Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Reklamy

Olfactive Studio „Woody Mood” – powrót do korzeni

Najnowsze pachnidło Olfactive Studio ma duże szanse, by stać się hitem tej marki, czego zresztą życzę twórczyni marki Céline Verleure. Woody Mood docenią nie tyko fani pachnideł drzewnych i kadzidlanych, ale także entuzjaści talentu Bertranda Duchaufoura z okresu, gdy pracował dla Comme des Garcons i L’Artisan Parfumeur. O perfumiarzu tym już dość długo nie pisałem na blogu. Tym zapachem przypomina on o sobie w naprawdę świetnym stylu.

Jakoś nie było nam ostatnio po drodze (mimo, że przecież spotkałem Mistrza w 2016 roku w Mediolanie). Dopiero Woody Mood spowodował, że nasze olfaktoryczne drogi znów się skrzyżowały. Uznany niegdyś przez mnie (ale przecież nie tylko!) za jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, po raz kolejny udowodnił, że w pełni zasługuje na to miano.

Zapytacie: jest aż tak dobrze? Tak. Jest. Jest doskonale!

B.Duchaufour 01
Bertrand Duchaufor, fot. dita.com

Nazwa sugeruje drzewny charakter tego pachnidła. Ale to zaledwie część prawdy i nim. Jak zwykle u Duchaufoura zapach jest złożony z wielu odcieni, które stopniowo i pięknie odkrywa je na skórze. Już wyrazisty akord otwarcia zapowiada coś niezwykłego. Nuty drzewne  i kadzidlane kontrastują tu z nutą owocową (imbir), prowadząc swoistą grę światła i cienia, by z czasem osiąść na skórze w postaci unikatowego, drzewno-herbacianego i jednocześnie kadzidlanego, dość mrocznego serca, niepokojącego niczym fotografia sekwojowego lasu autorstwa Rogera Steffensa, która posłużyła za inspirację dla tego zapachu. W sercu użyto także egzotycznej nuty jatamansi. Ciepła i głęboka skórzana baza z drzewnym akcentem wieńczy to fascynujące pachnidło o wyraźnej, intrygującej sygnaturze i stopniowej ewolucji na skórze.

Olfactive Studio Woody Mood 1
Woody Mood – Roger Steffens

„Coraz więcej pracuję w abstrakcji. Projektuję formułę z użyciem 40 lub 50 składników. Nie mam pojęcia, jak to będzie pachniało, ale wiem, że będzie to precyzyjne. Nie staram się mieć wszystkiego pod kontrolą. Moim marzeniem jest pracować nad czymś i uzyskać akceptację klienta nigdy tego nie wąchając.”

B. Duchaufour

Ciekaw jestem, czy tak właśnie powstał Woody Mood. Bez względu jednak na to przyznaję:

Bertrand Duchaufour znów to zrobił ! Po długim okresie penetrowania aromatów kulinarnych, gdy nieco zwątpiłem w jego moce twórcze, stworzył arcydzieło w swoim najlepszym stylu, za który fani perfum tak go uwielbiają.

Jeszcze kilkanaście lat temu spokojnie mogłoby ono znaleźć się w podróżniczym cyklu L’Artisan Parfumeur lub drzewnej kolekcji Comme des Garcons. Tymczasem gratuluję Céline Verleure, że wydała ten niesamowity zapach w ramach swojego Olfactive Studio. To w tej chwili jedno z najlepszych pachnideł w generalnie stojącej na wysokim poziomie ofercie tej marki, a także jedno z najbardziej udanych w wykonaniu Duchaufoura. Jeżeli nie w ogóle, to już na pewno w ostatnich latach.  Woody Mood to moim zdaniem także jedna z najciekawszych premier 2017 roku. Naprawdę warto zwrócić na nie uwagę. Testy obowiązkowe!

Olfactive Studio Woody Mood 04

 

nuty głowy: bergamotka, imbir, szałwia, szafran

nuty serca: akord sekwoi, jatamansi, czarna herbata, kadzidło

nuty bazy: paczula, styrax, akord skórzany, puder kakaowy

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

Parfum d’Empire „Le Cri de la Lumière” – płacz światła, uśmiech kobiety…

Najnowsza perfumowa propozycja Marca-Antoine’a Corticchiato – Le Cri de la Lumière – to perfumy niezwykle kobiece i zmysłowe, a przy tym zaskakująco nowoczesne, jak na raczej klasyczny styl tego utalentowanego perfumiarza. Zadziwiają też niecodzienną konstrukcją, zachwycając przy tym wyraźną ewolucją na skórze.

 

Le Cri de La Lumière (Płacz światła – cóż za poetycka nazwa!) zbudowane są z pięciu zasadniczych nut-składników. Intro zawdzięcza swoje niecodzienne brzmienie ketmii piżmowej zwanej roślinnym piżmem. Ta pozyskiwana z nasion indyjskiego hibiskusa (Abelmoschus moschatus) esencja ma niezwykły, lekko roślinny, lekko piżmowy i jednocześnie subtelnie owocowy charakter, który niemal w pełnej okazałości można podziwiać w opisanym niegdyś przeze mnie pachnidle Peruvian Ambrette z serii Essenze Zegna. Także i tu ta nuta jest wyrazista i bardzo naturalna. Jej wysunięcie na przód zapachu jest zabiegiem tyleż rzadkim, co odważnym. Składnik ten bowiem zwykle buduje bazę perfum – niczym piżmo – pogłębiając i utrwalając przewodnią nutę. Tu początkowo stanowi jego pierwszy plan, co czyni otwarcie Le Cri de la Lumière zaskakującym i dość wymagającym. Od razu wiadomo, że jest to pachnidło adresowane do bardziej wyrobionej klienteli, jak zresztą cała oferta Parfum d’Empire.

Dla niewprawnego nosa aromat ten może okazać się przeszkodą nie do przeskoczenia. Byłoby szkoda, gdyż Le Cri de La Lumière – niczym świetnie napisana książka – z czasem odsłania przed nami swoje kolejne rozdziały. Im dalej, tym są one piękniejsze i prowadzą do prawdziwie uroczego finału.

Parfum d'Empire Le Cri 03

Ketmia piżmowa została połączona z bardzo naturalnie do niej pasującą nutą irysa. Ten niezwykle cenny składnik przydaje początkowej fazie powagi i wyrafinowanej elegancji. Wiadomo – irys, nuta jedyna w swoim rodzaju, dystyngowana, pudrowo-kwiatowo-ziemista. Słowem – niesamowita, natychmiast wprowadzająca aurę szyku, wyrafinowanej elegancji, dystansu. Mijają pewnie kolejne dwa kwadranse, gdy do nozdrzy zaczyna – zupełnie niespodziewanie – docierać aromat w swej proweniencji równie klasyczny, jak irys, podany wszakże w zdecydowanie bardziej współczesny sposób. Od tej chwili Le Cri de La Lumière stopniowo traci swą poważną minę i zaczyna się do nas zalotnie uśmiechać…

Parfum d'Empire Le Cri

Oto w jego sercu posadzono piękną i oszałamiająco wonną różę turecką, którą oblano sporą porcją piżm na subtelnym drzewnym fundamencie, zbliżając się w ten sposób do sygnatury jednych z moich absolutnie ulubionych kobiecych perfum – For Her od Narciso Rodrigueza! Mówcie co chcecie, ale to dzieło Christine Nagel i Francisa Kurkdjiana to perfumy genialne i zupełnie ponadczasowe w swej obezwładniającej kobiecości! Co prawda Corticchiato przedstawił ten przecudny, niezwykle kobiecy i zmysłowy akord w nieco mniej spektakularny i bardziej ostrożny sposób, ale wciąż przepiękny.

Kto więc nie przetrwał ketmii i irysa w pierwszej godzinie, ten nie będzie miał szczęścia zaznać zapachowej rozkoszy serca. Dlatego – na boga – nie oceniajmy tych perfum po ich otwarciu, ani nawet po pierwszych 3-4 kwadransach, bo to w tym przypadku kardynalny błąd!

Le Cri de La Lumière zostały stworzone po ty, by je powoli, krok po kroku kontemplować i podziwiać ich zmieniający się aromat. Wspomniany uroczy różano-drzewno-piżmowy akord utrzymuje się na skórze całkiem długo, powolutku gasnąc, nie będąc wszakże ani przez chwilę jazgotliwym czy narzucającym się. Elegancja i umiar ponad wszystko.

Le Cri de La Lumière urzekło mnie. To perfekcyjnie i precyzyjnie skonstruowane pachnidło zawiera w sobie różne oblicza kobiecości – począwszy od tej nieco dzikiej, nieokrzesanej, poprzez wyniosłą i onieśmielająco piękną, aż po romantyczną, namiętną, zmysłową i uśmiechniętą. Tej ostatniej jest w Le Cri de La Lumière najwięcej. I to pewnie dlatego tak te perfumy polubiłem…

 

Parfum d'Empire Le Cri 04

 

główne nuty: irys, ketmia piżmowa, róża turecka, piżmo, nuty drzewne

twórca/nos: Marc-Antoine Corticchiato

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Roja Dove „Elysium Parfum Cologne”

Premiera najnowszych męskich perfum Roja Dove Elysium zapowiadana była w mediach społecznościowych wyjątkowo intensywnie. Mam wrażenie, że twórcom mocno zależało no rozgłosie w branży i na „mocnym wejściu” jeszcze przed okresem świątecznych zakupów.

Dlaczego tak uważam? Bo Elysium (testowane przez mnie w wersji Parfum Cologne) zostało zaprojektowane tak, by być idealnym prezentem bożonarodzeniowym dla mężczyzn o zasobnym portfelu. To chyba pierwsze pachnidło Roja Dove stworzone z konkretnym zamierzeniem komercyjnym. I z nadzieją na uszczknięcie dla siebie większego kawałka sprzedażowego tortu na półce męskich perfum luksusowych.

Elysium Dove

W przeciwieństwie do dotychczasowych propozycji Roja Dove, będących albo jedną wielką podróżą w przeszłość, do chwalebnych czasów złotej ery perfum albo utrzymanych w orientalnej estetyce z myślą o lukratywnych rynkach arabskich, Elysium jest zapachem zupełnie współczesnym, a estetycznie absolutnie zachodnim. Moim zdaniem jest też – fakt, dość późną, ale jednak – odpowiedzią Roja Dove na gigantyczny sukces Aventusa Creeda. Od razu zaznaczę, że Elysium to nie jest kolejna kopia lub wersja mocno inspirowana dziełem Oliviera Creeda (patrz Bois de Cedrat Mancera czy Royal Vintage M.Micallef). Roja Dove – jeden z największych żyjących autorytetów w dziedzinie perfum i ich historii – nie pozwoliłby sobie, by jego Elysium było kopią aktualnego bestsellera. Co to, to nie. Co innego kopiować wielkie klasyki przeszłości. Ale przecież nie Aventusa. Tak więc Elysium to – owszem – ten sam typ pachnidła, ta sama kategoria zapachowa, ale byt jednak zupełnie odrębny.

W Elysium połączono nuty cytrusowe i owocowe (jabłko i czarna porzeczka)  z subtelnymi akcentami kwiatowymi i bogactwem aromatów drzewnych (głównie) oraz ambrowo-skórzanym tłem. W rezultacie powstał nowoczesny (wiem – w zestawieniu z tą akurat marką brzmi to niedorzecznie, a jednak), elegancki, wyrafinowany i całkiem efektowny męski drzewny szypr z owocową nutą przewodnią. 

Czuć w nim oczywiście rękę Dove’a, który lubuje się w klasycznym podejściu do komponowania i buduje złożone perfumowe formuły. Ta złożoność jest tu wyczuwalna, choć wcale nie przytłacza. Przeciwnie – Elysium ma doskonały balans pomiędzy przeważającą tu świeżością, a drzewnym tłem. Jego casualowy i absolutnie dzisiejszy charakter połączony z charakterystyczna dla twórczości Dove’a i wyczuwalną w jego perfumach, także w Elysium –  „aurą bogactwa” mogą być (ale wcale nie muszą) gwarancją sukcesu nowych perfum Dove’a. Czas pokaże, jak zostaną przyjęte. Jeśli spytacie mnie – czuję nosem sukces…

elysium-pour-homme-parfum-cologne-100ml-ing

 

nuty głowy: cytryna, bergamotka, grejpfrut, limonka, lawenda, tymianek, bylica, piżmo

nuty serca: tymianek, bylica, konwalia, róża majowa, jaśmin z Grasse, jabłko, czarna porzeczka

nuty bazy: galbanum, różowy pieprz, cypriol (nagarmotha), wetiwer, cedr, jagody jałowca, benzoes, wanilia, labdanum, skóra, ambra szara, piżmo

twórca/nos: Roja Dove

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5

Paul Schütze Perfume – chcieć znaczy móc?

Mieszkający od 25 lat w Londynie Australijczyk Paul Schütze to postać nietuzinkowa. Kompozytor muzyki ambient. Twórca instalacji dźwiękowych, graficznych, filmów i fotografii. Od młodzieńczych lat owładnięty obsesją zapachu fan i kolekcjoner perfum. Od 2012 roku artysta penetrujący element olfaktoryczny również w swej sztuce. Dał się poznać jako twórca instalacji inkorporujących zapach. W tymże 2012 roku zaperfumował własną kompozycją „In Libro De Tenebris” czarną księgę, którą umieścił jako eksponat wystawy poświęconej zmierzchowi drukowanych książek. Wystawa ta miała miejsce w antykwariacie Maggs Bors w Londynie. Zapach ten wzbudził wówczas ogromne zainteresowanie wśród zwiedzających wystawę, którzy koniecznie chcieli go nabyć, choć nie był na sprzedaż. Dotarł on do finałowej stawki Art & Olfaction Awards w 2015 roku. W tymże roku Paul zainstalował trzy zapachy w pomieszczeniach londyńskiego Sir John Soane Museum. Jego zapachowe dzieła spotykały się zawsze z dużym zainteresowaniem publiki i wywoływały poruszenie, podobnie jak niezwykła muzyka czy fotografie. Pod namową znajomych i fanów swego talentu Paul Schütze przystąpił do stworzenia pachnideł przeznaczonych do noszenia na skórze. Tak powstały perfumy, które swa premierę miały w 2016 roku, a które mam dziś okazję opisać.

Założeniem twórcy było zawrzeć w swych perfumach impresje zaczerpnięte z wyjątkowych momentów i miejsc w jego życiu. Tak jak jego muzyka ambient tworzona jest w oparciu o dźwięki „pobrane” z natury, tak jego perfumy korzystają z naturalnych esencji i portretują wybrany przez artystę wycinek czasu i/ lub przestrzeni.

PAul Schutze
Paul Schutze, foto: Jack Latham

Behind The Rain

„Wyspa na Morzu Egejskim: nagła gwałtowna burza; gdy kończy się burza, ciepło wschodzącego słońca na posiniaczonych liściach powoduje fale żywicznych zapachów, które spływają na nasze miejsce schronienia pod drzewem iglastym.”

Ten niezwykły moment, którego artysta sam niegdyś doświadczył będąc w Grecji, postanowił zawrzeć w swej zapachowej kompozycji. Trzeba przyznać, że efekt jest tyleż zaskakujący, co interesujący. Po kakofonicznym i nieokrzesanym wstępie, w którym rozmaite zapachowe molekuły (ich wspólnym mianownikiem jest wyczuwalne naturalne pochodzenie) szaleją jedna wokół drugiej bez żadnego ładu i składu (co może symbolizować ową gwałtowną burzę), następuje spokój: zapach układa się w aromatyczny akord z dominującą nutą iglakowych pinenów. Ta lekko terpenowa i lekko mentolowa nuta ustępuje z czasem słodko-zielonej woni żywicznej (mastyks). Olfaktoryczne wizje artysty finiszują na skórze w postaci drzewno-żywicznego akordu, z którego wybija się esencja wetywerii i mchu. Echa iglaków są tu jednak wciąż obecne i pozostają w zapachowym spektrum znacznie dłużej, niż to się początkowo wydaje.

Całość pachnie bardzo naturalnie i nieco chaotycznie, jakby artysta nie panował nad pachnącą materią i poddając się siłom pozostawił swe dzieło „grze przypadków”.

główne nuty: zielone, żywiczne, iglakowe

składniki: czarny pieprz, iglaki, kadzidło frankońskie, gerjpfrut, mastyks, kwiat lipy, mech, paczula, koper, wetyweria

 

DF3+Paul+Schutze+Behind+the+Rain

Cirebon

„Noc na wyspie Jawa: nad brzegiem jeziora; pachnące dźwięki dworskiej orkiestry gamelanowej dryfują po wodzie, unosząc się w powietrzu niczym konstelacja migoczących owadów.”

Tu intro jest zdecydowanie konkretniejsze, ułożone i nawiązujące do klasyki. Cytrusy (bergamota, gorzka pomarańcza, petit grain, kwiat pomarańczy) tworzą bowiem mocny i ekspansywny koloński akord, ale obecne obok niego nuty wodno-kwiatowe (cyklamen, magnolia) przydają dodatkowego, osobliwego wymiaru. Całość oparta jest na drzewnym, wetiwerowo-cedrowym podkładzie i broni się moim zdaniem całkiem dobrze. Dodam, że koloński akord jest tu tylko pretekstem do szerszego olfaktorycznego obrazu.

„Cirebon” to moim zdaniem najbardziej udane pod względem technicznym pachnidło tej trylogii, choć w swym post-kolońskim charakterze może najmniej oryginalne, to jednak jego bardzo naturalna, wręcz naturalistyczna nuta, nieco „brudnawa” i zadziorna, nieokrzesana, z wyraźnym drzewnym finiszem, wyróżnia go na tle tego jakże szeroko reprezentowanego gatunku.

główne nuty: cytrusowe, kwiatowe, drzewne

składniki: bergamotka, gorzka pomarańcza, kwiat pomarańczy, petit grain, cyklamen, magnolia, cedr, sandałowiec, wetyweria

PAUL_SCHUTZE_PERFUME_LINE_UP_HI_RES-2

Tears of Eros

„Studio artysty: Zima; kadzidło z Sanju Sangendo z Kioto, miska odrzuconej skórki z klementynki i nocny hiacynt; księżycowe powietrze z otwartych okien: te zapachy łączą się w narkotyczne, mocne, żywe kadzidło.”

Najgęstszy, najbardziej mroczny aromat z opisywanej trójki, którego wstępny, mocno zielony i od razu wyczuwalnie żywiczny oraz delikatnie kadzidlany akord stopniowo traci na soczystej zieloności i przechodzi w skondensowaną mieszankę ciepłych i gęstych żywic, które najpierw przybierają aromat mocnej whiskey, później zaś finiszują ambrową głębią. „Tears of Eros” pachnie zielonymi sokami, mchem, żywicami, ambrą. Jego amorficzny charakter jest dla mnie dowodem na dominujący (jeżeli nawet nie wyłączny) udział naturalnych esencji w formule. Mam wrażenie, jakby autor zmieszał kilka(naście) dość ciężkich molekularnie olejków i esencji, przez co osiągnął efekt tzw. „zupy” (perfumiarze lubią tak określać formułę, w której przekroczono magiczną liczbę ingrediencji powodując w efekcie olfaktoryczny chaos bez wyraźnego tematu, dominanty). O ile zarówno w „Behind the Rain”, jak i w „Ciberon” z łatwością znajdziemy temat, oś, dominantę (w pierwszym jest to nuta iglakowa, w drugim akord koloński), o tyle w „Tears of Eros” jest to chyba niemożliwe.

To pachnidło jest jak okręt bez kotwicy. Można nim płynąć, ale nie sposób przycumować w żadnym porcie…Troszkę strasznie…

składniki: ambra, benzoina, kardamon, cedr, kadzidło frankońskie, klementynka, gwajak, hiacynt, labdanum, masło irysowe, różowy pieprz

paul SCHUTZE bottles

Nietypowe, nieokrzesane, bardziej intuicyjne niż zaprojektowane. Naturalistyczne. Kompozycyjnie zdecydowanie amatorskie. Bardziej perfumowy punk rock niż ambient. Zamknięte w bardzo estetyczne walcowate flakony a’ la Frederic Malle, sugerujące elegancję i szyk, których wewnątrz nie znajdziemy. Takie są pachnidła Paula Schütze. Przypominają mi twórczość Josha Lobba i jego Slumberhouse, choć Lobb potrafi jednak nieco więcej. Wykorzystane w nich naturalne esencje są trochę niby poukładane, trochę pozostawione samym sobie, z ich tendencją do gubienia azymutu. Te perfumy to propozycje dla perfumowych buntowników, anty-mainstreamowców, zapachowych wywrotowców i anarchistów, a więc z pewnością nie dla mnie…

 

 

PS. Pachnidła Paula Schütze można przetestować i nabyć w warszawskiej perfumerii MoodScentBar.

Majda Bekkali „Andalusian Collection” – symbioza historii, sztuki i zapachu

Kolekcja Andaluzyjska Majdy Bekkali to trio perfum, które łączy inspiracja Andaluzją, a konkretnie barwną i złożoną historią tego południowego regionu Hiszpanii. To właśnie wątki andaluzyjskiej historii, elementy jej sztuki, architektury oraz historyczne postaci legły u podstaw niezwykłych perfum o równie niezwykłych nazwach: „Tulaytulah”, „Mudejar” i „Ziryab”. Zanurzmy się więc na kilka chwili w świat niezwykłych zapachów najnowszej kolekcji Majdy Bekkali.

Toledo

Pierwszym zapachem kolekcji jest „Tulaytulah”, którego nazwa pochodzi od średniowiecznej nazwy miasta Toledo, które w tamtych odległych czasach należało do Andaluzji. Zapach ten w swoim centrum zawiera niezwykle sugestywny i piękny akord marcepanu, z którego wytwarzania Toledo słynie po dzień dzisiejszy. Zanim jednak marcepan ujawni się w pełnej krasie, do naszych nozdrzy dobiega owocowa nuta kwiatu wiśni, która – jako perfumowa rekonstrukcja – przypomina mi bardziej zapach słodkiego soku z wiśni. Finisz tych perfum zdominowany jest przez częstą w perfumerii mieszankę tonki i wanilii z subtelnym akcentem zamszowym. To od początku do końca kulinarne pachnidło urzeka swą sugestywną urodą i piękną ewolucją na skórze. Jest zapachową opowieścią o mieście, w którym setki lat temu pokojowo współistniały ze sobą trzy różne kultury: chrześcijańska, żydowska i muzułmańska. Poprzez ten ciepły, smakowity, harmonijny zapach Majda Bekkali chce przypomnieć współczesnemu światu o tym, że w takiej samej harmonii możemy żyć współcześnie – bez względu na wyznawane poglądy czy religie.

Specjalnie dla tej kolekcji przypominające obłe kamienie flakony perfum Majdy Bekkali zostały przyozdobione złotymi wzorami pochodzącymi ze słynnego andaluzyjskiego pałacu Alhambra.

Majda-Bekkali-Tulaytulah-120ml---fond-noir

główne nuty: kulinarne (wiśnia, marcepan, tonka), skórzane (zamsz)

 

 

Andalusian garden

„Mudejar” ma zgoła innych charakter. To chyba pierwsze perfumy w ofercie Majdy Bekkali o świeżym i dość lekkim charakterze. Jednak – jak wszystko w przypadku tej artystki –  są one niebanalne, urodziwe i wyjątkowej jakości. Zainspirowane synkretyczną andaluzyjską architekturą, tamtejszymi ogrodami, zielenią, kwiatami, kamiennymi murami, gorącym powietrzem i kojącym chłodem domowych wnętrz „Mudejar” otwierają się intensywną, soczystą zielonością zbudowaną z grejpfruta i czarnej porzeczki.  W tle wyraźnie czuć ukochane przez Majdę drewno cedrowe. To prawdopodobnie ono w połączeniu z kadzidłem i mchem tworzy subtelnie krzemienną aurę. Co zadziwiające, ta lekko zielona i subtelnie mszysta i mineralna nuta przypominająca chłodny kamień pozostaje świeża i lekka do samego – dość odległego w czasie – końca trwania zapachu na skórze. Wszystkie te elementy sprawiają, że „Mudejar” wydaje mi się wprost idealnym pachnidłem na lato.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: zielona (czarna porzeczka), mineralna, drzewna (cedr)

rok premiery: 2017

 

 

tulips1

Ostatnim zapachem andaluzyjskiego tercetu jest „Ziryab”, który – nie ukrywam – stał się ostatnio moim faworytem, wyprzedzając „Mudejar”. Dlaczego? Po części za sprawą niezwykłej inspiracji. Ziryab to historyczna postać – twórca flamenco, umysłu tyleż ścisły, co artystyczny. Astronom i muzyk w jednym, innowator, któremu arabski instrument szarpany „oud” zawdzięcza piątą strunę. I to na obraz pięciu strun tego instrumentu „Ziryab” złożony został z pięciu nut: tulipana, cedru, ambry, szafranu i oudu. 

ziryab_6

Ale „Ziryab” uwiódł mnie przede wszystkim bezprecedensowym akordem tulipana, który otwiera to pachnidło, a który osadzony został na orientalnym ambrowym tle, wzmocnionym cedrem i posypanym złotym szafranowym pyłem ze zgrabnie wmiksowaną nutą oudu, jako symbolem owej piątej struny. „Ziryab” pachnie egzotycznie, orientalne i jednocześnie – dzięki tulipanom – dziwnie znajomo. Perfumy te mają w sobie coś magnetycznego. Są wyrafinowanie, zwracają uwagę niebanalną elegancją i egzotycznym sznytem. Nie sposób pozostać wobec nich obojętnymi.

Unikatowe połączenie tulipana, szafranu i oudu tworzy nową jakość w perfumerii i trzeba to podkreślić. W takim kontekście zawsze przecież występowała róża. Jest więc „Ziryab” prawdziwie nowatorski.

W fazie długotrwałego finiszu moje skojarzenia dryfują w kierunku „Oud Satin Mood” Francisa Kurkdjiana. Ale to podobieństwo – nie sądzę, żeby zamierzone, raczej dzieło przypadku – przydaje tylko „Ziryabowi” urody. Piękne i inspirujące perfumy.

majda ziryab

główne nuty: tulipan, szafran, oud, cedr, ambra

rok premiery: 2017

 

„Tulaytulah”, „Mudejar” i „Ziryab” to doskonałe przykłady perfumerii koncepcyjnej, mającej do przekazania coś więcej, niż tylko sam zapach, nawet jeśli to on na końcu najbardziej się liczy. Testy tych pachnideł utwierdziły mnie w przekonaniu, że Majda Bekkali pozostaje jednym z najciekawszych i mających najwięcej do powiedzenia twórców współczesnej artystycznej perfumerii niszowej, tworzącą  zapachy tyleż oryginalne i niebanalne, ile przemyślane, zainspirowane, ale przede wszystkim piękne i doskonale skomponowane. Każde z tych trzech pachnideł – w moim przekonaniu ciążących jednak w kierunku estetyki lepiej pasującej kobietom niż mężczyznom – zasługuje na bardzo wysoką ocenę pod każdym względem. Każde jest inną intrygującą olfaktoryczną opowieścią, za którą stoi przemyślana wizja artystki, perfekcyjnie przełożona na język perfum. Mamy więc urocze pachnidła, doskonale oddające artystyczne wizje twórczyni, zamknięte w pięknych, super oryginalnych flakonach. Czy trzeba czegoś więcej?

Etat Libre d’Orange „Une Amourette” – wonna miłostka

Roland Mouret, francuski projektant mody, już 8 lat temu spotkał się z Etiennem de Swardtem w jego biurze w butiku Etat Libre d’Orange przy 69 rue des Archives, w Paryżu. Rozmawiali wówczas o możliwości stworzenia perfum dla marki Rolanda. Wcześniej, w artykule w brytyjskiej gazecie, zatytułowanym “Little Black Book: Roland Mouret” napisał on o ELdO: “unikalna marka perfumeryjna produkująca najlepsze „zakręcone” zapachy ekskluzywne.” Niemniej wówczas na rozmowach się skończyło. Pozostały dobre wrażenia ze spotkania i zasiane ziarno, które wykiełkowało dopiero teraz, gdy we współpracy z Rolandem Mouretem i Etiennem de Swardtem Daniela Andrier – perfumarka Givaudan – skomponowała „Une Amourette”.

roland-mouret
Roland Mouret

„Une Amourette” powstało przez przypadek, jak wyjaśnił Etienne de Swardt w udzielonym mi niedawno wywiadzie. Daniela Andrier – znana z fantastycznych pachnideł tworzonych dla domu Miucci Prady – pracowała nad perfumami z paczulą w roli głównej. Obok jej naturalnej esencji w formule znajdowała się Akigalawood – frakcja paczulowego olejku, wydobyta z niego laboratoryjnie w procesie destylacji frakcyjnej. Dzieło arcy-zdolnych chemików z Givaudan.

Akigalawood pozbawiona jest brudnych i nieprzyjemnych nut pleśni, stęchlizny i nut fizjologicznych, jakie występują w naturalnym olejku. Drzewny, nieco pikantny i nieco kwiatowy – tak opisywany jest aromat tej substancji. Dzięki tym walorom ma ona dużo szersze zastosowanie, niż pełnowymiarowy olejek paczulowy. Znajdziemy ją w perfumach wydawanych w ostatnich 2-3 latach („Black Pepper” Comme des Garcons, Mont Blanc „Legend Midnight”, Azzaro „Chrome Pure”, John Varvatos „Dark Rebel”, Parfums de Marly „Nisean” czy Boucheron „Quatre Pour Homme Absolu de Nuit”). Co jeszcze łączy te zapachy? Wszystkie powstały w pracowniach perfumiarzy pracujących dla Givaudan. Akigalawood został bowiem opatentowany przez tą firmę i obecnie mogą go używać wyłącznie jej perfumiarze, a więc także m.in. Daniela Andrier, która – nota bene – zastosowała go już w 2015 roku komponując perfumy „Miu Miu” dla Coty.

Któregoś dnia podczas pracy nad perfumami dla Moureta i de Swardta Daniela Andrier użyła kremu marki Nuxe o zapachu kwiatu pomarańczy. Tego samego dnia testowała na skórze wczesną wersję „Une Amourette”. Poczuła intrygującą woń będącą połączeniem obu aromatów. Uznała to za interesujący przypadek i postanowiła dodać do ówczesnej formuły perfum esencję neroli. Tak powstał sygnaturowy akord „Une Amourette”. W składzie perfum znajdziemy też absolut z wanilii i irys, do którego – jak wiemy – Daniela Andrier ma wielką słabość.

une amorette Eldo

Tak więc w „Une Amourette” Akigalawood oraz paczulowy ekstrakt występują obok siebie tworząc wyrazistą drzewno-pikantną część zapachu, podczas gdy neroli „zderza się” z nią tworząc absolutnie unikatową, niezwykłą, jakby musującą świeżość.

Ten zapach nie rozwija się jak klasyczne perfumy, bo to nie jest klasyczna kompozycja. To raczej efekt „incydentu w laboratorium”, w wyniku którego pozornie nieprzystające do siebie elementy połączyły się w jedną całość, choć nie zatraciły swej odrębności. To ich wzajemne oddziaływanie, iskrzące napięcie między nimi panujące stanowi treść „Une Amourette”.

Oczywiście upływ czasu redukuje natężenie nuty neroli na korzyść ultra trwałej Akigalawood, która de facto pozostaje na skórze jako finisz, ocieplona nieco wanilią. „Une Amourette” pachnie więc owocowo-kwiatowo-drzewnie, raczej abstrakcyjnie niż konkretnie i namacalnie. Mruga okiem w kierunku klasycznej kolońskiej estetyki, a  jednocześnie używa dużej ilości produktu wysokiej technologii. Tworzy niezwykłą, pulsującą aurę wokół noszącego. Nie znam innych perfum, które pachną podobnie. To w moich ustach zawsze komplement, bo nie cierpię wtórności.

Na ile „Une Amourette” są spójne z filozofią Etat Libre d’Orange? Jest w nich przypadek, eksces – jest więc niespodzianka, rodzaj ekscytacji. Jest zapadająca w pamięć sygnatura, efekt wspomnianego przypadku i użycia molekuły póki co dostępnej tylko dla wąskiej grupy perfumiarzy Givaudan. Jest wreszcie obiektywna jakość – dobra projekcja i dobra trwałość. Nie mam więc wątpliwości, że „Une Amourette” to kolejna udana propozycja Etienna de Swardta, należącą przy tym do tych łatwiejszych w odbiorze, mniej wymagających i od pierwszych nut przyjemnych, nawet jeśli zaskakujących.

UNE AMOURETTE

 

 

Dominujące nuty: neroli, paczula, wanilia

Twórca/nos: Daniela Andrier/ Roland Mouret

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: nie znam

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5