Paul Schütze Perfume – chcieć znaczy móc?

Mieszkający od 25 lat w Londynie Australijczyk Paul Schütze to postać nietuzinkowa. Kompozytor muzyki ambient. Twórca instalacji dźwiękowych, graficznych, filmów i fotografii. Od młodzieńczych lat owładnięty obsesją zapachu fan i kolekcjoner perfum. Od 2012 roku artysta penetrujący element olfaktoryczny również w swej sztuce. Dał się poznać jako twórca instalacji inkorporujących zapach. W tymże 2012 roku zaperfumował własną kompozycją „In Libro De Tenebris” czarną księgę, którą umieścił jako eksponat wystawy poświęconej zmierzchowi drukowanych książek. Wystawa ta miała miejsce w antykwariacie Maggs Bors w Londynie. Zapach ten wzbudził wówczas ogromne zainteresowanie wśród zwiedzających wystawę, którzy koniecznie chcieli go nabyć, choć nie był na sprzedaż. Dotarł on do finałowej stawki Art & Olfaction Awards w 2015 roku. W tymże roku Paul zainstalował trzy zapachy w pomieszczeniach londyńskiego Sir John Soane Museum. Jego zapachowe dzieła spotykały się zawsze z dużym zainteresowaniem publiki i wywoływały poruszenie, podobnie jak niezwykła muzyka czy fotografie. Pod namową znajomych i fanów swego talentu Paul Schütze przystąpił do stworzenia pachnideł przeznaczonych do noszenia na skórze. Tak powstały perfumy, które swa premierę miały w 2016 roku, a które mam dziś okazję opisać.

Założeniem twórcy było zawrzeć w swych perfumach impresje zaczerpnięte z wyjątkowych momentów i miejsc w jego życiu. Tak jak jego muzyka ambient tworzona jest w oparciu o dźwięki „pobrane” z natury, tak jego perfumy korzystają z naturalnych esencji i portretują wybrany przez artystę wycinek czasu i/ lub przestrzeni.

PAul Schutze
Paul Schutze, foto: Jack Latham

Behind The Rain

„Wyspa na Morzu Egejskim: nagła gwałtowna burza; gdy kończy się burza, ciepło wschodzącego słońca na posiniaczonych liściach powoduje fale żywicznych zapachów, które spływają na nasze miejsce schronienia pod drzewem iglastym.”

Ten niezwykły moment, którego artysta sam niegdyś doświadczył będąc w Grecji, postanowił zawrzeć w swej zapachowej kompozycji. Trzeba przyznać, że efekt jest tyleż zaskakujący, co interesujący. Po kakofonicznym i nieokrzesanym wstępie, w którym rozmaite zapachowe molekuły (ich wspólnym mianownikiem jest wyczuwalne naturalne pochodzenie) szaleją jedna wokół drugiej bez żadnego ładu i składu (co może symbolizować ową gwałtowną burzę), następuje spokój: zapach układa się w aromatyczny akord z dominującą nutą iglakowych pinenów. Ta lekko terpenowa i lekko mentolowa nuta ustępuje z czasem słodko-zielonej woni żywicznej (mastyks). Olfaktoryczne wizje artysty finiszują na skórze w postaci drzewno-żywicznego akordu, z którego wybija się esencja wetywerii i mchu. Echa iglaków są tu jednak wciąż obecne i pozostają w zapachowym spektrum znacznie dłużej, niż to się początkowo wydaje.

Całość pachnie bardzo naturalnie i nieco chaotycznie, jakby artysta nie panował nad pachnącą materią i poddając się siłom pozostawił swe dzieło „grze przypadków”.

główne nuty: zielone, żywiczne, iglakowe

składniki: czarny pieprz, iglaki, kadzidło frankońskie, gerjpfrut, mastyks, kwiat lipy, mech, paczula, koper, wetyweria

 

DF3+Paul+Schutze+Behind+the+Rain

Cirebon

„Noc na wyspie Jawa: nad brzegiem jeziora; pachnące dźwięki dworskiej orkiestry gamelanowej dryfują po wodzie, unosząc się w powietrzu niczym konstelacja migoczących owadów.”

Tu intro jest zdecydowanie konkretniejsze, ułożone i nawiązujące do klasyki. Cytrusy (bergamota, gorzka pomarańcza, petit grain, kwiat pomarańczy) tworzą bowiem mocny i ekspansywny koloński akord, ale obecne obok niego nuty wodno-kwiatowe (cyklamen, magnolia) przydają dodatkowego, osobliwego wymiaru. Całość oparta jest na drzewnym, wetiwerowo-cedrowym podkładzie i broni się moim zdaniem całkiem dobrze. Dodam, że koloński akord jest tu tylko pretekstem do szerszego olfaktorycznego obrazu.

„Cirebon” to moim zdaniem najbardziej udane pod względem technicznym pachnidło tej trylogii, choć w swym post-kolońskim charakterze może najmniej oryginalne, to jednak jego bardzo naturalna, wręcz naturalistyczna nuta, nieco „brudnawa” i zadziorna, nieokrzesana, z wyraźnym drzewnym finiszem, wyróżnia go na tle tego jakże szeroko reprezentowanego gatunku.

główne nuty: cytrusowe, kwiatowe, drzewne

składniki: bergamotka, gorzka pomarańcza, kwiat pomarańczy, petit grain, cyklamen, magnolia, cedr, sandałowiec, wetyweria

PAUL_SCHUTZE_PERFUME_LINE_UP_HI_RES-2

Tears of Eros

„Studio artysty: Zima; kadzidło z Sanju Sangendo z Kioto, miska odrzuconej skórki z klementynki i nocny hiacynt; księżycowe powietrze z otwartych okien: te zapachy łączą się w narkotyczne, mocne, żywe kadzidło.”

Najgęstszy, najbardziej mroczny aromat z opisywanej trójki, którego wstępny, mocno zielony i od razu wyczuwalnie żywiczny oraz delikatnie kadzidlany akord stopniowo traci na soczystej zieloności i przechodzi w skondensowaną mieszankę ciepłych i gęstych żywic, które najpierw przybierają aromat mocnej whiskey, później zaś finiszują ambrową głębią. „Tears of Eros” pachnie zielonymi sokami, mchem, żywicami, ambrą. Jego amorficzny charakter jest dla mnie dowodem na dominujący (jeżeli nawet nie wyłączny) udział naturalnych esencji w formule. Mam wrażenie, jakby autor zmieszał kilka(naście) dość ciężkich molekularnie olejków i esencji, przez co osiągnął efekt tzw. „zupy” (perfumiarze lubią tak określać formułę, w której przekroczono magiczną liczbę ingrediencji powodując w efekcie olfaktoryczny chaos bez wyraźnego tematu, dominanty). O ile zarówno w „Behind the Rain”, jak i w „Ciberon” z łatwością znajdziemy temat, oś, dominantę (w pierwszym jest to nuta iglakowa, w drugim akord koloński), o tyle w „Tears of Eros” jest to chyba niemożliwe.

To pachnidło jest jak okręt bez kotwicy. Można nim płynąć, ale nie sposób przycumować w żadnym porcie…Troszkę strasznie…

składniki: ambra, benzoina, kardamon, cedr, kadzidło frankońskie, klementynka, gwajak, hiacynt, labdanum, masło irysowe, różowy pieprz

paul SCHUTZE bottles

Nietypowe, nieokrzesane, bardziej intuicyjne niż zaprojektowane. Naturalistyczne. Kompozycyjnie zdecydowanie amatorskie. Bardziej perfumowy punk rock niż ambient. Zamknięte w bardzo estetyczne walcowate flakony a’ la Frederic Malle, sugerujące elegancję i szyk, których wewnątrz nie znajdziemy. Takie są pachnidła Paula Schütze. Przypominają mi twórczość Josha Lobba i jego Slumberhouse, choć Lobb potrafi jednak nieco więcej. Wykorzystane w nich naturalne esencje są trochę niby poukładane, trochę pozostawione samym sobie, z ich tendencją do gubienia azymutu. Te perfumy to propozycje dla perfumowych buntowników, anty-mainstreamowców, zapachowych wywrotowców i anarchistów, a więc z pewnością nie dla mnie…

 

 

PS. Pachnidła Paula Schütze można przetestować i nabyć w warszawskiej perfumerii MoodScentBar.

Reklamy

Majda Bekkali „Andalusian Collection” – symbioza historii, sztuki i zapachu

Kolekcja Andaluzyjska Majdy Bekkali to trio perfum, które łączy inspiracja Andaluzją, a konkretnie barwną i złożoną historią tego południowego regionu Hiszpanii. To właśnie wątki andaluzyjskiej historii, elementy jej sztuki, architektury oraz historyczne postaci legły u podstaw niezwykłych perfum o równie niezwykłych nazwach: „Tulaytulah”, „Mudejar” i „Ziryab”. Zanurzmy się więc na kilka chwili w świat niezwykłych zapachów najnowszej kolekcji Majdy Bekkali.

Toledo

Pierwszym zapachem kolekcji jest „Tulaytulah”, którego nazwa pochodzi od średniowiecznej nazwy miasta Toledo, które w tamtych odległych czasach należało do Andaluzji. Zapach ten w swoim centrum zawiera niezwykle sugestywny i piękny akord marcepanu, z którego wytwarzania Toledo słynie po dzień dzisiejszy. Zanim jednak marcepan ujawni się w pełnej krasie, do naszych nozdrzy dobiega owocowa nuta kwiatu wiśni, która – jako perfumowa rekonstrukcja – przypomina mi bardziej zapach słodkiego soku z wiśni. Finisz tych perfum zdominowany jest przez częstą w perfumerii mieszankę tonki i wanilii z subtelnym akcentem zamszowym. To od początku do końca kulinarne pachnidło urzeka swą sugestywną urodą i piękną ewolucją na skórze. Jest zapachową opowieścią o mieście, w którym setki lat temu pokojowo współistniały ze sobą trzy różne kultury: chrześcijańska, żydowska i muzułmańska. Poprzez ten ciepły, smakowity, harmonijny zapach Majda Bekkali chce przypomnieć współczesnemu światu o tym, że w takiej samej harmonii możemy żyć współcześnie – bez względu na wyznawane poglądy czy religie.

Specjalnie dla tej kolekcji przypominające obłe kamienie flakony perfum Majdy Bekkali zostały przyozdobione złotymi wzorami pochodzącymi ze słynnego andaluzyjskiego pałacu Alhambra.

Majda-Bekkali-Tulaytulah-120ml---fond-noir

główne nuty: kulinarne (wiśnia, marcepan, tonka), skórzane (zamsz)

 

 

Andalusian garden

„Mudejar” ma zgoła innych charakter. To chyba pierwsze perfumy w ofercie Majdy Bekkali o świeżym i dość lekkim charakterze. Jednak – jak wszystko w przypadku tej artystki –  są one niebanalne, urodziwe i wyjątkowej jakości. Zainspirowane synkretyczną andaluzyjską architekturą, tamtejszymi ogrodami, zielenią, kwiatami, kamiennymi murami, gorącym powietrzem i kojącym chłodem domowych wnętrz „Mudejar” otwierają się intensywną, soczystą zielonością zbudowaną z grejpfruta i czarnej porzeczki.  W tle wyraźnie czuć ukochane przez Majdę drewno cedrowe. To prawdopodobnie ono w połączeniu z kadzidłem i mchem tworzy subtelnie krzemienną aurę. Co zadziwiające, ta lekko zielona i subtelnie mszysta i mineralna nuta przypominająca chłodny kamień pozostaje świeża i lekka do samego – dość odległego w czasie – końca trwania zapachu na skórze. Wszystkie te elementy sprawiają, że „Mudejar” wydaje mi się wprost idealnym pachnidłem na lato.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: zielona (czarna porzeczka), mineralna, drzewna (cedr)

rok premiery: 2017

 

 

tulips1

Ostatnim zapachem andaluzyjskiego tercetu jest „Ziryab”, który – nie ukrywam – stał się ostatnio moim faworytem, wyprzedzając „Mudejar”. Dlaczego? Po części za sprawą niezwykłej inspiracji. Ziryab to historyczna postać – twórca flamenco, umysłu tyleż ścisły, co artystyczny. Astronom i muzyk w jednym, innowator, któremu arabski instrument szarpany „oud” zawdzięcza piątą strunę. I to na obraz pięciu strun tego instrumentu „Ziryab” złożony został z pięciu nut: tulipana, cedru, ambry, szafranu i oudu. 

ziryab_6

Ale „Ziryab” uwiódł mnie przede wszystkim bezprecedensowym akordem tulipana, który otwiera to pachnidło, a który osadzony został na orientalnym ambrowym tle, wzmocnionym cedrem i posypanym złotym szafranowym pyłem ze zgrabnie wmiksowaną nutą oudu, jako symbolem owej piątej struny. „Ziryab” pachnie egzotycznie, orientalne i jednocześnie – dzięki tulipanom – dziwnie znajomo. Perfumy te mają w sobie coś magnetycznego. Są wyrafinowanie, zwracają uwagę niebanalną elegancją i egzotycznym sznytem. Nie sposób pozostać wobec nich obojętnymi.

Unikatowe połączenie tulipana, szafranu i oudu tworzy nową jakość w perfumerii i trzeba to podkreślić. W takim kontekście zawsze przecież występowała róża. Jest więc „Ziryab” prawdziwie nowatorski.

W fazie długotrwałego finiszu moje skojarzenia dryfują w kierunku „Oud Satin Mood” Francisa Kurkdjiana. Ale to podobieństwo – nie sądzę, żeby zamierzone, raczej dzieło przypadku – przydaje tylko „Ziryabowi” urody. Piękne i inspirujące perfumy.

majda ziryab

główne nuty: tulipan, szafran, oud, cedr, ambra

rok premiery: 2017

 

„Tulaytulah”, „Mudejar” i „Ziryab” to doskonałe przykłady perfumerii koncepcyjnej, mającej do przekazania coś więcej, niż tylko sam zapach, nawet jeśli to on na końcu najbardziej się liczy. Testy tych pachnideł utwierdziły mnie w przekonaniu, że Majda Bekkali pozostaje jednym z najciekawszych i mających najwięcej do powiedzenia twórców współczesnej artystycznej perfumerii niszowej, tworzącą  zapachy tyleż oryginalne i niebanalne, ile przemyślane, zainspirowane, ale przede wszystkim piękne i doskonale skomponowane. Każde z tych trzech pachnideł – w moim przekonaniu ciążących jednak w kierunku estetyki lepiej pasującej kobietom niż mężczyznom – zasługuje na bardzo wysoką ocenę pod każdym względem. Każde jest inną intrygującą olfaktoryczną opowieścią, za którą stoi przemyślana wizja artystki, perfekcyjnie przełożona na język perfum. Mamy więc urocze pachnidła, doskonale oddające artystyczne wizje twórczyni, zamknięte w pięknych, super oryginalnych flakonach. Czy trzeba czegoś więcej?

Etat Libre d’Orange „Une Amourette” – wonna miłostka

Roland Mouret, francuski projektant mody, już 8 lat temu spotkał się z Etiennem de Swardtem w jego biurze w butiku Etat Libre d’Orange przy 69 rue des Archives, w Paryżu. Rozmawiali wówczas o możliwości stworzenia perfum dla marki Rolanda. Wcześniej, w artykule w brytyjskiej gazecie, zatytułowanym “Little Black Book: Roland Mouret” napisał on o ELdO: “unikalna marka perfumeryjna produkująca najlepsze „zakręcone” zapachy ekskluzywne.” Niemniej wówczas na rozmowach się skończyło. Pozostały dobre wrażenia ze spotkania i zasiane ziarno, które wykiełkowało dopiero teraz, gdy we współpracy z Rolandem Mouretem i Etiennem de Swardtem Daniela Andrier – perfumarka Givaudan – skomponowała „Une Amourette”.

roland-mouret
Roland Mouret

„Une Amourette” powstało przez przypadek, jak wyjaśnił Etienne de Swardt w udzielonym mi niedawno wywiadzie. Daniela Andrier – znana z fantastycznych pachnideł tworzonych dla domu Miucci Prady – pracowała nad perfumami z paczulą w roli głównej. Obok jej naturalnej esencji w formule znajdowała się Akigalawood – frakcja paczulowego olejku, wydobyta z niego laboratoryjnie w procesie destylacji frakcyjnej. Dzieło arcy-zdolnych chemików z Givaudan.

Akigalawood pozbawiona jest brudnych i nieprzyjemnych nut pleśni, stęchlizny i nut fizjologicznych, jakie występują w naturalnym olejku. Drzewny, nieco pikantny i nieco kwiatowy – tak opisywany jest aromat tej substancji. Dzięki tym walorom ma ona dużo szersze zastosowanie, niż pełnowymiarowy olejek paczulowy. Znajdziemy ją w perfumach wydawanych w ostatnich 2-3 latach („Black Pepper” Comme des Garcons, Mont Blanc „Legend Midnight”, Azzaro „Chrome Pure”, John Varvatos „Dark Rebel”, Parfums de Marly „Nisean” czy Boucheron „Quatre Pour Homme Absolu de Nuit”). Co jeszcze łączy te zapachy? Wszystkie powstały w pracowniach perfumiarzy pracujących dla Givaudan. Akigalawood został bowiem opatentowany przez tą firmę i obecnie mogą go używać wyłącznie jej perfumiarze, a więc także m.in. Daniela Andrier, która – nota bene – zastosowała go już w 2015 roku komponując perfumy „Miu Miu” dla Coty.

Któregoś dnia podczas pracy nad perfumami dla Moureta i de Swardta Daniela Andrier użyła kremu marki Nuxe o zapachu kwiatu pomarańczy. Tego samego dnia testowała na skórze wczesną wersję „Une Amourette”. Poczuła intrygującą woń będącą połączeniem obu aromatów. Uznała to za interesujący przypadek i postanowiła dodać do ówczesnej formuły perfum esencję neroli. Tak powstał sygnaturowy akord „Une Amourette”. W składzie perfum znajdziemy też absolut z wanilii i irys, do którego – jak wiemy – Daniela Andrier ma wielką słabość.

une amorette Eldo

Tak więc w „Une Amourette” Akigalawood oraz paczulowy ekstrakt występują obok siebie tworząc wyrazistą drzewno-pikantną część zapachu, podczas gdy neroli „zderza się” z nią tworząc absolutnie unikatową, niezwykłą, jakby musującą świeżość.

Ten zapach nie rozwija się jak klasyczne perfumy, bo to nie jest klasyczna kompozycja. To raczej efekt „incydentu w laboratorium”, w wyniku którego pozornie nieprzystające do siebie elementy połączyły się w jedną całość, choć nie zatraciły swej odrębności. To ich wzajemne oddziaływanie, iskrzące napięcie między nimi panujące stanowi treść „Une Amourette”.

Oczywiście upływ czasu redukuje natężenie nuty neroli na korzyść ultra trwałej Akigalawood, która de facto pozostaje na skórze jako finisz, ocieplona nieco wanilią. „Une Amourette” pachnie więc owocowo-kwiatowo-drzewnie, raczej abstrakcyjnie niż konkretnie i namacalnie. Mruga okiem w kierunku klasycznej kolońskiej estetyki, a  jednocześnie używa dużej ilości produktu wysokiej technologii. Tworzy niezwykłą, pulsującą aurę wokół noszącego. Nie znam innych perfum, które pachną podobnie. To w moich ustach zawsze komplement, bo nie cierpię wtórności.

Na ile „Une Amourette” są spójne z filozofią Etat Libre d’Orange? Jest w nich przypadek, eksces – jest więc niespodzianka, rodzaj ekscytacji. Jest zapadająca w pamięć sygnatura, efekt wspomnianego przypadku i użycia molekuły póki co dostępnej tylko dla wąskiej grupy perfumiarzy Givaudan. Jest wreszcie obiektywna jakość – dobra projekcja i dobra trwałość. Nie mam więc wątpliwości, że „Une Amourette” to kolejna udana propozycja Etienna de Swardta, należącą przy tym do tych łatwiejszych w odbiorze, mniej wymagających i od pierwszych nut przyjemnych, nawet jeśli zaskakujących.

UNE AMOURETTE

 

 

Dominujące nuty: neroli, paczula, wanilia

Twórca/nos: Daniela Andrier/ Roland Mouret

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: nie znam

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Amouage „Beach Hut Man”

„Beach Hut Man” to najświeższy męski zapach w ofercie omańskiej marki. To także – moim zdaniem – najlepsze i najciekawsze pachnidło z kolekcji „Midnight Flower”, rozpoczętej przez wypełniony nieśmiertelnikiem i prowansalskim słońcem „Sunshine Man” i kontynuowanej w zeszłorocznym, świetnym skądinąd „fougere na sterydach”, czyli „Bracken Man”. Każde z tych pachnideł to wyraźne stylistyczne odejście od bogatej, neo-arabskiej estetyki, której dotąd hołdowała marka, pełnej oryginalnych i odważnych zestawień kadzideł, przypraw, drzew, balsamów i kwiatów. „Midnight Flower Collection” to zapachy o klasycznie europejskiej, więcej – francuskiej – estetyce, podanej wszakże w charakterystyczny dla Amouage bogaty, mocny i wyrazisty sposób.

Amouage Beach Hut Man

„Beach Hut Man” rozpoczyna się orzeźwiającym akordem, w którym wyraźnie czuć miętę na zielonym, soczystym tle zbudowanym z galbanum. Miętowa nuta jest intensywna i nadspodziewanie trwała, gdyż obecna jest jeszcze w sercu zapachu, które zachowuje zielony charakter, ale ma nieco bardziej drzewną i mszystą naturę. Nuta bluszczu miesza się tu z wetywerią i mchem. Wszystko to osadzone jest na wytrawnej, drzewnej i wyrazistej bazie, która utrwala zapach w sposób nadzwyczajny. „Beach Hut Man” to jedne z najtrwalszych znanych mi perfum o świeżym charakterze, ale także jedne z najtrwalszych od Amouage, które przecież zwykle słynie z doskonałych parametrów. Cały zapach – także jego akord głębi – mocno projektuje i pozostawia długi ogon, będąc jednocześnie wyczuwalnym przez noszącego i prowokując zapytania zaintrygowanego nim otoczenia.

Mięta, zieleń, mech – niby nic nowego (całkiem niedawno testowałem „You or Someone Like You” ELdO, który jest podobnym, za to dużo „spokojniejszym” zapachem), ale jednak jakość kompozycji, składników i parametrów powoduje, że „Beach Hut Man” już zdążył uplasować się wysoko w moim aktualnym rankingu perfum i „rzutem na taśmę” wpisał się na listę pachnideł, w których flakon mam zamiar w przyszłości się zaopatrzyć.

Nie jestem fanem perfum z galbanum, ani – ogólniej – perfum liściasto-zielono-trawiastych – może z kilkoma wyjątkami. Ale „Beach Hut Man” już stał się moim faworytem w tej grupie z kilku względów. Po pierwsze – galbanum zostało tu „osiodłane” i „ujeżdżone”, a do tego przybrane pięknie się z nim komponującą i zaskakująco mocną i trwałą nutą mięty. Po drugie – całość osadzona została na wibrującej, zielono-sucho-drzewnej bazie, która wspaniale przebija przestrzeń. Po trzecie –  zapach wyposażono w doskonałe parametry, zwiększając w ten sposób przyjemność jego noszenia.

Utwierdził mnie też w przekonaniu, że Amouage nie obniża lotów i podąża własną, daleką od aktualnych trendów drogą, proponując zapachy śmiałe, czasem prowokujące, o wyraźnych sygnaturach, których żaden wielbiciel perfumowej sztuki nie powinien ignorować.

Amouage Beach Hut Man bottle

Dominujące nuty: miętowa, zielona, drzewna

Twórca/nos: Christopher Chong/ Elise Benat

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: Etat Libre d’Orange “You or Someone Like You”, Comme des Garcons „Amazingreen”, Costume National “Cyber Garden”, Aqua Di Parma “Colonia Club”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

 

Tauer Perfumes „Lonesome Rider” – na tropie wędrowca

Idąc śladami współczesnych traperów, pośród gór i lasów Kolorado, nad jeziorem napotykamy na ślady pozostawione przez wędrowca. Czuć jeszcze zapach kwaśnego dymu wydobywającego się z niedokładnie dogaszonego ogniska. Woń skórzanych siodeł  i rozgrzanej końskiej skóry unosi się wciąż w powietrzu. Musiał dopiero co odjechać… Samotny jeździec.

Kolorado USA

Kowbojskie fascynacje Andy’ego Tauera, którym ten dał upust ponad dekadę temu komponując fenomenalny „Lonestar Memories”, powróciły w zeszłorocznym „Lonesome Rider”.  Z wnętrza starego Buicka, w którym unosi się zapach smarów, benzyny i skórzanej tapicerki przenieśliśmy się w otwarte przestrzenie, pełne dzikiej przyrody i traperskich aromatów.

W pierwszej fazie dymno-skórzana nuta, będąca sygnaturą tego zapachu, ubrana jest w całkiem wyraźny i bardzo naturalnie pachnący akord cytrusowy. W miarę jej zaniku aromat staje się bardziej wytrawno-skórzany i dymny z wyraźną nutą kastoreum. Taki mniej więcej charakter zapachu utrzymuje już się przez resztę czasu jego obecności na skórze, subtelnie i powoli gasnąc.

Autor podkreśla, że dla niego „Lonesome Rider” to świeża i unikatowa interpretacja irysa. Cóż, zaskakująca to konstatacja, ale wypada mu uwierzyć, bowiem on najlepiej wie, z czego ułożył tę uroczą opowieść i jaka miała być jej puenta. Ja irysa – jakiego znam – tu nie wyczuwam, w przeciwieństwie do róży, użytej w sercu kompozycji. Słabość Tauera do tego kwiatu jest dobrze znana fanom jego talentu. Jej aromat przemycił także tu i to z powodzeniem – łagodząc dość surowy klimat tego pachnidła.

Jako całość „Lonesome Rider” zdecydowanie mnie przekonuje. Ma swoja dramaturgię, swój przebieg i własną opowieść. Trafia w me gusta, bo lubię aromat skóry i drzewnego dymu zarówno w perfumach jak i w naturze. Faktem jest, że zapach ten nie obezwładnia mocą, z jakiej znane są niemal wszystkie wcześniejsze pachnidła Andy’ego, ale nie stanowi to dla mnie problemu, gdyż jego wyczuwalność jest wciąż na bardzo dobrym poziomie, bliższym po prostu „branżowej średniej”. Wciąż jednak możemy liczyć na legendarną trwałość pachnideł od Andy’ego. Kolejny więc raz napiszę: chapeau bas wobec talentu i warsztatu szwajcarskiego perfumiarza-samouka.

lonesomerider20160213_1

Dominujące nuty: cytrusy, nuta dymna, skóra, kastoreum

Twórca/nos: Andy Tauer

Rok premiery: 2016

Podobne zapachy: Mona di Orio „Cuir”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

 

 

Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Jeszcze w zielone gramy: Tom Ford „Vert d’Encens”, Eutopie „No. 8”, Majda Bekkali „Mudejar”

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany”*

zdają się śpiewać perfumowe brandy i proponują nam ostatnio całkiem sporo pachnideł o zdecydowanie, czasem wręcz zaskakująco zielonym charakterze. To bardzo pozytywne zjawisko, wszak zieleń jest kolorem nadziei, ale i życia, wiosny, lata, ciepła i radości, a zapachy zielone wywołują taki właśnie radosny, miły i optymistyczny nastrój. Mogą być świetnym antidotum na zbliżające się wielkimi krokami mroki jesieni i zimy…

Jednym z tradycyjnych składników zielonych, używanych w perfumach od dawna, bo od czasów starożytnego Egiptu, jest olejek (a także rezinoid) galbanum. To po ten składnik – obok aromamolekuły cis-heksanol (o zapachu soczystej trawy) najczęściej sięgają perfumiarze, gdy chcą osiągnąć wyrazisty zielony efekt w kompozycji perfumeryjnej. Znanymi przykładami użycia galbanum są zielone klasyki: Chanel No. 19, Gres Cabochard czy Givenchy Ysatis.

galbanum
Galbanum

A propos zielonych klasyków właśnie Tom Ford zaskoczył w zeszłym roku perfumowych koneserów zieloną kolekcją: Vert Boheme, Vert de Fleur, Vert des Bois i Vert d’Encense. Zapachy te miały być w zamyśle współczesnymi interpretacjami klasycznych akordów zielonych w perfumerii.

Zaintrygowany sięgnąłem w pierwszej kolejności po ostatni z nich (resztę mam nadzieję także kiedyś przetestować) i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony niezwykle oryginalnym aromatem łączącym zielono-żywiczne galbanum z kadzidłem i słodką heliotropiną! Doprawdy niesamowita mieszanka, w której lubiące dominować galbanum (samo w sobie będące bardzo intensywnie pachnącą ingrediencją) zostało tu niejako ujarzmione słodyczą i żywicznym ciepłem kadzidła. Nie przeważa, tylko ładnie równoważy się z pozostałymi nutami wiodącymi. Oczywiście najwyraźniej ta strączkowa zieloność – jak zwykłem określać aromat galbanum – jest wyczuwalna na wstępie. Z czasem nieco traci ona na impecie, a zapach emituje przechodzi w oryginalną słodko-zieloną i jednocześnie ciepłą, słoneczną stronę. Zaczyna przeważać heliotrop i tak jest niemal do – dość odległego w czasie – końca. Na samym finiszu nieco wyraźniej ujawnia się nuta kadzidlana, ale bardziej jest to mirra niż olibanum. Vert d’Encens zachęcił mnie do zapoznania się z pozostałymi trzema pozycjami z zielonej kolekcji Toma Forda.

 

Tom-Ford-Private-Blend-Vert-Collections

 

główne nuty: galbanum (zielona), heliotrop (słodka, migdałowa), kadzidło (ciepła, żywiczna)

 

No. 8 skomponowane przez perfumiarza Thomasa Fontaina dla francuskiej marki niszowej Eutopie to niebanalnej urody uniseksowe perfumy zielono-drzewne osnute – podobnie jak Vert d’Encens – na galbanum.  To właśnie ten nieco gorzki i zielony aromat otwiera kompozycję, a rozjaśniają go bergamotka i limonka. W sercu mamy – dla odmiany – przydającą czystej i lekkiej, eleganckiej, mydlanej aury esencję z kwiatu pomarańczy (neroli) oraz nadającą głębi i nieco ciepła żywicę mastyksową, która tak pięknie swego czasu ujęta została w Eau de Ikar od Sisley. W sercu wymieniane jest także kadzidło oraz mięta. Z obu składników miętę faktycznie można poczuć przy odrobinie wysiłku (została zręcznie skomponowana  w całość), zaś kadzidła nie czuję. Drzewna baza (cedr) z dodatkiem białych piżm i akordu ambrowego stanowi nowoczesne i bardzo trwałe zwieńczenie No. 8, mocno zresztą odmienne od wcześniejszych faz zapachu. Przyznam, że to waśnie ów finisz utwierdził mnie w pozytywnej ocenie tych perfum. Testując je miałem bowiem obawę, że po tym mocno galbanowym (na granicy mojej tolerancji na tę nutę) zielonym początku i lekko kwiatowym, „toaletowym” sercu nie wydarzy się już nic ekscytującego. A tu proszę: zadziorny i zupełnie męski drzewno -ambrowy finisz (zgoda – nieco syntetyczny – ale mi to zupełnie nie przeszkadza). Naprawdę fajnie skomponowane i świetnie zachowujące się na skórze perfumy o przyciągającym temacie i jakości nie pozostawiającej nic do życzenia. Dalekie od spektakularności, ale też więcej niż poprawne. Uniseksowe, choć wg niektórych – w tym i mnie – jednak z przechyłem w męską stronę.

Eutopie No 8

główne nuty: galbanum (zielona), neroli (białokwiatowa, czysta), mastyks (żywiczna), cedr (drzewna)

 

Jednak chyba najbardziej oryginalnym obok Vert d’Encens pachnidłem w tym zielonym zestawie jest Mudejar Majdy Bekkali. Niesamowite intro z molekułami pieprzu wibrującymi wokół grejpfrutowej esencji po ty, by chwilę później odsłonić przedziwne, nieco mineralne serce, złożone z nuty liścia czarnej porzeczki i cedru. Drzewno-kadzidlana baza z wyraźną, „okrągłą” nutką mchu wieńczy to naprawdę intrygująco pachnące dzieło. Zaskakująca „krzemienna” nuta podobna do tej z Terre d’Hermes, ale tu w towarzystwie zielonej porzeczki – zamiast geranium i wetywerii. Mudejar to zdecydowanie uniseks, ciążący może nieco w męskim kierunku (jak każdy z opisywanych tu zapachów, co pewnie wynika z ich zielono-żywiczno-drzewnych charakterów, pozbawionych typowych kobiecych nut kwiatowych czy kulinarnych). To z pewnością kolejne warte uwagi, niebanalne, oryginalne pachnidło w unikatowej kolekcji Majdy Bekkali, na którą zwracam uwagę wszystkich koneserów perfum.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: pieprz (przyprawowa), czarna porzeczka (zielono-owocowa), mineralna/ krzemienna, drewno sandałowe, mech (drzewna)

 

*) cytat z piosenki Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”