Serge Lutens „La Religieuse”

Maestro Serge Lutens wraz ze swym nieodłącznym partnerem, mistrzem perfumeryjnej sztuki Christopherem Sheldrakem, po raz kolejny w historii marki poświęcili swe dzieło kwiatowi jaśminu. Wcześniej jaśmin był już bohaterem w A La Nuit (2000) i Sarrasins (2007), sporo jest go także Nuit de Cellophane (2009). Tym razem możemy podziwiać go w La Religieuse (2015). Wbrew nazwie Zakonnik wcale nie pachnie więc kadzidłem, mimo że kadzidło jest wymieniane w jego składzie…

Lutens la-religieuse 1

Jaśmin w La Religieuse jest obecny od pierwszych sekund. Charakterystyczna białokwiatowa nuta została tu pozbawiona elementów „trudnych” i nabrała bardzo współczesnego kształtu. Towarzyszy jej abstrakcyjny i trudny do opisania, lekko słodki, jakby żywczno-balsamiczy akord, w którym doprawdy trudno jest zidentyfikować jakąkolwiek znaną mi nutę, choć kojarzy mi się z jakąś dość powszechnie używaną w perfumach i – szczerze mówiąc – niezbyt ładnie pachnącą „solo” aromamolekułą. Na szczęście dla całości nuta ta jest tu nie przesadnie intensywna. Zapach jaśminu zatopiono w białych piżmach. Piżma zresztą stanowią spory udział w kompozycji i decydują o jego słodkawej, ciepłej, cielesnej i dość długotrwałej, ale i subtelnej bazie. Całość sprawia wrażenie pozbawionej niuansów, czytelnej, prostej i nieskomplikowanej formuły, w której jaśminowi nadano specyficznej aury czyniąc z zapachu współczesny floriental.

jasmine

La Religieuse pachnie dość blisko skóry – poza pierwszym kwadransem, gdy projektuje bardziej wyraziście. Jego trwałość jest na standardowym lutensowskim, dobrym poziomie. Przyznam, że moje odczucia nt. tej kompozycji są ambiwalentne. Z jednej strony zapach ten jest owszem nawet intrygujący dzięki nietypowemu, interesującemu, uniseksowemu ujęciu jaśminu. Z drugiej strony poza tym nie ma nic nowego i ciekawego do zaproponowania. Rozwija się na skórze w sposób moim zdaniem mało ekscytujący, ale też i nie można odmówić mu jakości. Cóż – zdecydowanie lepiej udała się Lutensowi i Sheldrake’owi róża w La Fille de Berlin z 2013 roku. Ale o tym napiszę innym razem…

Lutens la-religieuse 2

główne nuty: jaśmin, kadzidło, cywet, piżmo

twórca: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: średni
  • projekcja: średnia+
  • trwałość: ponad 10 h

Serge Lutens „L’Orpheline”

Serge Lutens ma 72 lata. Od mniej więcej 22 lat stoi na czele Les Salons du Palais Royal – stworzonej przez siebie niszowej marki perfumowej (nota bene będącej własnością koncernu kosmetycznego Shiseido), która wśród zapachowych koneserów cieszy się co najmniej wielką estymą, a często wręcz kultowym uwielbieniem. Całkiem zasłużenie. Lutens to jeden z pionierów niszowej, artystycznej perfumerii. Jedna z absolutnie najważniejszych postaci w jej współczesnej historii. Człowiek współodpowiedzialny nie tylko za przywrócenie perfumom ich artystycznego statusu, ale także za przeszczepienie elementów perfumerii arabskiej na grunt europejski. W ciągu tych ponad 20 lat spod jego skrzydeł wyfrunęło na świat wiele magicznych kompozycji zapachowych, w tym co najmniej kilka arcydzieł (Feminite du Bois, Ambre Sultan, Arabie, Borneo 1834). Od początku (poza wspomnianym Feminite du Bois) z Lutensem ściśle współpracuje perfumiarz Christopher Sheldrake. To być może najdłuższa perfumowa kooperacja w historii perfumerii. Duet ten wciąż tworzy i choć jego współczesne kreacje nie mają już ciężaru gatunkowego lutensowskich klasyków i hołdują całkiem innej stylistyce (okres marokański należy uznać za dawno zamknięty), nie zawsze też „brzmią” równie przekonująco, to jedno jest pewne – premiery nowych pachnideł Serge’a Lutensa wciąż wzbudzają spore zainteresowanie, a same pachnidła niezmiennie warte są co najmniej poznania. Bo Mistrz to Mistrz. A on sam natomiast nie musi obecnie już niczego nikomu udowadniać. Podąża jak zawsze swoją ścieżką, która w ostatnich latach skręciła wyraźnie od ciężkiego, często gęsto kwiatowego, przyprawowego, kadzidlanego, żywicznego i balsamicznego orientu ku zapachom zdecydowanie lżejszym, często abstrakcyjnym, kompletnie innym od tego, do czego na przestrzeni lat nas przyzwyczaił, a bliższym temu, co lata temu proponowało awangardowe wówczas Comme des Garcons.

serge-lutens-
Serge Lutens

W 2009 roku ukazał się zapach, który pod każdym względem nijak miał się do znanego stylu Serge’a. On sam zwykł określać go jako „antyperfumy”. Zaskakiwał już sam tytuł, a konkretnie jego ujmująca i surowa wręcz prostota: L’Eau Serge Lutens (w przypadku zapachów Lutensa określenie nazwy perfum jako tytułu ma moim zdaniem szczególne uzasadnienie). Dziś już wiadomo, że zapach ten był swoistą deklaracją, manifestem nowego kierunku zapachowych eksploracji duetu Lutens-Sheldrake, które w kolejnych latach przyniosły kontynuację cyklu L’Eau CollectionL’Eau Froide (2011) i Laine de Verre (2014), o których mam nadzieję przyjdzie jeszcze czas napisać.

Najmłodsze dziecko Serge’a Lutensa L’Orpheline (Sierota) nie sprawia wcale wrażenia osieroconego. Przeciwnie – pod względem zapachowym wydaje się być bliskim krewnym biało-piżmowych eksperymentów w Clair de Musc (2003), ale przede wszystkim przynależy olfaktorycznie (bo nie formalnie) do wspomnianej rodziny L’Eau Collection i jest kolejnym korkiem na drodze ku perfumowemu abstraktowi, „antyzapachowi”, perfumom anty-perfumowym, które swój charakter zawdzięczają przede wszystkim współczesnym osiągnięciom syntezy chemicznej i talentowi perfumiarskiemu Sheldrake’a. Serge Lutens przejmuje estetykę Comme des Garcons? Cóż – dokładnie tym tu pachnie…

orpheline-lutens-firstluxe

L’Orpheline to mieszanka przede wszystkim nut drzewnych, kadzidlanych i piżmowych, która jako taka – sądząc tylko po składnikach – mogłaby być klasycznie „staro-lutensowska” – ciężka, gęsta, obezwładniająca swym nasyceniem i głębią. Jest jednak zupełnie przeciwna. Zadziwiająco lekka, wręcz transparentna, przy tym bez wątpienia intrygująca i bardzo współczesna, a nawet odrobinę awangardowa. Otwiera się niezwykłą mieszanką unoszonych przez aldehydowy podmuch nut czystego jak kryształ olibanum i nuty niby-goździka (nie wymieniony w składzie może być złudzeniem powstałym w wyniku współbrzmienia innych ingrediencji), z od razu wyczuwalną sowitą dozą białych piżm. Nie wyczujemy tu więc brudnych, zwierzęcych, „sierściuchowych” akcentów znanych z Muscs Koublai Khan, tylko czyste, świeże, niemalże detergentowe piżma. Jedynie gdzieś tam z tyłu majaczy specyficzna, jakby „piekąca” w nos nutka, którą pamiętam własnie również z tła „piżmowego potwora”, gdzie na czele dominują przypominające woń futra nuty animalne. Co znamienne L’Orpheline mości się na skórze przez pewien czas łudząc swym niby-goździkowo-piżmowym zapachem, by po kilkudziesięciu minutach rozpocząć całkiem donośną projekcję magnetycznej i trudnej do opisania woni, w której dominuje jakby fougere’owa kumaryna mocno podlana piżmami. Doprawdy dziwne to pachnidło…Trudne do sklasyfikowania, stanowi pewne wzywanie, choć nosi się je bardzo przyjemnie… Jego ewidentna niszowość wynika z totalnie niemainstreamowej tematyki. Przy tym swego rodzaju elitarnego charakteru dodaje mu oszczędna stylistyka, gdyż w założeniu L’Orpheline nie ma perfumować – ma jedynie dodawać noszącemu osobliwego zapachu… Jest w tym jakaś awangardowy minimalizm, elitarne wyrafinowanie w duchu „im mniej tym lepiej”, które przekonuje. Przynajmniej mnie. Dobra odskocznia od wyrazistych niszowych „mocarzy” bez popadania w banał większości współczesnych lekkich i czystych, świeżych zapachów mainstreamu.

Specyfika L’Orpheline wymaga wg mnie nieco wyższych temperatur niż obecnie panujące, gdyż tylko takie pozwolą unieść się dość masywnym molekułom je budującym. Jest więc zapachem wskazanym na cieplejsze pory roku. Ładunek piżm gwarantuje natomiast długotrwałość na skórze, który ze względu na swój transparentny i w sumie lekki, antyzapachowy, abstrakcyjny charakter mógłby spokojnie stanowić kolejną wodę w L’Eau Collection. Po co więc to osierocenie Monsieur Lutens?

lutens lorpheline

główne nuty: aldehydy, drewno cedrowe, akord fougere, kumaryna, szara ambra, paczula, kadzidło, cashmeran

twórca: Christopher Sheldrake/ Serge Lutens

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4/ projekcja: 3,5/ trwałość: 5,0/ flakon: 5,0

Serge Lutens – po drugiej stronie lustra (5) – „Rousse”, „Fumerie Turque”, „Santal de Mysore”, „Santal Blanc”

Rousse – rudzielec

Któż inny, jeśli nie Serge Lutens, wielbiciel Arabii, który wiele lat przemieszkał w Marakeszu, mógł stworzyć takie właśnie pachnidło? Mimo przewąchania wielu dziesiątek perfum na przekonujące zapachy z cynamonem w roli głównej natykałem się niezmiernie rzadko. Poza Rousse pamiętam jedynie także lutensowski Five O’Clock Au Gingembre, genialny Musc Ravageur od Frederica Malle oraz całkiem udany massmarketowy Diesel Zero Plus Masculine. Wśród tej czwórki Rousse wyróżnia charakterystyczne dla duetu Lutens/Sheldrake połączenie przypraw z nutami owocowymi, tym razem nieco lżejszymi (bo słodko-cytrusowymi), niż zwykle przez nich stosowane lepkie suszone owoce. W podobny sposób zresztą panowie poskładali rok później Five O’Clock Au Gingembre, bo choć tam rolę przewodnią pełni imbir, to jednak bez cynamonu i cytrusów ten zapach nie byłby tym, czym jest. Rousse otwiera się przepięknym, głębokim i intensywnym miksem mandarynki i tytułowego cynamonu. Nuta owocowa stopniowo zanika, a na skórze pozostaje aksamitny akord kulinarno-przyprawowy, któremu subtelnej pikantności dodaje pozostający w tle goździk. Mimo kilku innych ingrediencji esencja z kory cynamonowca rządzi w Rousse niepodzielnie, z czasem prezentując się na tle ciepłego akordu ambrowego, tworząc jedno z najlepszych (jeśli nie najlepsze w ogóle) pachnideł stricte cynamonowych. Rousse to także jedne z najbardziej zmysłowych znanych mi perfum, a także – choć wiem, że to schematyczne – doskonałe dopełnienie wizerunku kobiety o rudych włosach i kredowo-białej karnacji. Koniecznie piegowatej.

główne nuty:  mandarynka, cynamon, goździki, cedr, żywica, ambra

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2007

 

Fumerie Turque – turecka palarnia…

Zdecydowanie jedna z bardziej interesujących i wyróżniających się kompozycji Lutensa/Sheldrake’a, w której ścierają się dwie natury: kulinarnie słodka złożona z miodu, porzeczki, wanilii, tonki i styraksu z niepokojącą dymno-skórzaną (jałowiec, tytoń, zamsz), która ma zresztą wyraźną przewagę. W efekcie Fumerie Turque robi na mnie wrażenie pachnidła zdecydowanie męskiego, które chyba dzięki zestawieniu nut miodu, skóry i tytoniu oraz róży wykazuje powinowactwo do starego dobrego Antaeusa Chanela, tyle że dzieło Lutensa jest jednak subtelniejsze i bardziej zachowawcze oraz – oczywiście – pozbawione kastoreum. Zdecydowanie godne zwrócenia uwagi, szczególnie mężczyzn. Niewiele ma Lutens pachnideł stworzonych dla męskiej skóry. To zdecydowanie takie jest. Polecam.

Fumerie Turque

główne nuty:  miód, jagody jałowca, tonka, rumianek, paczula, wanilia, turecka róża, czerwona porzeczka, tytoń, styraks, zamsz

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2003

 

Santal de Mysore – piracka drewniana łajba 

Serge Lutens zdaje się mieć słabość do esencji z drewna sandałowego. W jego ofercie znajdziemy dziś aż trzy pachnidła z sandałowcem w nazwie (premiery chyba nie przypadkowo miały miejsce mniej więcej co 10 lat) i pewnie kilka innych, w których ma istotne znaczenie w składzie. Datowany na 1991 rok, a więc rok debiutu marki Serge Lutens, Santal de Mysore to perfumy przyprawowo-drzewne, pikantne ze szlachetną sandałową bazą. W trakcie rozwijania się zapachu na skórze dobiega mnie aromat rumu, przypraw, dębowej beczki, desek. Nieco „piracki” klimat zapachu, podobny do Idole de Lubin, Cuir Pleine Fleur Heeleya czy Bois d’Ombrie Eau de Italie. Czy rzeczywiście Lutens używa w formule esencji z będącego na wyginięciu gatunku sandałowca z Mysore, tego nie wiem. Trochę nawet w to wątpię. Niemniej woń drewna sandałowego – z natury dość wg mnie nudna – tu została w udany sposób uatrakcyjniona i zgrabnie wzmocniona  żywicami (benzoes i styraks).

Santal de Mysore to bez wątpienia jedna z jaśniejszych gwiazd na mrocznym paryskim firmamencie Serge’a. Niestety – podobnie jak kilka innych – obecnie dostępna już wyłącznie w jego paryskim salonie firmowym oraz na stronie internetowej jako element kolekcji Palais Royal Exclusive Fragrances, którą wyróżnia charakterystyczny obły flakon, tzw. bell jar.

Santal de Mysore

główne nuty:  szafran, kmin, dzika marchew, drewno sandałowe, benzoes, styraks

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 1991

 

Santal Blanc – cherlak 

Delikatna, niemal transparentna, lekko słodka na lutensowski sposób, lekko biało-piżmowa wersja perfum z delikatną, kremową sandałową bazą. Zupełnie nie zrobiła na mnie wrażenia. Cherlawe to stworzenie, niedożywione, o bladej skórze grubości bibuły, wydaje się być niezbyt chcianym i niezbyt kochanym dzieckiem panów Lutensa i Sheldrake’a. Po co było robić na siłę te perfumy? Może lepiej było odczekać, dać im czas i zamiast tego kontynuować inny projekt? Nie potrafię pisać o kiepskich zapachach (a ten jest kiepski), wolę szczerze mówiąc już raczej milczeć na ich temat. Być może więc nie powinienem był się brać za Santal Blanc, ale skoro już zacząłem, to i zakończę – w te słowy: strata czasu, o pieniądzach nie wspominając. Jeśli już naprawdę chcemy mieć sandałowca od Lutensa, pokuśmy się jednak o Santal de Mysore

Santal Blanc

główne nuty: drewno białego sandałowca, żywice, róża, jaśmin, czarny pieprz, irys, piżmo, cedr

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2001

Serge Lutens – po drugiej stronie lustra (4)

Ambre Sultan – Królowa Ambra

ambre_sultan

Na przestrzeni lat lutensowska ambra – jedno z pierwszych pachnideł Serge’a – stała się nie tylko legendą, ale także wzorcem rasowego „ambrowca”. Nie bez przyczyny. Wbrew tendencji zapachów ambrowych do bycia przewidywalnymi i nudnymi, Ambre Sultan zaskakuje bogactwem, złożonością i pięknym kontrastem pomiędzy akordem balsamicznym, złożonym ze styraxu i tolu, a akordem  pikantno-zielonym, zbudowanym z kolendry, liścia laurowego, mirtu i korzenia arcydzięgla. Podstawą tej olfaktorycznej konstrukcji jest drewno sandałowe, a głębi dodaje jej niezawodna paczula.

Sheldrake i Lutens poszli w swym projekcie o jeden krok dalej od innych i postanowili oddać ambrze to co prawdziwie ambrowe. Nie chodziło więc li tylko o zrobienie kolejnego zapachu balsamicznego o bursztynowej barwie (mimo że podobno to właśnie bursztyn był dlań inspiracją), a raczej o zbliżenie się do niezwykłej woni prawdziwej szarej ambry. Dzięki kilku przyprawom Ambre Sultan nabyło tak charakterystycznego dla ambre gris słonego odcienia i to jest właśnie to, co stanowi o niezwykłej oryginalności i fenomenie tego zapachu. Woń zaschniętej na słońcu morskiej soli na bryłce pachnącej szarej materii. Muszę przyznać, że nuta liścia laurowego jest tu wręcz zaskakująco intensywna.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Ambre Sultan to jedna z najlepszych, najbardziej interesujących i nietypowych interpretacji ambrowego tematu i choć nie należy on do moich ulubionych, to w wykonaniu Lutensa mnie przekonuje.

główne nuty:  kolendra, liść laurowy, mirt, korzeń angeliki, sandałowiec, paczula, balsam tolu, styraks

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 1993

 

Chergui – pustynny wiatr

chergui 12

Przyjęło się uważać, że Chergui to perfumy z tytoniową dominantą. To jednak spore uproszczenie, bo choć ta nuta jest tu rzeczywiście znamienna, to pachnidło ma do zaproponowania jednak nieco więcej. Oto klasyczny w swym charakterze „lutek”, w którym nuty owoców suszonych podmuchami pustynnego wiatru zwanego Chergui przeplatają się z roślinnymi sokami, żywicami i drewnem. Słodycz zapewnia miód i cukier trzcinowy, głębię róża, tytoń i kadzidło. Jest hipnotycznie gęsto,   zmysłowo, a nawet smacznie… Zapach leniwie ewoluuje na skórze, trzymając się na niej długo i dając całkiem wyraźnie o sobie znać. Im bliżej bazy, tym wyraźniej czuć marcepanową jakość tonki.  Głęboko brązowa barwa cieczy wprost doskonale prezentuje się w prostym niesamowicie eleganckim, minimalistycznym flakonie. Ten zapach to kwintesencja stylu Serge’a Lutensa.

główne nuty: miód, piżmo, skóra, irys, drzewo sandałowe, cukier trzcinowy, kadzidło, liście tytoniu, róża

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2001

 

Fille en Aiguilles – iglak 

fille enKolejne perfumy, których duet Sheldrake/Lutens nie byłby w stanie się wyprzeć. Soki owoców ściółki leśnej, zielone soki z gałęzi drzew, sok z sosnowych igieł oraz suche pyliste kadzidło, które pozostaje na skórze, gdy owocowa mikstura uleci w przestrzeń. Przepiękne to pachnidło, radosne – wcale nie mroczne, mimo brunatnej, bardzo sugestywnej barwy. To także zapach bardzo wyraźnie zmieniający swe oblicze na skórze w miarę upływu czasu. Głowa to zielono-owocowe soki. Nutą dominującą w sercu jest sosnowy balsam ze swą charakterystyczną mentolową składową. Baza zaś to suche kadzidło.

Fille en Aiguilles w swej tematyce i wykonaniu chwilami przypomina mi Forest Walk Sonoma Scent Studio, tyle że w przyjaźniejszej odsłonie, pozbawionej charakterystycznej nuty pleśniejącej ściółki leśnej. Jest jednym z moich ulubionych „lutków”.

główne nuty: sosnowe igły, słodki sok roślinny, żywica balsamiczna, wetiwer, laur

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2009

cdn.

Serge Lutens – po drugiej stronie lustra (3)

Chypre Rouge – szkarłatny szypr

ognik_szkarlatny

Chypre Rouge to udany efekt zabawy szyprową konwencją wzbogaconą o nuty sosnowych igieł i owocowych żywic. Swego czasu nie wzbudził we mnie zachwytu, ale gdy ostatnio – po pewnym czasie – wróciłem do niego, odkryłem go na nowo. Z klasycznej szyprowej konstrukcji pozostawiono tu mech dębu i paczulę, przy czym ten pierwszy składnik daje wyraźnie znać o sobie już od serca zapachu, podczas gdy paczulę wmontowano w sposób dla mnie nieidentyfikowalny. Chypre Rouge to zapach sosnowego lasu, którego wilgotną ściółkę pokrywają warstwy lekko fermentujących  leśnych owoców. Znajduję tu woń zarówno sosnowych igieł, jak i czerwonych jagód oraz słodkiego i mocnego wina Porto. Doprawdy fascynująca mieszanka, doprawiona szczyptą lutensowskiej tajemnicy.

Chypre Rouge jest gęsty i upojny. Pachnie naprawdę pięknie, długo, zmysłowo, tajemniczo i … seksownie.  Kobieta nim otulona z pewnością zwróciłaby moją uwagę…

sl-chypre-rouge

główne składniki: tymianek, igły sosnowe, miód, wosk pszczeli, jaśmin, owocowe żywice, paczula, mech dębu, ambra, piżmo, wanilia

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2006

Daim Blond – kremowy zamsz

suede gloves

Śliczny i wg mnie bardzo kobiecy „skórzak” w wykonaniu Sheldrake’a, początkowo lekko mentolowy za sprawa kardamonu, później lekko szorstki irysem oraz słodki morelą i heliotropiną, które wspólnie tworzą cos na kształt akordu bialej czekolady, znanego mi z innego dzieła Sheldrake’a – Coromandel Chanela. Co ciekawe, w sercu przez kilkadziesiąt minut nie mogę uwolnić się od skojarzeń z zapachem „obierek”, jakie zostają w ostrzynce świeżo po naostrzeniu ołówka. Mimo że w składzie nie wymienia się ani cedru ani nawet sandałowca, czuję tłustą drewnianą woń. Ten obraz pojawia się na przemian z widokiem zamszowych rękawiczek w kolorze ecru. Tak pachnie Daim Blond, który w założeniu miał być zapachem białego zamszu i takim faktycznie jest. Bardzo ładny zresztą, choć nie powalający. Jego bardziej agresywnym i męskim odpowiednikiem jest Cuir Velorous Naomi Goodsir.

lutens daim blond

główne składniki: głóg, cejloński kardamon, irys, morela, piżmo, heliotrop, skóra

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2004

Cedre – orientalny kwiatowiec

lutens cedre

Z tym zapachem jest podobnie, jak z wieloma pachnidłami paryskiego Le Labo. Znajdujący się w nazwie składnik został oczywiście użyty w formule, ale nie znaczy to, że dominuje on zapach. Tak jest właśnie przypadku lutensowskiego Cedre. Serge Lutens zaliczył tę kompozycję do drzewnych i choć – jak sam przyznaje – tytułowy cedr występuje w formule, to jednak kluczem do niej są miód oraz tuberoza, czyniąca  z tej kompozycji tak naprawdę zapach orientalno-kwiatowy. I rzeczywiście Cedre nie jest absolutnie „drewniakiem”. Miodowo-przyprawowo-kwiatowy bez popadania w florystyczną kliszę zawiera charakterystyczną dla wielu zapachów Lutensa słodkawą bazę. Rozpoczyna się nieco mentolowo. Oblane obficie złocistym miodem przyprawy z marokańskiego targu – cynamon i wyraźny goździk – ujawniają się w sercu kompozycji. W tym momencie przypomina mi się miodowy hegemon Miel de Bois tego samego twórcy. Z czasem daje coraz bardziej znać o sobie tuberoza, choć nigdy nie „kradnie show” i nie dominuje całości swą odurzającą potężną wonią. W końcu w finale czujemy nutę cedru stanowiącą solidny fundament dla całości kompozycji. Cedre to bardzo kobiece perfumy kwiatowo-orientalne utrzymane w charakterystycznym lutensowskim stylu. Może nie wybitne, ale na pewno bardzo ładne.

główne składniki: tuberoza, miód, cedr, cynamon, goździk, piżmo, ambra

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2005

cdn.

Serge Lutens – po drugiej stronie lustra (2) – „Muscs Koublai Khan”

Bestia?

Niejaki Koublai Khan jest postacią historyczną. Wnuk Dżyngis-Chana rządził Mongolskim Imperium w czasie, kiedy Marco Polo odkrył na jego terenie tzw. Tonkin Musk, wonną substancję pozyskiwaną z gruczołu wołu piżmowego (Musk Deer). Ten historyczny fakt stał się inspiracją dla próby odtworzenia tej niespotykanej już dziś w naturze woni (pozyskiwanie go jest prawnie zabronione) oraz dla próby powrotu do źródeł perfumerii. Jednocześnie powstało jedno z najbardziej niesamowitych pachnideł wszech czasów…

Musk_Pod

Śmiem twierdzić, że nie ma drugich takich… Nieprawdopodobnie odważna rzecz. Proponować perfumy tak… trudne. Mieszanka składników zwierzęcych oraz roślinnych o typowo organicznych woniach szokuje. Przynajmniej podczas pierwszych testów. Pachnące zwierzęcym futrem labdanum, kmin o słonej woni potu, piżmowe ziarno ambrette, wreszcie przypominający woń brudnych włosów costus. Ale to dopiero początek, bowiem w kompozycji znaczącą rolę gra fekalny cywet, sierściuchowate kastoreum oraz cielesne piżma i słonawo-mdło pachnąca ambra. Nosy niewytrawne potraktują to jako smród, który ktoś przez pomyłkę zabutelkował i postawił na półce z perfumami. Znawcy i koneserzy zachwycą się odważnym pomysłem i realizacją. Znajdą się też tacy, którzy potraktują Muscs Koublai Khan jako swoje ulubione pachnidło (będzie ich jednak niewielu, zaręczam). Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli już zechcemy koniecznie poczuć się jak Khan i dodatkowo zdecydujemy się wyjść „w tym” do ludzi, to nie liczmy na zrozumienie. Skojarzenia z „naturalnymi zapachami”, których raczej na co dzień unikamy, by uciec od przykrych doznań, będą tu na porządku dziennym. Każdy z nas wie, jak one „pachną”, mało kto uwierzy, że tak „pachnieć” mogą także perfumy… Uratować nas może ich bliskoskórność wynikająca z natury zastosowanych ingrediencji o ciężkich molekułach. Ona także determinuje ich gargantuiczną wręcz trwałość na skórze. Nie łudźmy się, że w połowie dnia wywietrzeją. Co to, to nie…

No ale jeśli już spryskamy się Muscs Koublai Khan…

furry beast 2

Początkowo miód i róże. Nic nie wskazuje na to, że pod ich warstwą leży… bestia. Nie od razu, ale już po chwili czuć jej gęstą sierść. Z czasem szczypiące w nos kastoreum wygrywa z innymi składnikami. Włochaty costus dodatkowo wzmaga zapach sierści. Czystej sierści, pachnącej samą sobą… Bestia żyje. Jej rozgrzane futro uwalnia wonne molekuły dając znać otoczeniu o swej obecności. Miód i róże były tylko po to, by przyciągnąć i odwrócić uwagę, ale teraz już patrzymy prosto w oczy bestii… Jednak, im więcej czasu z nią spędzamy, tym bardziej okazuje się być ona wielkim i przyjaznym, zupełnie niegroźnym futrzakiem, tak że na samym końcu zaczynamy wręcz pałać do niej sympatią… Kolejne z nią spotkanie nie jest już tak traumatyczne, bo wiemy, po co róże i po co miód. Poznaliśmy już bestię i oswajamy się z nią, a ona z nami. Jej futrzasta nieporadność i maślane spojrzenie zaczynają wzbudzać w nas sympatię. Lubimy zwierzaka. Właśnie tak.

Muscs Koublai Khan to zapach absolutnie artystyczny, bezkompromisowy i prowokujący. Przy nim określenie „perfumy niszowe” brzmi zabawnie. Warto pamiętać, że w jego przypadku  szczególnie ważna jest skóra. Dopiero na niej – nie na testowym papierku czy innym materiale – ukazuje swą prawdziwą zwierzęcą naturę. Co ciekawe MKK szokuje głównie podczas kilku  pierwszych testów, z  czasem niebezpiecznie przyzwyczajając nas do swej dzikiej natury. Koniec końców, gdy po raz kolejny po niego sięgam, bestia nie wydaje się już taka straszna. Mimo wszystko pozostaje dla mnie wyjątkową ciekawostką olfaktoryczną. Zbyt dziwaczną i niebezpiecznie jednoznaczną, bym mógł jej na co dzień używać. To pewne. Zbyt fascynującą jednak, by choć kilka mililitrów nie leżało w mojej szufladzie. Na wypadek, gdybym kiedyś chciał zamienić się w bestię…

….taką domową…

bestyjkę…

furry beast

główne składniki: cywet, kastoreum, labdanum, ambra, marokańska róża, kmin, ziarna ambrette, costus, paczula, wanilia, piżma

perfumiarz: Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 1998

moja klasyfikacja:  uniseks o zwierzęcym, cielesnym i dosłownym charakterze; propozycja dla osób gotowych na zapachowe wyzwania, nie obawiających się jednoznacznych skojarzeń, jakie może budzić wśród osób z otoczenia (perfumy, jak wiadomo, nosimy sami, ale żyjemy jednak wśród innych); zapach – jeśli już – to na pewno nie na ciepłe pory roku; może być ciekawym uzupełnieniem do innych perfum, jeśli chcemy im przydać nieco piżmowo-zwierzęcej głębi;

muscs_koublai_khan-360x430

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry (obiektywnie)
  • projekcja: bliskoskórna
  • trwałość: ponad 12 h

Serge Lutens – po drugiej stronie lustra (1)

Serge-Lutens_Portrait-copy

„Nie jestem perfumiarzem. Tworzę perfumy albo raczej powoduję, że one o czymś mówią, że coś wyznają.”

Serge Lutens

Mam ogromny szacunek i podziw dla Serge’a Lutensa – osoby niezwykłej, „z innego wymiaru„, nietuzinkowego artysty, prawdziwego wizjonera olfaktorii. Doceniam niezwykle ważną rolę, jaką odegrał we współczesnej historii perfum. To przecież on, tworząc od 1992 roku perfumy pod własnym nazwiskiem, przyczynił się do – paradoksalnie – popularyzacji oraz rozwoju tzw. perfumerii niszowej. Kolejne pachnidła zamknięte w jakże charakterystyczne, minimalistyczne flakony otwierały znużone pachnącą mainstreamową papką nosy europejskie na orientalne wonie, które Lutens inkorporował do perfumowych formuł czerpiąc inspiracje z Marakeszu, w którym mieszkał i pracował przez kolejne 30 lat. Zasługi Lutensa dla perfumerii artystycznej czy – jak kto woli – niszowej są nie do przecenienia. Przecież takie pachnidła jak Feminite du Bois, Arabie czy Ambre Sultan to już prawdziwe klasyki. W wielu z nich artysta podejmował pionierskie lub zapomniane tematy i realizował je w zupełnie bezprecedensowy sposób – choćby w Iris Silver Mist, który przez wielu uważany jest za najdoskonalszą wersję irysa w perfumach. W Muscs Koublai Khan oddał woń piżma tonkińskiego, tworząc niezwykle odważne i bezkompromisowe pachnidło. Rousse – oda do cynamonu – do dziś pozostaje jednym z absolutnie najpiękniejszych zapachów z tą przyprawą w rolli głównej. Olfaktorycznie pokrewne Arabie sugestywnie oddaje zapachy panujące na marokańskim stoisku z przyprawami, a Chene jest niemal wyłącznie oparte na mchu dębu – składniku, którego stosowanie zostało niedawno zabronione przez IFRA. A to zaledwie ułamek zapachowej oferty Serge’a Lutensa. 

Ilu fanów „niszy”, ilu perfumowych blogerów zaczynało właśnie od „lutensów”? Z pewnością wielu – choć ja akurat nie zaliczam się do tej grupy. Moje spotkania z olfaktorycznymi wizjami Serge’a miały miejsce nieco później, być może dlatego nie wryły się w pamięć aż tak znacząco. Nie uważam się też za fana perfum Serge’a. Właściwie nie umiem wyjaśnić dlaczego. Naprawdę. Faktem jest, że żadne z testowanych dotąd nie wprawiły mnie w zachwyt do tego stopnia, bym nabył własny flakon (nie licząc krótkiej przygody z L’Eau – ale to był zakup „w ciemno”). Ale faktem jest też, że wiele z nich uważam za piękne i ze wszech miar godne uwagi osób poszukujących w perfumach wyrafinowania, antytezy banału, tajemnicy, głębi, a nawet – od czasu do czasu – mroku. Wierzę, że gdy wreszcie uda mi się trafić do Paryża i dysponować wystarczająca ilością czasu, to – obok Maison Guerlain – obowiązkowo muszę odwiedzić Les Salons du Palais Royal, czyli flagowy sklep Lutensa. Przeżycie to podobno jedyne w swoim rodzaju, bo i salon ten nie ma sobie równych pod względem wystroju i atmosfery.

map_salons_shiseido

Wciąż – przy nadarzającej się okazji – testuję kolejne „lutki”. Robię to trochę  z „obowiązku”, ale przyznam, że często także ze sporą przyjemnością. Choć nigdy nie doprowadziła mnie ona do decyzji kupna własnego flakonu. Czuję jednak, że mój blog nie byłby kompletny, gdyby co jakiś czas nie pojawił się wpis poświęcony jednej z rozlicznych kompozycji tandemu Christopher Sheldrake/ Serge Lutens. Trzeba pamiętać, że perfumy Serge’a Lutensa to – z wyjątkiem Iris Silver Mist – dzieła perfumiarza Christophera Sheldrake’a – tego samego, który współpracuje z Jacquesem Polgem nad serią Les Exclusifs Chanela. Serge Lutens jest kimś na kształt dyrektora kreatywnego, ściśle współpracującego z perfumiarzem, nadającego kierunek pracy nad pachnidłami.

christopher sheldrake

Niezwykle twórczy duet Lutens/Sheldrake to zestawienie zupełnie przeciwnych osobowości. Być może to stanowi o ich artystycznym sukcesie. Sheldrake to facet rodzinny, bezpośredni, lubiący dobre jedzenie i dobre wino, mieszkający w jasnym domu pełnym światła. Z kolei Lutens mówi o sobie:

„Kocham ciemne domostwa, mocne perfumy – takie, które pozostawiają za sobą „ogon”.  Ich barwą jest czerń. Jedzenie i picie nie ma dla mnie znaczenia, a moja samotność jest bogata.”

Mimo tak różnych charakterów panowie współpracują zgodnie już dwie dekady, choć – jak twierdzi Lutens – nie tyle się uzupełniają, ile słuchają wzajemnie.

Dotąd udało mi się opisać na moich obu blogach popieliste Serge Noire, przyprawowe Arabie, imbirową herbatę w Five O’Clock Au Gingembre, lawendową czystości Gris Clair, pralnianą świeżość L’Eau, miodową orgię Miel de Bois i jedynego w swoim rodzaju wetiwerowca Vetiver Oriental

Pomyślałem, że warto wrócić do zaczarowanej krainy majestatycznych pachnideł Serge’a Lutensa, by znów poczuć się, jak Alicja po drugiej stronie lustra… Bo czymże jest obcowanie z nimi, jeśli nie wspaniałą przygodą? Wkrótce więc na blogu moje wrażenia na temat kilku z nich.

serge-lutens

cdn.

Cytaty pochodzą z książki  The Perfume Lover. A Personal History of Scent autorstwa Denyse Beaulieu.