Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.

 

 

 

Miller et Bertaux – perfumowy dziennik podróży

Panowie Miller i Bertaux to partnerzy w życiu, podróżach, sztuce i biznesie. A wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy otworzyli w Paryżu w dzielnicy Le Marais. W nim to mieli zamiar sprzedawać projektowaną przez siebie odzież, jak i przedmioty, jakie przywozili ze swych licznych podróży.

W 2006 roku uzupełnili swoją ofertę perfumami, których idea była i pozostała podobna – zapachowe suweniry z podróży, bo tak należy opisywać perfumy Miller et Bertaux, to w swej istocie przekute przez zawodowych perfumiarzy w perfumowe kompozycje olfaktoryczne wspomnienia obu panów z kolejnych globtroterskich wypraw.

Pierwsze trzy #1, #2 i #3 to obecnie już kultowe pachnidła niszowe. Potem pojawiły się kolejne. Marka stopniowo utrwalała swoją obecność na coraz bardziej konkurencyjnym rynku perfum niszowych.

Śmiem twierdzić, że pozostała jedną z niewielu wiernych ideałom twórców niszowej perfumerii: artystyczna kreatywność, wysoka jakość, ignorowanie rynkowych trendów, ograniczona dystrybucja.

Wszystko to do dziś opisuje Miller et Bertaux, bo choć dostępność tych zapachów zdecydowanie się poprawiła (w Polsce można je nabyć w krakowskiej perfumerii Tiger & Bear, dzięki uprzejmości której miałem okazję przetestować jej zapachy), to wciąż przeczytać i usłyszeć o nich można bardzo rzadko. Brak nachalnego marketingu, oszczędne, ekologiczne opakowanie, subtelność przekazu to dla wielu poszukujących nieco innych wartości w perfumach oferta z pewnością warta uwagi.

miller-bertaux
Miller et Bertaux

#1 (For You) Parfum Trouvé to chronologicznie pierwszy zapach Miller et Bertaux, a dokładniej – to pierwszy z premierowej trójki zapachów oznaczonych znaczkiem # i kolejnymi numerami, którymi marka zaistniała w światku perfumerii niszowej. A był rok 2006 – na rynku perfum to była inna epoka. Nisza była wówczas reprezentowana nieporównanie mniej licznie, niż obecnie i tak naprawdę dopiero wchodziła w okres dorastania. Na tle innych marek Miller et Bertaux i ich minimalistyczne zapachowe trio mogło wówczas intrygować i faktycznie wyróżniało się (zbliżone estetycznie Byredo debiutowało 2 lata później). Co ciekawe, twórcy prezentowali te trzy zapachy jako wzajemnie się uzupełniające i nadające się do noszenia równoczesnego w wszelkich możliwych kombinacjach, spryskujący każdym inną cześć ciała dla uzyskania szczególnie intrygujących i nieprzewidywalnych efektów. Parfum Trouvé to przedziwna kreacja, przede wszystkim drzewna (sandałowiec i cedr, no bo cóż innego?), otoczona bardzo oszczędnie kilkoma innymi ingrediencjami: irysem, białą lilią czy ylang-ylang, ale te składniki – wymienione w oficjalnym składzie – nie ujawniają się w istotny sposób, pracują więc – jak sądzę – na końcowy efekt. Nie można zapomnieć też o tzw. drewnie różanym (rosewood), którego lekko mentolowy i jednocześnie słodko-żywiczny aromat gra w tym zapachu, kto wie, czy nie jedną z najważniejszych ról. Ważne, by podkreślić że #1 jest zapachem absolutnie abstrakcyjnym, a jej dominującej przecież drzewności jakże daleko do dosłowności opisywanego wcześniej Indian Study/ Santal. Suchy, papierowy, lekko słodki, domyślny bardziej niż mocno obecny. Kreatywny minimalizm w najlepszej odsłonie.

#3 Green, Green, Green and… Green

Tytuł zdradza wszystko. Ten zapach jest początkowo zielony, później zielony, a następnie… zielony. To zieloność trawiasta, pełna, soczysta, ale jednocześnie lekka i nie zakłócana niczym innym. Werbena, kolendra, liść laurowy, odrobina jaśminu, zielona żywica mastyks oraz baza z wetywerii i cedru tworzą uroczy zielony krajobraz, dość wszakże statyczny. Z początku bardzo soczyste i świeże, z czasem nieco bardziej żywiczne i ciepłe, drzewne, wetyweriowe, ale do samego końca zielone. Bardzo ładne.

m et b 3

A Quiet Morning (2008) – poranek w Indiach

Tak pachnie cichy indyjski poranek. Delikatnie smużki przypraw ze złocistym szafranem i słodkawą kurkumą na czele w otoczeniu akordu basmati. W tle nuty drzewne – sandałowiec i cedr – które zdają się być elementem łączącym wszystkie zapachy Miller et Bertaux. Całość tworzy mistyczny i minimalistyczny zapach, tyleż subtelny, co intrygujący. Niemal transparentny, ale mimo to obecny. Wymienione nuty tworzą niezwykłą olfaktoryczną aurę, przywodzącą na myśl suchy i lekko słodki zapach świeżej pościeli, choć nie ma tu mowy o syntetycznych akcentach detergentowych w stylu Francisa Kurkdjiana. A Quiet Morning to jeden z moich faworytów pośród pachnideł tej marki. To także jeden z trzech zapachów mini-cyklu poświęconego Indiom (obok Shanti Shanti i Tulsivivah!)

Close Your Eyes, And… /Bois de Gaiac et Poire (2006) 

Gdy zamknąć oczy, już od pierwszych sekund czujemy różę, najpierw bardzo wdzięcznie odświeżoną cytrusami, otoczoną zaskakującą i bardzo rzadko występującą w perfumach nutą gruszki (!), a później pięknie pogłębioną heliotropem i jaśminem, przyprawioną cynamonem i osadzoną na drzewnej bazie z gwajaku. To róża orientalna, skręcająca wg mnie raczej w stronę kobiecej skóry. Gdy już zniknie, pozostaje słodki gwajakowy dymek. Pachnidło bardzo wdzięczne i przyjemne, bezpieczne i dalekie od eksperymentów, wciąż jednak niebanalne i na pewno warte uwagi.

In (2013) 

zabiera nas w podróż do serca perfum, w którym odnajdziemy żywicę elemi, której naturalna cytrusowa nuta została tu wzmocniona bergamotką i limonką, zaś przeważający w elemi aromat żywiczny ożywiono imbirem. Oszczędna w dodatki, prosta kompozycja zwieńczona jest ciepłą bursztynową bazą. Mimo ambrowego charakteru, ma w sobie rzadko spotykaną lekkość, na co z pewnością pracują wymienione nieambrowe ingrediencje, w szczególności imbir. Nietypowo zresztą zapach ten nabiera świeżości i wspomnianej lekkości z czasem, co zdaje się potwierdzać informację, że skomponowano go na zasadzie odwróconej piramidy.

miller-et-bertaux-in

Indian Study / Santal +++ (2017) 

to coś dla fanów suchych drzewnych aromatów. W tej kategorii propozycja Miller et Bertaux wyróżnia się oszczędnością środków wyrazu i zarazem skutecznością. We wstępie suche przyprawy – kmin i curry – zapowiadają serce pachnące świeżo pociętymi deskami, ociekającymi jeszcze żywicą. Całość została utrwalona piżmami. Jest minimalistyczna, wręcz ascetyczna, ale niesamowicie sugestywna i poruszająca czystością przekazu. Jeden z moich faworytów w kolekcji marki.

New Study (Postcard) (2017) – pocztówka z nad Morza Śródziemnego 

Zielone (głównie cis-hexenol pachnący jak skoszona trawa) i cytrusowe (mniej, a tu zielona pomarańcza(?), dzika cytryna i grejpfrut) intro z wyczuwalnym drzewnym tłem, które z czasem przejmuje pierwszy plan. Ale zanim to, New Study „morfuje” w akord figi zmiękczony kokosem. Wszystko razem tworzy całkiem intensywną, rześką i nieco drzewną zieleń, inną od opisywanego wcześniej #3. Figowiec Miller et Bertaux? Właśnie tak.

Oh, ooOoh …oh (mist, wood, wind and guitar) (2012) – czyli nocą na leśnej polanie

To prawdopodobnie najbardziej oryginalna znana mi nazwa perfum. Generalnie Miller et Bertaux nazywają swoje zapachy bardzo specyficznie… Brzmią bardziej jak robocze nazwy perfumowych projektów, jak zapachowe impresje opisane pierwszymi słowami, jakie przychodzą do głowy, aniżeli jak przemyślane, dopieszczone nazwy. Oh…. otwiera się wibrującą nutą jałowca, spod której wyłania się minimalistyczna i intrygująca mieszanka nut drzewnych, mszystych i subtelnie oblewających całość żywic, które ocieplają i utrwalają całość. W oddali snujący się dymek z ogniska…. Idylliczny obrazek mistycznego wieczory spędzonego w lesie, przy rozpalonym ognisku, z gitarą i śpiewem. Prawda, że uruchamia skautowskie wspomnienia? 😉

Om (2011) – goździkowa oda

to przedstawiciel mojego ulubionego perfumowego gatunku przyprawowo-drzewnego. Piękne intro z różowym pieprzem i dominującym w fazie serca goździkiem, paczulowe wypełnienie (na szczęście nie czuję tu klasycznej piwnicznej paczuli) oraz drzewny finisz. Zapach idealny na obecną zimną i nieprzyjemną aurę, rozgrzewa szczyptą chili. Om ma suchą, pylistą i słodkawą aurę i pachnie niczym niszowa, bardziej wytrwana wersja Spicebomb Viktor & Rolf. Podoba mi się. Szkoda tylko, że zbyt szybko traci rezon i nie pozostawia na skórze nic intrygującego.

M et B OM

Shanti Shanti (2008)

to kolejny – obok Close Your Eyes – orientalny zapach Miller et Bertaux z różą w centrum, z tym że tu róża podana została w zdecydowanie kobiecy sposób, w doborowym towarzystwie przypraw (różowy pieprz i kardamon), irysa, paczuli oraz drewna sandałowego. Początek jest jednak zaskakujący, transparentny, lekko przyprawowy, lekko papierowy poprzez nutę irysa i zupełnie nie zwiastujący tego, co następuję parę minut po nim, gdy róża zacznie wygodnie mościć się na skórze, z każdym kwadransem nabierając mocy, pogłębiając się i utrwalając na sandałowej bazie. Lekko mydlany akord różany to w istocie temat „Shanti Shanti”, zainspirowanego podróżami do Indii i tamtejszym festiwalem kwiatów, podczas którego różane płatki lądują w nieprzebranych ilościach na ziemi. Bardzo ładne i solidnie wykonane pachnidło na konkretny temat, bez niepotrzebnych udziwnień.

„Study No. 17 ” (2015) – letni ogród

zabiera nas w podróż do wonnego ogrodu, w którym obok drzew cytrusowych odnajdziemy grządki pełne ziół, z estragonem i miętą w rolach pierwszoplanowych, z gęsto rosnącym geranium i krzakami czarnej porzeczki oraz grubymi łodygami rabarbaru, które to „wespół w zespół” tworzą zapachowy trzon tej kompozycji. Wszystkie te soczysto zielone ingrediencje osadzone zostały ma mszystym, porostowym podłożu, dodającym całości jeszcze dodatkowej zieleni. Study No.17 to słoneczny, świeży i soczysty zapach zielony, doskonale wypełniający pustkę po lecie, które jakiś czas temu nas opuściło. Harmonijnie skomponowany, perfekcyjnie wyważony, zdecydowanie udany.

m et b study 17

Study No. 23 / Newsletter (2016) – kadzidlak

to jedyne pachnidło w ofercie marki emanujące tak wyraźną nutą kadzidła olibanum, tu podrasowanego początkowo aldehydami, lekko osłodzonego nektarem z żółtych kwiatów,  wzmocnionego paczulą i osadzonego na drzewnym rusztowaniu. Zestawienie olibanum z aldehydami znamy już z Cardinal Heeleya, ale zapach M&B jest lżejszy, świeższy, bardziej transparenty. Warto podkreślić, że ma świetne parametry – emanuje mocno i trwa na skórze naprawdę długo. Mimo, że osobiście nie jestem fanem takiego ujęcia kadzidła (wolę interpretacje bardziej dymne i drzewne, jak choćby genialny Zagorsk Comme des Garcons, a – gdy już jesteśmy przy Comme des Garcons Study No. 23 bliżej do Avignon), to jednak obiektywnie uważam ten zapach za naprawdę udany i klasycznie niszowy zarówno w tematyce jak i wykonaniu. Jedna z najciekawszych propozycji Miller et Bertaux.

Tulsivivah! (2018) – indyjska herbata z bazylią

Wracamy do Indii, celebrującej świętą bazylię podczas festiwalu. Esencja z jej liści znalazła się oczywiście w formule zapachu, a towarzyszą jej początkowo cytrusy i przyprawy (krótkie acz intensywne pieprzowe otwarcie) oraz budująca serce nuta herbaty, a wszystko to na drzewnym akordzie z sandałowca i kaszmiru. Idealnie uniseksowy, przyjemny, najpierw pikantny, później herbaciany (serwuje nam lekko osłodzoną i raczej nietęgą herbatę), finiszuje drewnem. Jak każda z zapachowych pocztówek z podroży panów Millera i Bertauxa, także i ta potrafi zauroczyć prostotą przekazu i niebanalnym tematem. Efektowny minimalizm to zdecydowanie wspólny mianownik perfum tej marki. Idealnie zresztą koresponduje on z ascetycznym designem flakonów.

M et B Tulsivivah

I tak dotarłem do końca zapachowych podróży (lub też podróżnych zapachów) panów Millera i Bertaux. Jak mogę je podsumować? Abstrakcyjne, impresyjne bardziej niż konstruktywistyczne, minimalistyczne, z powtarzającymi się nutami drzewnymi (głównie sandałowiec, ewentualnie cedr), zwykle ze smakiem przyprawione, czasem ze smużką dymu, czasem z kadzidłem, czasem z nutą kwiatową, ale jeżeli już – to z różą. Intrygujące, choć bardzo kameralne. Niszowe w dobrym tego słowa znaczeniu, także w tym sensie, że niepoparte niemal żadnym marketingiem, a to już obecnie niezwykła rzadkość. Na pewno warte uwagi koneserów perfum i wszystkich, którzy chcą pachnieć niebanalnie, intrygująco, ale jednocześnie subtelnie, bez narzucania się otoczeniu. Zapachy Miller et Bertaux zasługują moim zdaniem na szerszą publikę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tauer Perfumes „L’Oudh” – dogoniony króliczek?

Dobrze wiem, że kiedy Andy Tauer bierze się za jakiś nowy zapach, nie opublikuje go dopóty, dopóki ten nie będzie perfekcyjny i idealnie zgodny z wizją twórcy.

ANDY_TAUER

A że Andy Tauer nie musi oglądać się dosłownie na nic (co zawdzięcza wyłącznie samemu sobie, talentowi oraz ogromnej pracowitości), to też jego pachnidła są zawsze efektem niczym nie skrępowanej twórczej wizji. Co to oznacza? Ano tyle, że kupując perfumy marki Tauer Perfumes możemy być pewnie jednego – że będziemy mieli do czynienia z produktami wyjątkowej jakości i unikatowej treści o mocnym charakterze, który pozwoli zapach pokochać albo znienawidzić. Ale tak to już jest z dziełami bezkompromisowymi. Mógłbym tu pisać peany na cześć Tauera, ale nie taki jest mój cel. Po prostu każdym nowym zapachem utwierdza mnie on w przekonaniu, że reprezentuje wszystko, co w perfumach najlepsze, jednocześnie skrzętnie unikając wszystkiego, co moim zdaniem najgorsze (blichtr, nabzdyczenie, pompatyczność, przerost formy nad treścią, banalny i niedorzeczny marketing, nieadekwatnie wysokie pozycjonowanie produktów, wreszcie zwykła „niszowa ściema”).

Tegoroczny L’Oudh był z pewnością niespodzianką. Andy długo unikał podjęcia oudowego tematu (dłużej nawet niż wyjątkowo silnie ignorujący wszelkie mody i trendy Patricia de Nicolai czy Frederic Malle), jakby czekając, aż napompowana do granic możliwości oudowa bańka pęknie lub chociaż się skurczy. I – zdaje się – doczekał tego momentu. Bardzo dobrego momentu. Być może właśnie dlatego to, co umieścił we flakonie L’Oudh, okazało się być w jakimś sensie czystą kwintesencją oudowego trendu, a może nawet jego podsumowaniem.

Tak w każdym razie pachnie dla mnie L’Oudh. Kwintesencjonalnie. Ten przypadkowy powstały neologizm brzmi szczególnie adekwatnie do sytuacji.

W L’Oudh znajdziemy aromat, jaki dla wielu może być końcem poszukiwań w oudowej dziedzinie. Taki oudowym dogonionym króliczkiem. Oszałamiający mocnym, nieco kwaśnym początkiem, osiada na skórze w postaci mieszanki nut zwierzęcych, skórzanych i drzewnych, które na przemian przejmują pierwszy plan, by sfiniszować sucho-drzewnym akordem.

agarwood

L’Oudh przez cały czas utrzymuje wytrwany i raczej surowy charakter. Bez zbędnych ozdobników. Jest bardzo na temat.

Zastosowany olejek z oudu pochodzący z Laosu pachnie szczególnie. Wspominałem już, że to mój ulubiony gatunek, którego stosuje m.in. James Heeley (Agarwoud i Phoencia) oraz Francis Kurkdjian (genialne oudowe trio Oud Moods). Jest on bogaty właśnie w skórzane i sucho drzewne oraz animalne akcenty. Podejrzewam, że Andy – po umieszczeniu drogocennej esencji w centrum kompozycji – podkręcił wszystkie jej naturalne aspekty za pomocą odpowiednio dobranych ingrediencji, o których zresztą otwarcie wspomina. Kastoreum, piżmo i szara ambra wzmocniły aspekt zwierzęcy (ale bez obaw – nie dominuje on zapachu). Esencja z sandałowca oraz moje ukochane składniki: cypriol i wetyweria podkreśliły drzewną istotę oudu, zaś styrax, labdanum, mirra, tytoń i paczula budują akord skórzany. Do tego ta przedziwna nuta smardza(!), którą Andy określił jako na poły naturalną, na poły sztuczną (zapewne efekt kompozycyjnych zmagań artysty), nadająca subtelnej grzybnej aury (oud to przecież w naturze efekt reakcji drewna agarowego na atak bakterii i grzybów). Tak więc wszystkie te składniki nie tyle ozdabiają aromat, ile go wzmacniają. Efekt jest naprawdę bardzo sugestywny i absolutnie niezwykły.

L’Oudh pachnie bardzo naturalnie (i w istocie swojej zbudowany jest w przewadze z naturalnych ingrediencji). Jest zapachem niemal linearnym, o bardzo precyzyjnie wyregulowanej projekcji, nie dominującej otoczenia, ale pięknie wyczuwalnej przez noszącego przez większość czasu i pozostawiającej za noszącym magnetyzującą smużkę. Może doskonale łączyć się z innymi perfumami, dodając im egzotyki i intrygującej drzewnej nuty.  Trwa przy tym dobrze ponad 12 godzin. Ma wszelkie cechy czyniące go zapachem absolutnie wybitnym w swojej stylistyce. Jest przykładem perfum doskonałych, choć pod względem treści i charakteru skierowanych do koneserów, których zresztą ma ogromne szanse ukontentować.  Ja z pełną odpowiedzialnością daje L’Oudh najwyższą notę. Oudowe arcydzieło.

Tauer LOudh

dominujące nuty: drewno, skóra, animalne

główne składniki: oud z Laosu, cypriol, ciemna wetyweria z Javy, paczula, mirra, piżmo, labdanum, drewno sandałowe, szara ambra, smardz, tytoń, róża, jaśmin

nos: Andy Tauer

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

James Heeley „Phoenicia” – oud Fenicjan

Kilka lat temu bardzo entuzjastycznie oceniłem Agarwoud Jamesa Heeleya. Dziś podpisałbym się pod moją opinią obiema rękami. Zamiast tego wolę jednak obiema rękami napisać kilka zdań o innym zapachu tej marki, który również zawiera słynny i ulubiony przez mnie oud z Laosu, i który zasługuje na nie mniejszy zachwyt.

phoenicia heeley

Phoenicia to pachnidło z 2015 roku umieszczone w kolekcji ekstraktów perfumowych Jamesa Heeleya. Znany z Agarwoud – gdzie towarzyszył róży – laotański oud jest tu tym razem otoczony subtelnymi nutami suszonych owoców oraz kadzidłem, labdanum i rozmaitymi esencjami drzewnymi: sandałowcem, wetywerią, cedrem, brzozą.

To brzoza właśnie o w połączeniu z kadzidłem i oudem oraz wetywerią stanowią moim zdaniem o unikalnym, nieco dymnym i drzewnym charakterze tego niezwykłego pachnidła. Przypominać ono nieco może Black Tourmaline Oliviera Durbano, ale inaczej rozłożone są tu akcenty – więcej oudu, drewna w ogóle i kadzidła, a mniej wędzonego dymu, a przy tym bardzo ostrożna projekcja.

Co interesujące, mimo sporej liczby różnych składników o podobnej naturze, zapach jest bardzo przejrzysty, a żadna nuta indywidualnie nie dominuje – poza – co oczywiste – oudem lub – szerzej – akordem drzewnym z oudem na czele.  Phoenicia ma niemal linearny charakter, poza subtelnie owocowym początkiem, w zasadzie trwa jako drzewno-kadzidlany akord, przy czym z czasem wyraźniej brzmi kadzidło, dzięki dodatkom drzewnym nie popadające jednak w religijny klimat.

Można Fenicję nosić nie tylko solo, ale również z powodzeniem łączyć ją z innymi perfumami, dodając tym samym nowego, intrygującego drzewno-kadzidlanego wymiaru. Szczególnie zapachy z różą w dominancie w naturalny sposób doskonale połączą się z Fenicją, ale przecież nie tylko. Można dowolnie eksperymentować, choć ja osoboście wolę niczym nie zakłócać tego wyjątkowego aromatu.

phoenicia 2 heeley

Phoenicia jest – jak wszystkie zapachy Heeleya – do perfekcji wyważona, a przy tym bardzo elegancka.

To oud podany z ogromnym smakiem, bez zbędnych ozdobników, ale w sposób natychmiast akceptowalny. Obecny na skórze w formie intensywnego ekstraktu emanuje z niej subtelną, ale obecną strużką, tworzącą zagadkowy i intrygujący akcent. Wspaniały przykład współczesnej perfumerii zachodniej, zainspirowanej orientalnym aromatem i przedstawionej w bardzo przyjazny, a jednocześnie pełen klasy i wyrafinowania sposób.

Brawo Heeley.

phoenicia 3 heeley

dominujące nuty: suszone owoce,  drewna (oud, wetyweria, brzoza)

składniki: kadzidło, labdanum, daktyle, suche żywice, oud, drewno sandałowe, cedr, brzoza, wetyweria

nos: James Heeley

rok premiery: 2015

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

 

Jeroboam Paris – „Vespero” i „Ambra”

Od czasu mojej pierwszej recenzji perfumowych ekstraktów Jeroboam Paris marka Francoisa Henina dokooptowała w 2017 roku dwa kolejne: Ambra i Vespero, a najnowszą pozycją jest tegoroczne białokwiatowe BOHA, które jeszcze nie dotarło do perfumerii. Zarówno Ambra jak i Vespero powstały w pracowni Vaniny Muracciole, tej samej, która skomponowała pierwsze pięć zapachów marki. Dzięki temu są stylistycznie bardzo spójne z poprzednikami i pozostają w gęstej, zmysłowej, orientalnej stylistyce.

jeroboamlogo

Ambra bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie soczystością, esencjonalnością i niezwykła uroda daleką od typowych waniliowo-benzoesowych ambrowców, tak chętnie prezentowanych przez niszowe marki perfumowe. Ambra Vaniny Muracciole jest od początku bardzo żywa, ma odświeżony cytrusami wstęp i zaskakująco aromatyczne serce – co prawdopodobnie zawdzięcza użyciu w formule geranium. Z czasem nabiera coraz cieplejszego, żywiczno-kulinarnego charakteru, utrwalonego głębią piżm. Jak wszystkie ekstrakty Jeroboam trwa na skórze bardzo długo cudnie otulając. Wprost doskonały zapach na właśnie rozpoczęty zimny i nieprzyjemny okres jesienno-zimowy i jednocześnie jeden z najlepszych znanych mi współczesnych ambrowców.

jeroboam ambra

główne nuty: cytrusy, balsamy, żywice, wanilia, tonka

 

Vespero (Wieczór) szybko stał się moim faworytem w całej kolekcji Jeroboam. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jest to typ aromatu, który bardzo mi odpowiada, a z którym w perfumerii niszowej (wyłącznie) spotkałem się już (do pewnego stopnia) co najmniej dwa razy: w świetnym Jewel for Him M. Micllef i nie mniej udanym African Leather Mamo Paris. Ten typ – opisywany jako współcześnie skórzany – mi jednak zupełnie się ze skórą niekojarzący. Jest to raczej bardzo aromatyczny zapach przyprawowo-żywiczno-ambrowy z dominującym przez długi czas akordem zbudowanym z żywic, paczuli i geranium. Na wstępie znajdziemy intrygująco wplecioną nutę jabłka, w sercu wspaniałe aromatyczne geranium (moja ulubiona faza Vespero), bazę przy pewnej dozie dobrej woli można opisać jako skórzano-drzewną. Vespero urzekł mnie zdecydowanie. To mój no. 1, gdy chodzi o Jeroboam.

jeroboam vespero

główne nuty: cytrusy, jabłko, geranium, paczula, drzewne, piżma

 

 

PS. Zapachy Jeroboam można nabyć wyłącznie w perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

 

 

 

 

Hervé Gambs Parfums – wprost z Grasse

Hervé Gambs Parfums to jedna z najmłodszych francuskich marek perfumowych. Stworzona przez artystę designera, poszukującego nowych środków ekspresji zadebiutowała w 2013 roku. Hervé Gambs – jak sam przyznaje – nie jest perfumiarzem, ale bierze czynny udział w powstawaniu sygnowanych przez niego pachnideł. Te zaś powstają w historycznym sercu perfumowego świata – w Grasse. Ten fakt zachęcił mnie do zainteresowania się marką.

the-designer HG

Parfums Couture Collection to główna linia zapachów marki, na którą w tej chwili składa się pięć pachnideł.

Rouge Cardinal – zdominowany przez dość klasyczne, surowe ujęcie paczuli, mocne, korzenno-drzewne, szczególnie na samym początku, nieco później trochę duszne i suche. Wymienione w składzie kadzidło, kwiat pomarańczy, kakao i wanilia nie są dla mnie wyczuwalne, stanowią więc raczej przeciwwagę dla paczuli. Bez nich zapach mógłby okazać się zbyt bezkompromisowy. Choć i tak kardynalska czerwień jest – jak na mój gust – zbyt rdzawo-piwniczna. Coś dla wielbicieli paczuli w tradycyjnym wydaniu, a tych przecież nie brakuje.

Hotel Particuler to ambra skomponowana w bardzo tradycyjny sposób: żywice – styrax, benzoes. Zapach niczym się jednak nie wyróżnia pośród wielu jemu podobnych. Jest poprawny – owszem –  ale nic poza tym. Niestety pachnidła ambrowe nie należą do moich ulubionych więc i Hotel Particuler już na starcie miał trudne zadanie, któremu zresztą nie podołał.

Jardin Prive to bardzo ładne ujęcie tematu herbacianego nieco w kierunku Tea for two L’Artisan Parfumeur, ale mniej posłodzone, przekonująco rozwijające się od odświeżonego cytrusami intro, poprzez herbaciane serce, aż po finisz klasycznie złożony z wetywerii i paczuli. Choć nie ma tu mowy od odkrywczości, to jednak Jardin Prive jawi się jako naprawdę udana, jedna z najlepszych propozycji Hervé Gambs. Mój faworyt w Couture Collection.

Coeur Couronne to woń wyrafinowanego trunku, coś pomiędzy rumem a słodkim winem w typie Porto, złożone z neroli, jaśminu, davany i wanilii z Madagaskaru. Choć nie znajdziemy tu herbaty, to jako całość Coeur Couronne stanowi podobny w charakterze, ciepły, lekko owocowy (tu owoce suszone), zmysłowy i naprawdę udany zapach.

W Coup de Grace dominuje początkowo róża doprawiona szafranem na drzewnej bazie – inna niż by to mogło wynikać z opisanych składników, z początku lekko zielona, później sucha, ale generalnie raczej mało przekonująca.

parfums-couture

Colognes Intenses Collection

Zestaw czterech zapachów o kolońskim charakterze, ale intensywności i trwałości wód perfumowanych. Recepta na sukces Neroli Portofino Toma Forda, tak chętnie kopiowana przez niezliczone marki perfumowe została zaadaptowana także przez Hervé’a Gambsa.

La Baie des Anges to zapach koloński o słodko-cytrusowym charakterze. Całkiem oryginalne, jak na ograną przecież kolońską konwencję połączenie grejpfruta i nawet przekonującego akordu rabarbaru z subtelną nutą białokwiatową i ciepłym waniliowym tłem. Obok wanilii czuję w bazie sporą ilość drewna, chyba cedru.

Domaine du Cap pachnie niczym ziołowy zagajnik na Lazurowym Wybrzeżu. Esencja z kopru, bazylia, tymianek i rozmaryn oraz rozjaśniająca całość cytryna tworzą bardzo naturalnie pachnącą i bardzo południowofrancuską woń, w której sercu dominuje lekko anyżowa nuta. Ten niezwykle radosny aromat osadzono na bazie z cedru, który ujawnia się w późniejszej fazie.

Hotel Riviera jest jedyną w tym zestawie klasycznie kolońską kompozycją bez żadnych dodatkowych ozdobników. Mandarynka, bergamotka, kluczowy dla kolońskiej woni kwiat pomarańczy i cedr w bazie gwarantują przywołanie słonecznych wspomnień z wakacji. Dzięki wysokiej koncentracji esencji zapach całkiem długo trzyma się skóry przyjemnie się z niej „odzywając”.

Pink Evidence to zapach zdecydowanie wychodzący poza klasyczną kolońską estetykę. Cytrusy w nim co prawda znajdziemy – w postaci bardzo delikatnego i obecnego na samym początku yuzu, ale jest on tylko przygrywką do ze smakiem skomponowanego lekkiego i świeżego akordu kwiatowego, na który składają się irys (!), ylang, jaśmin i fiołek. Z czasem świeżość zaczyna ustępować pudrowej kwiatowości i Pink Evidence potwierdza, że został skomponowany z myślą o kobietach. Zaiste bardzo przyjemne i bardzo kobiece pachnidło.

herve gambs colognes

Eaux de Parfums Collection

Trzy pachnidła tworzące tę kolekcję prezentują tę cięższą, mroczniejszą, bardziej drapieżną i zmysłową perfumową estetykę.

Bois Dahman jest mieszanką aromatu kadzidła z nutami drzewnymi – ciemną (brzoza) i jasną (sandałowiec) doprawioną szafranem i podane na waniliowej bazie. Dobrze dobrane proporcje poszczególnych składników powodują, że żaden nie dominuje, a całość pachnie całkiem oryginalnie i tajemniczo. To drzewno-kadzidlane perfumy dla lubujących się w nieco bardziej natchnionych woniach. Zapach jest raczej wieczorowy, przy czym na kobiecie zabrzmi z pewnością znacznie bardziej intrygująco, niż na mężczyźnie, mimo że to 100%-owy uniseks (jak zresztą przygniatająca większość oferty Hervé Gambs).

Ombre Sauvage – najpierw dymny, później skórzany, a na końcu kadzidlany. Taki jest „cień dzikusa”, rozpostarty gdzieś pomiędzy  genialnym Bois d’Ascese Naomi Goodsir i nie mniej doskonałym Bel Ami Hermesa. To jeden z moich ulubieńców w kolekcji Hervé Gambs – tajemniczy, gesty, osadzony, majestatycznie się rozwijający i bardzo trwały.

Infusion Noire to bardzo aromatyczne pachnidło o wyraźnej sygnaturze zbudowanej z gęstej nuty lawendy całkiem unikatowo połączonej z anyżem, przyozdobionej podmuchem pieprzu i osadzonej na cedrze. Zupełnie nietypowe ujęcie lawendy o tyle zaskakuje, iż wydawałoby się, że na ten temat w perfumerii powiedziano już wszystko. Okazuje się, że nie wcale nie. Infusion Noire to jeden z najciekawszych aromatów w ofercie Hervé Gambs.

eaux-de-parfum herve gambs

Pachnidła Herve Gambs są na rynku od 2013 roku, ale pachną, jakby powstały co najmniej 20 lat wcześniej. Są odtwórcze, a nawet retrospektywne i nie wnoszą niczego nowego do świata perfum. To jednak nie jest zarzut. Ta przepełniona melancholią kolekcja cechuje się więcej niż dobrą jakością samych kompozycji, na co wpływ ma zapewnie miejsce ich pochodzenia – Grasse, czyli kolebka francuskiej perfumerii, a także – co za tym idzie – wysoka jakość użytych komponentów. Zapachy ostały stworzone w wg klasycznej południowofrancuskiej szkoły i to wyraźnie czuć. Jako takie mogę się naprawdę podobać. Pachną też naturalnie, nie epatują syntetycznymi nutami, co nie znaczy , że nie ma w nich składników pochodzenia „laboratoryjnego”. Tak czy inaczej warto zainteresować się pachnidłami Hervé Gambs, jeżeli poszukujemy klasycznych tematów perfumeryjnych wyegzekwowanych w kompetentny sposób i na wysokim jakościowo poziomie.

 

PS. Perfumerii Tiger & Bear dziękuję za możliwość przetestowania pachnideł Hervé Gambs.

 

 

Clean Reserve – równowaga i odpowiedzialność, czyli eko-perfumy

Wracam dziś do marki Clean, a to przy okazji linii Clean Reserve. To wyjątkowa kolekcja zapachów stworzona w duchu kontrastu clean-dirt, która zdecydowanie wychodzi poza estetykę prezentowaną przez zapachy z głównej linii, o których pisałem kilka tygodni temu tu.

 

clean reserve bottles

Kompozycje wchodzące w skład Clean Reserve powstały ze składników pochodzących ze zrównoważonych upraw, pozyskiwanych w sposób odpowiedzialny, często posiadających ekologiczne certyfikaty. Wedle PR-owców marki stanowią one nową generację zapachów Clean i tworzą zupełnie nowe doświadczenia zapachowe.

Trzy zapachy z tej linii, które miałem przyjemność poznać, cechuje paradoksalnie bardziej tradycyjny w treści charakter, aniżeli zaskakujące odcieniami detergentowej świeżości pachnidła klasycznej linii Clean. Penetrują one olfaktoryczne obszary znane z produktów wielu niszowych marek perfumowych, przy czym robią to w sposób bardzo oszczędny, niemal minimalistyczny i dość subtelny, przez co sprawiają wrażenie lekkich, a nawet czystych. Choć stanowią odrębne byty, zostały pomyślane tak, by móc kreatywnie łączyć je na skórze w ramach tzw. layeringu.

Citron fig rozpoczyna sie wyrazistym w swej świeżości akordem zbudowanym z rześkich cytrusów i cis-3-Heksen-1-olu, czyli nuty soczysto-trawiastej, które mają ewokować aromat figi. Kardamon i imbir – choć użyte niezwykle oszczędnie – przydają pikantnej ekspresji, balsam Copaiba dodaje głębi, zaś drewno sandałowe i cedr budują sucho-drzewny finisz i wraz z piżmami utrwalają zapach na skórze. Citron fig jest lekki, świeży, ale ma też intrygującą drzewną podbudowę.  Jest czytelnie skonstruowany, bardzo przyjemny, zrównoważony i całkiem trwały, przy początkowo dość wyraźnej, a później już subtelnej projekcji. Zapach skomponował perfumiarz Richard Herpin z Firmenich.

Clean-Reserve-Citron fig

Sel Santal – zgodnie ze swą nazwą – zawiera w formule esencję z drewna sandałowego. Ale jego zasadnicza i dominująca natura jest zielona, a to w wyniku zastosowania nuty fiołka, która na początku rozświetlona została mandarynką i bergamotką, a w sercu subtelnie posolona, co zostało zresztą podkreślone w nazwie zapachu. W spisie nut wymienia się też dość abstrakcyjny aromat „kremu z orzechów laskowych”, co należy potraktować raczej jako „perfumową poezję, aniżeli konkret. Drewnu sandałowemu w bazie towarzyszy duet ambry i piżma. Zapach ma parametry podobne do Citron fig, czyli dość intensywny, projektujący początek i raczej spokojny dalszy ciąg, kończący sie bardzo delikatną bazą. Na papierze testowym na wiele dni po aplikacji Sel Santal pozostaje już tylko wyraźny piżmowy finisz. Jego drzewno-słona sygnatura może kojarzyć się nieco z Santal 33 Le Labo, ale pachnidło Clean jest nieporównanie bardziej subtelne i bardziej świeże. Zapach skomponowała znana z pracy m.in. dla Biehl Parfumkunstwerke Patricia Choux (Mane).

Clean-Reserve-Sel_Santal

 

Sueded Oud to w tym zestawieniu mój faworyt, ale wynika to wyłącznie z moich zapachowych preferencji, a nie samego zapachu, który pod względem temperamentu jest bardzo podobny do pozostałych dwóch przeze mnie opisanych. Tyle, że tym razem mamy do czynienie z raczej linearnym pachnidłem stricte drzewnym z odrobiną nowoczesnej skóry – zamszu. Nieco wygładzony cyprysem i wiciokrzewem początek szybko przechodzi do meritum, a tym jest drzewny akord oudowy. Oud marki Clean (co za kontrastowe połączenie – czystość i oud!) jest subtelny, lekko dymny, z pewną dozą nutki, którą ja nazywam emulsyjną, farbową (tak wyrazistą w New York Amber marki Bond No. 9), którą przy odrobinie wyobraźni można faktycznie nazwać zamszową. Jedyna zmiana, jakie podlega Sueded Oud na skórze (a także na testowym papierze) to gubienie tej emaliowej skóry i wysuszanie się. Nuta pozostająca na skórze najdłużej, to suche, pyliste drewno, o co podejrzewam albo cedr albo papirus (ale raczej to pierwsze).

Marka poleca Sueded Oud jako doskonały podkład pod jakikolwiek inny zapach z serii Reserve tworząc w ten sposób analogię do tradycyjnego użycia oudu przez mieszkańców krajów arabskich, w których ten jest niezwykle popularny. Tam esencja oudu (lub oudowy dym) służy właśnie jako podkład do perfumowania sie innymi aromatami – przede wszystkim kwiatowymi. Faktycznie Sueded Oud ma wszelkie cechy takiego podkładu – wyraźną drzewność i linearność, a także ponadprzeciętną trwałość, w szczególności na tkaninie. Zapach skomponował Claude Dir, perfumiarz firmy Mane.

Clean-Reserve-sueded-oud-1

Warto zatrzymać się przy opakowaniu, które – czym marka ewidentnie się szczyci – zostało wykonane z materiałów ekologicznych poczynając od masywnego flakonu 100 ml z białego szkła, bardzo prostego w recyklingu, aż po korek zrobiony z drewna z hiszpańskich lasów o zrównoważonej gospodarce drewnem. Dalej – pudełko z papieru z certyfikatem FSC, biodegradowalny celofan z kukurydzy. Zawartość jest nie mniej eco – składniki z odpowiedzialnych upraw, alkohol z kukurydzy z dodatkiem aloesu. Wszystko to w bardzo spójny i przemyślany sposób zaprojektowane robi naprawdę przekonujące wrażenie czystości, przyjazności i dbałości o środowisko. Z punktu widzenia ekologicznego designu Clean Reserve to niewątpliwie przykład godny naśladowania. Ale nie tylko. Trzeba oddać, że flakony tej serii prezentują się naprawdę fantastycznie i będą podobać się lubiącym elegancki, „czysty” minimalizm. Mnie podobają się zdecydowanie.

Zapachy Clean Reserve należą do gatunku przyjemnych, intrygujących i wchodzących na terytoria olfaktoryczne najchętniej penetrowane przez marki niszowe. Tu jednak podane one zostały w bardzo przystępny, atrakcyjny i ostrożny sposób tak, by nie przestraszyć odbiorców. Mogą stanowić pierwszy krok w „rytuale przejścia” z używania perfum mainstreamowych do pławienia się w bezkresnych odmętach perfumowej niszy z jej niezwykłym bogactwem i fascynującą kreatywnością. Ale mogą też być dokładnie tym, czego szukamy. Czymś akurat i w sam raz.