The House of Oud – kiedy Włoch spotyka Araba (Saudyjczyka)…

Za marką The House of Oud stoi międzynarodowy duet. Para biznesowych wspólników, partnerów, których połączyła pasja do perfum i… oudu.

Efektem ich pracy jest kolekcja (a dokładnie dwie) pachnideł, których cechami wspólnymi są niezwykłych kształtów i barw flakony (trzeba oddać, że spektakularne) oraz to, że każda kompozycja rzekomo zawiera w formule oud. Stąd też nazwa brandu. Nie znaczy to jednak, że w każdym pachnidle ten oud jest ewidentnie wyczuwalny. Stanowi natomiast – wedle informacji twórców – element receptury każdego z nich. Za ten „wszędobylski” oud odpowiedzialny jest Saudyjczyk Mohammed Abu Nashim, człowiek opętany miłością do esencji z zagrzybionego drewna agarowego. Można i tak, prawda? Przeciwwagę dla niego stanowi Włoch Andrea Casotti, który w pewnym momencie procesu opracowywania koncepcji marki i perfum tworzących obie kolekcje postawił na swoim i nie dopuścił do tego, by – jak tego chciał jego wspólnik „w zbrodni” – każde pachnidło The House of Oud emitowało wyraźną oudową nutę. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć. Dyskutowałbym z tym, ale zamiast tego przejdę to opisania swoich wrażeń z testów poszczególnych perfum.

 

Desert Day – dzień na pustyni

To kolekcja pięciu pachnideł zdominowanych przez nuty przyprawowe i drzewne. Sprawiają wrażenie dedykowanych raczej męskiej klienteli.

HoO Day

Golden Powder pachnie suchymi przyprawami i drewnem. Najpierw przeważają cynamon i gałka muszkatołowa, później górę biorą esencje drzewne – cedr, sandałowiec, gwajak. Baza z początku jest ciepła, wypełniona labdanum, wanilią, tonką i kwiatem tytoniu. Finał zaś sucho-drzewny, niestety dość cichy.

Owocowo drzewny Wonderfly zawiera wedle źródeł unikatową w perfumerii esencję z jagód goi, pachnie na początku słodko-owocowo z subtelnym akcentem ziemi. Później jest bardziej drzewne, sama głębia to już suche drewno, które wydaje się być podstawą większości pachnideł The House of Oud.

Blessing Silence to jedyne wyraźnie oudowe pachnidło The House of Oud. Klasycznie arabskie połączenie oudu z różą i szafranem skutkuje aromatem dobrze znanym z propozycji wielu marek (m.in. Montale, Bond No.9, Heeley, Maison Francis Kurkdjian) przedstawionym tu wszakże w sposób wyjątkowo przekonujący. Blessing Silence to mój faworyt w kolekcji Desert Day, zapachowe odzwierciedlenie wieczoru na pustyni, woń upalnego gorąca u schyłku dnia. Mocna rzecz. Magnetyzująca i mistyczna.

THE-HOUSE-OF-OUD-Blessing-Silence-75ml-EDP-957x1024

Breath of the Infinite to najdziwniejszy zapach z obu kolekcji, pachnący bardzo… chemicznie. Trudno to nawet nazwać klasycznymi perfumami. To raczej olfaktoryczny obraz pustyni, namalowany bardzo oszczędnymi środkami. Ambroxan, cashmeran, ślad jakiejś nieokreślonej nuty owocowo-kwiatowej, która zresztą przedziwnie nabiera z czasem większej wyrazistości, jakby wynurzała się z gorącego piasku. Całość raczej dysonansowa, sucha, dusząca… Pachnie jak rozgrzany słońcem piasek. Może o to właśnie chodziło? Jeśli tak, to OK. Rozumiem. Ale nie kupuję.

Wind Heat przedstawia się zdecydowanie lepiej. Ma przyprawowy początek z obecnym przez pierwsze kilkadziesiąt sekund pieprzem, następnie wybijająca się gałką muszkatołową, spod której wyłania się stopniowo stanowiący serce zapachu aromat będący mieszanką irysa, cedru, wetywerii i oudu. Orientalna kompozycja o intrygującej, pikantnej nucie ze zmysłowym sercem i ładnym suchym drzewnym finiszem. Zdecydowanie jeden z moich faworytów w ofercie marki.

The-House-of-Oud-Wind-Heat-Eau-de-Parfum-Spray-63744

 

Klem Garden – dzień w ogrodzie Klem

Na tę kolekcję także składa się pięć pachnideł, tyle że o wyraźnie innym charakterze od tych budujących Desert Day. Więcej tu nut kwiatowych i owocowych, mniej arabskiego orientu. Intensywność, gęstość i trwałość tych pachnideł pozostaje na podobnym, ponadprzeciętnym poziomie.

HoO GArden

Grape Pearls to całkiem udane połączenie kulinariów i piżm oraz subtelnej drzewnej bazy. Oto nuty owoców (konkretnie rzekomo winogron) w towarzystwie kawy na oudowym podkładzie. Poukładane w sposób, jaki znamy z perfum Mancera (Aoud Cafe) czy Montale (Intense Cafe) aczkolwiek z większą gracją. Bardzo przyjemne, uniseksowe, zmysłowe pachnidło. Tylko?

Dates Delight jest kulinarnym, słodkim zapachem orientalnym, w którym nuta suszonych owoców połączona została z żywiczną bazą oraz nuta słodkiego tytoniu a’la Tuscan Leather Toma Forda.

Cypress Shade – wg Andrei Casottiego –  zostało stworzone z myślą o perfumowych maniakach, blogerach, miłośnikach woni niebagatelnych, złożonych, fascynujących. W jego formule – obok cytrusów, nut zielonych (petit grain, kolendra, mięta) zawarto esencję z cedru z Madagaskaru oraz bardzo wyraźną, wzmacniającą się z czasem nutę wetywerii. Oud jako taki nie ujawnia się tu indywidualnie. Po kilkunastu minutach od aplikacji na skórze wetyweria zaczyna dominować i – trzeba to przyznać – pachnie wyjątkowo, głęboko, intensywnie. Z czasem zaczyna przybierać nieco mydlanego, „czystego” charakteru, trochę w kierunku Original Vetiver Creeda. Nie dziwi mnie, że to ulubione przez panów perfumy The House of Oud. To także jeden z moich ulubieńców w ofercie tej marki. A już na pewno ulubiony w kolekcji Klem Garden.

THE-HOUSE-OD-OUD-Cypress-Shade-75ml-EDP-969x1024

 

Almond Harmony  –  tytułowy migdał jako początkowo dominująca nuta, w towarzystwie nut kwiatowych, w tym heliotropu (rzecz jasna) na balsamiczno-tonkowej (o tak) bazie. Heliotropina i tonka plus wanilia gwarantują słodko-migdałowy efekt obecny w pierwszej i drugiej fazie trwania zapachu. Początkowo intensywny, że aż zgrzyta między zębami. Później spod tej słodkiej pierzyny przebija się nieśmiało nuta kwiatowa, ale bardziej w typie narcyza lub lilii, niż jaśminu czy ylang, które widnieją w oficjalnym spisie nut. I tak to sobie trwa, aż zniknie…

Ładne to, słodkie, smakowite. I nie można od tego przytyć. Same zalety.

Empathy ma kręcące w nozdrzach, przyprawowo(pieprz?)-owocowe (malina?) intro, po którym nabiera nieco bardziej kwiatowego charakteru, zachowując przy tym wdzięczną owocowość. Ten owocowo-kwiatowy akord wiodący osadzony został na ładnie przedłużającej całość drzewno-mszystej bazie, z której wszakże najwyraźniej czuję cashmeran. Ładne, choć bardzo schematyczne.

 

Pachnidła The House of Oud okazały się zupełnie inne od tego, czego spodziewałem się po nazwie marki. Miałem nadzieję na kawał bezkompromisowej arabskiej perfumerii, przepełnionej prawdziwym oudem (ceny flakonów pozwalałyby na to) w różnych wydaniach. Miast tego dostałem zestaw, a właściwie dwa zestawy perfum, które z Arabią wspólnego mają bardzo niewiele. Przy czym kolekcja Desert Day generalnie wypada tu lepiej i w niej można odnaleźć ślady arabskiego sznytu, w pełni wyczuwalnego tylko w Blessing Silence. Broni się też Wind Heat, choć już nie tak ewidentnie. Z kolei kolekcja Klem Garden to raczej zestaw bardziej owocowych niż kwiatowych pachnideł orientalnych, nie wyróżniających się niczym specjalnym może poza sporą gęstością samych aromatów. Ale i tu mam swego faworyta – Cypress Shade (tu akurat ani kwiaty ani owoce nie odgrywaj istotnej roli), a to dzięki całkiem oryginalnemu i naprawdę efektownemu potraktowaniu wetywerii. W sumie trzy dobre pachnidła na 10. Nieźle, czy źle? Hmm….

Panie Casotti, dlaczego czuję się nabijany w piękną butelkę?

 

 

PS. Perfumy The House Of Oud można przetestować i zakupić w Perfumerii Quality Missala.

 

 

 

 

Reklamy

Olfactive Studio „Flash Back in New York” – śnieg w metropolii

Fotografia obsypanego śniegiem Nowego Jorku, autorstwa nowojorskiej fotograficzki  Vivienne Gucwa, stała się kanwą dla nowych perfum niszowej marki Olfactive Studio. Po raz pierwszy skomponowania perfum dla Céline Verleure podjął się znany ze współpracy m.in. z Byredo i Atelier Cologne perfumiarz firmy Robertet, Jérôme Epinette. Rezultat jest absolutnie godny uwagi. Flash Back in New York to doskonałe niszowe pachnidło.

Olfactive Studio Flash Back in NY picture

Na całość tego pachnidła składają się trzy elementy: wyraźny przede wszystkim na początku element przyprawowy, z kminem, szałwią i szafranem, następnie skórzany – będący efektem połączenia skórzanej nuty z dziegciem brzozowym (pamiętacie Le Labo Patchouli 24?) oraz drzewny – zbudowany z wetywerii i papirusu. Całość pachnie bardzo intrygująco, wytrawnie, trochę kwaskowo, trochę żywicznie, wyraźnie i długo.

Przyprawy mieszają się tu z suchym drewnem i subtelnie skórzaną aurą. Flash Back in New York ma niszowy, wysublimowany i wyrafinowany charakter. To jedna z najciekawszych propozycji Olfactive Studio – marki mającej w swoim portofolio niemal wyłączne warte uwagi pachnidła.

jerome epinette 01

Zbyt wiele tu moich ulubionych nut, by Flash Back in NY nie przypadł mi do gustu. Podoba mi się. Nawet bardzo. Zbyt wiele tu jednak (i to chyba nieprzypadkowego) podobieństwa do pewnego – ostatnio kultowego w pewnych kręgach – pachnidła, by móc określić najnowsze dziecko Olfactive Studio oryginalnym czy unikatowym. Tak, takie były moje pierwsze skojarzenia, potwierdzone później testami porównawczymi.  Flash Back in NY to zapach bardzo mocno przypominający mi Santal 33 od Le Labo. Tyle że kompozycja Epinette’a jest bardzo wyważona, gładsza, mniej surowa i delikatniejsza od niesamowicie intensywnego i bardziej surowego dzieła Franka Voelkla. Niemniej, oba zapachy są do siebie bardzo podobne, choć oczywiście nie identyczne.

Jakiś czas temu wśród tej bardziej snobistycznej i wyrafinowanej części Nowojorczyków zrodziła się moda na Santal 33 od Le Labo. Zapach ten stał się podobno prawdziwym niszowym hitem w tym mieście. Flash Back in NY Olfactive Studio wydaje się logiczną na niego odpowiedzią. A może to tylko przypadek?

Wątpię.

Olfactive Studio Flash Back in NY

nuty głowy: kmin, szałwia muszkatołowa, biały len, szafran

nuty serca: fiołek, jaśmin, toskańska skóra

nuty bazy: dziegieć (smoła brzozowa), papirus, wetiwer, bób tonka

nos: Jerome Epinette

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

Piotr Czarnecki – „Scent of Dance”, czyli jak z tańca zrobić perfumy?

O Piotrze Czarneckim, a właściwie o tworzonych przez niego perfumach, chciałem napisać na Perfumowym Blogu już kilka lat temu przy okazji niebywałego sukcesu, jaki odniosły perfumy jego autorstwa. Mowa tu o Sensei (2013), dzięki któremu Piotr – na codzień instruktor tańca i właściciel szkoły tańca – znalazł się w gronie finalistów amerykańskiego The Art and Olfaction Awards w 2014 roku i osobiście wziął udział w uroczystej gali z okazji przyznania nagród, która odbyła się w Los Angeles.

Piotr Czarnecki
Piotr Czarnecki, copyright Agencja Gazeta

Mimo, że byliśmy w kontakcie, nie składało się jakoś i recenzja Sensei nigdy nie powstała. Na szczęście okazało się, że Sensei – ten prawdziwy precedens w historii polskiego perfumiarstwa – miał swój ciąg dalszy. Piotr zachęcony jego sukcesem (przemianował go na Shihan) następne lata wykorzystał pracując nad kolejnymi pachnidłami. Już rok po premierze Sensei, perfum o raczej męskim charakterze, światło dzienne ujrzał Shihan She, perfumy przeznaczone dla kobiecej skóry. Zeszły rok przyniósł zakończenie prac i wylansowanie trzech kolejnych pachnideł Piotra: Kiviskin, Bleubijou i Venom of Angel.

Dzięki uprzejmości Piotra mam dziś w końcu okazję podzielić sie wrażeniami na temat jego perfumowej twórczości. Zacznijmy – a jakże – od Shihan.

 

Sklep kolonialny

Pamiętacie jeszcze, jak pachnie słynny pierwszy zapach Comme des Garcons? Shihan przypomina mi go w pierwszych minutach. Podobne połączenie nut przyprawowych (z goździkiem i cynamonem w rolach głównych) z ambrowym tłem. Shihan dodatkowo jeszcze emituje jakże mi drogie nuty nut kawy,  whiskey i tytoniu, zamieniając się w coś, co określiłbym zapachem wnętrza sklepu kolonialnego. Aromat ten nie po raz pierwszy został zamknięty we flakonie perfum. Nie jest więc Shihan w żadnej mierze oryginalny, ale jak debiut perfumiarza – amatora z pewnością zasługuje na uwagę i uznanie. Poza tym pachnie naprawdę ładnie – jest zbalansowany, nasycony, złożony. Ale – przy całym swoim uroku – nosi kompozycyjnie wyraźne cechy debiutu, intryguje owszem początkowymi nutami, które trzymają się jeszcze nieźle w fazie serca, zapach mocno gaśnie w drydownie i czegoś mu tu wyraźnie brakuje.

shihan

główne nuty: goździk, kawa, whiskey, ambra,

 

Karmelowa róża

Choć Shihan to bezdyskusyjnie uniseks, Piotr zdecydował się na stworzenie także jego damskiego „odpowiednika”. She Shihan zbudowane zostało na kanwie poprzednika, ale perfumiarz ozdobił go nutą róży oraz śliwki. Przyznać muszę, że efekt jest naprawdę dobry, bo obie te nuty połączyły się w jeden akord o oryginalnej woni, wcale nie ewidentnie kwiatowej czy owocowej, ale za to wyraźnie kobiecej. Przyprawowy charakter poprzednika złagodził zaś puchatą wanilią. W rezultacie w sercu She Shihan pachnie jak róża oblana karmelem i muszę przyznać, że jest to zapach bardzo przekonujący i skazany na uwielbienie przez panie. Dzięki olejkowi różanemu She Shihan lepiej emanuje ze skóry i ma w sobie znacznie więcej życia, niż dość statyczny i stateczny Shihan. Wanilia okupuje bazę stanowiąc ładne zwieńczenie całości.

shihan she

główne nuty: róża, śliwka, przyprawy, wanilia

 

Zielona skóra

Kiviskin od pierwszych nut zaskakuje niszowym charakterem, który na pierwszym etapie początkowo kojarzy mi się z estetyką niektórych pachnideł Oliviera Durbano. Akord otwarcia jest naprawdę intrygujący i bardzo mocny. Wirująca mieszanka zielonej nuty fiołkowej i sporej dawki kręcących w nosie przypraw (szafran, pimento, gałka muszkatołowa) spodoba się poszukiwaczom mocniejszych i zupełnie niesztampowych wrażeń perfumeryjnych. Aromat ten – siłą rzeczy – niczym huragan sieje spustoszenie w naszych nozdrzach (i zapachowej pamięci – obrazki wspomnień zmieniają się jak w kalejdoskopie), by dość gwałtownie zniknąć i pozostawić po sobie woń powalonych drzew cedrowych, nad którymi unosi się zapach orzechów oraz – uwaga – skóry. Teraz z kolei bliżej mu do niektórych propozycji L’Artisan Parfumeur z okresu współpracy z Bertrandem Duchaufourem (zieleń Timbuktu połączona z orzechami Mechant Loup). Z czasem centralną nutą zapachu staje się skóra, której zwiastun wyczuwalny jest tak naprawdę już na samym początku. Kiviskin to bardzo oryginalne i intrygujące pachnidło zielono-skórzane. Czuć, że Piotr poszukuje nowych akordów i to z powodzeniem. Sam choć przewąchałem już wiele perfum, nigdy wcześniej takiego aromatu nie spotkałem.

kiviskin

główne nuty: przyprawy, fiołek, orzech, cedr, skóra

 

„Na (zielone) jagody”

Owocowo-zielone intro o potężnej mocy stopniowo traci swą niesamowicie intensywną zieloność i przechodzi w łagodniejsze, nieco bardziej owocowe serce, spod którego przebija słodkawa nuta kawy i coś jeszcze, jakaś nuta, której nie umiem zidentyfikować (może to wspomniana w składzie borówka?). Kontrast – ten środek artystycznego wyrazu potrafi być w perfumerii szczególnie efektowny, gdy umiejętnie zbalansowany. Połączenie nut w przyrodzie niewystępujące, nieodczuwalne także w naszym otoczeniu, może wzbudzić zainteresowanie, a nawet zachwyt, ale może też mieć czasem szokujący charakter. W Bluebijou stosuje kontrast zielone-słodkie, co troszkę szokuje i troszkę zachwyca. Wynikać to może ze zbyt przytłaczającej w swej mocy zawartości zielonej esencji fiołka i zbyt małej kawowo-czekoladowej przeciwwagi. Potrzeba sporo czasu, by zapach ułożył się w całkiem przyjemny aromat raczej linearny, który niewiele się zmienia w czasie poza tym, że traci (bardzo powoli) swój pierwotny impet, aby na końcu uraczyć nas mocnym piżmowym drydownem, na wierzchu którego czuć resztki kawy.

bluebijou

główne nuty: fiołek, borówka, kawa, piżmo

 

Anielski jad

Chyba najbardziej „perfumowy” z wszystkich perfum Piotra – póki co. Mam na myśli to, że pachnie bardziej profesjonalnie, a mniej rzemieślniczo. Nie znaczy to, że pachnie gorzej od innych. Przeciwnie – Venom of Angel to mój ulubione pachnidło Piotra Czarneckiego. Przede wszystkim akordy są tu trudne do rozszyfrowania, czuć efekt synergii składników, zapach stanowi monolityczną całość, ciekawie się rozwija i naprawdę dobrze sprawuje się na skórze przechodząc od słodkawo-pikantnego początku z wyraźną nutą kokosa niesioną w przestworza przez czarny pieprz, przez intrygujące, słodkawo-zielone (aloes, bluszcz, trzcina cukrowa) serce, aż po bardzo charakterystyczną, dość wyraźną i sygnaturową bazę z m.in. cedrem, która kojarzy mi się nieco z finiszem fougere. Jest w niej ten męski pierwiastek charakterystyczny dla perfum tego gatunku.

Testując Venom… w „teście niewidomego” mógłbym spokojnie pomyśleć, że to kolejne perfumy jednej z bardziej zapachowo przyjaznych marek niszowych lub kolejna propozycja jednej z marek designerskich słynących z bardziej odważnych i wymagających jak na mainstream kreacji. I nie traktuję tego jako zarzutu, tylko raczej jako komplement dla rozwijającego się warsztatu Piotra. Jako całość Venom of Angel to wg mnie jego najbardziej dojrzałe perfumy. Absolutnie uniseksowe, a nawet – w drydownie – bardziej męskie.

venom

główne nuty: kokos, aloes, bluszcz, trzcina cukrowa, cedr

 

Piotr Czarnecki wyraźnie się rozkręca. Jego najnowsze pachnidła dobitnie o tym świadczą. Nasz rodzimy perfumiarz ma intrygujące pomysły, które z powodzeniam przekłada na olfaktoryczne opowieści, a te nie tylko interesująco pachną na testowym papierku, ale również – a może nawet przede wszystkim – na skórze, ciesząc noszącego i intrygując otoczenie. Co jest szczególnego w perfumach Piotra to fakt, że są one autentyczne. To małe dzieła perfumowej sztuki, zapachowe zwieńczenia wizji i poszukiwań Piotra, ograniczonych jedynie paletą dostępnych składników i jego umiejętnościami. Tu nie ma kalkulacji. Jest za to szczery artystyczny przekaz. Trzymam kciuki za rozwój perfumowej działalności Piotra, mając nadzieję, że stworzy on kiedyś perfumy dedykowane mężczyznom – takie z wetiwerową dominantą, bergamotą, tytoniem, mchem dębowym i … dużą dawką jego talentu.

 

PS. Dla zainteresowanych poniżej reportaż o Piotrze i jego perfumiarskiej pasji.

Carner Barcelona – „Oriental Collection”, ślepy zaułek w Barcelonie

Po całkiem udanej Black Collection i nijakiej Floral Collection, chyba najbardziej znana hiszpańska perfumowa marka niszowa przedstawiła właśnie Oriental Collection, na którą – podobnie jak w przypadku ostatnich wyżej wymienionych dwóch dwóch kolekcji – składają się trzy pachnidła.

Carner Barcelona Oriental Collection

Megalium

Przyprawiona cynamonem, gałką, pimento i pieprzem słodko-żywiczny kadzidlak. „Ale to już było” i to wielokrotnie. I to dawno temu. Wciąż jednak – jak widać – lubi wracać, mimo że przecież słowa piosenki mówią coś zupełnie innego…

Botafumeiro

Przyprawiony pieprzem i gałką kadzidlak, rozpoczynający się bardzo podobnie do słynnego Bois d’Encens Armani Prive (choć wstęp jest mniej pikantny i drzewny, za to złagodzony przez cytrusy), dość szybko jednak tracący początkowy impet i w przeciwieństwie do przywołanego dla porównania arcydzieła minimalizmu Michela Almairaca, Botafumeiro nie oferuje nic interesującego poza wspomnianym początkiem. Szkoda.

Ambar del Sur

Po prostu żywiczny, ciepły zapach ambrowy, jak dziesiątki innych. Nuda.

Carner Oriental

Oriental Collection potwierdza wg mnie na to, że Sara Carner wyraźnie skręciła w ścieżkę komercyjną. Granie znanych i przyjemnych melodii niejednemu już przyniosło zyski, choć niekoniecznie chwałę. Zapachy te są poprawne. Tyle i tylko tyle. Cechuje je wtórność i zachowawczość oraz raczej dyskretny charakter. Już Black Collection trochę niepokoiła wtórnością, choć same zapachy broniły się jakością. Flower Collection niczym mnie nie zachwyciła. Ostatnie wg mnie naprawdę intrygujące i udane pachnidła Carner to Paolo Santo i Costarella. Także w najstarszej Woody Collection znajdziemy znacznie lepsze pozycje, niż te składające się na miałką w mojej ocenie Oriental Collection. I nawet te piękne flakony jej nie ratują. Niestety.

Maison Francis Kurkdjian „Aqua Celestia Forte”

Kompozycje Francisa Kurkdjiana prezentowane w ramach Maison Francis Kurkdjian są równie nieskazitelnie perfekcyjne, jak noszone przez niego białe koszule. Podobnie zresztą jak design jego produktów i butików, o świetnej strategii marketingowej nie zapominając. MFK to prawdziwa gwiazda na perfumowym firmamencie i przykład ogromnego sukcesu w branży.

Francis Kurkdjian
for. Maison Francis Kurkdjian

Sam Francis Kurkdjian kocha świeżość w perfumach, czemu szczególny wyraz daje w kolejnych pachnidłach z cyklu Aqua. Te fenomenalne zapachy są w swym gatunku niemal bezkonkurencyjne. Rzadko można spotkać tak urodziwe, harmonijne i jednocześnie niebanalne, świeżo pachnące perfumy.

 

MFK Aquas 2
fot. Maison Francis Kurkdjian: Aqua Celestia, Aqua Vitae, Aqua Universalis

Lekkiej, zwiewnej i nieco bardziej subtelnej wersji eau de toilette każdego z tych zapachów zaczyna po czasie towarzyszyć bogatsza, głębsza, bardziej zniuansowana i przede wszystkim trwalsza wersja Forte będące w istocie eau de parfum.

Po tym, jak w wersjach Forte zostały zaprezentowane Aqua Universalis i Aqua Vitae, nietrudno było zgadnąć, że także i Aqua Celestia się tego szybko doczeka.

Jak pamiętamy, Aqua Celestia wyróżnia się na tle pozostałych wód zieloną kwiatową nutą mimozy w sercu oraz świeżym limonkowo-miętowo-przeczkowym otwarciem. W wersji Forte czujemy oczywiście znany z poprzednika temat, ale intro zapachu jest bardziej intensywnie limonkowe i za sprawą petit grain mocniej zielone, a także bardziej długotrwałe, kwiatowość serca wzbogacono zaś o kremową nutę jaśminu. Tyle szczegóły. Odnosząc sie zaś do – naprawdę bardzo udanej – całości, mam wrażenie, że jej moc (forte – silny, mocny) i głębia zostały uzyskane podobnymi środkami, jak w w przypadku wcześniejszych Aqua Universalis i Acqua Vitae w wersjach Forte. Jest taka wspólna dla nich wszystkich, dość trudna do opisania, kremowo-kwiatowa nuta, która wraz z upływem czasu wzmacnia swą obecność, powodując, że finisz zapachu przypomina woń luksusowego kremu do skóry. Ten właśnie aspekt powoduje, że wszystkie wersje Forte odbieram jako pachnidła, które lepiej licują z kobiecą niż męską skórą. W przeciwieństwie do wersji pierwotnych (eau de toilette), które sprawdzają się także jako odświeżające kolońskie dla mężczyzn. Choć na końcu oczywiście wszystko jest kwestią indywidualnych preferencji.

Aqua Celestia Forte to kolejne wyjątkowej urody pachnidło w ofercie Maison Francis Kurkdjian, marki, której pachnące propozycje to połączenie perfumiarskiego kunsztu z najwyższej jakości składniami i rzadko spotykaną, uniwersalną urodą. Polecam zdecydowanie.

aqua_celestia_forte_2_1024x1024
fot. Arielle Shoshana

główne nuty: limonka, mięta, liść gorzkiej pomarańczy, czarna porzeczka, mimoza, jaśmin, piżmo

nos: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5-4,0

Serge Lutens „Section d’Or” – kto bogatemu zabroni?

Kolekcja Section d’Or miała swą premierę w 2014 roku. Konkretnie w tym właśnie roku światło dzienne ujrzał zapach – pilot tego „serialu” – L’Incendiaire, zaś w 2015 dołączyło 5 pachnideł, a następnie jeszcze dwa kolejno w 2016 i 2017 roku. Od samego początku w perfumowym światku zrobiło się o niej głośno. To za sprawą faktu, że firmuje ją sam Serge Lutens, ale także – a może przede wszystkim – tego, że nadano jej status butikowej, a więc wyjątkowej, luksusowej i prawdziwie ekskluzywnej. Za tym poszła bardzo wysoka cena, która natychmiast wzbudziła kontrowersje. No bo cóż to musza być za pachnidła, skoro za 50 ml flakon trzeba zapłacić od 450 do nawet 700 EUR? Czyżby zawierały płynne złoto?

Serge-Lutens-Section-dOr-918x493

Często zdarza mi się recenzować zapachy, które kosztują niemało: 150-200 EUR za flakon 50, 75 lub 100 ml. To w perfumowej niszy czy na półce zapachów luksusowych praktycznie norma. Rzadko jednak dane mi jest poznać i opisać pachnidło, którego cena wykracza daleko poza ten poziom. Przykładem luksusowe propozycje Roja Parfums, gdzie za 50 ml wody perfumowanej zapłacimy co najmniej 300 EUR, a czystych perfum – 480 EUR. I właśnie na tym poziomie zaczynają się ceny perfum wchodzących w skład Section d’Or. Czy ten wyśrubowany poziom cenowy może mieć i czy w istocie ma jakikolwiek przełożenie na same pachnidła? O tym miałem zupełnie niespodziewaną okazję się przekonać.

Pod poetyckimi – jak to u Lutensa – nazwami kryją się bardzo naturalnie i tradycyjnie pachnące kompozycje orientalne, w których nie znajdziemy nawet śladu eksperymentów, z jakich znany jest Lutens ostatnich lat. Te perfumy to powrót do początków autorskiej perfumerii Serge’a i ma to swój niewątpliwy urok. To, co wyraźnie emanuje z tych pachnideł, to bezdyskusyjnie wysoka jakość składników i wysoka ich koncentracja, a także – wg mnie – dość krótkie, czytelne formuły, mające – jak sądzę – w założeniu jak najpełniejsze ukazanie urody najcenniejszych składników.

Serge-Lutens
Serge Lutens, Diwan Photography, 2005

 

L’Incendiaire (Podpalacz) jest z pewnością niezłym początkiem tej niezwykłej kolekcji, nie tylko za sprawą nazwy (!), ale także poprzez swą mroczną naturę wynikającą z obecności bardzo ciemnych nut: krzemiennej, balsamów, żywic i kadzidła, a także piżm. Może się podobać jako enigmatyczny i intrygujący, a także nieźle korespondujący z tytułem.

Z początku czuję w nim nutę jakby rozgrzanego krzemienia na balsamicznym tle. Z czasem łagodnieje ona i ustępuje miejsca monolitycznej mieszance balsamów, kadzideł i żywic. W późniejszej fazie dochodzą mych nozdrzy smużki olibanum, a ostatnia faza to głównie piżma. Czy tak pachnie marokański podpalacz?

collection-incendiaire

Cannibale (Ludojad) – groźny tytuł zwiastuje niebezpiecznie piękne pachnidło. Na samym początku dominuje w nim niezwykle głęboka, upojna wręcz róża, zatopiona w bardzo luksusowo pachnących akordzie żywiczno-ambrowym, z wyraźną nutą labdanum i subtelnym przyprawowym tłem, które wszakże zaskakująco szybko przykrywają różaną woń, tak jakby kwiat ten z początku pływał na powierzchni gęstej, ambrowo-żywicznej mazi, po czym w niej zatonął, niczym piękna kobieta pożarta przez kanibala…

L’Haleine des Dieux (Tchnienie Bogów) – tu orientalna mieszanka ambry, żywic, kadzidła i labdanum została nieco złamana i w ten sposób ożywiona szałwią i jodłowym balsamem. Zapach zachowuje się na skórze dość zaskakująco. Mianowicie najpierw dominuje w nim wyraźne labdanum i ma się wrażenie, że tak już pozostanie. Ale aromat dość szybko wykonuje woltę i spod labdanum wyłaniają się nuty lekko zielone, lekko jakby pikantne, lekko iglaste i to one zaczynają dominować.

Sidi Bel-Abbès zostało zainspirowane – jak się domyślam, biorąc pod uwagę miejsce w którym Serge Lutens mieszka i pracuje od lat – wnętrzem jednego z meczetów znajdujących się w Marakeszu. Tu pachnie przede wszystkim słodkim tytoniem, który posadowiony został na bazie z wanilii i żywic tworzących ambrowe tło. Czyżby Lutensowska wersja Tobacco Vanille? Poniekąd, aczkolwiek jednak pachnąca bardziej naturalnie, mniej słodko-waniliowo, bardziej ambrowo i męsko, szczególnie w bazie, ale też i – przyznajmy to – dużo mniej spektakularnie od bestsellera Toma Forda.

Zaouia-Sidi-Bel-Abbes-in-Marrakech

Cracheuse de Flammes (Plujące Ogniem) – motyw ognia pojawia się więc w Section d’Or po raz drugi, tyle że tym razem w zupełnie abstrakcyjny sposób. Bo któż by się spodziewał, że to nektarowa róża, na poły świeża, na poły orientalna. Ale nie jest to róża zwyczajna. Esencja z róży Otto, zwanej inaczej damasceńską i pochodzącej z Bułgarii, jest istotą tego pachnidła. Rzeczywiście różany aromat jest tu wyjątkowo piękny i w zaskakująco naturalny sposób połączony z nutą gruszki oraz moreli. Jest więc to na początku róża owocowa, by z czasem przeistoczyć się w ciepłą różę ambrową i tym ambrowym tłem zakończyć.

Renard Constrictor (Lis Dusiciel) – okazuje się – przewrotnie – z początku jaśminową marmoladą z czasem ewoluująca w piżmowo-indolowym kierunku. Jest więc połączeniem akordu białokwiatowego z akcentami animalnymi, co zdaje się nawiązywać do intrygującej nazwy tego pachnidła.

Prócz ceny i złoto-czarnego designu flakonów (który nota bene od razu każe mi patrzeć na to przedsięwzięcie jako obliczone na rynki arabskie i coś mi się zdaje, że się nie mylę) wszystkie zapachy łączy orientalny charakter oraz minimalizm środków wyrazu (zaskakujące, ale takie właśnie na mnie robią wrażenie ), a także czytelność, harmonia, głębia oraz to, że pachną – jak przystało na czyste perfumy – blisko skóry, powoli odkrywając swoją naturę i pozostawiając na skórze dłużej, niż woda perfumowana. Poza tym z mojej strony nie było „wow”, „och” czy „ach”. Zachwyt raczej umiarkowany. Żadne z tych pachnideł nie poruszyło mojej wybrednej i zepsutej do cna perfumo-maniackiej natury. Żaden zapach nie połechtał mojej zapachowej próżności. Wszystkie natomiast dały mi sporo przyjemności podczas testów, to fakt, a to za sprawą ich opisanych wyżej cech. Szczególne wrażenie robią na samym początku, zaraz po aplikacji na skórze, gdyż zadbano o to, by introdukcje rzeczywiście poruszały, dotykały najodleglejszych zapachowych receptorów. Z czasem zapachy osiadają i nie są już tak niezwykłe, jak na początku, ale to niestety nieuniknione, gdy chodzi o perfumy, w szczególności te z dużą zawartością naturalnych esencji, a do takich z pewnością należą te tworzące Section d’Or. 

Nie uznałbym tego wpisu za odpowiednio spuentowanego, gdybym nie spróbował na jego końcu odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie: czy pachnidła Section d’Or warte są swojej ceny? Mając naprawdę spore doświadczenie w testowaniu perfum z różnych półek cenowych z przekonaniem stwierdzam, że absolutnie nie. Owszem, są to piękne, gęste, orientalne perfumy, którym nie można odmówić jakości. Ale ich pozycjonowanie cenowe jest w tym przypadku ewidentnym zabiegiem marketingowym ukierunkowanym na wywołanie zainteresowania wśród obrzydliwie bogatych snobów tudzież (ja jednak obstaję, że przede wszystkim) jeszcze bogatszych klientów zamieszkujących Półwysep Arabski, a bardzo chętnie robiących zakupy m.in. w londyńskim Harrodsie. No ale kto bogatemu zabroni?

 

Montale Paris w dwunastu odsłonach

Bardzo trudno nadążyć za kolejnymi premierami marki Montale. Katalog ich produktów rozrasta się w wyjątkowo szybkim tempie, a pobieżne zapoznawani się z każdym nowym zapachem może wprowadzić w nie lada konfuzję i poczucie, że przecież to już było, że to podobne do innego zapachu tej samej – albo innej (bo i tak czasem bywa) – marki. Nie znam wystarczająco wielu perfum Montale, by móc to samemu ocenić lub jakoś uporządkować ten jakże liczny zbiór. Postanowiłem więc po prostu przebrnąć przez zapas czekających na testy próbek i choć krótko scharakteryzować moje wrażenia na ich temat. Marka o tyle ułatwia zadanie, że – z nielicznymi wyjątkami  – w nazwach perfum umieszcza dominującą nutę. I nie zawsze – na szczęście – jest to oud.

1. The New Rose (2016) – lekka, świeża, owocowa róża 

To oczywiście perfumy z różaną dominantą, podane w zdecydowanie kobiecy sposób, ale… Cóż jest nowego w tej róży? Nie ma tu rewolucji, choć trzeba oddać, że róża połączona tu z nutami owocowymi – maliną, porzeczką, brzoskwinią i cytrusami – pachnie naprawdę uroczo i świeżo, wcale nie przytłaczająco, ani nie ciężko. Szczególnie początek jest rześki i można w nim wyczuć nawet nutkę konwalii. Serce ma nieco bardziej landrynkowy charakter (ale bez przesady). Obiektywnie przyjemne, całkiem nasycone i trwałe pachnidło z zaskakującym drzewnym finiszem, rzeczywiście nieco inaczej, na świeżo prezentujące królową kwiatów. Warto przetestować.

Montale New Rose

2. Montale „Arabians” (2017) – oud i skóra w eleganckim wydaniu

To pachnidło przyprawowo-drzewno-skórzane, zainspirowane wspaniałą rasą koni (z której hodowli znana niegdyś była pewna polska stadnina…) podane w zdecydowanym, arabskim stylu. Otwiera się suchą i intrygująco gorzkawą mieszanką kardamonu i prowansalskich ziół (lawendy i tymianku). W sercu łagodnieje, staje się drzewne. Paczula i wetyweria osadzone są na skórzano-oudowym fundamencie, który przez pewien czas emituje subtelny lekarstwiany aspekt. Baza utrwalona piżmami i ambrą pozwala się cieszyć aromatem Arabians przez wiele godzin, ale to przecież standard w pachnidłach Montale, co wg mnie jest ich zdecydowaną zaletą. Co więcej, Arabians jest ładnie wyważone i nie obezwładnia mocą, co w tym przypadku uważam także za pozytyw. Ogólnie zapach w moim typie. Podoba mi się.

PS. „Arabians” ma dość osobliwą naturę. Trzyma się skóry wiele godzin, ale jego projekcja jest umiarkowana, nie wyczuwalna zbyt mocno dla noszącego, za to zauważana przez otoczenie. Na pewno nie jest więc aromatem przesadnie nachalnym czy męczącym. Zadbano o cywilizowaną moc. Choć osobiście wolę bardziej czuć perfumy na sobie.

Montale Arabians

3. Montale „Starry Nights” (2015) – nouveau chypre?

Intrygujący, balsamiczno-owocowy początek, z wyróżniającą się nutą jabłka przechodzi w kwiatowo-drzewne, szyprowe w swej istocie serce, z jaśminem zmieszanym z różą i paczulą. Wspomniany akord szyprowy jest tu jakby pastelowy, łagodny, przyjazny i zupełnie współczesny. Zaokrąglony chyba dość sporą dawką piżm, których charakterystyczna transparentna i lekko gryząca nozdrza nuta jest tu po pewnym czasie w sercu i bazie zapachu całkiem wyczuwalna. Naprawdę oryginalne ujecie tematu. Ale „Starry Nights” kryje w sobie znacznie więcej. Z czasem nabiera ostrej, nieco wprawdzie syntetycznej, ale mnie bardzo odpowiadającej ambrowo-drzewnej ostrości i finiszuje takimże aromatem. Nadspodziewanie dobry zapach. I trwały wręcz niemiłosiernie. Do tego zdecydowanie uniseksowy, odnajdzie się z powodzeniem na męskiej, jak i kobiecej skórze. A już najbardziej przedziwne jest to, że ja w jego sercu i bazie znajduję echa męskiego „Zino” od Davidoffa…

Montale Starry-Nights

4. Golden Sand (2015) – świeży i transparentny

Jak na Montale – zapach wyjątkowo lekki, co nie znaczy, że pozbawiony treści. Z początku słodkawo cytrusowy i miętowy, z minimalnie wyczuwalną różą. Z czasem bardziej wyraźny staje się zielony aromat fiołka, osadzony na subtelnej waniliowo-drzewnej bazie (sandałowiec). Im bliżej finiszu, tym bardzie zdominowany jest przez białe piżma. Golden Sand jest trudny do opisania, jakby niedookreślony, nie tak intensywny, czytelny i ewidentny jak większość znanych mich pachnideł marki. Wiąż jednak bardzo trwały. Przyznam, że mimo kilku testów, wciąż do końca nie wiem, co o nim myśleć…

 

Montale Golden Sand

5. Amber and Spices (2009) – skóra i ambra z emaliową poświatą

Mocny, ambrowo-drzewno-przyprawowy zapach, którego woń, z charakterystyczną nutką farby emaliowej, przypomina mi przede wszystkim New York Amber Bond No.9, jak i do pewnego stopnia także Davidoff Leather Blend. Co ważne, mimo wymienienia w nazwie ambry i przypraw, niezwykle ważnym elementem tego pachnidła jest nuta oudu, podana w lekko gorzki, „lekarstwiany” sposób. Zresztą przyprawy tu użyte są także dość szczególne i nie należą to najpopularniejszych – kmin i gałka muszkatołowa. Przydają one zapachowi głębi, gorzkości i odrobiny cielesnej zmysłowości. Summa summarum Amber & Spices to moim zdaniem jeden z najlepszych perfum od Montale. Zdecydowanie warte uwagi tych, którzy cenią sobie tego typu mocne quasi-arabskie aromaty.

Montale Amber and Spices

6. Montale „Sweet Peony” (2017) – piwonie i róże w lukrze

Uroczy, bardzo kobiecy zapach kwiatowo-kulinarny. Nie jest może oryginalny czy unikatowy, ale nie można odmówić mu urody i prawdziwie harmonijnej kompozycji. Bukiet kwiatowy z wyróżniającą się tytułową piwonią, przypominającą lekką, świeżą różaną woń, której towarzyszy zgrabnie wkomponowana wanilia, brzoskwinia, nuta kokosu oraz delikatna nuta kawy. Początkowo świeży, wyraźniej kwiatowy, dość szybko nabiera nieprzesadnej, zmysłowej słodkości. „Sweet Peony” jest więc najpierw przez krótki czas „peony”, a później już bardziej „sweet”, choć ślad kwiatowego tematu obecny jest w zapachowym spektrum całkiem długo, a na charakter finiszu duży wpływ ma ujawniające się w bazie drewno sandałowe. Ogólnie – bardzo przyjemne i – podobno – dobrze noszące się perfumy o niedominującej, przyjemnie wyczuwalnej projekcji.

Montale Sweet Peony

7. So Amber (2016) – wieczorowa róża po arabsku

Połączenie nut marokańskiej róży z nutą ambrową znaną z Amber&Spices, posypane szafranem i przybrane nutą maliny, z esencją z sandałowca w bazie. Zmysłowy, orientalno-kwiatowy, raczej kobiecy, wieczorowy, ale też – co trzeba podkreślić – kolejny różano-kulinarny zapach w ofercie Montale. Ginie pośród innych jemu podobnych.

Montale so amber

8. Wild Pears (2011) – gruszka i konwalia na drzewnej bazie

Dotrzymuje danego w tytule słowa. Pierwszy raz bowiem spotykam się z tak intensywną nutą gruszki (!), która początkowo odświeżona bergamotą, bardzo naturalnie przechodzi w umieszczony w sercu zapachu akord konwalii. Ten został subtelnie doprawiony goździkiem i osadzony na bazie z wanilii, sandałowca. Całość utrwalono piżmami, tworząc naprawdę oryginalne i zdecydowanie kobiece perfumy o wyrazistym finiszu.

Montale wild pears

9. Oudmazing (2016) – oud i figa, czyli tego jeszcze (chyba) nie było

Nazwa z jednej strony uprawnia do zakwalifikowanie tego zapachu do najliczniejszej w ofercie Montale linii pachnideł koncentrujących się „wokół oudu”, z drugiej wzmaga apetyt i powoduje, że liczymy na coś… amazing właśnie. Jedno jest pewne – nie jest to oud z jakiego Montale jest najbardziej znane. Aromat zamknięty w czarnym flakonie-puszce ze złotą „etykietą” zdaje się być dość kompleksowy i intrygujący. Kwaśno-drzewna nutka oudu wyczuwalna jest już po kilku minutach, ale towarzystwa dotrzymują jej całkiem donośne i dość nietypowe nuty: cytrusy, gruszka i figa. Zapach jest więc na początku drzewno-owocowy, z dominującą, nieco szorstką nutą figi. Z czasem – w sercu zapachu – duet oudu i figi zdaje się dominować i właśnie ta -nietypowa trzeba przyznać zbitka –  jest sygnaturą tego wyjątkowo intensywnego, nawet jak na Montale, pachnidła.

Montale Oudmazing

10. Day Dreams (2017) – gardenia w lukrze

Jest w jakimś sensie analogią Sweet Peony, tyle że miast piwonii i róży za część kwiatową odpowiadają nuty biało-kwiatowe, z kwiatem pomarańczy, neroli, jaśminem i przede wszystkim gardenią. Nad aspektem kwiatowym jednak niemal od początku dominuje część kulinarna, czyli duet wanilii i kokosu. Rusztowanie dla Day Dreams zbudowano z esencji sandałowca – która przez wzgląd na swą kremową i subtelną naturę idealnie dopełnia tego typu kulinarnie nacechowane kompozycje perfumeryjne. Zapach utrwalono sporą dawką białych piżm, które można poczuć dopiero wiele godzin po aplikacji. Day Dreams to przyjemny i harmonijny kobiecy zapach, biało-kwiatowo-kulinarny i zaskakująco delikatny, jak na standardy tej marki.

Montale Day Dreams

11. Red Aoud (2008) – pudrowana róża 

Z początkowej chmury słodkawego pyły, zbudowanego z drobinek szafranu i kminu (akord otwarcia tu unikat, z jakim dotąd się nie spotkałem) wylania się dość szybko serce zapachu, zbudowane z subtelnej, ale ewidentnej róży. Ta wraz z echem przyprawowego otwarcia rozwija się na skórze w różano-sandałowy aromat, dryfując w kierunku estetyki arabskich attarów. Drzewno-tonkowa baza pogłębia zmysłową, różaną woń. Nie odnalazłem tu natomiast nawet śladu oudu, czy czegokolwiek oudo-podobnego.

Uniseksowy początek przeistacza się z czasem w nieco bardziej kobiece niż męskie pachnidło, gdy wziąć pod uwagę europejskie standardy. Róża trwa naprawdę długo, utrwalona drzewną bliżej końca, tym bardzie kobieco wybrzmiewa. Podczas testów kolejnych pachnideł Montale staram się skategoryzować je (być może niesłusznie) jako bardziej męskie lub bardziej kobiece. Ten wg mnie zdecydowanie należy do tej drugiej grupy.

 

Montale red aoud

12. Montale – „Nepal Aoud” (2014) – suchy, drzewny pył

To jedna z bardzo miłych niespodzianek podczas moich intensywnych testów dwunastu „Montalaków”. Perfumy z gatunku, jaki szczególnie lubię. W klimacie Azzaro „Visit for Men” czy – w mniejszym stopniu – nieodżałowanego „Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix”, tyle że z dość ostrym oudowym finiszem. Ale spokojnie. Nie ma tu typowego kwaśno-paczulowo-różanego akordu oudowego, tak powszechnego w wielu pachnidłach tej marki. Jest natomiast szafran i gałka muszkatołowa w wibrującym otwarciu. Ambra, subtelna wanilia i piżma w ciepłej bazie. Trudny do uchwycenia ślad róży. No i wspomniany oud, ale to na samiutkim końcu. Przede wszystkim zaś cedr – obecny przez większość czasu, jest osią tej kompozycji. Cedr sparowany z wibrującą gałką muszkatołową, słodkim szafranem i ładnie wypełniającą całość wanilią tworzą aromat podobny do wspomnianego „Visit for Men”. „Nepal Aoud” jest jednak mniej balsamiczny od dzieła Annick Menardo, a bardziej pylisty, suchy, wytrawny, szorstki. Intrygujący i hipnotyzującym, niemal linearny zapach o przyjemnej, długo wyczuwalnej projekcji i solidnej ponad 10-cio godzinnej trwałości. Męski i naprawdę świetnie się noszący. Jestem zdecydowanie „na tak”.

montale-nepal-aoud