Bond No. 9 „Perfumista Avenue”

Niszowa – a właściwie luksusowa – nowojorska marka perfumeryjna Bond No. 9 pod kierownictwem jej założycielki Laurice Rahmé (która nota bene pracowała wcześniej dla Creeda), w ciągu 10 lat od jej założenia dorobiła się już imponującego katalogu perfum (ponad 80!) inspirowanych Nowym Jorkiem i dedykowanych miastu, które nie zasypia. Perfumy Bond No. 9 to absolutnie najwyższa zapachowa półka, co miałem swego czasu przyjemność wielokrotnie podkreślać w cyklu poświęconych im recenzji. Cechuje je zawsze doskonała jakość oraz atrakcyjna treść, a oferta jest bardzo zróżnicowana – praktycznie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Tworzą je najlepsze „nosy” w branży, na co dzień pracujący w koncernie International Flavours & Fragrances (IFF). Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bond No.9 to dziś marka o wyrobionej renomie i przykład ogromnego sukcesu w branży perfumeryjnej. A wszystko to w ciągu zaledwie 10 lat!  

Bond_No_9

W zeszłym roku – dla uczczenia dziesięciolecia powstania Bond No. 9 – miała miejsce premiera pachnidła jubileuszowego – Perfumista Avenue. Te dedykowane kobietom perfumy zamknięte zostały rzecz jasna w charakterystycznym bondowskim flakonie, tym razem w kolorze różowym, z naniesionym wielokrotnie na całej powierzchni logo marki (ten sam wzór, tyle że w innych wybarwieniach znajdziemy w zapachach New York Oud, Cooper Square, Wall Street, Perfume Gold, Eau de New York).

Sam zapach okazał się najwyższej próby pachnidłem kwiatowo-orientalnym z wiodącym tematem róży, zastosowanej tu zarówno w formie olejku, jak i wody różanej. Towarzyszą jej orientalne przyprawy (dominuje szafran), pojawia się nuta czerwonej śliwki, pokrewne olfaktorycznie róży piwonie, odrobina jaśminu, a wszystko to podlane jest gęstym, złocistym sosem z paczuli, piżm i ambry. W sercu zapachu pojawia się nawet zaskakująca, niby cywetowa, zwierzęco-skórzana nuta (cywetu w składzie nie podano, ale są za to piżma), a finisz to pozbawione wspomnianego skórzanego odcienia piżma oraz akord ambrowy. Wspaniałe, wyniosłe, ociekające arabską estetyką perfumy. Wyraziste i bardzo mocne – jak na jubileuszowe pachnidło przystało. Trzymają się skóry przez rekordowo długi czas.

Perfumista Avenue zasługuje na najwyższe noty – pod każdym względem. I choć nie jest ani trochę odkrywczy czy nowatorski, to w swym gatunku jest zapachem absolutnie doskonałym. To najwyższa perfumowa półka.

perfumista-avenue-on-bond-street

główne nuty: dawana, gałka muszkatołowa, szafran, czerwona śliwka, olejek różany, woda różana, piwonia, jaśmin, paczula, piżmo, ambra, mate

twórca: brak danych

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: potężna
  • trwałość:  ponad 12 godzin

Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (6)

Dziś trzy ostatnie perfumy w cyklu poświęconym męskim pachnidłom nowojorskiej marki Bond No. 9.

Saks Fifth Avenue for Him (Midtown)

Ten dedykowany słynnemu luksusowemu nowojorskiemu domowi towarowemu pikantny drewniak w nowoczesnym wydaniu stworzony został przez mistrza Michaela Almairaca.  Sprawił mi sporo kłopotu, a moja jego ocena ewoluowała od niskiej aż po finalnie dość wysoką, bo zapach zaskoczył mnie i początkowo nie chciał dać się „okiełznać”. Koniec końców jednak potwierdził klasę twórcy. Saks na samym początku przez kilka minut wibruje doprawioną pieprzem i imbirem bergamotką i właściwie nic nie zapowiada tego, co stanie się później. Wykonuje on bowiem słuszną i dość zaskakującą woltę i w sercu staje się suchy, drzewny, gwajakowy z odrobinką „popielistego” kadzidła. Wszystko to podlane mam wrażenie sporą dawką magicznego Iso-E-Super. Od tego momentu Saks zaczyna pachnieć co najmniej interesująco. Ma intrygującą, suchą, wibrującą nutkę, która swą treścią budzi w mej głowie skojarzenia z moim ulubionym Bleecker Street na przemian z Le Labo Gaiac 10. Konstrukcją, charakterem i sposobem ujęcia gwajakowego tematu Saks przypomina właśnie etiudę Annick Menardo. Zapach jest długo obecny na skórze, ale lokuje się gdzieś w tle osoby noszącej (projekcja raczej bliska skóry). Jest hipnotyczny i intryguje poprzez swoje niedopowiedzenie…

O mały włos wykazałbym się rażąca niesprawiedliwością w ocenie tego Saks… Na szczęście w porę się opamiętałem :-).  Duża niespodzianka.

nuty: chili, czarny pieprz, kardamon, bergamotka, kadzidło, gwajak, ambra

nos: Michael Almairac

rok premiery: 2007

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4,5


I Love NY for Him 

To jeden z kilkunastu już zapachów Bond No. 9 w nowym cykli I Love New York, związanym z miastem jako całością. For Him pojawił się jako jeden z pierwszej trójki tego cyklu obok For Her i For All. To tak dla ścisłości.

A sam zapach?

Cóż – mimo świetnej jakości (do czego Bond już mnie przyzwyczaił) I Love NY for Him jest niestety tylko kolejnym współczesnym fougere skomponowanym na zasadzie kontrastu pomiędzy nutami cytrusowymi/zielonymi a orientalnymi/ ambrowymi. Wyróżnia go urocze, rześkie i wibrujące, imbirowo-grejpfrutowo-jałowcowe otwarcie. W sercu trio lawendy, geranium i paczuli tworzy przyjemny, nawet dość „sygnaturowy”, męski akord. Baza ciepła z labdanum i ambrową aurą. Wąchając I Love NY for Him go nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czułem to już wcześniej wielokrotnie. Zapach nie grzeszy oryginalnością i to przypisuję mu na minus. Chcąc nie chcąc na myśl znów przychodzi L’Homme YSL niczym swego rodzaju punkt odniesienia dla tego typu pachnideł, ale i Narciso Rodriguez For Him w wersji EDT. Ot kolejne bardzo poprawne męskie pachnidło. Brak mu jednak tego „czegoś”…

nuty: imbir, jagody jałowca, skórka grejpfruta, lawenda, geranium, paczula, skóra, drewno sandałowe, labdanum, piżmo, ambra

nos: IFF

rok premiery: 2011

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4

 

I Love NY for All

Pierwszy raz w życiu wąchając perfumy przyszła mi do głowy myśl, by dodać je do akurat pitej kawy… Nie po to, by dodać jej procentów (co to, to nie!). Rzecz jasna nie zrobiłem tego, ale obstaję przy tezie, że I Love NY for All najlepiej pachniałoby w towarzystwie Cafe of the Day wypijanej w Starbucksie. Oto zapach gourmand, jakiego wcześniej nie spotkałem – pieczone kasztany oblane najprawdziwszą gęstą kremową śmietaną, posypaną wanilią, wiórkami kokosowymi i białą czekoladą. Tego typu „deserowe” perfumy to zdecydowanie nie mój typ. Zdają się też lepiej pasować płci pięknej. Jednak nie mogę odmówić im oryginalności i sugestywności. Miła niespodzianka i oryginalny pomysł, przy tym wyraźna projekcja i bardzo dobra kilkunastogodzinna trwałość. Smaczne.

nuty: bergamotka, konwalia, kakao, ziarna kawy, kremowy kasztan, paczula, wanilia, drewno skórzane, drewno sandałowe

nos: IFF

rok premiery: 2011

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4

Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (5)

Laurent Le Guernec (IFF New York) – wykształcony perfumiarz (absolwent słynnej wersalskiej szkoły ISIPCA), który przez lata współpracował z samym Pierrem Bourdonem, a który za swego mentora uważa Jeana Claude’a Ellenę. Le Guernec bardzo często pracuje dla Laurice Rahme – założycielki i właścielki Bond No. 9. Dotąd stworzył już kilkanaście pachnideł tej marki, w tym trzy będące przedmiotem dzisiejszego wpisu.  

Cooper Square (Downtown)

Cooper Square to wg mnie stricte męskie, mocne i tradycyjne fougere, wyraźnie inspirowane perfumerią lat 80-tych i przywodzące na myśl ostatnio przeze mnie opisywany Aramis Havana, a nawet Ted Lapidus Pour Homme. Niektórzy porównują go także do pierwszego męskiego, niedostępnego już zapachu Calvina Kleina Calvin.

Cooper Square otwiera się bardzo mocnym akordem w którym nuta brandy miesza się z lawendą i na półsłodko podaną paczula w tle. Z czasem zapach staje się nieco bardziej zielony za sprawą wetiweru i jagód jałowca. Baza zdominowana jest przez labdanum i jest dość subtelna, lekko słodka i zmysłowo męska.

To wg mnie jeden z najbardziej męskich Bondów jakie testowałem. Z pewnością bardzo udana kompozycja i stylizacja retro podobna w założeniu do Great Jones, choć bogatsza i bardziej aromatyczna. Dlaczego takie zapachy nie powstają w głównym nurcie?

nuty: koniak, jagody jałowca, lawenda, mirra, olibanum, paczula, drewno kaszmirowe, piżmo, wetiwer, labdanum, timberwood

nos: Laurent Le Guernec

rok premiery: 2010

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4,5


Harrods for Him (Uptown)

Kompozycja będąca – podobnie jak jej damski odpowiednik – efektem amerykańsko-brytyjskiej współpracy pomiędzy marką Bond No. 9 a londyńskim Harrodsem. Jakkolwiek intrygująco to brzmi, Harrods for Him nie jest – niestety – niczym ponad bardzo poprawnie skonstruowane i ogólnie ładne główno-nurtowe pachnidło z gatunku fougere z bardzo sympatycznym akcentem ziołowo – rumiankowym.

Harrods jest z początku zielony i soczysty za sprawą pchającego się zawsze naprzód liścia fiołka wzmocnionego liściem rabarbaru. Intrygująco w tle pobrzmiewa nutka rumianku, która w sercu zaczyna dominować, przez co zapach nabiera oryginalnego rysu, staje się delikatnie ziołowy, niemal nektarowy. Tę nektarową słodycz subtelnie uzupełnia anyż, który wraz z sandałowcem i piżmami wieńczy dzieło. Miło, przyjemnie, ale bez rewelacji.

nuty: liść rabarbaru, anyż gwiaździsty, rumianek, lawandyna, jagody pimento, liść fiołka, drewno brzozowe, drewno sandałowe, piżmo

nos: Laurent Le Guernec

rok premiery: 2010

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4


Harrods Swarovski Limited Edition (Limited Editions)

Można by pomyśleć, że limitowana edycja zapachu dla Harrodsa będzie różniła się jedynie opakowaniem lub będzie przynajmniej olfaktorycznym nawiązaniem do wersji zwykłej. Co to, to nie. Zaskoczenie jest duże. Jedno słowo – oud. Tym razem bezkompromisowy, bez różanych czy piżmowych zdobień. Mroczny, gęsty, a nawet – na finiszu – zwierzęcy. Ujęty w podobnym stylu jak Oud Mony di Orio, Leather Oud Diora i Oud 27 Le Labo. Z testowanych dotąd bondowych oudów (New York Oud i Signature Perfume), ten jest najsurowszym, najbardziej drzewnym i wg mnie najciekawszy oudowcem. Doprawiony pieprzem, mirrą i kminem jawi sie jako pachnidło suche, wytrawne, nieco pikantne i bardzo tajemnicze (pierwsze nuty nieco przypominają stare dobre M7 YSL!). Pieprz dodaje jakby powietrza, kmin organicznej cielesności, a oud – wyczuwalny od początku – w bazie zapachu nabiera zwierzęcego, organicznego, wręcz cywetowego charakteru. Ta sucho-gorzko-animalna nuta trzyma się na skórze bardzo długo. Zapach charakteryzuje tytaniczna, wielogodzinna trwałość i dobra projekcja. Mocna rzecz zamknięta w zupełnie niepasującym do zawartości flakonie. No, ale w końcu to Svarowski… Ozdobny 100 ml flakonik tej zaskakująco niszowej cieczy kosztuje bagatela 625 $. Nie jest to więc produkt dla przeciętnego zjadacza chleba 🙂

nuty: czarny pieprz, kmin, ambra, mirra, oud, wetiwer

nos: Laurent Le Guernec

rok premiery: 2009

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

cdn.



Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (4)

Chez Bond (Downtown)

O tych perfumach sporo już zostało napisane, przede wszystkim w kontekście ich dużego podobieństwa do megahitu lat 80-tych i 90-tych – męskiego Cool Water Davidoffa. Rzeczywiście. Oba pachnidła dzielą te samą estetykę marine-fougere zapoczątkowaną przez New West Aramisa czy wspomniany Cool Water. Jednak pojawiąjące się wśród „perfumonautów” określenia, jakoby zapach Bond No. 9 był luksusową kopią wiekopomnego dzieła Pierre’a Bourdona jest wg mnie grubą przesadą. Chez Bond to kolejny przykład na perfumy tej marki, które w sposób jednoznaczny i w pewnym sensie nostalgiczny nawiązują do gatunków z przeszłości, jednocześnie nie będąc absolutnie ich kopiami.

Chez Bond rozpoczyna się połączeniem cytrusów i soczystych nut zielonych (liście herbaty, fiołka) na tle charakterystycznego, nieco syntetycznie pachnącego akordu opartego na aroma-molekule o detergentowo-kolońskim zapachu, znanej perfumistom pod nazwą dihydromyrcenol. Ten akord zaczyna dominować w sercu zapachu, gdy miejsca ustąpi mu wibrujący fiołek. 

Tu mała dygresja. Paradoks tej molekuły, która współtworzy akord zwany nierzadko morskim lub oceanicznym, polega na tym, że w wyniku niesamowitej wręcz popularności Cool Water i jemu podobnych pachnideł, zaczęto swego czasu stosować ją we wszelkiej maści detergentach, opatrując je nazwami typu ocean breeze, marine fresh itp. W ten sposób ten rodzaj zapachu stał się synonimem „morskiego”, totalnie spowszedniał i wręcz zużył się moralnie, a z nim także i perfumy, które dały temu wszystkiemu początek. Chez Bond jest próbą przywrócenia świetności tej woni – próbą wg mnie bardzo udaną, bo zapach ten broni się sam bez wsparcia legendami.

Baza zapachu skonstruowana jest tradycyjnie przy użyciu nut drzewnych i wetywerii i jest obiektywnie najmniej interesującym etapem tego zapachu. Całość jest aromatyczna, orzeźwiająca i ponadczasowo męska.

Nie będę ukrywał, że Chez Bond bardzo mi się spodobał i wylądował w moim prywatnym rankingu męskich Bondów po Bleecker Street, obok Wall Street Riverside Drive. Warto dodać, że Chez Bond ma świetną projekcję oraz zadowalająca trwałość.

nuty: cytrusy, zielone liście, nuty ziołowe herbaty, liście fiołka, wetiwer, drewno cedrowe, drewno sandałowe

nos: Robertet

rok premiery: 2003

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

Bond No. 9 Signature Perfume (Downtown)

Spotkanie Wschodu z Zachodem. Dubaju z Nowym Jorkiem. Przepiękna, orientalna, gęsta, „pachnąca złotem” kompozycja o bardzo wysokiej, bo aż 30% koncentracji esencji (przy standardowej u Bonda 20%), którą marka Bond No. 9 wybrała na swe sygnaturowe perfumy. Wyróżniają się mieniącym się złotem flakonem oraz ceną, która jest niemal 50% wyższa od i tak już nieniskich cen perfum tej marki.

Trzeba jednak przyznać, że sam zapach powala bogactwem, mocą, gęstością i orientalnym pięknem. Choć użyto tu kilku zaledwie składników, ale ich wysoka jakość i idealne proporcje nie podlegają tu kwestii. Signature Perfume to róża, mocno obecna przez pierwszy okres, okraszona rzekomo użytym z wyczuciem i umiarem oudowym ekstraktem (którego ja tu nie czuję), zanurzona w gęstej kąpieli odurzającego tonka i zmysłowych arabskich piżm. One to – gdy reszta już zniknie – pozostają na skórze przez długie godziny. Perfumy doskonałe w swym orientalnym gatunku i zdające się… nie mieć końca. Bardzo trwałe. Perfumy przez wielkie P.

nuty:  róża, ekstrakt oudu, tonka, piżmo

nos: bd.

rok premiery: 2009

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5


Andy Warhol Silver Factory (Downtown)

Kolejny z zapachów Bond No. 9 oddający swoisty hołd Andy’emu Warholowi. Artysta ten otworzył w 1962 roku przy East 24th Street w Nowym Jorku swoją pracownie – studio nazwane The Factory, które ozdobił wewnątrz materiałami (foliami, farbami, lametą) i artykułami (np. balony, kawałki luster) w kolorze srebra. W tym studio w latach jego funkcjonowania (1962-68) Warhol pracował oraz… mocno imprezował z wieloma znanymi w tamtych czasach artystami (m.in. Mick Jagger, Salvador Dali, Bob Dylan). Miejsce to posłużyło za inspirację do stworzenia Andy Warhol Silver Factory – jednego z najciekawszych moim zdaniem pachnideł Bond No. 9.

Silver Factory – dzieło Aureliena Guicharda (syna Jeana Guicharda, mistrza i profesora perfumiarstwa, wieloletniego dyrektora szkoły perfumiarskiej przy Givaudan) – utrzymane jest w futurystycznej estetyce Comme des Garcons czy zapachów w typie M/Mink Byredo. Połączenie nut kadzidlanych z słodko-ambrowymi oraz kłączem irysa daje specyficzny, niby atramentowy, kaligraficzny efekt. Wąchając nieco bardziej analitycznie od pierwszych sekund po aplikacji kompozycja przykuwa uwagę prześlicznym akordem złożonym z kadzidła, żywic i miodowej ambry. Jednocześnie zapach otacza chłodna, jakby srebrna aura i lekko szorstka faktura, prawdopodobnie dzięki połączeniu olibanum, kłącza irysa z fiołkiem i jaśminem. Na mojej skórze z zapachem nie dzieje się zbyt wiele, poza tym że wraz z upływem czasu traci na swej żywicznej i ambrowo-miodowej naturze, stając się sucho kadzidlany w bazie. Ale nie da się go zapomnieć. Tak – Silver Factory to bezsprzecznie jeden z moich faworytów. Wyjątkowe i bardzo nowoczesne perfumy.

nuty: kadzidło, żywica, ambra, jaśmin, irys, fiołek

nos: Aurelien Guichard

rok premiery: 2007

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

cdn.

Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (3)

Coney Island (New York Beaches)

Najbardziej egzotyczny z testowanych przez mnie „plażowców” (obok Hamptons i Montauk – poniżej), głównie za sprawą słodkich, kulinarnych nut kojarzących się z egzotycznym, słodkim drinkiem owocowym.  

Podawane w składzie: cynamon, czekolada, karmel i wanilia mogą sugerować gigantyczny „ulep” i nieco przestraszyć. Jednak w rzeczywistości Coney Island nie jest ciężki, a tym bardziej ciężkostrawny. Wszystko to dzięki urozmaiceniu tej dość jednowymiarowej kompozycji nutami wodno-owocowymi (melon, guava) i podlaniu adoxalowym sosem. Wiem, brzmi nieco tajemniczo, a może i pretensjonalne, ale Adoxal – aldehyd pachnący surowym białkiem jajka – został tu bezsprzecznie zastosowany i to w niemałej ilości. Ten sam składnik, który w połączeniu z kadzidłem nadał jakże specyficznego, odrealnionego charakteru M/Mink Byredo, tu – połączony ze słodkimi spożywczymi nutami – dodaje iście bezowej (nie bzowej!) aury. Oryginalnie i całkiem sympatycznie, choć niezbyt trwale. 

nuty: melon, guava, cynamon, gorzka czekolada, karmel, piżmo, wanilia, cedr, drewno sandałowe

nos: Richard Herpin

rok premiery: 2007

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4

 

Wall Street (Downtown)

Finansowe serce Nowego Jorku także doczekało się swoich perfum, co absolutnie nie powinno dziwić. W ich składzie wymienia się nutę modraka morskiego, rośliny zwanej także potocznie kapustą morską. Z kolei „kapusta” to także potoczne, choć nieco już u nas zapomniane określenie pieniędzy… Tu – żartobliwie – kółko się zamyka, bowiem Wall Street to zapach… dolarów i jedne z najciekawszych perfum w ofercie Bond No. 9 wg mojej skromnej opinii.

Początek może przywodzić uzasadnione skojarzenia z Green Irish Tweed Creeda. Zapach jest bardzo zielony, ale posiada niecodzienną, tłustą, aldehydową nutkę. Wodnej zieloności przydaje nuta ogórka, a niepokojącej przestrzeni spora dawka ozonu. Gdzieś w tle obecny jest lekko słodki i zarazem lekko słony akord, który wychodzi na przód w fazie serca. Prawda, że opis to zaiste niecodzienny? Takie też są te perfumy. Bardzo oryginalne, przez co polaryzujące opinie i dzielące osoby, które je testowały, na wielbicieli i „nienawistników”. Dla jednych Wall Street to olfaktoryczna uczta, dla innych smród „ogórów” i zarybionego stawu. Dla wszystkich jednak – wyzwanie. A stoi za tym całym zamieszaniem niejaki David Apel – twórca mojego ulubionego Bleecker Street. Także i tu udowodnił on swój talent do tworzenia pachnideł oryginalnych, niecodziennych, a mimo to bardzo wdzięcznych w noszeniu, a także – co ma dla mnie duże znaczenie – dobrze projektujących i trwałych.

Zapach bywa na forach porównywany do Millesime Imperial Creeda i coś w tym jest, choć z pewnością nie są to pachnidła identyczne. Wall Street ma zdecydowanie bardziej awangardowy i odważny charakter. Jest też mocniejszy i trwalszy. Polecam go poszukującym niebanalnej i intrygującej świeżości.

nuty: modrak morski, ogórek, ozon, nuty morskie, lawenda, piżma, szara ambra, wetiwer

nos: David Apel

rok premiery: 2004

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

 

Andy Warhol Montauk (New York Beaches)

Zapach zainspirowany został rysunkami Andy’ego Warhola przedstawiającymi zachody słońca. W swym jakże charakterystycznym stylu artysta uwiecznił widoki, jakich doświadczał zamieszkując w swej posiadłości Eothen znajdującej się w Montauk na wschodnim krańcu Long Island. Bond No. 9 uwiecznił te rysunki na flakonie Andy Warhol Montauk.  

Montauk to w największym skrócie nowoczesne zielono-owocowo-kwiatowe fougere utrzymane w klimacie bardzo przypominającym Beyond Paradise for Men Estee Lauder. Bergamotkowo-zielone intro z nutką liścia czarnej porzeczki (w spisie wymieniana borówka, więc niech tak będzie) przechodzi w specyficzne zielono-gorzkie nuty płatków kwiatów (wymieniany jest m.in. hiacynt i akord konwalii). Zapach wieńczy zaskakująca baza zdominowana przez nutę dryfującego drewna, która pachnie jak faktycznie lekko nadgniła, nadpleśniała, pokryta glonami kłoda.

Montauk to zapach bardzo poprawnie skomponowany, trudno się tu do czegoś „przyczepić”. Może jedynie do pewnej wtórności, ale nie można przecież wymagać, by każde perfumy, nawet te pozycjonowane jako ekskluzywne, wyważały nowe drzwi. No i finisz nieco mnie zaskoczył…

nuty: borówka, dzika bergamotka, hiacynt, konwalia, kapryfolium, ambra, dryfujące drewno, złoty klon, czerwony dąb

nos: Laurent Le Guernec

rok premiery: 2010

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4,5

Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (2)

Brooklyn (Downtown)

Brooklyn to przeurocze perfumy drzewne nawiązujące swym charakterem do osławionego Gucci Rush For Men, choć są od niego łagodniejsze i świeższe. Swą  naturalną drzewną aurą nawiązują także do nieodżałowanego Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix.

Cudowne połączenie jagód jałowca z wiórkami cedru, złagodzone na wstępie grejpfrutem, a urozmaicone cyprysem i kardamonem (potęgującym skrzącą się aurę tego zapachu) powoduje bardzo wdzięczny efekt. Zapach dość szybko jednak traci ten świeży charakter na rzecz wiórowego i suchego. Brooklyn ma naprawdę wiele uroku i bardzo przypadł mi do gustu. Niestety jest pewne „niestety”. Zapach jest – jak na moje upodobania – zbyt subtelny, no i nie grzeszy projekcją ani trwałością. Wielka szkoda, bo gdyby Laurent Le Guernec popracował nad tymi aspektami, Brooklyn mógłby w moim prywatnym rankingu Bondów może nie zdetronizować, ale przynajmniej zrównać się z Bleecker Street. A tak – niestety – pozostaje nie do końca spełnionym marzeniem o piękniejszej wersji Rush for Men

nuty: grejpfrut, kardamom, drewno cyprysowe, liście geranium, jagody jałowca, drewno cedrowe, skóra, drewno gwajakowe

nos: Laurent Le Guernec

rok premiery: 2008

moja ogólna ocena w skali 1-6: 3,5

New York Amber (Midtown)

New York Amber to póki co najoryginalniejsze perfumy ambrowe, jakie miałem okazję testować. Zresztą formuła ambrowa została tu bardzo rozszerzona. Powstał zapach na ambrowo-przyprawowo-drzewno-żywiczny. Naprawdę niecodzienny i bardzo intrygujący. Nie ma tu mowy ambrowej nudzie czy też powtarzaniu utartych ambrowych wzorców. To bardzo specyficzna woń. Mój rdzennie polski nos kojarzy ją przez pierwsze pół godziny z zapachem farby emaliowej tudzież benzyny ekstrakcyjnej. Jest więc zaskakująco chemiczna, ale bardzo hipnotyczna i intrygująca. W sercu traci na tej „petrochemiczności”, wygładza się i staje się słodko-przyprawowa z dominującą nutą szafranu. Im później, tym bardziej wyodrębnia się nieśmiało nuta oudu, ale nie dominuje ona zapachu.  Finisz jest drzewno-żywiczny i trwa naprawdę długo. Moc i trwałość zapachu są bardzo dobre przy poprawnej projekcji. New York Amber to zdecydowanie wyróżniająca się pozycja w ofercie marki i jednocześnie przykład tego bardziej eksperymentalnego oblicza oferty Bond No. 9.

nuty: bergamotka, szafran, gałka muszkatołowa,  biały pieprz, róża, jaśmin, osmantus, oud, ambra, drewno sandałowe, piżmo, mirra, benzoes

nos: bd.

rok premiery: 2011

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4

Riverside Drive (Uptown)

Jeden z trzech zapachów zrobionych dla Bonda przez Maurice’a Roucela (pozostałe to New Haarlem i Broadway Nite) jest współczesnym zielonym fougere utrzymanym w estetyce YSL L’Homme, L’Homme Libre, ale także i … Fahrenheita Diora, tyle że bez tej jakże charakterystycznej „benzynowej” czy też – jak kto woli – „skórzanej” nuty.

Są więc w Riverside Drive odpowiadające za zieloność liście fiołka i bazylii, jest paczula, róża i konwalia, które stanowią tło akordu serca, jest wreszcie drzewne rusztowanie zbudowane z tradycyjnych materiałów cedru i sandałowca oraz mchowa baza. Nowoczesnego szlifu przydaje nuta „wodnego owocu” (prawdopodobnie jakaś syntetyczna aromamolekuła) oraz ananas (podobnie). Jednak przez większość czasu to fiołkowe liście są tu tematem przewodnim. Całość robi bardzo dobre wrażenie solidnego współczesnego, ale trochę sentymentalnego męskiego pachnidła o – co istotne – dobrej projekcji i trwałości. Choć brakuje mu oryginalności, to jednak nie można odmówić mu charakteru, uroku i jakości. Riverside Drive to jeden z moich bondowskich faworytów. Roucel trzyma poziom.

nuty: fiołek, owoc wodny (water fruit), bazylia, ananas, róża, konwalia, paczula, cedr, drewno sandałowe, mech dębu

nos: Maurice Roucel

rok premiery: 2003

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

cdn.

Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (1)

O marce Bond No. 9 pisałem już na blogu, więc nie będę tu przybliżał jej ponownie. Przypomnę tylko, że wciąż rosnąca kolekcja inspirowanych różnymi zakątkami Nowego Jorku pachnideł tej marki jest swoistym hołdem dla sławnej metropolii, a zapachy autorstwa wielu najlepszych współczesnych perfumiarzy mają niewątpliwie luksusowy charakter i nie schodzą poniżej pewnego, wysokiego poziomu. Dodać warto, że wszystkie mają koncentracje wód perfumowanych. Obok dzieł mniej lub bardziej udanych nie brak wśród nich prawdziwych pereł.

Dzięki uprzejmości Mateusza z Bond No. 9 New York, któremu niniejszym serdecznie dziękuję, mogę podzielić się na moim blogu wrażeniami nt. kilkunastu zapachów tej marki, które w mojej ocenie nadają się do noszenia przez mężczyzn (poza nielicznymi wyjątkami firma nie dzieli zapachów na płeć, a wiele z nich ma charakter uniseksów). Poznawanie kolejnych pachnideł Bond No. 9 sprawiło mi sporo radości, po części także dlatego, że w przypadku kilku pachnideł było wręcz swoistą zabawą w „zgadnij, co Ci to przypomina”. Bowiem rzeczywiście kilka stricte męskich zapachów stworzonych zostało w dobrze znanych perfumowych konwencjach.

Moje impresje dotyczące zapachów Bond No. 9 będę publikował na blogu w kilku kolejnych odcinkach. Zapraszam!

Great Jones  (Downtown)

Czerpiące garściami z tradycji aromatyczne fougere w absolutnie klasycznym wydaniu, przypominające Paco Rabanne Pour Homme, tyle że o bardziej wygładzonym i współczesnym początku, w którym mocne męskie nuty łagodzone są przez pomarańczę. Tak w skrócie można opisać Great Jones. Zapach ten dominuje nuta mchu dębowego uzupełniona cedrem. Jak przystało na tego typu pachnidło zarówno projekcja jak i trwałość są ponadprzeciętne.

Jest to zdecydowanie najbardziej retro stylizacja Bond No 9.  To także najbardziej tradycyjnie męski z poznanych zapachów. Sprawia wrażenie zdanego na 5-kę egzaminu z tematu: traditional aromatic fougere for men. Polecam nie tylko fanom tego stylu.

główne nuty: słodka pomarańcza, mech dębu, cedr

nos: Francis Camail

rok premiery: 2003

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

 

Hamptons (New York Beaches)

Jedna z kilku kompozycji inspirowanych nowojorskimi plażami. Zapach letni, rześki i orzeźwiający, z dominująca w początkowej fazie musującą bergamotką. Pachnidło zielono-cytrusowe o bardzo uroczym początku i dość szorstkim aczkolwiek frapującym sercu oraz nieco sztampowej bazie. Obliczone raczej na krótkotrwały efekt, o średniej projekcji sprawdzi się najlepiej upalnym latem. Przypomina mi, szczególnie w początkowej fazie, Allure Homme Edition Blanche Chanela. 

główne nuty: kwiat limonki, bergamotka, biały jaśmin, magnolia, ambra, drewno sandałowe

nos: Rene Morgenthaler

rok premiery: 2005

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4

 

Eau de New York (New York Beaches)

Zapach łączący klasyczny koloński sznyt (cytrusy, bazylia i petit grain) z bukietem białych kwiatów (neroli złamane nieco ostrzejszymi woniami jaśminu, gardenii i cyklamenu) i mocną męską bazą złożoną z wetiweru, mchu dębowego, piżma i tzw. „nut drzewnych”. Całość to  bardzo przekonująca, bogata wersja eau de cologne albo raczej nowoczesna, ukwiecona hybryda kolońskiej i szypru.  Wyraźnie rozwija się na skórze od cytrusowo-zielonego początku, poprzez lekko odurzające, nieco indoliczne serce, po zielono-ziemistą bazę. Zapach ten jest niczym miks Acqua di Parma Colonia i Le Labo Neroli 36. Dobra projekcja i trwałość dopełniają pozytywnego obrazu całości, choć niewprawiony nos może mieć pewne kłopoty z zaakceptowaniem majaczącej w tle przez większość czasu nuty wilgotnej ziemi, co – jak sądzę – jest efektem połączenia wetiweru i mchu dębowego.

nuty górne: grejpfrut, mandarynka, bergamotka, petitgrain

nuty środkowe: neroli, garednia, cyklamen, biala lilia, bazylia, webena, jaśmin

nuty dolne: wetiwer, mech dębu, piżmo, białe drewno

nos: Vera Venore

rok premiery: 2004

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

cdn.