Serge Lutens „Section d’Or” – kto bogatemu zabroni?

Kolekcja Section d’Or miała swą premierę w 2014 roku. Konkretnie w tym właśnie roku światło dzienne ujrzał zapach – pilot tego „serialu” – L’Incendiaire, zaś w 2015 dołączyło 5 pachnideł, a następnie jeszcze dwa kolejno w 2016 i 2017 roku. Od samego początku w perfumowym światku zrobiło się o niej głośno. To za sprawą faktu, że firmuje ją sam Serge Lutens, ale także – a może przede wszystkim – tego, że nadano jej status butikowej, a więc wyjątkowej, luksusowej i prawdziwie ekskluzywnej. Za tym poszła bardzo wysoka cena, która natychmiast wzbudziła kontrowersje. No bo cóż to musza być za pachnidła, skoro za 50 ml flakon trzeba zapłacić od 450 do nawet 700 EUR? Czyżby zawierały płynne złoto?

Serge-Lutens-Section-dOr-918x493

Często zdarza mi się recenzować zapachy, które kosztują niemało: 150-200 EUR za flakon 50, 75 lub 100 ml. To w perfumowej niszy czy na półce zapachów luksusowych praktycznie norma. Rzadko jednak dane mi jest poznać i opisać pachnidło, którego cena wykracza daleko poza ten poziom. Przykładem luksusowe propozycje Roja Parfums, gdzie za 50 ml wody perfumowanej zapłacimy co najmniej 300 EUR, a czystych perfum – 480 EUR. I właśnie na tym poziomie zaczynają się ceny perfum wchodzących w skład Section d’Or. Czy ten wyśrubowany poziom cenowy może mieć i czy w istocie ma jakikolwiek przełożenie na same pachnidła? O tym miałem zupełnie niespodziewaną okazję się przekonać.

Pod poetyckimi – jak to u Lutensa – nazwami kryją się bardzo naturalnie i tradycyjnie pachnące kompozycje orientalne, w których nie znajdziemy nawet śladu eksperymentów, z jakich znany jest Lutens ostatnich lat. Te perfumy to powrót do początków autorskiej perfumerii Serge’a i ma to swój niewątpliwy urok. To, co wyraźnie emanuje z tych pachnideł, to bezdyskusyjnie wysoka jakość składników i wysoka ich koncentracja, a także – wg mnie – dość krótkie, czytelne formuły, mające – jak sądzę – w założeniu jak najpełniejsze ukazanie urody najcenniejszych składników.

Serge-Lutens
Serge Lutens, Diwan Photography, 2005

 

L’Incendiaire (Podpalacz) jest z pewnością niezłym początkiem tej niezwykłej kolekcji, nie tylko za sprawą nazwy (!), ale także poprzez swą mroczną naturę wynikającą z obecności bardzo ciemnych nut: krzemiennej, balsamów, żywic i kadzidła, a także piżm. Może się podobać jako enigmatyczny i intrygujący, a także nieźle korespondujący z tytułem.

Z początku czuję w nim nutę jakby rozgrzanego krzemienia na balsamicznym tle. Z czasem łagodnieje ona i ustępuje miejsca monolitycznej mieszance balsamów, kadzideł i żywic. W późniejszej fazie dochodzą mych nozdrzy smużki olibanum, a ostatnia faza to głównie piżma. Czy tak pachnie marokański podpalacz?

collection-incendiaire

Cannibale (Ludojad) – groźny tytuł zwiastuje niebezpiecznie piękne pachnidło. Na samym początku dominuje w nim niezwykle głęboka, upojna wręcz róża, zatopiona w bardzo luksusowo pachnących akordzie żywiczno-ambrowym, z wyraźną nutą labdanum i subtelnym przyprawowym tłem, które wszakże zaskakująco szybko przykrywają różaną woń, tak jakby kwiat ten z początku pływał na powierzchni gęstej, ambrowo-żywicznej mazi, po czym w niej zatonął, niczym piękna kobieta pożarta przez kanibala…

L’Haleine des Dieux (Tchnienie Bogów) – tu orientalna mieszanka ambry, żywic, kadzidła i labdanum została nieco złamana i w ten sposób ożywiona szałwią i jodłowym balsamem. Zapach zachowuje się na skórze dość zaskakująco. Mianowicie najpierw dominuje w nim wyraźne labdanum i ma się wrażenie, że tak już pozostanie. Ale aromat dość szybko wykonuje woltę i spod labdanum wyłaniają się nuty lekko zielone, lekko jakby pikantne, lekko iglaste i to one zaczynają dominować.

Sidi Bel-Abbès zostało zainspirowane – jak się domyślam, biorąc pod uwagę miejsce w którym Serge Lutens mieszka i pracuje od lat – wnętrzem jednego z meczetów znajdujących się w Marakeszu. Tu pachnie przede wszystkim słodkim tytoniem, który posadowiony został na bazie z wanilii i żywic tworzących ambrowe tło. Czyżby Lutensowska wersja Tobacco Vanille? Poniekąd, aczkolwiek jednak pachnąca bardziej naturalnie, mniej słodko-waniliowo, bardziej ambrowo i męsko, szczególnie w bazie, ale też i – przyznajmy to – dużo mniej spektakularnie od bestsellera Toma Forda.

Zaouia-Sidi-Bel-Abbes-in-Marrakech

Cracheuse de Flammes (Plujące Ogniem) – motyw ognia pojawia się więc w Section d’Or po raz drugi, tyle że tym razem w zupełnie abstrakcyjny sposób. Bo któż by się spodziewał, że to nektarowa róża, na poły świeża, na poły orientalna. Ale nie jest to róża zwyczajna. Esencja z róży Otto, zwanej inaczej damasceńską i pochodzącej z Bułgarii, jest istotą tego pachnidła. Rzeczywiście różany aromat jest tu wyjątkowo piękny i w zaskakująco naturalny sposób połączony z nutą gruszki oraz moreli. Jest więc to na początku róża owocowa, by z czasem przeistoczyć się w ciepłą różę ambrową i tym ambrowym tłem zakończyć.

Renard Constrictor (Lis Dusiciel) – okazuje się – przewrotnie – z początku jaśminową marmoladą z czasem ewoluująca w piżmowo-indolowym kierunku. Jest więc połączeniem akordu białokwiatowego z akcentami animalnymi, co zdaje się nawiązywać do intrygującej nazwy tego pachnidła.

Prócz ceny i złoto-czarnego designu flakonów (który nota bene od razu każe mi patrzeć na to przedsięwzięcie jako obliczone na rynki arabskie i coś mi się zdaje, że się nie mylę) wszystkie zapachy łączy orientalny charakter oraz minimalizm środków wyrazu (zaskakujące, ale takie właśnie na mnie robią wrażenie ), a także czytelność, harmonia, głębia oraz to, że pachną – jak przystało na czyste perfumy – blisko skóry, powoli odkrywając swoją naturę i pozostawiając na skórze dłużej, niż woda perfumowana. Poza tym z mojej strony nie było „wow”, „och” czy „ach”. Zachwyt raczej umiarkowany. Żadne z tych pachnideł nie poruszyło mojej wybrednej i zepsutej do cna perfumo-maniackiej natury. Żaden zapach nie połechtał mojej zapachowej próżności. Wszystkie natomiast dały mi sporo przyjemności podczas testów, to fakt, a to za sprawą ich opisanych wyżej cech. Szczególne wrażenie robią na samym początku, zaraz po aplikacji na skórze, gdyż zadbano o to, by introdukcje rzeczywiście poruszały, dotykały najodleglejszych zapachowych receptorów. Z czasem zapachy osiadają i nie są już tak niezwykłe, jak na początku, ale to niestety nieuniknione, gdy chodzi o perfumy, w szczególności te z dużą zawartością naturalnych esencji, a do takich z pewnością należą te tworzące Section d’Or. 

Nie uznałbym tego wpisu za odpowiednio spuentowanego, gdybym nie spróbował na jego końcu odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie: czy pachnidła Section d’Or warte są swojej ceny? Mając naprawdę spore doświadczenie w testowaniu perfum z różnych półek cenowych z przekonaniem stwierdzam, że absolutnie nie. Owszem, są to piękne, gęste, orientalne perfumy, którym nie można odmówić jakości. Ale ich pozycjonowanie cenowe jest w tym przypadku ewidentnym zabiegiem marketingowym ukierunkowanym na wywołanie zainteresowania wśród obrzydliwie bogatych snobów tudzież (ja jednak obstaję, że przede wszystkim) jeszcze bogatszych klientów zamieszkujących Półwysep Arabski, a bardzo chętnie robiących zakupy m.in. w londyńskim Harrodsie. No ale kto bogatemu zabroni?

 

Reklamy

Montale Paris w dwunastu odsłonach

Bardzo trudno nadążyć za kolejnymi premierami marki Montale. Katalog ich produktów rozrasta się w wyjątkowo szybkim tempie, a pobieżne zapoznawani się z każdym nowym zapachem może wprowadzić w nie lada konfuzję i poczucie, że przecież to już było, że to podobne do innego zapachu tej samej – albo innej (bo i tak czasem bywa) – marki. Nie znam wystarczająco wielu perfum Montale, by móc to samemu ocenić lub jakoś uporządkować ten jakże liczny zbiór. Postanowiłem więc po prostu przebrnąć przez zapas czekających na testy próbek i choć krótko scharakteryzować moje wrażenia na ich temat. Marka o tyle ułatwia zadanie, że – z nielicznymi wyjątkami  – w nazwach perfum umieszcza dominującą nutę. I nie zawsze – na szczęście – jest to oud.

1. The New Rose (2016) – lekka, świeża, owocowa róża 

To oczywiście perfumy z różaną dominantą, podane w zdecydowanie kobiecy sposób, ale… Cóż jest nowego w tej róży? Nie ma tu rewolucji, choć trzeba oddać, że róża połączona tu z nutami owocowymi – maliną, porzeczką, brzoskwinią i cytrusami – pachnie naprawdę uroczo i świeżo, wcale nie przytłaczająco, ani nie ciężko. Szczególnie początek jest rześki i można w nim wyczuć nawet nutkę konwalii. Serce ma nieco bardziej landrynkowy charakter (ale bez przesady). Obiektywnie przyjemne, całkiem nasycone i trwałe pachnidło z zaskakującym drzewnym finiszem, rzeczywiście nieco inaczej, na świeżo prezentujące królową kwiatów. Warto przetestować.

Montale New Rose

2. Montale „Arabians” (2017) – oud i skóra w eleganckim wydaniu

To pachnidło przyprawowo-drzewno-skórzane, zainspirowane wspaniałą rasą koni (z której hodowli znana niegdyś była pewna polska stadnina…) podane w zdecydowanym, arabskim stylu. Otwiera się suchą i intrygująco gorzkawą mieszanką kardamonu i prowansalskich ziół (lawendy i tymianku). W sercu łagodnieje, staje się drzewne. Paczula i wetyweria osadzone są na skórzano-oudowym fundamencie, który przez pewien czas emituje subtelny lekarstwiany aspekt. Baza utrwalona piżmami i ambrą pozwala się cieszyć aromatem Arabians przez wiele godzin, ale to przecież standard w pachnidłach Montale, co wg mnie jest ich zdecydowaną zaletą. Co więcej, Arabians jest ładnie wyważone i nie obezwładnia mocą, co w tym przypadku uważam także za pozytyw. Ogólnie zapach w moim typie. Podoba mi się.

PS. „Arabians” ma dość osobliwą naturę. Trzyma się skóry wiele godzin, ale jego projekcja jest umiarkowana, nie wyczuwalna zbyt mocno dla noszącego, za to zauważana przez otoczenie. Na pewno nie jest więc aromatem przesadnie nachalnym czy męczącym. Zadbano o cywilizowaną moc. Choć osobiście wolę bardziej czuć perfumy na sobie.

Montale Arabians

3. Montale „Starry Nights” (2015) – nouveau chypre?

Intrygujący, balsamiczno-owocowy początek, z wyróżniającą się nutą jabłka przechodzi w kwiatowo-drzewne, szyprowe w swej istocie serce, z jaśminem zmieszanym z różą i paczulą. Wspomniany akord szyprowy jest tu jakby pastelowy, łagodny, przyjazny i zupełnie współczesny. Zaokrąglony chyba dość sporą dawką piżm, których charakterystyczna transparentna i lekko gryząca nozdrza nuta jest tu po pewnym czasie w sercu i bazie zapachu całkiem wyczuwalna. Naprawdę oryginalne ujecie tematu. Ale „Starry Nights” kryje w sobie znacznie więcej. Z czasem nabiera ostrej, nieco wprawdzie syntetycznej, ale mnie bardzo odpowiadającej ambrowo-drzewnej ostrości i finiszuje takimże aromatem. Nadspodziewanie dobry zapach. I trwały wręcz niemiłosiernie. Do tego zdecydowanie uniseksowy, odnajdzie się z powodzeniem na męskiej, jak i kobiecej skórze. A już najbardziej przedziwne jest to, że ja w jego sercu i bazie znajduję echa męskiego „Zino” od Davidoffa…

Montale Starry-Nights

4. Golden Sand (2015) – świeży i transparentny

Jak na Montale – zapach wyjątkowo lekki, co nie znaczy, że pozbawiony treści. Z początku słodkawo cytrusowy i miętowy, z minimalnie wyczuwalną różą. Z czasem bardziej wyraźny staje się zielony aromat fiołka, osadzony na subtelnej waniliowo-drzewnej bazie (sandałowiec). Im bliżej finiszu, tym bardzie zdominowany jest przez białe piżma. Golden Sand jest trudny do opisania, jakby niedookreślony, nie tak intensywny, czytelny i ewidentny jak większość znanych mich pachnideł marki. Wiąż jednak bardzo trwały. Przyznam, że mimo kilku testów, wciąż do końca nie wiem, co o nim myśleć…

 

Montale Golden Sand

5. Amber and Spices (2009) – skóra i ambra z emaliową poświatą

Mocny, ambrowo-drzewno-przyprawowy zapach, którego woń, z charakterystyczną nutką farby emaliowej, przypomina mi przede wszystkim New York Amber Bond No.9, jak i do pewnego stopnia także Davidoff Leather Blend. Co ważne, mimo wymienienia w nazwie ambry i przypraw, niezwykle ważnym elementem tego pachnidła jest nuta oudu, podana w lekko gorzki, „lekarstwiany” sposób. Zresztą przyprawy tu użyte są także dość szczególne i nie należą to najpopularniejszych – kmin i gałka muszkatołowa. Przydają one zapachowi głębi, gorzkości i odrobiny cielesnej zmysłowości. Summa summarum Amber & Spices to moim zdaniem jeden z najlepszych perfum od Montale. Zdecydowanie warte uwagi tych, którzy cenią sobie tego typu mocne quasi-arabskie aromaty.

Montale Amber and Spices

6. Montale „Sweet Peony” (2017) – piwonie i róże w lukrze

Uroczy, bardzo kobiecy zapach kwiatowo-kulinarny. Nie jest może oryginalny czy unikatowy, ale nie można odmówić mu urody i prawdziwie harmonijnej kompozycji. Bukiet kwiatowy z wyróżniającą się tytułową piwonią, przypominającą lekką, świeżą różaną woń, której towarzyszy zgrabnie wkomponowana wanilia, brzoskwinia, nuta kokosu oraz delikatna nuta kawy. Początkowo świeży, wyraźniej kwiatowy, dość szybko nabiera nieprzesadnej, zmysłowej słodkości. „Sweet Peony” jest więc najpierw przez krótki czas „peony”, a później już bardziej „sweet”, choć ślad kwiatowego tematu obecny jest w zapachowym spektrum całkiem długo, a na charakter finiszu duży wpływ ma ujawniające się w bazie drewno sandałowe. Ogólnie – bardzo przyjemne i – podobno – dobrze noszące się perfumy o niedominującej, przyjemnie wyczuwalnej projekcji.

Montale Sweet Peony

7. So Amber (2016) – wieczorowa róża po arabsku

Połączenie nut marokańskiej róży z nutą ambrową znaną z Amber&Spices, posypane szafranem i przybrane nutą maliny, z esencją z sandałowca w bazie. Zmysłowy, orientalno-kwiatowy, raczej kobiecy, wieczorowy, ale też – co trzeba podkreślić – kolejny różano-kulinarny zapach w ofercie Montale. Ginie pośród innych jemu podobnych.

Montale so amber

8. Wild Pears (2011) – gruszka i konwalia na drzewnej bazie

Dotrzymuje danego w tytule słowa. Pierwszy raz bowiem spotykam się z tak intensywną nutą gruszki (!), która początkowo odświeżona bergamotą, bardzo naturalnie przechodzi w umieszczony w sercu zapachu akord konwalii. Ten został subtelnie doprawiony goździkiem i osadzony na bazie z wanilii, sandałowca. Całość utrwalono piżmami, tworząc naprawdę oryginalne i zdecydowanie kobiece perfumy o wyrazistym finiszu.

Montale wild pears

9. Oudmazing (2016) – oud i figa, czyli tego jeszcze (chyba) nie było

Nazwa z jednej strony uprawnia do zakwalifikowanie tego zapachu do najliczniejszej w ofercie Montale linii pachnideł koncentrujących się „wokół oudu”, z drugiej wzmaga apetyt i powoduje, że liczymy na coś… amazing właśnie. Jedno jest pewne – nie jest to oud z jakiego Montale jest najbardziej znane. Aromat zamknięty w czarnym flakonie-puszce ze złotą „etykietą” zdaje się być dość kompleksowy i intrygujący. Kwaśno-drzewna nutka oudu wyczuwalna jest już po kilku minutach, ale towarzystwa dotrzymują jej całkiem donośne i dość nietypowe nuty: cytrusy, gruszka i figa. Zapach jest więc na początku drzewno-owocowy, z dominującą, nieco szorstką nutą figi. Z czasem – w sercu zapachu – duet oudu i figi zdaje się dominować i właśnie ta -nietypowa trzeba przyznać zbitka –  jest sygnaturą tego wyjątkowo intensywnego, nawet jak na Montale, pachnidła.

Montale Oudmazing

10. Day Dreams (2017) – gardenia w lukrze

Jest w jakimś sensie analogią Sweet Peony, tyle że miast piwonii i róży za część kwiatową odpowiadają nuty biało-kwiatowe, z kwiatem pomarańczy, neroli, jaśminem i przede wszystkim gardenią. Nad aspektem kwiatowym jednak niemal od początku dominuje część kulinarna, czyli duet wanilii i kokosu. Rusztowanie dla Day Dreams zbudowano z esencji sandałowca – która przez wzgląd na swą kremową i subtelną naturę idealnie dopełnia tego typu kulinarnie nacechowane kompozycje perfumeryjne. Zapach utrwalono sporą dawką białych piżm, które można poczuć dopiero wiele godzin po aplikacji. Day Dreams to przyjemny i harmonijny kobiecy zapach, biało-kwiatowo-kulinarny i zaskakująco delikatny, jak na standardy tej marki.

Montale Day Dreams

11. Red Aoud (2008) – pudrowana róża 

Z początkowej chmury słodkawego pyły, zbudowanego z drobinek szafranu i kminu (akord otwarcia tu unikat, z jakim dotąd się nie spotkałem) wylania się dość szybko serce zapachu, zbudowane z subtelnej, ale ewidentnej róży. Ta wraz z echem przyprawowego otwarcia rozwija się na skórze w różano-sandałowy aromat, dryfując w kierunku estetyki arabskich attarów. Drzewno-tonkowa baza pogłębia zmysłową, różaną woń. Nie odnalazłem tu natomiast nawet śladu oudu, czy czegokolwiek oudo-podobnego.

Uniseksowy początek przeistacza się z czasem w nieco bardziej kobiece niż męskie pachnidło, gdy wziąć pod uwagę europejskie standardy. Róża trwa naprawdę długo, utrwalona drzewną bliżej końca, tym bardzie kobieco wybrzmiewa. Podczas testów kolejnych pachnideł Montale staram się skategoryzować je (być może niesłusznie) jako bardziej męskie lub bardziej kobiece. Ten wg mnie zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

 

Montale red aoud

12. Montale – „Nepal Aoud” (2014) – suchy, drzewny pył

To jedna z bardzo miłych niespodzianek podczas moich intensywnych testów dwunastu „Montalaków”. Perfumy z gatunku, jaki szczególnie lubię. W klimacie Azzaro „Visit for Men” czy – w mniejszym stopniu – nieodżałowanego „Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix”, tyle że z dość ostrym oudowym finiszem. Ale spokojnie. Nie ma tu typowego kwaśno-paczulowo-różanego akordu oudowego, tak powszechnego w wielu pachnidłach tej marki. Jest natomiast szafran i gałka muszkatołowa w wibrującym otwarciu. Ambra, subtelna wanilia i piżma w ciepłej bazie. Trudny do uchwycenia ślad róży. No i wspomniany oud, ale to na samiutkim końcu. Przede wszystkim zaś cedr – obecny przez większość czasu, jest osią tej kompozycji. Cedr sparowany z wibrującą gałką muszkatołową, słodkim szafranem i ładnie wypełniającą całość wanilią tworzą aromat podobny do wspomnianego „Visit for Men”. „Nepal Aoud” jest jednak mniej balsamiczny od dzieła Annick Menardo, a bardziej pylisty, suchy, wytrawny, szorstki. Intrygujący i hipnotyzującym, niemal linearny zapach o przyjemnej, długo wyczuwalnej projekcji i solidnej ponad 10-cio godzinnej trwałości. Męski i naprawdę świetnie się noszący. Jestem zdecydowanie „na tak”.

montale-nepal-aoud

 

 

 

 

 

Orto Parisi „Terroni” – wieśniak spod Wezuwiusza

Terroni to zeszłoroczna premiera w ramach kolekcji Orto Parisi Alessandro Gualtieriego, jednej z czołowych postaci współczesnej perfumerii niszowej. Tym zapachem perfumiarz odbywa podróż do południowej Italii, której mieszkańcy są – nieco złośliwie – określani przez swych rodaków mieszkających na północy mianem terroni właśnie (w wolnym tłumaczeniu: wieśniak, chłop).

vesuvio-1-1280x630

Ogród starego Vincenzo znajduje się nieopodal Wezuwiusza, w bezpiecznej, ale i niebezpiecznej odległości. Bezpiecznej, bo wulkan od dekad śpi. Niebezpiecznej, bo gdyby się obudził… Zimny dreszcz przechodzi starego Vincenzo za każdym razem, gdy sobie o tym pomyśli, co też stałoby się z jego ukochanym ogrodem w przypadku potężnej erupcji… Kiedyś wybrał się na wędrówkę w górę tej legendarnej góry. Nie planował wejść na szczyt. Chciał się tylko trochę powspinać… Był ciekawy, jak tam właściwe jest. Nim się spostrzegł, już stał na brzegu potężnego krateru. 230 m głębokości, ponad 500 mm średnicy. To robi wrażenie. Przerażająca czarna otchłań. Vincenzo ukucnął i począł rozgrzebywać ziemię – starą, zastygłą przed wiekami lawę. Do jego nozdrzy dotarła niezwykła woń suchej, nieco spalonej, jakby podwędzonej gleby, palonego drewna, smoły… Pomyślał, że tak przejmująco  i ponuro pachniałby pewnie jego – jakże dziś wielowymiarowy i wonny – ogród, gdyby wulkan zalał go wrzącą lawą, a ta zastygłaby po pewnym czasie, pozostawiając suchą, spaloną skorupę. Dreszcz przeszedł po plecach starego Vincenzo…

… T E R R O N I …

terroni grafika

Znajdujący się nieopodal Neapolu, stolicy włoskiego południa, Wezuwiusz stał się bezpośrednią inspiracją dla Gualtieriego. Czy jest więc Terroni odzwierciedleniem zapachu wulkanicznej lawy? Tego oczywiście nie potrafię stwierdzić, gdyż nigdy nie miałem okazji poznać tej woni, ale…

…pachnidło osnute jest wokół centralnej nuty dymnej, odrobinę smolistej, nieco też mineralnej, która osadzona jest na drzewnym, suchym fundamencie. Początkowo nieco przyprawowe i dymne, z czasem coraz wyraźniej pachnące tlącym się drewnem, w bazie staje się suche, cedrowo-gwajakowo drzewne. Nawet jeżeli tak nie pachnie lawa, to tak pachnieć może wyobrażenie o niej.

Terroni to zapach dość subtelny, aczkolwiek wyczuwalny przez całkiem długi czas (ponad 12 godzin). Jest „po prostu” dymno-drzewny, wytrawnym, zdecydowanie niszowy w charakterze, choć nie jakoś specjalnie wymagający. Dużo mniej oryginalny, niż o rok starsze Seminalis pozostaje wszakże w stylistyce niezwykłego twórcy, jakim jest Gualtieri. A ten bawi się w Terroni prawdopodobnie zaledwie kilkoma aroma-molekułami, które na codzień spotykamy w mainstreamowych kreacjach znanych marek, z tym że tam w znacznie mniejszych ilościach, niższych koncentracjach i w odpowiednio dobranym – miłym dla szeroko pojętego klienta – sąsiedztwie. Gualtieri układa te zupełnie nie-mainstreamowe nuty bardziej w intrygujący obrazek niż wielowątkową opowieść. I choć nie ma tu mowy o spektakularnym aromacie, to jednak Terroni ma swój urok – cichy i magnetyczny, dobrze wpisujący się w stylistykę, do jakiej ten artysta nas przyzwyczaił. Zresztą Terroni w niczym nie ustępuje innym zapachom Orto Parisi. Innymi słowy trzyma poziom. Zarówno fani talentu niezwykłego Włocha, jak i po prostu wielbiciele woni dymno-drzewnych powinni koniecznie poddać to pachnidło testom. Naprawdę warto.

terroni

dominujące nuty: przyprawy, smoła, dym, drewno

premiera: 2017

nos: Alessandro Gualtieri

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,0

Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Olfactive Studio „Woody Mood” – powrót do korzeni

Najnowsze pachnidło Olfactive Studio ma duże szanse, by stać się hitem tej marki, czego zresztą życzę twórczyni marki Céline Verleure. Woody Mood docenią nie tyko fani pachnideł drzewnych i kadzidlanych, ale także entuzjaści talentu Bertranda Duchaufoura z okresu, gdy pracował dla Comme des Garcons i L’Artisan Parfumeur. O perfumiarzu tym już dość długo nie pisałem na blogu. Tym zapachem przypomina on o sobie w naprawdę świetnym stylu.

Jakoś nie było nam ostatnio po drodze (mimo, że przecież spotkałem Mistrza w 2016 roku w Mediolanie). Dopiero Woody Mood spowodował, że nasze olfaktoryczne drogi znów się skrzyżowały. Uznany niegdyś przez mnie (ale przecież nie tylko!) za jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, po raz kolejny udowodnił, że w pełni zasługuje na to miano.

Zapytacie: jest aż tak dobrze? Tak. Jest. Jest doskonale!

B.Duchaufour 01
Bertrand Duchaufor, fot. dita.com

Nazwa sugeruje drzewny charakter tego pachnidła. Ale to zaledwie część prawdy i nim. Jak zwykle u Duchaufoura zapach jest złożony z wielu odcieni, które stopniowo i pięknie odkrywa je na skórze. Już wyrazisty akord otwarcia zapowiada coś niezwykłego. Nuty drzewne  i kadzidlane kontrastują tu z nutą owocową (imbir), prowadząc swoistą grę światła i cienia, by z czasem osiąść na skórze w postaci unikatowego, drzewno-herbacianego i jednocześnie kadzidlanego, dość mrocznego serca, niepokojącego niczym fotografia sekwojowego lasu autorstwa Rogera Steffensa, która posłużyła za inspirację dla tego zapachu. W sercu użyto także egzotycznej nuty jatamansi. Ciepła i głęboka skórzana baza z drzewnym akcentem wieńczy to fascynujące pachnidło o wyraźnej, intrygującej sygnaturze i stopniowej ewolucji na skórze.

Olfactive Studio Woody Mood 1
Woody Mood – Roger Steffens

„Coraz więcej pracuję w abstrakcji. Projektuję formułę z użyciem 40 lub 50 składników. Nie mam pojęcia, jak to będzie pachniało, ale wiem, że będzie to precyzyjne. Nie staram się mieć wszystkiego pod kontrolą. Moim marzeniem jest pracować nad czymś i uzyskać akceptację klienta nigdy tego nie wąchając.”

B. Duchaufour

Ciekaw jestem, czy tak właśnie powstał Woody Mood. Bez względu jednak na to przyznaję:

Bertrand Duchaufour znów to zrobił ! Po długim okresie penetrowania aromatów kulinarnych, gdy nieco zwątpiłem w jego moce twórcze, stworzył arcydzieło w swoim najlepszym stylu, za który fani perfum tak go uwielbiają.

Jeszcze kilkanaście lat temu spokojnie mogłoby ono znaleźć się w podróżniczym cyklu L’Artisan Parfumeur lub drzewnej kolekcji Comme des Garcons. Tymczasem gratuluję Céline Verleure, że wydała ten niesamowity zapach w ramach swojego Olfactive Studio. To w tej chwili jedno z najlepszych pachnideł w generalnie stojącej na wysokim poziomie ofercie tej marki, a także jedno z najbardziej udanych w wykonaniu Duchaufoura. Jeżeli nie w ogóle, to już na pewno w ostatnich latach.  Woody Mood to moim zdaniem także jedna z najciekawszych premier 2017 roku. Naprawdę warto zwrócić na nie uwagę. Testy obowiązkowe!

Olfactive Studio Woody Mood 04

 

nuty głowy: bergamotka, imbir, szałwia, szafran

nuty serca: akord sekwoi, jatamansi, czarna herbata, kadzidło

nuty bazy: paczula, styrax, akord skórzany, puder kakaowy

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

Parfum d’Empire „Le Cri de la Lumière” – płacz światła, uśmiech kobiety…

Najnowsza perfumowa propozycja Marca-Antoine’a Corticchiato – Le Cri de la Lumière – to perfumy niezwykle kobiece i zmysłowe, a przy tym zaskakująco nowoczesne, jak na raczej klasyczny styl tego utalentowanego perfumiarza. Zadziwiają też niecodzienną konstrukcją, zachwycając przy tym wyraźną ewolucją na skórze.

 

Le Cri de La Lumière (Płacz światła – cóż za poetycka nazwa!) zbudowane są z pięciu zasadniczych nut-składników. Intro zawdzięcza swoje niecodzienne brzmienie ketmii piżmowej zwanej roślinnym piżmem. Ta pozyskiwana z nasion indyjskiego hibiskusa (Abelmoschus moschatus) esencja ma niezwykły, lekko roślinny, lekko piżmowy i jednocześnie subtelnie owocowy charakter, który niemal w pełnej okazałości można podziwiać w opisanym niegdyś przeze mnie pachnidle Peruvian Ambrette z serii Essenze Zegna. Także i tu ta nuta jest wyrazista i bardzo naturalna. Jej wysunięcie na przód zapachu jest zabiegiem tyleż rzadkim, co odważnym. Składnik ten bowiem zwykle buduje bazę perfum – niczym piżmo – pogłębiając i utrwalając przewodnią nutę. Tu początkowo stanowi jego pierwszy plan, co czyni otwarcie Le Cri de la Lumière zaskakującym i dość wymagającym. Od razu wiadomo, że jest to pachnidło adresowane do bardziej wyrobionej klienteli, jak zresztą cała oferta Parfum d’Empire.

Dla niewprawnego nosa aromat ten może okazać się przeszkodą nie do przeskoczenia. Byłoby szkoda, gdyż Le Cri de La Lumière – niczym świetnie napisana książka – z czasem odsłania przed nami swoje kolejne rozdziały. Im dalej, tym są one piękniejsze i prowadzą do prawdziwie uroczego finału.

Parfum d'Empire Le Cri 03

Ketmia piżmowa została połączona z bardzo naturalnie do niej pasującą nutą irysa. Ten niezwykle cenny składnik przydaje początkowej fazie powagi i wyrafinowanej elegancji. Wiadomo – irys, nuta jedyna w swoim rodzaju, dystyngowana, pudrowo-kwiatowo-ziemista. Słowem – niesamowita, natychmiast wprowadzająca aurę szyku, wyrafinowanej elegancji, dystansu. Mijają pewnie kolejne dwa kwadranse, gdy do nozdrzy zaczyna – zupełnie niespodziewanie – docierać aromat w swej proweniencji równie klasyczny, jak irys, podany wszakże w zdecydowanie bardziej współczesny sposób. Od tej chwili Le Cri de La Lumière stopniowo traci swą poważną minę i zaczyna się do nas zalotnie uśmiechać…

Parfum d'Empire Le Cri

Oto w jego sercu posadzono piękną i oszałamiająco wonną różę turecką, którą oblano sporą porcją piżm na subtelnym drzewnym fundamencie, zbliżając się w ten sposób do sygnatury jednych z moich absolutnie ulubionych kobiecych perfum – For Her od Narciso Rodrigueza! Mówcie co chcecie, ale to dzieło Christine Nagel i Francisa Kurkdjiana to perfumy genialne i zupełnie ponadczasowe w swej obezwładniającej kobiecości! Co prawda Corticchiato przedstawił ten przecudny, niezwykle kobiecy i zmysłowy akord w nieco mniej spektakularny i bardziej ostrożny sposób, ale wciąż przepiękny.

Kto więc nie przetrwał ketmii i irysa w pierwszej godzinie, ten nie będzie miał szczęścia zaznać zapachowej rozkoszy serca. Dlatego – na boga – nie oceniajmy tych perfum po ich otwarciu, ani nawet po pierwszych 3-4 kwadransach, bo to w tym przypadku kardynalny błąd!

Le Cri de La Lumière zostały stworzone po ty, by je powoli, krok po kroku kontemplować i podziwiać ich zmieniający się aromat. Wspomniany uroczy różano-drzewno-piżmowy akord utrzymuje się na skórze całkiem długo, powolutku gasnąc, nie będąc wszakże ani przez chwilę jazgotliwym czy narzucającym się. Elegancja i umiar ponad wszystko.

Le Cri de La Lumière urzekło mnie. To perfekcyjnie i precyzyjnie skonstruowane pachnidło zawiera w sobie różne oblicza kobiecości – począwszy od tej nieco dzikiej, nieokrzesanej, poprzez wyniosłą i onieśmielająco piękną, aż po romantyczną, namiętną, zmysłową i uśmiechniętą. Tej ostatniej jest w Le Cri de La Lumière najwięcej. I to pewnie dlatego tak te perfumy polubiłem…

 

Parfum d'Empire Le Cri 04

 

główne nuty: irys, ketmia piżmowa, róża turecka, piżmo, nuty drzewne

twórca/nos: Marc-Antoine Corticchiato

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Roja Dove „Elysium Parfum Cologne”

Premiera najnowszych męskich perfum Roja Dove Elysium zapowiadana była w mediach społecznościowych wyjątkowo intensywnie. Mam wrażenie, że twórcom mocno zależało no rozgłosie w branży i na „mocnym wejściu” jeszcze przed okresem świątecznych zakupów.

Dlaczego tak uważam? Bo Elysium (testowane przez mnie w wersji Parfum Cologne) zostało zaprojektowane tak, by być idealnym prezentem bożonarodzeniowym dla mężczyzn o zasobnym portfelu. To chyba pierwsze pachnidło Roja Dove stworzone z konkretnym zamierzeniem komercyjnym. I z nadzieją na uszczknięcie dla siebie większego kawałka sprzedażowego tortu na półce męskich perfum luksusowych.

Elysium Dove

W przeciwieństwie do dotychczasowych propozycji Roja Dove, będących albo jedną wielką podróżą w przeszłość, do chwalebnych czasów złotej ery perfum albo utrzymanych w orientalnej estetyce z myślą o lukratywnych rynkach arabskich, Elysium jest zapachem zupełnie współczesnym, a estetycznie absolutnie zachodnim. Moim zdaniem jest też – fakt, dość późną, ale jednak – odpowiedzią Roja Dove na gigantyczny sukces Aventusa Creeda. Od razu zaznaczę, że Elysium to nie jest kolejna kopia lub wersja mocno inspirowana dziełem Oliviera Creeda (patrz Bois de Cedrat Mancera czy Royal Vintage M.Micallef). Roja Dove – jeden z największych żyjących autorytetów w dziedzinie perfum i ich historii – nie pozwoliłby sobie, by jego Elysium było kopią aktualnego bestsellera. Co to, to nie. Co innego kopiować wielkie klasyki przeszłości. Ale przecież nie Aventusa. Tak więc Elysium to – owszem – ten sam typ pachnidła, ta sama kategoria zapachowa, ale byt jednak zupełnie odrębny.

W Elysium połączono nuty cytrusowe i owocowe (jabłko i czarna porzeczka)  z subtelnymi akcentami kwiatowymi i bogactwem aromatów drzewnych (głównie) oraz ambrowo-skórzanym tłem. W rezultacie powstał nowoczesny (wiem – w zestawieniu z tą akurat marką brzmi to niedorzecznie, a jednak), elegancki, wyrafinowany i całkiem efektowny męski drzewny szypr z owocową nutą przewodnią. 

Czuć w nim oczywiście rękę Dove’a, który lubuje się w klasycznym podejściu do komponowania i buduje złożone perfumowe formuły. Ta złożoność jest tu wyczuwalna, choć wcale nie przytłacza. Przeciwnie – Elysium ma doskonały balans pomiędzy przeważającą tu świeżością, a drzewnym tłem. Jego casualowy i absolutnie dzisiejszy charakter połączony z charakterystyczna dla twórczości Dove’a i wyczuwalną w jego perfumach, także w Elysium –  „aurą bogactwa” mogą być (ale wcale nie muszą) gwarancją sukcesu nowych perfum Dove’a. Czas pokaże, jak zostaną przyjęte. Jeśli spytacie mnie – czuję nosem sukces…

elysium-pour-homme-parfum-cologne-100ml-ing

 

nuty głowy: cytryna, bergamotka, grejpfrut, limonka, lawenda, tymianek, bylica, piżmo

nuty serca: tymianek, bylica, konwalia, róża majowa, jaśmin z Grasse, jabłko, czarna porzeczka

nuty bazy: galbanum, różowy pieprz, cypriol (nagarmotha), wetiwer, cedr, jagody jałowca, benzoes, wanilia, labdanum, skóra, ambra szara, piżmo

twórca/nos: Roja Dove

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 3,0/ projekcja: 4,0-3,5