Houbigant Paris „Fougere Royale” 2010

Jest rok 1882. Paryski dom perfumeryjny Houbigant, działający od 1775 roku, (!) przedstawia Paryżankom i Paryżanom nowe pachnidło autorstwa swego perfumiarskiego mistrza Paula Parqueta. Fougere Royale. Perfumy, w których po raz pierwszy w historii umieszczany jest tercet składników: lawendy, mchu dębowego oraz izolatu – kumaryny zawartej w fasoli Tonka (składnik zostaje laboratoryjnie wyizolowany z Tonka i jest to historycznie pierwszy znany tego typu przypadek). W ten sposób powstaje klasyczny akord fougere, zwany paprociowym. Od tego momentu nic już nie będzie takie samo. Akord ten stanie się absolutnie klasycznym i bezprecedensowo popularnym elementem składowym głównie męskich perfum, a rodzina zapachów fougere rozrośnie się do niebywałych rozmiarów, stając się największą rodziną zapachową w kategorii perfum męskich.

Fougere Royale zniknie z rynku, a Houbigant zastąpi go 100 lat później nowocześniejszym Duc De Vervins (opartym na recepturze sławnego przodka). Regularnie powstawać będą zapachy inspirowane wiekopomnym dziełem Parqueta. Lista jest długa, a najbardziej znane to: Feberge Brut, Paco Rabanne Pour Homme, Azzaro Pour Homme, Jacques Bogart Pour Homme, Maurer & Wirtz Tabac, Guy Laroche Drakkar Noir, Pino Silvestre, Rochas Moustache, YSL Kouros, YSL Rive Gauche Pour Homme, Andy Tauer Reverie Au Jardin, Parfum d’Empire Fougere Bengale. Pojawią się rozmaite wariacje w postaci aromatycznych fougere (dodatek przypraw i składników drzewnych). Do lawendy dokooptowana będzie bergamotka. Bardzo często jako modyfikatory używane będą wetiwer i geranium. Rodzina fougere rozrośnie się do potężnych rozmiarów i znajdziemy w niej zarówno ponadczasowe klasyki Cool Water Davidoff, Fahrenheit Dior,  jak i zupełnie nowe ujęcie starego tematu w Narciso Rodriguez For Him, Diesel Fuel For Life czy Sartorial Penhaligon’s. Bezprecedensowa popularność i wszechobecność zapachów fougere powoduje, że w rozmaitych źródłach bardzo często przypomina się gdzie był początek i skąd się to wszystko wzięło.

W 2010 perfumowy świat obiegła sensacyjna informacja. Houbigant postanowił przywrócić swój klasyk do życia w uwspółcześnionej, choć możliwie wiernej formie. Zlecenie otrzymał Rodrigo Flores-Roux, perfumiarz Givaudana o sporym doświadczeniu i więcej niż kilku świetnych pachnidłach na koncie (choćby kultowe Black Cashmere Donny Karan, zapachy m.in. dla Johna Varvatosa, Elizabeth Arden, Toma Forda).

Flores-Roux skomentował pracę nad ożywieniem perfumiarskiej legendy: „Jestem absolutnie podekscytowany faktem, że zostałem wezwany przez Houbiganta do wzięcia udziału w ponownych narodzinach Fougere Royale. Jako perfumiarz mogę stwierdzić, że taki dar zdarza się jeden raz w życiu.” Słowa artysty nie są przesadzone. Obcowanie z prawdziwą legendą perfum, bycie częścią tego projektu to dla perfumiarza zaszczyt, jakich mało. To także niezwykła forma docenienia jego kunsztu.

Dziś dzięki niezwykłej uprzejmości pani Joanny Missali z perfumerii Quality Missala (w której ofercie ten niezwykły zapach wkrótce się pojawi), mogę zapoznać się z legendą perfum i podzielić się swymi wrażeniemi na blogu. To dla mnie wyjątkowa chwila, bo i przedmiot testów wyjątkowy – bez dwóch zdań.

Fougere Royale  zaczyna się mieszanką olejków cytrusowych w sposób naturalny przechodzących w bukiet aromatycznych ziół śródziemnomorskich z dominacją wspaniałej, najwyższej jakości lawendy i uroczego rumianku. W sercu kompozycji kwiaty – doskonałe i rzadkie (róża majowa, rondeletia), geranium oraz tradycyjne przyprawy – goździk i cynamon. Tu  Fougere Royale budzi moje skojarzenia (tak!) z Opium Pour Homme YSL w wersji EDT. W schyłkowej fazie akord serca staje się nieco szorstki, nieco jakby cierpki w sposób charakterystyczny dla jakże rzadko dziś spotykanego w perfumerii mchu dębowego, bez którego nie byłoby kategorii fougere. Baza zaczyna się tym mszystym akcentem, po czym zdąża w kierunku ciepłego i komfortowego finiszu z kumaryną w roli głównej. Ewolucja zapachu jest nad wyraz harmonijna, świadcząca o mistrzowskim doborze składników i ich proporcji.

Dwa słowa, które cisną mi się na klawiaturę, gdy próbuję scharakteryzować Fougere Royale, to klasa i ekskluzywność. Tak pachną 200% męskie absolutnie ekskluzywne perfumy z prawdziwą klasą. Trzeba oddać Flores-Roux, że zinterpretował klasyka nad wyraz współcześnie, do tego stopnia, że zapach absolutnie nie sprawia wrażenia oldskulowości i w żadnym razie nie kojarzy się z „dystyngowanym panem”. Jednocześnie bez chwili wahania stwierdzam, że jest to nad wyraz piękne i harmonijne pachnidło. Jest w nim definicja tego, co odnajduję w wielu męskich perfumach na przestrzeni mojej już kilkuletniej z nimi przygody. Wszystko to jest tu jednak tak doskonale wycyzelowane, wyszlifowane, wypolerowane i wygłaskane, że zapach jawi się w moich nozdrzach jako absolutny ideał. Ideał męskich perfum. Tak go zapamiętam.

Projekcja jest perfekcyjna, sporo powyżej współczesnej średniej. Zapach wyczuwalny jest wyraźnie przez wiele godzin, ale nie przytłacza i nie męczy. Daje wyłącznie dziką satysfakcję z noszenia. Trwałość bardzo dobra, bo ponad 12 godzin, przy czym na skórze można go wywąchać go jeszcze 20 godzin po aplikacji.

Opakowanie na podstawie zdjęcia ocenić należy jako ekskluzywno-pancerne. Masywny, piękny flakon z grawerowanego szkła chroniony jest przez zamykaną na metalowy zatrzask elegancką skrzyneczkę. Opakowanie jest niecodzienne bo i perfumy są takie.

Chciałbym kiedyś móc porównać współczesne Fougere Royale z klasykiem z przeszłości. Wierzę, że kiedyś będzie mi to dane. Dziś jednak moja satysfakcja z obcowania ze współczesnym jego wcieleniem jest doprawdy ogromna. Rodrigo Flores-Roux stanął ponad wysokość tego zadania. Odtworzył genialne dzieło w genialny sposób.

nuty głowy: bergamotka, zioła śródziemnomorskie, lawenda, rumianek

nuty serca: rondeletia, geranium, róża majowa, cynamon, goździk

nuty bazy: ambra, mech dębu, paczula, bób Tonka, szałwia

twórca: Rodrigo Flores-Roux

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: zapach pełen klasy, ekskluzywności i ponadczasowej elegancji; uniwersalna kompozycja dla mężczyzn ceniących klasyczne nuty i „najwyższą półkę”; arcydzieło perfumerii w najlepszym możliwym wydaniu; czapki z głów

ocena w skali 1-6: kompozycja: 6/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 6

Szyprowe białe kruki (2) – Guerlain „Mitsouko” EDT

Jest to wpis jak na mój blog nietypowy. Dotyczy bowiem perfum damskich. Moja zapachowa ciekawość i nieukrywana słabość do perfumowej historii i mitologii wzięły górę i postanowiłem zapoznać się bliżej z jedną z absolutnie największych legend perfumiarstwa. Szczególnie, że zdaniem Luci Turina – było nie było uznanego autorytetu w dziedzinie olfakcji – te perfumy mogą dziś z powodzeniem nosić mężczyźni. Czy rzeczywiście? Na to pytanie spróbuję przy okazji odpowiedzieć w dalszej części wpisu. Ale nie o to w nim chodzi. Chciałem po prostu zmierzyć się z legendą. Na marginesie wspomnę, że szykuję recenzję absolutnej hiper-legendy perfum, niezwykłej perfumowej gratki i przedmiotu pożądania niejednego, historycznie uświadomionego perfumowego entuzjasty. Ale o tym w jednym z kolejnych wpisów…

Mitsouko Guerlain w wersji eau de toilette (wg źródeł jest nieco ostrzejsza i donośniejsza niż eau de parfum). Zapach pokazany światu w 1919 roku, krótko po zakończeniu I Wojny Światowej, stał się symbolem końca wojny i początku emancypacji kobiet. Guerlain w tamtych czasach był nieporównanie większym autorytetem w dziedzinie perfum niż dziś (co stwierdzam z ubolewaniem). Miał przemożny wpływ na to, jak pachniały francuskie kobiety i francuscy mężczyźni. Był symbolem jakości i promotorem stylu. Toteż Mitsouko stał się szybko zapachem nowych czasów – czasów pokoju, dynamicznego rozwoju społeczeństw i nowej roli kobiet – emancypantek.

Pozostawmy jednak te niby-socjologiczne rozważania i wróćmy na niwę perfumerii. Kompozycja Jacquesa Guerlaina stała się jednym z kamieni milowych perfumerii. Wzorcowy chypre – jak ocenia go Luca Turin – jest kompozycją, która bez wątpienia wyprzedzała swe czasy. Nadzwyczajne naonczas użycie akordu brzoskwini uczyniło Mitsouko chyba pierwszym w historii zapachem typu gourmand. Szypr ze świeżą bergamotką w głowie, sercem będącym połączeniem nut kwiatowych (jaśmin i róża) z owocowym akordem brzoskwini (wyróżniającym Mitsouko od innych szyprów) i klasycznym szyprowym finiszem z obowiązkowym dębowym mchem i wetywerią, tu z dodatkiem pieprzu i cynamonu. Kilka lat później, w 1925 roku, ten sam Jacques Guerlain „przebił samego siebie” tworząc kolejne przełomowe dzieło – waniliowy Shalimar, którego sława przerosła Mitsouko, a który do dnia dzisiejszego pozostaje najbardziej znanym kobiecym zapachem tej szacownej marki.

Biorąc Mitsouko „na warsztat” starałem się podejść do niego jak do każdego testowanego zapachu, bez specjalnych uprzedzeń czy afektacji, choć świadomość legendy próbowała zakłócić mi spokojny odbiór zapachu. Niemniej próbując podążać za ewolucją tej kompozycji (co u Guerlaina jest sprawą oczywistą i bezdyskusyjną!) zauważyłem, że pierwsze nuty mają zabarwienie lekko cytrusowe, ale w bardziej słodki i spożywczy sposób, przy czym od razu czuć ten jakże charakterystyczny akord brzoskwini (z pewnością wynik połączenia kilku lub kilkunastu składników, których proporcje znane są pewnie tylko i wyłącznie głównemu perfumiarzowi Guerlain oraz jego najbardziej zaufanym współpracownikom). W sercu Mitsouko robi się nieco pikantne za sprawą goździka i nieco miodowe dzięki esencji z Ylang-Ylang. Jest w fazie serca coś mocno spożywczego, lekko jakby maślanego (coś jak ciasteczka maślane z gęstym, słodkim syropem brzoskwiniowym). Baza przynosi subtelnie gorzkawy, minimalnie cierpki mech dębowy z wyczuwalnym bursztynowym benzoesem i odrobiną cynamonu. Mitsouko jest przez cały czas bardzo komfortowym, ciepłym, słonecznym i pogodnym zapachem. Otula niczym szal i wprowadza w błogi nastrój. Przechodzi dość stonowaną ewolucję, by po kilku godzinach umościć się blisko skóry szyprowym finiszem. Ma przy tym umiarkowaną, ale zdecydowana projekcję i dobrą, około ośmiogodzinną trwałość. Jest absolutnie niekrzykliwy, co wyróżnia go od współczesnych damskich pachnideł. Czuć, że jest tworzony w oparciu o tradycyjną recepturę z wykorzystaniem tradycyjnych składników. Nie znaczy to jednak, że Mitsouko pachnie anachronicznie. Zdecydowanie tak nie jest.

Czy zapach dotrzymał kroku legendzie czy może legenda straciła w konfrontacji z zapachem? Ani jedno, ani drugie. Mitsouko broni się jako perfumy, bez protezy legendy i historii. Współcześnie jest zapachem wciąż zdumiewająco aktualnym (minimalne regulacje receptury bez wątpienia miały miejsca na przestrzeni lat), wyznaczającym kanon kobiecych perfum, z dala od mainstreamu, pozostającym z boku, na utartej guerlainowskiej ścieżce, będąc jednocześnie punktem odniesienia dla młodych adeptów perfumiarskiej sztuki.

Czy Mitsouko pasuje mężczyźnie? Moim zdaniem jak najbardziej. Jeżeli męskim zapachem jest Habit Rouge, to również i dzieło Jacquesa Guerlaina docenić mogą panowie. Umiarkowana zawartość esencji kwiatowych, użyty goździk i cynamon, wreszcie szyprowa konstrukcja, „mimo” smakowitej brzoskwini, czynią Mitsouko perfumami uniseks – wg dzisiejszego kanonu.

Mitsouko nie byłoby taką legendą, gdyby nie Guerlain – wspaniała, tradycyjna, rodzinna francuska wytwórnia perfum o prawie  200 letniej tradycji, która ponad wszystko ceni sobie tradycję i jakość, brzydząc się współczesną perfumową hiperkomercją. Trzymam za Guerlaina kciuki – oby utrzymał swój profil i poziom, nie stając się jednocześnie muzeum perfumiarstwa. Trzymam kciuki za Thierry Wassera, który w dość nieprzyjemnych i zaskakujących okolicznościach przejął schedę po ostatnim Guerlainie – Jean-Paulu. Spoczywa na nim niewyobrażalna odpowiedzialność. Oby nie zabrakło mu szczęścia i biznesowej intuicji, bo perfumiarzem jest wybitnym.


nuty górne: bergamotka, cytryna, mandarynka, neroli

nuty środkowe: brzoskwinia, róża, goździk, ylang-ylang

nuty głębi: mech dębu, benzoes, wetiwer, cynamon

twórca: Jacques Guerlain

rok wprowadzenia: 1919

moja klasyfikacja: po prostu klasyk!

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 4/ trwałość: 4/ flakon: 5

Szyprowe białe kruki (1). Guerlain „Derby”

Guerlain Derby. Męski zapach Guerlaina z 1985, który zaledwie kilka lat po premierze został wycofany z oferty, by niedawno do niej powrócić. Poniekąd. Nabyć go można w tej chwili bowiem tylko w butiku Guerlaina w Paryżu. Luca Turin w swej książce Perfumes. The A-Z guide zakwalifikował ten zapach jako woody-smoky (czyli „drewniane smoki” ;-). Drzewno-dymny Derby autor ocenił najwyżej, bo aż na 5 gwiazdek. Dziwił się też bardzo, że Derby było przez tyle lat niedostępne. Tak wspaniały i przełomowy to podobno zapach.

Ja się natomiast absolutnie temu nie dziwię i uważam kroki Guerlaina za jak najbardziej uzasadnione. Zacznę jednak od tego, że Derby nie jest woody-smoky. Za żadne skarby. To skórzany szypr, który ląduje niezmiernie blisko Equipage Hermesa. To bardzo, ale to bardzo podobne do siebie pachnidła, przy czym Derby wypada w tym porównaniu nieco mniej wdzięcznie, bardziej męsko i zdecydowanie. Drewna tu jak na lekarstwo, zaś dymu nie znajdziemy. Może w wersji sprzed ćwierć wieku to wszystko było, ale dziś tego nie ma. A co mamy?

Zaznaczoną dość wyraźnie w otwarciu bylica, która wymieszana z cytrusami i miętą  tworzy nielubianą przeze mnie woń zmywacza do paznokci, tu jednak wkomponowana została na tyle zręcznie i bez przesady, że akord głowy jest nawet znośny. Daję trochę czasu Derby i zaczyna on odsłaniać swoje lekko przyprawione serce, w którym wyczuwalne stają się różane damascenony i inne różopochodne molekuły. Coraz wyraźniej daje znać o sobie muszkat. Jednak aura zapachu zaczyna już na tym etapie ciążyć w stronę lekko skórzaną. Nasila się ona wraz z finiszem Derby, który jest subtelnie zamszowy, miękki i przytulny. Ginie zupełnie zadziorna bylica, cichną przyprawy i kwiaty. Baza to przekonująco zmontowany ale subtelny akord skórzany. Bardzo bliski Equipage, co powtórzyć w tym miejscu muszę.

Obiektywnie to całkiem ładne w swym gatunku pachnidło. Pozbawione ostrych rysów. Gładkie. Dobrze zrobione, choć…niewybitne. Właśnie… W porównaniu z innymi (klasykami) Guerlaina, jak Habit Rouge, Vetiver czy Heritage, Derby jawi się jako zdecydowanie dated, oldschool and passe… Zresztą zapachy skórzane są dziś generalnie passe. Jeżeli już oferowane, to przez marki niszowe lub w trudno dostępnych kolekcjach butikowych. Przy tym współczesne „skórzaki” (niszowe właśnie) są znacznie bardziej wdzięczne w noszeniu i po prostu….. ładniejsze. Stąd tak mocno ograniczona dystrybucja Derby nie dziwi mnie. Zwolennik tego zapachu będzie wiedział, po co jedzie do Paryża. Derby nie jest zapachem „seforowym”. Z pewnością nie.

Choć zaspokoiłem swoją ciekawość, bo o Derby czytałem już naprawdę sporo, to jednak pozostanie on dla mnie raczej ciekawostką niż pachnidłem, które chciałbym nosić. W kategorii skórzanej bardzo odległym od absolutnie genialnego i o 60 lat starszego Knize Ten (którego też póki co nie noszę, ale kontempluję z namaszczeniem). Jednak oddając Guerlainowi, co guerlainowskie, spośród tego typu znanych mi pachnideł Derby wydaje się być jednym z najlepiej i najbardziej harmonijnie poukładanych, a przy tym bardzo eleganckich w swój stonowany sposób.

Podsumowując – unikatowa rzecz dla koneserów. Warto było poznać, by się o tym przekonać. Warto też było podzielić się wrażeniami na blogu. Mam nadzieję, że także warto je przeczytać, bowiem to jedyna recenzja Guerlain Derby w polskiej pachnącej blogosferze.

nuty głowy: bylica, mięta, bergamotka, cytryna

nuty serca: jaśmin, gałka muszkatołowa, róża

nuty głębi: skóra, drewno sandałowe, paczula, mech dębu, wetiwer

nos: Jean-Paul Guerlain

rok: 1985

moja klasyfikacja: oldksulowy skórzany szypr, dla „zwolenników gatunku”, mężczyzn po 60-ce, chcących pachnieć staromodnie, elegancko i klasowo, ale raczej subtelnie; ma wszystkie cechy tzw. signature scent starszego, dystyngowanego pana,

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 4/ flakon: 3

Monastere Notre Dame de Ganagobie „Eau De Toilette Verveine”

Tym razem będzie lżej i bez pretensji. Uciekamy od blichtru, luksusowych designerów, a także często jakże pretensjonalnych niszowców.

Eau de Toilette Verveine. Rzadkość to i ciekawostka niewątpliwa. Pachnidło skomponowane przez benedyktyńskich mnichów (albo raczej mniszki?) za murami klasztoru Notre Dame de Ganagobie. Robi wrażenie? Na mnie i owszem. Dotąd kojarzyłem duchownych jako zdolnych zielarzy, producentów alkoholowych nalewek bądź innych wyrobów gastronomicznych. Ale jakże przecież niedaleko jest od ziołowej nalewki do perfum? No właśnie…

Nazwa mówi o tych perfumach wszystko. W roli głównej werbena, otoczona koszem przecudnie aromatycznych cytrusów. Rezultat to wdzięczna, cytrusowo-ziołowa kompozycja bardzo zbliżona do Bowling Green Geofreeya Beene, tyle że nieco mniej przeładowana, prostsza. Pachnie bardzo aromatycznie, bardzo naturalnie, ślicznie po prostu i…. prosto właśnie. Szczerze mówiąc to najbardziej naturalnie i najpiękniej pachnące pachnidło cytrusowe, jakie znam. Jako urocza ciekawostka i rzadkość – owszem. Jednak jako regularnie noszone perfumy?? Chyba jednak nie bardzo. Zbyt oczywisty to aromat, a ja kocham w perfumach tajemnicę. Ale już jako nietypowy odświeżacz powietrza – doskonałe. Czuć w tym wiosnę, która już tuż, tuż….

Donna Karan for Men (vintage)

Donna Karan for Men. To owocowo-ambrowo-piżmowe pachnidło męskie, zamknięte w niecodziennym flakonie w kształcie pistoletu od dystrybutora paliwowego, zostało wiele lat temu wycofane z oferty słynnej nowojorskiej projektantki. Mające wielu zatwardziałych wielbicieli za Oceanem, stało się tam rarytasem wysokiej próby, osiągając niemałe ceny na eBay’u. Kilka lat temu zostało ono koniunkturalnie przywrócone do oferty Donny Karan jako ekskluzywny zapach butikowy w wersji EDP pod nazwą Fuel For Men w nowym, eleganckim i prostym w formie, charakterystycznym dla całej butkiowej linii, flakonie. Jednak nowa – podobno zmieniona – wersja osądzona została przez perfumomaniaków jako niedorównująca pierwowzorowi. Tyle krótkiej historii. A jaki jest ten legendarny zapach w tej klasycznej wersji sprzed reformulacji?

Początek  DK for Men zdecydowanie zaskakuje i to bardzo pozytywnie. Od pierwszych sekund wiem, że nie będzie to zwyczajne pachidło, jakich pełno na perfumeryjnych półkach. Wg oficjalnego opisu nut mamy tu lawendę i jałowiec z ananasem, wszystko to lekko podbite cytrusami. A co czuję? Otóż DK for Men pachnie dla mnie tabaką aromatyzowaną suszonymi wiśniami. Zaraz po aplikacji DK nieprawdopodobnie mocno i kręcąco uderza po nozdrzach, dosłownie zatyka dech i powoduje u mnie prawie zawsze kichanie (kolejna analogia do tabaki). Nie wiem, który składnik tak działa, ale konsekwencja, z jaką to się dzieje, jest zdumiewająca. Zapach bardzo szybko mości się na skórze i staje się ciepłym i zmysłowym, dość subtelnym, średnio mocnym, bardzo męskim i stylowym pachnidłem. Spotkałem się także z kwalifikacją DK for Men jako pachnidła skórzanego. Coś jest na rzeczy, choć to raczej mięciutki zamsz, aniżeli garbowana licówka. Zapach jest raczej liniowy, nie rozwija się klasycznie, po francusku. To co otrzymujemy po spryskaniu się, jest tym, co będziemy czuć przez resztę czasu, tyle że w mniej intensywnym wydaniu. Nie ma tu komplikacji, ale zasadniczy akord jest tak przekonujący i śliczny, że pachnidło broni się świetnie.

Muszę przyznać, że DK for Men przypadł mi do gustu. Może nie powalił, ale na pewno zafrapował i spełnił moje oczekiwania wobec niego. Ma on pewne cechy, które w mojej ocenie czynią go pachnidłem „uzależniającym” – w tym sensie, że użyty kilka razy, mocno wpisuje się w olfaktoryczną pamięć i aż prosi się, by użyć go ponownie.

Inhalowanie się jego molekułami daje naprawdę sporą frajdę. Perfumy te, prawdopodobnie ze względu na swój piżmowo-ambrowy charakter, sprawiają wrażenie, jakby łączyły się z noszącym w jedną całość i przejmowały jego zapach osobniczy. Niezależenie od tego DK For Men ma w sobie to coś, co posiadają tylko niektóre, wcale niekoniecznie wybitne kompozycje. Ma swój stuprocentowo indywidualny styl i charakter, który predysponuje go do bycia signature scent, jeżeli ktoś takiego poszukuje.

Do minusów zapachu zaliczyć muszę średnią trwałość (przez pierwsze 4 godziny czuję, że mam go na sobie, kolejne 2 się tego domyślam, zaś po upływie 8 godzin mogę poczuć go jedynie na nadgrastku, wciskając w niego nos) i średnią moc, choć przecież nie każdy zapach musi być mocny i krzykliwy. Poza tym to stricte amerykańskie pachnidło, więc jego nienachalność nie jest dla mnie zaskoczeniem. Zapach określono na etykiecie jako „cologne”, ale nie wiem, czy ma to związek z autentyczną niższą niż w wodzie toaletowej zawartością pachnącej esencji, czy tylko z amerykańskim zwyczajem nazywania męskich pachnideł tym określeniem. Pewnie i jedno, i drugie.

Swoją drogą ciekaw jestem, jak wypada nowa wersja Fuel For Men w porównaniu z testowanym protoplastą, bo ten na pewno wart jest spróbowania.

nuty górne: cytrusy, jałowiec, ananas

nuty środkowe: mayflower, migdał, lawenda

nuty głębi: drewno sandałowe, ambra, piżmo,

twórca: IFF

rok wprowadzenia: 1994

moja klasyfikacja: ciepły, zmysłowy, intrygujący, uniwersalny, „grzeczny”, przyjemny i bliskoskórny zapach dla osób nie chcących raczyć swoimi perfumami otoczenia. Daleki od współczesnego kanonu męskich perfum. Na szczęście.

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 4/ flakon: 4

Ted Lapidus – „Lapidus Pour Homme”

Przyznam się, że mam słabość do męskich pachnideł z lat 80-tych XX wieku.Wiele z nich uważam za prawdziwe arcydzieła perfumerii, a większość z nich ma przynajmniej mocny, męski charakter. Myślę też, że to kwestia sentymentu do szkolnych lat. Jest coś takiego w tych zapachach, że mają magiczną moc przenoszenia w czasie. Lapidus Pour Homme jest właściwie typowym przedstawicielem perfumeryjnego stylu tamtych lat. Ma jednak sporą osobowość i jest na tyle specyficzny, że wyróżnia się pozytywnie.

Kompozycja Martina Grasa ma klasyczną francuską konstrukcję. Zapach wyraźnie, ale dość leniwie, ewoluuje od głowy poprzez serce, aż do głębi. Daje to spora frajdę z obcowania z nim i świadczy o kunszcie twórcy. Początek jest nieco złudny. Jego aromatyczna ziołowość mogłaby sugerować, że mamy do czynienia z kolejnym wcieleniem Xeryus Givenchy (którego osobiście nie toleruję) i jemu podobnych zielonych aromatycznych fougere. Ostry zapach, przywołujący u mnie nieodparte skojarzenia z drażniącą wonią zmywacza do paznokci (podejrzewam o to duet bylicy i bazylii, połączony z cytrusami, znany mi już z kilku innych perfum z lat 80-tych) nie zachęcił mnie z początku. Również teraz – gdy używam Lapidusa kolejny raz – nie wzbudza mojego zachwytu. Na szczęście jednak dość szybko ustępuje i w zapachu zachodzi zwrot w zaskakującym olfaktorycznym kierunku. Od tego momentu zaczyna robić się naprawdę ciekawie. Najpierw pojawia się suchawa woń kadzidła, właściwie jakby kadzidlanego pyłu. Na tym etapie przyznam, że mam problem, bo równie dobrze może to być i lawenda, której ziołowy, kwiatowy charakter został tu zdławiony, a uwypuklono jej pylisty, szorstki aspekt (co osobiście uwielbiam). Na tym etapie w mej zapachowej pamięci zapala się banerek z napisem Kouros. Coś łączy te dwa pachnidła. Wiem – nie ma tu charakterystycznego dla Kourosa anyżu, ani tym bardziej cywetu, a jednak…. Gdyby tu dorzucić nieco organicznej, fekalnej nutki cywetowej, można by niebezpiecznie zbliżyć się do androgenicznego zapachowego absolutu, jakim jest dla mnie póki co właśnie Kouros. Tak czy inaczej Lapidus PH rozwija się bardzo intrygująco, wyraziście i zaskakująco. Finał nadchodzi dopiero po 5-6 godzinach. Baza, głębia tej niebanalnej kompozycji, podkreśla jej niezwykłość. Otóż po zniknięciu szorstkiej, pylistej nuty środka nozdrzom moim wyłania się śliczny, ciepły, miodowo-ambrowy finisz, który wcale nie tak odlegle kojarzy mi się z zakończeniem Antaeusa Chanela. Baza trwa wiele godzin (na odzieży możemy mówić nawet o kilku dniach!) i jest bardzo wyraźna, mocna i komfortowa. To właśnie ona, wraz z fazą środka, stanowią o wartości tej kompozycji, mimo że jej początek może wzbudzać konsternację. Ale czyż nie tak właśnie powinno oceniać się pachnidła? Nie tylko w opraciu o to, co czujemy w 30 sekund po aplikacji, ale właśnie na podstawie tego jak pachniemy nimi przez większość czasu. Ted Lapidus PH zdał u mnie egzamin i staje w kolekcji obok Antaeusa, Kourosa, Oscara de la Renta Pour Lui i Davidoff Zino. Potężne, ultramęskie i bezkompromisowe pachnidło dla faceta, który nie boi się wyzwań i lubi mocno dawać znać o sobie otoczeniu. Na koniec istotna uwaga: Ted Lapidus Pour Homme to pachnidło o potężnej mocy i należy ostrożnie traktować rozpylacz, który na dodatek dozuje bardzo solidne porcje. It’s killing machine, baby!

Bardzo charakterystyczny flakon wygląda, jakby był wykonany z kawałka marmuru. Robi wrażenie niezwykle solidnego i taki też jest. W razie czego może służyć jako biała broń ;-). Stylistycznie to lata 80-te. Nie żałowano plastiku, a design jest, delikatnie mówiąc, grubo ciosany. Czy koresponduje on z cieczą? Jakoś nie mogę tego stwierdzić. Ale ogólnie robi fajne wrażenie i na tym poprzestańmy.

nuty górne: bylica, ananas, jagody jałowca, bazylia, bergamotka, cytryna

nuty środkowe: sosna, miód, korzeń irysa, jaśmin, kmin, liść pomarańczy, konwalia, róża, brazyliskiej drzewo różane

nuty dolne: drewno sandałowe, tonka, ambra, paczula, piżmo, męch dębu, cedr, tabaka

twórca: Martin Gras

rok wprowadzenia: 1987

moja klasyfikacja: mocny, męski, w stylu lat 80-tych, raczej na chłodne i zimne pory roku, uniwersalny co do okazji

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4,5/ projekcja: 6/ trwałość: 6/ flakon: 4

Gucci Rush For Men

Tym razem zacznę od końca. Jeden z najbardziej charakterystycznych flakonów w historii perfumerii. Biały pleksiglasowy prostopadłościan z plastikowym pojemniczkiem umieszczonym wewnątrz, zawierającym właściwą „treść”, czyli pachnącą mieszankę molekuł rozprowadzonych w alkoholowym nośniku. Śnieżnobiała „mydelniczka”. Rozpoznawalność flakonu chyba stuprocentowa. Męski Gucci Rush. Pośpiech. Pogoń. Szybkość. Dynamika. Wg twórcy to zapach „wolny, bezpośredni, instynktowny, penetrujący i nowoczesny, prosty, precyzyjny i spontaniczny“. Wiele słów, a ile treści?

Rush to wzorcowy wręcz przykład perfum drzewnych (w sensie drewnianych – to określenie choć bardziej precyzyjne, to jednak nie przyjęło się w polskiej nomenklaturze perfumowej). Kilka drzewnych ingrediencji „układa” tę kompozycję w sposób zdeterminowany. Cyprys, cedr, sandał i …. Okoume. Rush to jedyne znane mi perfumy zawierające w swym spisie nut drewno Okoume, niezmiernie rzadkie w perfumerii (częste za to np. w produkcji mebli, łodzi i… gitar) . Potwierdza to zresztą Sabbath w swojej drewnianej typografii na blogu Sabbath Of Senses. Być może to właśnie żywica tego drewna nadaje ten specyficzny charakter Rush. A może to zagrywka marketingowa, a tak naprawdę w środku mamy aromamolekuły, które w lepszy lub gorszy sposób imitują tę drewnianą nutę? Tego nie wiem, ale i to jest możliwe. Dlaczego tak uważam? Mianowicie miałem okazję poznać swego czasu Kephalis. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się całkowicie syntetyczna, nie występująca w naturze, aromamolekuła o charakterystycznym drzewnym, jakby pieprzowo-iglakowo-drzewno-ambrowym zapachu, przypominającym nieco suche cedrowe wiórki. Doprawdy magicznie pachnąca. Właśnie ta nuta dominuje w pierwszej fazie Rush i jest właściwie jego kwintesencją. Stanowi o jego charakterze. Więc może coś jest na rzeczy. Baza Rush jest ciepła, sandałowo- piżmowa.

Całość ma oryginalny i na swój sposób niszowy charakter. Zapach przywodzi na myśl skojarzenia z Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix, jednak wypada przy nim dość blado i stanowczo bardziej syntetycznie. Rush jest raczej liniowy, nieskomplikowany i jednoznaczny, trochę prymitywny, ale ma swój urok. To zapach odważny i śmiały, biorąc pod uwagę czas jego powstania. Gwoli uzupełnienia warto dodać, że stworzył go duet perfumiarski: Danieli Roche-Andrier (dziś Prada) i Antoine’a Maisondieu (dziś m.in. niszowy Etat Libre D’Orange). Co dwa nosy to nie jeden? Nie jestem przekonany. Ciekawostką może być też fakt, że ten sam Maisondieu stworzył kilka lat później Hinoki dla Comme des Garcons – jak dla mnie – drewniaka absolutnego i genialnego. Tutaj, mam wrażenie, przymierzał się do tematu, tam zaś go w pełni zrealizował.

Trwałość zapachu niestety nie powala – w granicach 6 godzin, przy czym to co najlepsze rozgrywa się w ciągu pierwszych 2-3 godzin. Moc określiłbym jako średnią.

Rush jest dziś obiektem westchnień większości perfumomaniaków, szczególnie że został już dość dawno temu wycofany z półek perfumerii (chyba zresztą nie tylko polskich). Na szczęście od czasu do czasu można go jednak „złowić” na allegro i to nie zawsze w niebotycznej cenie, więc jego amatorzy przy odrobinie cierpliwości powinni zostać zaspokojeni.

nuty głowy: lawenda, cyprys

nuty serca: drewno sandałowe, drewno cedrowe, drewno Okoume, kadzidło

nuty bazy: paczula, drewno sandałowe, białe piżmo

twórca: Daniela Roche-Andrier/ Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2000

moja klasyfikacja: intrygujący, oryginalny, męski, uniwersalny, drzewny, lekko pikantny z cedrową dominantą,

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 3/ flakon: 4