Puredistance „AENOTUS” – zmysłowa świeżość południowego wiatru…

Niemal 3 lata zajęło perfumiarzowi Antoine Lie dotarcie do zapachowego miejsca, do którego chciał dojść Jan Ewoud Vos. W trakcie prac nad nowym pachnidłem Puredistance obaj kreatorzy wielokrotnie dochodzili do twórczej ściany. Tak trudna okazała się w realizacji wizja właściciela marki Puredistance. By się zmaterializowała, perfumiarz musiał m.in. podnieść koncentrację zapachu do niespotykanych współcześnie 48%, co oznacza, że AENOTUS technicznie jest – nawet jak na perfumowy ekstrakt – wyjątkowo mocno skoncentrowanym pachnidłem.

puredistance-aenotus-poster-es09

Pierwotnie pomyślane jako indywidualne, sygnaturowe perfumy Jana Ewouda Vosa, AENOTUS miały być idealnym połączeniem orzeźwiającej świeżości ze zmysłową głębią. Zapach miał – wedle założeń – nie ginąć po świeżym otwarciu, tylko pozostawać na skórze długo w postaci zmysłowego skin-scent.  Gdy po niezliczonych próbach udało się te założenia zrealizować, Vos zdecydował, że włączy AEONTUSa do oferty Puredistance. Tak się też stało i najnowszy zapach tej jednej z ostatnich prawdziwie luksusowych marek perfumowych miał swoją premiere właśnie w bieżącym miesiącu.

Aenotus Lie

Intro – akord głowy – to musujące, orzeźwiające cytrusy z akcentem przesuniętym na ich zieloną stronę.

Moje pierwsze skojarzenia pobiegły w kierunku esencji bergamotki i limonki, ale – ku mojemu zdumieniu – ani jednej, ani drugiej w oficjalnym spisie nut nie znajdziemy. Prawdopodobnie więc składniki budujące akord serca – a więc przede wszystkim esencja z pączków zielonej porzeczki oraz petit grain, czyli esencja z liści drzewa pomarańczowego – dodają tego rześkiego, zielonego charakteru. Na orzeźwiającą naturę AEONOTUSa z pewnością wpływ ma także zręcznie wpleciona mięta. Ten cytrusowo-zielony akord stopniowo układa się na skórze w bardzo przyjemną sygnaturę. Pogłębiony przez zastosowaną w bazie paczulę i mech dębu i utrwalony przez solidną dawkę piżm (które nota bene przebijają się w zapachowym spektrum już całkiem wcześnie, bo kilka minut po aplikacji, by później do końca już pozostać tam, gdzie ich miejsce, czyli w tle) siedzi na skórze naprawdę bardzo długo, powoli ocieplając się i przechodząc metamorfozę do zmysłowej, piżmowo-drzewno-mszystej, zaryzykowałbym stwierdzenie, że wręcz nieco szyprowej bazy.

Na jedno trzeba być próbując AENOTUSa przygotowywanym – to perfumy składające się z zasadniczo dwóch aktów, z których pierwszy jest krótszy i wyrazisty, a drugi długotrwały i cichy – drugi trwa owszem wiele godzin, ale ma bardzo subtelny, bliskoskórny charakter.

Jestem prawie pewien, że zapach będzie można jeszcze bardziej docenić podczas ciepłej czy upalnej pogody, gdyż jego konstrukcja powinna nie tylko świetnie opierać się wysokim temperaturom, ale wręcz w takich okolicznościach pozwalać na pełen rozkwit aromatu.

16-Founder-Jan-Ewoud-Vos
Jan Ewoud Vos

Jan Ewoud Vos zauważa, z czym zresztą w pełni się zgadzam, że AENOTUS niesamowicie długo i to w niemal niezmieniony sposób utrzymuje się na tkaninie, na odzieży. Jego sygnaturowy świeżo-zmysłowy akord zdaje się wówczas trwać bez końca…

Na koniec kilka zdań nt. intrygującej nazwy (która w pierwszej chwili może fanom męskiej perfumerii kojarzyć się z pewnym męskim bestsellerem ostatnich lat, ale na tym to wtrącenie zakończę…).

AENOTUS wziął swą nazwę od Aeolusa – mitycznego boga wiatrów, który przynosi chłód i orzeźwienie południowej Europie. W AENOTUSie chłodne i rześkie nuty łączą się z delikatnym, zmysłowym ciepłem tego geograficznego regionu. 

Mimo raczej tradycyjnej treści AENOTUS z pewnością wyróżnia się formą – nasyceniem i intensywnością oraz ponadprzeciętną trwałością (wszak 48% koncentracja to już prawdziwe perfumowe Himalaje) oraz faktycznie rzadko spotykanym połączeniem świeżości i głębi, orzeźwienia i zmysłowości. Wnosi do oferty perfum Puredistance nową treść, kontynuując jednocześnie tradycyjną dla tego domu najwyższą jakość. Jest – jak to zwykle w przypadku Puredistance – propozycją dla najbardziej wymagających.

puredistance-aenotus-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-09

główne akordy: cytrusowy, zielony, piżmowy

nuty głowy: pomarańcza, mandarynka, cytryna, yuzu

nuty serca: mięta, czarna porzeczka, liść gorzkiej pomarańczy

nuty bazy: mech, paczula, piżma

rok premiery: 2019

nos: Antoine Lie

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Aether – perfumy molekularne

Wszystko zaczęło się od Comme des Garcons. Awangardowa marka kierowana przez Rei Kawakubo i Christiana Astuguevieille’a zaprezentowała w 1998 roku słynny Odeur 53 – zapach skomponowany z 53 wyłącznie syntetycznych, nieorganicznych składników.

W 2000 roku pojawił się – w ramach rozwinięcia tematu – Odeur 71. Kontynuacją kierunku była seria Synthetic z 2004. Ale to w roku 2006 rozpoczął się prawdziwy hype wokół syntetycznych molekuł perfumowych, a to za sprawą debiutu Escentric Molecules Gezy Schöna. Genialny w swej prostocie pomysł, by zamiast kompleksowych wieloskładnikowych kompozycji zaproponować doświadczenie jednowymiarowe, zapach jednej aromamolekuły, perfumy w istocie nie będące perfumami w dotychczasowym pojęciu. Obok tego by przedstawić kompozycję perfumeryjną z istotnym udziałem owej molekuły. Sukces tego projektu wyniknął moim zdaniem z tego, że jako pierwszą wykorzystano rzeczywiście zupełnie niesamowicie pachnąca i mającą niezwykłe właściwości olfaktoryczne ISO E SUPER. Kolejne – Ambroxan, octan wetywerylu i wreszcie Javanol, same w sobie nie są już tak spektakularne. Ale drzwi zostały otwarte i kolejne marki wybrały tę samą lub bardzo podobną drogę np. Nomenclature prowadzona przez Karla Bradla – współwłaściciela nowojorskiego Aedes de Venustas. Urokowi koncepcji prostych syntetycznych formuł uległ też słynny szwajcarski perfumiarz niszowy Andy Tauer, ale zrobił to na swój wyjątkowy sposób. Jego trio Pentachords: White, Aubrun i Verdant, z których każdy złożony z zaledwie pięciu składników, choć okazało się komercyjną klapą, było w istocie moim zdaniem najbardziej kreatywnym i najbardziej udanym podejściem do tematu. Andy zdradził mi niegdyś, że odsprzedał formuły i prawa do nich Rosjanom, a sam zaprzestał ich wytwarzania. Syntetyczny trend miał także duży wpływ na zapachową ofertę marki Zarkoperfum, na bardzo udaną kolekcję „pierwiastkową” marki Nu_Be (przemianowanej później na One of Those – Tracks for Humans), legł też u podstaw powstania Aether – marki dowodzonej przez Nicholasa Chabota, któremu zawdzięczamy wskrzeszenie legendarnego francuskiego domu perfumeryjnego Le Galion, będącego przecież absolutnym zaprzeczeniem filozofii, jaka stoi za Aether. Zapachy miałem ostatnio przyjemność przetestować dzięki uprzejmości perfumerii Tiger & Bear.

nicolas-chabot1-1
Nicholas Chabot

aether chabot

Większość zapachów głównej kolekcji (2016-2017) skomponowały perfumiarki z domu Flair Paris: Anne-Sophie Behagel i Amélie Bourgeois. Jedno z nich (Methaldone) jest autorstwa samego Rodrigo Flores-Rouxa (główny perfumiarz Givaudan, autor niezliczonych perfum, w tym wielu bestsellerów, jak choćby Black Cashmere Donny Karan czy Neroli Portofino Toma Forda). Perfumiarze stojący za Iconic Synthetics Collection (2018) nie są mi niestety znani. Kompozycje są złożone z kilku aromamolekuł, z których najważniejsze marka wyszczególnia w oficjalnych materiałach.

Aetheroxyde – woń eteru

Eteryczne, lekko kwaskowe, owocowe otwarcie (octan etylu) łagodnie przechodzące w abstrakcyjny, neo-drzewny akord zbudowany z dwóch aroma-molekuł – gwiazd współczesnej perfumerii: Ambroxanu i ISO-E-SUPER. Oba składniki od lat są dosłownie wszechobecne w perfumach, zwykle w sowitych ilościach, a każdy z nich ma do spełnienia inną rolę w kompozycji. Ambroxan  – w naturze jeden z głównych składników naturalnej szarej ambry, w przemożny sposób decydujący o jej aromacie – zwykle utrwala i pogłębia, dodaje zmysłowości, wiąże se skórą, podczas gdy świetlisty, neo-drzewny ISO-E-SUPER przydaje projekcji, obecności, wibrującej i aksamitnej aury. Tu zostały sparowane, a co z tego wynikło, to zapach eteryczny, zapach duch, niedookreślony, przedziwny, im dłużej obecny na skórze, tym bardziej magnetyzujący i hipnotyzujący, a także w jakiś niewytłumaczalny sposób uzależniający…

iso_e_super_structure.svg

główne ingrediencje: octan etylu, Ambroxan, ISO-E-SUPER

 

Citrus Ester – molekularna kolońska

Niezwykle intensywny kwaśno-cytrusowy początek stopniowo przechodzi w akord o wciąż nieco cytrusowym, ale też mającym pewną głębię charakterze. Lekko owocowy, utrwalony na skórze przypomina dominującą nutę aktualnej wersji klasycznego Pour Homme Dolce & Gabbana. Dokładnie tak! Raczej więc męski, neo-koloński, bardzo trwały – reasumując całkiem udany zapach o solidnej projekcji. Magia molekuł tym razem w służbie minimalistycznego, ale jakże efektownego zapachu kolońskiego. Warto wspomnieć, że wymienione w składzie Firascone to syntetyczna aroma-molekuła produkcji Firmenich pachnąca różano-owocowo-szafranowo, stanowiąca doskonałe zastępstwo dla wystepujących naturalnie w esencji różanej Damascones. Rhubafuram zaś pachnie… rabarbarem oczywiście.

Grapefruits with leaves on a wooden table.

główne ingrediencje: metyl grejpfrutowy, Firascone, Rhubafurane

 

aether bottles

Carboneum – neoprenowe fougere

Intro to nuta plastiku wpadająca w migdałowo-tonkowe amaretto (benzoesan metylu). Z czasem przechodzi w powszechnie spotykany w męskich (i nie tylko) perfumach aromat kumaryny, mnie kojarzący się np. z sygnaturą czarnego Adidasa, ale nie tylko, bo także wieloma innymi pachnidłami w gatunku szeroko rozumianego fougere.  Timberol pachnie ambrowo i nieco drzewnie, Globanone to z kolei syntetyczne piżmo, Suederal pachnie bardzo intensywnie zamszem/ skórą. Carboneum jako całość pachnie więc – nie będzie to odkryciem – jak mieszanka powyższych ingrediencji, przy czym ich proporcje oraz krzywe parowania (evaporation curve) determinują zachowanie na skórze, a nawet – co mogłoby się wydawać w przypadku tak krótkich i całkowicie syntetycznych formuł niewiarygodne – ewolucję, czyli zmiany dominujących aromatów w funkcji czasu. I tak też jest w przypadku Carboneum – kulinarny migdałowo-plastikowy (neoprenowy jak chciał Nicolas Chabot) początek przechodzi w męski, kumarynowy akord serca, który takim pozostaje już do końca. Takie niedopowiedziane, neoprenowe fougere.

methyl_benzoate_200.svg

główne ingrediencje: benzoesan metylu, Suederal®, Timberol®, Globanone®

 

Rose Alcane

To oczywiście zapach z różą w centrum. Ale jest to róża inna – początkowo nieco jakby plastikowa, później zielona i metaliczna. Tak jak tlenek różany który niepodzielnie rządzi w tej kompozycji i chyba niewiele więcej. To jednak w zupełności wystarczy. Róża jaka jest (jak pachnie) każdy przecież czuje. Ale ta pachnie jednak nieco inaczej….

hand-forged-wrought-iron-red-metal-rose-_57 (4)

główne ingrediencje: tlenek różany, Oxane

 

Muskethanol – wdzięcznie owocowy

To jedna z najefektowniejszych i najwdzięczniejszych propozycji Aether. Dzięki połączeniu owocowej nuty davany i pachnącego przyprawą curry nieśmiertelnika z owocowo-kwiatowym (róża) damascenonem oraz magicznymi molekułami ambrowego Cetaloxu (czyli de facto Ambroxu zwanego też Ambroxanem) i piżmowego Muscone otrzymano bardzo charakterystyczny owocowy aromat z subtelnymi kwiatowymi odcieniami, któremu zmysłowości, głębi i trwałości dodają wspomniane molekuły ambrowe i piżmowe. Na samym początku pachnie trochę jak gęsty i mocny likier porzeczkowy, z czasem ocieplaj się i osadza na skórze, spaja się z nią bardzo skutecznie i na długie godziny ciesząc naprawdę świetną, niby nie jakoś przesadnie oryginalną, ale jednak bardzo satysfakcjonująca zapachową sygnaturą. Muskethanol jest jednym z niewielu (a może nawet jedynym) zapachem z oferty Aether pachnącym jak pełnoprawne perfumy. Najmniej też w nim eksperymentu i próby zaskoczenia jakąś nietypową zbitką zapachową. Jednak broni się sam znakomicie – poprzez swój charakter i wdzięczną egzekucję tematu. Wszystko to razem czyni z niego mojego ulubieńca pośród zapachów tej marki. I jakkolwiek uważam go za – jak właściwie każdy Aether – za pachnidło uniseksowe, tak mam podejrzenia, że na kobiecej skórze może on robić dużo większe wrażenie.

główne ingrediencje: nieśmiertelnik, davana, damascenon, Cetalox, Muscone

 

Methaldone – zapach wnętrza promu kosmicznego

Zaraz po otwarciu włazu do promu kosmicznego czujemy metaliczną woń, zapach rozgrzanego metalu, nagrzanych wiązek kabli w otulinie z tworzyw sztucznego. Rodrigo Flore-Roux podjął wyzwanie odtworzenia tego zapachu bazując na relacjach astronauty, który powrócił z międzynarodowej stacji kosmicznej. Użył tu wyłącznie tzw. captives, czyli molekuł produkowanych i opatentowanych przez firmę Givaudan, na użycie których ta ma wyłączność. Wśród nich pachnąca palącym się metalem ROSYRANE®, słodko-metaliczny akord zbudowany z AMBERMAX®, SILVANONE® i BOISIRIS ®.

Methaldone to zdecydowanie jeden z najbardziej niezwykłych zapachów w ofercie Aether. Absolutnie futurystyczny, nieziemski, kosmiczny.

główne ingrediencje: Belambra, Ambermax®, Silvanone®, Boisiris®, Rosyrane®

space shuttle

Celluloid – pachnieć jak taśma filmowa

To z pewnością jeden z najtrudniejszych w odbiorze i najbardziej wizjonerskich i odważnych zapachów Aether. W założeniu miał pachnieć tak, by „zadowolić Andy Warhola”, który rzekomo mówił: „Kocham LA. Kocham Hollywood. Wszyscy są tu plastikowi. Ale ja kocham plastik. Też chce być plastikowy.” Faktycznie Celluloid pachnie przedziwnie i można ten zapach nazwać plastikowym.

Początek jest lekko jakby kwaskowy, syntetycznie drzewny, czuję echa ISO-E-SUPER. Ale to przez chwilę. Zaraz potem gdzieś spod spodu dość szybko wydobywa się lekko gumowa, lekko skórzana nuta, na przemian z czymś jaśniejszym, zielonym i lekko musującym. Trudnym do opisania. W bazie Celluloid pachnie nieco gumowo. Jako całość po lepszym poznaniu zaczął mnie przekonywać. Jest intrygujący, inny, ewoluuje na skórze, zaskakuje w tym czasie. Bardzo trudno jest go jakoś zakwalifikować. Ja nazwałbym go neo-drzewnym z subtelnym akcentem zielonym i lekko gumową głębią.

W składzie Celluloid znajdziemy niesamowicie ważne z punktu widzenia perfumerii molekuły, z których jedna stanowią nieodzowny budulec akordu fiołkowego: beta ionone (drzewny, słodki, owocowy, przypominający zielone jagody), druga zaś jest nieodzowna w akordzie irysa, ale także i fiołka (alpha irone), a jej woń opisuje się jako drzewną, jagodową, kwiatową i pudrową. Ma bardzo intensywny aromat, w związku z czym używa się jej zwykle bardzo mało (średnio 0,2%).

film reel

główne ingrediencje: octan etylu, ionone beta, irone alpha, ISO-E-SUPER, Cashemran

 

Iconic Synthehtics Collection

To kolekcja czterech pachnideł w których głównymi składnikami są legendarne i od lat powszechnie stosowane w perfumerii aromamolekuły: ISO-E-SUPER, Cashmeran, Ambroxan i Aldambre. Zapachy te można używać indywidualnie, a także dowolnie łączyć ze sobą. Można je również łączyć ze swoimi ulubionymi „tradycyjnymi perfumami”, a efekty tych eksperymentów mogą być bardzo ciekawe i zaskakujące. Marka zachęca więc do kreatywnego podejścia do używania perfum.

 

Supaer

Już sama nazwa jest pewną podpowiedzią. Tak, głównym bohaterem Supaer jest ISO-E-SUPER. Nic dziwnego. Jest go bowiem w formule aż 90%, czyli – o ile dobrze pamiętam – tyle samo, co w słynnym Molecule 01 Escentric Molecules. Kto więc poszukuje alternatywy dla „dzieła” Gezy Schöna, ten nie musi już dalej szukać. Niemniej oba zapachy różnią się w fazie początkowej. Supaer wyposażono w metaliczną nutę otwarcia (tlenek fenylu), której z Molecule 01 nie znajdziemy, a którą trzeba „przeczekać” (nie jestem fanem takich nut w perfumach), by w pełni cieszyć się niezwykłą, neo-drzewną, aksamitną, na przemian pojawiającą się i znikającą nutą ISO-E-SUPER. W sumie to należy się Aether uznanie, że nie poszli na totalne skróty i nie skopiowali po prostu Molecule 01.

1200px-rosenoxide.svg

główne ingrediencje: ISO-E-Super (90%), octan etylu, tlenek fenylu, octan metanylu 

 

Hypaer

Kompozycja syntetycznie drzewna zdominowana przez jedną z najpopularniejszych aromamolekuł dodawanych do większości współczesnych perfum, nie tylko drzewnych, ale także i kwiatowych. Mowa o słynnym Cashmeranie, który swego czasu zrobił elitarną furorę poprzez – faktycznie niesamowite jak na swój czas – Black Cashmere Donny Karan (nosa Rodrigo Flores-Rouxa). Początek zaskakuje oryginalnym, nieco ziemistym akordem, w którym rzeczony cashmeran (sam w sobie ma pewną ziemistość i będę się tej wersji kurczowo trzymał) łączy się z zielonym piżmem oraz roślinnym piżmem Ambrettolide dając ciekawy efekt –  pachnący wilgotną ziemią po deszczu. Zaraz potem cashmeran przejmuje rolę główna wspomagany przez  sucho-drzewny Kephalis (pamiętacie męskie Gucci Rush?  Tam Kephalis rządzi.). Wszystko to utrwalone Amberwood. Całkowicie abstrakcyjny zapach drzewny, dzięki zastosowaniu naprawdę efektownych aromamolekuł w odpowiednich proporcjach naprawdę ciekawie pachnący, z subtelną ewolucją na skórze. Jeden z moich ulubieńców w kolekcji.

główne ingrediencje: Cashmeran, Triplal, Kephalis, Amberttolide, Piżmo T (zielone piżmo), drzewna ambra

aether iconic

 

Xtraem

Tak jak Supaer jest swego rodzaju odpowiedzią na Molecule 01 tak Xtraem to odpowiednik Molecule 02. Chodzi oczywiście o dominujący w obu zapachach Ambroxan, molekułę w naturze budująca woń szarej ambry. Ta zmysłowa, ciepła i dodająca głębii nuta została tu utrwalona piżmami oraz ozdobiona słynną Hedione tu w wersji High Cis. Pachnąca jaśminem, świeża i mocno projektująca stanowi tu przeciwwagę dla kilku molekuł mających zdecydowanie wyższy ciężar cząsteczkowy. Hedione jest bardzo ulotne i wpływa na charakter zapachu jedynie na pierwszym etapie zaraz po aplikacji na skórę. W formule znalazł się jeszcze Irotyl, pachnący lekko owocowo, lekko ziołowo, w kierunku kłącza irysa czy ziarna marchwi. Przyznam, że Jako całość Xtraem mnie nie przekonał i pozostaje chyba najmniej ciekawy zapachem w ofercie Aether.

cashmeran.svg

główne ingrediencje: Ambroxan (50%), Globalide, Exaltolide, Hedione High Cis, Irotyl, 

 

Ultrae

Na początku w nozdrza uderza woń rozgrzanego metalu, pachnąca niczym gorące żelazko. To Aldamber – aldehydowa molekuła o zapachu sucho-drzewnym i nieco ambrowym tu zmieszana z metalicznym tlenkiem różanym. Przez jakiś czas ta lekko dusząca aldehydowa  woń trwa, ale powolutko spod niej wyłania się coś nowego. Ultrae może początkowo nieco szokować, a nawet przeszkadzać, budzić kojarzenia z wonią lizolu, czy generalnie szpitalnej sali.  Z czasem jednak przechodzi na skórze niesamowitą metamorfozę finiszując bardzo trwałym i tyleż przyjemnym, co trudnym do opisania aromatem. Podejrzewam, że jest on wypadkową połączenia piżm. Tonalide pachnie ciepło i lekko piżmowo-owocowo, zaś Habanolide ma mydlany i kwiatowy aromat. Razem tworzą bardzo ładnie pachnącą kompozycję. Ultrae mimo groźnej nazwy to jedna z przyjemniejszych niespodzianek w ofercie Aether.

główne ingrediencje: Aldambre, tlenek różany, Habanolide, Tonalide

aether iconic 2

Zapachy Aether to wg mnie całkiem udana próba dowartościowania syntetycznych aromamolekuł jako niezależnych od natury bytów stanowiących świetne tworzywo do komponowania perfum o niespotykanych dotąd aromatach. Ingrediencje, które na codzień w sposób powszechny są używane dla nadania współczesnym perfumom (ale nie tylko – bo także detergentom, kosmetykom) kolorów, odcieni, wreszcie czysto użytkowych cech, jak projekcja, sillage, trwałość, tu grają pierwszoplanowe role. Zwykle z powodzeniem. Ale by naprawdę poznać ich urodę, trzeba koniecznie dać im szansę na skórze i to przez dłuższy czas. One potrzebują czasu, by osiąść i przejść zaplanowane metamorfozy od zwykle dość dziwnych, często jakby dysonansowych początków po zaskakujące, oryginalne, a nawet i magnetyzujące finisze. Ważne więc, by nie testować ich wyłącznie na papierkach testowych, i by nie wyrabiać sobie opinii o nich tylko na bazie pierwszego wrażenie, bo to  szczególnie w przypadku zapachów Aether kardynalny błąd. One potrzebują koniecznie ciepłoty i chemii skóry ludzkiej, by się „uruchomić” i oczarować abstrakcyjnym zapachem. I o tym trzeba koniecznie pamiętać testując te zapachy.

 

 

 

Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.

 

 

 

Miller et Bertaux – perfumowy dziennik podróży

Panowie Miller i Bertaux to partnerzy w życiu, podróżach, sztuce i biznesie. A wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy otworzyli w Paryżu w dzielnicy Le Marais. W nim to mieli zamiar sprzedawać projektowaną przez siebie odzież, jak i przedmioty, jakie przywozili ze swych licznych podróży.

W 2006 roku uzupełnili swoją ofertę perfumami, których idea była i pozostała podobna – zapachowe suweniry z podróży, bo tak należy opisywać perfumy Miller et Bertaux, to w swej istocie przekute przez zawodowych perfumiarzy w perfumowe kompozycje olfaktoryczne wspomnienia obu panów z kolejnych globtroterskich wypraw.

Pierwsze trzy #1, #2 i #3 to obecnie już kultowe pachnidła niszowe. Potem pojawiły się kolejne. Marka stopniowo utrwalała swoją obecność na coraz bardziej konkurencyjnym rynku perfum niszowych.

Śmiem twierdzić, że pozostała jedną z niewielu wiernych ideałom twórców niszowej perfumerii: artystyczna kreatywność, wysoka jakość, ignorowanie rynkowych trendów, ograniczona dystrybucja.

Wszystko to do dziś opisuje Miller et Bertaux, bo choć dostępność tych zapachów zdecydowanie się poprawiła (w Polsce można je nabyć w krakowskiej perfumerii Tiger & Bear, dzięki uprzejmości której miałem okazję przetestować jej zapachy), to wciąż przeczytać i usłyszeć o nich można bardzo rzadko. Brak nachalnego marketingu, oszczędne, ekologiczne opakowanie, subtelność przekazu to dla wielu poszukujących nieco innych wartości w perfumach oferta z pewnością warta uwagi.

miller-bertaux
Miller et Bertaux

#1 (For You) Parfum Trouvé to chronologicznie pierwszy zapach Miller et Bertaux, a dokładniej – to pierwszy z premierowej trójki zapachów oznaczonych znaczkiem # i kolejnymi numerami, którymi marka zaistniała w światku perfumerii niszowej. A był rok 2006 – na rynku perfum to była inna epoka. Nisza była wówczas reprezentowana nieporównanie mniej licznie, niż obecnie i tak naprawdę dopiero wchodziła w okres dorastania. Na tle innych marek Miller et Bertaux i ich minimalistyczne zapachowe trio mogło wówczas intrygować i faktycznie wyróżniało się (zbliżone estetycznie Byredo debiutowało 2 lata później). Co ciekawe, twórcy prezentowali te trzy zapachy jako wzajemnie się uzupełniające i nadające się do noszenia równoczesnego w wszelkich możliwych kombinacjach, spryskujący każdym inną cześć ciała dla uzyskania szczególnie intrygujących i nieprzewidywalnych efektów. Parfum Trouvé to przedziwna kreacja, przede wszystkim drzewna (sandałowiec i cedr, no bo cóż innego?), otoczona bardzo oszczędnie kilkoma innymi ingrediencjami: irysem, białą lilią czy ylang-ylang, ale te składniki – wymienione w oficjalnym składzie – nie ujawniają się w istotny sposób, pracują więc – jak sądzę – na końcowy efekt. Nie można zapomnieć też o tzw. drewnie różanym (rosewood), którego lekko mentolowy i jednocześnie słodko-żywiczny aromat gra w tym zapachu, kto wie, czy nie jedną z najważniejszych ról. Ważne, by podkreślić że #1 jest zapachem absolutnie abstrakcyjnym, a jej dominującej przecież drzewności jakże daleko do dosłowności opisywanego wcześniej Indian Study/ Santal. Suchy, papierowy, lekko słodki, domyślny bardziej niż mocno obecny. Kreatywny minimalizm w najlepszej odsłonie.

#3 Green, Green, Green and… Green

Tytuł zdradza wszystko. Ten zapach jest początkowo zielony, później zielony, a następnie… zielony. To zieloność trawiasta, pełna, soczysta, ale jednocześnie lekka i nie zakłócana niczym innym. Werbena, kolendra, liść laurowy, odrobina jaśminu, zielona żywica mastyks oraz baza z wetywerii i cedru tworzą uroczy zielony krajobraz, dość wszakże statyczny. Z początku bardzo soczyste i świeże, z czasem nieco bardziej żywiczne i ciepłe, drzewne, wetyweriowe, ale do samego końca zielone. Bardzo ładne.

m et b 3

A Quiet Morning (2008) – poranek w Indiach

Tak pachnie cichy indyjski poranek. Delikatnie smużki przypraw ze złocistym szafranem i słodkawą kurkumą na czele w otoczeniu akordu basmati. W tle nuty drzewne – sandałowiec i cedr – które zdają się być elementem łączącym wszystkie zapachy Miller et Bertaux. Całość tworzy mistyczny i minimalistyczny zapach, tyleż subtelny, co intrygujący. Niemal transparentny, ale mimo to obecny. Wymienione nuty tworzą niezwykłą olfaktoryczną aurę, przywodzącą na myśl suchy i lekko słodki zapach świeżej pościeli, choć nie ma tu mowy o syntetycznych akcentach detergentowych w stylu Francisa Kurkdjiana. A Quiet Morning to jeden z moich faworytów pośród pachnideł tej marki. To także jeden z trzech zapachów mini-cyklu poświęconego Indiom (obok Shanti Shanti i Tulsivivah!)

Close Your Eyes, And… /Bois de Gaiac et Poire (2006) 

Gdy zamknąć oczy, już od pierwszych sekund czujemy różę, najpierw bardzo wdzięcznie odświeżoną cytrusami, otoczoną zaskakującą i bardzo rzadko występującą w perfumach nutą gruszki (!), a później pięknie pogłębioną heliotropem i jaśminem, przyprawioną cynamonem i osadzoną na drzewnej bazie z gwajaku. To róża orientalna, skręcająca wg mnie raczej w stronę kobiecej skóry. Gdy już zniknie, pozostaje słodki gwajakowy dymek. Pachnidło bardzo wdzięczne i przyjemne, bezpieczne i dalekie od eksperymentów, wciąż jednak niebanalne i na pewno warte uwagi.

In (2013) 

zabiera nas w podróż do serca perfum, w którym odnajdziemy żywicę elemi, której naturalna cytrusowa nuta została tu wzmocniona bergamotką i limonką, zaś przeważający w elemi aromat żywiczny ożywiono imbirem. Oszczędna w dodatki, prosta kompozycja zwieńczona jest ciepłą bursztynową bazą. Mimo ambrowego charakteru, ma w sobie rzadko spotykaną lekkość, na co z pewnością pracują wymienione nieambrowe ingrediencje, w szczególności imbir. Nietypowo zresztą zapach ten nabiera świeżości i wspomnianej lekkości z czasem, co zdaje się potwierdzać informację, że skomponowano go na zasadzie odwróconej piramidy.

miller-et-bertaux-in

Indian Study / Santal +++ (2017) 

to coś dla fanów suchych drzewnych aromatów. W tej kategorii propozycja Miller et Bertaux wyróżnia się oszczędnością środków wyrazu i zarazem skutecznością. We wstępie suche przyprawy – kmin i curry – zapowiadają serce pachnące świeżo pociętymi deskami, ociekającymi jeszcze żywicą. Całość została utrwalona piżmami. Jest minimalistyczna, wręcz ascetyczna, ale niesamowicie sugestywna i poruszająca czystością przekazu. Jeden z moich faworytów w kolekcji marki.

New Study (Postcard) (2017) – pocztówka z nad Morza Śródziemnego 

Zielone (głównie cis-hexenol pachnący jak skoszona trawa) i cytrusowe (mniej, a tu zielona pomarańcza(?), dzika cytryna i grejpfrut) intro z wyczuwalnym drzewnym tłem, które z czasem przejmuje pierwszy plan. Ale zanim to, New Study „morfuje” w akord figi zmiękczony kokosem. Wszystko razem tworzy całkiem intensywną, rześką i nieco drzewną zieleń, inną od opisywanego wcześniej #3. Figowiec Miller et Bertaux? Właśnie tak.

Oh, ooOoh …oh (mist, wood, wind and guitar) (2012) – czyli nocą na leśnej polanie

To prawdopodobnie najbardziej oryginalna znana mi nazwa perfum. Generalnie Miller et Bertaux nazywają swoje zapachy bardzo specyficznie… Brzmią bardziej jak robocze nazwy perfumowych projektów, jak zapachowe impresje opisane pierwszymi słowami, jakie przychodzą do głowy, aniżeli jak przemyślane, dopieszczone nazwy. Oh…. otwiera się wibrującą nutą jałowca, spod której wyłania się minimalistyczna i intrygująca mieszanka nut drzewnych, mszystych i subtelnie oblewających całość żywic, które ocieplają i utrwalają całość. W oddali snujący się dymek z ogniska…. Idylliczny obrazek mistycznego wieczory spędzonego w lesie, przy rozpalonym ognisku, z gitarą i śpiewem. Prawda, że uruchamia skautowskie wspomnienia? 😉

Om (2011) – goździkowa oda

to przedstawiciel mojego ulubionego perfumowego gatunku przyprawowo-drzewnego. Piękne intro z różowym pieprzem i dominującym w fazie serca goździkiem, paczulowe wypełnienie (na szczęście nie czuję tu klasycznej piwnicznej paczuli) oraz drzewny finisz. Zapach idealny na obecną zimną i nieprzyjemną aurę, rozgrzewa szczyptą chili. Om ma suchą, pylistą i słodkawą aurę i pachnie niczym niszowa, bardziej wytrwana wersja Spicebomb Viktor & Rolf. Podoba mi się. Szkoda tylko, że zbyt szybko traci rezon i nie pozostawia na skórze nic intrygującego.

M et B OM

Shanti Shanti (2008)

to kolejny – obok Close Your Eyes – orientalny zapach Miller et Bertaux z różą w centrum, z tym że tu róża podana została w zdecydowanie kobiecy sposób, w doborowym towarzystwie przypraw (różowy pieprz i kardamon), irysa, paczuli oraz drewna sandałowego. Początek jest jednak zaskakujący, transparentny, lekko przyprawowy, lekko papierowy poprzez nutę irysa i zupełnie nie zwiastujący tego, co następuję parę minut po nim, gdy róża zacznie wygodnie mościć się na skórze, z każdym kwadransem nabierając mocy, pogłębiając się i utrwalając na sandałowej bazie. Lekko mydlany akord różany to w istocie temat „Shanti Shanti”, zainspirowanego podróżami do Indii i tamtejszym festiwalem kwiatów, podczas którego różane płatki lądują w nieprzebranych ilościach na ziemi. Bardzo ładne i solidnie wykonane pachnidło na konkretny temat, bez niepotrzebnych udziwnień.

„Study No. 17 ” (2015) – letni ogród

zabiera nas w podróż do wonnego ogrodu, w którym obok drzew cytrusowych odnajdziemy grządki pełne ziół, z estragonem i miętą w rolach pierwszoplanowych, z gęsto rosnącym geranium i krzakami czarnej porzeczki oraz grubymi łodygami rabarbaru, które to „wespół w zespół” tworzą zapachowy trzon tej kompozycji. Wszystkie te soczysto zielone ingrediencje osadzone zostały ma mszystym, porostowym podłożu, dodającym całości jeszcze dodatkowej zieleni. Study No.17 to słoneczny, świeży i soczysty zapach zielony, doskonale wypełniający pustkę po lecie, które jakiś czas temu nas opuściło. Harmonijnie skomponowany, perfekcyjnie wyważony, zdecydowanie udany.

m et b study 17

Study No. 23 / Newsletter (2016) – kadzidlak

to jedyne pachnidło w ofercie marki emanujące tak wyraźną nutą kadzidła olibanum, tu podrasowanego początkowo aldehydami, lekko osłodzonego nektarem z żółtych kwiatów,  wzmocnionego paczulą i osadzonego na drzewnym rusztowaniu. Zestawienie olibanum z aldehydami znamy już z Cardinal Heeleya, ale zapach M&B jest lżejszy, świeższy, bardziej transparenty. Warto podkreślić, że ma świetne parametry – emanuje mocno i trwa na skórze naprawdę długo. Mimo, że osobiście nie jestem fanem takiego ujęcia kadzidła (wolę interpretacje bardziej dymne i drzewne, jak choćby genialny Zagorsk Comme des Garcons, a – gdy już jesteśmy przy Comme des Garcons Study No. 23 bliżej do Avignon), to jednak obiektywnie uważam ten zapach za naprawdę udany i klasycznie niszowy zarówno w tematyce jak i wykonaniu. Jedna z najciekawszych propozycji Miller et Bertaux.

Tulsivivah! (2018) – indyjska herbata z bazylią

Wracamy do Indii, celebrującej świętą bazylię podczas festiwalu. Esencja z jej liści znalazła się oczywiście w formule zapachu, a towarzyszą jej początkowo cytrusy i przyprawy (krótkie acz intensywne pieprzowe otwarcie) oraz budująca serce nuta herbaty, a wszystko to na drzewnym akordzie z sandałowca i kaszmiru. Idealnie uniseksowy, przyjemny, najpierw pikantny, później herbaciany (serwuje nam lekko osłodzoną i raczej nietęgą herbatę), finiszuje drewnem. Jak każda z zapachowych pocztówek z podroży panów Millera i Bertauxa, także i ta potrafi zauroczyć prostotą przekazu i niebanalnym tematem. Efektowny minimalizm to zdecydowanie wspólny mianownik perfum tej marki. Idealnie zresztą koresponduje on z ascetycznym designem flakonów.

M et B Tulsivivah

I tak dotarłem do końca zapachowych podróży (lub też podróżnych zapachów) panów Millera i Bertaux. Jak mogę je podsumować? Abstrakcyjne, impresyjne bardziej niż konstruktywistyczne, minimalistyczne, z powtarzającymi się nutami drzewnymi (głównie sandałowiec, ewentualnie cedr), zwykle ze smakiem przyprawione, czasem ze smużką dymu, czasem z kadzidłem, czasem z nutą kwiatową, ale jeżeli już – to z różą. Intrygujące, choć bardzo kameralne. Niszowe w dobrym tego słowa znaczeniu, także w tym sensie, że niepoparte niemal żadnym marketingiem, a to już obecnie niezwykła rzadkość. Na pewno warte uwagi koneserów perfum i wszystkich, którzy chcą pachnieć niebanalnie, intrygująco, ale jednocześnie subtelnie, bez narzucania się otoczeniu. Zapachy Miller et Bertaux zasługują moim zdaniem na szerszą publikę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tauer Perfumes „L’Oudh” – dogoniony króliczek?

Dobrze wiem, że kiedy Andy Tauer bierze się za jakiś nowy zapach, nie opublikuje go dopóty, dopóki ten nie będzie perfekcyjny i idealnie zgodny z wizją twórcy.

ANDY_TAUER

A że Andy Tauer nie musi oglądać się dosłownie na nic (co zawdzięcza wyłącznie samemu sobie, talentowi oraz ogromnej pracowitości), to też jego pachnidła są zawsze efektem niczym nie skrępowanej twórczej wizji. Co to oznacza? Ano tyle, że kupując perfumy marki Tauer Perfumes możemy być pewnie jednego – że będziemy mieli do czynienia z produktami wyjątkowej jakości i unikatowej treści o mocnym charakterze, który pozwoli zapach pokochać albo znienawidzić. Ale tak to już jest z dziełami bezkompromisowymi. Mógłbym tu pisać peany na cześć Tauera, ale nie taki jest mój cel. Po prostu każdym nowym zapachem utwierdza mnie on w przekonaniu, że reprezentuje wszystko, co w perfumach najlepsze, jednocześnie skrzętnie unikając wszystkiego, co moim zdaniem najgorsze (blichtr, nabzdyczenie, pompatyczność, przerost formy nad treścią, banalny i niedorzeczny marketing, nieadekwatnie wysokie pozycjonowanie produktów, wreszcie zwykła „niszowa ściema”).

Tegoroczny L’Oudh był z pewnością niespodzianką. Andy długo unikał podjęcia oudowego tematu (dłużej nawet niż wyjątkowo silnie ignorujący wszelkie mody i trendy Patricia de Nicolai czy Frederic Malle), jakby czekając, aż napompowana do granic możliwości oudowa bańka pęknie lub chociaż się skurczy. I – zdaje się – doczekał tego momentu. Bardzo dobrego momentu. Być może właśnie dlatego to, co umieścił we flakonie L’Oudh, okazało się być w jakimś sensie czystą kwintesencją oudowego trendu, a może nawet jego podsumowaniem.

Tak w każdym razie pachnie dla mnie L’Oudh. Kwintesencjonalnie. Ten przypadkowy powstały neologizm brzmi szczególnie adekwatnie do sytuacji.

W L’Oudh znajdziemy aromat, jaki dla wielu może być końcem poszukiwań w oudowej dziedzinie. Taki oudowym dogonionym króliczkiem. Oszałamiający mocnym, nieco kwaśnym początkiem, osiada na skórze w postaci mieszanki nut zwierzęcych, skórzanych i drzewnych, które na przemian przejmują pierwszy plan, by sfiniszować sucho-drzewnym akordem.

agarwood

L’Oudh przez cały czas utrzymuje wytrwany i raczej surowy charakter. Bez zbędnych ozdobników. Jest bardzo na temat.

Zastosowany olejek z oudu pochodzący z Laosu pachnie szczególnie. Wspominałem już, że to mój ulubiony gatunek, którego stosuje m.in. James Heeley (Agarwoud i Phoencia) oraz Francis Kurkdjian (genialne oudowe trio Oud Moods). Jest on bogaty właśnie w skórzane i sucho drzewne oraz animalne akcenty. Podejrzewam, że Andy – po umieszczeniu drogocennej esencji w centrum kompozycji – podkręcił wszystkie jej naturalne aspekty za pomocą odpowiednio dobranych ingrediencji, o których zresztą otwarcie wspomina. Kastoreum, piżmo i szara ambra wzmocniły aspekt zwierzęcy (ale bez obaw – nie dominuje on zapachu). Esencja z sandałowca oraz moje ukochane składniki: cypriol i wetyweria podkreśliły drzewną istotę oudu, zaś styrax, labdanum, mirra, tytoń i paczula budują akord skórzany. Do tego ta przedziwna nuta smardza(!), którą Andy określił jako na poły naturalną, na poły sztuczną (zapewne efekt kompozycyjnych zmagań artysty), nadająca subtelnej grzybnej aury (oud to przecież w naturze efekt reakcji drewna agarowego na atak bakterii i grzybów). Tak więc wszystkie te składniki nie tyle ozdabiają aromat, ile go wzmacniają. Efekt jest naprawdę bardzo sugestywny i absolutnie niezwykły.

L’Oudh pachnie bardzo naturalnie (i w istocie swojej zbudowany jest w przewadze z naturalnych ingrediencji). Jest zapachem niemal linearnym, o bardzo precyzyjnie wyregulowanej projekcji, nie dominującej otoczenia, ale pięknie wyczuwalnej przez noszącego przez większość czasu i pozostawiającej za noszącym magnetyzującą smużkę. Może doskonale łączyć się z innymi perfumami, dodając im egzotyki i intrygującej drzewnej nuty.  Trwa przy tym dobrze ponad 12 godzin. Ma wszelkie cechy czyniące go zapachem absolutnie wybitnym w swojej stylistyce. Jest przykładem perfum doskonałych, choć pod względem treści i charakteru skierowanych do koneserów, których zresztą ma ogromne szanse ukontentować.  Ja z pełną odpowiedzialnością daje L’Oudh najwyższą notę. Oudowe arcydzieło.

Tauer LOudh

dominujące nuty: drewno, skóra, animalne

główne składniki: oud z Laosu, cypriol, ciemna wetyweria z Javy, paczula, mirra, piżmo, labdanum, drewno sandałowe, szara ambra, smardz, tytoń, róża, jaśmin

nos: Andy Tauer

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

James Heeley „Phoenicia” – oud Fenicjan

Kilka lat temu bardzo entuzjastycznie oceniłem Agarwoud Jamesa Heeleya. Dziś podpisałbym się pod moją opinią obiema rękami. Zamiast tego wolę jednak obiema rękami napisać kilka zdań o innym zapachu tej marki, który również zawiera słynny i ulubiony przez mnie oud z Laosu, i który zasługuje na nie mniejszy zachwyt.

phoenicia heeley

Phoenicia to pachnidło z 2015 roku umieszczone w kolekcji ekstraktów perfumowych Jamesa Heeleya. Znany z Agarwoud – gdzie towarzyszył róży – laotański oud jest tu tym razem otoczony subtelnymi nutami suszonych owoców oraz kadzidłem, labdanum i rozmaitymi esencjami drzewnymi: sandałowcem, wetywerią, cedrem, brzozą.

To brzoza właśnie o w połączeniu z kadzidłem i oudem oraz wetywerią stanowią moim zdaniem o unikalnym, nieco dymnym i drzewnym charakterze tego niezwykłego pachnidła. Przypominać ono nieco może Black Tourmaline Oliviera Durbano, ale inaczej rozłożone są tu akcenty – więcej oudu, drewna w ogóle i kadzidła, a mniej wędzonego dymu, a przy tym bardzo ostrożna projekcja.

Co interesujące, mimo sporej liczby różnych składników o podobnej naturze, zapach jest bardzo przejrzysty, a żadna nuta indywidualnie nie dominuje – poza – co oczywiste – oudem lub – szerzej – akordem drzewnym z oudem na czele.  Phoenicia ma niemal linearny charakter, poza subtelnie owocowym początkiem, w zasadzie trwa jako drzewno-kadzidlany akord, przy czym z czasem wyraźniej brzmi kadzidło, dzięki dodatkom drzewnym nie popadające jednak w religijny klimat.

Można Fenicję nosić nie tylko solo, ale również z powodzeniem łączyć ją z innymi perfumami, dodając tym samym nowego, intrygującego drzewno-kadzidlanego wymiaru. Szczególnie zapachy z różą w dominancie w naturalny sposób doskonale połączą się z Fenicją, ale przecież nie tylko. Można dowolnie eksperymentować, choć ja osoboście wolę niczym nie zakłócać tego wyjątkowego aromatu.

phoenicia 2 heeley

Phoenicia jest – jak wszystkie zapachy Heeleya – do perfekcji wyważona, a przy tym bardzo elegancka.

To oud podany z ogromnym smakiem, bez zbędnych ozdobników, ale w sposób natychmiast akceptowalny. Obecny na skórze w formie intensywnego ekstraktu emanuje z niej subtelną, ale obecną strużką, tworzącą zagadkowy i intrygujący akcent. Wspaniały przykład współczesnej perfumerii zachodniej, zainspirowanej orientalnym aromatem i przedstawionej w bardzo przyjazny, a jednocześnie pełen klasy i wyrafinowania sposób.

Brawo Heeley.

phoenicia 3 heeley

dominujące nuty: suszone owoce,  drewna (oud, wetyweria, brzoza)

składniki: kadzidło, labdanum, daktyle, suche żywice, oud, drewno sandałowe, cedr, brzoza, wetyweria

nos: James Heeley

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

 

Jeroboam Paris – „Vespero” i „Ambra”

Od czasu mojej pierwszej recenzji perfumowych ekstraktów Jeroboam Paris marka Francoisa Henina dokooptowała w 2017 roku dwa kolejne: Ambra i Vespero, a najnowszą pozycją jest tegoroczne białokwiatowe BOHA, które jeszcze nie dotarło do perfumerii. Zarówno Ambra jak i Vespero powstały w pracowni Vaniny Muracciole, tej samej, która skomponowała pierwsze pięć zapachów marki. Dzięki temu są stylistycznie bardzo spójne z poprzednikami i pozostają w gęstej, zmysłowej, orientalnej stylistyce.

jeroboamlogo

Ambra bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie soczystością, esencjonalnością i niezwykła uroda daleką od typowych waniliowo-benzoesowych ambrowców, tak chętnie prezentowanych przez niszowe marki perfumowe. Ambra Vaniny Muracciole jest od początku bardzo żywa, ma odświeżony cytrusami wstęp i zaskakująco aromatyczne serce – co prawdopodobnie zawdzięcza użyciu w formule geranium. Z czasem nabiera coraz cieplejszego, żywiczno-kulinarnego charakteru, utrwalonego głębią piżm. Jak wszystkie ekstrakty Jeroboam trwa na skórze bardzo długo cudnie otulając. Wprost doskonały zapach na właśnie rozpoczęty zimny i nieprzyjemny okres jesienno-zimowy i jednocześnie jeden z najlepszych znanych mi współczesnych ambrowców.

jeroboam ambra

główne nuty: cytrusy, balsamy, żywice, wanilia, tonka

 

Vespero (Wieczór) szybko stał się moim faworytem w całej kolekcji Jeroboam. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest to typ aromatu, który bardzo mi odpowiada, a z którym w perfumerii niszowej (wyłącznie) spotkałem się już (do pewnego stopnia) co najmniej dwa razy: w świetnym Jewel for Him M. Micllef i nie mniej udanym African Leather Mamo Paris. Ten typ – opisywany jako współcześnie skórzany – mi jednak zupełnie się ze skórą niekojarzący. Jest to raczej bardzo aromatyczny zapach przyprawowo-żywiczno-ambrowy z dominującym przez długi czas akordem zbudowanym z żywic, paczuli i geranium. Na wstępie znajdziemy intrygująco wplecioną nutę jabłka, w sercu wspaniałe aromatyczne geranium (moja ulubiona faza Vespero), bazę przy pewnej dozie dobrej woli można opisać jako skórzano-drzewną. Vespero urzekł mnie zdecydowanie. To mój no. 1, gdy chodzi o Jeroboam.

jeroboam vespero

główne nuty: cytrusy, jabłko, geranium, paczula, drzewne, piżma

 

 

PS. Zapachy Jeroboam można nabyć wyłącznie w perfumerii Quality Missala.