Anatole Lebreton „Parfums de liberte” – z miłości do perfum

Współczesne perfumiarstwo zna już przypadki, gdy wielbiciele perfum, tzw. perfumiści (ang. perfumistas) pod wpływem swej pasji i miłości do perfum, postanawiają znaleźć się po drugiej stronie olfaktorycznego świata i z koneserów stać się twórcami. Najsławniejszym bodaj przykładem jest Andy Tauer, za oceanem zaś – Kerosene. Od niedawna do tego duetu dopisać należy Francuza Anatole’a Lebretona, kolekcjonera i entuzjastę pachnideł vintage, a także perfumowego blogera, który podczas tegorocznej edycji Esxence zaprezentował kolekcję autorskich pachnideł inspirowanych stylistyką retro.

Anatole Leberton

Anatole jest osobą niezwykle sympatyczną i kontaktową, z pasją opowiadającą o swej twórczości, która swój obecny perfumowy kształt zawdzięcza także wcześniejszym zajęciom, jakimi Lebreton się parał (próbował swych sił na deskach teatrów, później zajął się sprzedażą rzadkich gatunków herbat i ekskluzywnych czekolad, co było doskonałym treningiem dla jego zmysłów zapachu i smaku). Jego perfumy pod wspólną nazwą Parfums de liberte to dzieła perfumiarskiego rzemiosła, w których czuć pasję i radość tworzenia. Obcowanie z nimi to swoisty reset dla nosa i mózgu, powrót do źródeł francuskiej perfumerii, nieskażonej grupami docelowymi,  oczekiwaniami rynku, briefami zleceniodawców czy obawą o komercyjną flautę.

Lebreton mówi:

Tworzenie perfum, ale także ich noszenie jest jak odkrywanie i podróż, jak bycie zdobywcą i zdobywanym jednocześnie. Używać perfumy oznacza mieć wyobraźnię, to jest to „małe co nieco”, które dodaje naszemu życiu magii.

Jakże się z nim nie zgodzić?

Incarnata

Mocne, wyraźne, unikatowe intro przykuwa uwagę niecodziennym połączeniem zieloności nuty fiołkowej z maliną, irysem i akordem pudrowym. W tle szybko ujawnia się śliczna nuta zamszowa, tworząc idealne towarzystwo dla coraz bardziej wyraźnego irysa. Tak oto z sekundy na sekundę konstytuuje się przewodni motyw Incarnata – wizerunek tajemniczej kobiety oraz jej atrybutów, przy pomocy których przeistacza się w powabną piękność. Stąd wyczuwalne tu nuty szminki, pudru, malinowego różu do policzków i skórzanej torebki, w której przechowuje swoje niezbędne kosmetyki, poukładane w sugestywną i doprawdy zachwycającą całość. Z upływem czasu, powoli zapach traci początkowy lekko zielony odcień, staj się cieplejszy, bardziej zmysłowy, zamszowo-pudrowo-sypki i ambrowy (w tej właśnie kolejności),  a na samym końcu delikatnie balsamiczny.

Incarnata to hipnotycznie piękne pachnidło w niesamowitym klimacie retro, które każe spojrzeć na Anatole’a Lebretona nie tylko jako na sympatycznego perfumistę, ale przede wszystkim jako na świadomego swych umiejętności i utalentowanego perfumiarza. Taki zapach nie może być dziełem intuicji i przypadku!

Lebreton Incarnata

główne nuty: malina, fiołek, rododendron, akord kosmetyczny, irys, mirra, róża, ambra, skóra, benzoes, wanilia

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

L’Eau Scandaleuse

Białokwiatowe, a ściślej tuberozowe cudo z zaznaczoną na początku jakże vintage‚ową nutką zmywcza do paznokci, tu utrzymaną wszakże w ryzach, ale nie pozostawiająca wątpliwości co do klasycznych inspiracji artysty. W sercu akord kwiatowy z dominacją tuberozy zgrabnie połączonej z nutą brzoskwini poprzez ylang ylang mający w istocie nektarową naturę. W tle zaś tego niesamowitego akordu solidna podstawa, w której akcent animalny, znany z naturalnej woni tuberozy, uzyskany tu przez użycie kastoreum, został ciekawie podbudowany sucho-drzewnym cypriolem oraz mchem dębowym. L’Eau Scandaleuse ewoluuje od krótkiego, lekko „zmywaczowego” początku poprzez tuberozowe, najpierw świeże, ale z czasem coraz mroczniejsze i bardziej animalne serce, aż po gorzkawą, oldskulowo skórzaną i jednocześnie sucho-drzewną bazę.

tuberoza

Możliwie, że zaskakuję w tym momencie sam siebie, ale to prawdopodobnie jedne z najpiękniejszych perfum z tuberozą w centrum, jaki kiedykolwiek miałem okazję wąchać (a na recenzje czekają jeszcze poznane już przeze mnie, tyle że jeszcze nie opisane, fenomenalne Carnal Flower Frederica Malle i Luci ed Ombre Masque Milano).

Warto wiedzieć, że L’Eau Scandaleuse otrzymało w 2014 roku Adjiumi Award w kategorii „Najlepszy niewłoski zapach niszowy” przyznawaną przez włoskie forum wielbicieli niszowych perfum, a sam Anatole Lebreton został uznany przez to samo grono za najlepszego perfumiarza 2014 roku.

Lebreton Scandaleuse

główne nuty: bergamotka, brzoskwinia, dawana, tuberoza, ylang ylang, skóra, kastoreum, cypriol, mech dębu

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

L’Eau de Merzhin

W tej nieco delikatniejszej kompozycji Lebreton zawarł swoje żywe wspomnienia z dzieciństwa spędzonego pośród łąk i lasów Bretanii, gdy jako dziecko spędzał czas obcując z wszechobecną roślinnością, która każdej wiosny eksplodowała olfaktoryczną feerią. Szczególnym wspomnieniem perfumiarz darzy woń zielonego siana i głogu, których ślady zawarł w pięknym, sugestywny, naturalnie pachnącym  L’Eau de Merzhin.

Pachnie on jak stworzona przez młodego chłopca mikstura z soków roślin napotkanych po drodze z lasu, poprzez łąkę i ogród, w drodze na podwieczorek do babci i dziadka. Zamknięta w słoiku po to, by w pełnym trosk dorosłym życiu mieć zawsze na wyciągnięcie ręki swoje słoneczne dziecięce wspomnienia.

Perfumiarz zbudował ten niezwykły wiejski pejzaż za pomocą połączenia popularnych zielonych nut (galbanum, zielona porzeczka, liście fiołka) z chętnie wykorzystywaną w niszy perfumowej bylicą (patrz np. French Lover Frederica Malle) oraz z użyciem nietypowych składników, które raczej rzadko napotykamy w pachnidłach (głóg, tomka wonna, siano). Stąd prawdopodobnie jego bardzo oryginalny i zarazem naturalistyczny charakter. Zapach jest początkowo lekko soczysty, zielony, z czasem nieco bardziej ziołowy, na finiszu przyjemnie mszysty z nutą siana.

L’Eau de Merzhin przypomina mi cudny Yerbamate Lorenzo Villoresiego, choć dzieło Lebretona jest bardziej surowe, paradoksalnie mniej perfumeryjne, bardziej naturalistyczne, ma w sobie nie tylko zieleń, ale i wyraźną goryczkę roślinnych soków. Przywołuje jednak ten sam, co zapach Villoresiego, radosny, wiosenno-letni obraz dzikich, zielonych, kwiecistych łąk. Ma tę magiczną zdolność do przywoływania najlepszych wspomnień z beztroskich lat dzieciństwa, które ja także bardzo często spędzałem  w otoczeniu natury – łąk, lasów i przepełnionych wonnymi roślinami ogródków działkowych. Może właśnie dlatego nie potrafię przejść obojętnie obok L’Eau de Merzhin?

Lebreton Merzhin

główne nuty: galbanum, bylica, liście fiołka, czarna porzeczka, głóg, tomka wonna, zielone siano, tonka, irys, mech

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Bois Lumiere

Pamiętacie niezwykłe lutensowskie Miel do Bois? Wciąż mam jeszcze kilka ml tej niezwykłej cieczy zdominowanej przez chyba najbardziej ekspansywną nutę miodu pszczelego, jaką kiedykolwiek spotkałem w perfumach, słodką tak, że aż trzeszczy między zębami. Anatole Lebreton nie poszedł w swoim Bois Lumiere aż tak daleko, nie mniej to właśnie intensywna nuta miodu pochodząca z rozpylonego podczas Esxence na stoisku sympatycznego Francuza Bois Lumiere zaintrygowała mnie do tego stopnia, że zwróciłem uwagę na ofertę twórcy.

Bois Lumiere jest idealnie wyważony. Niczego mu nie brak i jednocześnie niczego nie jest tu za wiele. Ta równowaga przydaje kompozycji szlachetności świadczącej o ponadprzeciętnym talencie Anatole’a Lebretona. 

Miód, choć wyraźny, jest tylko jednym z elementów tej przepięknej układanki, która – gdy zapomnieć na chwilę o składnikach wymienionych w materiałach promocyjnych -olfaktorycznie zmierza w kierunku wytyczonym przez Tobacco Vanille Toma Forda, pachnąc przy tym jednak bardziej „niszowo” i bardziej szlachetnie. Obok miodu mamy tu nuty balsamu z jodły i benzoesu oraz wosku, które pogłębiają balsamiczny charakter zapachu. Potencjalna jego ociężałość została tu wyeliminowana przez użycie mandarynki i przydających „życia” przypraw: jagód jałowca i goździka. W sercu umieszczono bardzo subtelną nutę róży, dodającą całości szlachetności. No i nie można nie wspomnieć o nieśmiertelniku, który wprost genialnie uzupełnia się z miodowym tematem. Wszystko to razem tworzy jedną z najlepszych kompozycji w na razie skromnym, ale już imponującym treścią i jakością dorobku Lebretona

Lebreton Bois

główne nuty: jałowiec korsykański, szałwia, mandarynka, balsam jodłowy, miód, róża, goździk, nieśmiertelnik, wosk, cedr, benzoes

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Parfums de Liberte  to kolekcja pachnideł zupełnie wyjątkowych. Każde z nich jest małym cudem perfumerii i dowodem na to, że prawdziwa pasja połączona z talentem i pracą mają zawsze szanse zaowocować czymś wyjątkowym. Anatole Lebreton zabiera nas w podróż do krainy perfum-marzeń, pozwalając obcować z zapachami nietuzinkowymi, zapatrzonymi w przeszłość, ale zupełnie współcześnie brzmiącymi. Gdy powącha się je po raz pierwszy, trudno o nich zapomnieć. Czyż nie takie powinny być prawdziwe perfumy? Trudne do zapomnienia? Pozostawiające w nas pozytywne wspomnienia i budzące dobre emocje? Kuszące, by do nich wracać i ponownie cieszyć się ich niezwykła magią? To właśnie w pracowni Lebretona i jemu podobnych, a nie w laboratoriach wielkich korporacji perfumiarskich, dzieją się współczesne perfumowe cuda. Parfums de Liberte mają wszakże jeszcze jedną cechę, którą osobiście bardzo sobie cenie – pozbawione są pretensjonalności, w którą potrafią popaść także i niszowi twórcy. Czuć tu szczerość przekazu i niczym nie zmąconą pasję twórcy. To dziś towar na rynku perfum zdecydowanie deficytowy.

Warto więc mieć na oku poczynania Monsieur Lebretona.

„Green is the colour”, czyli „Colonia Club” Acqua Di Parma i „Cyber Garden” Costume National

„Green is the color of her kind
Quickness of the eye deceives the mind
Envy is the bond between the hopeful and the damned”

Pink Floyd „Green is the colour”

 

Trochę przy okazji dnia Świętego Patryka i jego zielonej symboliki, a trochę przypadkowo dziś na blogu dwa zapachy zielone, jak przyjęto określać pachnidła z dominującymi nutami roślinnych soków. Oba penetrują zieloną estetykę na swój odrębny i oryginalny sposób. Oba w swym gatunku prezentują bez wątpienia najwyższą jakości i oba warte są uwagi, zważywszy na zbliżającą się wiosnę…

 

Acqua Di Parma Colonia Club – ogród tradycji

Od pierwszy sekund czuć tu rękę mistrza Francoisa Demachy’ego i – choć to inny zapach – to jednak pod względem ogólnej stylistyki kojarzy mi się z zeszłorocznym Eau Sauvage Cologne. Tam perfumiarz mocno zaakcentował nuty rześkie, gorzko-zielone (bergamotę, grejpfrut, galbanum i petit grain). Tu poszedł bardziej w kierunku subtelnej zielonej mentolowości, unikając nut gorzkich i soczyście zielonych, poza samym początkiem zapachu. Dobór składników świadczy o klasycznym podejściu perfumiarza i o chęci osiągnięcia konkretnego estetycznego celu. Mięta, zaskakująco jeden z głównych bohaterów Colonia Club, która ujawnia się po dosłownie kilkunastosekundowym, mocnym zielono-cytrusowym wstępie (bergamotka), pachnie tu bardzo naturalnie, kojarząc się z Menthe Fraiche Jamesa Heeleya. Została tu zresztą w naturalny sposób przedłużona w fazę serca przez wyraźnie przecież mentolowe geranium. Otoczono ją nutami słodko-cytrusowymi oraz ładnie wkomponowanym kwiatem pomarańczy. Zielone serce zapachu wzmocniono galbanum (które czuć w towarzystwie mięty praktycznie od początku), a ziołowość mięty i geranium wsparta została lawendą. Drzewna baza złożona jest z wetywerii, ambry i piżm i wydaje się bardzo logiczną konsekwencją całej tej zielono-ziołowo-kolońskiej konstrukcji, która pachnie dość jednak tradycyjnie, klasycznie i zdecydowanie męsko.

Colonia Club to bardzo ładna, przyjemna w noszeniu i na swój sposób, poprzez istotny udział nut mentolowych, oryginalna, subtelnie ziołowa, naturalnie pachnąca kolońska, która cieszy nos głównie przez pierwsze kilka kwadransy, z czasem mocno wyciszając się i pozostając blisko skóry. Jest z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolońskiej oferty szacownej włoskiej marki, która dotąd znana była z kolońskich klasycznie zdominowanych przez cytrusy (pomijam tu Ingredient Collection). Na ich tle Colonia Club stanowi przekonujący wyjątek.

acqua-di-parma-colonia-club

nuty głowy: bergamotka, cytryna, liść pomarańczy, mandarynka, mięta, kwiat pomarańczy

nuty serca: geranium, lawenda, galbanum

nuty bazy: ambra, piżmo, wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Costume National Cyber Garden – ogród przyszłości

Cyber Garden w porównaniu z Colonia Club pachnie nie tylko bardziej zielono, ale także mniej naturalnie, zdecydowanie bardziej nowocześnie i intrygująco. To jedno z najciekawszych ujęć zielonego tematu w perfumach, jakie zdarzyło mi się testować, dużo lepsze od mającego podobne ambicje Amazingreen Comme des Garcons. Już sama osoba perfumiarza – znanego z zamiłowania do eksperymentu Antoine’a Lie’a – jest niemal gwarantem niebanalności zapachu. W Cyber Garden potwierdza on swój kunszt i niesztampowość.

Cyber Garden to pachnidło zdecydowanie warte uwagi. Ma w założeniu symbolizować ogród przyszłości,w którym natura łączy się z elementami sztucznymi. Antoine Lie genialnie oddał ten temat tworząc przy tym zapach intrygujący i charyzmatyczny,  jednocześnie bardzo komfortowy w noszeniu.

T1K-Green-Masterbatch

Intrygujące i przykuwające uwagę perfumy powinny zawierać pozornie nieprzystające do siebie składniki, tworzące bliskie dysonansu olfaktoryczne napięcie. W Cyber Garden z pewnością obecne są takie kontrasty. Zasadniczym jest kontrast pomiędzy tradycyjnymi składnikami naturalnymi (m.in. bergamotka, geranium, fiołek, wetiwer) i syntetycznymi molekułami,  które dodają zapachowi futurystycznej aury (zielony eter i winylu). Szczególnie nuta winylu, wspomagana przez szczyptę szafranu (!) wypada ciekawie, czyniąc obecną tu zieleń jakby… plastikową. Nutka sztucznego tworzywa zaskakuje, intryguje, ale wpisuje się w całość w sposób zadziwiająco harmonijny. Za jego dominującą zieloność odpowiada przede wszystkim woń fiołkowego liścia.

Soczysty, owocowo zielony początek Cyber Garden przechodzi gładko w plastikowo-zielone serce, by finiszować niezwykle udanym, intrygującym, mocnym i długo obecnym bazowym ogonkiem zapachowym zbudowanym z nut drzewnych i żywicznych, mających w sobie wciąż sporo zieleni.  Cyber Garden ładnie snuje się za noszącym przez długie godziny, co dodatkowo poprawia moją i tak już wysoką ocenę tego zapachu, który jest moim daniem zdecydowanie wart polecenia. To kolejne bardzo dobre perfumy w ofercie Costume National, marki, którą każdy wielbiciel dobrych perfum powinien mieć na uwadze.

Cyber Garden 1

nuty głowy: zielony eter, różowy pieprz, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: winyl, geranium, szafran, liście fiołka

nuty bazy: wetiwer, paczula, opoponax, labdanum, mech

twórca: Antoine Lie/ Ennio Capasa

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Creed „Royal Princess Oud”

Nowe damskie perfumy Creed’a od pierwszych sekund wydały mi się znajome. Dość szybko zidentyfikowałem, że Royal Princess Oud, mimo swego ogólnie kobiecego charakteru, pachną – szczególnie w pierwszych kilkudziesięciu minutach – bardzo podobnie do… Aventusa. Nieco później dotarło do mnie, że zawierają także – choć w mniejszym stopniu – elementy Green Irish Tweed. Ktoś powie – jak to, damskie pachnidło bazuje na męskich formułach? Po części, bowiem…

…w ten aventusowo-tweedowy miks wpleciono klasycznie kobiece nuty kwiatowe, uzyskując w rezultacie doskonałe i nowocześnie brzmiące kobiece perfumy. Jednocześnie jednak ich kobiecość nie jest zaznaczona na tyle mocno, by zniechęcić do ich noszenia mężczyzn. Royal Princess Oud to moim zdaniem uniseks z lekkim przechyłem w stronę płci pięknej.

Charakterystyczny akord owocowo-drzewno-skórzany łączy Royal Princess Oud z Aventusem, choć nuta skórzana jest tu znacznie mniej wyraźna. Z kolei użycie wyraźnej nuty fiołka oraz irysa w sercu jawi się jako subtelna reminiscencja Green Irish Tweed.

Aventus i GIT 1

Royal Princess Oud rozwija się na skórze, wdzięcznie ewoluując od „aventusowego” otwarcia przez współczesne kwiatowe serce, aż po niezwykle zmysłową i naprawdę piękną bazę, w której wciąż wyraźny akord serca otoczony został słodkawymi żywicami oraz znanym z prześlicznego Original Santal sandałowcem z Mysore. Całość utrwalają i pogłębiają wyczuwalne w schyłkowej fazie bazy piżma.

Co ciekawe, ten niemal bliźniaczo podobny efekt zapachowy został tu osiągnięty przy pomocy innych środków. W Aventusie sygnaturowy akord budują: bergamotka, ananas, jabłko, czarna porzeczka, paczula, jaśmin, brzoza i wanilia, zaś w Royal Princess Oud są to: bergamotka, fiołek, paczula, jaśmin, wanilia, styrax i benzoes. Innymi słowy: owocowy akord Aventusa została zastąpiona słodko-zielonym fiołkiem, zaś skórzana nuta brzozy – żywicami: styraksem i benzoesem. W obu przypadkach obecna jest bergamotka i jaśmin, zaś zmysłowości zapachom przydają paczula i wanilia. Pozostałe składniki różnią obie kompozycje i nadają im indywidualny charakter. W Aventusie mamy jagody jałowca, mech dębu, szarą ambrę, zaś w Royal Princess Oud irys, różę i drewno sandałowe.

Sandalwood

Z czasem – gdy w fazie serca zapachu do głosu dochodzi subtelnie doprawiony wanilią akord kwiatowy, złożony z jaśminu, róży i irysa – Royal Princess Oud zaczyna nabierać bardziej kobiecego charakteru, a podobieństwa do Aventusa zaczynają cichnąć. Mimo klasycznych ingrediencji kwiatowych Royal Princess Oud w żadnym momencie nie staje się zapachem kwiatowym w tradycyjnym rozumieniu. Ani przez chwilę nie wyczuwam też w nim czegokolwiek, co przypominałoby tytułowy oud. Bez względu na to, czy w formule jest oud, czy go nie ma (oficjalny spis nut go nie wymienia!), najnowszy damski Creed pachnie od początku do końca perfekcyjnie. Ma przy tym idealną, wyraźną, ale nie przytłaczającą projekcję oraz wielogodzinną trwałość.

Businesswoman_in_t_2958559b

Royal Princess Oud są casualowo eleganckie i zapadające w pamięć. To nowoczesne kobiece perfumy przeznaczone dla współczesnej, dynamicznej, eleganckiej i przedsiębiorczej kobiety, menadżerki lub business woman, która obraca się w świecie biznesu na równych prawach z mężczyznami. Te perfumy z jednej strony podkreślają jej zmysłową, kobiecą naturę, z drugiej zaś wzmacniają formalny, profesjonalny wizerunek.

To zapach intrygujący i magnetyzujący, ale także jednocześnie nieco dystansujący, o oryginalnym,  sygnaturowym charakterze, stroniący od banału, ale unikający jednocześnie nut trudnych. To wszystko czyni go wprost doskonałym zapachem na dzień, do codziennego używania niezależnie od okazji. Podobne cechy ma jego starszy brat Aventus. Wróżę więc Royal Princess Oud komercyjny sukces.

Szkoda tylko, że nadano mu tak pretensjonalną i nie pasującą do niego nazwę…

Royal-Princess-Oud-75ml-EDP

nuty głowy: sycylijska bergamotka, róża, słodki fiołek

nuty serca: absolut jaśminu, absolut wanilii, paczula, irys z Toskanii

nuty bazy: benzoes syjamski, sandałowiec z Mysore, styraks

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Arabskie perfumy od Mancera Paris (3)

W ramach zapoznawania się z perfumami Mancera Paris, o których pisałem już na blogu w części pierwszej i drugiej cyklu oraz przy okazji recenzji zapachów morskich dziś moje wrażenia nt. kolejnych czterech pachnideł tej arabskiej marki.

 

Wind Wood

Kompetentnie wykonane i dość intensywne męskie pachnidło zielono-drzewne z całkiem soczystym początkiem, którego zielony charakter przewija się jeszcze częściowo przez zmysłowo podbite paczulą serce, by finiszować ładnym i długotrwałym akordem ambrowo-drzewnym. Zdziwiłem się, że oficjalny spis nut nie wymienia fiołka, gdyż wg mnie zielona fiołkowa nuta jest tu wyczuwalna i to ona decyduje o charakterze Wind Wood przez większość czasu trwania na skórze. Stąd moje skojarzenia z zapachami w typie L’Homme i L’Homme Libre YSL. Wind Wood ma wyraźną projekcję i bardzo dobrą trwałość. Pachnidło na mocne 4, a może nawet 4+.

mancera wind-wood

nuty górne: mandarynka, różowy pieprz, nuty zielone

nuty środkowe: paczula

nuty dolne: wetiwer, cedr, mech dębu, ambra, skóra, białe piżma

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

So Blue

To jedno z najnowszych pachnideł Mancera ciąży raczej ku kobiecej estetyce, będąc całkiem atrakcyjnym i dość złożonym zapachem kwiatowo-drzewnym z – obowiązkową  w serii Blue – nutą morską. So Blue pachnie szczególnie dobrze na początku i przez pierwsze kilkadziesiąt minut, gdy dominuje mariaż nut owocowych i kwiatowych podlanych morską pianą, osadzonych na pokrytych mchem drewnianych palach z paczuli i sandałowca. Później traci na swej urodzie, emitując dość nijaką drzewno-piżmową bazę z dodatkiem wanilii. Reasumując – całkiem ładne i nawet dość oryginalne pachnidło, choć faktem jest, że niczego nie urywa…

Mancera So Blue

nuty górne: bergamotka, mandarynka, cytryna, nuty owocowe, pieprz

nuty środkowe: akord morskich oparów, bułgarska róża, fiołek, paczula

nuty dolne: ambra, mech dębu, drewno sandałowe, wanilia, piżma

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ****

Kumkwat Wood

Mimo najszczerszych chęci Kumkwat Wood rozczarowuje swoją nijakością, brakiem wyróżniających się aromatów, ale także i słabymi parametrami użytkowymi. Kumkwat – czyli chińska pomarańcza, to rodzaj cytrusa o małych owocach. Ich zapach zbudowany jest w 90% z limonenu, molekuły o słodko-cytrusowej woni. Niestety wyczuwalność tej nuty jest tu bardzo niewielka, bardziej czuć nuty drzewne, ale i te są jakby stłumione.  W ofercie Mancera znajdziemy interesujące i udane pachnidła, ale to z pewnością do nich nie należy. Gdy zaś już mówimy o cytrusach, to pod tym względem zdecydowanie lepiej prezentuje się inny zapach tej marki: Lemon Line.

mancera kumkat-wood

nuty górne: bergamotka, grejpfrut, przyprawy

nuty środkowe: paczula, nuty kwiatowe i ambrowe

nuty dolne: wetiwer, białe piżma, drewno sandałowe i cedrowe

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Lemon Line

Korespondujący z subtelnym akordem białokwiatowym i podbudowany aromatycznymi składnikami w postaci lawendy i geranium osadzonymi na mszysto-piżmowej bazie Lemon Line jest zapachem od początku do końca bardzo cytrusowym dobrze utrwalonym piżmami. Choć tytuł sugeruje cytrynę, w rzeczywistości dominuje tu raczej zielona nuta bergamotki w połączeniu z słodszą wonią cytryny. Owocowa, odświeżająca woń wyjątkowo długo utrzymuje się na skórze, stanowiąc bardzo dobrą propozycję dla wielbicieli współczesnych zapachów kolońskich o przedłużonej trwałości. W sumie całkiem sympatyczna i udana propozycja Mancera, tym frazem w absolutnie europejskim stylu

mancera lemon-line

nuty górne: cytryna, pomarańcza, lawenda

nuty środkowe: białe kwiaty, ambra, geranium

nuty dolne: białe piżma, mech dębu

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

 

 

Maison Francis Kurkdjian „Oud Satin Mood”

Zwykle opisuję perfumy przez pryzmat akordów i tworzących je nut. Zapożyczam więc terminologię od muzyki, bo perfumeria nie dysponuje niestety swym własnym, koherentnym, odrębnym i powszechnie zrozumiałym językiem. W konsekwencji nasuwa się więc pytanie – czy perfumy, prócz pojedynczych nut i akordów, czyli harmonii, posiadają także melodię? W melodii dźwięki następują po sobie, w akordach współbrzmią one w tym samym czasie tworząc harmonię. W perfumach możemy poczuć konsonanse i dysonanse, akordy i harmonię, ale czy poczujemy w nich także melodię?

Podczas swojej prezentacji w perfumerii Quality Missala Francis Kurkdjian kilkukrotnie nawiązywał do muzyki, do analogii pomiędzy nią a perfumami. Przyznał, że sam amatorsko gra na fortepianie, podczas gdy jego siostra jest profesjonalną pianistką. Kurkdjian jako posiadający zdolności muzyczne kompozytor perfum jest dla mnie właśnie niczym kompozytor muzyki, który dba o to, by jego dzieła były złożone z konsonansowych harmonii. Unika dysonansów. Poza tym – co bardzo ważne – jego zapachy mają moim zdaniem swoją melodię. Zwykle taką, którą łatwo zapamiętać. Są jak dobra piosenka. Oud Satin Mood – najnowszy zapach Francisa Kurkdjiana, którego polska premiera odbyła się przy okazji wizyty tego perfumiarza w perfumerii Quality Missala (moja relacja tu), nie jest w tym względzie wyjątkiem.

MAISON FRANCIS KURKDJIAN OUD Satin mood_visual

Muszę przyznać, że zapach zaskoczył mnie. Przede wszystkim, znając dotychczasowe trzy pachnidła cyklu Oud Moods spodziewałem się kolejnego gęstego, esencjonalnego, mocno zainspirowanego arabską stylistyką uniseksowego pachnidła w formie extrait de parfum, oprawionego w charakterystyczny kurkdjianowski flakon ze złotą tabliczką na przedzie. A więc produktu wprost idealnie zaprojektowanego, by święcił triumfy sprzedaży na bogatych rynkach arabskich. Tymczasem Satin Mood odróżnia się od oudowej trójcy nie tylko na pierwszy rzut oka – czyli brakiem owej złotej tabliczki i koncentracją eau de parfum – ale przede wszystkim swym absolutnie europejskim, a ściślej francuskim charakterem oraz zdecydowanie kobiecą urodą.

MFK Oud Moods

Nie jest to, jak się można domyśleć, zapach tak ekspansywny, jak wcześniejsze Oud Moods. Jest bardziej subtelny, choć dobrze wyczuwalny, miękki, aksamitny, pudrowy, z głównymi nutami fiołka, róży i wanilii. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma tu klasycznego akordu głowy, a zapach od razu rozpoczyna się sercem, głównym tematem. Zieloność fiołka, który pachnie tu także nieco jak kłącze irysa, obecna jest w tej pierwszej fazie zapachu, kiedy możemy go poczuć wspólnie z różą i wanilią. Z czasem w naturalny sposób zanika, a na skórze pozostaje charakterystyczny różano-waniliowy, nieco pudrowy akord, który trwa praktycznie do końca, powoli się wyciszając. Oudu jako indywidualnego składnika nie wyczuwam tu żadnym momencie. Tuszę, że został wtopiony w kompozycję i „współbuduje” całość charakterystycznego głównego akordu Satin Mood… No chyba że Francis zastosował tu chwyt marketingowy i wykorzystał niezwykłą moc słowa oud w nazwie, skąpiąc samej cennej substancji w formule. Jako absolwent Paris Institute of Luxury Marketing, ale przede wszystkim jako perfumiarz doskonale znający rynek, mający z nim na co dzień styczność poprzez tworzenie perfum na zamówienie designerskich marek, mógł tego typu pokusę nie tylko poczuć, ale i jej ulec…

Załóżmy jednak, że nie uległ.

Jako produkt w ofercie MKF Oud Satin Mood nawiązuje – poprzez nazwę i inspirację fakturą materiału – do oudowego trio. Jednocześnie poprzez projekt flakonu, koncentrację zapachu i jego francuski charakter – do pierwszego Oud MFK. Co więcej, wspomniany kwiatowo-waniliowo-pudrowy akord, kojarzący się nieco z zapachem szminki do ust, czyni z Oud Satin Mood kobiecy odpowiednik pierwszego, bardziej moim zdaniem męskiego w swym charakterze Oudu. Przyznam, że owe szczegóły zauważyłem dopiero po spotkaniu z Francisem, a szkoda, bo chętnie zapytał bym go o to, czym się kierował, tak dobierając charakter, flakon i koncentrację tych perfum… 

Oud – Maison Francis Kurkdjian

Dobre perfumy muszą zapadać w pamięć. Muszą mieć w sobie coś, co wnika głęboko w zakamarki naszej zapachowej pamięci i nie chce stamtąd ulecieć. Coś co powoduje, że chcemy do nich wracać i wciąż chcemy ich więcej. A gdy ich zabraknie, czegoś nam dziwnie brakuje… Oud Satin Mood spełnia te kryteria.

Satin Oud na pewno pachnie oryginalnie i charakterystycznie. Nie ucieknę jednak od porównań, które zwykle stosuje w swoich opisach nie po to, by – broń boże – sugerować brak kreatywności czy naśladownictwo, ale po to, by pomóc wyobrazić sobie zapach tym czytelnikom, którzy go nie znają, a którzy być może poznali ten, którego używam do porównania (zawiłe, wiem!). W przypadku Satin Mood najbardziej oczywistym będzie porównanie do Lipstick Rose (2000 r.) od Frederica Malle autorstwa Ralfa Schwiegera. Ten sam pudrowo-szminkowo-różany klimat (nieprzypadkowa zbieżność głównych ingrediencji: fiołka, róży, wanilii i akordu ambrowego), choć jako całość pachnący u Francisa inaczej, bardziej współcześnie, a mniej retro, co z kolei charakteryzuje Lipstick Rose. Wieść niesie, że tę samą estetykę penetrował Olivier Polge tworząc Misia – swoje pierwsze perfumy dla Chanel (dołączone w tym roku do linii Les Exclusifs). To wszystko nie zmienia oczywiście mojej pozytywnej oceny Satin Oud, które choć najsłabsze z wszystkich oudów Francisa (a już na pewno najmniej oudowe), jest pachnidłem – przepraszam za trywializm – bardzo ładnym i przyjemnym w noszeniu. Przede wszystkim zaś naprawdę uroczo pachnie na kobiecej skórze. Wiem, bo sprawdziłem to osobiście już dobrych kilka razy. Działa. Zawsze.

MAISON FRANCIS KURKDJIAN OUD Satin mood 70ml EDP

główne nuty: fiołek, róża bułgarska, róża turecka, ambra, wanilia, oud

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Dior „Fahrenheit Parfum”

Najnowsze wcielenie legendarnego Fahrenheita to wersja Parfum wpisująca się w strategię Diora polegającą na rozbudowywaniu poszczególnych linii zapachowych o kolejne wersje (casus Eau Sauvage czy Dior Homme). Przypomnijmy – poprzednim wcieleniem jest świeży, wodno-fiołkowy Aqua Fahrenheit z 2011 roku, a wcześniejszym – 2009 rok – intrygujący i mroczny Fahrenheit Absolute (w rolach głównych olibanum, mirra i oud), którego słaba sprzedaż zdecydowała o wycofaniu z oferty (szkoda).

Oto Fahrenheit naszych czasów.

Fahrenheit parfum 1

Od pierwszych docierających do nozdrzy molekuł nie można mieć wątpliwości, że to Fahrenheit. Wystarczająco podobny do genialnego protoplasty, by móc nosić jego imię i jednocześnie na tyle aktualny, by zdobyć serca współczesnych mężczyzn. Swym niezwykle harmonijnym i pozbawionym kontrowersyjności wielkiego protoplasty charakterem Parfum nie powoduje zakłopotania. Raczej kusi polityczną poprawnością.  Przy tym urzeka wyrazistością, harmonią, nasyceniem oraz pięknym męskim charakterem.

Jak wyjaśnia perfumiarz:

„Nie chciałem tworzyć karykatury Fahrenheita, który i tak sam w sobie jest bardzo asertywną kompozycją. Zamiast tego podążyłem pierwotną fabułą, dodając elementy wzbogacające zapach, podkreślając w ten sposób jego nietypowy charakter.” 

François Demachy

Francois-Demachy d

Zapach bezdyskusyjnie zawiera w sobie DNA klasyka. Zbudowany został z trzech bardzo wyraziście zarysowanych akordów (trademark Demachy’ego): (1) słodkie cytrusy (mandarynka) podlane lukrecją (2) akord fiołkowo-skórzany z dodatkiem rumu, kolendry i kminu – (3) akord waniliowy. Wszystkie fazy są doskonale poskładane i urzekają jakością składników. Mandarynka jest soczysta, fiołek pięknie zielony, zaś skóra subtelna i pozbawiona – fakt faktem niesamowitej – paliwowej nuty „pradziadka” (co może być zachętą dla wszystkich tych, których ta nuta w oryginalnym Fahrenheicie drażni). Baza zaś to wanilia – szlachetna, głęboka, zmysłowa i magnetyzująca.

 farenheit_compo-notes9060648612465812293

Przyznam, że przez pewien czas miałem wrażenie, że Parfum jest mocno podobny do także fiołkowego YSL L’Homme, jednak w testach porównawczych ten ostatni – sam w sobie przecież całkiem udany – wypadł po prostu blado, jakby prezentował inną, niższą ligę. Z recenzenckiego obowiązku dodam, że Fahrenheit Parfum ma solidną, ale nie przytłaczającą projekcję oraz świetną, ponad 10-cio godzinną trwałość.

Flakon 75 ml to bardziej pękata i wykonana z grubszego szkła wersja oryginału. Świetnie leży w dłoni i robi bardzo dobre wrażenie. Minusem jest zastosowanie większego, ale i mniej wyrafinowanego atomizera (innego niż  w poprzednich wcieleniach Fahrenheita), który nie pozwala różnicować wielkości chmury i dozuje zawsze takie same, sporej wielkości dawki. Byłby idealny do lekkiej wody kolońskiej, niezbyt jednak pasuje do dość gęstej i wyrazistej wersji Parfum.

Fahrenheit Parfum to bardzo udana współczesna wersja klasyka, którą z każdym dniem doceniam coraz bardziej. To wg mnie najlepszy „flanker” w fahrenheitowej kolekcji i jednocześnie po prostu świetne męskie perfumy. Wyraziste, eleganckie i wyrafinowane, a przy tym trwałe. Piękno i finezja tego zapachu dowodzą, że Francois Demachy trzyma wysoki poziom i dba o to, by logo Dior tak jak niegdyś, tak i dziś oznaczało w perfumach najwyższą jakość.

fahrenheit_parfum_dior_22fd662ca1

nuty głowy: lukrecja, mandarynka

nuty serca: kolendra, kmin, liście fiołka, rum

nuty bazy: skóra, wanilia, nuty drzewne

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość:  ponad 10 godz

Andy Tauer Pentachords – „White”, „Auburn”, „Verdant”

Zapachy Andy’ego Tauera z jego głównego nurtu (tzw. Classics) czerpią z klasycznych wzorców i pachną, jakby powstały kilkadziesiąt lat temu, a następnie – na wzór starych płyt muzycznych – przeszły współczesny remastering. Nie znam obecnie żadnego innego perfumiarza, który z równym powodzeniem penetrowałby rejony klasycznej perfumerii i z taką dbałością dobierał składniki oraz ich proporcje, by efekt był nie tylko nieziemsko piękny i poruszający, ale i pachnący mocno oraz bardzo długo (z opisów domyślam się, że może to być Vero Kern, której zapachy pod marką Vero Profumo mają opinie neoklasycznych, niestety póki co nie udało mi się jeszcze poznać żadnego z nich). Tauer przyznaje, że jego klasyczne perfumy zawierają zwykle bardzo dużo ingrediencji w wysokim stężeniu, a ich formuły są bardzo złożone i skomplikowane. To faktycznie czuć. Andy niewątpliwie lubi wyzwania (jakże inaczej wytłumaczyć można jego niezwykle odważną decyzję sprzed kilku lat, by porzucić etat informatyka i w pełni oddać się tworzeniu własnej perfumowej marki?). Dużo mniejszym, ale jednak wyzwaniem było wprowadzenie do oferty trzech pachnideł zupełnie innych od tego, do czego Szwajcar już zdążył nad przyzwyczaić. Oto w 2011 roku na Targach Pitti Fragranze we Florencji Tauer zaprezentował linię Pentachords złożoną z trzech zapachów White, Auburn i Verdant stworzonych w oparciu o filozofię minimalizmu – z zastosowaniem składników wyłącznie pochodzenia syntetycznego. 

pentachords

Każda kompozycja składa się z pięciu ingrediencji najwyższej, wyselekcjonowanej jakości, wybranych z pieczołowitością przez Tauera. Warto wiedzieć, że tworzone w laboratoriach kilku zaledwie konkurujących ze sobą światowych koncernów aromamolekuły (te same – tyle że pod innymi nazwami handlowymi) różnią się jakością (m.in. stopniem zanieczyszczenia), a co za tym idzie niuansami olfaktorycznymi. Budując Pentachords Tauer bazował na – jego zdaniem – najlepszych ingrediencjach, często także bardzo kosztownych (wbrew obiegowej opinii, że składniki syntetyczne są nieporównanie tańsze od naturalnych).

Przy okazji lansowania linii Pentachords Andy poruszył interesujący temat często dyskutowany na forach perfumowych czy blogach: o wyższości składników naturalnych nad syntetycznymi i ich większej wartości, odzwierciedlanej również w cenie. Prz pomocy Pentachords Tauer burzy ten mit udowadniając, że z zaledwie pięciu składników można stworzyć przekonujące i bardzo ciekawie pachnące mikstury, pod trzema wszakże warunkami: że wybierze się właściwie składniki, zaopatrzy się w ich najlepsze dostępne na rynku wersje i dobierze się optymalne dla założonego efektu proporcje.  Ciekaw byłem niezmiernie Pięcio-akordów i tego jak znany z barokowych receptur Tauer poradził sobie z minimalistycznym wyzwaniem.

Andy Tauer

White 

Andy Tauer od czasu do czasu pracował nad swoim ulubionym irysowym akordem (obecnym w wielu jego kompozycjach), aż w pewnym momencie postawił sobie za zadanie stopniowo ograniczyć liczbę jego składników. Doszedł do zaledwie pięciu, uzyskując zadowalający go efekt. Tak powstał Pentachord White, który zresztą dał początek całemu trio. Centralnym punktem tej kompozycji jest magiczna aromamolekuła Alpha Irone produkcji Givaudana. Składnik nietani (w cenie równej połowie ceny absolutu różanego!), ale i wyjątkowy, bo doskonałej jakości, wielowymiarowy (nieco metaliczny, nieco drzewny, trochę ambrowy, z subtelną nutką maliny), a do tego nawet ewoluujący na skórze. Faktycznie White przedstawia niezwykle bujną irysowa nutę, z początku maślano-marchewkową, z czasem nabierająca subtelnej, niby-malinowej słodyczy. Zapach roztacza przy tym czystą świeżą aurę, stając się w ofercie Tauera tym czym L’Eau dla Serge’a Lutensa czy Aqua Universalis dla Francisa Kurkdjiana. Oczywiście dla wielbicieli woni kłącza irysa White jest pozycją obowiązkową i jednocześnie najbardziej przyjaznym, najcieplejszym i wg mnie najładniejszym zapachem z całej trójcy Pentachords.

white cloth small

pent-akordy: liść fiołka, korzeń irysa, vanilia Bourbon, szara ambra, ciepłe drewno

Auburn

Auburn to przyprawowa, rdzawa strona trio Pentachords. Dominujące nuty pyłu z cynamonowej kory i tabaki czynią z Auburn krewnego Eau d’Epices tego samego autora, choć w mniej złożonym wydaniu. Początkowo całość rozświetla świeża, rześka nuta opisywana jako zapachu kwiatu cytrusa. Później jednak zapach ciemnieje i wyostrza się. Staje się suchy, pylisty i wytrawny, wibruje pikantną nutą cynamonowej kory. Jest szorstki, męski i w liniowy sposób trwa na skórze całkiem długo. Bardzo charakterny i raczej wymagający wyrobionego nosa. Dla koneserów.

rust-texture--rust_19-128552

pent-akordy: kwiat cytrusa, ciepły cynamon, owocowa tabaka, sucha ambra, kremowe drewno sandałowe

Verdant 

Początkowo Verdant pachnie trochę jak charakterna i mocna wersja ulotnego Untitled Maison Margiela autorstwa Danieli Andrier. Wyrazista zielona, strączkowa nuta galbanum, która w Untitled ewoluuje w subtelne, zwiewne, wiosenne i bardzo kobiece biało-kwiatowe serce, tu z czasem nabiera nieco mentolowego charakteru geranium. Od spodu przebija się wytrawna nuta tabaki, a całość bazuje na nucie ambrowej. Zapach jest wyrazisty, charakterystyczny, bardzo oryginalny i ciekawy. To taka alternatywna, rzadko spotykana w perfumach zieleń. 

green

pent-akordy: zroszone liście, łagodna skóra, brązowa tabaka, słodka ziemia, wibrująca ambra

Pentachords to zapachy zaskakujące i wyróżniające się. Intrygują niecodziennymi zestawieniami nut, wyrazistością i niebanalną urodą. Mimo z premedytacją ograniczonej liczby ingrediencji – i to wyłącznie syntetycznych – pachną absolutnie przekonująco i jakościowo, choć oczywiście z natury rzeczy daleko im do wielowątkowych pachnideł, z których Tauer jest znany (co objawia się także w ich minimalnej ewolucji na skórze). Jednak zastosowana przez niego w tym przypadku minimalistyczna konwencja wcale nie okazała się dla niego przeszkodą w realizacji celu. Przeciwnie – artysta dowiódł, że nawet dysponując tak skromną paletą środków, jest w stanie stworzyć oryginalne i świetne pachnidła. White, Auburn i Verdant są bowiem trzema bardzo różnymi od siebie absolutnie i pełnowartościowymi zapachami, które w sposób idealny urozmaicają i wzbogacają unikatową przecież ofertę perfumową tego artysty.