M.Micallef „DesirToxic” – czy się odważysz?

Całkiem długo kazał nam czekać Geoffrey Nejman na następcę Osaito i AKOWA. Czy było warto?

Wszystko zaczęło w 2015 się od bardzo oryginalnego, unikatowo pachnącego, drzewno-kakaowo-zielonego AKOWA (półmatowy flakon w barwie głębokiej czerni), zawierającego tajny składnik, którego marka nie chciała ujawnić. Już rok później premierę miał uwielbiany nie tylko przez mężczyzn, dużo bardziej przyjazny i trącający dużo popularniejsze akordy Osaito (ręcznie szczotkowany flakon w kolorze szarym) – będący mieszanką nut cytrusowych, morskich i ziołowych. Pamiętam, że podczas premiery tego zapachu w perfumerii Quality Missala w Warszawie Geoffrey Nejman wspomniał, że jest już gotowy trzeci, zupełnie wyjątkowy zapach, ale data premiery nie jest jeszcze ustalona. Na DesirToxic przyszło więc czekać aż 3 lata. Cóż, czas tak szybko upływa….

Oto więc jest. Tym razem czarny flakon „posmarowany” został ciemno-niebieską farbą i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie – chyba najlepiej z całej trójki.

Świeże, owocowo-przyprawowe otwarcie od razy przyciągnęło moją uwagę. Okazało się zresztą dziwnie znajome…. Jest w nim coś z genialnego Opium Pour Homme YSL – co pewnie wynika z połączenia słodkich przypraw z nutą porzeczki. Jednak zamiast dość gęstej waniliowej bazy klasyka, tu znajdziemy bardziej współczesne drzewne tło. Czarna porzeczka, kardamon, cynamon i tonka budują zasadniczy akord zapachu. Nie zapomnijmy jednak o składniku, który nadaje mu bardzo specyficznego charakteru, a który nieco bardziej wyczuwalny staje się w późniejszej fazie – cannabis. Rzeczywiście poczuć można ten jedyny w swoim rodzaju suchy, zielony aromat, ale nie dominuje on zapachu. Jeżeli już miałbym się do czegoś przyczepić, to troszkę rozczarowuje mnie baza. Zarówno AKOWA i jak i dużo przecież delikatniejsze Osaito posiadają fajnie projektujące i długotrwałe finisze. Koniec DesirToxic owszem trwa na skórze, ale zdaje się nie docierać do mojego nosa w dość wyraźny sposób.

Pod względem wyrazistości DesirToxic plasuje się po Akowa, a przed Osaito. Pod względem noszalności jest na odwrót. Wydaje mi się, że tym razem panowanie Geoffrey Nejman oraz Jean-Claude Astier wstrzelili się w dziesiątkę. DeirToxic jest idealnym połączeniem pięknego, sygnaturowego akordu, który natychmiast zapada w pamięć, z tym wszystkim cechami, które czynią z perfum produkt, po który chętnie się sięga bez względu na aktualny nastrój czy okazję. Charakter DesirToxic znajduje się dokładnie pomiędzy wyrazistością i eksperymentem AKOWA, a subtelnością i komfortową noszalnością Osaito. Wspólnie stanowią wyjątkowy perfumy tercet.

Wieszczę temu zapachowi sukces. Marka zadbała – jak zwykle – o marketing, przygotowując całkiem fajną, a przed wszystkim intrygująca kampanię w mediach (zdjęcia, film oraz reklamowe hasło). Poszerzyła też krąg potencjalnych odbiorców przedstawiając zapach jako uniseks, w przeciwieństwie do dwóch poprzedników. I choć DesirToxic może spodobać się niektórym kobietom., według mnie jest to jednak zapachem męskim. Kropka. 🙂

Na koniec wypada odpowiedzieć na zadane przez M.Micallef pytanie:

Will you dare?

Odpowiadam:

Yes! I already did! And it was worth it!

dominujące akordy: owocowo-przyprawowy, zielony, mszysty

nuty głowy: bergamotka, cytryna, kardamon

nuty serca: czarna porzeczka, cynamon, tonka, cannabis

nuty bazy: benzoes, mech, paczula, piżmo

rok premiery: 2019

nos: Geoffrey Nejman/ Jean-Claude Astier

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

Aedes de Venustas „Musc Encensé”

Nowojorskie Aedes de Venustas to zdecydowanie jedna z najbardziej interesujących współczesnych marek niszowych. Każdy nowy zapach (a te mają premiery średnio raz w roku) to rzecz warta uwagi. Ich perfumy zręcznie balansują pomiędzy niszowym, wyszukanym charakterem, a mainstreamową „noszalnością”. Ich skomponowanie właściciele i jednocześnie kreatywni kierownicy marki – Robert Gerstner i Karl Brad – powierzają zawsze perfumiarzom ze światowej pierwszej ligi.

Ralph Schwieger

Tak jest także w przypadku Musc Encensé, który swą premierę miał w 2018 roku. Skomponowany przez Ralfa Schwiegera (tego od m.in. Iris Nazarena tej samej marki czy Lipstick Rose Frederica Malle) jest przykładem kreatywnej i intrygującej perfumowej opowieści skomponowanej z oszczędnych środków wyrazu i bazującej na kontraście ciepłego akordy zbudowanego z wielu molekuł piżmowych oraz zimnego, mineralnego kadzidła.

Nieco roślinny (szałwia) wstęp ma w tle subtelną przyprawowość. W oddali czuć suche i drzewne kadzidło, wplecione w całość ze smakiem i umiarem, tak że zapach w zasadzie ani przez chwilę nie atakuje nozdrzy jednoznacznie religijnymi skojarzeniami. Zamiast tego odbywa się swoista gra o dominację pomiędzy kadzidłem i piżmami. Tego pojedynku jednak żaden ze składników nie wygrywa. Tyle tylko, że czasem poczuć można bardziej smużkę kadzidła, a czasem mocniej gęste piżmowe tło. Ale i piżma, mimo że ich tu wiele, nie krzyczą. Wszystko jest bardzo zbalansowane. Drzewnej głębi zapachowi dodaje cashmeran, zaś ciepła esencja z tonka – znów – użyta z niezwykłym umiarem. Całość ma delikatny, jakby zamszowy charakter.

Musc Encensé to małe arcydzieło perfumeryjne. Bardzo oryginalne, zmysłowe i jednocześnie nieco tajemnicze, delikatne, blisko-skórne, ale trzymające się skóry i regularnie się z niej odzywające przez ponad dobę (!), bo tak długo pozostaje na niej finalna sucho-drzewno-kadzidlana nuta. Zdecydowanie warte poznania.

dominujące akordy: roślinny, piżmowy, kadzidlany, drzewny

główne nuty: szałwia, cashmeran, tonka, kadzidło, piżmo

rok premiery: 2018

nos: Ralf Schwieger

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 6,0/ projekcja: 3,5->2,0

L’Orchestre Parfum – molekularna muzyka

Marka L’Orchestre Parfum zadebiutowała w 2017 roku kwintetem pachnideł w oryginalny sposób łączące zapach z muzyką, czyli dwa wcale nie tak odległe światy.

L’Orchestre Parfum

Tym razem jednak to nie muzyka zainspirowała powstanie perfum, ale to perfumy zainspirowały wybranych instrumentalistów do skomponowania muzycznych miniatur, co wydaje mi się bardzo interesujące. W ten oto sposób powstała Perfumowa Orkiestra w składzie:

Nicolas Leroy (Francja) – darbuka (bęben kielichowy)

Fumie Hihara (Japonia) – koto

Nicolas Benedetti (Francja) – puzon

Mathias Berchadsky (Francja) – gitara

Cheikh Diallo (Senegal) – kora

Dźwiękowo L’Orchestre Parfum przybliża nam muzykę z różnych strony świata i charakterystyczne dla niej instrumenty, co jest niewątpliwą edukacyjną zaletą całego projektu.

Wszystkie perfumy kolekcji skomponował duet perfumiarek Anne-Sophie Behaghel i Amelie Bourgeois z pracowni perfum Studio Flair.

Encens Asakusa – w japońskiej świątyni

Dostojna i pełna dramaturgii, wprawiająca w zadumę melodia wygrywana na tradycyjnym japońskim 13-strunowym instrumencie koto przywołuje atmosferę japońskiej świątyni, której przestrzeń wypełnia palone kadzidło.

koto

Jest ono ciepłe, komfortowe i medytacyjne, nie tak niepokojące jak to znane ze świątyń katolickich. Choć centrum zapachu stanowi najczęściej używana we tego typu perfumach esencja z olibanum połączona z równie popularną mirrą (a więc duet zdecydowanie kojarzący się z obrzędem katolickim), to akord ten został otoczony ciepłą i lekko słodką mieszanką cyprysa, irysa i piżm, co w efekcie oddala jego religijną aurę z Europy na Daleki Wschód. Esencja Schinus Molle popularnie zwana różowym pieprzem (a nim w istocie nie będąca) przydaje pikantnej nutki w otwarciu zapachu, który jako całość wydaje się być tyleż „przyjazny” i „bezpieczny”, co mało efektowny.

główne składniki: różowy pieprz, olibanum, mirra, cyprys, irys, piżmo

Thé Darbouka – herbata na pustyni Arabskiej

Hipnotycznemu, dynamicznie narastającemu rytmowi, wygrywanemu w metrum 4/4 na kilku arabskich instrumentach perkusyjnych darbuka jednocześnie, towarzyszy aromat lekko cytrusowego, przyprawionego i nieco też owocowego naparu herbacianego. Piękna symbioza.

darbuka

Początek zapachu jest dość zwyczajny, cytrusowo-zielony. Po chwili wyłania się spod niego akord lekko owocowy. Posiada on w tle nieco zaskakującą, bo niekompatybilną z kulinarnym charakterem świeżą nutkę zielono-mydlaną. Ta wydawałoby się niepasująca tutaj nuta dodaje zapachowi „perfumowości”, oddalając go od typowo kuchennych rejestrów. Z czasem ten akcent zanika. Akord herbaciany ujawnia się w pełniej krasie dopiero po kilkudziesięciu minutach. Jest zrównoważony, przyjemny, ładny. Jak to herbata. Dodatkowo wyczuwam w nim kardamon, o czym spis nut milczy. Może to więc złudzenie, ale… chyba jednak nie. Thé Darbouka to bardzo przyjemne i nieco melancholijne pachnidło o subtelnym i bardzo przyjaznym charakterze. Potrzebuje czasu, by ujawnić swoje atuty.

główne składniki: bergamotka, kmin, suszone owoce, nieśmiertelnik, oud, kakao, styrax

Cuir Kora afrykańska skóra

Utrzymany w subtelnym rytmie reggae i raczej europejskiej harmonii utwór wykonany na niezwykłym i oryginalnie brzmiącym zachodnioafrykańskim instrumencie szarpanym kora, będącym połączeniem tykwy i harfy, stanowił inspiracje dla powstania tego skórzanego zapachu.

kora

Cuir Kora jest współczesną, intensywną kompozycją skórzaną, utrzymaną w charakterze skórzanych propozycji m.in. marki Memo Paris czy Parfum d’Empire. Jego delikatna przyprawowość i dość gęsta, trochę wytrawna i wyraźnie drzewna (szczególnie na suchym finiszu) natura powoduje, że bardzo ładnie układa się – nomen omen – na skórze. Cuir Kora to prawdopodobnie mój ulubionym zapach L’Orchestre Parfum. No chyba, że jeszcze zmienię zdanie…

główne składniki: mango, kardamon, elemi, skóra, labdanum, drewno palisandrowe, benzoes

Flamenco Neroli hiszpańsko brzmiące molekuły

Żadna muzyka nie pasuje lepiej do tego aromatycznego, świeżego, kolońskiego zapachu, niż flamenco. A jeżeli flamenco, to oczywiście gitara – klasyczna, z pudłem rezonansowym i ciepło brzmiącymi strunami nylonowymi. Na taki to instrumencie jeden z czołowych współczesnych francuskich gitarzystów flamenco Mathias Berchadsky wygrywa swą muzyczną miniaturę.

gitara klasyczna

Charakter zapachu oczywiście nie jest niespodzianką. Dominuje białokwiatowo-cytrusowy akord koloński zbudowany z neroli i bergamotki, któremu odrobiny wibracji przydano imbirem, lekkiej goryczki zaś esencją z gorzkiej pomarańczy oraz jaśminem. Zapach osadzono na dwóch gatunkach esencji cedrowej (wirginijskiej i atlaskiej). Flamenco Neroli zwróciło moją uwagę pięknem kompozycji i wysoką jakością użytych składników. W gatunku perfumowanych wód o kolońskim charakterze to propozycja zdecydowanie godna polecenia. Wprowadzi w zbliżające się szare i zimne dni odrobinę słońca Andaluzji. Obok Cuir Kora mój faworyt pośród perfumowej orkiestry.

główne składniki: neroli, bergamotka, gorzka pomarańcza, imbir, jaśmin, cedr

Rose Trombone nowojorski jazz

Zagrany wyłącznie na puzonie (nałożone kilka ścieżek instrumentu, tak że powstała całkiem bogata aranżacja) jazzujący, swingujący utwór z przewodnim tematem przypominającym słynne „Summertime” Georga Gershwina, z improwizowana solówką pośrodku, jak przystało na jazz, zainspirował powstanie perfum z różą w centrum. Osobliwy wybór, and którym można by dyskutować, ale na końcu istotny jest zapach. A ten jest naprawdę udany.

Lekko kulinarna róża, początkowo nieprzesadnie podbita aldehydami, w sercu zgrabnie otoczona nutami owocowymi i nutą rumu, oparta na waniliowo-drzewnej bazie, utrwalona czystymi piżmami. Bardzo przyjemne, nowoczesne i całkiem zmysłowe ujęcie róży.

Zastanawiałem się, jak można by powiązać tę kompozycję zapachową z utworem muzycznym, który stał się dlań inspiracją. I chyba znalazłem klucz. Ten jazzowy temat jest równie ograny jak róża w perfumach. Ale jego odegranie wyłącznie na puzonie wydaje się całkiem oryginalną realizacją, podobnie jak róża zanurzona w owocowym syropie i polana rumem. Intensywna i bardzo trwała, z daleka od banału, z czasem zyskała na mojej ocenie.

główne składniki: róża, akord czystości, brzoskwinia, wanilia, drewno sandałowe, białe piżmo, rum

L’Orchestre Parfum to interesująca kolekcja perfum, oparta na oryginalnym i ciekawy koncepcie. Same zapachy mają cechy wspólne – są bardzo harmonijne, zrównoważone i generalnie przyjemne, miłe w noszeniu. Nie znajdziemy w nich żadnych dysonansów ani napięć. Przez to mogą wiele osób pozostawić obojętnymi, bo nie znajdziemy w nich olfaktorycznych wodotrysków. Wg mnie mają jednak swój urok i warto dać im szansę, bo niejednego mogą jednak pozytywnie zaskoczyć. Harmonia i równowaga pięto przecież cechy klasycznego piękna w sztuce.

House of Sillage „Dignified” – kwintesencja niewymuszonej elegancji

Nawet jeżeli przewąchałeś już setki zapachów, Dignified zwróci twoją uwagę.

Mniej więcej tymi słowami opisał zapach amerykańskiej marki House of Sillage jeden z czytelników portalu Fragrantica.com. Przyznaję mu rację. Z czystej perfumaniackiej ciekawości wziąłem udział w „rozbiórce” flakonu Dignified na Perfuforum.pl i nie żałowałem ani przez chwilę. Co więcej – w wyniku zapoznania się z zapachem niedawno flakon zasilił moją kolekcję. A to zdarza się ostatnio naprawdę rzadko. Jest tak dobrze? – zapyta ktoś. Owszem – odpowiem.

Intro jest słodko-przyprawowe. Dominuje szafran i goździk, w tle kardamon. Wieje lekko z Bliskiego Wschodu, ale to tylko wiaterek, który nie przytłacza zapachu. Po kilku minutach spod mieszanki przypraw wyłania haitańska wetyweria, delikatna, zielona raczej niż korzenna, pięknie kontrastująca z słodko-przyprawową częścią zapachu. Im dłuższy upływa czas, tym wetyweria staje się wyraźniejsza, dodatkowo otoczona drzewnymi nutami cedru i oudu, które jednak nie ujawniają się tu indywidualnie.

Od pierwszych sekund czuć jakość i pomysł kompozycyjny. Czuć prostą, ale bardzo skuteczną formułę. Mark Buxton (perfumiarz stojący za Dignified) jest znany ze swego minimalistycznego stylu, który kiedyś w jakimś wywiadzie określił jako efekt swej… leniwej natury. Od dawna wiadomo, że sztuką jest „się nie narobić, ale zarobić”. Buxton to potrafi, co niejednokrotnie w perfumowym fachu udowodnił.

Pierwsze określenia, które przychodzą mi na myśl, gdy wącham Dignified, to elegancja i umiar z odrobiną wyrafinowania i luksusowej aury, a wszystko to doskonale wyważone.

Dignified to zasadniczo olfaktoryczna gra pomiędzy szafranem, goździkiem i wetywerią. Ale zapach ten z pewnością nie byłby taki sam, gdyby nie wymieniona w oficjalnym składzie róża, dla mnie nie wyczuwalna, jednak z pewnością odgrywająca istotną rolę w kształtowaniu charakteru serca tego zapachu. Mark Buxton nie użyłby czegoś bez powodu, szczególnie w tak krótkiej formule.

Bardzo lubię takie współczesne, nowoczesne, minimalistyczne, ale skuteczne i efektowne podejście do komponowania perfum. Styl Buxtona, podobnie jak m.in. Jean Claude’a Elleny, Antoine’a Lie czy Michela Almairaca (w odróżnieniu od pieczołowicie budowanych kompleksowych formuł choćby Bertranda Duchaufoura czy Roja Dove, które przecież także maja swój urok!) polega na dobraniu idealnych proporcji kilku do maksymalnie kilkunastu składników tak, by wzajemnie się wspierały i wzmacniały, tworząc jednocześnie intrygującą i sygnaturową, synergiczną treść. Żaden ze składników nie znajduje się w formule bez powodu i każdy odgrywa swoją ważną rolę. Nie ma tu ingrediencji zbędnych. Diginfied jest pięknym przykładem takiego podejścia. I co niezwykle ważne – pachnie unikatowo, inaczej, ale nie dziwacznie. Przeciwnie, bardzo przyjaźnie.

Dwa słowa o flakonie, bo warto się nad nim zatrzymać. To kawał solidnego, designersko bardzo męskiego flakonu, świetnie leżącego w dłoniach i przypominającego mi nieco piersiówkę. By odsłonić atomizer, należy nacisnąć przycisk znajdujący się na górze flakonu, na jego srebrnej części. następuje wówczas charakterystyczne kliknięcie, jakbyśmy odbezpieczali broń. Przyznam, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z taki rozwiązaniem, ale oceniam je bardzo dobrze. Jest poręczne, wygodne i zastępuje klasyczną zatyczkę, którą roztargniony przecież z natury facet mógłby zgubić. Całość jest tak zaprojektowana, że aż prosi, by wrzucić ją do walizki z bagażem podręcznym i zabrać w najbliższą podróż. Pojemność 75 ml pozwoli spokojnie przejść kontrolę bagażu na lotnisku.

Nie wiem dlaczego, ale zanim poznałem Dignified, spodziewałem się czegoś bardziej gęstego i przytłaczającego w klimacie pachnideł marek arabskich. Nie wiedziałem jeszcze wówczas, że skomponował go Mark Buxton. To natychmiast pozbawiłoby mnie obaw. Na szczęście i ku mojemu zaskoczeniu zapach okazała się być bardzo nowoczesnym i idealnie wyważonym, a przy tym posiadającym wyraźną i bardzo atrakcyjną sygnaturę a także – co na tej półce cenowej powinno być normą – świetne parametry – wyraźną , wyczuwalna zarówno przeze mnie, jak i otoczenie projekcję oraz wielogodzinną trwałość. Tak – tu wszystko „się zgadza”. Jeżeli do tego dodać, że nie przypomina mi nic, co wcześniej testowałem, dopełnia się obraz prawdziwego perfumowego odkrycia. Oceny 6 nie dałem wyłącznie dlatego, że nie zostałem powalony na kolana. Ale to nie jest konieczne, bym uznał zapach za doskonały, a Dignified takim właśnie w mojej ocenie jest.

Panowie, jeżeli chcecie pachnieć elegancko i z klasą, a jednocześnie oryginalnie i pewnym zagadkowym niedowiedzeniem i nie chcecie naśladować używających Aventusa lub Terre d’Hermes kolegów, sięgnijcie po Dignified. Nie będziecie zawiedzeni.

dominujące akordy: słodko-przyprawowy, drzewny

nuty głowy: bergamotka, kardamon, szafran

nut serca: goździk, róża

nuty bazy: oud, drewno cedrowe, wetyweria

rok premiery: 2015

nos: Mark Buxton

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->4,0

Mój Top 10, czyli perfumy, których najchętniej używam

Za namową czytelników postanowiłem zaprezentować swój perfumowy Top 10. Przyznam, że bardzo trudno mi było ograniczyć się do zaledwie 10 pozycji podczas tworzenia tego rankingu. Jakie kryterium bowiem przyjąć, gdy w codziennym użytkowaniu jest kilkadziesiąt zapachów?

Postanowiłem kierować się ich popularnością w mojej kolekcji, rozumianą jako częstotliwość ich używania w ostatnim dłuższym czasie (powiedzmy ostatniego roku).

Mam wiele perfum, które podziwiam i kontempluję tylko w domowym zaciszu, a jeżeli ich używam „do ludzi”, to bardzo rzadko. Po pierwsze dlatego, że czuję, iż wymagają one specjalnej oprawy czy okoliczności (weźmy choćby taki fantastyczny Amouage Gold Man, po którego zwykle sięgam raz do roku na Sylwestra!). Po drugie dlatego, że nie chcę, by mi spowszedniały. Po trzecie, wiele z nich wymaga ode mnie odpowiedniego nastroju czy nastawienia, a o ten często jest trudno w porannym pośpiechu. W zestawieniu tym wziąłem więc pod uwagę te perfumy, po które sięgam najczęściej i to bez specjalnego zastanowienia, czy tego dnia będą mi pasować, czy też nie, czy okażą się za ciężkie lub zbyt wymagające dla mnie lub otoczenia. Są to więc zapachy, w których zawsze dobrze się czuję bez względu na okoliczności i mój aktualny nastrój, a które – o tym jestem przekonany – nie wprowadzą mojego otoczenia w konsternację.

Są jak dobra muzyka pop – niekwestionowanej jakości, ale jednocześnie skomponowane i zaaranżowane tak, by cieszyć nos, a nie wyzywać go na długi i czasem wyczerpujący pojedynek.

Niech więc nie zaskakuje brak w zestawieniu zapachów marek niszowych jak np. Amouage, Le Labo, Durbano, Tauer Pefumes. Kto czyta mojego bloga, ten pewnie zauważył, że zwykle bardzo wysoko oceniam perfumy tych marek i oczywiście mam wiele ulubionych „Amłaży” i czy Le Labo, ale to są zwykle zapachy, po które nie sięgam w pierwszej kolejności, bardziej wymagające, a czasem nawet bezlitosne w swym bezkompromisowym charakterze. Kto wie, może wkrótce zrobię Top takich właśnie pachnideł. Wtedy znajdą się tam zapewne pachnidła tu pominięte, a ocenianie przez mnie bardzo wysoko.

Gwoli jasności kolejność tego zestawienia jest alfabetyczna, wziąłem pod uwagę nazwy zapachów.

Maison Francis Kurkdjian Absolue Pour Le Matin

Gdy kilka temu miałem dzięki Perfumerii Quality Missala okazję spotkać Francisa Kurkdjiana i zamienić z nim kilka zdań, zapytał mnie, który z zapachów jego marki lubię najbardziej. Pytanie proste, odpowiedź nieco trudniejsza. Bez większego namysłu odpowiedziałem jednak, że Oud, bo faktycznie to jeden z moich ulubionych „Kurkdjianów” i perfum w ogóle. Później żałowałem jednak, że nie wspomniałem o Absolue Pour Le Matin, którego darze równie dużą atencją, choć z innych względów. Myślę, że to zaskoczyłoby pozytywnie Francisa, który – domyślam się – zdecydowanie częściej słyszy od swoich rozmówców, że to Oud jest ich ulubionym zapachem. Absolue Pour Le Matin jest genialnym połączeniem rześkiej, lekko cytrusowej i lekko zielonej świeżości, którą nazywam wonią świeżego powietrza o słonecznym poranku, z ambrowo-drzewną, nieco zadziorną głębią. Jest w tej świeżości element luksusu, ekskluzywnie pachnącego mydła, bieli, optymizmu i energii. Do tego zapach trzyma na skórze wiele godzin. Jest moim zdecydowanym faworytem w gatunku intensywnie świeżych.

recenzja Absolue Pour Le Matin na Perfumowym blogu

Bentley Absolute for Men

Niezwykły to zapach pod wieloma względami. Niegdyś miał brązową barwę i wypełniał sześcienny masywny szklany flakon z napisem Gucci Pour Homme. Po wycofaniu go ze sprzedaży, przez lata pozostawał niejako w uśpieniu, po czym niespodziewanie (i szczęśliwie) powrócił tym razem jako Absolute for Men marki Bentley. Praktycznie ten sam zapach, ten sam perfumiarz Michel Almairac i tylko szklanego flakonu szkoda, bo ten od Bentleya jaki jest, każdy widzi…

Oto elegancka, ale i nieco uduchowiona woń łącząca w sobie nuty pieprzu, kadzidła i drewna, w tym mojego ukochanego cypriolu lub czegoś bardzo do niego podobnego. Zapach niema linearny, nieco majestatyczny, poważny i nawet może trochę uduchowiony. Był dla mnie wstępem do poznawania kadzidlanej niszy, ale po latach testów doszedłem do wniosku, że marki niszowe zwykle proponują kadzidło zbyt dosłownie, zbyt liturgicznie. Bentley Absolute tak nie pachnie. Jest z innego wymiaru. Jest recepturą idealną. Nie dziwi więc, że po latach Michel Almairac wykorzystał ja po raz trzeci, włączają ją do oferty tym razem już własnej marki Parle Moi de Parfum pod nazwą Papyrus Oud 71.

Creed Aventus

Bestseller brytyjskiej marki i to nie bez przyczyny. Equilibrium pomiędzy treścią i formą, oryginalny (tak, taki był w roku premiery i jeszcze kilka lat później, zanim rynek zalała fala imitacji) i zapadający w pamięć akord owocowo-drzewny (ananas, paczula i brzoza), w pierwszych latach produkcji z wyraźnym skórzanym, lekko dymnym finiszem, od kilku lat z przechyłem na owocową stronę. Świetny zapach na co dzień, wyróżniający się, elegancki, pasujący do stroju formalnego lub pół-formalnego, o wyrazistej projekcji i doskonałej trwałości. Creed doskonale wie, jak to się robi.

recenzja Aventus na Perfumowym Blogu

Chanel Bleu de Chanel EDT

Najbardziej „utylitarny” pośród tego zestawienia, ale ja naprawdę go lubię. To doskonałe współczesne męskie perfumy. Gdy potrzeba mi po prostu dobrze pachnieć w ciągu dnia (chyba nie znam lepszego office fragrance), Bleu de Chanel to zawsze trafny wybór. Świeży, wibrujący, cytrusowo-przyprawowo-drzewny, o doskonałych parametrach i takiej trwałości zawsze dodaje mi pewności i dobrego samopoczucia. Koniecznie w wersji EDT, choć przyznam, że ostatnio polubiłem się z nieco bardziej gęstą wersją EDP. Po prostu współczesny męski klasyk. Ja naprawdę nie jestem perfumowym snobem. Lubię dobrze pachnące perfumy. Ot co. Przy okazji ukłony dla perfumiarza Jacquesa Polge’a. Ma niesamowity talent i wyczucie rynku.

recenzja Bleu de Chanel na Perfumowym blogu

Frederic Malle EdP Cologne Indelebile

Długo się zastanawiałem się, który neo-koloński zapach wybrać do tego zestawienia. No i padło na ten, po którego najchętniej sięgałem tego upalnego lata. Cologne Indelebile to kolońska o z założenia nieprzeciętnej trwałości, co osiągnięto przede wszystkim poprzez użycie potężnej dawki piżm. I to czuć, piżma przebijają się od pierwszych sekund, ale mi to nie przeszkadza. Piękny neo-koloński akord będący treścią tego zapachu, trwa na mojej skórze dobre ponad 10 godzin i czuje go na sobie wyraźnie. Pachnie przy tym klasowo i po prostu świetnie. Nic więcej nie trzeba.

recenzja Cologne Indelebile na Perfumowym blogu

Roja Dove Danger Pour Homme EDP

Trochę wahałem się, czy umieścić go tu, czy w „poczekalni”, a to dlatego, że akurat po ten zapach sięgam rzadko z racji jego dystyngowanego charakteru, ale i także faktu bardzo wysokiej ceny. Oszczędzam go po prostu na wyjątkowe okazje. Niemniej uważam go za jeden z najlepszych perfum, jakie kiedykolwiek nosiłem i stwierdziłem że Top 10 bez niego nie byłby pełen.

Pod względem samego zapachu nie jest to nic oryginalnego. Tak mniej więcej pachniał kiedyś klasyczny Heritage od Guerlain, zanim dosięgnęły go kolejne reformulacje, a Dove wie to najlepiej, bo pracował dla francuskiej marki przez wiele lat. Ale już wykonanie i jakość tych perfum to absolutne wyżyny. Super eleganckie, wręcz dystyngowane i bardzo męskie perfumy drzewno-ambrowe, przy czym ambra jest naturalną esencją, co jest współcześnie sytuacją unikatową. To nie tylko deklaracja samego Dove’a, który jest przecież wytrawnym marketingowcem, ale fakt. Wystarczy „poobserwować”, jak te perfumy zachowują się na skórze, jaką mają niesamowitą głębię i zmysłowość. Gęste, otulające, genialne pachnidło, idealne, gdy chce się podkreślić swoją pozycję i wyrafinowany gust.

recenzja Danger PH na Perfumowym Blogu

MFK Oud

Oryginalność tego zapachu polega na połączeniu esencji z oudu z Laosu z szafranem i dużą dawką piżm w bardzo „noszalną” a jedocześnie sygnaturową całość. Nie znam innego zapachu, który byłby choć trochę podobny. Na początku orientalnie słodko-przyprawowy, w sercu staje się drzewny, a oudowa smużka pięknie przymocowana do skóry za pomocą piżma buduje bardzo charakterystyczny i długotrwały finisz. Arcydzieło i jednocześnie bardzo dobrze noszące się perfumy.

recenzja Oud Wood na Perfumowym blogu

Tom Ford Oud Wood

Tłusta drzewność tego zapachu w połączeniu z niezwykle eleganckim charakterem i doskonałymi parametrami, przy zachowaniu wyważonego charakteru (nie ma tu mowy o trudnych zwierzęcych oudowych nutach), stawia go w moim rankingu perfum z oudem w nazwie prawdopodobnie na pierwszy miejscu. Ktoś powie, że oudem to wcale nie pachnie. Może i nie. może to nawet dobrze. Bo pachnie genialnie i można tego użyć w sytuacji codziennej bez wprawiania otoczenia w zakłopotanie.

recenzja Oud Wood na Perfumowym blogu

Hermes Terre d’Hermes EDT

O tym zapachu napisano już wszystko. Sam zresztą recenzowałem go już na blogu dwukrotnie. I choć tu także wg mnie nastąpiła reformulacja („ściszono” cytrusy i geranium, a „podgłośniono” pieprz i ISO-E-Super), to wciąż unikatowa sygnatura Terre d’Hermes jest dla mnie wyznacznikiem współczesnego, ale i ponadczasowego męskiego zapachu o niebanalnym charakterze. To perfumy dla intelektualistów, bez względu na to, jakim trudnią się fachem. Dość asertywne i chłodne. Intelektualne właśnie. Genialne. Nie mam wątpliwości, ze Terre d’Hermes to Eau Sauvage XXI wieku.

recenzja 1 Terre d’Hermes na Perfumowym blogu

recenzja 2 Terre d’Hermes na Perfumowym blogu

Hermes Voyage d’Hermes Pure Parfum

To drugi zapach od Hermesa w tym zestawieniu. Ale to nie jest tak, że każde dzieło Jean Claude’a Elleny trafia w moje gusta. Nie jestem bezkrytyczny. Ale Voyage d’Hermes właśnie w wersji EDP, z różą w centrum, skradł niegdyś moje serce i jest 100% uwielbianym przeze mnie zapachem. Kardamon, róża, herbata, drzewno-ambrowy, mocny finisz. Zapach oparty nie kontraście niemal słonej nuty kardamonu z różą. Niezwykły, elegancki, nieco ekstrawaganacki, absolutnie unikatowy, przy tym bardzo dobrze się noszący. Uniseks doskonały. Tu nadmienię, że dlatego, że znalazł się on w Top 10, nie będzie innego fenomenalnego pachnidła tegoż perfumiarza, które de facto jest protoplastą VoyageDeclaration Cartier. Wciąż uwielbiam, ale noszę jednak rzadkiej od Voyage.

recenzja Voyage d’Hermes na Perfumowym blogu

W „poczekalni” do Top 10 pozostają:

Frederic Malle „Vetiver Extraordinaire”

M.Micallef „Osaito”

Armani „Acqua Di Gio Profumo”

Cartier „Declaration”

Parle Moi de Parfum „Cedar Woodpecker”

Creed „Royal Oud”

Bvlgari Man Wood Neroli

Tegoroczny flanker w głównej męskiej linii Bvlgari Man Wood Neroli jest pod względem nazwy i kolorystyki flakonu kontynuacją zeszłorocznego Wood Essence. Zapachowo to jednak zupełnie inna bajka.

Wood Neroli to słowa, które zdradzają nam w 100 % charakter tego zapachu, więc niespodzianki tu nie ma. W zapachu dominuje akord kwiatu pomarańczy, będącego połączeniem nut cytrusowych i białokwiatowych. Tłem są nuty drzewne wzmocnione moich ukochanym cypriolem. Efektme jest zapach, jaki juz znamy z wielu innych realizacji, z Neroli Portofino Toma Forda oraz – a nawet bardziej – Mediterranean Neroli z serii Zegna Essences na czele.

Trzeba wszakże przyznać, że zapach wykonany jest świetnie i jako taki zachowuje się na skórze doskonale. Mieszanka neo-kolońskiego akordu osadzonego na mocnej męskiej drzewnej bazie robi swoja robotę. Zapachowi nie brak ani projekcji (jest wyraźnie wyczuwalny przez otoczenie), ani trwałości (drzewna baza siedzi na skórze spokojnie ponad 10 godzin).

Alberto Morillas wykonał kawał solidnej roboty. Wood Neroli podoba mi się daleko bardziej od zeszłorocznego Wood Essence. Co więcej, uważam go za jeden z najlepszych zapachów tej linii, choć wiem, że niebagatelny wpływ na moją ocenę ma moja słabość zarówno do akordu kolońskiego, aromatu neroli, jak i charakterystycznej suchej rzewności nadawanej tutaj przez cedr i przede wszystkim cypriol. Jeżeli ktoś bezskutecznie poszukiwał bardzo dobrej jakości zapachu neo-kolońsko drzewnego w ofercie marek mainstreamowych, to gorąco zachęcam go do zapoznania się z Wood Neroli. Naprawdę warto.

dominujące akordy: neo-koloński, drzewny

nuty głowy: neroli, bergamotka

nut serca: kwiat pomarańczy, cedr, cypriol

nuty bazy: skóra, białe piżmo, ambra, nuty drzewne

rok premiery: 2019

nos: Alberto Morillas

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5

Carthusia „Numero Uno” – perfumy z wyspy Capri

Skrajnie w ostatnim czasie oblegana przez turystów włoska wyspa Capri na Morzu Tyrreńskim kryje w sobie nie tylko wspaniały południowy klimat i piękne widoki…

Na tejże wyspie – jak głosi legenda – w XIV wieku istniał klasztor zakonu Kartuzów, którego przeor pewnego dnia oczekiwał przybycia królowej Neapolu Joanny II Andegaweńskiej. By efektowanie ja przywitać, kazał mnichom nazbierać kwiatów rosnących na wyspie i przygotować bukiet dla królowej. Kwiaty stały w wazonie kilka dni i czekały. Jednak królowa odwołała swoją wizytę ze względu na niesprzyjającą pogodę. Przeor wyrzucił bukiet po kilku dniach, zauważył jednak, że woda z wazonu nabrała wyjątkowego, pięknego zapachu. Zaangażował więc alchemika, by zgłębił temat. Tak powstała receptura pierwszych perfum nazwanych na cześć zakonu Carthusia. W 1948 roku ówczesny przeor zakony Kartuzów odkrył w archiwach klasztoru receptury perfum. Po uzyskaniu zgody papieża (no przecież…) przekazał je włoskiemu chemikowi z Piemontu. Ten powołał do życia najmniejsza perfumerie na świecie i nazwał ją na cześć zakonu Carthusia.

Carthusia di Capri, fot. http://www.capriglam.com/

Tyle legenda. Jaka była prawda – nie wiemy. Faktem jest natomiast, że na wyspie działa współcześnie wytwórnia perfum z prawdziwego zdarzenia, produkująca perfumy tradycyjnymi metodami w dużej mierze ze składników dostępnych na wyspie. A może to też legenda. Tego nie wiem. Wiem natomiast, że perfumy Carthusia pachną wyjątkowo i piszę to po przewąchaniu setek zapachów i zrecenzowaniu ok. 1300 na niniejszym blogu. Co takiego wyjątkowe jest w zapachach z wyspy Capri?

Pachną naturalnie i pastelowo. Są pełne słońca i harmonii. Przepełnione nutami kwiatowymi, owocowymi, zielonymi, ziołowymi, drzewnymi i morskimi pachną tradycyjnie, ale nie archaicznie. Niewiele mają wspólnego z klasyczną francuską perfumerią może poza ich trzyetapową budową. Są bez wątpienia unikatowe. Ich receptury sprawiają wrażenie dość złożonych, ale nie przeładowanych. Zapachy są raczej lekkie, ale jednocześnie treściwe i bardzo miękko osiadają na skórze. Mają wspólny mianownik. Śmiało można nazwać to stylem. Nie wiem, z czego ta spójność wynika, ale jest ewidentna, mimo że oczywiście zapachy różnią się między sobą.

Klasycznym męskim zapachem marki jest Numero Uno. Otwarcie to cytrusy złamane eukaliptusem. Piękny, głęboki akord. W sercu kwiaty, zioła i paczula. Tymianek i bylica przydają zapachowi wiejskiego, sielskiego, łąkowego klimatu. Ylang Ylang i fiołek snują miodowo-zieloną opowieść. Cytrynowo pachnąca, dość mocno dająca o sobie znać esencja z Litsea Cubeba idealnie łączy cytrusowe otwarcie z sercem. Zapach osadzony na drzewnej bazie skonstruowanej z wetywerii, tajemniczego drzewa Borracina, z pierwiastkiem żywicznym w postaci labdanum i mirry. Piżma dopełniają naprawdę pięknej, szyprowej całości.

Szukam porównania do innych znanych mi perfum i jedyne co przychodzi mi do głowy (gdy sam siebie przyprę do muru), to Quorum Antonio Puiga, tyle, że Numero Uno pachnie zdecydowanie naturalniej, pełniej, bardziej bogato i generalnie dwie półki wyżej. Nie znajdziemy też w nim iglaków i tytoniu.

Numero Uno jest wyrafinowany, głęboki, bogaty, przy tym bardzo harmonijny, elegancki i nie narzucający się. Trzyma się skóry długo, pozostawiając klasyczny męski, drzewno-żywiczny ogon. To perfumy dla gentlemana ceniącego tradycję i najwyższą jakość.

Flakon o pojemności 100 ml to kawał solidnej i pięknej roboty. Bardzo w moim guście, poza tym charakteryzuje się doskonałą jakością wykonania. Klasyczny prostopadłościenny kształt z wytłoczonym w szkle u dołu logiem marki i prostą papierową etykietą z przodu. Plastikowa zatyczka w kształcie litery T z zamyka się z charakterystycznym klikiem. Sam atomizer jest absolutnie fantastyczny. Górna półka, pracuje powoli i stopniowo, do tego dozując krótkie lub – jak wolimy – długie wonne chmury. Tu wszystko się zgadza i dopięte jest na ostatni guzik.

dominujące akordy: słodko-cytrusowy, ziołowy, żywiczny, drzewny

nuty głowy: pomarańcza, bergamotka, eukaliptus

nut serca: fiołek, paczula, Ylang Ylang, bylica, tymianek, Litsesa Cubeba

nuty bazy: wetyweria, drzewno Borracina, białe piżmo, mirra, czystek

rok premiery: 2007

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5->3,5