Amouage „Figment Man” – stąpając po bhutańskiej ziemi

Dla porządku – Figment Man i Figment Woman to trzeci – po Journey (2014) i Myths (2016) – perfumowy duet cyklu „Portraits of Life”, który wydaje się być oczkiem w głowie Christophera Chonga i jego polem do olfaktorycznych poszukiwań. Wchodzące w skład cyklu męskie pachnidła były jak dotąd bardzo udanymi mariażami „amuażowego” bogactwa, finezji i doskonałej jakości składników z eksperymentem, przy czym Journey Man – ze swym tytoniowo-skórzano-drzewnym tematem – wypadł całkiem zachowawczo, gdy porównać go z Myths Man (popiół, kadzidło i chryzantemy!). Natomiast tegoroczny Figment Man – dla powstania którego inspiracją był Bhutan, kraj, który od dawna fascynuje Christophera Chonga – posuwa olfaktoryczny eksperyment w zupełnie nowe rejony. Bardzo jestem ciekaw, jaki perfumiarz pracował z Chongiem nad Figmentem. Niestety – póki co – nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie. Jedno jest pewne – razem sprokurowali perfumy, które mają szanse zatrząść perfumowym światkiem.

Christopher Chong

Wilgotne, gęste, ciepłe powietrze. Parująca po ciepłym deszczu ziemia w duszny letni dzień. Ten specyficzny zapach, czasem na granicy bycia przyjemnym, szczególnie, gdy znajdujemy się na łonie natury, w pobliżu łąk lub lasów. W tym powietrzy znajdziemy słodkie zapachy jagód, kwiatowych pyłków, traw i innych roślin, butwiejące liście i dysonansowo pachnące pozostałości rozmaitych żyjątek, wreszcie geosminę – charakterystyczny zapach ziemi produkowany przez niektóre bakterie, szczególnie intensywny właśnie po deszczu. To wszystko, tyle że w egzotycznym Bhutanie. Albo w Figment Man.

bhutan

Zapach otwiera się zaskakująco i bardzo ekspresyjnie, natychmiast zwracając uwagę i wypełniając całe pomieszczenie wonią wilgotnej ziemi, wzmocnioną różowym pieprzem, a złagodzoną przez cytrynę i geranium. W tle czuję niby miodową, trochę drzewną i nieco też zwierzęcą nutę (podejrzewam tercet labdanum, gwajaku i cywetu lub innego składnika animalnego), która stanowi niesamowity kontrast dla rześkiego otwarcia, jednocześnie dodając całości intrygującej głębi. Z czasem zresztą intensywna ziemista nuta słabnie (choć fakt, czas to dość długi) i zapach zmienia się w kierunku wciąż oryginalnej, ale już dużo subtelniejszej, „okrągłej”, drzewnej bazy – trochę kwaskowej, lekko wetiwerowej, z majaczącymi gdzieś w tle odrobinami cywetu, labdanum i gwajaku.

Gdyby ogłoszono konkurs na najbardziej zaskakujące, ekspresyjne, dyfuzyjne i zwracające uwagę perfumowe intro perfumowe Figment Man miałby gwarantowane pierwsze miejsce. Co za potężna projekcja! W ogóle uważam, że najnowsze dzieło Chonga ma ogromne szansę na wyróżnienia w tegorocznych branżowych konkursach. Jest tak wyjątkowe, inne i przełomowe.

iStock_000005900018Small

Figment Man to zapach w pewnym sensie świeży, ale nie jest świeżość, jakiej moglibyśmy spodziewać po perfumach. To jej zupełnie inna, egzotyczna i niszowa odsłona. Zapach jest początkowo trudny w odbiorze, ale – co ciekawe – z każdym użyciem coraz bardziej wciąga, wrasta, fascynuje, rozbudza apetyty na więcej. Jest pachnidłem z gatunku love it or hate it. Zapachem dla tych, którzy chcą się wyróżnić i nie obawiają się reakcji otoczenia lub nawet lubią wzbudzać kontrowersje.

No właśnie. I tu pojawia się jedno ALE…

Figment Man to niewątpliwie efekt bardzo odważnego eksperymentu, który każe jednak zapytać, czy to jeszcze w ogóle są perfumy do noszenia na ciele, czy raczej już jedynie olfaktoryczne dzieło do podziwiania? Czy nie jest to raczej kompozycja, która lepiej sprawdziłaby się w świecy zapachowej mającej wypełnić nasz dom wonią tropikalnej ziemi Bhutanu? Czy aby na pewno chcemy tak pachnieć? Co więcej – czy chcemy, by ten zapach odczuwało nasze otoczenie? Na ile jest to dla nas ważne? Dlaczego o to pytam?Otóż reakcje znajomych osób, świadomych mojego hobby i będących niemal codziennie poddawanych „próbom” w związku z noszeniem przez mnie czasem bardzo niezwykłych niszowych aromatów, w przypadku Figment Man wszystkie bez wyjątku były natychmiastowe i… raczej niepochlebne. „Pleśń”. „Powietrze z klimy”. „Zgniłe ziemniaki”.”Stęchlizna”. „Zbutwiała ziemia”. I ja się tym reakcjom nie dziwie. Mało tego – do pewnego stopnia je podzielam. Sam za pierwszym razem miałem problem, by przyzwyczaić się do tej odmiennej nuty Figment na mojej skórze, mimo że przecież nie pierwszy raz spotykam się z pachnidłem, w którym wyraźna jest nuta ziemi czy wilgotnej leśnej ściółki – i nie piszę tu o paczuli, o nie. Raczej o tym, co można poczuć w takich zapachach, jak Bat Zoologist, Forest Walk Sonoma Scent Studio, Dirt Demeter czy 5 Elements Ramona Molvizara. O geosminie. Przy czym już „drugie noszenie” wypadło dużo lepiej i bardziej ekscytująco. Mój węch przyzwyczaił się do tej nietypowej nuty i zacząłem doceniać nowatorstwo Figmentu. Kolejne próby tylko utwierdzały mnie jego w niesamowitości. Jednak obawy dotyczące odbioru zapachu przez otoczenie pozostały. Nie w każdej sytuacji chcę narażać je na trudne dla niego doświadczenia zapachowe, a siebie na jego niejednoznaczne reakcje. I to mnie w noszeniu Figment Man niestety ogranicza. Nie zmienia to jednak mojej obiektywnej wysokiej oceny tego zapachu, której szczególnie ważną składową jest jego nowatorstwo, przy zachowaniu doskonałej – jak na Amouage przystało – jakości i parametrów użytkowych. Christopher Chong nie wypuszcza bowiem zapachów słabych czy średnich. O nie.

Na koniec wypowiedź legendarnego już perfumiarza Rosendo Mateu, który dopiero co udzielił wywiadu portalowi Fragrantica.com, w którym m.in. wypowiedział te jakże pasujące do Figmentu zdania:

„Trendy w perfumach są kreowane przez ekspertów. Jest ryzykownym stworzyć oryginalny zapach, możesz zostać wówczas niezrozumiany przez klientów, a produkt okaże się sprzedażową porażką. Wykorzystując natomiast niektóre składniki i akordy, które pasują do aktualnych trendów, możemy osiągnąć międzynarodowy sukces.”  

Co prawda nie wróżę Figmentowi międzynarodowego sukcesu (bo z pewnością nie po to został stworzony), ale jestem pewien, że to niezwykłe pachnidło znajdzie swoich wielbicieli.  Poza tym potwierdza ono, że Amouage pod wodzą Christophera Chonga przekształciło się z nieco zagubionej, poszukującej swojej tożsamości gdzieś pomiędzy wschodem i zachodem luksusowej arabskiej marki perfumowej w prawdziwą awangardę perfumowej niszy, będącą nieco przed, nieco ponad i nieco obok wszystkich innych.

Amouage Figment Man

nuty głowy: cytryna, geranium, różowy pieprz

nuty serca: drzewo sandałowe, akord zwierzęcy, wetiwer

nuty bazy: czystek (labdanum), drzewo gwajakowe, akord ziemi

perfumiarz: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

 

„L’Eau” Tauer Perfumes – kwitnące drzewo cytrynowe

Jestem fanem świeżości w perfumach. Ktoś powie – banalne. Może. Ale ja po prostu bardzo lubię kompetentnie wykonany świeży zapach, czy to w formie perfum do ciała, czy zapachu do pomieszczeń. Dlatego m.in. tak cenię autorskie kreacje Francisa Kurkdjiana, który w ramach swej własnej marki Maison FK co rusz przedstawia kolejne, nie mające sobie równych interpretacje świeżości. O ile więc po tym sławnym paryskim perfumiarzu spodziewam się takich właśnie pachnideł, o tyle po – może mniej znanym, ale nie mniej utalentowanym – Andym Tauerze już raczej nie. Szwajcar znany jest raczej z esencjonalnych, gęstych, orientalnych, drzewnych, skórzanych i kwiatowych pachnideł. Tym bardziej zaskoczyła mnie jego najnowsza kreacja pod jakże wiele mówiącą nazwą L’Eau. Cieszą mnie takie inicjatywy.

andy-tauer

Pomyli się jednak ten, kto podejrzewa, że L’Eau to zapach wodny lub też cytrusowy, choć inspiracją do jego powstania było drzewo cytryny rosnące na werandzie perfumiarza.

Tzn. nuty cytrusowe owszem są tu obecne i wyczuwalne, ale bardzo delikatnie i to tylko na samym początku, w postaci słodkiej cytrusowej mgiełki. Istota L’Eau nie są jednak wcale cytrusy. Kwiatowy akord serca zbudowany z kwiatu cytryny oraz nuty kwiatu (!) irysa (co musi być olfaktoryczną interpretacją, bowiem nie wyczuwam tu wprost irysowej esencji, rozumianej jako ekstrakt z kłącza tej rośliny) stanowi trzon L’Eau, przesuwając go w rejony lekko biało-kwiatowe. Wciąż jednak to nie wszystko. Ambrowe tło – przywołujące echa innych pachnideł Tauera – jest tu także obecne, choć oczywiście w subtelniejszej wersji, przy czym zostało tym razem zatopione w bardzo obfitej dawce białych piżm, pachnących w sposób, który zwykłem opisywać jako woń prasowanej pościeli (ta sama woń dominuje obok lawendy i tonki w Gris Clair Serge’a Lutensa). Nie bez wpływu na zaskakująco ciepły charakter tego pachnidła pozostaje nuta sandałowca i coś jeszcze (przywołany przez autora timber? Wietrzę tu jakąś aromamolekułę…), co przydaje zaskakującej nutki pikantnej, drzewno-przyprawowej w sercu zapachu.

lemontree

Andy przemycił do tego z założenia lekkiego aromatu swoją sygnaturę, swój autorski podpis (tauerade), który najdobitniej poczujemy w legendarnym już L’Air du Desert Marrocain. Przez to L’Eau wcale nie jest typowo świeży w rozumieniu rześkości, lekkości, orzeźwienia. Jest raczej świeżo-ciepły, lekki, ale zmysłowy oraz subtelny (jak na standardy tego perfumiarza), przy tym trwały – dzięki ambrowo-piżmowej fiksacji.

Czy wobec tego wszystkiego można L’Eau porównać do jakichkolwiek innych perfum? Owszem. Podobną słoneczną (solarna?) woń, przypominająca aromat wyimaginowanej emulsji do opalania znajdziemy w Aqua Vitae Francisa Kurkdjiana. Tyle że ten perfumiarz nigdy nie przedawkowałby tak wyraźnie białych piżm (jego perfumy są perfekcyjnie „skalibrowane” i „wypolerowane”, przez co niektórzy uważają je za mało interesujące). Inny pokrewny zapach – także pod względem nazwy – to L’Eau Serge Lutens, choć tamten jest jednak nieco bardziej kwiatowy.

Podsumowując, L’Eau to intrygująca i na pewno nietypowa woń z gatunku tych lżejszych i świeższych, choć w tym przypadku paradoksalnie wcale nie orzeźwiająca. Być może to zamierzony efekt, w co wierzę, a być może jest tak, że za cokolwiek nie weźmie się Andy Tauer, nabiera to jego ciepłego, tauerowskiego charakteru. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Dla mnie do dowód, że artysta ten ma wciąż wiele do zaproponowania i zawsze stara się „mówić własnym językiem”, zamiast próbować „papugować” innych.

 

Leau Tauer

nuty głowy – akord cytrusowy: bergamotka, cytryna, słodka pomarańcza

nuty serca: kwiat cytryny, kwiat irysa

nuty bazy: białe piżma, szara ambra, drewno sandałowe, timber

perfumiarz: Andy Tauer

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Etat Libre d’Orange „Marquis de Sade, Attaquer Le Soleil”

„Ileż to, u licha, razy pragnąłem zaatakować słońce, odebrać je wszechświatu, albo posłużyć się nim, by podpalić ziemię? To dopiero byłyby zbrodnie…”

Marquis de Sade

eldo-sade

Quentin Bisch – pod kuratelą Etienne’a de Swardta – postanowili „porwać się z motyką na słońce” i uwolnić tego pierwszego z więzów, które go ograniczały, a które ten sam sobie wcześniej założył. Jak sam twierdzi, zdecydował się na ujawnienie w pełnej krasie tego, co zwykle dotąd w swych kompozycjach perfumowych skrzętnie ukrywał za pomocą wanilii czy ambry, mając wszakże świadomość jego niezbędności i niezwykłości…

Cistus labdanum 

To temu składnikowi poświęcony jest Attaquer Le Soleil. Oto ingrediencja niezwykła, jedna z najważniejszych w perfumerii, kluczowy składnik akordu szyprowego, jednego z najstarszych akordów w perfumerii (1907 r – Chypre Coty). Czym jest ów składnik? Otóż zwykle jest to rezinoid lub olejek, rzadziej absolut, który pozyskuje się z praktycznie wszystkich części niskiego krzewu Cistus Ladaniferus, rosnącego w krajach basenu Morza Śródziemnego (głównie w hiszpańskiej Andaluzji, ale także w Maroku, Portugalii i na Korsyce) oraz na Bliskim Wschodzie.

labdanum
Cistus Ladaniferus

Esencja labdanum pachnie balsamicznie, ambrowo, słodkawo, lepko, nieco kadzidlanie (żywicę używało się i wciąż używa jako składnika kadzidlanych mieszanek) i nieco drzewnie. Jest ważnym elementem akordów skórzanych (np. Cuir de Russie Chanela), orientalnych i wspomnianych szyprowych, a także kluczowym składnikiem akordu ambrowego. Jednym z najbardziej spektakularnych i doskonałych przykładów użycia labdanum we współczesnej perfumerii jest Sahara Noir Toma Forda, która aż ocieka tą lepką balsamiczną wonią.

W Attaquer Le Soleil Quentin Bisch umieścił nutę labdanum na pierwszym planie w roli absolutnej dominanty, co już samo w sobie jest całkiem niezwyczajne. Co więcej, podkreślił ją bardzo oszczędnie tajemniczymi składnikami, tak by ten minimalistyczny, sprawiający wrażenie labdanowego monolitu zapach miał jednocześnie wszelkie cechy pełnoprawnych perfum.

Dzięki jemu tylko znanym zabiegom, ta zwykle mocno osadzona, blisko skórna, średnio-trwała nuta nabrała tu niezwykłej lekkości i lotności. Mój nos wyczuwa co najmniej solidną dawkę Iso E Super, które powoduje, że ociężałe labdanum zaskakuje aksamitną, transparentną projekcją. Wyczuwam też „coś na kształt pieprzu”. Ale nie jest to klasyczny czarny czy różowy pieprz. To bardziej Pepperwood, którego pełno choćby w CdG Black Pepper. Labdanum plus Iso E Super i trochę Pepperwood? Niewykluczone. Ale czy to wszystko? Pojęcia nie mam. Niemniej tak mi to pachnie.

Balsamicznie, ale lekko. Ciepło, ale i świeżo. Drzewnie i jednocześnie lekko przyprawowo. Oryginalnie – z pewnością. Nowocześnie – tak. Przekonująco? Nie do końca…

Co ciekawe, z czasem zapach – zamiast stawać się coraz bardziej ociężały – nabiera lekkości i transparentności, aż do momentu, w którym na skórze pozostaje tylko jego niewyraźne wspomnienie. Niestety, dzieje się to dość szybko, bo po zaledwie kilku godzinach od aplikacji.

Attaquer Le Soleil – jako dzieło olfaktoryczne – kontynuuje libertyńskiego ducha Etat Libre d’Orange i Markiza De Sade – uwalniając labdanum z przynależnego mu w klasycznej praktyce perfumowej miejsca „w cieniu” i umieszczając je w świetle jupiterów. Zabieg podobny do tego, jakiego dokonał z Iso-E-Super Geza Schoen w Molecule 01 Escentric Molecules. Niemniej ten eksperyment – choć interesujący – wg mnie nie do końca się powiódł. Czegoś w nim zabrakło. Polotu? Chyba tak. Chwała jednak duetowi Bisch/ De Swardt, że znów spróbowali czegoś nowego. Nie zawsze przecież muszą trafiać w 10-kę.

Eldo de Sade

 

główne nuty: cistus labdanum, Iso-E-Super?, Pepperwood?

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 3,5

Frederic Malle „Superstitious” – zapach jej sukni…

Jeżeli miałbym sądzić po perfumach wydanych przez Frederica Malle w ciągu ostatnich 18 miesięcy – czuję się uspokojony. Póki co przejście jego Editions de Parfums w ręce koncernu Estee Lauder nie wpłynęło negatywnie na poziom i jakość nowych pachnideł. Zarówno Cologne Indelebile jak i Monsieur. zasługują na najwyższe noty. Tegoroczne Superstitious także trzyma poziom. To wg mnie jedne z najlepszych kobiecych perfum w jego ofercie

Tym razem Frederic Malle współpracował Alberem Elbazem, przez 14 lat dyrektorem kreatywnym w Lanvin, wcześniej u YSL oraz niezawodnym i wielokrotnie już „sprawdzonym w dziele” perfumiarzem Dominique’m Ropionem, mającym na koncie takie arcydzieła jak Portrait of a Lady czy czy Vetiver Extraordinaire. Efektem kooperacji tych trzech dżentelmenów są niezwykle eleganckie, szykowne i ekskluzywnie pachnące perfumy, skomponowane w neoklasycznym stylu, które panowie opatrzyli nośną nazwą Superstitious (ang. przesądny).

Frederic Malle nie znał osobiście Albera Elbaza, ale – jak sam mówi – podziwiał jego prace, w tym suknie, które osobiście nosiła żona Frederica – Marie. Okazało się, że Malle i Elbaz maja wspólną znajomą, dzięki której Fredericowi udało się zaprosić Elbaza na lunch w celu zaproponowania mu współpracy. Malle wiedział już wtedy, że Elbaz jest fanem jego perfum, i że kupuje Editions de Parfums jako prezenty dla swych ukochanych kobiet (jakkolwiek to brzmi…, no ale w końcu akcja dzieje się we Francji…). Elbaz zgodził się, choć nie bez wątpliwości. Reszta już jest historią.

frederic_malle_alber_elbaz2

Zapach sukni kobiety, którą kochasz.

Takie hasło przyświecało projektantom podczas pracy nad Superstitious. To bardzo kobieca kompozycja złożona z klasycznych nut perfumowych: róży i – głównie – jaśminu, cudownie podkreślonych przez z umiarem użyte aldehydy oraz nutę brzoskwini i wypełnionych paczulą, a osadzonych na bazie zbudowanej z wetywerii, kadzidła i ambry. Nie znajdziemy w nich współczesnych, tak modnych obecnie nut kulinarnych, słodkich czy owocowych. Tradycyjne aromaty w nim zawarte oraz ich proporcje wpływają na klasyczny sznyt tych perfum, jakimś cudem nie popadających jednak przesadnie w styl retro.

Superstitious oparty jest na kwiatowo-drzewnym equilibrium. Bukiet kwiatów jest bardzo elegancki i nienachalny, drzewna natura zaś nieco zdominowana przez paczulę, choć – co warto zauważyć – wetyweria stanowi w niej także niemal równie istotny element, a na etapie finiszu nawet ważniejszy. W efekcie aromat jest owszem kwiatowy, ale przy tym też wytrawny. Aldehydy dodają całości polotu podkreślając jego wyrazistość i asertywność.

alber elbaz

Zapach ma niesamowitą, zapadająca w pamięć, obsesyjnie piękną sygnaturę. Kobieta go nosząca ma robić wrażenie równie mocne, jak ubrana w piękną suknię zaprojektowaną przez Abera Elbaza. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak własnie jest. Te perfumy intrygują, wabią i fascynują, a obecne na kobiecej skórze mogą stać się skutecznym i groźnym narzędziem uwodzenia. Nie sposób być wobec nich obojętnym.

Zadbano o parametry. Superstitious jest bardzo ekspansywny i bardzo trwały. Użyty w małej ilości (co jest w tym przypadku zdecydowanie wskazane) będzie pozostawiał piękny, zmysłowy, intrygujący i luksusowo pachnący ogon za noszącą go kobietą przez cały dzień do późnego wieczora, a nawet późnej nocy. Jego ślad w postaci zmysłowej bazy pozostanie na skórze nawet do następnego ranka. Zbyt obfita aplikacja może natomiast nie tylko skonfundować otoczenie, ale także zmęczyć samą „nosicielkę”. Zalecam więc szczególną ostrożność.

alber elbaz dress

Najnowsze dzieło Frederica Malle nie jest więc na tle innych jego perfum wyjątkiem, gdy chodzi o jakość i kompozycję. Wszystko jest tu na najwyższym poziomie, co nie powinno zaskakiwać. W końcu mamy do czynienia z jedną z najbardziej prestiżowych współczesnych marek perfumeryjnych. Wyjątkowe jest natomiast tym razem opakowanie. Flakon – choć nie zmienił kształtu – został wykonany z czarnego szkła i zamiast tradycyjnej prostej etykiety z nazwą marki, perfum oraz imieniem i nazwiskiem perfumiarza, umieszczono na nim tajemnicze oko… Z eye twiching – czyli z syndromem drgającej powieki – są w niektórych kulturach (m.in. chińskiej, indyjskiej) związane różnorakie przesądy, co nawiązuje do nazwy tych perfum. Zatyczka flakonu zyskała kolor złoty, a design kartonika został przeniesiony z flakonu. Uwaga – jest jeszcze jedna „cecha”, która wyróżnia Superstitious na tle innych zapachów Frederica Malle, a o której chcę wspomnieć. Cena. Jeszcze wyższa, niestety. 260 EUR za 100 ml. Cóż, luksus kosztuje. Wiemy to nie od dziś.

Malle Superstitious 02

nuty głowy: brzoskwinia, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, turecka róża

nuty bazy: ambra, kadzidło, wetyweria, paczula, piżmo

perfumiarz: Dominique Ropion

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 6,0

 

 

Arquiste „El” – facet z wąsem i bakami oraz… kontem na portalu społecznościowym

Męska moda na brodę powoli przemija. Czy zastąpi ją wąs, baki i odkryty tors? Wg pewnych dwóch rodowitych Meksykanów jest to niewykluczone. W każdym razie przygotowali już perfumy na tę okazję…

Carlos Huber musi wyjątkowo dobrze rozumieć się z Rodrigo Flores-Roux. Od samego początku tworzą świetny twórczy tandem. Nic w tym dziwnego. Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obaj pochodzą z Mexico City. Obaj parają się perfumami. Pierwszy z nich jako właściciel marki Arquiste Parfumeur, drugi zaś jako profesjonalny perfumiarz pracujący dla Givaudan, znany ze współpracy z największymi tuzami branży, jako choćby Tom Ford, Donna Karan, Calvin Klein, Elisabeth Arden, John Varvatos, Dolce&Gabbana czy Houbigant. Flores-Roux jest też autorem wszystkich pachnideł marki Arquiste.

carlos-huber-rodrigo-flores-roux-arquiste-EL-700x386
Flores-Roux i Huber (fot. CaFleuerBon)

Arquiste długo musiało czekać na debiut na moim blogu. Gdy w końcu do niego dochodzi, marka robi to w bardzo ciekawym stylu. Zeszłoroczna premiera duetu zapachów – męskiego El i damskiego Ella – wzbudziła mój najwyższy stopień zaintrygowania. I choć wciąż jestem bardzo ciekaw, jak pachnie Ella (i coś czuję, że fenomenalnie – więc na pewno wkrótce „ją” przetestuję), to naturalna ciekawość dotycząca męskiego El zwyciężyła.

 

Oba pachnidła opisywane są jako podróż w czasie do roku 1978, do zlokalizowanego w Acapulco klubu-dyskoteki Armano’s. Są nostalgicznym powrotem do stylistyki perfumowej, jaka panowała w latach 70-tych i pierwszej połowie 80-tych. Z jednej więc strony ciekawy, choć w gruncie rzeczy przecież niespecjalnie oryginalny pomysł, z drugiej zaś – doskonałe wykonawstwo. Flores-Roux – jak mało który współczesny perfumiarz – czuję stylistykę retro, czego jak dotąd najpełniej dowiódł w nowej interpretacji legendarnego Fougere Royale Houbigant, o której pisałem niegdyś tu. Przy okazji El perfumiarz dokonał analogicznego zabiegu, tyle że tym razem punktem wyjścia był inny zapach-legenda: Kouros od Yves Saint Laurent. Ale uwaga – tak jak Fougere Royale 2010 nie jest zwykłą reaktywacją klasyka, tylko jego współczesną interpretacją, tak El nie ośmieliłbym się nazwać kopią Kourosa (nota bene wciąż przecież obecnego w ofercie marki YSL ), choć jego stylistyczne powinowactwo do genialnego dzieła Pierre’a Bourdona jest dla mnie oczywiste. Perfumowa stylizacja na lata 70-te? Owszem.

men seventies

Intro El jest zielone i ziołowe, z wysuniętą na przód szałwią, zmiksowaną z rozmarynem i geranium. Dość szybko ujawnia się animalna nuta (cywet), utrzymana wszakże w „rozsądnym” wymiarze. Serce to – znany nam z Kourosa – pojedynek brudno i gorzko pachnącej szałwii oraz zwierzęcego kastoreum z delikatną, czystą wonią kwiatu pomarańczy. Nad całością unosi się aura klasycznego męskiego fougere z obowiązkowym (i całkiem wyczuwalnym) mchem dębowym w bazie. Zapach ma solidną trwałość (finalna sucho-gorzka nuta – chyba kastoreum – trwa na mojej skórze ponad 12 godzin) przy – uwaga – raczej grzecznej, współczesnej projekcji. Ten chronologicznie ostatni aromat El zachowuje się dość niezwykle. Mianowicie siedzi na skórze cicho, ale od czasu do czasu daje znać o sobie nawet wtedy, gdy już myślimy, ze na dobre zamilkł. Użyty testowo wieczorem na przedramieniu, przebijał się przez całe do południa następnego dnia przez inne użyte „globalnie” perfumy.

Czarny flakon El przekornie kontrastuje z białą butlą Kourosa. Ale pod względem zapachu to niewątpliwie najbliżsi krewni, jak ojciec i syn. Łączy ich bardzo wiele, tyle, że obaj urodzili się w innych czasach. Nie są identyczni. Każdy jest indywidualnością. Co nie znaczy, że nie są do siebie podobni i nie mają cech wspólnych.

W bezpośrednim zestawieniu z jedną ze starszych formulacji Kouorsa, której resztkami jeszcze dysponuję, El wypada delikatniej i mniej zwierzęco. Ale gdy zestawić El z wzorcami współcześnie tworzonych męskich perfum, jego odbiór natychmiast się zmienia. El staje się super męski, niemal macho i – jak na współczesne standardy – całkiem wyraźnie zwierzęcy, szczególnie w późniejszych fazach rozwoju na skórze.

EL-SLIDER3

O uroku El decyduje ta sama cecha, która do dziś tak przyciąga do Kourosa jednocześnie od niego odpychając. Kontrast nut „brudnych”, fizjologicznych – szałwii oraz składników zwierzęcych – z nutami czystymi, reprezentowanymi głównie przez kwiat pomarańczy oraz akord fougere.

Jest coś mistycznego w tej odwiecznej walce dobra ze złem przeniesionej na płaszczyznę perfum w formie pojedynku pięknego aromatu z fetorem. Przez większość czasu żaden z nich nie zwycięża. Panuje równowaga, przerywana od czasu do czasu chwilowymi przewagami każdej ze stron. Im bliżej jednak finału, tym bardziej ewidentne staje się, kto będzie tu zwycięzcą. W Kourosie jest nim zmysłowy akord cywetowo-mchowy. W El to lekko gryzące w nozdrza kastoreum.

Twórcy nie pozwolili mu co prawda warczeć  i wyć tak głośno, jak zrobił to Pierre Bourdon w 1981 roku, a jego sierść została tu elegancko przystrzyżona. Baczki i wąsy są precyzyjnie „wytrymowane”, a koszula rozpięta tylko w jednej trzeciej. Niemniej wykazali się sporą dozą odwagi proponując takie pachnidło w 2016 roku. I chwała im za to, bo El to świetne perfumy dla tych z nas, którzy nie obawiają się pachnieć bezdyskusyjnie i niemal archetypicznie męsko, ale są świadomi współczesności i wiedzą, który mamy rok. El to pachnidło stworzone dziś i na dziś. I choć czuć w nim nostalgię, czuć klasyczne składniki i ich połączenia w klasyczne akordy, to całość pachnie tu i teraz. Współcześnie i retro zarazem.

Wszystkim fanom męskiej klasyki fougere z wąsem tudzież wydatnymi bakami, rozpiętą koszulą i owłosionym torsem, wszystkich, którzy kochają Kourosa YSL, Paco Rabanne PH, Antaeusa Chanel, Azzaro PH i im podobne aromaty tamtych szczególnych lat, gorąco polecam El. Nie powinniście być zawiedzeni, o ile jednak będziecie pamiętać, że „nic dwa razy się nie zdarza”…

ARQUISTE_EL

nuty głowy: szałwia, rozmaryn, geranium

nuty serca: cynamon, woda z kwiatów pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, kastoreum, akord fougere

perfumiarz: Rodrigo Flores-Roux

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Nishane Istanbul „Sultan Vetiver” – perfumy doskonałe

Ich pachnidła utwierdziły mnie w przekonaniu, że wciąż – mimo wielu lat zajmowania się tematyką perfum – zdarzają się odkrycia, które szczególnie cieszą moją perfumaniacką, mocno już wybredną duszę.

Choć muszę przyznać, że w przypadku zlokalizowanej w Istambule marki Nishane nic nie zapowiadało takich doznań. Co prawda, od dłuższego już czasu, „miałem na nich oko”, jednak było w nich coś, co mnie zniechęcało. Nie potrafię tego wytłumaczyć i kładę to na karb wizerunku marki, który po prostu do mnie nie trafił. Owszem spodziewałem się, że będą to zapachy solidne, ale raczej wtórne. I częściowo miałem rację, ale nie chcę tu uogólniać, gdyż z dość szerokiej oferty zapachów Nishane (na dzień dzisiejszy ponad 20 pozycji) poznałem póki co pięć. Aż trzy z nich okazały się połączeniem oryginalności i zdecydowanie wysokiej jakości. Jeden z nich natomiast stał się absolutną gwiazdą tego przedstawienia….

Nishane Directors
Mert Güzel i Murat Katran – dyrektorzy kreatywni Nishane

 

Dawno już zakończyłem poszukiwania „mojego” zapachu z wetiwerową dominantą. Poznałem wiele z nich i tak naprawdę od długiego czasu nic się w moim prywatnym rankingu nie zmieniło, a w ciągły obiegu pozostają: Frederic Malle Vetiver Extraordinaire, Tom Ford Grey Vetiver Eau de Parfum, Chanel Sycomore Eau de Parfum i Guerlain Vetiver (co prawda wersja sprzed 2000 roku była najlepsza, ale obecnie cieszę się także tą z 2000 w „pasiastym” flakonie). Na dłuższą metę nie zdały u mnie egzaminu ani Encre Noire od Lalique (żadna z obiektywnie więcej niż dobrych wersji), ani Vetiver Dance od Tauera, ani świetny skądinąd Le Vetiver Lubin ani kilkanaście innych. Tak więc w tym zakresie miałem już temat „odfajkowany”. Do momentu pierwszych testów Sultan Vetiver

„(…) przypomina mi oryginalny Vetiver od Guerlain, zanim zaczęli w nim mieszać i utracił ten wyjątkowy ziemisto-lukrecjowy akord, który czynił go wspaniałym (…)”

Luca Turin, perfumesilove.com

To słowa wybitnego krytyka perfumowego, jednego z kilku współczesnych autorytetów w dziedzinie perfum i zapachu w ogóle, którego bardzo już dawno nie cytowałem na blogu, gdyż ten ostatnio sporadycznie zabiera publicznie głos w sprawie konkretnych perfum. Niemniej zarówno Sultan Vetiver, jak i cała oferta Nishane, na tyle go poruszyły, że rok temu wspomniał o nich na swoim – efemerycznym jak się później okazało – blogu perfumesilove, na którym pisał tylko o współczesnych zapachach i markach, które jego zdaniem są warte odnotowania. Rekomendacja Turina nie może być bezpodstawna. I nie jest. W jego porównaniu do arcydzieła Guerlain w najlepszym wydaniu także jest dużo prawdy, co piszę znając zaledwie – wciąż doskonałą i jakże inną od obecnej – wersję eau de toilette z lat 90-tych.

Jorge Lee Nishane perfumer
Jorge Lee

Sultan Vetiver to prawdopodobnie najpiękniejsze pachnidło wetiwerowe, jakie dotąd testowałem. Piszę to z pełnym przekonaniem. Co mnie w nim urzekło? Przede wszystkim oszałamiająco piękny aromat, w którym dominująca wetyweria podana została w wykwintny i elegancki sposób, daleki od współczesnego minimalizmu i pełen szarmu, z jakiego znane były onegdaj pachnidła Guerlaina. Zaiste jest coś do szpiku guerlainowskiego w Sultan Vetiver. Wyczuwalna naturalność ingrediencji, wielowymiarowość wetywerii, jakość składników i kompozycji, jej klasyczna harmonia, nasycenie zapachu, jego olfaktoryczna gęstość, wreszcie parametry: solidna, choć nie przytłaczająca projekcja i wysoka trwałość. Słowem – wszystko jest tu na miejscu i składa się na tę perfumową synergię.

Warto wiedzieć, że autorem wszystkich pachnideł Nishane jest perfumiarz Jorge Lee, niegdyś pracujący w produkującej olejki i kompozycje zapachowe firmie Quest, obecnie zaś zatrudniony w analogicznym tureckim MG Gulcicek International Fragrance Company, największej na świecie i posiadającej najnowocześniejsze technologie fabryce zapachów i perfum. Ma więc bezpośredni dostęp do wysokiej jakości naturalnych esencji i to w Sultan Vetiver wyraźnie czuć. A jest tych ingrediencji tutaj całe bogactwo, z naciskiem na esencje wetiwerowe.

Formuła zawiera aż cztery (!) różne gatunki wetywerii – jawajski, z Haiti, bourbon oraz brazylijski – i ten korzenny aromat jest tu obecny przez cały czas – od lekko cytrusowego początku przez wzbogacony o esencję neroli środek (o wspomnianym przez Turina niby-lukrecjowym zabarwieniu), aż po ostry, drzewny, trwający niemal w nieskończoność finisz.

Zapach ma bardzo wysoką koncentrację perfumowego ekstraktu i zawiera wyczuwalną, ogromną porcję ingrediencji naturalnych, co wpływa na jego powolne wielogodzinne stopniowe rozkwitanie na skórze i tytaniczną trwałość. Jest dziełem skończonym i nieskończenie pięknym. Szczerze rekomenduję, mimo naprawdę wysokiej ceny, którą w tym przypadku jestem w stanie zracjonalizować.

 

PS. Przy okazji testów Sultan Vetiver zdałem sobie sprawę z tego, że tak jak udało mi się w nim odnaleźć współczesny odpowiednik klasycznego Vetiver Guerlain, tak kilka lat temu odnalazłem współczesne wcielenie klasycznego Heritage tej samej marki w postaci wspaniałego Danger od Roja Dove. Oba pachnidła doskonale ilustrują, czym niegdyś był Guerlain i jak doskonałe były jego perfumy, których współczesne wersje to niestety blade cienie swej dawnej wspaniałości.

 

Nishane_sultan_vetiver_480

 

nuty głowy: wetiwer z Jawy, piołun, różowy pieprz, bergamotka

nuty serca: wetiwer bourbon, wetiwer z Haiti, neroli, tonka

nuty bazy: amberwood, skóra, wetiwer brazylijski

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,5