla mężczyzny. Co nie zmienia mojej opinii, że Allure Homme pozostaje grubo poniżej możliwości Chanela i samego Polge’a jako kreatora perfum, zarówno pod względem samej – płaskiej i miałkiej – kompozycji, jak i jej jakości. Te perfumy nie dorównują niestety nawet propozycjom Hugo Bossa czy Lacoste. I nie jest to z mojej strony zarzut, tylko subiektywna opinia, której już raczej nie zmienię.

nuty górne: bergamotka, mandarynka, cytryna

nuty środkowe: pieprz jamajski

nuty dolne: wetiwer, paczula, drewno sandałowe, drewno cedrowe, fasola tonka, labdanum

twórca: Jacques Polge (m.in. Chanel Antaeus, Pour Monsieur Concentree, Allure Homme Sport, Egoiste, Platinum Egoiste, Bleu de Chanel)

rok wprowadzenia: 1999

moja klasyfikacja: nowoczesny, „poprawny politycznie” syntetyczny zapach przyprawowo-drzewny, uniwersalny, całoroczny, nie narzucający się, dość nijaki

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 3/ moc: 3,5/ trwałość: 4,5/ flakon: 4

Chanel Les Exclusifs „Sycomore”

Perfumowa pasja jest swego rodzaju samonapędzającą się machiną. Jako entuzjasta tematu mam zawsze w głowie dynamicznie zmieniającą się listę zapachów, które chcę poznać oraz listę zapachów pożądanych (ostatnio widoczną na moim blogu po prawej jego stronie), które poznałem, i które podobają mi się do tego stopnia, że chciałbym nabyć pełen ich flakon. Pewna łapczywość w odkrywaniu nowych pachnideł jest chyba wpisana w tę pasję. Gdzieś w tle tego funkcjonuje przekonanie, że wszystko to po to, żeby w końcu znaleźć ten jeden jedyny zapach, który pozytywnie przewróci mój olfaktoryczny świat do góry nogami i spowoduje, że nic już nie będzie takie, jakie było dotąd. Mój zapachowy Graal. Oczywiście jest to jakaś forma oszukiwania się, bowiem taki zapach nie istnieje w rzeczywistości. Istnieje natomiast w marzeniach i to on napędza całą tę machinę. Ważne jest przecież, by gonić króliczka, a nie by złapać go. Prawda?

Piszę o tym przy okazji zapachu, który pragnąłem poznać jak chyba żaden inny dotąd, i który miał stać się tym moim jedynym (sic!). Chanel Sycomore z butikowej linii Les Exclusifs. Przekleństwo perfumistów, czyli internetowe recenzje (tak, tak!) podgrzały atmosferę do czerwoności, szczególnie, że wg nich to zapach zdominowany przez nutę wetiweru. A to działa na mnie jak lep na muchę. Jedyne, co mnie nieco martwiło, to pojawiające się bardzo częste porównania do Encre Noire Lalique, który – przy całym do niego szacunku – wciąż pozostaje dla mnie zapachem, który wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Ale z doświadczenia wiem, że należy wyrabiać sobie zdanie na bazie własnych doświadczeń, opinie innych traktując jednak li tylko jako ich subiektywne zdanie. W końcu, po długim czasie wypatrywania tych wręcz niemożliwych do kupienia w Polsce, a i nie tak łatwych do nabycia za granicą perfum, udało się. Sycomore dotarło i stanęło przed mną na biurku. I co?

Nie będzie zachwytów, „ochów” i „achów”. Będzie raczej rzeczowa recenzja. Nie żeby Sycomore mi się nie spodobał. Nie. To świetne pachnidło. Ale w szczególlny zachwyt także mnie nie wprawiło. O tym dlaczego – poniżej.

Po pierwsze Sycomore to rzeczywiście wetiwerowiec. Wyjątkowo gładka i miękka nuta trawska ciągnie się od samego początku aż do samego końca. Za to „wielki plus”, bo tego właśnie oczekiwałem. Na mojej wetiwerowej mapie umieściłbym Sycomore faktycznie w pobliżu Encre Noire, bliżej nawet Vetiver Extraordinaire Frederica Malle. Nieco dalej, ale wciąż dość blisko jest niedoceniane a świetne Vettiveru Comme des Garcons (choć ten jest „jaśniejszy” i bardziej cytrusowo-słony). Widać więc, że Sycomore mieści się w gatunku wetiwerowców „prostych” i bezpośrednich, nie udziwnionych. Trzymając się dalej porównania do Encre Noire – na szczęście dla mnie – Sycomore nie ma w sobie tej kwaśno-pleśniowej, irytującej mnie nuty obecnej w zapachu Lalique. Przyznam też, że testy ręka w rękę ujawniły, jak w sumie płytkim (choć interesującym) zapachem staje się Encre Noire po kliku godzinach od aplikacji na skórze. Sycomore ma zdecydowanie dłuższy „skórny” żywot i choć niemal nie ewoluuje (to jednak klasyczny „jednonutowiec”), to smuży subtelnie nawet wówczas, gdy po Encre Noire nie ma już śladu. Kaszmirowe, „ciemne” w zapachu drewno Encre Noire i delikatny, kremowy, aksamitny sandałowiec w Sycomore to elementy, które chyba najbardziej odróżniają obie kompozycje, pominąwszy nieco inny charakter wetiweru w obu pachnidłach. Czuję w tym zapachu doskonałe składniki i kompozycję zrobioną bardzo ostrożną ręką. Czuję raczej mistrzowski minimalizm godny J.C. Elleny, aniżeli popis maksymalistycznej wirtuozerii. Wszystkie inne składniki są tu na usługach boskiej wetywerii. Z początku niesie ją w przestrzeń różowy pieprz. Później jagody jałowca dodają jej zielonej głębi, aż w końcu drzewna baza sandałowca i cyprysa umacnia ją na skórze. Wetiwer jest więc obecny przez cały czas, co mnie niezmiernie cieszy. Testy na tkaninie wykazały też sporą zawartość ISO-E-SUPER, które ujawnia się w finiszu, ale którego nie poczujemy tak wyraźnie, gdy mamy perfumy na sobie.

Jedyny, absolutnie jedyny, zarzut jaki mam do kompozycji Sheldrake’a i Polge’a to jej średnia moc. Sycomore, jak każde inne perfumy z linii Les Exclusifs, nie są  adresowane do konkretnej płci. Wśród perfumowych Internautów panuje opinia, że jest to jednak zapach skierowany bardziej w stronę kobiet. Mogę się z tym poniekąd zgodzić, ale tylko pod względem jego zwiewności, która bardziej licuje paniom (szczególnie, że sama nuta wetiweru, choć tu niezwykle aksamitna, nie jest postrzegana jako stricte kobieca). Jako męskie pachnidło Sycomore ma wg mnie za mało charakteru i mocy. Gdyby ten zapach było o 50% mocniejszy, bardziej projektujący, stałby się dla mnie bezdyskusyjnie wetiwerowym numero uno. Mając to wszystko na uwadze sadzę, że Sycomore znacząco lepiej sprawdzi się w ciepłe i upalne dni, gdy wysoka temperatura zmusi szlachetne molekuły to żwawszego tańca. Stąd póki co odkładam Sycomore na wiosnę i lato, na jesień i zimę wybierając wetiwer mocniejszy, doprawiony i bardzo męski, świetny Le Vetiver marki Lubin.

Kolekcja Les Exclusifs miała swój początek w 2007 roku, kiedy to Chanel wprowadził do swej oferty serię perfum inspirowanych życiem Coco Chanel i miejscami, które odwiedzała i które miały dla niej szczególne znaczenie. Część tej kolekcji to nowe wersje nieco zapomnianych pachnideł z przeszłości (np. właśnie Sycomore), a część to zupełnie nowe kompozycje. Wieść niesie, że w 1930 roku Mademoiselle marzyła o perfumach drzewnych, które by się wyróżniały. W efekcie powstały Sycomore: wytrawne, dystyngowane i potężne. Jacques Polge odtworzył to pachnidło we współczesnej wersji. Sycomore jest odzwierciedleniem pragnienia samej Coco Chanel, by tworząc perfumy umieścić w nich najlepsze składniki, jednocześnie możliwie maksymalnie ograniczając kwestie formy ich opakowania. I rzeczywiście. Sycomore robi wrażenie jakością składników i zręczną kompozycją, ale i niezwykle elegancką powściągliwością zarówno samego zapachu jak i jego opakowania. Flakon jest klasycznie chanelowski, prosty, żeby nie powiedzieć ascetyczny i niezmiernie elegancki. Etykieta to chyba szczyt minimalizmu, zaś magnetyczny korek jest masywny i wykonany z najlepszej jakości tworzywa sztucznego. Ale i tak tu liczy się zawartość, a nie opakowanie. Rewelacyjnie prezentująca się w butli z transparentnego szkła słomkowej barwy ciecz to prawdziwa estetyczna uczta zmysłów.

O ile zapach Sycomore zasługuje wg mnie na wysoką ocenę, to jednak perfumy te nie zachwyciły mnie. To bardzo dobre pachnidło – w swym gatunku. Ale moje oczekiwania były nieco inne. Spodziewałem się jednak czegoś mocniej zbudowanego, uderzającego, projektującego. Zamiast tego otrzymałem subtelny i powściągliwie elegancki wetiwer. To jednak i tak sporo. Ale wciąż nie wystarczająco, by szczycić się mianem wetiwerowca nr 1.

nuty górne: wetiwer, różowy pieprz

nuty środkowe: wetiwer, jałowiec

nuty bazy: wetiwer, cyprys, drewno sandałowe

twórca: Jacques Polge/ Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2008

moja klasyfikacja: prosty, elegancki i ekskluzywny zapach; raczej na ciepłe pory roku; uniseks ze wskazaniem na mężczyzn, choć jego subtelność może znaleźć uznanie kobiet

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 3,5/ trwałość: 4/ flakon: 6

Chanel „Pour Monsieur”

Nigdy nie miałem wątpliwości co do tego, że marka Chanel na rynku perfum to ścisła czołówka. Także w zakresie pachnideł dla panów ta legendarna francuska firma trzyma wysoki i dość równy poziom, mimo zmieniających się na przestrzeni kilkudziesięciu lat trendów. A trzeba wiedzieć, że już od ponad 30 lat za perfumy Chanel odpowiada ten sam człowiek – Jacques Polge. To on w  1978 roku zajął miejsce swego poprzednika, Henri Roberta, który z kolei wiele lat wcześniej zasiadł w fotelu Ernesta Beaux – autora m.in. największego w całej historii perfum sukcesu komercyjnego – No. 5. Przez wiele lat z Jacquesem Polgem pracował uzdolniony Francois Demachy (obecnie Dior/ LVMH), a dziś robi to Christopher Sheldrake – ten sam, który przyłożył się do wielu wspaniałych kompozycji Serge’a Lutensa.

Wracając do Polge’a, trzeba mu oddać, że w sposób niezwykle zręczny wpasowuje się ze swoimi perfumami w aktualnie panujące trendy, utrzymując charakterystyczną dla Chanela bezdyskusyjnie wysoką jakość. Polge zaczął przecież od jakże przepotężnego Antaeusa w 1981, a nie dalej jak w zeszłym roku z jego pracowni wyszedł Bleu de Chanel. Wystarczy porównać oba diametralnie różne pachnidła (a każde jest doskonałym odzwierciedleniem panujących w danym momencie zapachowych trendów), by zrozumieć, jak wybitnym rzemieślnikiem i artystą zarazem jest Polge i z jaką uwagą śledzi zmieniające się zapachowe gusta, a także jak idealnie potrafi na nie odpowiedzieć. Chanel znany jest z raczej rzadkich premier męskich zapachów. Ostatnimi czasy ulega to co prawda stopniowym zmianom, ale wciąż – na szczęście – nie należy on do czołówki zalewającej rynek nowościami. Poza tym, jak rzadko która marka, nie wycofuje z rynku swych pachnideł (wyjątkiem Antaueus Sport). Współcześnie możemy w perfumerii nabyć właściwie każdy zapach z jego historycznej oferty. Uważam, że to praktyka godna pochwały, ale także dowód na to, że zapachy Chanela są niezwykłe i doskonale opierają się zmieniającym modom, znajdując w każdym pokoleniu rzeszę wiernych nabywców. Gigantyczna siła tej marki także nie jest tu bez znaczenia.

Z męskiego punktu widzenia wszystko zaczęło się w 1955 roku, gdy ówczesny nos Chanela, niezwykle zdolny Henri Robert stworzył pachnidło dla panów pod nazwą Pour Monsieur. Na rynku brytyjskim zapach ten miał zmienioną nazwę – A Gentleman’s Cologne, zaś w USA Chanel for Men. Zapach ten podobno uległ istotnej reformulacji w 1988 roku (choć Chanel zaprzecza), od kiedy to dostępny jest pod jedną nazwą Pour Monsieur. Do dziś obecny na perfumeryjnych półkach wciąż znajduje swoich amatorów, a przez niemal 25 lat (do premiery Antaeusa w 1981 roku) był jedynym pachnidłem męskim marki (!). Henri Robert jest także twórcą takich doskonałych i legendarnych chanelowskich pachnideł, jak No. 19 (1970) czy Cristalle EDT (1974).

Luca Turin w swym perfumowym przewodniku dał Pour Monsieur najwyższą ocenę i opisuje go jako wzorcowy męski szypr. Rzeczywiście w perfumach tych znajdziemy podstawowe szyprowe ingrediencje: bergamotkę, labdanum i mech dębu. Ale nie tylko. Akord otwarcia jest niezwykle orzeźwiający i słodko-cytrusowy. Od razu także czujemy zawarte w formule przyprawy (kardamon, kolendra, imbir) użyte w niezwykle ostrożny sposób, tak że nie biorą góry, stanowiąc bardzo solidne, istotne i wyczuwalne tło.  Lżejsze cytrusowe nuty uchodzą w dość krótkim czasie, gdy na skórze pozostaje delikatna warstwa przyprawowa osadzona na nieco szorstko-słodkiej nucie labdanum. Zapach kończy bardzo bliskoskórny akord z przewagą mchu dębowego oraz odrobiną cedru.

……nienaruszalna męska zapachowa przystań……..

Co takiego ma w sobie Pour Monsieur, że się nie starzeje? Co stanowi o tej ponadczasowej sile dzieła Henri Roberta? Moim zdaniem składa się na to kilka elementów. Pierwszy to niezwykłe wyważenie kompozycji i pozbawienie jej „trudnych” akcentów. Pour Monsieur nie epatuje żadnymi nutami, które mogłyby być niejednoznacznie odebrane, archaiczne czy trudne do zaakceptowania dla potencjalnego użytkownika. Oczywiście nie wykluczam, iż na przestrzeni lat kompozycja została poddana mniej lub bardziej subtelnym „dostrojeniom”, reformulacjom, które z jednej strony być może pozwoliły uczynić ten zapach bardziej akceptowalnym dla współczesnych, a z drugiej dostosować się do regulacji prawnych w zakresie ograniczeń stosowania niektórych składników (IFRA). Choćby mech dębu, którego stosowanie jest bardzo ograniczone, więc albo został on tu zastąpiony zbliżonym olfaktorycznie odpowiednikiem, albo ograniczono jego zawartość. Mimo wszystko perfumy te zdają się także poprzez ich świeżo-cytrusowo-przyprawowy i nienachalny charakter nienaruszalną męską olfaktoryczną przystanią, do której w każdej chwili można wrócić, gdy poczujemy się przytłoczeni ogromem zapachowych możliwości współczesnego świata. Dokładnie tę samą właściwość ma moim zdaniem Eau Sauvage.

Kolejnym elementem stanowiącym o ponadczasowości  Pour Monsieur jest jego niezwykle stonowana moc i projekcja. Luca Turin wspomina, że pachnidło Henri Roberta jest wzorcowe także pod względem jego obecności na noszącym. Jest to delikatna, ale stała i wyczuwalna projekcja, uzupełniająca mężczyznę, a nie go zastępująca. Raczej relaksująca, niż tworząca napięcie, pełna elegancji, pewności, równowagi i spokoju. Wszystkiego, czym powinien charakteryzować się mężczyzna.  Mimo to jest w Pour Monsieur wyczuwalna  „melodia z delikatnym uśmiechem”.

Seledynowy płyn zamknięto w bardzo eleganckim i charakterystycznym dla Chanela flakonie (ten sam kształt, nawiązujący do klasycznej chanelowskiej szminki, ma czarna butla Antaeusa), który idealnie leży w dłoni i jest prawdziwie pięknym przykładem stonowanej elagancji i męskiej solidności. Flakon jest wg mnie rewelacyjny i świetnie prezentuje się na półce, wyróżniając się spośród innych właśnie tą chanelowską prostotą i elegancją. Zresztą już samo logo Chanela i użyta czcionka to dla mnie mistrzostwo świata.

Osobiście przyznam, że o ile jestem w stanie zaakceptować tę niezwykłą grzeczność Pour Moniseur, o tyle jego mizerna trwałość jest już dla mnie pewnym problemem i stawia go – nie tylko pod tym względem – na równi z inną wspomnianą już legendą – Eau Sauvage Diora. Te zapachy mają zresztą ze sobą bardzo wiele wspólnego. Lubię Eau Sauvage (choć preferuję wersję Extreme), ale przede wszystkim podziwiam je jako dzieło przełomowe, legendarne i wybitne w swoim czasie. No i także używam go, szczególnie dla umilenia sobie wieczorów po kąpieli, a przed snem. Dokładnie ten sam los czeka Chanel Pour Monsieur. Los towarzysza domowych jesiennych i zimowych wieczorów. Nim bowiem zapadnę w głęboki sen, zapach zniknie…

Nuty głowy: bergamotka, neroli, pomarańcza, werbena

Nuty serca: kardamon, kolendra, bazylia, imbir

Nuty bazy: labdanum, mech dębu, cedr

twórca: Henri Robert

rok wprowadzenia: 1955

moja klasyfikacja: ponadczasowy, dyskretnie elegancki i subtelny zapach dla dojrzałego mężczyzny, który ceni sobie perfumy tradycyjne i nie narzucające się

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 3/ trwałość: 3/ flakon:6

Chanel „Platinum Egoiste”

Następca klasycznego Egoiste z 1990 roku zdobył zdecydowanie większe uznanie mężczyzn na całym świecie. Czy słusznie? Na to pytanie być może uda mi się odpowiedzieć w tym wpisie.

Na wstępie warto nadmienić, że nad zapachem pracowało dwóch perfumiarzy. Oprócz Jacquesa Polge’a w tworzeniu Platinum asystował mu niejaki Francois Demachy – obecny nadworny nos Diora i szerzej człowiek odpowiedzialny za kwestie perfum w całej grupie LVMH (Louis Vuitton & Moet Hennessy). W tej więc chwili szycha najwyższch lotów w grupie dóbr luksusowych, ale przede wszystkim Mistrz perfumiarstwa. Przekonał mnie o tym już niejednokrotnie, a kolejnym dowodem jego kunsztu jest moim zdaniem najnowsza odsłona Fahrenheita – Aqua. Ale o tym w którymś z kolejnych wpisów.

Dlaczego wspominam o Demachy’m w aspekcie Platinum? Bo czuję w nim wyraźnie jego rękę. Wystarczy choćby porównać go z Dior Homme Sport, by zauważyć analogię. Oba pachnidła mają wspólną cechę w postaci wibrującej, ziołowej, świeżej natury oraz tej szczególnej, bardzo męskiej ziołowo-zielonej aury, która nieprawdopodobnie niesie się za nosicielem, na każdym kroku dając o sobie znać. O ile w Dior Homme Sport rządzą cytrusy i imbir, o tyle w Platinum mamy petit grain i szałwia. Jednak dzielą one kilka innych ważnych składników: rozmaryn, lawenda, wetiwer, cedr, co niewątpliwie ma wpływ na pokrewieństwo obu kompozycji.

Po bardzo ostrym, niesamowicie orzeźwiającym początku z cudnie zielonym liściem pomarańczy, rozmarynem i lawendą, zapach osiada na skórze i odsłania swoje ziołowo-zielone serce, w którym ową ziołowość powoduje szałwia, zaś zieloność – galbanum. Ta niesamowita żywica, zwana „zielonym kadzidłem”, w naturze pachnąca jak 1000 krotnie skoncentrowany sok wyciśniety ze świeżej fasolki strączkowej, odciska tutaj swoje wyraźne, nieco gorzkawe, nieco cierpkie piętno. Cierpkość to dobre określenie na to, co dzieje się w sercu Platinum, które zresztą trwa, zdawać by się mogło, bez końca. W fazie bazy w sumie niewiele się zmienia, zapach stopniowo wygasa na skórze, od czasu do czasu dając o sobie znać strzykając drobnymi igiełkami cedru zanużonymi w wytrawności dębowego mchu i wetywerii. Całość stanowi zamkniętą i zwartą opowieść. To obecnie dla mnie jedne z najlepszych dostępnych męskich perfum tzw. mainstreamu. Dziś to wiem, po latach niesprawiedliwego umniejszania wartości Platinum, kosztem klasycznego Egoiste’a, (którego zresztą uwielbiam, tyle że za zupełnie inne cechy). Słowem – dojrzałem do niego. Mea culpa!

Mało jest na rynku perfum męskich, które tak udanie łączyłyby wyrafinowane nuty z absolutnie rewelacyjnymi właściwościami użytkowymi: doskonałą projekcją, ponad 10-cio godzinną trwałością i ogólnie rzecz ujmując wyczuwalną wysoką jakością zarówno składników jak i samej kompozycji. Aura, jaką wokół noszącego rozpościera Platinum jest zaiste szczególna, supermęska, elegancka, świeża, czysta i pełna klasy. Pod tym względem przypomina mi Declaration Cartiera. Mistrzowski perfumiarski duet stworzył idealne, nowoczesne jak na tamte czasy męskie fougere, które stało się absolutną klasyką i znalazło swe doczesne miejsce w garderobach wielu facetów na całym świecie. Platinum ma w sobie ponadczasowy pierwiastek męskości i starzeje się moim zdaniem lepiej od starszego brata. Mnie przekonał po kilku całodniowych, globalnych testach. Testy nadgarstkowe nie oddają sprawiedliwości, mocy i doskonałości tego zapachu. Żeby go dobrze poznać, trzeba po ponosić. Ale tak chyba jest z każdymi perfumami, nieprawdaż?

W swym charakterze bezsprzecznie mainstreamowy Platinum pozostaje jednocześnie doskonałym męskim pachnidłem typu casual. Nie dziwi mnie zupełnie jego popularność

Flakon klasyczny dla Chanela – prostota i elegancja. Klasa sama w sobie.

nuty otwarcia:  rozmaryn, lawenda, liść gorzkiej pomarańczy

nuty rozwinięcia: galbanum, szałwia, geranium

nuty finiszu: labdanum, mech dębu, wetiwer, cedr

twórca: Jacques Polge/ Francois Demachy

rok: 1993

moja klasyfikacja: świeży, ale niebanalny, pełen klasy, bardzo elegancki i dający znać o sobie. Mężczyzna w niego ubrany nie pozostanie niezauważony. Gwarantuję to.

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5 / trwałość: 5/ flakon: 5

Bleu De Chanel

No dobrze… Nadszedł czas, by napisać kilka zdań o tym, jaki właściwie jest ten zapach. To prawda, że Bleu nie zachęcił mnie po pierwszych testach. Nie ma w Bleu nowatorstwa, nie ma nawet nawet krzty oryginalności. Bleu to kolejny aromatyczno-drzewny świeżak z syntetycznym cytrusowym początkiem, imbirowo-cytrusowym sercem i ambrowo-piżmowym, syntetycznym finiszem. Poza tym Bleu to klon Dior Homme Sport. Mam wrażenie, że kompozycja Demachy’ego pod pewnymi względami nawet przewyższa dzieło Polge’a. No i przede wszystkim była pierwsza. Wszystko to prawda, ale…

Czy to znaczy, że Bleu jest zły?

Dałem Bleu czas. Dałem mu szansę. Chciałem go bliżej poznać. Ponosiłem go kilka dni i mogłem spokojnie ocenić wg swych kryteriów. Zanim jednak przejdę do wyników moich testów, pozwolę sobie na – nie tak znowu odległą od meritum, dość wielowątkową jednak – dygresję.

Otóż miałem ostatnio przyjemność zapoznać się z bardzo interesująca książką Dany Thomas pt. „Luksus. Dlaczego stracił blask”. Ta fascynująca książka ukazuje historię i odkrywa współczesność rynku luksusowych dóbr – głównie odzieży, ale także biżuterii i perfum. Jeden jej rozdział poświęcony jest rynkowi perfumeryjnemu. W kapitalny sposób – poprzez wypowiedzi Jacquesa Polge’a z Chanela oraz J.C. Elleny z Hermesa, a także rozliczne komentarze samej autorki – naświetla ona realia i prawa, jakie dziś rządzą tym rynkiem. Okazuje się, że spośród tzw. domów mody obecnie jedynie Chanel i Hermes (pomijam tu Guerlain jako markę typowo perfumeryjną) zatrudniają własnych „nadwornych” perfumiarzy. Inne marki korzystają z nosów pracujących dla jednej z kilku ogromnych korporacji zapachowo-aromatowych: International Flavours & Fragrances, Givaudan, Symrise, Firmenich, Takasago. Również jedynie Chanel i Hermes mogą pochwalić się największym udziałem składników naturalnych w swych kompozycjach (nawet do 60%). Obie firmy zaopatrują się głównie w laboratoriach w Grasse wytwarzających perfumowe składniki z surowców pochodzących m. in. także od plantatorów z Grasse i okolic. To dzięki jednemu z nich i jego uprawom jaśminu i róży stulistnej Chanel No. 5 wciąż pachnie tak samo jak przed laty. Z kolei dzięki temu, że są to wciąż najlepiej sprzedające się kobiece perfumy (na świecie co 30 sekund jakaś Pani nabywa ich flakon!), plantator ten ma jeszcze rację bytu.

Pozostałe znane luksusowe marki korzystają z typowo przemysłowych metod produkcji przy użyciu głównie składników syntetycznych (co samo w sobie nie jest złe) oraz – w znacznie mniejszej  ilości  – naturalnych, z tym że tańszych, a więc i gorszej jakości. W tym obszarze nie ma wyjątków. Tańszy składnik naturalny jest zawsze gorszej jakości niż jego droższy odpowiednik. No i jeszcze coś. To nie do końca jest tak, że jeśli na rynku pojawia się nowy zapach, dajmy na to domu mody X, oznacza to, że X zlecił stworzenie go jakiemuś perfumiarzowi, po czym sprzedaje perfumy pod swoją marką. Tak oczywiście bywa – ale bardzo rzadko. Najczęściej jednak to jeden z wyżej wymienionych koncernów tworzy kompozycję (jako jedną z wielu), ewentualnie daje do wyboru panu X kilka wariantów, konsultuje z nim kształt flakonu i opakowania, a następnie sprzedaje do hurtowni pod marką X, płacąc panu X za jej użycie na flakonie. Hurtownie z kolei zaopatrują perfumerie – sieciowe i te mniejsze. Zaskoczenie? Dla mnie i owszem.

Wróćmy jednak do Chanela No 5. Sam Jacques Polge regularnie kontroluje jakość tych perfum, by zapewnić, że są one wciąż takie same i wciąż tak samo dobre. Nie może sobie pozwolić na zaniedbanie w tym względzie, bo to produkt-legenda, pod specjalnym nadzorem, przynoszący Chanelowi od lat największe dochody. Szefostwo Chanela marzy o tym, by powtórzyć gigantyczny sukces Chanel No.5. Jednak w dzisiejszych czasach wydaje się to być niemożliwe. W świetle tych informacji spójrzmy więc na najnowszą męską premierę Chanela.

Chanel wiele sobie obiecuje po Bleu. Po raz pierwszy od czasów Egoiste nakręcił nawet reklamę telewizyjną męskich perfum. Reżyserem klipu jest sam… Martin Scorsese.

 

Współcześnie każdemu nowemu projektowi stawia się jakiś cel do osiągnięcia. Celem Chanela jest, by jego Bleu znalazł się w pierwsze 5-ce najlepiej sprzedawanych męskich zapachów w 2011 roku. Ja już teraz mogę zawyrokować, że Chanel zrealizuje ten cel. Będzie nawet lepiej – pierwsza trójka 2011, jeśli nie nawet 1 miejsce. Dlaczego tak uważam?

Zacznę od tego, że choć Bleu nie jest absolutnie odkrywczy (przeciwnie – jest wtórny) i niczym nie zaskakuje, to jednak nie sposób odmówić mu uroku i jakości. Jacques Polge skroił go jako przystępną i super poprawną świeżo-drzewno-piżmową kompozycję i zrobił to w – moim zdniem – najlepszym możliwym stylu. A że w efekcie powstał klon Dior Homme Sport? Czy to przypadek? Tego nie wiem. Swoją drogą trzeba oddać Polge’owi (podobno perfumeryjnemu samoukowi!), że potrafi świetnie wyczuć trendy na rynku i dostosować do nich kierunek swych poszukiwań. Przecież to spod jego rąk i nosa wyszły tak odległe od siebie męskie pachnidła jak Antaeus,Egoiste i Allure Pour Homme, a każde w innej dekadzie, w zmieniających się rynkowych i estetycznych trendach.

Jacques Polge „wyjaśnia” w ogromnym skrócie, jak pracuje nad każdą kompozycją: „Najpierw mamy pomysł – co chcemy osiągnąć. Piszemy pierwszą formułę, która później jest ciągle modyfikowana. Istnieje porządek dotyczący każdego składnika. Zaczynam od nut świeżych, następnie są nuty głowy, owocowe, przyprawowe, nuty jaśminu, róży, białych kwiatów, później nuty drzewne, ambrowe, w końcu piżmowe. Tak powstają wszystkie nasze perfumy.” Tyle Polge.

W Bleu wszystkie składniki są doskonale dobrane, a nuty mistrzowsko zrównoważone. Bleu to świetny tzw. „everyday scent”. Mocny, orzeźwiający, energizujący, wyrazisty i trwały, o dość spokojnej ewolucji.Stworzony wg wszelkich prawideł współczesnego – bardzo trudnego i konkurencyjnego – rynku perfum. Wpisuje się idealnie w rynkowe trendy i  już jest hitem w perfumeriach (nr 1 wśród męskich pachnideł w rankingu TOP 10 pewnej dużej sieciowej perfumerii). Nie bez przyczyny. Jest obliczony na zysk i wieloletnią obecność na półkach. Ażeby mógł skutecznie konkurować z zalewającą sklepy designerską tandetą, nie może być wysublimowanym niszowcem. To jasne. Jednocześnie czymś musi wyróżnić się na tle konkurencji. Robi to moim zdaniem głównie marką oraz jakością – o półkę wyższą niż propozycje zdecydowanej większości konkurentów.

Grejpfrutowo-pieprzowy początek Bleu jest mocny i świdrujący nozdrza. Tnie powietrze jak skalpel i „inhaluje mózg”. Zaraz po aplikacji dosłownie wypełnia przestrzeń wokół nosiciela i doskonale pobudza do działania. Jest doskonałym rozpoczęciem pracowitego dnia. Jest głośny i wyraźnie manifestuje swoją obecność. Akord serca może przysporzyć Bleu wielu miłośników, bowiem obraca się w obszarach dotąd zarezerwowanych dla…. Fierce’a Abercrombie& Fitch (tyle że tu w lepszym jakościowo wydaniu) no i wspomnianego już Dior Homme Sport. Dominacja wyważonej ilości imbiru i muszkatu nad cytrusami w tle daje skoncentrowaną, energiczną aurę. To zresztą chyba najlepsza faza Bleu. Akord bazy – finiszu pojawia się dopiero po ok. 6 godzinach od aplikacji. Choć nie jest zbyt oryginalny, to jednak ta wyraźna (jak na bazę), ciepła mieszanka drzewno-piżmowo-ambrowa podoba mi się. Żeby tak każdy zapach w ten sposób się kończył!

Flakon w tradycyjnym, prostym kształcie. Ciemnoniebieska, niemal czarna barwa i czarna magnetyczna zatyczka. Oszczędny i elegancki napis. Prosto i na temat. Robi dobre wrażenie, choć nie powala.

Bleu jest nowoczesny, konkretny i bardzo dobrze wykonany. Ma odpowiednią moc i solidną ponad 8 godzinną trwałość. Z pewnością pozytywnie wyróżnia się na tle konkurencji. Gdzieś napotkałem opinię, z którą osobiscie się zgadzam, że Bleu to doskonały reprezentant nurtu świeżości w perfumach męskich. Pachnie tym, czym większość męskich kosmetyków pielęgnacyjnych i duża część wód toaletowych, ale pachnie o niebo lepiej. Jacques Polge stanął na wysokości zadania, a Chanel… no cóż… pewnie zaczął już skrzętnie liczyć zyski… Czy osiągnie swój target? Czas pokaże. Czy zaproponował perfumy godne swojej marki? To pytanie pozostawiam otwarte.

Nuty górne: grejpfrut, różowy pieprz

Nuty środkowe: imbir, gałka muszkatołowa, cedr

Nuty dolne: labdanum, kadzidło frankońskie, drewno sandałowe

twórca: Jacques Polge

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: nowoczesny, uniwersalny, świeży i elegancki „everyday scent”

ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4/moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 4