Nicolai Parfumeur – „Cap Néroli”/ „Néroli Intense” – przylądek neroli

Cap Néroli to perfumowy hołd złożony przez Patricię de Nicolai uprawom gorzkiej pomarańczy na Lazurowym Wybrzeżu. Néroli Intense jest cieplejszą i głębszą, bardziej zmysłową jego wersją. Oba zapachy łączy wspólny temat. Oba pięknie się różnią i równie pięknie uzupełniają. Oba to bez wątpienia perfumowe dzieła sztuki.

Patricia de Nicolai z synem Axelem

Cap Néroli zachwyca naturalnością i wyrafinowaniem. Jest zapachem świeżym, ale złożonym. Długa formuła i idealnie zaplanowane proporcje pozwalają mu nie tylko pachnieć bogato, ale i rozwijać się na skórze zgodnie z klasycznymi francuskimi wzorcami perfumowymi. Możemy więc śmiało wyróżnić w nim akord głowy, serca i głębi.

Otwiera się świeżym, lekko kwaskowym, ale przede wszystkim zielonym akordem, w którym dominująca rolę gra esencja petit grain (liść gorzkiej pomarańczy). Towarzyszą mu dla równowagi słodkie cytrusy, a dodatkowego, subtelnie ziołowego, prowansalskiego charakteru nadaje mu rozmaryn. Świeżość podkreśla mięta zastosowana z umiarem, bez tak naprawdę ujawniania się w postaci chłodnego mentolu. Akord głowy jest bardzo esencjonalny, soczysty, naprawdę piękny. W sercu ujawnia się kwiatowa część Cap Néroli. Majstersztyk zbudowany zarówno z esencji jak i absolutu kwiatu pomarańczy, Ylang-ylang oraz dominującego w jego późniejszej fazie jaśminu. Subtelnie gorzki akord białokwiatowy, będący de facto centralnym punktem Cap Néroli, osadzony został na klasycznej bazie z mchu dębowego, piżma i odrobiny ambry. Taki dobór składników nie pozostawia wątpliwości co do klasycznego charakteru zapachu. Baza jest perfumową poezją. Świeża w klasyczny sposób, emanująca echami białokwiatowego serca oraz piękną, a jakże współcześnie rzadko już spotykaną nutą mchu dębowego. Klasyka w najlepszym wydaniu.

Cap Néroli to zapach tradycyjny w swej treści i formie. To zdecydowanie stara dobra szkoła komponowania. Genialnie zrealizowana woń w typie Eau Sauvage Diora: cytrusy, neroli, jaśmin i mech dębu. Przepisy na klasykę. Siłą tego zapachu jest talent Patrici de Nicolai, doskonałe składniki i nie oglądanie się na trendy. To w swej kategorii absolutne wyżyny perfumowej sztuki. Piękny, esencjonalny, efektownie się zmieniający, ładnie projektujący i goszczący na skórze wystarczajaco długo, by się nim przez wiele godzin cieszyć.

nuty głowy: petit grain, pomarańcza, mandarynka, rozmaryn, mięta

nut serca: neroli, Ylang-ylang, jaśmin, kwiat pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, piżmo, ambra

rok premiery: 2018

nos: Patricia de Nicolai

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Néroli Intense to woda perfumowana oparta na Cap Néroli, z tym, że Patricia ociepliła cytrusowo-kwiatową woń woskiem pszczelim i dodała jej głębi za pomocą paczuli. Użyła też jeszcze kilku innych składników, jak choćby tajemniczy kwiat pospornicy oraz – w otwarciu – estragon zamiast rozmarynu i mięty. Te zabiegi spowodowały, że owszem Néroli Intense pachnie podobnie do Cap Néroli, ale jednak na tyle inaczej, by traktować go jako niezależny perfumowy byt. Mniej w nim biało-kwiatowej goryczki, mszystego tła, więcej bursztynu. Finisz jest głębszy, a zapach nie tak świeży, jak Cap Néroli, cieplejszy, bardziej zmysłowy.

Ze względu na brak obecnego w Cap Néroli klasycznego tercetu: neroli, jaśmin, mech dębu, Néroli Intense pachnie bardziej nowocześnie. O ile Cap Néroli może nieco kojarzyć się z zapachami typu wspomnianego Eau Sauvage czy Eau Fraiche Diora, co mnie osobiście bardzo odpowiada, o tyle Néroli Intense to aromat, który może już schlebiać współczesnym gustom w tym zakresie, wykreowanym swego czasu przez Neroli Portofino Toma Forda, czyli w skrócie: koloński motyw na sterydach, treściwy, pogłębiony, utrwalony.

Mnie oba ujęcia neroli w wykonaniu Patrici de Nicolai podobają się jednakowo. Każde ma coś innego do zaproponowania i każde jest doskonałe. Na koniec, po chwili zastanowienia, skłoniłbym się ku takiemu oto osądowi, że Cap Néroli ma nieco bardziej męski, klasycznie koloński charakter, podczas gdy Néroli Intense ładnie zabrzmi na każdej skórze, bez względu na płeć. Ale to oczywiście wszystko kwestia gustu. Jedno jest pewne – to doskonałe zapachy. Vive Patricia de Nicolai! Vive la France!

nuty głowy: neroli, pomarańcza, mandarynka, estragon

nut serca: kwiat posporinicy (Pittosporum), petit grain, kwiat pomarańczy

nuty bazy: wosk pszczeli, paczula, piżmo

rok premiery: 2018

nos: Patricia de Nicolai

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Carner Barcelona „Mediterranean Collection” – śródziemnomorskie lato

U progu lata Carner Barcelona raczy nas aż trzema zapachami w koncentracji wody perfumowanej zainspirowanymi wybrzeżem Morza Śródziemnego.  Nie jest to wszakże pierwszy raz, gdy marka sięga po ten jakże rozległy region geograficzny. Trzy lata temu brand Sary Carner przedstawił świetną morsko-ambrową Costarelę. Tegoroczny tercet to doskonałe uzupełnienie nieco dotąd zaniedbanej w ofercie marki kategorii świeżej i orzeźwiającej. Uzupełnienie bardzo, ale to bardzo udane, co muszę stwierdzić juz na samym wstępie.

Salado

Zapach skąpanej opalonej skóry pokrytej kryształkami morskiej soli. Rześki i odświeżający jak lekka śródziemnomorska bryza, przesuwająca się po pokładzie żaglówki zadokowanej na morskim wybrzeżu.

Salado otwiera się zielonym, lekko cytrusowym i lekko musującym akordem, któremu krótkotrwałej wibracji nadaje różowy pieprz. Słoneczne ciepło esencji kwiatu pomarańczy w sercu naturalnie współgra z wodnym orzeźwieniem nuty ogórka. W tle czuć drobinki morskiej soli, osadzone na podłożu z dryfującego drewna i utrwalających zapach na skórze piżm. Subtelna baza jest słonawa i ciepła, dokładnie jak skąpana śródziemnomorskim słońcem skóra. Świetny i bardzo sugestywny zapach.

Carner_Fresh_Salado-100ml__76810.1555349387

główne nuty: zielone cytrusy, kwiat pomarańczy, ogórek, akord słony, piżma

Bo-Bo

Bo-bo wziął swą nazwę ze starożytnego tańca folklorystycznego i podobnie jako on przywołuje dawny śródziemnomorski klimat.

Zapach jest początkowo rześko-cytrusowy, z delikatnie wkomponowanymi w sercu duetem białych kwiatów (jaśmin i konwalia). Wetyweria naturalnie przedłuża zielony aspekt zapachu dodając lekkiej drzewności, a biała ambra pogłębia finisz. Prosta, ale jakże skuteczna formuła, choć – i to muszę napisać – powodująca, że Bo-Bo wypada najmniej efektownie spośród opisywanej trójki zapachów.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Bo-Bo

główne nuty: cytrusy, czarna porzeczka, białe kwiaty, wetyweria, piżmo

Fig Man

Zainspirowany ilustracją Salvadora Dali’ego o tej samej nazwie, jest oryginalnym ujęciem pozornie klasycznych nut ziemistych odwróconych w taki sposób, by powstał fantazyjny aromat.

Fantazyjny czy nie, Fig Man to bardzo dobrze zrobiony zapach zielony z umieszczoną w centrum i wzmocnioną fiołkiem nutą figowego liścia, poprzedzoną zielono-cytrusowym wstępem, wzbogaconym wibrującym kardamonem, a spuentowaną solidną drzewną bazą z paczulą i gwajakiem, ocieploną tonką. Fig Man pachnie zielono-drzewnie, dość intensywnie i nie aż tak wielowymiarowo, jakby to wynikało z wymienionych wyżej nut. Jest mimo wszystko dość linearny i bardzo na temat, co mi akurat odpowiada. To piękny figowiec od początku do końca.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Fig-Man

główne nuty: cytrusy, kardamon, figa, akord morski, paczula, gwajak, tonka

Zapachy Carner Barcelona z kolekcji Mediterrenean urzekły mnie uniseksowym połączeniem bardzo żywych, kolorowych, orzeźwiających akordów oraz zaskakującą – jak na świeże pachnidła – esencjonalnością i trwałością, która będzie ich niewątpliwym atutem, gdy zostaną użyte w warunkach upalnej aury (która nareszcie do nas dotarła, bo niekończących się miesiącach zimna, wilgoci i niedostatku światła słonecznego), do czego zostały moim zdaniem stworzone. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym tercetem. To naprawdę świetnie pod każdym względem perfumy, których dotąd zdecydowanie brakowało w ofercie Carner Barcelona.

Acqua di Parma „Cipresso di Toscana” – w cieniu toskańskich cyprysów

Tegoroczne lato z Acqua di Parma spędzimy w Toskanii, w małych miasteczkach na wzgórzach, pośród winorośli i bujnych cyprysów. Słońce mamy gwarantowane, doznania smakowe i węchowe też. Czego chcieć więcej?

Tegoroczna premiera w ramach inspirowanej krajobrazami wybrzeża Morza Śródziemnego kolekcji Blu Mediterraneo to właściwie reaktywacja zapachu, który w innej koncentracji (i być może o nieco innym aromacie) Acqua Di Parma wypuściła w 2005 roku. Autorem tamtej kompozycji był Bertrand Duchaufour. Porównując nuty zapachowe można domniemać, że tegoroczna Cipresso di Toscana reprezentuje ten sam zapachowy gatunek: aromatyczne, zielone i – co najważniejsze – iglakowe fougére.

cypress

Jak pachnie Cipresso di Toscana? Dokładnie tak, jak to wynika z nazwy zapachu. Początkowo lekko cytrusowo, z obecnym anyżkiem i lekko cytrusową żywicą elemi. Z czasem „uwidacznia się” akord serca, zbudowany głównie z szałwii oraz lawendy. Ta pierwsza została tu użyta z wyczuciem, druga zaś pięknie się z nią komponuje, choć jest raczej w tle. Zieloności dodaje esencja petit grainClue zapachu stanowi jego iglakowa baza, zbudowana aż z trzech esencji (jodła, sosna i cyprys), nadająca specyficznego zielono-mszystego charakteru.

Cipresso di Toscana pachnie bardzo przyjemnie i bardzo poprawnie, przy tym bardzo klasycznie. To (kolejny) ukłon w kierunku dojrzałej, męskiej klienteli (ta chyba stanowi większość w przypadku tej marki), która ceni sobie klasyczne męskie akordy. Bardzo podobnym, acz nieco intensywniejszym zapachem jest Italian Cypress Toma Forda. Zbieżność nazw nie jest więc przypadkowa. Pod względem intensywności i projekcji to aromat utrzymany w ryzach, dobrze utrwalony, trzyma się na skórze całkiem długo. Trzeba pamietać, że pod względem koncentracji nie jest to przecież kolońska, z którą Acqua Di Parma najbardziej się kojarzy, a woda toaletowa i tak właśnie się zachowuje.

rhdr

Cipresso di Toscana to solidne i dobrze wykonane pachnidło, kontynuujące klasyczne tradycje marki. Trzyma poziom i nie rozczarowuje, choć też nie przyprawiło mnie o zachwyt. Ale nie taki chyba był cel kreatorów w tym przypadku.

Oceniam na mocne 4.

AdP Cipresso

nuty głowy: pomarańcza, elemi, anyżek gwieździsty

nut serca: lawenda, szałwia, liść pomarańczy,

nuty bazy: balsam jodłowy, cyprys, igły sosnowe

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Amouage „Portrayal Man” i „Portrayal Woman” – portrety przeszłości

Oto jest – nowy perfumowy duet od Christophera Chonga i jego Amouage. Portrayal to pachnidła zainspirowane latami 20-tymi XX wieku, okresem odzyskanego w Europie Zachodniej pokoju oraz kobiecej emancypacji.

Amouage Portrayal

Portrayal Man – „Pan już tu był…”

Zielony, soczysty, lekko trawiasty początek, przechodzący w zieloną nutę fiołka, spod której wyłania się skórzana nuta o lekko benzynowym zabarwieniu. Umieszczona w środku wetyweria idealnie łączy oba akordy niczym olfaktoryczny most. Portrayal Man pachnie dość prosto i czytelnie, męsko i solidnie oraz …. dziwnie znajomo.

Portrayal Man to skórzano-zielony zapach o nie do końca współczesnym brzmieniu, pachnący jak dziecko Grey Flannel i Fahrenheita z delikatnie orientalnym twistem.

W ostatnich dniach specjalnie odświeżyłem sobie Fahrenheita (wciąż genialny), by móc lepiej skonfrontować oba pachnidła. W Portrayal Man są zielone fiołkowe liście i jest nuta skórzano-benzynowa. Wystarczy, by zrobiło się znajomo. Doprawdy zaskakująca ładunkiem sentymentu propozycja, mocno zapatrzona w niewątpliwie jeden z największych triumfów męskiej perfumerii wszech czasów. Ale Portrayal Man nie jest to po prostu kopią Fahrenheita. To byłoby stwierdzenie krzywdzące dzieło Chonga i spółki. Mimo wszystkich podobieństw, znajdziemy tu także różnice. Portrayal to amłażową realizacja tego samego tematu, mniej skórzana, bardziej fiołkowa, a do tego – gdy zapach już osiądzie na skórze – przyozdobiona w orientalną nutę, która tu nieco majacząca, zdecydowanie wyraźniejsza jest np. w Rasasi La Yuquawam Pour Homme (a więc siłą rzeczy także, choć w mniejszym stopniu w Tuscan Leather Toma Forda). Zapach jest wykonany perfekcyjnie, co nie zaskakuje w przypadku tej marki. Nigdy nie dyskutuję na temat formy Amouage – ta jest zawsze na najwyższym poziomie. Zresztą o rzadko której współczesnej marce perfumowej mogę powiedzieć to samo. Projekcja może nie przytłacza (i to akurat dobrze), ale jest wystarczająca, a zapach czuję na sobie naprawdę wyraźnie i bardzo długo. Mimo jego olfaktorycznej wtórności, kusi jakością, świetnymi parametrami i tym orientalnym „twistem”, który odróżnia go od wspomnianego klasyka. Wystarczy, żeby zaopatrzyć się we własny flakon? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, najlepiej po wcześniejszych testach.

Amouage Portrayal Man

nuty głowy: fiołek

nut serca: wetiwer

nuty bazy: cade (jałowiec kolczasty)

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Portrayal Woman – chłopczyca w sukni

Kobiecy styl 20-lecia międzywojennego wiązał się z ówczesną emancypacją i w dużej mierze wynikał z tego, co na paryskich wybiegach pokazywała Coco Chanel. Początkowe ukrywanie kobiecych kształtów, inspiracja modą męską (m.in. noszenie spodni przez tzw. „chłopczyce”), krótkie włosy, mocny makijaż, z czasem zastąpione zostało bardziej już kobiecymi sukniami za kolano, czy eleganckimi żakietami. Stylową kobietę tamtego okresu charakteryzował też nieodłączny papieros zatknięty w długą „fifkę”. To połączenie symbolizującej kobiecość nuty jaśminu oraz w swym pochodzeniu i kulturowych konotacjach męskiego akordu tytoniowego jest istotą Portrayal Woman. To nie pierwszy raz, gdy oba – wydawałoby się odległe od siebie – aromaty zostały połączone w jedną perfumową kompozycję. Wcześniej dokonał już tego Etienne de Swardt, który wspólnie z perfumiarzem Antoinem Maisounieu stworzyli w 2012 słynne Jasmin et Cigarette.  W porównaniu z tamtym zapachem Portrayal Woman wypada zdecydowanie bardziej „okiełznanie” i zachowawczo.

moda-na-lata-20-467249-GALLERY_BIG

Z początku czujemy lekko owocową nutę jaśminu, spod której dość szybko wyłania się tytoniowe tło, ale jest to akord tytoniu aromatyzowanego wanilią. Tej wanilii zresztą z każdym kwadransem przybywa, a jej bardzo zgodnym kompanem jest użyta jako baza zapachu żywica elemi.

Portrayal Woman jest – jak na Amouage – dość zachowawczy w realizacji tematu, pachnie oczywiście bardzo ładnie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie poświęcono mu dość uwagi. Zabrakło w nim właśnie tego buntowniczego, emancypacyjnego, pełnego wolności ducha lat 20-tych XX wieku, które rzekomom portretuje. Nie ma w nim zachłyśnięcia się wolnością, nie ma grubej kreski makijażu i nie ma… spodni.  

Amouage Portrayal Woman

nuty głowy: jaśmin

nut serca: akord tytoniowy, wanilia

nuty bazy: elemi

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,5

Tom Ford „Beau de Jour” – być pięknym tego dnia

Tom Ford jest mistrzem powtórnego wynajdywania koła. Od początku istnienia perfumowej linii Private Blend sięga do historii perfum i z dużym powodzeniem poddaje ją współczesnej reinterpretacji. Jego najbardziej – póki co – spektakularnym sukcesem w tej dziedzinie jest reaktywowanie popularności kolońskiej w postaci Neroli Portofino (a następnie szeregu kolejnych neo-kolońskich zapachów tworzących już całkiem sporą kolekcję). Tak jakby wychodził z założenia, że nie tylko historia mody, ale i historia perfum kołem się toczy…

Tom Ford

Tegoroczne Beau De Jour to doskonały przykład tego podejścia, tyle że tym razem w gatunku aromatic fougére. Poprzedzony wprawdzie już dwoma zeszłorocznymi, pokrewnymi stylistycznie Fougére d’Argent i Fougére Platine oraz do pewnego stopnia także Noir Anthracite z linii podstawowej Toma Forda, Beau de Jour sprawia wrażenie najwyraźniejszego nawiązania do klasyki gatunku. Mam na myśli klasyczny, zapoczątkowany jeszcze w XIX w. przez Fougére Royale Houbigant męski aromat, oparty na połączeniu lawendy, mchu dębowego i kumaryny, który – w wyniku tego, że w ten, a nie inny sposób w latach 60-70 tych XX w. perfumowano męskie kosmetyki do golenia – przyjęło się nazywać „zapachem gładko ogolonego dżentelmena”. Innymi – nie naszymi – słowy Beau De Jour to tzw. „barbershop scent.” 

Tom Ford Beau du Jour

Beau De Jour nawiązuje swą nazwą do słynnego francuskiego filmu Luisa Buñuela „Belle de Jour” z 1967 roku z Catherine Deneuve w roli głównej. Wizualna kampania inspirowana jest szykiem YSL z tamtych lat. Wreszcie sam zapach to współczesna interpretacja klasycznego tematu fougére, co prowadzi do skojarzeń ze słynnym Rive Gauche Pour Homme, które to pachnidło w 2003 roku Jacques Cavallier skomponował dla YSL, kiedy to kreatywna siłą napędową tego domu mody był… Tom Ford właśnie.

YSL Rive Gauche PH

Co ciekawe, w nazwie zapachu występuje rodzaj męski (beau), ale na zdjęciu promującym zapach widzimy – mam wrażenie – kobietę wystylizowaną na mężczyznę…

W taki oto sposób kreator po raz drugi wszedł do tej samej pachnącej rzeki. Już wspomniany Rive Gauche Pour Homme był jednym z najdoskonalszych (jeżeli nie najdoskonalszym w ogóle) hołdem dla gatunku aromatic fougére. Nikt na początku XXI wieku nie sięgał po tę estetykę w męskich perfumach. Tom Ford odważnie i z sukcesem zrobił to i przy pomocy perfumiarza Jacquesa Cavalliera stworzył kto wie, czy nie najlepszy zapach tego gatunku. Po 19 latach od tamtej premiery Ford wrócił do tego samego pomysłu. Tym razem zadanie zlecił innemu świetnemu perfumiarzowi – Antoine Maisondieu. Ten wywiązał się zeń doskonale.

Beau du Jour to fantastyczny przykład aromatic fougére pachnącego bardzo stylowo, ale skrojonego wg współczesnych kanonów w kwestii doboru niektórych składników, jak i ogólnej mocy i projekcji zapachu. 

 

new-fragrance-Beau-de-Jour-tom-ford-2019

Znajdziemy tu oczywiście emblematyczne dla gatunku nuty, które determinują jego charakter i powodują, że nie można go pomylić z niczym innym, czy też mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jest lawenda w otwarciu (a nawet dwa jej gatunki), jest wyczuwalny bardzo szybko mech dębu (jakże piękna, oldskulowa nuta!), nie zabrakło niemniej tradycyjnych nut geranium i rozmarynu, budujących piękną, lekko ziołową część zapachowego spektrum. To tego momentu wszystko wydaje się być zgodne z klasycznym przepisem. Różnica tkwi w bazie, gdzie nie znajdziemy słodkawej kumaryny czy tonki (albo tak nowatorsko użytego w Rive Gauche gwajaku). Miast tego mamy na wskroś współczesną mieszankę paczulowej frakcji i współczesnej nuty ambrowej. Baza jest więc raczej sucha, lekko nawet dymna, wytrawna. Inna niż znane mi bazy tego typu pachnideł. To ona plus wyważenie poszczególnych nut uwspółcześniają całość i powodują, że mimo ewidentnie klasycznej treści, formę ma Belle de Jour dostosowaną do współczesnych standardów. Ale nie traci swego klasycznego charakteru ani na chwilę, a trwa na skórze dobrze ponad 8 godzin, będąc początkowo całkiem wyrazistym, z czasem emitując akuratny zapachowy ogonek i przypominając o sobie od czasu do czasu.

Beau De Jour zasługuje na wysoką ocenę. Nie za odkrywczość czy nowatorstwo, bo przecież nie o to tu chodziło. Za jakość i styl. Ponadczasowy i bezdyskusyjnie męski. To najwyższych lotów retro-stylizacja podana w bardzo wyważony i harmonijny sposób. Tom Ford po raz kolejny wydał na świat fantastyczny neo-klasyczny męski zapach idąc swoją ścieżką, bez oglądania się na aktualne trendy. A że wszyscy lubimy melodie, które już znamy, to przecież nie nasza wina, prawda?

Beau du Jour bottle

nuty głowy: lawenda, lawenda prowansalska

nut serca: afrykański rozmaryn, krzew geranium mech dębu, bazylia,

nuty bazy: paczula, ambra

rok premiery: 2019

nos: Antoine Maisondieu

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

J. Lesquendieu – pachnąca historia odzyskana

J. Lesquendieu to kolejna wskrzeszona w ostatnich latach historyczna marka perfumowa (obok. m.in. Grossmith czy Le Gallion). Jej początki sięgają 1903 roku, kiedy to powołał ją do życia w Paryżu Joseph Lesquendieu – młody francuski farmaceuta i perfumiarz. Mimo śmierci Josepha w 1962 roku firma z powodzeniem funkcjonowała aż do późnych lat 70-tych XX wieku, zyskując renomę i rozgłos. Znane i bardzo cenione były jej pachnidła: Glorilis, Feu de Bengale i Bonne Fortune. 

jlesquendieu

W 2015 roku marka wróciła na rynek dzięki Jérôme Lesquendieu – jednemu z wnuków założyciela. Słynne zapachy zostały odtworzone we współczesnych wersjach.

Lesquendieu flacons 2

 

Lesquendieu Parfum – szyk i klasa

Sztandarowe pachnidło marki to zgrabne i bardzo harmonijne połączenie słodkich nut tonki i wanilii z subtelnie odzywającym się jaśminem oraz nutami drzewnymi, któremu początkowej świeżości przydaje bergamotka, a niecodziennego charakteru nuta herbaty. Całości dopełniają nuty drzewne brzozy i cedru. Lesquendieu to perfumy bardzo komfortowo układające się na skórze, słonecznie ciepłe, z głębią i zmysłowym finiszem. Wszystko jest w nich na swoim miejscu, a ich raczej kobiecy (choć wcale nie ewidentnie) i bezpieczny charakter czyni je świetną propozycją dla kobiet chcących pachnieć wyjątkowo, ale niekoniecznie w sposób zwracający na siebie uwagę. Reasumując: elegancko i umiarkowanie, w absolutnie dobrym smaku.

Lesquendieu edp

 

główne nuty: herbata, jaśmin, tonka, wanilia, cedr, ambra

 

Bonne Fortune – świeżość i głębia

Świeży dzięki cytrusom (grejpfrut, bergamotka, mandarynka), wibrujący i musujący dzięki przyprawom (imbir, mięta), ale i posiadający pewną głębię dzięki nutom drzewnym (gwajak, cedr i wetyweria) i tonce. Bonne Fortune pachnie bardzo ładnie, przyjemnie, harmonijnie, elegancko i wydaje się być świetnym zapachem całorocznym z lekkim przechyłem w męską stronę. Kojarzy mi się ze ślicznym Eau d’Ikar Sisleya. Jest jednym z moich faworytów w ofercie Lesquendieu.

Lesquendieu Bnne

główne nuty: cytrusy, imbir, wetyweria, gwajak, tonka, cedr

 

Glorilis – kadzidlano-drzewne arcydzieło

Ten zapach przykuł moją uwagę w sposób szczególny i szybko okazał się być najciekawszym spośród testowanej piątki. Moje ulubione nuty perfumowe spotkały się w jednej kompozycji tworząc zapach tyleż niebanalny co unikatowy. Piszę to mając świadomość, że na niniejszym blogu zrecenzowałem dotąd niemal 1300 zapachów.

Glorilis zbudowany jest z czterech akordów: przyprawowego (świetne połączenie czarnego pieprzu i goździka!), kadzidlanej (olibanum i labdanum), drzewnej (cedr i wetyweria) oraz kwiatowej, choć to może nieprecyzyjne określenie, bo przecudny duet róży i geranium raczej dodaje całości dodatkowego subtelnego wymiaru, niż emanuje ewidentną „różowością”. Cała ta misterna układanka, poskładana w mistrzowski sposób, to naprawdę czuć, ozdobiona została – tradycyjnie – bergamotą w otwarciu oraz wanilią w bazie.

Nie mam najmniejszych oporów, by nazwać Glorilis arcydziełem, bo skoro w ten sposób określane jest choćby pokrewne olfaktorycznie Bois d’Encens Armaniego (a właściwie to Michela Almairaca), to Glorilis zasługuje na to miano tym bardziej, jako zapach bardziej rozbudowany, ale też przez to bardzie wielowymiarowy i fascynujący, a przy tym absolutnie „noszalny”, nie wprowadzający w konsternację. Po francusku – pełen szyku i klasy. Pachnidło to pięknie ewoluuje od pikantnego, wibrującego pieprzem początku, po którym zaraz „uwidacznia” się goździk, pięknie wprowadzający w różano-geraniowe serce. Wzmocnione labdanum, ale wcale nie ewidentnie sakralne kadzidło ujawnia się zaraz po tym, gdy ostatnie molekuły pieprzu ulecą w przestrzeń. Cedr i wetyweria tworzą bardzo solidny fundament i wraz z olibanum pozostają na skórze do samego końca, emitując mój ulubiony sucho-kadzidlany aromat. 

Jak dla mnie – doskonałe pachnidło.

 

Lesquendieu glorilis

główne nuty: czarny pieprz, goździk, wetyweria, kadzidło, labdanum, cedr

 

Lilice – francuski puder

Lilice penetruje klasyczny kwiatowo-pudrowy temat perfumowy. Znajdziemy w nim tak klasyczne dla francuskiej perfumerii składniki, jak róża, irys, czarna porzeczka czy wanilia. Zanim jednak zapach dotrze do delikatnej waniliowej bazy, rozpoczyna się lekko owocowym akordem z wyraźną czarną porzeczką, która naturalnie przechodzi w kwiatowo-pudrowe serce. Róża jest tu delikatna, nienachalna, jakby oblana porzeczkowym syropem. Irys zaś mistrzowsko wmiksowany, tak że nie epatuje swą naturą, a raczej dokłada swoje „trzy grosze” do naprawdę ślicznie pachnącej całości.

Lesquendieu Lilice

główne nuty: cytrusy, róża, irys, czarna porzeczka, ambra, wanilia, cedr

 

Feu de Bengale – oda do wanilii

Mimo dymu w tytule, ja klasycznie dymnej nuty w Feu de Bengale nie znajduję. Wielka to szkoda, bowiem to przydałoby temu zapachowi więcej charakteru i uczyniłoby go dużo ciekawszym. Taki zabieg swego czasu dokonała Annick Menardo w Patchouli 24 dla Le Labo. Połączenie wanilii, ambry, balsamów, żywic i mocnej brzozowej nuty dymnej. Genialny kontrast. Ale to zupełnie inna historia… Natomiast nie znaczy to, że dymu tu w ogólnie nie ma, ale o tym za chwilę.

W Feu de Bengale mamy lekko migdałowe intro, czuje też odległe echa owocowych nut figi i dawany. Jest wyraźny, mazisty balsam Tolu, jest przydająca nieprzesadnej słodkości esencja tonkiSerce z duetem róży i irysa – przyjmuję na wiarę, bo nie wyczuwam ani jednego ani drugiego, ale być może to problem indywidualnej wrażliwości. 

Jest wreszcie wanilia. To o niej tak naprawdę jest ten zapach. I to od niej pochodzą – śladowe, ale jednak – akcenty dymne. Tak – naturalna esencja z wanilii charakteryzuje się takim lekko dymnym akcentem. A w Feu de Bengale zastosowano jej w dużych ilościach. I to tę najprawdziwszą wanilię z Madagaskaru. To czuć.

Przyznam, że początkowo Feu de Bengale podobał mi się najmniej z całej piątki. Ale dałem mu sporo czasu, by mnie do siebie przekonał. Teraz wiem, na czym polega jego siła. Wanilia z Madagaskaru ładnie, ale z umiarem przystrojona pozostałymi składnikami pachnie bardzo zmysłowo na skórze. Szczególnie na kobiecej. I to ten niezwykle ważny element, którego mi w Feu de Bengale brakowało – kobieca skóra. Dopiero na niej zapach nabrał charakteru i siły.

Lesquendieu Feu

główne nuty: migdał, balsam Tolu, tonka, wanilia

 

 

Puredistance „AENOTUS” – zmysłowa świeżość południowego wiatru…

Niemal 3 lata zajęło perfumiarzowi Antoine Lie dotarcie do zapachowego miejsca, do którego chciał dojść Jan Ewoud Vos. W trakcie prac nad nowym pachnidłem Puredistance obaj kreatorzy wielokrotnie dochodzili do twórczej ściany. Tak trudna okazała się w realizacji wizja właściciela marki Puredistance. By się zmaterializowała, perfumiarz musiał m.in. podnieść koncentrację zapachu do niespotykanych współcześnie 48%, co oznacza, że AENOTUS technicznie jest – nawet jak na perfumowy ekstrakt – wyjątkowo mocno skoncentrowanym pachnidłem.

puredistance-aenotus-poster-es09

Pierwotnie pomyślane jako indywidualne, sygnaturowe perfumy Jana Ewouda Vosa, AENOTUS miały być idealnym połączeniem orzeźwiającej świeżości ze zmysłową głębią. Zapach miał – wedle założeń – nie ginąć po świeżym otwarciu, tylko pozostawać na skórze długo w postaci zmysłowego skin-scent.  Gdy po niezliczonych próbach udało się te założenia zrealizować, Vos zdecydował, że włączy AEONTUSa do oferty Puredistance. Tak się też stało i najnowszy zapach tej jednej z ostatnich prawdziwie luksusowych marek perfumowych miał swoją premiere właśnie w bieżącym miesiącu.

Aenotus Lie

Intro – akord głowy – to musujące, orzeźwiające cytrusy z akcentem przesuniętym na ich zieloną stronę.

Moje pierwsze skojarzenia pobiegły w kierunku esencji bergamotki i limonki, ale – ku mojemu zdumieniu – ani jednej, ani drugiej w oficjalnym spisie nut nie znajdziemy. Prawdopodobnie więc składniki budujące akord serca – a więc przede wszystkim esencja z pączków zielonej porzeczki oraz petit grain, czyli esencja z liści drzewa pomarańczowego – dodają tego rześkiego, zielonego charakteru. Na orzeźwiającą naturę AEONOTUSa z pewnością wpływ ma także zręcznie wpleciona mięta. Ten cytrusowo-zielony akord stopniowo układa się na skórze w bardzo przyjemną sygnaturę. Pogłębiony przez zastosowaną w bazie paczulę i mech dębu i utrwalony przez solidną dawkę piżm (które nota bene przebijają się w zapachowym spektrum już całkiem wcześnie, bo kilka minut po aplikacji, by później do końca już pozostać tam, gdzie ich miejsce, czyli w tle) siedzi na skórze naprawdę bardzo długo, powoli ocieplając się i przechodząc metamorfozę do zmysłowej, piżmowo-drzewno-mszystej, zaryzykowałbym stwierdzenie, że wręcz nieco szyprowej bazy.

Na jedno trzeba być próbując AENOTUSa przygotowywanym – to perfumy składające się z zasadniczo dwóch aktów, z których pierwszy jest krótszy i wyrazisty, a drugi długotrwały i cichy – drugi trwa owszem wiele godzin, ale ma bardzo subtelny, bliskoskórny charakter.

Jestem prawie pewien, że zapach będzie można jeszcze bardziej docenić podczas ciepłej czy upalnej pogody, gdyż jego konstrukcja powinna nie tylko świetnie opierać się wysokim temperaturom, ale wręcz w takich okolicznościach pozwalać na pełen rozkwit aromatu.

16-Founder-Jan-Ewoud-Vos
Jan Ewoud Vos

Jan Ewoud Vos zauważa, z czym zresztą w pełni się zgadzam, że AENOTUS niesamowicie długo i to w niemal niezmieniony sposób utrzymuje się na tkaninie, na odzieży. Jego sygnaturowy świeżo-zmysłowy akord zdaje się wówczas trwać bez końca…

Na koniec kilka zdań nt. intrygującej nazwy (która w pierwszej chwili może fanom męskiej perfumerii kojarzyć się z pewnym męskim bestsellerem ostatnich lat, ale na tym to wtrącenie zakończę…).

AENOTUS wziął swą nazwę od Aeolusa – mitycznego boga wiatrów, który przynosi chłód i orzeźwienie południowej Europie. W AENOTUSie chłodne i rześkie nuty łączą się z delikatnym, zmysłowym ciepłem tego geograficznego regionu. 

Mimo raczej tradycyjnej treści AENOTUS z pewnością wyróżnia się formą – nasyceniem i intensywnością oraz ponadprzeciętną trwałością (wszak 48% koncentracja to już prawdziwe perfumowe Himalaje) oraz faktycznie rzadko spotykanym połączeniem świeżości i głębi, orzeźwienia i zmysłowości. Wnosi do oferty perfum Puredistance nową treść, kontynuując jednocześnie tradycyjną dla tego domu najwyższą jakość. Jest – jak to zwykle w przypadku Puredistance – propozycją dla najbardziej wymagających.

puredistance-aenotus-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-09

główne akordy: cytrusowy, zielony, piżmowy

nuty głowy: pomarańcza, mandarynka, cytryna, yuzu

nuty serca: mięta, czarna porzeczka, liść gorzkiej pomarańczy

nuty bazy: mech, paczula, piżma

rok premiery: 2019

nos: Antoine Lie

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0