Acqua di Parma „Cipresso di Toscana” – w cieniu toskańskich cyprysów

Tegoroczne lato z Acqua di Parma spędzimy w Toskanii, w małych miasteczkach na wzgórzach, pośród winorośli i bujnych cyprysów. Słońce mamy gwarantowane, doznania smakowe i węchowe też. Czego chcieć więcej?

Tegoroczna premiera w ramach inspirowanej krajobrazami wybrzeża Morza Śródziemnego kolekcji Blu Mediterraneo to właściwie reaktywacja zapachu, który w innej koncentracji (i być może o nieco innym aromacie) Acqua Di Parma wypuściła w 2005 roku. Autorem tamtej kompozycji był Bertrand Duchaufour. Porównując nuty zapachowe można domniemać, że tegoroczna Cipresso di Toscana reprezentuje ten sam zapachowy gatunek: aromatyczne, zielone i – co najważniejsze – iglakowe fougére.

cypress

Jak pachnie Cipresso di Toscana? Dokładnie tak, jak to wynika z nazwy zapachu. Początkowo lekko cytrusowo, z obecnym anyżkiem i lekko cytrusową żywicą elemi. Z czasem „uwidacznia się” akord serca, zbudowany głównie z szałwii oraz lawendy. Ta pierwsza została tu użyta z wyczuciem, druga zaś pięknie się z nią komponuje, choć jest raczej w tle. Zieloności dodaje esencja petit grainClue zapachu stanowi jego iglakowa baza, zbudowana aż z trzech esencji (jodła, sosna i cyprys), nadająca specyficznego zielono-mszystego charakteru.

Cipresso di Toscana pachnie bardzo przyjemnie i bardzo poprawnie, przy tym bardzo klasycznie. To (kolejny) ukłon w kierunku dojrzałej, męskiej klienteli (ta chyba stanowi większość w przypadku tej marki), która ceni sobie klasyczne męskie akordy. Bardzo podobnym, acz nieco intensywniejszym zapachem jest Italian Cypress Toma Forda. Zbieżność nazw nie jest więc przypadkowa. Pod względem intensywności i projekcji to aromat utrzymany w ryzach, dobrze utrwalony, trzyma się na skórze całkiem długo. Trzeba pamietać, że pod względem koncentracji nie jest to przecież kolońska, z którą Acqua Di Parma najbardziej się kojarzy, a woda toaletowa i tak właśnie się zachowuje.

rhdr

Cipresso di Toscana to solidne i dobrze wykonane pachnidło, kontynuujące klasyczne tradycje marki. Trzyma poziom i nie rozczarowuje, choć też nie przyprawiło mnie o zachwyt. Ale nie taki chyba był cel kreatorów w tym przypadku.

Oceniam na mocne 4.

AdP Cipresso

nuty głowy: pomarańcza, elemi, anyżek gwieździsty

nut serca: lawenda, szałwia, liść pomarańczy,

nuty bazy: balsam jodłowy, cyprys, igły sosnowe

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Amouage „Portrayal Man” i „Portrayal Woman” – portrety przeszłości

Oto jest – nowy perfumowy duet od Christophera Chonga i jego Amouage. Portrayal to pachnidła zainspirowane latami 20-tymi XX wieku, okresem odzyskanego w Europie Zachodniej pokoju oraz kobiecej emancypacji.

Amouage Portrayal

Portrayal Man – „Pan już tu był…”

Zielony, soczysty, lekko trawiasty początek, przechodzący w zieloną nutę fiołka, spod której wyłania się skórzana nuta o lekko benzynowym zabarwieniu. Umieszczona w środku wetyweria idealnie łączy oba akordy niczym olfaktoryczny most. Portrayal Man pachnie dość prosto i czytelnie, męsko i solidnie oraz …. dziwnie znajomo.

Portrayal Man to skórzano-zielony zapach o nie do końca współczesnym brzmieniu, pachnący jak dziecko Grey Flannel i Fahrenheita z delikatnie orientalnym twistem.

W ostatnich dniach specjalnie odświeżyłem sobie Fahrenheita (wciąż genialny), by móc lepiej skonfrontować oba pachnidła. W Portrayal Man są zielone fiołkowe liście i jest nuta skórzano-benzynowa. Wystarczy, by zrobiło się znajomo. Doprawdy zaskakująca ładunkiem sentymentu propozycja, mocno zapatrzona w niewątpliwie jeden z największych triumfów męskiej perfumerii wszech czasów. Ale Portrayal Man nie jest to po prostu kopią Fahrenheita. To byłoby stwierdzenie krzywdzące dzieło Chonga i spółki. Mimo wszystkich podobieństw, znajdziemy tu także różnice. Portrayal to amłażową realizacja tego samego tematu, mniej skórzana, bardziej fiołkowa, a do tego – gdy zapach już osiądzie na skórze – przyozdobiona w orientalną nutę, która tu nieco majacząca, zdecydowanie wyraźniejsza jest np. w Rasasi La Yuquawam Pour Homme (a więc siłą rzeczy także, choć w mniejszym stopniu w Tuscan Leather Toma Forda). Zapach jest wykonany perfekcyjnie, co nie zaskakuje w przypadku tej marki. Nigdy nie dyskutuję na temat formy Amouage – ta jest zawsze na najwyższym poziomie. Zresztą o rzadko której współczesnej marce perfumowej mogę powiedzieć to samo. Projekcja może nie przytłacza (i to akurat dobrze), ale jest wystarczająca, a zapach czuję na sobie naprawdę wyraźnie i bardzo długo. Mimo jego olfaktorycznej wtórności, kusi jakością, świetnymi parametrami i tym orientalnym „twistem”, który odróżnia go od wspomnianego klasyka. Wystarczy, żeby zaopatrzyć się we własny flakon? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, najlepiej po wcześniejszych testach.

Amouage Portrayal Man

nuty głowy: fiołek

nut serca: wetiwer

nuty bazy: cade (jałowiec kolczasty)

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Portrayal Woman – chłopczyca w sukni

Kobiecy styl 20-lecia międzywojennego wiązał się z ówczesną emancypacją i w dużej mierze wynikał z tego, co na paryskich wybiegach pokazywała Coco Chanel. Początkowe ukrywanie kobiecych kształtów, inspiracja modą męską (m.in. noszenie spodni przez tzw. „chłopczyce”), krótkie włosy, mocny makijaż, z czasem zastąpione zostało bardziej już kobiecymi sukniami za kolano, czy eleganckimi żakietami. Stylową kobietę tamtego okresu charakteryzował też nieodłączny papieros zatknięty w długą „fifkę”. To połączenie symbolizującej kobiecość nuty jaśminu oraz w swym pochodzeniu i kulturowych konotacjach męskiego akordu tytoniowego jest istotą Portrayal Woman. To nie pierwszy raz, gdy oba – wydawałoby się odległe od siebie – aromaty zostały połączone w jedną perfumową kompozycję. Wcześniej dokonał już tego Etienne de Swardt, który wspólnie z perfumiarzem Antoinem Maisounieu stworzyli w 2012 słynne Jasmin et Cigarette.  W porównaniu z tamtym zapachem Portrayal Woman wypada zdecydowanie bardziej „okiełznanie” i zachowawczo.

moda-na-lata-20-467249-GALLERY_BIG

Z początku czujemy lekko owocową nutę jaśminu, spod której dość szybko wyłania się tytoniowe tło, ale jest to akord tytoniu aromatyzowanego wanilią. Tej wanilii zresztą z każdym kwadransem przybywa, a jej bardzo zgodnym kompanem jest użyta jako baza zapachu żywica elemi.

Portrayal Woman jest – jak na Amouage – dość zachowawczy w realizacji tematu, pachnie oczywiście bardzo ładnie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie poświęcono mu dość uwagi. Zabrakło w nim właśnie tego buntowniczego, emancypacyjnego, pełnego wolności ducha lat 20-tych XX wieku, które rzekomom portretuje. Nie ma w nim zachłyśnięcia się wolnością, nie ma grubej kreski makijażu i nie ma… spodni.  

Amouage Portrayal Woman

nuty głowy: jaśmin

nut serca: akord tytoniowy, wanilia

nuty bazy: elemi

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,5

Tom Ford „Beau de Jour” – być pięknym tego dnia

Tom Ford jest mistrzem powtórnego wynajdywania koła. Od początku istnienia perfumowej linii Private Blend sięga do historii perfum i z dużym powodzeniem poddaje ją współczesnej reinterpretacji. Jego najbardziej – póki co – spektakularnym sukcesem w tej dziedzinie jest reaktywowanie popularności kolońskiej w postaci Neroli Portofino (a następnie szeregu kolejnych neo-kolońskich zapachów tworzących już całkiem sporą kolekcję). Tak jakby wychodził z założenia, że nie tylko historia mody, ale i historia perfum kołem się toczy…

Tom Ford

Tegoroczne Beau De Jour to doskonały przykład tego podejścia, tyle że tym razem w gatunku aromatic fougére. Poprzedzony wprawdzie już dwoma zeszłorocznymi, pokrewnymi stylistycznie Fougére d’Argent i Fougére Platine oraz do pewnego stopnia także Noir Anthracite z linii podstawowej Toma Forda, Beau de Jour sprawia wrażenie najwyraźniejszego nawiązania do klasyki gatunku. Mam na myśli klasyczny, zapoczątkowany jeszcze w XIX w. przez Fougére Royale Houbigant męski aromat, oparty na połączeniu lawendy, mchu dębowego i kumaryny, który – w wyniku tego, że w ten, a nie inny sposób w latach 60-70 tych XX w. perfumowano męskie kosmetyki do golenia – przyjęło się nazywać „zapachem gładko ogolonego dżentelmena”. Innymi – nie naszymi – słowy Beau De Jour to tzw. „barbershop scent.” 

Tom Ford Beau du Jour

Beau De Jour nawiązuje swą nazwą do słynnego francuskiego filmu Luisa Buñuela „Belle de Jour” z 1967 roku z Catherine Deneuve w roli głównej. Wizualna kampania inspirowana jest szykiem YSL z tamtych lat. Wreszcie sam zapach to współczesna interpretacja klasycznego tematu fougére, co prowadzi do skojarzeń ze słynnym Rive Gauche Pour Homme, które to pachnidło w 2003 roku Jacques Cavallier skomponował dla YSL, kiedy to kreatywna siłą napędową tego domu mody był… Tom Ford właśnie.

YSL Rive Gauche PH

Co ciekawe, w nazwie zapachu występuje rodzaj męski (beau), ale na zdjęciu promującym zapach widzimy – mam wrażenie – kobietę wystylizowaną na mężczyznę…

W taki oto sposób kreator po raz drugi wszedł do tej samej pachnącej rzeki. Już wspomniany Rive Gauche Pour Homme był jednym z najdoskonalszych (jeżeli nie najdoskonalszym w ogóle) hołdem dla gatunku aromatic fougére. Nikt na początku XXI wieku nie sięgał po tę estetykę w męskich perfumach. Tom Ford odważnie i z sukcesem zrobił to i przy pomocy perfumiarza Jacquesa Cavalliera stworzył kto wie, czy nie najlepszy zapach tego gatunku. Po 19 latach od tamtej premiery Ford wrócił do tego samego pomysłu. Tym razem zadanie zlecił innemu świetnemu perfumiarzowi – Antoine Maisondieu. Ten wywiązał się zeń doskonale.

Beau du Jour to fantastyczny przykład aromatic fougére pachnącego bardzo stylowo, ale skrojonego wg współczesnych kanonów w kwestii doboru niektórych składników, jak i ogólnej mocy i projekcji zapachu. 

 

new-fragrance-Beau-de-Jour-tom-ford-2019

Znajdziemy tu oczywiście emblematyczne dla gatunku nuty, które determinują jego charakter i powodują, że nie można go pomylić z niczym innym, czy też mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jest lawenda w otwarciu (a nawet dwa jej gatunki), jest wyczuwalny bardzo szybko mech dębu (jakże piękna, oldskulowa nuta!), nie zabrakło niemniej tradycyjnych nut geranium i rozmarynu, budujących piękną, lekko ziołową część zapachowego spektrum. To tego momentu wszystko wydaje się być zgodne z klasycznym przepisem. Różnica tkwi w bazie, gdzie nie znajdziemy słodkawej kumaryny czy tonki (albo tak nowatorsko użytego w Rive Gauche gwajaku). Miast tego mamy na wskroś współczesną mieszankę paczulowej frakcji i współczesnej nuty ambrowej. Baza jest więc raczej sucha, lekko nawet dymna, wytrawna. Inna niż znane mi bazy tego typu pachnideł. To ona plus wyważenie poszczególnych nut uwspółcześniają całość i powodują, że mimo ewidentnie klasycznej treści, formę ma Belle de Jour dostosowaną do współczesnych standardów. Ale nie traci swego klasycznego charakteru ani na chwilę, a trwa na skórze dobrze ponad 8 godzin, będąc początkowo całkiem wyrazistym, z czasem emitując akuratny zapachowy ogonek i przypominając o sobie od czasu do czasu.

Beau De Jour zasługuje na wysoką ocenę. Nie za odkrywczość czy nowatorstwo, bo przecież nie o to tu chodziło. Za jakość i styl. Ponadczasowy i bezdyskusyjnie męski. To najwyższych lotów retro-stylizacja podana w bardzo wyważony i harmonijny sposób. Tom Ford po raz kolejny wydał na świat fantastyczny neo-klasyczny męski zapach idąc swoją ścieżką, bez oglądania się na aktualne trendy. A że wszyscy lubimy melodie, które już znamy, to przecież nie nasza wina, prawda?

Beau du Jour bottle

nuty głowy: lawenda, lawenda prowansalska

nut serca: afrykański rozmaryn, krzew geranium mech dębu, bazylia,

nuty bazy: paczula, ambra

rok premiery: 2019

nos: Antoine Maisondieu

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

J. Lesquendieu – pachnąca historia odzyskana

J. Lesquendieu to kolejna wskrzeszona w ostatnich latach historyczna marka perfumowa (obok. m.in. Grossmith czy Le Gallion). Jej początki sięgają 1903 roku, kiedy to powołał ją do życia w Paryżu Joseph Lesquendieu – młody francuski farmaceuta i perfumiarz. Mimo śmierci Josepha w 1962 roku firma z powodzeniem funkcjonowała aż do późnych lat 70-tych XX wieku, zyskując renomę i rozgłos. Znane i bardzo cenione były jej pachnidła: Glorilis, Feu de Bengale i Bonne Fortune. 

jlesquendieu

W 2015 roku marka wróciła na rynek dzięki Jérôme Lesquendieu – jednemu z wnuków założyciela. Słynne zapachy zostały odtworzone we współczesnych wersjach.

Lesquendieu flacons 2

 

Lesquendieu Parfum – szyk i klasa

Sztandarowe pachnidło marki to zgrabne i bardzo harmonijne połączenie słodkich nut tonki i wanilii z subtelnie odzywającym się jaśminem oraz nutami drzewnymi, któremu początkowej świeżości przydaje bergamotka, a niecodziennego charakteru nuta herbaty. Całości dopełniają nuty drzewne brzozy i cedru. Lesquendieu to perfumy bardzo komfortowo układające się na skórze, słonecznie ciepłe, z głębią i zmysłowym finiszem. Wszystko jest w nich na swoim miejscu, a ich raczej kobiecy (choć wcale nie ewidentnie) i bezpieczny charakter czyni je świetną propozycją dla kobiet chcących pachnieć wyjątkowo, ale niekoniecznie w sposób zwracający na siebie uwagę. Reasumując: elegancko i umiarkowanie, w absolutnie dobrym smaku.

Lesquendieu edp

 

główne nuty: herbata, jaśmin, tonka, wanilia, cedr, ambra

 

Bonne Fortune – świeżość i głębia

Świeży dzięki cytrusom (grejpfrut, bergamotka, mandarynka), wibrujący i musujący dzięki przyprawom (imbir, mięta), ale i posiadający pewną głębię dzięki nutom drzewnym (gwajak, cedr i wetyweria) i tonce. Bonne Fortune pachnie bardzo ładnie, przyjemnie, harmonijnie, elegancko i wydaje się być świetnym zapachem całorocznym z lekkim przechyłem w męską stronę. Kojarzy mi się ze ślicznym Eau d’Ikar Sisleya. Jest jednym z moich faworytów w ofercie Lesquendieu.

Lesquendieu Bnne

główne nuty: cytrusy, imbir, wetyweria, gwajak, tonka, cedr

 

Glorilis – kadzidlano-drzewne arcydzieło

Ten zapach przykuł moją uwagę w sposób szczególny i szybko okazał się być najciekawszym spośród testowanej piątki. Moje ulubione nuty perfumowe spotkały się w jednej kompozycji tworząc zapach tyleż niebanalny co unikatowy. Piszę to mając świadomość, że na niniejszym blogu zrecenzowałem dotąd niemal 1300 zapachów.

Glorilis zbudowany jest z czterech akordów: przyprawowego (świetne połączenie czarnego pieprzu i goździka!), kadzidlanej (olibanum i labdanum), drzewnej (cedr i wetyweria) oraz kwiatowej, choć to może nieprecyzyjne określenie, bo przecudny duet róży i geranium raczej dodaje całości dodatkowego subtelnego wymiaru, niż emanuje ewidentną „różowością”. Cała ta misterna układanka, poskładana w mistrzowski sposób, to naprawdę czuć, ozdobiona została – tradycyjnie – bergamotą w otwarciu oraz wanilią w bazie.

Nie mam najmniejszych oporów, by nazwać Glorilis arcydziełem, bo skoro w ten sposób określane jest choćby pokrewne olfaktorycznie Bois d’Encens Armaniego (a właściwie to Michela Almairaca), to Glorilis zasługuje na to miano tym bardziej, jako zapach bardziej rozbudowany, ale też przez to bardzie wielowymiarowy i fascynujący, a przy tym absolutnie „noszalny”, nie wprowadzający w konsternację. Po francusku – pełen szyku i klasy. Pachnidło to pięknie ewoluuje od pikantnego, wibrującego pieprzem początku, po którym zaraz „uwidacznia” się goździk, pięknie wprowadzający w różano-geraniowe serce. Wzmocnione labdanum, ale wcale nie ewidentnie sakralne kadzidło ujawnia się zaraz po tym, gdy ostatnie molekuły pieprzu ulecą w przestrzeń. Cedr i wetyweria tworzą bardzo solidny fundament i wraz z olibanum pozostają na skórze do samego końca, emitując mój ulubiony sucho-kadzidlany aromat. 

Jak dla mnie – doskonałe pachnidło.

 

Lesquendieu glorilis

główne nuty: czarny pieprz, goździk, wetyweria, kadzidło, labdanum, cedr

 

Lilice – francuski puder

Lilice penetruje klasyczny kwiatowo-pudrowy temat perfumowy. Znajdziemy w nim tak klasyczne dla francuskiej perfumerii składniki, jak róża, irys, czarna porzeczka czy wanilia. Zanim jednak zapach dotrze do delikatnej waniliowej bazy, rozpoczyna się lekko owocowym akordem z wyraźną czarną porzeczką, która naturalnie przechodzi w kwiatowo-pudrowe serce. Róża jest tu delikatna, nienachalna, jakby oblana porzeczkowym syropem. Irys zaś mistrzowsko wmiksowany, tak że nie epatuje swą naturą, a raczej dokłada swoje „trzy grosze” do naprawdę ślicznie pachnącej całości.

Lesquendieu Lilice

główne nuty: cytrusy, róża, irys, czarna porzeczka, ambra, wanilia, cedr

 

Feu de Bengale – oda do wanilii

Mimo dymu w tytule, ja klasycznie dymnej nuty w Feu de Bengale nie znajduję. Wielka to szkoda, bowiem to przydałoby temu zapachowi więcej charakteru i uczyniłoby go dużo ciekawszym. Taki zabieg swego czasu dokonała Annick Menardo w Patchouli 24 dla Le Labo. Połączenie wanilii, ambry, balsamów, żywic i mocnej brzozowej nuty dymnej. Genialny kontrast. Ale to zupełnie inna historia… Natomiast nie znaczy to, że dymu tu w ogólnie nie ma, ale o tym za chwilę.

W Feu de Bengale mamy lekko migdałowe intro, czuje też odległe echa owocowych nut figi i dawany. Jest wyraźny, mazisty balsam Tolu, jest przydająca nieprzesadnej słodkości esencja tonkiSerce z duetem róży i irysa – przyjmuję na wiarę, bo nie wyczuwam ani jednego ani drugiego, ale być może to problem indywidualnej wrażliwości. 

Jest wreszcie wanilia. To o niej tak naprawdę jest ten zapach. I to od niej pochodzą – śladowe, ale jednak – akcenty dymne. Tak – naturalna esencja z wanilii charakteryzuje się takim lekko dymnym akcentem. A w Feu de Bengale zastosowano jej w dużych ilościach. I to tę najprawdziwszą wanilię z Madagaskaru. To czuć.

Przyznam, że początkowo Feu de Bengale podobał mi się najmniej z całej piątki. Ale dałem mu sporo czasu, by mnie do siebie przekonał. Teraz wiem, na czym polega jego siła. Wanilia z Madagaskaru ładnie, ale z umiarem przystrojona pozostałymi składnikami pachnie bardzo zmysłowo na skórze. Szczególnie na kobiecej. I to ten niezwykle ważny element, którego mi w Feu de Bengale brakowało – kobieca skóra. Dopiero na niej zapach nabrał charakteru i siły.

Lesquendieu Feu

główne nuty: migdał, balsam Tolu, tonka, wanilia

 

 

Puredistance „AENOTUS” – zmysłowa świeżość południowego wiatru…

Niemal 3 lata zajęło perfumiarzowi Antoine Lie dotarcie do zapachowego miejsca, do którego chciał dojść Jan Ewoud Vos. W trakcie prac nad nowym pachnidłem Puredistance obaj kreatorzy wielokrotnie dochodzili do twórczej ściany. Tak trudna okazała się w realizacji wizja właściciela marki Puredistance. By się zmaterializowała, perfumiarz musiał m.in. podnieść koncentrację zapachu do niespotykanych współcześnie 48%, co oznacza, że AENOTUS technicznie jest – nawet jak na perfumowy ekstrakt – wyjątkowo mocno skoncentrowanym pachnidłem.

puredistance-aenotus-poster-es09

Pierwotnie pomyślane jako indywidualne, sygnaturowe perfumy Jana Ewouda Vosa, AENOTUS miały być idealnym połączeniem orzeźwiającej świeżości ze zmysłową głębią. Zapach miał – wedle założeń – nie ginąć po świeżym otwarciu, tylko pozostawać na skórze długo w postaci zmysłowego skin-scent.  Gdy po niezliczonych próbach udało się te założenia zrealizować, Vos zdecydował, że włączy AEONTUSa do oferty Puredistance. Tak się też stało i najnowszy zapach tej jednej z ostatnich prawdziwie luksusowych marek perfumowych miał swoją premiere właśnie w bieżącym miesiącu.

Aenotus Lie

Intro – akord głowy – to musujące, orzeźwiające cytrusy z akcentem przesuniętym na ich zieloną stronę.

Moje pierwsze skojarzenia pobiegły w kierunku esencji bergamotki i limonki, ale – ku mojemu zdumieniu – ani jednej, ani drugiej w oficjalnym spisie nut nie znajdziemy. Prawdopodobnie więc składniki budujące akord serca – a więc przede wszystkim esencja z pączków zielonej porzeczki oraz petit grain, czyli esencja z liści drzewa pomarańczowego – dodają tego rześkiego, zielonego charakteru. Na orzeźwiającą naturę AEONOTUSa z pewnością wpływ ma także zręcznie wpleciona mięta. Ten cytrusowo-zielony akord stopniowo układa się na skórze w bardzo przyjemną sygnaturę. Pogłębiony przez zastosowaną w bazie paczulę i mech dębu i utrwalony przez solidną dawkę piżm (które nota bene przebijają się w zapachowym spektrum już całkiem wcześnie, bo kilka minut po aplikacji, by później do końca już pozostać tam, gdzie ich miejsce, czyli w tle) siedzi na skórze naprawdę bardzo długo, powoli ocieplając się i przechodząc metamorfozę do zmysłowej, piżmowo-drzewno-mszystej, zaryzykowałbym stwierdzenie, że wręcz nieco szyprowej bazy.

Na jedno trzeba być próbując AENOTUSa przygotowywanym – to perfumy składające się z zasadniczo dwóch aktów, z których pierwszy jest krótszy i wyrazisty, a drugi długotrwały i cichy – drugi trwa owszem wiele godzin, ale ma bardzo subtelny, bliskoskórny charakter.

Jestem prawie pewien, że zapach będzie można jeszcze bardziej docenić podczas ciepłej czy upalnej pogody, gdyż jego konstrukcja powinna nie tylko świetnie opierać się wysokim temperaturom, ale wręcz w takich okolicznościach pozwalać na pełen rozkwit aromatu.

16-Founder-Jan-Ewoud-Vos
Jan Ewoud Vos

Jan Ewoud Vos zauważa, z czym zresztą w pełni się zgadzam, że AENOTUS niesamowicie długo i to w niemal niezmieniony sposób utrzymuje się na tkaninie, na odzieży. Jego sygnaturowy świeżo-zmysłowy akord zdaje się wówczas trwać bez końca…

Na koniec kilka zdań nt. intrygującej nazwy (która w pierwszej chwili może fanom męskiej perfumerii kojarzyć się z pewnym męskim bestsellerem ostatnich lat, ale na tym to wtrącenie zakończę…).

AENOTUS wziął swą nazwę od Aeolusa – mitycznego boga wiatrów, który przynosi chłód i orzeźwienie południowej Europie. W AENOTUSie chłodne i rześkie nuty łączą się z delikatnym, zmysłowym ciepłem tego geograficznego regionu. 

Mimo raczej tradycyjnej treści AENOTUS z pewnością wyróżnia się formą – nasyceniem i intensywnością oraz ponadprzeciętną trwałością (wszak 48% koncentracja to już prawdziwe perfumowe Himalaje) oraz faktycznie rzadko spotykanym połączeniem świeżości i głębi, orzeźwienia i zmysłowości. Wnosi do oferty perfum Puredistance nową treść, kontynuując jednocześnie tradycyjną dla tego domu najwyższą jakość. Jest – jak to zwykle w przypadku Puredistance – propozycją dla najbardziej wymagających.

puredistance-aenotus-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-09

główne akordy: cytrusowy, zielony, piżmowy

nuty głowy: pomarańcza, mandarynka, cytryna, yuzu

nuty serca: mięta, czarna porzeczka, liść gorzkiej pomarańczy

nuty bazy: mech, paczula, piżma

rok premiery: 2019

nos: Antoine Lie

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Aether – perfumy molekularne

Wszystko zaczęło się od Comme des Garcons. Awangardowa marka kierowana przez Rei Kawakubo i Christiana Astuguevieille’a zaprezentowała w 1998 roku słynny Odeur 53 – zapach skomponowany z 53 wyłącznie syntetycznych, nieorganicznych składników.

W 2000 roku pojawił się – w ramach rozwinięcia tematu – Odeur 71. Kontynuacją kierunku była seria Synthetic z 2004. Ale to w roku 2006 rozpoczął się prawdziwy hype wokół syntetycznych molekuł perfumowych, a to za sprawą debiutu Escentric Molecules Gezy Schöna. Genialny w swej prostocie pomysł, by zamiast kompleksowych wieloskładnikowych kompozycji zaproponować doświadczenie jednowymiarowe, zapach jednej aromamolekuły, perfumy w istocie nie będące perfumami w dotychczasowym pojęciu. Obok tego by przedstawić kompozycję perfumeryjną z istotnym udziałem owej molekuły. Sukces tego projektu wyniknął moim zdaniem z tego, że jako pierwszą wykorzystano rzeczywiście zupełnie niesamowicie pachnąca i mającą niezwykłe właściwości olfaktoryczne ISO E SUPER. Kolejne – Ambroxan, octan wetywerylu i wreszcie Javanol, same w sobie nie są już tak spektakularne. Ale drzwi zostały otwarte i kolejne marki wybrały tę samą lub bardzo podobną drogę np. Nomenclature prowadzona przez Karla Bradla – współwłaściciela nowojorskiego Aedes de Venustas. Urokowi koncepcji prostych syntetycznych formuł uległ też słynny szwajcarski perfumiarz niszowy Andy Tauer, ale zrobił to na swój wyjątkowy sposób. Jego trio Pentachords: White, Aubrun i Verdant, z których każdy złożony z zaledwie pięciu składników, choć okazało się komercyjną klapą, było w istocie moim zdaniem najbardziej kreatywnym i najbardziej udanym podejściem do tematu. Andy zdradził mi niegdyś, że odsprzedał formuły i prawa do nich Rosjanom, a sam zaprzestał ich wytwarzania. Syntetyczny trend miał także duży wpływ na zapachową ofertę marki Zarkoperfum, na bardzo udaną kolekcję „pierwiastkową” marki Nu_Be (przemianowanej później na One of Those – Tracks for Humans), legł też u podstaw powstania Aether – marki dowodzonej przez Nicholasa Chabota, któremu zawdzięczamy wskrzeszenie legendarnego francuskiego domu perfumeryjnego Le Galion, będącego przecież absolutnym zaprzeczeniem filozofii, jaka stoi za Aether. Zapachy miałem ostatnio przyjemność przetestować dzięki uprzejmości perfumerii Tiger & Bear.

nicolas-chabot1-1
Nicholas Chabot

aether chabot

Większość zapachów głównej kolekcji (2016-2017) skomponowały perfumiarki z domu Flair Paris: Anne-Sophie Behagel i Amélie Bourgeois. Jedno z nich (Methaldone) jest autorstwa samego Rodrigo Flores-Rouxa (główny perfumiarz Givaudan, autor niezliczonych perfum, w tym wielu bestsellerów, jak choćby Black Cashmere Donny Karan czy Neroli Portofino Toma Forda). Perfumiarze stojący za Iconic Synthetics Collection (2018) nie są mi niestety znani. Kompozycje są złożone z kilku aromamolekuł, z których najważniejsze marka wyszczególnia w oficjalnych materiałach.

Aetheroxyde – woń eteru

Eteryczne, lekko kwaskowe, owocowe otwarcie (octan etylu) łagodnie przechodzące w abstrakcyjny, neo-drzewny akord zbudowany z dwóch aroma-molekuł – gwiazd współczesnej perfumerii: Ambroxanu i ISO-E-SUPER. Oba składniki od lat są dosłownie wszechobecne w perfumach, zwykle w sowitych ilościach, a każdy z nich ma do spełnienia inną rolę w kompozycji. Ambroxan  – w naturze jeden z głównych składników naturalnej szarej ambry, w przemożny sposób decydujący o jej aromacie – zwykle utrwala i pogłębia, dodaje zmysłowości, wiąże se skórą, podczas gdy świetlisty, neo-drzewny ISO-E-SUPER przydaje projekcji, obecności, wibrującej i aksamitnej aury. Tu zostały sparowane, a co z tego wynikło, to zapach eteryczny, zapach duch, niedookreślony, przedziwny, im dłużej obecny na skórze, tym bardziej magnetyzujący i hipnotyzujący, a także w jakiś niewytłumaczalny sposób uzależniający…

iso_e_super_structure.svg

główne ingrediencje: octan etylu, Ambroxan, ISO-E-SUPER

 

Citrus Ester – molekularna kolońska

Niezwykle intensywny kwaśno-cytrusowy początek stopniowo przechodzi w akord o wciąż nieco cytrusowym, ale też mającym pewną głębię charakterze. Lekko owocowy, utrwalony na skórze przypomina dominującą nutę aktualnej wersji klasycznego Pour Homme Dolce & Gabbana. Dokładnie tak! Raczej więc męski, neo-koloński, bardzo trwały – reasumując całkiem udany zapach o solidnej projekcji. Magia molekuł tym razem w służbie minimalistycznego, ale jakże efektownego zapachu kolońskiego. Warto wspomnieć, że wymienione w składzie Firascone to syntetyczna aroma-molekuła produkcji Firmenich pachnąca różano-owocowo-szafranowo, stanowiąca doskonałe zastępstwo dla wystepujących naturalnie w esencji różanej Damascones. Rhubafuram zaś pachnie… rabarbarem oczywiście.

Grapefruits with leaves on a wooden table.

główne ingrediencje: metyl grejpfrutowy, Firascone, Rhubafurane

 

aether bottles

Carboneum – neoprenowe fougere

Intro to nuta plastiku wpadająca w migdałowo-tonkowe amaretto (benzoesan metylu). Z czasem przechodzi w powszechnie spotykany w męskich (i nie tylko) perfumach aromat kumaryny, mnie kojarzący się np. z sygnaturą czarnego Adidasa, ale nie tylko, bo także wieloma innymi pachnidłami w gatunku szeroko rozumianego fougere.  Timberol pachnie ambrowo i nieco drzewnie, Globanone to z kolei syntetyczne piżmo, Suederal pachnie bardzo intensywnie zamszem/ skórą. Carboneum jako całość pachnie więc – nie będzie to odkryciem – jak mieszanka powyższych ingrediencji, przy czym ich proporcje oraz krzywe parowania (evaporation curve) determinują zachowanie na skórze, a nawet – co mogłoby się wydawać w przypadku tak krótkich i całkowicie syntetycznych formuł niewiarygodne – ewolucję, czyli zmiany dominujących aromatów w funkcji czasu. I tak też jest w przypadku Carboneum – kulinarny migdałowo-plastikowy (neoprenowy jak chciał Nicolas Chabot) początek przechodzi w męski, kumarynowy akord serca, który takim pozostaje już do końca. Takie niedopowiedziane, neoprenowe fougere.

methyl_benzoate_200.svg

główne ingrediencje: benzoesan metylu, Suederal®, Timberol®, Globanone®

 

Rose Alcane

To oczywiście zapach z różą w centrum. Ale jest to róża inna – początkowo nieco jakby plastikowa, później zielona i metaliczna. Tak jak tlenek różany który niepodzielnie rządzi w tej kompozycji i chyba niewiele więcej. To jednak w zupełności wystarczy. Róża jaka jest (jak pachnie) każdy przecież czuje. Ale ta pachnie jednak nieco inaczej….

hand-forged-wrought-iron-red-metal-rose-_57 (4)

główne ingrediencje: tlenek różany, Oxane

 

Muskethanol – wdzięcznie owocowy

To jedna z najefektowniejszych i najwdzięczniejszych propozycji Aether. Dzięki połączeniu owocowej nuty davany i pachnącego przyprawą curry nieśmiertelnika z owocowo-kwiatowym (róża) damascenonem oraz magicznymi molekułami ambrowego Cetaloxu (czyli de facto Ambroxu zwanego też Ambroxanem) i piżmowego Muscone otrzymano bardzo charakterystyczny owocowy aromat z subtelnymi kwiatowymi odcieniami, któremu zmysłowości, głębi i trwałości dodają wspomniane molekuły ambrowe i piżmowe. Na samym początku pachnie trochę jak gęsty i mocny likier porzeczkowy, z czasem ocieplaj się i osadza na skórze, spaja się z nią bardzo skutecznie i na długie godziny ciesząc naprawdę świetną, niby nie jakoś przesadnie oryginalną, ale jednak bardzo satysfakcjonująca zapachową sygnaturą. Muskethanol jest jednym z niewielu (a może nawet jedynym) zapachem z oferty Aether pachnącym jak pełnoprawne perfumy. Najmniej też w nim eksperymentu i próby zaskoczenia jakąś nietypową zbitką zapachową. Jednak broni się sam znakomicie – poprzez swój charakter i wdzięczną egzekucję tematu. Wszystko to razem czyni z niego mojego ulubieńca pośród zapachów tej marki. I jakkolwiek uważam go za – jak właściwie każdy Aether – za pachnidło uniseksowe, tak mam podejrzenia, że na kobiecej skórze może on robić dużo większe wrażenie.

główne ingrediencje: nieśmiertelnik, davana, damascenon, Cetalox, Muscone

 

Methaldone – zapach wnętrza promu kosmicznego

Zaraz po otwarciu włazu do promu kosmicznego czujemy metaliczną woń, zapach rozgrzanego metalu, nagrzanych wiązek kabli w otulinie z tworzyw sztucznego. Rodrigo Flore-Roux podjął wyzwanie odtworzenia tego zapachu bazując na relacjach astronauty, który powrócił z międzynarodowej stacji kosmicznej. Użył tu wyłącznie tzw. captives, czyli molekuł produkowanych i opatentowanych przez firmę Givaudan, na użycie których ta ma wyłączność. Wśród nich pachnąca palącym się metalem ROSYRANE®, słodko-metaliczny akord zbudowany z AMBERMAX®, SILVANONE® i BOISIRIS ®.

Methaldone to zdecydowanie jeden z najbardziej niezwykłych zapachów w ofercie Aether. Absolutnie futurystyczny, nieziemski, kosmiczny.

główne ingrediencje: Belambra, Ambermax®, Silvanone®, Boisiris®, Rosyrane®

space shuttle

Celluloid – pachnieć jak taśma filmowa

To z pewnością jeden z najtrudniejszych w odbiorze i najbardziej wizjonerskich i odważnych zapachów Aether. W założeniu miał pachnieć tak, by „zadowolić Andy Warhola”, który rzekomo mówił: „Kocham LA. Kocham Hollywood. Wszyscy są tu plastikowi. Ale ja kocham plastik. Też chce być plastikowy.” Faktycznie Celluloid pachnie przedziwnie i można ten zapach nazwać plastikowym.

Początek jest lekko jakby kwaskowy, syntetycznie drzewny, czuję echa ISO-E-SUPER. Ale to przez chwilę. Zaraz potem gdzieś spod spodu dość szybko wydobywa się lekko gumowa, lekko skórzana nuta, na przemian z czymś jaśniejszym, zielonym i lekko musującym. Trudnym do opisania. W bazie Celluloid pachnie nieco gumowo. Jako całość po lepszym poznaniu zaczął mnie przekonywać. Jest intrygujący, inny, ewoluuje na skórze, zaskakuje w tym czasie. Bardzo trudno jest go jakoś zakwalifikować. Ja nazwałbym go neo-drzewnym z subtelnym akcentem zielonym i lekko gumową głębią.

W składzie Celluloid znajdziemy niesamowicie ważne z punktu widzenia perfumerii molekuły, z których jedna stanowią nieodzowny budulec akordu fiołkowego: beta ionone (drzewny, słodki, owocowy, przypominający zielone jagody), druga zaś jest nieodzowna w akordzie irysa, ale także i fiołka (alpha irone), a jej woń opisuje się jako drzewną, jagodową, kwiatową i pudrową. Ma bardzo intensywny aromat, w związku z czym używa się jej zwykle bardzo mało (średnio 0,2%).

film reel

główne ingrediencje: octan etylu, ionone beta, irone alpha, ISO-E-SUPER, Cashemran

 

Iconic Synthehtics Collection

To kolekcja czterech pachnideł w których głównymi składnikami są legendarne i od lat powszechnie stosowane w perfumerii aromamolekuły: ISO-E-SUPER, Cashmeran, Ambroxan i Aldambre. Zapachy te można używać indywidualnie, a także dowolnie łączyć ze sobą. Można je również łączyć ze swoimi ulubionymi „tradycyjnymi perfumami”, a efekty tych eksperymentów mogą być bardzo ciekawe i zaskakujące. Marka zachęca więc do kreatywnego podejścia do używania perfum.

 

Supaer

Już sama nazwa jest pewną podpowiedzią. Tak, głównym bohaterem Supaer jest ISO-E-SUPER. Nic dziwnego. Jest go bowiem w formule aż 90%, czyli – o ile dobrze pamiętam – tyle samo, co w słynnym Molecule 01 Escentric Molecules. Kto więc poszukuje alternatywy dla „dzieła” Gezy Schöna, ten nie musi już dalej szukać. Niemniej oba zapachy różnią się w fazie początkowej. Supaer wyposażono w metaliczną nutę otwarcia (tlenek fenylu), której z Molecule 01 nie znajdziemy, a którą trzeba „przeczekać” (nie jestem fanem takich nut w perfumach), by w pełni cieszyć się niezwykłą, neo-drzewną, aksamitną, na przemian pojawiającą się i znikającą nutą ISO-E-SUPER. W sumie to należy się Aether uznanie, że nie poszli na totalne skróty i nie skopiowali po prostu Molecule 01.

1200px-rosenoxide.svg

główne ingrediencje: ISO-E-Super (90%), octan etylu, tlenek fenylu, octan metanylu 

 

Hypaer

Kompozycja syntetycznie drzewna zdominowana przez jedną z najpopularniejszych aromamolekuł dodawanych do większości współczesnych perfum, nie tylko drzewnych, ale także i kwiatowych. Mowa o słynnym Cashmeranie, który swego czasu zrobił elitarną furorę poprzez – faktycznie niesamowite jak na swój czas – Black Cashmere Donny Karan (nosa Rodrigo Flores-Rouxa). Początek zaskakuje oryginalnym, nieco ziemistym akordem, w którym rzeczony cashmeran (sam w sobie ma pewną ziemistość i będę się tej wersji kurczowo trzymał) łączy się z zielonym piżmem oraz roślinnym piżmem Ambrettolide dając ciekawy efekt –  pachnący wilgotną ziemią po deszczu. Zaraz potem cashmeran przejmuje rolę główna wspomagany przez  sucho-drzewny Kephalis (pamiętacie męskie Gucci Rush?  Tam Kephalis rządzi.). Wszystko to utrwalone Amberwood. Całkowicie abstrakcyjny zapach drzewny, dzięki zastosowaniu naprawdę efektownych aromamolekuł w odpowiednich proporcjach naprawdę ciekawie pachnący, z subtelną ewolucją na skórze. Jeden z moich ulubieńców w kolekcji.

główne ingrediencje: Cashmeran, Triplal, Kephalis, Amberttolide, Piżmo T (zielone piżmo), drzewna ambra

aether iconic

 

Xtraem

Tak jak Supaer jest swego rodzaju odpowiedzią na Molecule 01 tak Xtraem to odpowiednik Molecule 02. Chodzi oczywiście o dominujący w obu zapachach Ambroxan, molekułę w naturze budująca woń szarej ambry. Ta zmysłowa, ciepła i dodająca głębii nuta została tu utrwalona piżmami oraz ozdobiona słynną Hedione tu w wersji High Cis. Pachnąca jaśminem, świeża i mocno projektująca stanowi tu przeciwwagę dla kilku molekuł mających zdecydowanie wyższy ciężar cząsteczkowy. Hedione jest bardzo ulotne i wpływa na charakter zapachu jedynie na pierwszym etapie zaraz po aplikacji na skórę. W formule znalazł się jeszcze Irotyl, pachnący lekko owocowo, lekko ziołowo, w kierunku kłącza irysa czy ziarna marchwi. Przyznam, że Jako całość Xtraem mnie nie przekonał i pozostaje chyba najmniej ciekawy zapachem w ofercie Aether.

cashmeran.svg

główne ingrediencje: Ambroxan (50%), Globalide, Exaltolide, Hedione High Cis, Irotyl, 

 

Ultrae

Na początku w nozdrza uderza woń rozgrzanego metalu, pachnąca niczym gorące żelazko. To Aldamber – aldehydowa molekuła o zapachu sucho-drzewnym i nieco ambrowym tu zmieszana z metalicznym tlenkiem różanym. Przez jakiś czas ta lekko dusząca aldehydowa  woń trwa, ale powolutko spod niej wyłania się coś nowego. Ultrae może początkowo nieco szokować, a nawet przeszkadzać, budzić kojarzenia z wonią lizolu, czy generalnie szpitalnej sali.  Z czasem jednak przechodzi na skórze niesamowitą metamorfozę finiszując bardzo trwałym i tyleż przyjemnym, co trudnym do opisania aromatem. Podejrzewam, że jest on wypadkową połączenia piżm. Tonalide pachnie ciepło i lekko piżmowo-owocowo, zaś Habanolide ma mydlany i kwiatowy aromat. Razem tworzą bardzo ładnie pachnącą kompozycję. Ultrae mimo groźnej nazwy to jedna z przyjemniejszych niespodzianek w ofercie Aether.

główne ingrediencje: Aldambre, tlenek różany, Habanolide, Tonalide

aether iconic 2

Zapachy Aether to wg mnie całkiem udana próba dowartościowania syntetycznych aromamolekuł jako niezależnych od natury bytów stanowiących świetne tworzywo do komponowania perfum o niespotykanych dotąd aromatach. Ingrediencje, które na codzień w sposób powszechny są używane dla nadania współczesnym perfumom (ale nie tylko – bo także detergentom, kosmetykom) kolorów, odcieni, wreszcie czysto użytkowych cech, jak projekcja, sillage, trwałość, tu grają pierwszoplanowe role. Zwykle z powodzeniem. Ale by naprawdę poznać ich urodę, trzeba koniecznie dać im szansę na skórze i to przez dłuższy czas. One potrzebują czasu, by osiąść i przejść zaplanowane metamorfozy od zwykle dość dziwnych, często jakby dysonansowych początków po zaskakujące, oryginalne, a nawet i magnetyzujące finisze. Ważne więc, by nie testować ich wyłącznie na papierkach testowych, i by nie wyrabiać sobie opinii o nich tylko na bazie pierwszego wrażenie, bo to  szczególnie w przypadku zapachów Aether kardynalny błąd. One potrzebują koniecznie ciepłoty i chemii skóry ludzkiej, by się „uruchomić” i oczarować abstrakcyjnym zapachem. I o tym trzeba koniecznie pamiętać testując te zapachy.

 

 

 

Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.