Tauer Perfumes „L’Oudh” – dogoniony króliczek?

Dobrze wiem, że kiedy Andy Tauer bierze się za jakiś nowy zapach, nie opublikuje go dopóty, dopóki ten nie będzie perfekcyjny i idealnie zgodny z wizją twórcy.

ANDY_TAUER

A że Andy Tauer nie musi oglądać się dosłownie na nic (co zawdzięcza wyłącznie samemu sobie, talentowi oraz ogromnej pracowitości), to też jego pachnidła są zawsze efektem niczym nie skrępowanej twórczej wizji. Co to oznacza? Ano tyle, że kupując perfumy marki Tauer Perfumes możemy być pewnie jednego – że będziemy mieli do czynienia z produktami wyjątkowej jakości i unikatowej treści o mocnym charakterze, który pozwoli zapach pokochać albo znienawidzić. Ale tak to już jest z dziełami bezkompromisowymi. Mógłbym tu pisać peany na cześć Tauera, ale nie taki jest mój cel. Po prostu każdym nowym zapachem utwierdza mnie on w przekonaniu, że reprezentuje wszystko, co w perfumach najlepsze, jednocześnie skrzętnie unikając wszystkiego, co moim zdaniem najgorsze (blichtr, nabzdyczenie, pompatyczność, przerost formy nad treścią, banalny i niedorzeczny marketing, nieadekwatnie wysokie pozycjonowanie produktów, wreszcie zwykła „niszowa ściema”).

Tegoroczny L’Oudh był z pewnością niespodzianką. Andy długo unikał podjęcia oudowego tematu (dłużej nawet niż wyjątkowo silnie ignorujący wszelkie mody i trendy Patricia de Nicolai czy Frederic Malle), jakby czekając, aż napompowana do granic możliwości oudowa bańka pęknie lub chociaż się skurczy. I – zdaje się – doczekał tego momentu. Bardzo dobrego momentu. Być może właśnie dlatego to, co umieścił we flakonie L’Oudh, okazało się być w jakimś sensie czystą kwintesencją oudowego trendu, a może nawet jego podsumowaniem.

Tak w każdym razie pachnie dla mnie L’Oudh. Kwintesencjonalnie. Ten przypadkowy powstały neologizm brzmi szczególnie adekwatnie do sytuacji.

W L’Oudh znajdziemy aromat, jaki dla wielu może być końcem poszukiwań w oudowej dziedzinie. Taki oudowym dogonionym króliczkiem. Oszałamiający mocnym, nieco kwaśnym początkiem, osiada na skórze w postaci mieszanki nut zwierzęcych, skórzanych i drzewnych, które na przemian przejmują pierwszy plan, by sfiniszować sucho-drzewnym akordem.

agarwood

L’Oudh przez cały czas utrzymuje wytrwany i raczej surowy charakter. Bez zbędnych ozdobników. Jest bardzo na temat.

Zastosowany olejek z oudu pochodzący z Laosu pachnie szczególnie. Wspominałem już, że to mój ulubiony gatunek, którego stosuje m.in. James Heeley (Agarwoud i Phoencia) oraz Francis Kurkdjian (genialne oudowe trio Oud Moods). Jest on bogaty właśnie w skórzane i sucho drzewne oraz animalne akcenty. Podejrzewam, że Andy – po umieszczeniu drogocennej esencji w centrum kompozycji – podkręcił wszystkie jej naturalne aspekty za pomocą odpowiednio dobranych ingrediencji, o których zresztą otwarcie wspomina. Kastoreum, piżmo i szara ambra wzmocniły aspekt zwierzęcy (ale bez obaw – nie dominuje on zapachu). Esencja z sandałowca oraz moje ukochane składniki: cypriol i wetyweria podkreśliły drzewną istotę oudu, zaś styrax, labdanum, mirra, tytoń i paczula budują akord skórzany. Do tego ta przedziwna nuta smardza(!), którą Andy określił jako na poły naturalną, na poły sztuczną (zapewne efekt kompozycyjnych zmagań artysty), nadająca subtelnej grzybnej aury (oud to przecież w naturze efekt reakcji drewna agarowego na atak bakterii i grzybów). Tak więc wszystkie te składniki nie tyle ozdabiają aromat, ile go wzmacniają. Efekt jest naprawdę bardzo sugestywny i absolutnie niezwykły.

L’Oudh pachnie bardzo naturalnie (i w istocie swojej zbudowany jest w przewadze z naturalnych ingrediencji). Jest zapachem niemal linearnym, o bardzo precyzyjnie wyregulowanej projekcji, nie dominującej otoczenia, ale pięknie wyczuwalnej przez noszącego przez większość czasu i pozostawiającej za noszącym magnetyzującą smużkę. Może doskonale łączyć się z innymi perfumami, dodając im egzotyki i intrygującej drzewnej nuty.  Trwa przy tym dobrze ponad 12 godzin. Ma wszelkie cechy czyniące go zapachem absolutnie wybitnym w swojej stylistyce. Jest przykładem perfum doskonałych, choć pod względem treści i charakteru skierowanych do koneserów, których zresztą ma ogromne szanse ukontentować.  Ja z pełną odpowiedzialnością daje L’Oudh najwyższą notę. Oudowe arcydzieło.

Tauer LOudh

dominujące nuty: drewno, skóra, animalne

główne składniki: oud z Laosu, cypriol, ciemna wetyweria z Javy, paczula, mirra, piżmo, labdanum, drewno sandałowe, szara ambra, smardz, tytoń, róża, jaśmin

nos: Andy Tauer

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

James Heeley „Phoenicia” – oud Fenicjan

Kilka lat temu bardzo entuzjastycznie oceniłem Agarwoud Jamesa Heeleya. Dziś podpisałbym się pod moją opinią obiema rękami. Zamiast tego wolę jednak obiema rękami napisać kilka zdań o innym zapachu tej marki, który również zawiera słynny i ulubiony przez mnie oud z Laosu, i który zasługuje na nie mniejszy zachwyt.

phoenicia heeley

Phoenicia to pachnidło z 2015 roku umieszczone w kolekcji ekstraktów perfumowych Jamesa Heeleya. Znany z Agarwoud – gdzie towarzyszył róży – laotański oud jest tu tym razem otoczony subtelnymi nutami suszonych owoców oraz kadzidłem, labdanum i rozmaitymi esencjami drzewnymi: sandałowcem, wetywerią, cedrem, brzozą.

To brzoza właśnie o w połączeniu z kadzidłem i oudem oraz wetywerią stanowią moim zdaniem o unikalnym, nieco dymnym i drzewnym charakterze tego niezwykłego pachnidła. Przypominać ono nieco może Black Tourmaline Oliviera Durbano, ale inaczej rozłożone są tu akcenty – więcej oudu, drewna w ogóle i kadzidła, a mniej wędzonego dymu, a przy tym bardzo ostrożna projekcja.

Co interesujące, mimo sporej liczby różnych składników o podobnej naturze, zapach jest bardzo przejrzysty, a żadna nuta indywidualnie nie dominuje – poza – co oczywiste – oudem lub – szerzej – akordem drzewnym z oudem na czele.  Phoenicia ma niemal linearny charakter, poza subtelnie owocowym początkiem, w zasadzie trwa jako drzewno-kadzidlany akord, przy czym z czasem wyraźniej brzmi kadzidło, dzięki dodatkom drzewnym nie popadające jednak w religijny klimat.

Można Fenicję nosić nie tylko solo, ale również z powodzeniem łączyć ją z innymi perfumami, dodając tym samym nowego, intrygującego drzewno-kadzidlanego wymiaru. Szczególnie zapachy z różą w dominancie w naturalny sposób doskonale połączą się z Fenicją, ale przecież nie tylko. Można dowolnie eksperymentować, choć ja osoboście wolę niczym nie zakłócać tego wyjątkowego aromatu.

phoenicia 2 heeley

Phoenicia jest – jak wszystkie zapachy Heeleya – do perfekcji wyważona, a przy tym bardzo elegancka.

To oud podany z ogromnym smakiem, bez zbędnych ozdobników, ale w sposób natychmiast akceptowalny. Obecny na skórze w formie intensywnego ekstraktu emanuje z niej subtelną, ale obecną strużką, tworzącą zagadkowy i intrygujący akcent. Wspaniały przykład współczesnej perfumerii zachodniej, zainspirowanej orientalnym aromatem i przedstawionej w bardzo przyjazny, a jednocześnie pełen klasy i wyrafinowania sposób.

Brawo Heeley.

phoenicia 3 heeley

dominujące nuty: suszone owoce,  drewna (oud, wetyweria, brzoza)

składniki: kadzidło, labdanum, daktyle, suche żywice, oud, drewno sandałowe, cedr, brzoza, wetyweria

nos: James Heeley

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

 

Jeroboam Paris – „Vespero” i „Ambra”

Od czasu mojej pierwszej recenzji perfumowych ekstraktów Jeroboam Paris marka Francoisa Henina dokooptowała w 2017 roku dwa kolejne: Ambra i Vespero, a najnowszą pozycją jest tegoroczne białokwiatowe BOHA, które jeszcze nie dotarło do perfumerii. Zarówno Ambra jak i Vespero powstały w pracowni Vaniny Muracciole, tej samej, która skomponowała pierwsze pięć zapachów marki. Dzięki temu są stylistycznie bardzo spójne z poprzednikami i pozostają w gęstej, zmysłowej, orientalnej stylistyce.

jeroboamlogo

Ambra bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie soczystością, esencjonalnością i niezwykła uroda daleką od typowych waniliowo-benzoesowych ambrowców, tak chętnie prezentowanych przez niszowe marki perfumowe. Ambra Vaniny Muracciole jest od początku bardzo żywa, ma odświeżony cytrusami wstęp i zaskakująco aromatyczne serce – co prawdopodobnie zawdzięcza użyciu w formule geranium. Z czasem nabiera coraz cieplejszego, żywiczno-kulinarnego charakteru, utrwalonego głębią piżm. Jak wszystkie ekstrakty Jeroboam trwa na skórze bardzo długo cudnie otulając. Wprost doskonały zapach na właśnie rozpoczęty zimny i nieprzyjemny okres jesienno-zimowy i jednocześnie jeden z najlepszych znanych mi współczesnych ambrowców.

jeroboam ambra

główne nuty: cytrusy, balsamy, żywice, wanilia, tonka

 

Vespero (Wieczór) szybko stał się moim faworytem w całej kolekcji Jeroboam. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest to typ aromatu, który bardzo mi odpowiada, a z którym w perfumerii niszowej (wyłącznie) spotkałem się już (do pewnego stopnia) co najmniej dwa razy: w świetnym Jewel for Him M. Micllef i nie mniej udanym African Leather Mamo Paris. Ten typ – opisywany jako współcześnie skórzany – mi jednak zupełnie się ze skórą niekojarzący. Jest to raczej bardzo aromatyczny zapach przyprawowo-żywiczno-ambrowy z dominującym przez długi czas akordem zbudowanym z żywic, paczuli i geranium. Na wstępie znajdziemy intrygująco wplecioną nutę jabłka, w sercu wspaniałe aromatyczne geranium (moja ulubiona faza Vespero), bazę przy pewnej dozie dobrej woli można opisać jako skórzano-drzewną. Vespero urzekł mnie zdecydowanie. To mój no. 1, gdy chodzi o Jeroboam.

jeroboam vespero

główne nuty: cytrusy, jabłko, geranium, paczula, drzewne, piżma

 

 

PS. Zapachy Jeroboam można nabyć wyłącznie w perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

 

 

 

 

Hervé Gambs Parfums – wprost z Grasse

Hervé Gambs Parfums to jedna z najmłodszych francuskich marek perfumowych. Stworzona przez artystę designera, poszukującego nowych środków ekspresji zadebiutowała w 2013 roku. Hervé Gambs – jak sam przyznaje – nie jest perfumiarzem, ale bierze czynny udział w powstawaniu sygnowanych przez niego pachnideł. Te zaś powstają w historycznym sercu perfumowego świata – w Grasse. Ten fakt zachęcił mnie do zainteresowania się marką.

the-designer HG

Parfums Couture Collection to główna linia zapachów marki, na którą w tej chwili składa się pięć pachnideł.

Rouge Cardinal – zdominowany przez dość klasyczne, surowe ujęcie paczuli, mocne, korzenno-drzewne, szczególnie na samym początku, nieco później trochę duszne i suche. Wymienione w składzie kadzidło, kwiat pomarańczy, kakao i wanilia nie są dla mnie wyczuwalne, stanowią więc raczej przeciwwagę dla paczuli. Bez nich zapach mógłby okazać się zbyt bezkompromisowy. Choć i tak kardynalska czerwień jest – jak na mój gust – zbyt rdzawo-piwniczna. Coś dla wielbicieli paczuli w tradycyjnym wydaniu, a tych przecież nie brakuje.

Hotel Particuler to ambra skomponowana w bardzo tradycyjny sposób: żywice – styrax, benzoes. Zapach niczym się jednak nie wyróżnia pośród wielu jemu podobnych. Jest poprawny – owszem –  ale nic poza tym. Niestety pachnidła ambrowe nie należą do moich ulubionych więc i Hotel Particuler już na starcie miał trudne zadanie, któremu zresztą nie podołał.

Jardin Prive to bardzo ładne ujęcie tematu herbacianego nieco w kierunku Tea for two L’Artisan Parfumeur, ale mniej posłodzone, przekonująco rozwijające się od odświeżonego cytrusami intro, poprzez herbaciane serce, aż po finisz klasycznie złożony z wetywerii i paczuli. Choć nie ma tu mowy od odkrywczości, to jednak Jardin Prive jawi się jako naprawdę udana, jedna z najlepszych propozycji Hervé Gambs. Mój faworyt w Couture Collection.

Coeur Couronne to woń wyrafinowanego trunku, coś pomiędzy rumem a słodkim winem w typie Porto, złożone z neroli, jaśminu, davany i wanilii z Madagaskaru. Choć nie znajdziemy tu herbaty, to jako całość Coeur Couronne stanowi podobny w charakterze, ciepły, lekko owocowy (tu owoce suszone), zmysłowy i naprawdę udany zapach.

W Coup de Grace dominuje początkowo róża doprawiona szafranem na drzewnej bazie – inna niż by to mogło wynikać z opisanych składników, z początku lekko zielona, później sucha, ale generalnie raczej mało przekonująca.

parfums-couture

Colognes Intenses Collection

Zestaw czterech zapachów o kolońskim charakterze, ale intensywności i trwałości wód perfumowanych. Recepta na sukces Neroli Portofino Toma Forda, tak chętnie kopiowana przez niezliczone marki perfumowe została zaadaptowana także przez Hervé’a Gambsa.

La Baie des Anges to zapach koloński o słodko-cytrusowym charakterze. Całkiem oryginalne, jak na ograną przecież kolońską konwencję połączenie grejpfruta i nawet przekonującego akordu rabarbaru z subtelną nutą białokwiatową i ciepłym waniliowym tłem. Obok wanilii czuję w bazie sporą ilość drewna, chyba cedru.

Domaine du Cap pachnie niczym ziołowy zagajnik na Lazurowym Wybrzeżu. Esencja z kopru, bazylia, tymianek i rozmaryn oraz rozjaśniająca całość cytryna tworzą bardzo naturalnie pachnącą i bardzo południowofrancuską woń, w której sercu dominuje lekko anyżowa nuta. Ten niezwykle radosny aromat osadzono na bazie z cedru, który ujawnia się w późniejszej fazie.

Hotel Riviera jest jedyną w tym zestawie klasycznie kolońską kompozycją bez żadnych dodatkowych ozdobników. Mandarynka, bergamotka, kluczowy dla kolońskiej woni kwiat pomarańczy i cedr w bazie gwarantują przywołanie słonecznych wspomnień z wakacji. Dzięki wysokiej koncentracji esencji zapach całkiem długo trzyma się skóry przyjemnie się z niej „odzywając”.

Pink Evidence to zapach zdecydowanie wychodzący poza klasyczną kolońską estetykę. Cytrusy w nim co prawda znajdziemy – w postaci bardzo delikatnego i obecnego na samym początku yuzu, ale jest on tylko przygrywką do ze smakiem skomponowanego lekkiego i świeżego akordu kwiatowego, na który składają się irys (!), ylang, jaśmin i fiołek. Z czasem świeżość zaczyna ustępować pudrowej kwiatowości i Pink Evidence potwierdza, że został skomponowany z myślą o kobietach. Zaiste bardzo przyjemne i bardzo kobiece pachnidło.

herve gambs colognes

Eaux de Parfums Collection

Trzy pachnidła tworzące tę kolekcję prezentują tę cięższą, mroczniejszą, bardziej drapieżną i zmysłową perfumową estetykę.

Bois Dahman jest mieszanką aromatu kadzidła z nutami drzewnymi – ciemną (brzoza) i jasną (sandałowiec) doprawioną szafranem i podane na waniliowej bazie. Dobrze dobrane proporcje poszczególnych składników powodują, że żaden nie dominuje, a całość pachnie całkiem oryginalnie i tajemniczo. To drzewno-kadzidlane perfumy dla lubujących się w nieco bardziej natchnionych woniach. Zapach jest raczej wieczorowy, przy czym na kobiecie zabrzmi z pewnością znacznie bardziej intrygująco, niż na mężczyźnie, mimo że to 100%-owy uniseks (jak zresztą przygniatająca większość oferty Hervé Gambs).

Ombre Sauvage – najpierw dymny, później skórzany, a na końcu kadzidlany. Taki jest „cień dzikusa”, rozpostarty gdzieś pomiędzy  genialnym Bois d’Ascese Naomi Goodsir i nie mniej doskonałym Bel Ami Hermesa. To jeden z moich ulubieńców w kolekcji Hervé Gambs – tajemniczy, gesty, osadzony, majestatycznie się rozwijający i bardzo trwały.

Infusion Noire to bardzo aromatyczne pachnidło o wyraźnej sygnaturze zbudowanej z gęstej nuty lawendy całkiem unikatowo połączonej z anyżem, przyozdobionej podmuchem pieprzu i osadzonej na cedrze. Zupełnie nietypowe ujęcie lawendy o tyle zaskakuje, iż wydawałoby się, że na ten temat w perfumerii powiedziano już wszystko. Okazuje się, że nie wcale nie. Infusion Noire to jeden z najciekawszych aromatów w ofercie Hervé Gambs.

eaux-de-parfum herve gambs

Pachnidła Herve Gambs są na rynku od 2013 roku, ale pachną, jakby powstały co najmniej 20 lat wcześniej. Są odtwórcze, a nawet retrospektywne i nie wnoszą niczego nowego do świata perfum. To jednak nie jest zarzut. Ta przepełniona melancholią kolekcja cechuje się więcej niż dobrą jakością samych kompozycji, na co wpływ ma zapewnie miejsce ich pochodzenia – Grasse, czyli kolebka francuskiej perfumerii, a także – co za tym idzie – wysoka jakość użytych komponentów. Zapachy ostały stworzone w wg klasycznej południowofrancuskiej szkoły i to wyraźnie czuć. Jako takie mogę się naprawdę podobać. Pachną też naturalnie, nie epatują syntetycznymi nutami, co nie znaczy , że nie ma w nich składników pochodzenia „laboratoryjnego”. Tak czy inaczej warto zainteresować się pachnidłami Hervé Gambs, jeżeli poszukujemy klasycznych tematów perfumeryjnych wyegzekwowanych w kompetentny sposób i na wysokim jakościowo poziomie.

 

PS. Perfumerii Tiger & Bear dziękuję za możliwość przetestowania pachnideł Hervé Gambs.

 

 

Clean Reserve – równowaga i odpowiedzialność, czyli eko-perfumy

Wracam dziś do marki Clean, a to przy okazji linii Clean Reserve. To wyjątkowa kolekcja zapachów stworzona w duchu kontrastu clean-dirt, która zdecydowanie wychodzi poza estetykę prezentowaną przez zapachy z głównej linii, o których pisałem kilka tygodni temu tu.

 

clean reserve bottles

Kompozycje wchodzące w skład Clean Reserve powstały ze składników pochodzących ze zrównoważonych upraw, pozyskiwanych w sposób odpowiedzialny, często posiadających ekologiczne certyfikaty. Wedle PR-owców marki stanowią one nową generację zapachów Clean i tworzą zupełnie nowe doświadczenia zapachowe.

Trzy zapachy z tej linii, które miałem przyjemność poznać, cechuje paradoksalnie bardziej tradycyjny w treści charakter, aniżeli zaskakujące odcieniami detergentowej świeżości pachnidła klasycznej linii Clean. Penetrują one olfaktoryczne obszary znane z produktów wielu niszowych marek perfumowych, przy czym robią to w sposób bardzo oszczędny, niemal minimalistyczny i dość subtelny, przez co sprawiają wrażenie lekkich, a nawet czystych. Choć stanowią odrębne byty, zostały pomyślane tak, by móc kreatywnie łączyć je na skórze w ramach tzw. layeringu.

Citron fig rozpoczyna sie wyrazistym w swej świeżości akordem zbudowanym z rześkich cytrusów i cis-3-Heksen-1-olu, czyli nuty soczysto-trawiastej, które mają ewokować aromat figi. Kardamon i imbir – choć użyte niezwykle oszczędnie – przydają pikantnej ekspresji, balsam Copaiba dodaje głębi, zaś drewno sandałowe i cedr budują sucho-drzewny finisz i wraz z piżmami utrwalają zapach na skórze. Citron fig jest lekki, świeży, ale ma też intrygującą drzewną podbudowę.  Jest czytelnie skonstruowany, bardzo przyjemny, zrównoważony i całkiem trwały, przy początkowo dość wyraźnej, a później już subtelnej projekcji. Zapach skomponował perfumiarz Richard Herpin z Firmenich.

Clean-Reserve-Citron fig

Sel Santal – zgodnie ze swą nazwą – zawiera w formule esencję z drewna sandałowego. Ale jego zasadnicza i dominująca natura jest zielona, a to w wyniku zastosowania nuty fiołka, która na początku rozświetlona została mandarynką i bergamotką, a w sercu subtelnie posolona, co zostało zresztą podkreślone w nazwie zapachu. W spisie nut wymienia się też dość abstrakcyjny aromat „kremu z orzechów laskowych”, co należy potraktować raczej jako „perfumową poezję, aniżeli konkret. Drewnu sandałowemu w bazie towarzyszy duet ambry i piżma. Zapach ma parametry podobne do Citron fig, czyli dość intensywny, projektujący początek i raczej spokojny dalszy ciąg, kończący sie bardzo delikatną bazą. Na papierze testowym na wiele dni po aplikacji Sel Santal pozostaje już tylko wyraźny piżmowy finisz. Jego drzewno-słona sygnatura może kojarzyć się nieco z Santal 33 Le Labo, ale pachnidło Clean jest nieporównanie bardziej subtelne i bardziej świeże. Zapach skomponowała znana z pracy m.in. dla Biehl Parfumkunstwerke Patricia Choux (Mane).

Clean-Reserve-Sel_Santal

 

Sueded Oud to w tym zestawieniu mój faworyt, ale wynika to wyłącznie z moich zapachowych preferencji, a nie samego zapachu, który pod względem temperamentu jest bardzo podobny do pozostałych dwóch przeze mnie opisanych. Tyle, że tym razem mamy do czynienie z raczej linearnym pachnidłem stricte drzewnym z odrobiną nowoczesnej skóry – zamszu. Nieco wygładzony cyprysem i wiciokrzewem początek szybko przechodzi do meritum, a tym jest drzewny akord oudowy. Oud marki Clean (co za kontrastowe połączenie – czystość i oud!) jest subtelny, lekko dymny, z pewną dozą nutki, którą ja nazywam emulsyjną, farbową (tak wyrazistą w New York Amber marki Bond No. 9), którą przy odrobinie wyobraźni można faktycznie nazwać zamszową. Jedyna zmiana, jakie podlega Sueded Oud na skórze (a także na testowym papierze) to gubienie tej emaliowej skóry i wysuszanie się. Nuta pozostająca na skórze najdłużej, to suche, pyliste drewno, o co podejrzewam albo cedr albo papirus (ale raczej to pierwsze).

Marka poleca Sueded Oud jako doskonały podkład pod jakikolwiek inny zapach z serii Reserve tworząc w ten sposób analogię do tradycyjnego użycia oudu przez mieszkańców krajów arabskich, w których ten jest niezwykle popularny. Tam esencja oudu (lub oudowy dym) służy właśnie jako podkład do perfumowania sie innymi aromatami – przede wszystkim kwiatowymi. Faktycznie Sueded Oud ma wszelkie cechy takiego podkładu – wyraźną drzewność i linearność, a także ponadprzeciętną trwałość, w szczególności na tkaninie. Zapach skomponował Claude Dir, perfumiarz firmy Mane.

Clean-Reserve-sueded-oud-1

Warto zatrzymać się przy opakowaniu, które – czym marka ewidentnie się szczyci – zostało wykonane z materiałów ekologicznych poczynając od masywnego flakonu 100 ml z białego szkła, bardzo prostego w recyklingu, aż po korek zrobiony z drewna z hiszpańskich lasów o zrównoważonej gospodarce drewnem. Dalej – pudełko z papieru z certyfikatem FSC, biodegradowalny celofan z kukurydzy. Zawartość jest nie mniej eco – składniki z odpowiedzialnych upraw, alkohol z kukurydzy z dodatkiem aloesu. Wszystko to w bardzo spójny i przemyślany sposób zaprojektowane robi naprawdę przekonujące wrażenie czystości, przyjazności i dbałości o środowisko. Z punktu widzenia ekologicznego designu Clean Reserve to niewątpliwie przykład godny naśladowania. Ale nie tylko. Trzeba oddać, że flakony tej serii prezentują się naprawdę fantastycznie i będą podobać się lubiącym elegancki, „czysty” minimalizm. Mnie podobają się zdecydowanie.

Zapachy Clean Reserve należą do gatunku przyjemnych, intrygujących i wchodzących na terytoria olfaktoryczne najchętniej penetrowane przez marki niszowe. Tu jednak podane one zostały w bardzo przystępny, atrakcyjny i ostrożny sposób tak, by nie przestraszyć odbiorców. Mogą stanowić pierwszy krok w „rytuale przejścia” z używania perfum mainstreamowych do pławienia się w bezkresnych odmętach perfumowej niszy z jej niezwykłym bogactwem i fascynującą kreatywnością. Ale mogą też być dokładnie tym, czego szukamy. Czymś akurat i w sam raz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Le Labo „Thé Noir 29”

Esencja czarnej herbaty to składnik, którego wagowo użyto najwięcej  w formule Thé Noir – pachnidła, które marka Le Labo włączyła do swej kolekcji w 2015 roku.

Wnioskuję to po nazwie, w której – zgodnie z zasadą przyjętą przez Fabrice’a Penota i Edouarda Roschiego – nazwa perfum Le Labo składa się zawsze z liczby użytych w formule składników oraz składnika, którego użyto w formule w największej ilości. Ale uwaga – nie oznacza to wcale, że ten składnik będzie dominował kompozycję i jej zapachowe spektrum. Tak zresztą z reguły w pachnidłach Le Labo nie jest.

Le Labo Roschi and Penot 2
Fabrice Penot & Edouard Roschi, foto: thevanderlust.com

Czarna herbata jest owszem w Thé Noir wyczuwalna w fazie serca, ale wtórują jej niemniej wyrazista zielona nuta figi, bardzo zgrabnie sparowana z esencją z róży. Podbudowa zapachu jest ewidentnie drzewna, z użyciem wetywerii i – mam wrażenie –  drewna kaszmirowego. Zapach jest idealnie zrównoważony, perfekcyjnie skomponowany, ma oryginalną sygnaturę, przyjemnie, ale nieprzesadnie projektuje i utrzymuje się na skórze całkiem długo. To czy przypadnie komuś do gustu, jest oczywiście kwestią indywidualną. Natomiast obiektywnie to jest po prostu świetne pachnidło, potwierdzające, że Le Labo jest jedną z kilku tych marek, które współcześnie wyznaczają górny pułap, gdy chodzi artystyczny, ale także i czysto użytkowy poziom perfum.

Frank-Voelkl-Firmenich-cafleurebon-589x700
Frank Voelkl 2017, foto: http://www.cafleurebon.com

Co ciekawe i całkiem zaskakujące, znajduję w Thé Noir spore podobieństwo do… Sir Avebury Oriflame z 2013 roku. Zapachy łączy nie tylko bardzo podobny zestaw nut (zielona, herbacina i drzewna), ale także – a może przede wszystkim – osoba perfumiarza. Frank Voelkl (nota bene autor m.in. bestsellera Le Labo Santal 33) stoi za obiema kompozycjami, przy czym Sir Avebury ujrzał światło dzienne dwa lata przed Thé Noir i sprawia wrażenie jego uboższego kuzyna-protoplasty. Wciąż jak na przedział cenowy (i budżet zapewne) pachnie naprawdę bardzo dobrze. Thé Noir to już cenowe Himalaje, ale i zapach jest bardziej naturalny i bardziej wyrafinowany. Nie pierwszy to raz, gdy pachnidło wydane przez Le Labo ma swój wcześniejszy odpowiednik, który wyszedł z pracowni tego samego perfumiarza. Dwa inne dobitne przykłady, to Labdanum 18 i Musc Ravageur F. Malle (oba Maurice’a Roucela) oraz Vetiver 46 i Comme des Garcons 2Man (oba Marka Buxtona). Przedziwna to prawidłowość, czyż nie?

A Thé Noir? Absolutnie rekomenduje go osobom lubiącym pachnieć niebanalnie i oryginalnie, a także – co nie jest zasadą w przypadku oferty Le Labo – bardzo lekko, łatwo i przyjemnie. To zdecydowanie jeden z najlepszych figowców na rynku, do tego z dodatkiem czarnej herbaty. Nie sposób się mu oprzeć.

Le Labo The Noir
fot. www.lelabofragrances.com

dominujące nuty: zielona, różana, herbaciana, drzewna

nos: Frank Voelkl

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5

 

 

The House of Oud – kiedy Włoch spotyka Araba (Saudyjczyka)…

Za marką The House of Oud stoi międzynarodowy duet. Para biznesowych wspólników, partnerów, których połączyła pasja do perfum i… oudu.

Efektem ich pracy jest kolekcja (a dokładnie dwie) pachnideł, których cechami wspólnymi są niezwykłych kształtów i barw flakony (trzeba oddać, że spektakularne) oraz to, że każda kompozycja rzekomo zawiera w formule oud. Stąd też nazwa brandu. Nie znaczy to jednak, że w każdym pachnidle ten oud jest ewidentnie wyczuwalny. Stanowi natomiast – wedle informacji twórców – element receptury każdego z nich. Za ten „wszędobylski” oud odpowiedzialny jest Saudyjczyk Mohammed Abu Nashim, człowiek opętany miłością do esencji z zagrzybionego drewna agarowego. Można i tak, prawda? Przeciwwagę dla niego stanowi Włoch Andrea Casotti, który w pewnym momencie procesu opracowywania koncepcji marki i perfum tworzących obie kolekcje postawił na swoim i nie dopuścił do tego, by – jak tego chciał jego wspólnik „w zbrodni” – każde pachnidło The House of Oud emitowało wyraźną oudową nutę. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć. Dyskutowałbym z tym, ale zamiast tego przejdę to opisania swoich wrażeń z testów poszczególnych perfum.

 

Desert Day – dzień na pustyni

To kolekcja pięciu pachnideł zdominowanych przez nuty przyprawowe i drzewne. Sprawiają wrażenie dedykowanych raczej męskiej klienteli.

HoO Day

Golden Powder pachnie suchymi przyprawami i drewnem. Najpierw przeważają cynamon i gałka muszkatołowa, później górę biorą esencje drzewne – cedr, sandałowiec, gwajak. Baza z początku jest ciepła, wypełniona labdanum, wanilią, tonką i kwiatem tytoniu. Finał zaś sucho-drzewny, niestety dość cichy.

Owocowo drzewny Wonderfly zawiera wedle źródeł unikatową w perfumerii esencję z jagód goi, pachnie na początku słodko-owocowo z subtelnym akcentem ziemi. Później jest bardziej drzewne, sama głębia to już suche drewno, które wydaje się być podstawą większości pachnideł The House of Oud.

Blessing Silence to jedyne wyraźnie oudowe pachnidło The House of Oud. Klasycznie arabskie połączenie oudu z różą i szafranem skutkuje aromatem dobrze znanym z propozycji wielu marek (m.in. Montale, Bond No.9, Heeley, Maison Francis Kurkdjian) przedstawionym tu wszakże w sposób wyjątkowo przekonujący. Blessing Silence to mój faworyt w kolekcji Desert Day, zapachowe odzwierciedlenie wieczoru na pustyni, woń upalnego gorąca u schyłku dnia. Mocna rzecz. Magnetyzująca i mistyczna.

THE-HOUSE-OF-OUD-Blessing-Silence-75ml-EDP-957x1024

Breath of the Infinite to najdziwniejszy zapach z obu kolekcji, pachnący bardzo… chemicznie. Trudno to nawet nazwać klasycznymi perfumami. To raczej olfaktoryczny obraz pustyni, namalowany bardzo oszczędnymi środkami. Ambroxan, cashmeran, ślad jakiejś nieokreślonej nuty owocowo-kwiatowej, która zresztą przedziwnie nabiera z czasem większej wyrazistości, jakby wynurzała się z gorącego piasku. Całość raczej dysonansowa, sucha, dusząca… Pachnie jak rozgrzany słońcem piasek. Może o to właśnie chodziło? Jeśli tak, to OK. Rozumiem. Ale nie kupuję.

Wind Heat przedstawia się zdecydowanie lepiej. Ma przyprawowy początek z obecnym przez pierwsze kilkadziesiąt sekund pieprzem, następnie wybijająca się gałką muszkatołową, spod której wyłania się stopniowo stanowiący serce zapachu aromat będący mieszanką irysa, cedru, wetywerii i oudu. Orientalna kompozycja o intrygującej, pikantnej nucie ze zmysłowym sercem i ładnym suchym drzewnym finiszem. Zdecydowanie jeden z moich faworytów w ofercie marki.

The-House-of-Oud-Wind-Heat-Eau-de-Parfum-Spray-63744

 

Klem Garden – dzień w ogrodzie Klem

Na tę kolekcję także składa się pięć pachnideł, tyle że o wyraźnie innym charakterze od tych budujących Desert Day. Więcej tu nut kwiatowych i owocowych, mniej arabskiego orientu. Intensywność, gęstość i trwałość tych pachnideł pozostaje na podobnym, ponadprzeciętnym poziomie.

HoO GArden

Grape Pearls to całkiem udane połączenie kulinariów i piżm oraz subtelnej drzewnej bazy. Oto nuty owoców (konkretnie rzekomo winogron) w towarzystwie kawy na oudowym podkładzie. Poukładane w sposób, jaki znamy z perfum Mancera (Aoud Cafe) czy Montale (Intense Cafe) aczkolwiek z większą gracją. Bardzo przyjemne, uniseksowe, zmysłowe pachnidło. Tylko?

Dates Delight jest kulinarnym, słodkim zapachem orientalnym, w którym nuta suszonych owoców połączona została z żywiczną bazą oraz nuta słodkiego tytoniu a’la Tuscan Leather Toma Forda.

Cypress Shade – wg Andrei Casottiego –  zostało stworzone z myślą o perfumowych maniakach, blogerach, miłośnikach woni niebagatelnych, złożonych, fascynujących. W jego formule – obok cytrusów, nut zielonych (petit grain, kolendra, mięta) zawarto esencję z cedru z Madagaskaru oraz bardzo wyraźną, wzmacniającą się z czasem nutę wetywerii. Oud jako taki nie ujawnia się tu indywidualnie. Po kilkunastu minutach od aplikacji na skórze wetyweria zaczyna dominować i – trzeba to przyznać – pachnie wyjątkowo, głęboko, intensywnie. Z czasem zaczyna przybierać nieco mydlanego, „czystego” charakteru, trochę w kierunku Original Vetiver Creeda. Nie dziwi mnie, że to ulubione przez panów perfumy The House of Oud. To także jeden z moich ulubieńców w ofercie tej marki. A już na pewno ulubiony w kolekcji Klem Garden.

THE-HOUSE-OD-OUD-Cypress-Shade-75ml-EDP-969x1024

 

Almond Harmony  –  tytułowy migdał jako początkowo dominująca nuta, w towarzystwie nut kwiatowych, w tym heliotropu (rzecz jasna) na balsamiczno-tonkowej (o tak) bazie. Heliotropina i tonka plus wanilia gwarantują słodko-migdałowy efekt obecny w pierwszej i drugiej fazie trwania zapachu. Początkowo intensywny, że aż zgrzyta między zębami. Później spod tej słodkiej pierzyny przebija się nieśmiało nuta kwiatowa, ale bardziej w typie narcyza lub lilii, niż jaśminu czy ylang, które widnieją w oficjalnym spisie nut. I tak to sobie trwa, aż zniknie…

Ładne to, słodkie, smakowite. I nie można od tego przytyć. Same zalety.

Empathy ma kręcące w nozdrzach, przyprawowo(pieprz?)-owocowe (malina?) intro, po którym nabiera nieco bardziej kwiatowego charakteru, zachowując przy tym wdzięczną owocowość. Ten owocowo-kwiatowy akord wiodący osadzony został na ładnie przedłużającej całość drzewno-mszystej bazie, z której wszakże najwyraźniej czuję cashmeran. Ładne, choć bardzo schematyczne.

 

Pachnidła The House of Oud okazały się zupełnie inne od tego, czego spodziewałem się po nazwie marki. Miałem nadzieję na kawał bezkompromisowej arabskiej perfumerii, przepełnionej prawdziwym oudem (ceny flakonów pozwalałyby na to) w różnych wydaniach. Miast tego dostałem zestaw, a właściwie dwa zestawy perfum, które z Arabią wspólnego mają bardzo niewiele. Przy czym kolekcja Desert Day generalnie wypada tu lepiej i w niej można odnaleźć ślady arabskiego sznytu, w pełni wyczuwalnego tylko w Blessing Silence. Broni się też Wind Heat, choć już nie tak ewidentnie. Z kolei kolekcja Klem Garden to raczej zestaw bardziej owocowych niż kwiatowych pachnideł orientalnych, nie wyróżniających się niczym specjalnym może poza sporą gęstością samych aromatów. Ale i tu mam swego faworyta – Cypress Shade (tu akurat ani kwiaty ani owoce nie odgrywaj istotnej roli), a to dzięki całkiem oryginalnemu i naprawdę efektownemu potraktowaniu wetywerii. W sumie trzy dobre pachnidła na 10. Nieźle, czy źle? Hmm….

Panie Casotti, dlaczego czuję się nabijany w piękną butelkę?

 

 

PS. Perfumy The House Of Oud można przetestować i zakupić w Perfumerii Quality Missala.