Helmut Lang – powrót legendarnej trójki

Powrót legendarnych pachnideł Helmuta Langa to branżowy ewenement. Bardzo rzadko bowiem ktoś zdobywa się na odwagę i reanimuje wycofane zapachy. Z tym, że w tym przypadku są to nie byle jakie zapachy. Perfumowa trójca Langa nosi bowiem w pełni zasłużone miano kultowej. Jeszcze niedawno zakup starego flakonu Eau de Cologne (2000), Eau de Parfum (2000) czy skórzanego Cuirona (2002) graniczył z cudem. Nie wspomnę tu o cenach, jakie osiągały flakony na eBay. To pachnidła, których pewnie nigdy bym nie poznał i nie opisał, gdyby nie zaskakujące przywrócenie ich do produkcji w październiku 2014 roku.

Wieść niesie, że zachowano oryginalne formuły, a zapachy zapakowano w ten sam prosty flakon – znany z pierwotnej wersji Eau de Cologne, opatrzony równie prostą białą etykietą z czarnym nadrukiem. Co jednak chyba najważniejsze, dwa z nich – Eau de Cologne i Eau de Parfum – reaktywował ich autor – perfumiarz Maurice Roucel, który tak oto wspomina proces powstawania Eau de Parfum w pierwotnym kształcie:

„(Helmut) Chciał stworzyć zapach przypominający woń potu jego kochanki/ kochanka…erotyczny, piżmowy, zapach jej/ jego skóry. Stworzenie go zajęło półtora roku. Helmut był bardzo zaangażowany jako dyrektor kreatywny. Miał jasną wizję, dobry brief i użył swej minimalistycznej estetyki w projekcie flakonu i marketingu produktu.” 

maurice-roucel-1
Maurice Roucel

Na początku Eau de Cologne oraz Cuiron adresowane były do mężczyzn, Eau de Parfum zaś do kobiet. Obecnie wszystkie trzy zapachy Langa opisane są jako uniseksy i rzeczywiście taki mają charakter.

helmut-lang-cologne-edp-and-cuiron

Eau de Cologne wita nas dość intensywnym bukietem ziół na białokwiatowym tle, jednak szybko przechodzi do meritum, stając się pachnącym czystością skin-scent. Śmiem twierdzić, że Neroli Portofino Toma Forda nigdy by nie powstało, gdyby nie Eau de Cologne Helmuta Langa. 

Eau de Cologne przypomina, że to Helmut Lang już w 2000 roku zaproponował wizjonerską nowoczesną i trwałą wersję zapachu kolońskiego, w którym poprzesuwano akcenty z tradycyjnych cytrusów na lekkie kolońskie nuty kwiatowe i zielone (kwiat pomarańczy i petit grain) i doprawiono jest subtelnie nutami ziołowymi, całość opierając na bazie obfitującej w tzw. białe piżma. W efekcie powstał subtelny zapach czystości. Piżma spełniają tu jeszcze jedna ważną rolę. Wiążą zapach na długo ze skórą, tak że Eau de Cologne staje się niejako „własną wonią” noszącego.

Nie jest to kolońska orzeźwiająca. Nazwałbym ją raczej otulającą subtelną, świeżą, zmysłową czystością. 

Sporo składników buduje ten pozornie prosty i robiący wrażenie minimalistycznego aromat. To jednak pozory, gdyż ciepłota skóry wydobywa z Eau de Cologne zaskakujące aromaty, których nie spodziewalibyśmy się testując zapach na papierku. To wszakże perfumy stworzone po to, by spryskiwać nimi ludzką skórę. I dopiero ona wydobywa z nich urodę w pełni. Proporcje ingrediencje zostały tu podporządkowane konkretnej wizji i to czuć. Eau de Cologne to bardzo spójny zapach, który poprzez swą harmonijność, zmysłowość i – co trzeba podkreślić –  w sumie „łatwą” urodę nie może się nie podobać. Przypadnie do gustu przede wszystkim osobom lubiącym pachnieć w sposób nieskomplikowany i przyjemny oraz niedominujący nad otoczeniem.

Jeszcze raz Maurice Roucel:

Czasem spotykam się z chybionymi opiniami, jakoby Musc Ravageur Fredercia Malle był moim piżmowcem. To nie prawda. W tym zapachu nie ma w ogóle piżma. To pachnidło orientalne z elementami zwierzęcymi. Helmut Lang Eau de Cologne za to jest jednym z najbardziej piżmowych zapachów na rynku i to on jest moim piżmowym arcydziełem.

helmut-lang-edc

Wersja Eau de Pafum pod względem użytych ingrediencji rzekomo nie różni się od Eau de Cologne.  Tak przynajmniej wynika z oficjalnych materiałów promocyjnych towarzyszących zapachom Helmuta Langa. Jednakowoż, jest zapachem nieco innym. Prawdopodobnie inne proporcje składników, a już na pewno odmienna ich koncentracja powodują, że Eau de Parfum jest cieplejsze, bardziej pudrowe, piżmowe, z mocniej podkreśloną wanilią i sandałowcem w bazie. Wysunięto tu naprzód nuty kwiatowe, mniej jest kwiatu pomarańczy i zielonego petit grain, a więcej jaśminu, konwalii i heliotropu. Przede wszystkim jednak mocno wyczuwalne są w tym zapachu – niemal od początku – piżma, czyniące całość pachnidłem blisko-skórnym, zmysłowym, niemal intymnym. Myślę, że Eau de Parfum z racji swego charakteru spełnić może także doskonale rolę bazy i utrwalenia każdej tradycyjnej wody kolońskiej.

Różnice pomiędzy oboma pachnidłami są na tyle istotne, że można śmiało potraktować Eau de Perfum jako wieczorową, a nawet nocną, „poduszkową” wersję Eau de Cologne, która z kolei przez swą względną jasność i lekkość kojarzy mi się z promieniami słońca o poranku.

helmut-lang-1

nuty góry: lawenda, rozmaryn, bylica, liść gorzkiej pomarańczy

nuty środka: jaśmin, róża, heliotrop, konwalia

nuty finiszu: cedr, drewno sandałowe, wanilia, paczula, akord skóry (skin), piżmo, ambra

rok premiery: 2000/ 2014

twórca: Maurice Roucel

moja ocena w skali 1 -6:

Eau de Cologne: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4

Eau de Parfum: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3/ trwałość: 5

 

Cuiron to w tym zestawieniu najbardziej oryginalne pachnidło. Naprawdę niesamowite. Już sam początek powoduje tak oczekiwany przez perfumo-maniaków „wow factor„. W każdym razie u mnie. A to za sprawą akordu otwarcia, w którym – prócz obowiązkowych, aczkolwiek tu tylko odrobinę wyczuwalnych cytrusów i różowego pieprzu – centralną rolę odgrywa esencja z ziaren marchwi połączona ze słodko-przyprawowo pachnącym cassia oil (przypomina cynamon). Ten niezwykły, trudny do opisania aromat, mający w sobie coś z woni kłącza irysa, ale jakby w bardziej owocowym wydaniu, osadzony został na zmysłowej żywiczno-drzewno-piżmowo-skórzanej bazie zbudowanej m.in. z kadzidła olibanum, labdanum, drewna cedrowego, zamszu oraz – co bardzo ważne – esencji z ziarna ketmii piżmowej. To ona wprost genialnie łączy się z ziarnem marchwi budując wraz z nutą zamszu sygnaturę tego zapachu tyleż oryginalną, co trudną do opisania. To coś w rodzaju delikatnej woni piżmo-skórzanej ze słodkawym roślinnym rdzeniem. Zapach powstał w pracowni utytułowanej perfumiarki Francoise Caron.

francoise-caron-3
Francoise Caron

Podobnie jak pozostałe zapachy Helmuta Langa, także i Cuiron jest raczej subtelny (choć nieco bardziej zdecydowany niż Eau de Parfum), trzyma się blisko naskórka, z którym bardzo trwale wiąże się za pomocą piżma ambrette. Co ciekawe, jego percepcja z nieco większej odległości, bez wnikania w poszczególne nuty, daje wrażenie lekko mydlanej, a nawet lekko „balbierskiej” czystości a’la fougere, przez co Cuiron przechyla się w męską stronę. Oryginalna to mikstura, muszę to podkreślić, która – coś mi się zdaje – prędzej czy później znajdzie się w mojej kolekcji.

helmut-lang-cuiron

nuty góry: bergamotka, mandarynka, różowy pieprz

nuty środka: cassia, ziarno marchwi

nuty finiszu: cedr, olibanum, labdanum, ketmia piżmowa, akord zamszu

rok premiery: 2002/ 2014

twórca: Francoise Caron

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,5/ oryginalność: 6/  projekcja: 3,5/ trwałość: 5

 

Przywrócenie trzech legendarnych zapachów Helmuta Langa bardzo cieszy, szczególnie wielbicieli Eau de Cologne i Eau de Parfum, którzy byli wcześniej zdesperowani do tego stopnia, że kontaktowali się bezpośrednio z Maurice Roucelem, by prosić go o informacje, gdzie można jeszcze nabyć pozostałe flakony wycofanych pachnideł! Perfumiarz przyznaje, że rozdawał nawet resztki darmowych próbek, tak bardzo pożądane to były perfumy! Jak widać „konsumenci” zostali wysłuchani, perfumy przywrócono w niezmienionych formułach (co potwierdza Roucel), co jest ruchem bezprecedensowym. Chciałoby się, by takie rzeczy działy się częściej. Wiele bym dał za powrót męskiego Gucci Envy w niezmienionej wersji (wszak brązowy Gucci Pour Homme już powrócił w postaci Bentley for Men Absolute). Oby przywrócenie zapachów Helmuta Langa okazało się ruchem tyleż trafionym, co trwałym. Sadząc po ich przyjaznych i „politycznie poprawnych” charakterach, powinny znaleźć wielu nowych zagorzałych wielbicieli. Ja już jestem jednym z nich. Maurice Roucel ujawnia, że nawet teraz, gdy zapachy są już dostępne, wciąż otrzymuje zapytania, gdzie można je nabyć. Ich dystrybucja jest wciąż bardzo ograniczona, ale widać, że i to się zmienia na lepsze, gdyż dotarły one także do Polski. Wszystkie trzy możemy od niedawna przetestować i zakupić w warszawskiej perfumerii niszowej MoodScentBar. Wspaniale, prawda?

 

 

 

 

 

Maurice Roucel (3) – „Dans tes Bras” Editions de Parfums Frederic Malle

„Perfumy są jak dziecko. Potrzeba dwojga, by je stworzyć.” Te słowa Maurice’a Roucela mówią sporo o jego stylu pracy. W przypadku Dans Tes Bras (W Twych Ramionach) pracował on wspólnie z Frederic’em Malle. W tym przypadku Malle nie był jednak wyłącznie wydawcą i konsultantem zapachu, ale brał bardzo czynny udział w jego komponowaniu. W formule pojawił się też jego ulubiony składnik – Cashmeran.

Cashmeran – aromamolekuła pachnąca piżmowo-drzewnie, ze świeżą nutką krzemienną w otwarciu 

cashmeran

Dans Tes Bras trudno jest zakwalifikować. Opisuje się go jako kwiatowo-drzewno-piżmowy i w sumie można by się z tym zgodzić. To kwiatowa aura tu dominuje, choć jest to zupełnie inna „kwiatowość” od tej tradycyjnie w perfumiarstwie występującej. Nie poczujemy tu bowiem ani róży, ani geranium, ani jaśminu czy konwalii, ani również tuberozy. Dans Tes Bras jest bowiem o heliotropie.

Heliotropium_arborescens_5

Praktycznie od początku wyczuwalne jest kaszmirowo-heliotropowe combo, którego marcepanowo-migdałowa nuta jest tak gęsta i intensywna, że pozostaje w nozdrzach na dłużej niż jeden wdech i wydech. Otwarcie rozzielenia śliczna nuta fiołka (trochę to podobne do intro YSL L’Homme), a salicylany dodają zwiewnej biało-kwiatowości, która nota bene dużo wyraźniej ujawnia się na papierku testowym aniżeli na skórze (a szkoda). Ze smakiem wpleciony goździk pięknie współgra z całością, w żadnym momencie jej nie dominując. Następnie słodkawo-migdałowy heliotrop bierze górę i w niemal niezmienny sposób dominuje, w towarzystwie Cashmeranu, przez wiele godzin. Późno, po wielu godzinach od aplikacji perfum, następujący finisz to tzw. białe piżma (wedle słów Roucela w formule zastosowano je w ilości większej, aniżeli było to w przypadku Musc Ravageur (!)) z wciąż obecnym wspomnieniem heliotropu i ciepłą ambrą. Moje ogólne wrażenie jest takie, że przewodni motyw Dans Tes Bras trwa przez cały czas – od początku do końca zapachu, a subtelnym zmianom ulega tylko jego otoczenie.

Dans Tes Bras jest bezdyskusyjnie piękny, wyjątkowy i kobiecy, a przy tym zapachowo bezpieczny, „politycznie” poprawny. Ma też w sobie niebanalną zmysłowość. Czuć wysoką jakość zastosowanych w nim ingrediencji, a ich koncentracja i mistrzowska formuła zapewniają trwałość na poziomie przekraczającym 14 godzin.

Dans Tes Bras to kolejna świetna zapachowa propozycja w ofercie Frederic Malle Editions de Parfums, na którą szczególną uwagę zwracam wszystkim damom oraz dżentelmenom, chcącym obdarować swą ukochaną wyjątkowym pachnidłem. Wszak kolejny Dzień Kobiet już za rok…

malle dans tes bras

nuty głowy: bergamotka, goździk, fiołek, białe kwiaty (salicylany)

nuty serca: drewno sandałowe, paczula, kadzidło, Cashmeran

nuty bazy: heliotrop (heliotropina), ambra, białe piżmo

twórca: Maurice Roucel

rok wprowadzenia: 2008

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość:  ponad 14 godz

Maurice Roucel (2): Lancome „Hypnose Homme”

Dziesięć lat po premierze Lalique Pour Homme Maurice Roucel po raz kolejny podjął temat amber based lavender. Tym razem przedstawił go w nowocześniejszym kontekście, tworząc w ten sposób jeden z najlepszych, najbardziej charakterystycznych i prawdziwie męskich zapachów poprzedniej dekady. Pod względem własności użytkowych orientalnemu Hypnose Homme nie brak dosłownie niczego. Doskonały przede wszystkim na chłodną i zimową aurę przez długie godziny otacza noszącego wspaniałym, wyraźnym i wyczuwalnym dla otoczenia gęsto tkanym szalem, złożonym przede wszystkim z kardamonu, lawendy i akordu ambrowego. Ten w wykonaniu Roucela należy nazwać mistrzowskim. Artysta doskonale czuje się w takiej estetyce, o czym przekonuje nas regularnie, jednak podkreślić należy, że nudny z natury akord ambrowy w rękach Roucela potrafi nabrać absolutnie wspaniałych cech. Hypnose Homme jest tego świetnym przykładem.

Kardamonowo-lawendowe otwarcie, rozjaśnione bergamotką i mandarynką oraz subtelnie wplecioną miętą gładko i harmonijnie przechodzi w lawendowo-ambrowe serce, przy czym kardamon wciąż jest wyczuwalny i tworzy wraz z lawendą i ambrowym podłożem sygnaturowy akord Hypnose Homme. Lawenda pozbawiona została tutaj archaicznych skojarzeń, znanych choćby ze wspomnianego Lalique Pour Homme i wraz z kardamonem pięknie, nieco zadziornie, odrobinę pikantnie projektuje przez okres trwania akordu serca i dalej, przez pierwsze kwadranse bazy. Złocisto-ambrowemu finiszowi Roucel nadał zmysłowości, stosując niezawodną paczulę oraz piżma – dodatkowo utrwalające zapach na skórze. Całość wyegzekwowana została perfekcyjnie od początku do końca i jest dziełem skończonym.

clive-owen

Współczesne perfumy markowe to nie tylko zapach, nie tylko kampania reklamowa (twarzą Hypnose Homme jest świetny brytyjski aktor Clive Owen), ale także flakon. Jak twierdzą specjaliści od marketingu perfum, flakon jest pierwszym elementem, na który zwraca uwagę potencjalny klient. To on – stojąc na półce pośród czasem setek innych – ma się wyróżnić i nakłonić do testów zapachu, a w konsekwencji do zakupu pachnącej cieczy. Butla Hypnose Homme spełnia swoje zadanie znakomicie. Niezwykle oryginalny pomysł skręconego prostopadłościanu z wpisującą się w tę geometrię zatyczką natychmiast zwraca uwagę i pozostaje na długo w pamięci.  

Hypnose Homme obecny jest na perfumeryjnych pólkach już od 7 lat i osobiście wróże mu długą karierę. Jest przykładem na to, że świetnie zrobione, wyraziste i trwałe perfumy, w których odnaleziono kompromis pomiędzy ich siłą komercyjną, a wartościową treścią, a których zapach charakteryzuje się wyrazistą i rozpoznawalna nutą, mają duże szanse na przeistoczenie się w tzw. dojną krowę w portfolio danej marki, zachowując przy tym bezdyskusyjną klasę i trzymając naprawdę dobry poziom.

Hypnose_Homme-HYPNOSE_HOMME_EDT

Nuty głowy: mięta, bergamotka, mandarynka, kardamon

Nuty serca:  lawenda

Nuty bazy: akord ambrowy, piżmo, paczula

twórca: Maurice Roucel

rok wprowadzenia: 2007

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ok. 10 godzin

Maurice Roucel (1): Lalique „Pour Homme”

Maurice Roucel to jeden z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy. Pracujący w Symrise artysta o charakterystycznym, gęstym, bogatym stylu, często korzystający używający nut kulinarnych (gourmand) ma na swoim koncie dziesiątki kompozycji perfumeryjnych, w tym wiele bestsellerów zarówno w tzw. mainstreamie (Donna Karan Be Delicious, Gucci Envy, Guerlain Insolence, Rochas Man, KenzoAir, Rochas Tocade ), jak i w segmencie perfum luksusowych (Amouage Reflection Woman, Bond No. 9 New Haarlem, Riverside Drive) oraz niszowych (Serge Lutens Iris Silver Mist, Le Labo Labdanum 18, Jasmine 17, Frederic Malle EdP Musc Ravageur, Dans Tes Bras). Swój kunszt Maurice ujawnia zwykle w pachnidłach dla kobiet, ale zdarzyło mu się ładnych kilka razy popełnić perfumy męskie m.in. Lalique Pour Homme EdP i Lancome Hypnose Homme. Zapachy, które łączy nie tylko osoba sympatycznego perfumiarza… Oba można by zamknąć w tym samym wiele mówiącym określeniu: amber based lavender. Daty premiery obu zapachów dzieli dekada i to on miała jak sądzę największy wpływ na dzielące je różnice. Dziś moje wrażenia nt. pierwszego z nich.

Noir

Lalique Pour Homme EdP (Lion)

Testując i nosząc ten zapach muszę przychylić się do wielu napotykanych w Internecie opinii, że Lalique Pour Homme to perfumy dla mężczyzn tzw. dojrzałych. Rzeczywiście jest w tym zapachu coś statecznego, „ojcowskiego” i nieco… nudnego, ale i do cna męskiego. Jego głównym składnikiem wydaje się być podstarzały testosteron. Lion jest gęsty i ciężki niczym dym z cygara, pachnie luksusowo niczym skóra na fotelach Rolls Royce’a. Może się podobać, jeśli szukamy perfum doskonale oficjalnych, eleganckich i… nieekscytujących.

Po użyciu perfum w pierwszym okresie czuję akord lawendowy. Świetnej jakości lawenda z Prowansji, z jej ziołową naturą, zatopiona jest w bardzo złożonym akordzie wagi ciężkiej, z nutami kwiatowymi o mocy szeptu i niezwykle ważnym dla całości cedrem. Efektem jest wrażenie pylistej suchej lawendy zastygłej w bursztynie. Po kilku godzinach od użycia zaczyna majaczyć drugie dno kompozycji Roucela – pudrowy akord drzewno-ambrowy o bardzo charakterystycznym brzmieniu. Niesamowicie męski i stateczny. Sygnaturowy i dystansujący.

Szukając skojarzeń ze znanymi mi pachnidłami jedno okazało się wyjątkowo i zaskakująco trafne. Ten Lalique czerpie pełnymi garściami z klasycznej francuskiej perfumerii i pachnie podobnie do pierwszej wersji Heritage Guerlaina (zanim dopadły ją kolejne reformulacje). To pachnidła tego samego gatunku i z tego samego okresu (Heritage datowany jest na 1992 rok), dzielące tę samą aromatyczno-drzewno-ambrową estetykę, lokalizujące wyraźną nutę lawendy z Prowansji na tle mieszanki drzew, subtelnych kwiatów i akordu ambrowego. W bezpośrednim zestawieniu dzieło Roucela (który zresztą swego czasu pracował dla Guerlaina, tworząc choćby słynne Insolence) wypada nieco nowocześniej i bardziej „kompaktowo”.

Lalique Pour Homme nosi się z przyjemnością i poczuciem pewności. Zapach projektuje w sposób „kulturalny”, nie dominuje nosiciela, ale snuje się za nim subtelnym i bardzo męskim ogonem. Rewelacyjna trwałość (wszak do eau de parfum) pozwala cieszyć się nim przez cały dzień. To jedne z tych perfum, po które sięga się, gdy trzeba czegoś oficjalnego, bezpiecznego i wyraziście męskiego, bez eksperymentów i zwracania uwagi innych, a także bez konieczności powtórnego użycia gdzieś w środku dnia. W swym gatunku to perfumy niemal doskonałe.

Lalique słynie z produkcji artystycznych kryształów a także flakonów na perfumy. Flakon Pour Homme ma niewątpliwie oryginalny kształt i wyróżnia się umieszczoną na jego tylnej ściance wygrawerowaną podobizną lwiej głowy (stąd potocznie zapach nazywany jest Lion – dla odróżnienia go od pozostałych dwóch męskich pachnideł Lalique korzystających z tego samego designu: Equus (koń) i Le Faune (faun)). Nasadka na górnej ściance flakonu, atomizer oraz zatyczka – wszystkie elementy w kolorze złotym – dobrze komponują się z luksusowym i statecznym charakterem zapachu.

Lalique-Pour-Homme-Lion-EDP-125ml_mały

Nuty głowy: bergamotka, lawenda, rozmaryn, mandarynka, pomelo

Nuty serca:  irys, jaśmin, konwalia, cedr

Nuty bazy: wanilia, paczula, akord ambrowy, drewno sandałowe, mech dębowy

twórca: Maurice Roucel

rok wprowadzenia: 1997

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: umiarkowana
  • trwałość: ok. 10 godzin

Bond No. 9 New York – perfumowe fotografie metropolii (2)

Brooklyn (Downtown)

Brooklyn to przeurocze perfumy drzewne nawiązujące swym charakterem do osławionego Gucci Rush For Men, choć są od niego łagodniejsze i świeższe. Swą  naturalną drzewną aurą nawiązują także do nieodżałowanego Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix.

Cudowne połączenie jagód jałowca z wiórkami cedru, złagodzone na wstępie grejpfrutem, a urozmaicone cyprysem i kardamonem (potęgującym skrzącą się aurę tego zapachu) powoduje bardzo wdzięczny efekt. Zapach dość szybko jednak traci ten świeży charakter na rzecz wiórowego i suchego. Brooklyn ma naprawdę wiele uroku i bardzo przypadł mi do gustu. Niestety jest pewne „niestety”. Zapach jest – jak na moje upodobania – zbyt subtelny, no i nie grzeszy projekcją ani trwałością. Wielka szkoda, bo gdyby Laurent Le Guernec popracował nad tymi aspektami, Brooklyn mógłby w moim prywatnym rankingu Bondów może nie zdetronizować, ale przynajmniej zrównać się z Bleecker Street. A tak – niestety – pozostaje nie do końca spełnionym marzeniem o piękniejszej wersji Rush for Men

nuty: grejpfrut, kardamom, drewno cyprysowe, liście geranium, jagody jałowca, drewno cedrowe, skóra, drewno gwajakowe

nos: Laurent Le Guernec

rok premiery: 2008

moja ogólna ocena w skali 1-6: 3,5

New York Amber (Midtown)

New York Amber to póki co najoryginalniejsze perfumy ambrowe, jakie miałem okazję testować. Zresztą formuła ambrowa została tu bardzo rozszerzona. Powstał zapach na ambrowo-przyprawowo-drzewno-żywiczny. Naprawdę niecodzienny i bardzo intrygujący. Nie ma tu mowy ambrowej nudzie czy też powtarzaniu utartych ambrowych wzorców. To bardzo specyficzna woń. Mój rdzennie polski nos kojarzy ją przez pierwsze pół godziny z zapachem farby emaliowej tudzież benzyny ekstrakcyjnej. Jest więc zaskakująco chemiczna, ale bardzo hipnotyczna i intrygująca. W sercu traci na tej „petrochemiczności”, wygładza się i staje się słodko-przyprawowa z dominującą nutą szafranu. Im później, tym bardziej wyodrębnia się nieśmiało nuta oudu, ale nie dominuje ona zapachu.  Finisz jest drzewno-żywiczny i trwa naprawdę długo. Moc i trwałość zapachu są bardzo dobre przy poprawnej projekcji. New York Amber to zdecydowanie wyróżniająca się pozycja w ofercie marki i jednocześnie przykład tego bardziej eksperymentalnego oblicza oferty Bond No. 9.

nuty: bergamotka, szafran, gałka muszkatołowa,  biały pieprz, róża, jaśmin, osmantus, oud, ambra, drewno sandałowe, piżmo, mirra, benzoes

nos: bd.

rok premiery: 2011

moja ogólna ocena w skali 1-6: 4

Riverside Drive (Uptown)

Jeden z trzech zapachów zrobionych dla Bonda przez Maurice’a Roucela (pozostałe to New Haarlem i Broadway Nite) jest współczesnym zielonym fougere utrzymanym w estetyce YSL L’Homme, L’Homme Libre, ale także i … Fahrenheita Diora, tyle że bez tej jakże charakterystycznej „benzynowej” czy też – jak kto woli – „skórzanej” nuty.

Są więc w Riverside Drive odpowiadające za zieloność liście fiołka i bazylii, jest paczula, róża i konwalia, które stanowią tło akordu serca, jest wreszcie drzewne rusztowanie zbudowane z tradycyjnych materiałów cedru i sandałowca oraz mchowa baza. Nowoczesnego szlifu przydaje nuta „wodnego owocu” (prawdopodobnie jakaś syntetyczna aromamolekuła) oraz ananas (podobnie). Jednak przez większość czasu to fiołkowe liście są tu tematem przewodnim. Całość robi bardzo dobre wrażenie solidnego współczesnego, ale trochę sentymentalnego męskiego pachnidła o – co istotne – dobrej projekcji i trwałości. Choć brakuje mu oryginalności, to jednak nie można odmówić mu charakteru, uroku i jakości. Riverside Drive to jeden z moich bondowskich faworytów. Roucel trzyma poziom.

nuty: fiołek, owoc wodny (water fruit), bazylia, ananas, róża, konwalia, paczula, cedr, drewno sandałowe, mech dębu

nos: Maurice Roucel

rok premiery: 2003

moja ogólna ocena w skali 1-6: 5

cdn.

Le Labo (3) – „Vetiver 46″ i „Labdanum 18″

Dziś dwa pachnidła Le Labo, które zaskoczyły mnie najbardziej. Powodem zaskoczenia nie była (niestety?) ich oryginalność. Wprost przeciwnie – uderzająca wtórność…

Vetiver 46 (Mark Buxton) 

Pachnidło określane przez Le Labo jak najbardziej męskie w ich ofercie zdaje się być niczym innym jak doskonalszą wersją Comme des Garcons 2 Man. Czy to dobrze? Moim zdaniem i dla mnie osobiście: tak, bowiem bardzo lubię 2 Man, ale niestety zawsze brakowało mi w nim mocy, trwałości i głębi, które znalazłem właśnie w Vetiver 46. Gdy porównać oba zapachy, 2 Man wydaje się być rysowanym lekką kreską szkicem Vetiver 46. Nie muszę dodawać, ale zrobię to dla jasności, że za obiema kompozycjami perfumeryjnymi stoi ten sam perfumiarz – niejaki Mark Buxton. Rzadki gość mojego bloga, a szkoda, bo artysta to dużego kalibru i o rozpoznawalnym stylu, mający na koncie tak świetne i oryginalne pachnidła jak pierwsze Comme des Garcons, CdG 2, CdG 3, Ouarzazate z serii Incense, trzy kompozycje do niszowej kolekcji Thorstena Biehla, Amariage Mariage Givenchy, Kapsule Light Lagerfelda i wiele innych .

Kto zna CdG 2 Man (a uważam, że warto je poznać), ten wie, że poczujemy w nim wiele składników, ale nie wetiwer. Zgadza się. Tak też jest w przypadku Vetiver 46. Choć obecny w składzie, nie ujawnia się w żadnym momencie trwania zapachu. Przewaga nut drzewnych i słodko kadzidlanych (dominują labdanum, olibanum, gwajak i cedr oraz wanilia), zapach-sygnatura Buxtona, lądujący gdzieś pomiędzy Gucci Pour Homme a Palisander Comme des Garcons, czyli będacy wypadkową drzewnych woni i kaszmeranu z jednej strony oraz zapachu świecy woskowej z drugiej. Wszystko to daje jedyny w swym rodzaju efekt, który bardzo mi odpowiada.

Jako fan 2 Man umieszczam Vetiver 46 na swej liście must have. Są to perfumy o wyraźnym i niesamowicie oryginalnym zapachu, modernistyczne, tajemnicze i męskie. Ciepło-chłodne i dystansujące, nieco wyniosłe. Bardzo charakterystyczne i posiadające sygnaturę, czyli nutę rozpoznawalną i nie do pomylenia z niczym innym. No chyba, że Comme des Garcons 2 Man….

Swoją drogą to zadziwiające. Przecież Vetiver 46 to ewidentny (i nie ma tu mowy o przypadku) autoplagiat wykonany przez samego Buxtona (kolejny tego typu przypadek to wg mnie wspomniane Ouarzazate i mb03 Biehl Parfumkunstwerke tegoż samego autora). Czy zrobił to świadomie? Na pewno. Czy zrobił to na zamówienie właścicieli Le Labo? Najprawdopodobniej tak. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że panowie Penot i Roschi są wielbicielami 2 Man i chcieli mieć go w swojej ofercie, tyle że w lepszej wersji. Oto jest. Dla mnie obok Santal 33 i Patchouli  24 to póki co najlepszy zapach w ofercie Le Labo.

ocena ogólna: 5/6 (nie będzie szóstki za autoplagiat ;-))

główne składniki: wetiwer, olibanum, cedr, labdanum, ambra, bergamotka, wanila, czarny pieprz, drewno gwajakowe, goździk

Labdanum 18 (Maurice Roucel)

Maurice Roucel (m.in. Hypnose for Men Lancome,  KenzoAir, LaliqueLion Pour Homme, Hermes 24, Faubourg)

Tylko 18 składników i „tylko” jeden nos. Ale za to jaki! Maurice Roucel (ostatnio często wspominany przez mnie na blogu) popełnił Labdanum 18 dla Le Labo. Ale zaraz… Czy to obsesja czy urojenia, czy ja ten zapach już gdzieś kiedyś czułem? Oczywiście. Roucel poszedł w ślady Buxtona i podobnie jak tamten dał Le Labo ich własne 2 Men, tak Maurice zrobił dla nich bliźniaka Musc Ravageur z kolekcji Frederica Malle. Zaskoczenie? Niewątpliwe. Penot i Roschi w tych dwóch przypadkach zagrali na nosie niszowej konkurencji, podkupując jej nie tylko perfumiarzy (w końcu obaj są wolnymi strzelcami, no prawie…), ale i same kompozycje perfumiarskie. Oczywiście Labdanum 18 nie jest w 100% identyczny jak Musc Ravageur, ale podobieństwo jest tak wielkie, że nie do pomylenia. Kompozycje zapachowe (w przeciwieństwie do ich nazw i kształtu flakonów) nie są chronione prawami autorskimi. Kopiowanie zapachu i sprzedawanie go pod inną nazwą nie jest nielegalne. A jeżeli do tego oba zapachy są tylko odrobnikę różne i skomponował je ten sam człowiek, to w czym problem? Hm… Wyobraźmy sobie Edmonda Roudnitskę, który po tym jak stworzył Eau Sauvage dla Diora, robi niemal identyczne perfumy dla Chanela. Niewyobrażalne, biorąc pod uwagę poziom etyczny Mistrza. Ale współcześni mistrzowie zdają się nie mieć tego typu skrupułów, tym bardziej, że zleceniodawcy byli z pewnością i zdesperowani i szczodrzy.

A sam zapach? No cóż… Jest fantastyczny. Tak jak fantastyczny jest Musc Ravageur. Co zatem różni obie kompozycje? Wg mojego nosa głównie słabsza w Labdanum 18 nuta animalna (kastoreum), cielista i zmysłowa, która towarzyszy cynamonowi w Musc Ravageur.  Nie dziwi mnie to – wszak Le Labo to – mimo francuskich korzeni – amerykańska marka. Po raz kolejny potwierdza się unikanie trudnych, fizjologicznych nut w perfumach przeznaczonych na ten rynek. Jest też Labdanum mniej kulinarne, mniej cynamonowe, nieco bardziej wytrawne, przez co być może trochę bardziej ciąży ku męskiej charakterystyce. Jest także bardziej przyskórne i mniej intensywne. Mimo tych (drobnych) różnic podobieństwo do Piżmowego Dzikusa jest tu ewidentne. Labdanum 18 to doskonałe, bardzo zmysłowe pachnidło wieczorowe, gdy planujemy wspólną kolację połączyć ze śniadaniem 😉

główne nuty/składniki: labdanum, cywet, kastoreum, piżmo, smoła brzozowa, cynamon, wanilia, paczula, balsam Gurjaum, tonka

ocena ogólna: 5/6 (nie będzie szóstki za autoplagiat ;-))

cdn.

Perfumowe podróże (2): Nowy Jork z Bond No. 9 „New Haarlem”

Dziś udajemy się do miasta, które nigdy nie śpi. Big Apple. Nowy York. W czołówce mojej prywatnej listy marzeń – miejsc do odwiedzenia. Kiedyś. Może. Póki co, dzięki magii perfum, mogę „poczuć” zapachy tej słynnej metropolii nie ruszając się z miejsca…. Ale ta magia nie ziściłaby się, gdyby nie francuska perfumiarka mieszkająca w Nowym Jorku, Laurice Rahmé, która postanowiła wskrzesić tradycję nowojorskiego perfumiarstwa i jednocześnie oddać hołd temu niezwyklemu miastu tworząc wciąż rozwijającą się kolekcję perfum Bond No. 9 inspirowanych jego dzielnicami i znanymi ulicami. Jestem pewien, że te perfumy sprzedają się w USA świetnie. Mają coś w sobie. Poznałem już kilka z nich i powiem szczerze – wg mnie są bardzo dobre.

Najpierw wstąpimy na kawę do New Haarlem. To szczerze mówiąc jedne z najlepszych perfum kulinarnych, jakie dotąd poznałem. Kupiły mnie dwoma genialnymi składnikami – lawenda (oj tak) i…. kawa. Napój artystów, intelektualistów i ludzi czynu. No i mój, rzecz jasna 😉 Mała czarna w Nowym Jorku, najlepiej w Starbucksie. A co tam. Na dodatek z odrobiną wanilii – w bazie. Wanilia i idealnie ją uzupełniający tonka. Całość zbudowana na cedrze, ambrze i – jakże bliskiej nutom czekoladowo-waniliowym – paczuli. Mniam. Początek nieco rozjaśniają bergamotka i nuty zielone, ale później szybciutko robi się ciepło i zmysłowo. Jakby tego było mało, składniki te w sposób absolutnie mistrzowski wymieszał wielki „smakosz perfumerii”, facet robiący najbardziej zmysłowe perfumy na świecie, lubujący się w akcentach kulinarnych, niejaki Maurice Roucel (ten od Musc Ravageur dla Frederica Malle – kto próbował, ten wie, co ten zapach robi z ludźmi ;)). Roucel przyznaje w jednym z wywiadów, że jest sybarytą i czerpie z życia garściami. I to czuć w jego kompozycjach. Także w New Haarlem. Tu musi pojawić się sam On:

Ten zapach pomaga rozpocząć aktywny dzień niczym filiżanka doskonałej czarnej arabiki. Jest doskonały tak jak ona. No i jest ze mną przez większość dnia w sposób subtelny dając o sobie znać. To doprawdy świetne pachnidło.

W podróżniczym cyklu pozostajemy w Nowym Jorku…

nuty górne: lawenda, bergamotka, zielone liście

nuty środkowe: kawa, drzewo cedrowe

nuty dolne: ambra, wanilia, paczula, tonka

twórca: Maurice Roucel (m.in. Hypnose for Men Lancome,  KenzoAir, Lalique Lion Pour Homme, Hermes 24, Faubourg)

rok wprowadzenia: 2003

moja klasyfikacja: fougere, uniwersalny co do okazji, na chłodniejsze pory roku, uniseks, pełen zmysłowej kulinarnej głębi; dla smakoszy i wielbicieli czarnej kawy

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5