Puredistance „Gold” – złota esencja

Marka Puredistance przypomina o sobie już drugi raz w tym roku. Wiosną premierę miał AENOTUS, który swą zaskakująco trwałą i orzeźwiającą nutą pięknie komponował się z letnimi upałami. Jesień przynosi nam pachnidło o zupełnie innym charakterze i jakże jesiennej nazwie. Gold, będące – jak wyjaśnia Jan Ewoud Vos, właściciel i artystyczny dyrektor marki – ostatnim, obok Black i White, elementem kolorowej trylogii, to perfumy wyjątkowe pod wieloma względami…

Jan Ewoud Vos rozpoczął pracę nad tymi perfumami już w marcu 2017. Skontaktował się w tym celu ze znanym perfumiarzem, który wszakże nigdy wcześniej nie pracował dla Puredistance. Proces komponowania Gold trwał ponad rok, jednak ostatecznie żadna z proponowanych wersji nie przekonała Jana. Zdecydował on o zaprzestaniu prac i wrócił do tematu po kilku miesiącach, w październiku 2018 – tym razem w towarzystwie sprawdzonego już wielokrotnie perfumiarza Antoine’ Lie’a (ma on już na swym koncie kilka doskonałych pachnideł Puredistance – wspominane Black, White, AENOTUS, a także Warszawa). Tym razem prace potoczyły się bardzo szybko i już w czerwcu 2019 zapach był gotowy.

Antoine Lie (fot. Fragrantica)

Antoine Lie miał pełną swobodę w doborze składników tego pachnidła, pod jednym wszakże warunkiem – że będą one – zgodnie z filozofią Puredistance – najwyższej jakości, dobierane bez kompromisów. Niejednego perfumiarza takie możliwości przytłoczyłyby, ale Antoine Lie poradził sobie znakomicie. Źródłem wyjątkowych ingrediencji było zlokalizowane we francuskim Archamps L’Atelier Français des Matières.

Inspiracją dla powstanie Gold był „Złoty Modriaan”, jak nazywa tę kubistyczną grafikę Jan Ewoud Vos. Przedstawia ona głównie różne odcienie koloru złotego. Ma oddawać ponadczasową koncepcję elegancji złota, które naturalnie harmonizuje z otoczeniem. Eleganckie odcienie złota – różniące się intensywnością i ciepłem – są tu harmonijnie ułożone w dobrze zbalansowany wzór.

Jan Ewoud Vos

Jakim zapachem jest Gold? Bardzo adekwatnym do nazwy. Złoto kojarzy się nam przecież z wartością i bogactwem, a także – siłą rzeczy – z luksusem. Takie są te perfumy. Bardzo bogate – w doskonałe składniki, do tego mocno nasycone (36% ekstraktu!), co wyraźnie czuć. Mienią się rozmaitymi odcieniami i zachwycają wielowątkowością. Pod względem charakteru to perfumy orientalne, skomponowane w taki sposób, że mają cechy idealnego uniseksu. Są połączeniem przypraw (pieprz, który pięknie otwiera ten zapach, cynamon, goździk) ze szlachetnym jaśminowym absolutem, otoczonym ingrediencjami balsamicznymi, żywicznymi i drzewnymi (m.in. labdanum, mirra, styrax, benzoin) oraz akcentem kulinarnym w postaci wanilii i tonki.

Gold to pod względem treści rodzaj zapachu, który może być znany każdemu, kto zetknął się z luksusową perfumerią (choćby wczesny Amouage czy Roja Parfums), z tym że jego forma jest tu – w charakterystyczny dla stylu Lie’a sposób – zwarta i nowoczesna. Kompozycja jest więc klasyczna, ale jej charakter absolutnie współczesny. Zapach – gdy już osiądzie na skórze – pięknie projektuje i stopniowo przekształca się w charakterystyczną sygnaturę, która ujawnia się na skórze po kilkudziesięciu minutach od aplikacji i stanowi zaskakujący, świetny i zapadający w pamięć akord głębi. Trwałość i projekcja nie podlegają dyskusji. Pierwsza jest całodzienna, druga na wyważonym, ale wyraźnym poziomie.

Gold nosi się z ogromną przyjemnością, poczuciem obcowania z prawdziwym luksusem i nie jest to tylko pusty slogan. Bo tak naprawdę w jaki inny sposób mogą pachnięć perfumy luksusowe, jeżeli nie tak, jak Gold właśnie?

Gold zachwyca, a Puredistance po raz kolejny potwierdza swą wyjątkową pozycję na rynku perfum – jako marki prawdziwie luksusowej, nie idącej na jakościowe skróty i oferującej najwyższe zapachowe doznania. Gold to perfumowy majstersztyk w neoklasycznym wydaniu. Takie perfumy to dla konesera szczyt rozkoszy.

nuty głowy: zielona mandarynka, bergamotka, różowy pieprz, rozmaryn, goździk

nuty serca: absolut jaśminu, absolut czystka, geranium, absolut cynamonu 

nuty bazy: styrax, benzoin, mirra, paczula, wanilia, tonka, kastoreum, wetyweria

rok premiery: 2019

nos: Antoine Lie

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5->4,0

Frederic Malle „Rose and Cuir” czyli rebeliancka róża

Pierwotnie miały nazywać się Rose Rebelle. Pięknie. Później Rose Mistrale. Także ładnie. Ale że – jak wyjaśnił sam twórca zapachu – obie nazwy zostały już wcześniej wykorzystane i zastrzeżone przez inne marki, a próby ich wykupu zakończyły się fiaskiem ze względu na horrendalne sumy żądane przez tych nazw właścicieli, skończyło się na Rose & Cuir.

To moim zdaniem kiepska nazwa dla perfum, szczególnie takiej marki jak Frederic Malle Editions de Parfums (choć zgoda – niepierwszy to raz). Nie ma w niej żadnej poetyckości, nie ma nimbu tajemnicy. Wszystko jest podane na tacy… Róża i skóra. Wszyscy bowiem, którzy nie przepadają za różą i/ lub skórą w perfumach mogą skreślić ten zapach już tylko na podstawie nazwy. Ale byłby to błąd,

bo ten zapach to bowiem trick, oko puszczone do nas przez Jean-Claude’a Ellenę. Nie odnajdziemy w nim bowiem ani róży ani skóry…

Ale po kolei. Wszyscy już wiedzą, że Jean-Claude Ellena przeszedł na emeryturę po zakończeniu swej misji dla Hermesa. I zdaje się, że odzyskał energię i pasję tworzenia i poszukiwania. „Chcę się bawić” powiedział, co w ustach świeżo upieczonego emeryta zabrzmiało tyleż zaskakująco, co zrozumiale. Bo przecież mówiąc to, nie miał pewnie na myśli wieczorków zapoznawczych połączonych z dancingiem organizowanych przez klub seniora w Cabris (choć może to także). Chodziło mu raczej o zabawę tworzeniem, o zapachowe eksperymenty i realizację tego, czego podczas piastowania prestiżowej funkcji, która zdecydowanie lepiej brzmi po angielsku (co częste) niż po polsku (in house perfumer vs. perfumiarz domowy :)) albo nie realizował, albo (co bardziej prawdopodobne) się z tym nie ujawniał. Aż tu nagle – w tym samym 2019 roku – dwie premiery Perris Monte Carlo i kolejne dwie Laborattorio Olfattivo przez niego sygnowane. Jakby tego było mało kolejny zapach dla samego Frederica Malle, starego przyjaciela, z którym pracował jeszcze zanim zasiadł w domu Hermesa (Angéliques Sous La Pluie, Cologne Bigarade, L’Eau d’Hiver). Obaj spotkali się w Grasse w Prowansji, by przedyskutować ewentualny wspólny projekt i obaj złapali się na wspólnej fascynacji klasykiem Edmonda Roudnitski z 1949 roku La Rose de Rochas. To te perfumy stały się inspiracją dla Rose & Cuir. Ale nie tylko…

Jean-Claude Ellena

Jak się możemy domyślić, formuła zapachu jest dość krótka, składa się z 15 ingrediencji i – uwaga – nie zawiera ani grama esencji różanej! Co na to sam perfumiarz?

Czy róża dodałaby coś ważnego do tego zapachu? Nie. Więc ją pominąłem.

J.C. Ellena

Jednak od samego początku jest w nim obecna różo-podobna nuta, pachnąca wszakże inaczej, bowiem świeżo i zielono, a także nieco przyprawowo i bardziej „roślinnie” aniżeli kwiatowo. Owa pikantność to sprawka esencji z pieprzu Timut z Nepalu, z którą to przyprawą zapoznał Ellenę jego przyjaciel, Bretończyk, mistrz kuchni Olivier Roellinger (to ta właśnie znajomość i kulinarne inspiracje znalazły swój wyraz wcześniej w opisywanym przez mnie Epice Marine, które perfumiarz skomponowała jeszcze dla Hermesa). Świeża i lekka „różaność” to z kolei efekt użycia wyjątkowej jakości esencji z geranium, na którą wyłączność ma póki co Frederica Malle właśnie dla tej kompozycji. Nie od dziś wiadomo, że olejek z geranium ma wiele molekuł wspólnych z olejkiem różanym i oba są chętnie przez wielu perfumiarzy łączone, gdyż współgrają ze sobą idealnie. Z tym, że Jean-Claude Ellena to nie „wielu perfumiarzy”, więc róży nie użył…

Jak sam twierdzi, od lat preferuje krótkie formuły, bo stanowią dla niego wyzwanie. Zawsze stara się najpierw bardzo skrupulatnie dobrać składniki, tak by dawały wyjątkowy efekt, i żeby każdy wnosił coś do kompozycji. Odrzuca więc te, które są jego zdaniem bez wpływu, a następnie pracuje nad zbalansowaniem tych, które pozostały.

J.C. Ellena & Frederic Malle

No dobrze, wiemy już więc, że zapach pachnie geranium. I to pięknie i wyraziście. Jednak ktoś, kto nie zna aromatu geranium, zakwalifikuje dominującą tu nutę jako różę. A co z tytułową skórą? Czy wyczujemy w zapachu skórzany aromat? Nie do końca… A jeżeli tak, to będzie to bardzo specyficzne ujęcie skóry uzyskane za pomocą wynalezionej w latach 50-tych XX wieku molekuły isobutyl quinoline, dokładnie tej samej, która odpowiada za skórzany akord w słynnym Bandit Roberta Piqueta. Tu perfumiarz połączył go wetywerią i cedrem oraz słynną perfumową bazą Mousse de Saxe, by przydać całości nutkę – jak sam to opisuje – buraka cukrowego (!), mającą kojarzyć się z cierniami róży. Efektem jest trwały i subtelnie projektujący, nieco gorzki i „wegetalny” akord bazy.

Zapach – zanim został ostatecznie zatwierdzony przez Frederica Malle – przeszedł niemal sto iteracji, a niemal każda była efektem – uwaga – wymiany SMS-owej (!) pomiędzy oboma dżentelmenami. Oczywiście podczas tego procesu, który trwał ok. 6 m-cy, panowie spotkali się kilka razy, by bezpośrednio przedyskutować efekt i kierunek prac. Co zupełnie nowatorskie i bezprecedensowe – całą tę SMSową korespondencję ujawniono w Internecie i można ją sobie prześledzić tu. Trzeba przyznać, że pomysł bardzo oryginalny, ujawniający perfumeryjną „kuchnię” od dotąd nieznanej strony. Co więcej, pokazuje wymianę opinii pomiędzy nie byle kim, bo branżowymi tuzami! Dla perfumowych nerdów to kawał fascynującej lektury!

Rose & Cuir zbudowany jest z nut zielonych, lekko kwaśnych, winnych, wytrawnych i gorzkich i – jako taki – wcale nie jest zapachem łatwym, szczególnie dla niewyrobionego nosa. Bezkompromisowy – to chyba także adekwatne określenie. W Hermesie wbrew pozorom perfumiarz miał ograniczenia w postaci kierującym rozwojem perfum tzw. dyrektorem kreatywnym, a ten miał wyjątkowe wyczucie rynku i – mimo wszystko – musiał brać pod uwagę komercyjność zapachów. „Czy to się będzie sprzedawało”? – to pytanie zadawano sobie w biurze Hermesa wielokrotnie. To samo pytanie musiał sobie zadawać Frederic Malle. Jak twierdzi Ellena – Malle nie był do końca przekonany do ostatecznej wersji zapachu, więc dał sobie ok. 3 miesiące czasu, po których wrócił do Rose & Cuir „na świeżo”, by ostatecznie go zaaprobować. Czy podjął słuszną decyzję? Czas pokaże. Ja uważam, że ryzykowną…

główne nuty: pieprz, geranium, wetyweria, skóra, cedr, mech

rok premiery: 2019

nos: Jean-Claude Ellena

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Parle Moi de Parfum „Papyrus Oud/71” – powrót króla

Parle Moi de Parfum to francuska marka perfumowa powołana do życia w 2016 roku przez rodzinę Almairac. Swego czasu przedstawiałem ją już na blogu w artykule Parle Moi de Parfum – opowiedz mi o perfumach. Jej największym i absolutnie bezcennym kapitałem jest Michel Almairac – legendarny perfumiarz, którego imponujące portfolio zajęłoby pewnie kilkanaście stron „maszynopisu”.

Michel Almairac

Ale w kontekście dzisiejszego wpisu ważny jest jeden zapach, który pojawił się na rynku w 2003 roku, a zostało z niego wycofany około 7-8 lat później. Mowa o ukochanym przez wielu Gucci Pour Homme. Tak pisałem o nim kilka lat temu:

Złożona przez mistrza Michela Almairaca mieszanka nut przyprawowych, kadzidlanych, drzewnych i skórzanych o ambrowej aurze stała się synonimem nowej męskości – nieco zdystansowanej, nieco uduchowionej, a jednocześnie ciepłej i zmysłowej. Zapach zdobywał swą popularność powoli, ale skutecznie. Gdy ktoś już pokochał Pour Homme, nie potrafił bez niego żyć. To nie było pachnidło na jeden sezon. To były perfumy na całe życie. A przynajmniej miały takimi być… Niestety, w 2004 roku Ford rozstał się z Guccim w wyniku rozbieżności pomiędzy nim a kierownictwem w zakresie artystycznej wizji marki. Efektem zmian personalnych i nowej wizji marki było m.in. przemeblowanie oferty perfumowej, w tym wycofanie Pour Homme ze sprzedaży. Zniknął z półek perfumerii kilka lat później (nie pamiętam dokładnie kiedy, ale obstawiam gdzieś 2010 rok). Później nastąpiły jeszcze wyprzedaże ostatnich flakonów w sieciowych apteko-drogeriach. I tyle. Dziś można go wciąż kupić na nielicznych aukcjach od prywatnych sprzedawców w niebotycznych cenach. Niektórzy – ci najbardziej od Gucciego uzależnieni – i tak je płacą. Pozostali – w tym niżej podpisany – testowali przez lata zapachy innych marek w poszukiwaniu czegoś podobnego. Jakiejś dobrej alternatywy. Nawet jeżeli coś znaleźli, coś co nieco przypominało Gucciego, to jednak nigdy nie było to na tyle, by wypełnić pustkę, jaką po sobie pozostawił. „Brązowy Gucio” był jeden jedyny.

Dopiero Bentley for Men Absolute z 2014, skomponowany zresztą przez samego Michela Almairaca, trafił w oczekiwania wielbicieli Gucci Pour Homme. Wielu z nich – w tym niżej podpisany – uznało, że oto doczekali się wreszcie jego godnego następcy. Bo choć oba zapachy nie są „kropla w kroplę” identyczne, to jednak – pomijając rozmaite detale – w swej istocie Bentley pachnie jak Gucci. Żaden inny zapach nie zbliżył się tak bardzo do legendy, bo żaden inny nie miał prawa. Dlaczego? Bo tylko Michel Almairac zna tajemnicę…

Ku memu zaskoczeniu okazało się, że perfumiarz postanowił jeszcze raz tę tajemną wiedzę wykorzystać. Tym razem jednak już wyłącznie na korzyść swoją i rodzinnej marki. I chwała mu za to, bo takie perfumy zdarzają się raz na ćwierć wieku.

W 2018 roku – mniej więcej rok temu – na internetowej stronie Parle Moi de Parfum pojawiła się zapowiedź nowego zapachu o jakże nęcącej i wiele mówiącej wtajemniczonym nazwie Papyrus Oud. Intuicja i papirus w nazwie nasunęły mi podejrzenie, że być może ukochany kadzidlano-drzewny aromat pojawi się w kolejnej odsłonie… I tak się stało. Zapach miał premierę w maju 2019 i przez entuzjastów został natychmiast ochrzczony reaktywacją słynnego i nieodżałowanego protoplasty.

Papyrus Oud/ 71 to współczesna, bardziej wyrafinowana i zniuansowana, mniej asertywna, a bardziej ciepła i miękka, lepiej zbalansowana i mniej syntetycznie pachnąca odsłona „brązowego klasyka”. Otwarcie jest – za sprawą wibrującego pieprzu – identyczne z tym, jakie zapamiętałem. Charakterystyczny sygnaturowy akord kadzidlano-drzewny został troszkę zmieniony – mniej w nim kadzidła, a więcej ciepłych słodkawych żywic, przez co zapach zyskał na dojrzałości, a utracił na natarczywości. Baza jest przepiękna, głęboka, kadzidlano-żywiczna. Mimo tych subtelnych różnic nie mam żadnych wątpliwości, czym w istocie jest ten zapach i świadomość tego czyni mnie po prostu szczęśliwym. A jednak cuda się zdarzają…

Papyrus Oud/71 projektuje w sposób charakterystyczny dla perfum Michela Almairaca. Nie jest narzucający się, nie dominuje, ale czuć go delikatnie cały czas, a od czasu do czasu emanuje nieco mocniej. Gdy już o nim zapomnieliśmy, przypomina o sobie smużką słodkawego dymu. Nosi się go po prostu rewelacyjnie, bardzo komfortowo i bez ryzyka zmęczenia. Obaj poprzednicy – Gucci Pour Homme i Bentley for Men Absolute – mają tę cechę, że potrafią mnie po kilku godzinach trochę zmęczyć, przeszkadzać, wręcz subtelnie drażnić. W przypadku Papyrus Oud/ 71 tego zjawiska nie zanotowałem. Noszenie go to wyłącznie przyjemność.

Papyrus Oud/ 71 to nie tylko powrót perfumowej legendy i spełnienie marzeń wielu tęskniących za brązowym płynem. To także najbardziej aktualna realizacja wizji Michela Almairaca na temat tego zapachu, uwzględniająca jego wciąż rosnące doświadczenie jako perfumiarza. To artysta, który wciąż poprawia swoje metody pracy. Nieustannie doskonali też receptury perfum, które w pewnym czasie uznał za zakończone. W ten sposób udoskonalił też formułę legendarnego pachnidła, czego efektem jest Papyrus Oud/ 71. Pozostaje tylko cieszyć się tym niezwykłym aromatem, co zamierzam czynić często, szczególnie w perspektywie jesienno-zimowej aury.

Król powrócił więc i mam nadzieję, że tym razem na dobre!

główne nuty: pieprz, kadzidło, papirus, żywice

rok premiery: 2019

nos: Michel Almairac

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0->3,5

Frederic Malle EdP „Music for a While”

Gdy w 2000 roku Frederic Malle debiutował jako wydawca perfum ze swą sygnaturową linią Editions de Parfums, podkreślał, że jego ambicją jest przywrócić światu prawdziwe francuskie Haute Parfumerie.

Śledząc kolejne premiery na przestrzeni ostatnich 10 lat i testując niemal wszystkie zapachy tej marki znalazłem w nich rzeczywiście wiele klasycznie francuskich perfumowych tematów. Tuberoza w Carnal Flower, róża w Une Rose, wetyweria w Vetiver Extraordinaire, paczula w Monsieur., magnolia w Eau de Magnolia, konwalia w cudownym En Passant, geranium w Geranium Pour Monsieur, irys w Iris Poudre, lilia w Lys Mediterranee, kasja w Une Fleur de Cassie, wreszcie jaśmin w genialnym Superstitious. Niemal komplet klasycznych nut, podanych wszakże zawsze w nowatorski sposób. Do 2018 roku brakowało jednak w tej kolekcji perfum z do cna francuską nutą, będącą jednocześnie jedną z moich ulubionych – nutą lawendy. W tymże właśnie roku premierę miał bowiem Music for a While – zapach powstały we współpracy Frederica Malle z legendarnym Carlosem Benaim’em (m.in Eau de Magnolia, Polo, Polo Blue, Flowerbomb).

Także tym razem twórcy pokusili się o utrzymane w zdrowych granicach nowatorstwo, doprawiając tę aromatyczną kompozycję, zdominowaną przez przepięknie pachnącą lawendę, „kroplą” ananasa.

Przydało to otwarciu zapachu subtelnej i nieco innej owocowości, niż ta, która wynikałaby z użytych tu tak czy inaczej cytrusów. Lawendowa dominanta (zdecydowanie chyba najpiękniejsza, jaką dotąd wąchałem) została osadzona na mocnym drzewnym akordzie z wyraźną paczulą, która w ciekawy sposób spaja się z lawendą w jeden aromatyczny akord oraz pozostającymi w tle: wanilią i labdanum nadającymi zapachowi ciepła i delikatnie orientalnego sznytu, nie zahaczającego jednak o kulinarne skojarzenia. Pewne skojarzenia z klasykiem Caron Pour Un Homme są tu nieuniknione, niemniej oba zapachy różnią się od siebie w podobnym stopniu, co Givenchy Gentleman i Monsieur. Frederica Malle. Czyli znacząco.

Zapach sprawia wrażenie prostego w konstrukcji. Taki – jak sądzę – był zamysł twórców. Nie chcieli naruszać naturalnego piękna umieszczonej w centrum lawendowej esencji, a jedynie je zręcznie podkreślić i pozbawić go archaicznych konotacji, o które w przypadku tej nuty niezwykle przecież łatwo. Wg mojej oceny w pełni im się to udało. Music for a While to absolutny must have dla wielbicieli lawendy w perfumach. Dla pozostałych to bardzo uprzejme zaproszenie do zapoznania się z tą przepiękną prowansalską wonią.


nuty głowy: cytryna, mandarynka, bergamotka

nuty serca: lawenda, ananas

nuty bazy: paczula, wanilia, labdanum,

rok premiery: 2018

nos: Carlos Benaim/ Frederic Malle

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0->3,5

Meo Fuscini Parfum – perfumowe rzemiosło z Italii

Pachnące kompozycje Meo Fusciniego powstają z inspiracji jego własną poezją i podróżami. Zielarz z Sycylii, poeta i podróżnik, wspomagany przez przyjaciół prowadzi perfumową markę w obranym przez siebie kierunku. Zapraszam na subiektywny przegląd pachnących dzieł Meo.

Meo Fuscini

Little Song jest zapachem włoskim do szpiku kości. Dominująca, realistyczna i sugestywna nuta kawy, z której Włosi tak namiętnie zaparzają słynne na cały świat espresso, połączona tu została m.in. z absolutem z tytoniu, cywetem, wetywerią i labdanum. Nieco zaokrągla zapach użyty z ogromnym umiarem absolut różany. By unieść tę ciężką mieszankę i nadać jej ekspresji artysta umieścił w formule pieprz oraz bergamotę. Taka kombinacja jest siłą rzeczy skazana na mój zachwyt. Oryginalne, unikatowe, świetne pachnidło dla poszukujących w perfumach wyjątkowych doznań. Do tego sakramencko trwałe.

główne nuty: pieprz, kawa, tytoń

Spirito ma zdecydowanie niebanalny początek. Wilgotny i przyprawowy z -wydawałoby się – kminem na czele. Prawdopodobnie to złudzenie, bo nie ma o nim ani słowa w spisie nut. W zamian za to wymienia się bylicę i ziarna marchwi. Pachnie to bardzo intrygująco i trochę „kmino-podobnie”. Nuta ta początkowo dominuje, a z czasem ustępuje miejsca tajemniczemu, mrocznemu akordowi zbudowanemu z mirtu, cyprysa, hyzopu i nuty papieru. Co za skład! Brzmi jak marzenie miłośnika mrocznych niszowych zapachów. Gdy do tego dodać drzewną bazę z cedrem, gwajakowcem, i wetywerią, to można by uznać, że Spirito pachnie absolutnie. I coś w tym jest. Tajemniczy, uduchowiony, chwilami majestatyczny i niepokojący, niczym doskonała muzyka grająca w tle na stronie internetowej marki.

Spirito ma tytaniczną trwałość, czuję go na skórze ponad 24 godziny. Dzielnie stawia opór detergentom i uparcie tkwi na skórze. Ale to nie wyłącznie dlatego jest moim ulubionym pośród testowanych pachnideł Fusciniego. Pierwsze miejsce otrzymuje za całokształt. Jeżeli zdecyduję się na pełen flakon tej marki, to będzie to właśnie Spirito.

główne nuty: kmino-podobna, przyprawowa, drzewna

W Narcotico (genialna w swej sugestywnej prostocie nazwa prawda?) Fuscini znowu płata mi figla. Dałbym sobie zostawić wąsy, że w formule tkwi absolut jaśminu lub coś podobnie biało-kwiatowo odurzającego. Może to sugestia w związku z nazwą, a może jednak fakt. Gorzkawo-słodka biało-kwiatowa, bardzo głęboka i poruszająca nuta otwiera bowiem ten zapach i jest – jak sądzę – efektem połączenia paczuli, kadzidła, tymianku i oudu o animalnym zabarwieniu. Zwierzęcość Narcotico jest ewidentna, jakby z każdą chwilą mocniejsza, ale z czasem zapach nabiera jakiejś przedziwnej uduchowionej aury. Kadzidło daje bardziej znać o sobie. To zdjęcie na pudełku, figurka anioła, która kojarzy się twórcy z jego dzieciństwem w Palermo… Zamykam oczy i wyobrażam sobie tę skromną religijną rodzinę, regularnie uczęszczającą na msze i tego małego chłopca przygniecionego pompatycznością katolickiego obrzędu. Teraz bardziej rozumiem, dlaczego Narcotico pachnie właśnie tak… Z jednej strony mnie przyciąga, z drugiej odrzuca…

główne nuty: biało-kwiatowa, paczula, nuta drzewno-animalna (oud)

Soczysto-kwiatowe intro Odor 93 nie pozostawia wątpliwości. Oto wielowymiarowe, nieco obezwładniające, gęste od esencji perfumy kwiatowe z dominującymi nutami narcyza i tuberozy, które perfumiarz bardzo zręcznie ozdobił przyprawami użytymi tu na użytek kwiatowego tematu, a nie w celu przykrycia go czy odwrócenia od niego uwagi. Tak więc wymienione w składzie: kmin, goździk czy szałwia przydają centralnemu aromatowi ekspresji i mocy, ale nie ujawniają się indywidualnie w postaci dominującej. To potwierdza moim zdaniem ponadprzeciętne opanowanie przez Fusciniego perfumiarskiego warsztatu. Dość szybko spod kwiatowego aromatu wyłaniają się nuty w sumie także z nim kompatybilne, ale zaburzające nieco początkową idyllę. Animalny i drzewny akord oudowy, wzmocniony nutami drzewnymi, w tym paczulą i wetywerią, a także tytoniem przydaje zapachowi dodatkowego, zmysłowego, a nawet cielesnego charakteru. Jakby tego było mało kontrapunkt dla tych nut stanowi kulinarna w swej istocie wanilia. Oba akordy tworzą swoiste słodko-gorzkie napięcie, kontrast przydający perfumom życia i intrygi. W miarę upływu czasu drzewna baza wyraźniej daje znać o sobie. Odor 93 to zdecydowanie nie jest nudny „kwiatowiec”.

Odor 93 to hipnotyzująca tuberoza zrobiona z odwagą, pomysłem i wyobraźnią oraz odrobiną brawury. Zmysłowa, obezwładniająca kobiecością, cielesna i magnetyczna. Zapach prawdziwej femme fatale.

główne nuty: tuberoza, animalne, drzewne, wanilia

L’Oblio to po włosku zapomnienie. W tej kompozycji trudno się jednak zapomnieć…

Ta próba stworzenia perfum kadzidlano-drzewnych z przewagą tych drugich w bazie i lekko ziołowym sercem z mieszanką mate, tytoniu i nieśmiertelnika (a także irysa) nie należy do – oględnie mówiąc – najbardziej udanych. Nie zabrakło tu solidnej dawki piżm, ale zabrakło – obawiam się – warsztatu, a być może cierpliwości, by zapach uczynić „jakimś”. L’Oblio ma owszem intrygujący charakter i nie brak mu potencjału. Jednak jest dziwnie zwiewne, niedoprecyzowane, zaskakująco – jak na tego typu zapach – transparentne. Nie chcę go w czambuł potępiać, bowiem być może taki ten zapach w zamiarze Fusciniego miał być. Niedopowiedziany, zastanawiający. Wszak to kreacja artystyczna, tu nie ma komercyjnego bacika. Fuscini zrobił tak, jak zamierzał. Ten zapach ma coś w sobie, z pewnością tak. Ciekawie pachnie w nim mate. Sam nie wiem, próbuję o nim zapomnieć, ale on jakoś nie chce odejść w zapomnienie… Cóż, być może powinniśmy się lepiej poznać, tymczasem w lanej próbce pozostało ostatnie 0,5 ml…. A Meo nie oferuje próbek swych perfum…. Nieładnie. Wszak wycenia swoje dzieła dość wysoko, mógłby więc dać szansę na ich spokojne wypróbowanie przed zakupem.

główne nuty: kadzidło, suche nuty drzewne, piżmo

Notturno ma ładną, obiecującą nazwę i trudny początek. Oto bardzo przeze mnie nie lubiana woń zmywacza do paznokci dominuje akord głowy (wedle spisu nut to ananas i rum). Nie jest tak drażniąca, jak popularny rozpuszczalnik, niemniej moje skojarzenia są mocne i jednoznaczne. Nie znaczy to oczywiście, że każdemu będzie się ten zapach tak kojarzył. Ale – jak sądzę – większości. Inna sprawa, że nie od dziś wiadomo, że te nieco bardziej wyrafinowane perfumy lubią rozpoczynać się trudnym akordem, by z czasem zaskoczyć nas niebagatelnej urody sercem i zmysłową, otulającą i snującą się niczym ogon bazą. Czy tak jest w przypadku Notturno? Niestety nie. Z tej kwaśnej chmury nie ma nawet kwaśnego deszczu. Zapach dosłownie po kilkunastu przechodzi niebywałą transformację, staje się bardzo bliskoskórny, z wyczuwalną na początku nutą animalna w typie hyraceum, by po pewnym czasie pozostać na skórze w postaci – owszem bardzo trwałego, ale też rachitycznego – akordu drzewnego z wyodrębniającym się ISO-E-Super. Kontrast pomiędzy głośnym intro, a bardzo szybkim i szepczącym finiszem jest tu doprawdy bezprecedensowy. Uderza też brak wyraźnego akordu serca. Całość wydaje mi się niedopracowana, nieciekawa, po prostu nieudana. Przyznam – dziwię się, że Meo Fuscini zdecydował się opublikować ten zapach. Szkoda tej ładnej przecież nazwy…

główne nuty: kwaśno-owocowa, drzewna, skórzana/animalna

Przywiezione przez Fusciniego z podróży po Maroku wspomnienia najsilniej wiążą się z tytoniem oraz ceremonią zaparzania i spożywania herbaty miętowej. Słynna marokańska mięta jest jednym z głównych bohaterów zapachu 2# nota di viaggio. Czujemy ją w zielonym i lekko cytrusowym wydaniu od pierwszych sekund. Mięcie towarzyszy bowiem esencja z trawy cytrynowej oraz zręcznie wpleciona nuta tytoniu. Przyznam, że shukran… (bo tak brzmi podtytuł tej kompozycji) urzekł mnie świeżością, zaskakującą głębią i nasyceniem. Poza tym to chyba pierwszy raz, gdy spotykam się z takim połączeniem składników. Meo Fuscini pisze, że ten zapach to prosta kompozycja, ale zawiera w sobie wiele emocji. Zgadzam się i dodam, że choć prosta, to jest to bardzo skuteczna i efektowna kombinacja, dająca naprawdę świetny, świeży zapach z głębią, daleki od miętowego banału. To tylko potwierdza zasadę, której wierni są od lata perfumiarze kalibru Michela Almairaca czy Jean-Claude’a Elleny, że dobry zapach powinien składać się z niewielu składników, bo wtedy istnieje dla nich przestrzeń, by mogły wspólnie interesująco zakwitnąć, a cała kompozycja ma czym oddychać. Tak jest w przypadku 2# nota di viaggio.

główne nuty: marokańska mięta, trawa cytrynowa, tytoń

Część trzecia notatek z podróży 3# nota di viaggo to wspomnienie Sycylii, miejsca urodzenia Meo, które artyście kojarz się m.in. z uprawą fig. To nuta figi właśnie zajmuje centralne miejsce w zapachu, otoczona jaśminem i osadzona na bazie z kadzidła. Prosto i na temat. Figa Fusciniego jest ciepła, lekko kwiatowa i raczej delikatna. Poza tym niewiele się tu dzieje.

główne nuty: figa, jaśmin, kadzidło

Perfumy Meo Fusciniego emanują artyzmem, tajemnicą i pasją. Są natchnione, tak jak natchniony wydaje się być sam Meo. Są dowodem na to, że gdzieś w świecie wciąż tworzone są zapachy niszowe w najlepszym tego słowa znaczeniu i z wszystkimi tego konsekwencjami. Bez oglądania się na trendy czy oczekiwania klientów, choćby mieli to być wyłącznie koneserzy perfum, bo przecież bije z nich bezkompromisowość i artyzm, które niejednego konesera przekonają, mimo, że nie zawsze idą w parze z przekonującą realizacją.

Maison Francis Kurkdjian – Amyris Femme/ Amyris Homme Extrait de Parfum

Całkiem niedawno Francis Kurkdjian przypomniał nam on o sobie prezentując kolejną parę pachnideł w formie ukochanych przez wielbicieli jego talentu ekstraktów. Tym razem dotyczy to Amyris Femme i Amyris Homme, które do oferty marki weszły w 2012 roku jako – odpowiednio – woda perfumowana i woda toaletowa. 

Czym różnią się nowe wersje od protoplastów? Amyris Femme Extrait de Parfum wzbogacono o esencję z egipskiego jaśminu, która zastąpiła obecny w wersji edp akord słodkiego groszku, piżmowo-ambrową bazę zamieniono zaś na intensywniejszą i cieplejszą drzewno-ambrową. Także otwarcie jest w ekstrakcie cieplejsze za sprawa mandarynki (zamiast cytryny). Kluczowe składniki w obu wersjach pozostały jednak niezmienione – amyris, irys i akord gruszki. Podobieństwo jest więc nieuniknione, ale… Tak jak lubię edp i traktuję jako bardzo przyjemny kobiecy zapach tej marki, tak ekstrakt zdecydowanie bardziej przykuwa moją uwagę. Jest zapachem ciekawszym i zwracającym uwagę, a jaśmin przydaje mu zmysłowej kobiecości.

W przypadku wersji męskiej Extrait de Parfum jest bardziej słodki, gdyż w bazie prócz obecnej w edt tonki znajdziemy sporą ilość wanilii. Poza tym jest tu cynamon, którego w edt nie ma (tam z kolei mamy rozmaryn). Ale znów – zasadnicze nuty są wspólne dla obu wersji: mandarynka w otwarciu, szafran, irys i amyris w sercu. Sygnatura zapachu jest tu więc absolutnie zachowana, nawet bardziej, niż w przypadku wersji damskiej. Reasumując – extrait robi wrażenie zapachu bardziej wieczorowego, podczas gdy edt świetnie nosi się za dnia. Sztampowe ujęcie, ale w przypadku tych perfum naprawdę skuteczne. Podobnie zresztą, jak w przypadku wersji dla pań.

Obie kompozycje pachną więc oczywiście podobnie do pierwowzorów, z tym, że perfumiarz – w sobie tylko znany sposób – dodał im głębi i ciepła, czyniąc zapachy bardziej zmysłowymi i otulającymi. Francis ma perfekcyjny warsztat i nie raz już udowodnił, że to potrafi. Zresztą jego taktykę publikowania ekstraktów stworzonych wcześniej zapachów uważam za trafiony w dziesiątkę (szczególnie Oud, ale nie tylko). Bardzo lubię te intensywne, zmysłowe interpretacje i Amyris Femme i Amyris Homme nie są tu wyjątkiem. Świetne, współczesne, ale też oryginalne perfumy, które emanują tą jedyną w swoim rodzaju aurą czystej i luksusowej elegancji, której Francis Kurkdjian jest mistrzem.

Maison Francis Kurkdijan „G(g)entle (f)Fluidity” – zabawa pachnącym tworzywem

Francis Kurkdjian przyzwyczaił już nas do tego, że wprowadza nowe zapachy parami – dla niej i dla niego. Jednak w przypadku tegorocznego duetu gentle Fluidity/ Gentle fluidity mamy do czynienia z parą wyjątkową pod względem koncepcji. Perfumiarz postawił sobie za cel udowodnić światu, że przy pomocy dokładnie tych samych składników, ale zgoła innych ich proporcji, można stworzyć dwa zupełnie różne zapachy. Czy mu się to udało? O tym nieco później.

Francis Kurkdjian, foto: The Cut

To unikatowa realizacja, dowodząca także tego, że Francis Kurkdjian trochę zmienia swój stosunek do odkrywania tajników perfumiarskiego warsztatu. Niegdyś zapiekły tego przeciwniki, nerwowo reagujący na pytania dotyczące składników i nut zapachowych, dziś nie tylko podaje główne nuty/ akordy w opisie każdego swojego zapachu na oficjalnej stronie internetowej, ale w tym konkretnym przypadku zdradza nam wręcz, że oba pachnidła mają taki sam skład, tyle że różne proporcje.

Ale Francis to artysta przewrotny. Poprzez tę perfumową parę, bawiąc się pachnącymi ingrediencjami, udowadnia też to, przy czym konsekwentnie (i słusznie) stoi, a mianowicie: składniki są w rękach perfumiarza tworzywem, z którego ten, jeżeli ma dość wyobraźni i umiejętności, potrafi wyczarować, co tylko mu się podoba. Więc jaki sens ma ujawnianie listy składników, skoro ta sama lista składników może oznaczać dwa zupełnie inne zapachy?

Składniki są dla perfumiarza tym, czym dla artysty malarza farby. Do tego porównania zresztą Kurkdjian lubi nawiązywać, gdy ktoś pyta go o ingrediencje czy nuty zapachowe. Czy opis dzieła malarskiego powinien składać się z podania listy użytych farb oraz uzyskanych i widocznych na nim wybarwień? Paradoksalnie więc można stwierdzić, że poprzez ten duet perfumowy Francis komunikuje: nie istotne są składniki, bo mogę żonglować nimi i ich zawartością tak, że odmienię zapach nie do poznania. Istotny jest efekt końcowy i to, czy perfumy wywołują emocje oraz jakie to są emocje.

No właśnie – jakie emocje wywołały we mnie oba zapachy?

Przypływ energii i poczucia elegancji, a po nim lekka konfuzja, czyli Gentle fluidity (silver)

To wg mnie męska część tego duetu. Bo choć tym razem Francis nie skierował perfum do konkretnych płci, to ta rześka, wytrawna, odrobinę nawet gorzka i wibrująca mieszanka dominujące esencji z gałki muszkatołowej, pięknie podbita przez jagody jałowca, oparta na bazowych nutach ambrowo-drzewnych i mogący kojarzyć się z aromatem ginu, mnie kojarzy się zdecydowanie z męską skórą. Zapach został – jak zwykle w przypadku MFK – z maestrią zmieszany. Jest żywy, harmonijny, elegancki, świetlisty, a wręcz srebrzysty i idealnie pasuje do srebrnej nakrętki falkonu (lub raczej na odwrót). Przypomina mi owszem nieco Penhaligon’s Juniper Sling (i raczej zapomniany L’homme de coeur Parfums Divine), ale jest intensywniejszy i żywszy od obu. Podobnego wytrawnego i wibrującego zapachu dotąd w ofercie MFK nie było, tak więc Gentle fluidity oceniam jako bardzo udane jej uzupełnienie. Doskonały zapach do koszuli i marynarki. Mógłby jednak nie gasnąć tak szybko na mojej skórze. No ale może inni będą mieli więcej szczęścia…

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

Zafrasowanie spuentowane rozczarowaniem, czyli gentle Fluidity (gold)

Tu perfumiarz zupełnie inaczej rozłożył akcenty. Na pierwszym planie umiejscowił te składniki, które w wersji srebrnej budują tło. Woń jest w efekcie lekko kwiatowa, subtelnie owocowa, ciepło-przyprawowa, piżmowa. Esencja z ziarn kolendry, dymna wanilia i piżma budują zapach w typie skin scent, bliskoskórny, ciepły, otulający. Introwertyczny, a nawet intymny, w opozycji do ekstrawertycznego i bardziej krzykliwego srebrnego brata. Jak dla mnie zdecydowanie zbyt delikatny i rachityczny, ale wiem, że są liczni wielbiciele perfum niedopowiedzianych, nienachalnych i bezpiecznych. Dla nich gentle Fluidity może okazać się strzałem w dziesiątkę. Mnie niestety rozczarował, ale to już typowo rzecz gustu.

Natomiast ten słaby tzw. performance złotej wersji gentle Fluidity wpisuje się w clue tego projektu. Oto bowiem dwie kompozycje złożone z tych samych składników, ale użytych w różnych proporcjach, nie tylko pachną zupełnie odmiennie, ale też różnią się właśnie zachowaniem na skórze. Czy to dobrze, to już inna kwestia. Niewątpliwie jednak na końcu rękopisów lub wydruków obu receptur Francis Kurkdjian powinien z uśmiechem zadowolenia umieścić skrót q.e.d.*

główne nuty: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, kolendra, piżma, nuty drzewno-ambrowe, wanilia

*) Na przekór aktualnym trendom nie będę czytelnikom ułatwiał i nie wyjaśnię tutaj, co ten skrót oznacza. Niech wszyscy, którzy tego nie wiedzą, sami odszukają wyjaśnienie. 🙂