Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

Voyage d’Hermes – jedyna taka podróż

Obok Terre d’Hermes i Ogródków Hermesa Voyage d’Hermes to dla mnie wciąż największe osiągnięcie Jean-Claude’a Elleny z czasu, gdy pracował dla tej francuskiej marki. Właściwie, to po Voyage (głównie w wersji edp, aczkolwiek także edt) sięgam równie chętnie i często, co po Terre.

Voyage d’Hermes 

Voyage w wersji eau de toilette łączy w sobie elementy bardzo charakterystyczne dla J.C. Elleny, które ten zawarł w swych wcześniejszych – skądinąd znakomitych – dziełach. Delikatne nuty zielonej herbaty znane z Bvlgari Eau Parfumee au The Vert, chłodna przyprawowość kardamonu, znana z genialnego Declaration Cartiera oraz drzewno-piżmowy finisz, oparty na przedawkowaniu aksamitnego transparentno-drzewnego Iso-E-Super, którego maksymalistycznym użyciem mistrz popisał się wcześniej choćby we wspomnianym Declaration, ale także i w Terre czy w niszowym Poivre Samarcande. To wszystko połączone i „zremiksowane”, dodatkowo całkiem wyraźnie pokropione cytryną znajdziemy w Voyage – olfaktorycznej  podróży po arcydziełach Mistrza. Voyage eau de toliette jest lekki i zwiewny, ma nienachalną projekcję, trzyma na skórze dłużej, niż się wydaje, co jest za pewnie zasługą Iso E Super.

Charakterystyczny, wibrujący, rześki, świeży, niezwykle przyjemny i jednocześnie zupełnie niebanalny Voyage d’Hermes wydaje się w najpełniejszy sposób oddawać stylistykę i sygnaturę J.C. Elleny i jego przekonanie o tym, że perfumy nie mają płci. Oto uniseks doskonały, z którego zarówno perfumiarz, jak i marka, mogą być dumni. To także jedno z najbardziej słonecznych i pozytywnie oddziałujących na mnie pachnideł. Absolutnie niezbędny element mojej perfumowej kolekcji.

chapter_Voyage_d_Hermes_4

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Voyage d’Hermes Pure Parfum

Pure Parfum to bardziej skoncentrowane, pełniejsze i bogatsze w nuty wcielenie Voyage d’Hermes. Otwiera się znanym z eau de toilette akordem pieprzowo-kardamonowym, tyle że wyraźnie zagęszczonym, z przytłumionymi w stosunku do protoplasty cytrusami. Od pierwszej chwili czuć też coś, czego nie znajdziemy w poprzedniku – różę. Charakterystyczna dla obu wersji chłodna przyprawowość ma tu w sobie dodatkowo lekko słoną poświatę. Zapach ewoluuje dość subtelnie, przechodząc od głównego, przyprawowo-kwiatowego tematu do drzewno-ambrowej bazy, do samego końca utrzymując swoją sygnaturową nutę.

Voyage d’Hermes Pure Parfum to idealny zapach całoroczny, raczej formalny, niezwykle elegancki, oszałamiający natychmiast wyczuwalną jakością składników, luksusem i nutą transparentnej czystości. Nie narzucający się, ale z pewnością zwracający uwagę. Piękny, bardzo Ellenowski i bardzo Hermesowy.

To jedno z niewielu pachnideł, w których czuję się doskonale od pierwszej do ostatniej sekundy trwania na skórze, i po które regularnie sięgam. Co mnie w nich urzeka? Unikatowa i zapadająca w pamięć woń – połączenie elegancji z intrygującą oryginalnością – oraz absolutnie fenomenalne parametry, co w przypadku zapachów Hermesa nie jest – niestety – regułą. Voyage d’Hermes Pure Parfum ma więc raczej niezagrożoną pozycję w moim prywatnym rankingu Top 10.

HERMES - VDH parfum 1 Temitchellfeindberg

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: róża, Hedione, herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo, ambra

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Creed „Acqua Originale Collection” – olfaktoryczne etiudy Oliviera Creeda

Najnowsza kolekcja pachnideł marki Creed to Acqua Originale Collection – zestaw pięciu zapachów, które według słów twórcy perfumiarza Oliviera Creeda powstały z inspiracji rzadkimi składnikami naturalnymi oraz z chęci stworzenia prawdziwie oryginalnych mieszanek. Pachnidła z serii Acqua Originale przeznaczone są wedle jego zamysłu dla koneserów ceniących sobie przede wszystkim doskonałej jakości składniki. Olivier Creed zdradza, że formuły tych perfum są krótkie, i że ich uroda wynika przede wszystkim z zastosowanie najlepszych ingrediencji w starannie dobranych proporcjach. Każdy zapach kolekcji wiąże się także z konkretnym miejscem geograficznym, w którym perfumiarz bywał podczas swoich rozlicznych podróży. Każdy ma nazwę/tytuł jednoznacznie określający składniki, na które perfumiarz chce zwrócić naszą uwagę, i które tak naprawdę dominują w kompozycji.

Olivier-Creed_Fontainebleau-421x285
Olivier Creed

Na uwagę zasługuje oryginalny i specjalnie zaprojektowany dla tej linii zapachowej flakon o bardzo szykownym i eleganckim, a jednocześnie delikatnym kształcie, odróżniającym się od klasycznej „creedowskiej” butli. Ale ponad wszystko uwagę zwracają same zapachy – bardzo harmonijne, poruszające subtelną urodą, wprost mistrzowsko skomponowane.

creed acqua originale 1

Acqua Originale to zaproszenie to fascynującej olfaktorycznej podróży po miejscach, w których pozyskuje się najdoskonalsze naturalne wonne ingrediencje, a w której naszym przewodnikiem jest jeden z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy. To także skierowanie naszej uwagi na niewiarygodną urodę naturalnych składników, których we współczesnej perfumerii jest coraz mniej, a które w wyniku ekspansji syntetycznych aromamolekuł stają się obecnie towarem iście luksusowym. I choć mam świadomość, że w poszczególnych pachnidłach Acqua Originale perfumiarz wykorzystał obok esencji naturalnych także sprawdzone w wieloletniej praktyce molekuły syntetyczne, bez których zapachy te nie mogły by pachnieć tak, jak pachną, to jednak nie można odmówić im naturalnej aury i niezwykłej, ekskluzywnej wręcz jakości, nawet jak na wysokie przecież standardy marki Creed. Stąd towarzyszące mi poczucie obcowania z najbardziej wyszukaną i wyrafinowaną stroną Creeda jako ekskluzywnej przecież marki perfumeryjnej.

Testowanie każdej z pięciu kompozycji Oliviera Creeda okazało się czystą perfumową rozkoszą (przy czym słowo „czystą” nabiera w kontekście harmonijnych i nieskazitelnie ślicznych Aqua Originale szczególnego wymiaru), której w moim przypadku towarzyszyło wewnętrzne potakiwanie na zgodę ze słowami mistrza dotyczącymi koneserów perfum. Zdecydowanie czuję się jednym z nich.

 

Asian Green Tea – malezyjska zielona herbata

Zielona herbata to częsty temat perfum. Chyba do dziś najbardziej znanymi pachnidłami o zapachu zielonej herbaty są Bvlgari Eau Parfumee au The Vert (1992) autorstwa Jean Claude’a Elleny i Green Tea Elisabeth Arden (1999) zrobione przez Francisa Kurkdjiana. Z nowszych pozycji na myśl przychodzi bardzo udane Bamboo Harmony Calice Becker dla luksusowej marki By Killian. Nie od jednak dziś wiadomo, że z herbaty jako takiej nie da się pozyskać esencji nadającej się do komponowania perfum. Stąd wszelkie perfumy mające pachnieć zieloną herbatą to po prostu mnie lub bardziej złożone impresje na jej temat. Zwykle są to zapachy soczyste, zielone, bywa że także subtelnie kwiatowe. W tym kontekście w interpretacji Oliviera Creeda nie znajduję nic odkrywczego. Zapach rozpoczyna soczysto-zielone intro złożone głównie z bergamotki (zielony orzeźwiający zapach cytrusowy) oraz cytrynowego petit grain, czyli niezwykle zielono pachnącej esencji z liści drzewa cytrynowego (najpopularniejszą w perfumerii odmianą petit grain jest ta z liści drzewa gorzkiej pomarańczy). Początek zapachu jest więc bardzo wdzięczny, świeżo-zielony, bardzo naturalny i optymistyczny. W sercu następuje kontynuacja zieloności, jej przedłużenie w postaci nuty liścia fiołka, połączonej z soczystą i subtelną owocowością porzeczki. Odrobina heliotropiny i olejku różanego równoważą kwaskowatą zieloność serca, która stopniowo nabiera herbacianej goryczki. Całość tej w sumie dość lekkiej i zwiewnej kompozycji osadzona jest na bazie sandałowo-piżmowo-ambrowej, która zaczyna objawiać się w postaci lekko szorstkiej, lekko ostrej nuty, naturalnie ewoluującej z zielonego serca.

Reasumując Asian Green Tea to bardzo… ładny, absolutnie bezpretensjonalny i doskonale zrobiony, idealny na ciepłą pogodę zapach, który jednak – i to trzeba zaznaczyć – ma na rynku kilku groźnych rywali w dużo niższych cenach. Chociaż wiadomo – Creed to Creed…

creed asian_green_tea

nuty głowy: bergamotka, mandarynka, lemon petit grain (esencja z liści cytryny)

nuty serca: fiołek, heliotrop, zielona herbata, róża, czarna porzeczka

nuty bazy: drewno sandałowe, piżmo, ambra

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2014

 

Iris Tubereuse – Toskania i Indie

Nieprzytłaczający, harmonijny zapach biało-kwiatowy z dominującą nutą indyjskiej tuberozy, która dochodzi wyraźnie do głosu w środku zapachu, po akordzie głowy zdominowanym przez drogocenną esencję z kłącza irysa połączoną ze z umiarem użytym galbanum. Ale serce to nie tylko tuberoza, bowiem do bukietu Olivier Creed dołączył także akord konwalii oraz ylan ylang. Serce jest więc odrobinę gorzkie w charakterystyczny białokwiatowy sposób. Baza zapachu otula połączeniem wanilii i kwiatu pomarańczy z obecnymi długo na skórze echami tuberozy. Ze względu na kwiatowy charakter Iris Tubereuse to najbardziej kobiecy zapach pośród Aqua Originale, choć na męskiej skórze pachnie co najmniej intrygująco.

creed iris_tubereuse

nuty głowy: pomarańcza, liście fiołka, irys, galbanum

nuty serca: tuberoza, konwalia, ylang ylang

nuty bazy: wanilia, piżmo, kwiat pomarańczy

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2014

 

Cedre Blanc – górzysty krajobraz Virginii

Najsubtelniejsza kompozycja w kolekcji z dominującym praktycznie od początku tytułowym cedrem podanym tu w bardzo zrównoważony i przyjazny sposób. Początkowo cedr otoczony jest jakby owocowym akordem złożonym z kardamonu i bergamotki. Na wstępie użyto też z umiarem pikantnej esencji wawrzynowej. Bardzo delikatnie kwiatowe serce szybko zmierza do drzewnego, cedrowego finiszu. Zapach jest jak wspomniałem delikatny i jako taki może być interesującą alternatywą dla wody kolońskiej. Przyda niebanalnej drzewnej świeżości oraz da poczucie niezwykłej creedowskiej elegancji, której sednem – szczególnie w kolekcji Acqua Originale – jest umiar. Cedre Blanc to właśnie kwintesencja eleganckiego umiaru w perfumerii. A ten wszakże nie każdy potrafi docenić. Ja miewam z tym wciąż kłopoty…

creed cedre_blanc

nuty głowy: bergamotka, kardamon, galbanum, wawrzyn (laur)

nuty serca: jaśmin, geranium, lilia

nuty bazy: drewno sandałowe, cedr z Virginii, wetiwer

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2014

 

Vetiver Geranium – Java

Mój prywatny – obok Aberdeen Lavender – faworyt z kolekcji Acqua Originale z delikatnym, przepięknym, lekko mentolowym geranium w sercu, z wyraźną nutą jabłka w otwarciu i trwałym, ładnym drzewnym finiszem. Zapach jest lekki, świeży, niebanalny, chwilami robiący wrażenie lżejszej i pozbawionej nuty skórzanej (brzozowej) wersji Aventusa. Bije z niego creedowska klasa oraz wspomniane wcześniej elegancja i umiar.

creed vetiver_geranium

nuty głowy: cytryna, jabłko Granny Smith, bergamotka

nuty serca: róża, geranium, cynamon

nuty bazy: cedr, wetiwer, paczula, piżmo, ambra

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2014

 

Aberdeen Lavander – górzyste tereny Szkocji

Aberdeen Lavander to rzecz dla prawdziwych miłośników lawendy, składnika skandalicznie niedocenianego przez niemal wszystkich poza perfumiarzami, którzy doskonale znają różne oblicza jej naturalnego piękna i niezwykłe właściwości olfaktoryczne. Sam należę do wielkich fanów tej rośliny i wszystkiego co z nią związane – łącznie z herbatą z dodatkiem suszonej lawendy (polecam tę sprzedawaną przez znaną amerykańską sieć kawiarni, bo jest fenomenalna).

Aberdeen Lavander w wykonaniu Oliviera Creeda to wyrazista i zachwycająco piękna lawenda umieszczona na puchowej, jakby kremowej poduszce przypominającej nieco Musc Ravageur od Frederica Malle, ale budzącej we mnie też nieco bardziej odległe skojarzenia z Vanille Absolument L’Artisan Parfumeur (gdy chodzi o tę specyficzną jakby kremową nutę waniliową, której nota bene nie wymienia się w oficjalnym spisie nut zapachu Creeda). Jako całość Aberdeen Lavander może także kojarzyć się z legendarnym Jicky Guerlain, pozbawionym wszakże charakterystycznych dla Francuza akcentów animalnych.

Co ciekawe, to pierwsze pachnidło z tak ewidentną lawendą w centrum w wykonaniu Oliviera Creeda (nie licząc bogatego przecież w lawendę Bois du Portugal). Poprzednie „podejście” Creeda do tego tematu sięga końca XIX wieku i jest dziełem Jamesa-Henry’ego Creeda. Myślę tu o wcale nie tak odległym olfaktorycznie Royal Scottisch Lavender, które w jakimś sensie jest protoplastą Abredeen. Zresztą oba zapachy mają naprawdę wiele wspólnego i w związku z tym Aberdeen Lavender można śmiało traktować jako następcę Royal Scottisch Lavender, szczególnie że ten ostatni z tego co wiem został wycofany z oferty Creeda.

creed aberdeen_lavender

 

nuty głowy: rozmaryn, absynt, bergamotka, cytryna

nuty serca: lawenda, tuberoza, irys, róża

nuty bazy: wetiwer, paczula, skóra

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2014

 

Wszystkie zapachy kolekcji Acqua Originale zrobiły na mnie świetne wrażenie. Warunkiem tego jednak było zaakceptowanie łączącej je konwencji przyjętej przez Oliviera Creeda, wedle której nacisk położono na starannie wyselekcjonowane naturalne esencje zapachowe, pozwalając im grać pierwsze skrzypce w poszczególnych utworach w jakimś sensie kosztem spektakularności, a często także tzw. parametrów użytkowych poszczególnych zapachów (moc, projekcja, trwałość). Trzymając się muzycznych porównań, które z racji mojej największej życiowej pasji, ale i poniekąd wielu analogii pomiędzy perfumerią a muzyką przychodzą mi najłatwiej, zapachy Acqua Originale są z ogromnym smakiem zagranymi olfaktorycznymi etiudami. Wszystkie mają spokojne tempo, zadziwiają doskonałym doborem nut, których w sumie jest niewiele, ale które trafione są w punkt i wybrzmiewają w niemal doskonały sposób. To rzeczywiście perfumowa muzyka dla koneserów i to wyłącznie oni będą w stanie docenić w pełni kunszt i urodę Acqua Originale, do czego niezbędna będzie także charakterystyczna dla nich dawka koneserskiego snobizmu…

Heeley Perfumes (1) – precyzja, równowaga, subtelność

Pachnidła Jamesa Heeley’a powinny były zagościć na moim blogu już dawno temu. Właściwie to trzy z nich udało mi się już przedstawić przy różnych okazjach (Sel MarinHippie Rose, Iris de Nuit), ale mimo to od dłuższego już czasu odczuwałem swoisty dyskomfort spowodowany faktem, iż nie zabrałem się na serio za przegląd pozostałych zapachów tej ze wszech miar godnej uwagi marki. Dziś już wiem, że dobrze się stało, gdyż do pewnych zapachów po prostu trzeba dojrzeć. Musi nadejść na nie odpowiedni w moim przekonaniu czas. I ten czas właśnie nadszedł. Dziś mogę w pełni docenić kunszt i urodę tych perfum, które jeszcze 2-3 lata temu wydawały mi się ulotne i dziwnie nijakie. W jakim naiwnym tkwiłem wówczas błędzie!

Czas więc nadrobić zaległości.

Zacznijmy od słów samego Jamesa Heeley’a, które są doskonałym wprowadzeniem do świata jego perfum:

Przede wszystkim poszukuję pewnej elegancji. Lubię precyzję, detal, równowagę i subtelność.

James-Heeley-3

Ten mieszkający od kilkunastu lat w Paryżu Anglik określa siebie projektantem (designer) oraz autorem perfum sygnowanych swym nazwiskiem (nazywa siebie autodidactic perfumer). Jednak sporo mówiąca prezentacja, jakiej dokonał podczas targów Esxence w Mediolanie w 2010 roku, a także artykuł Chandlera Burra z NYT z 2009 roku na temat tego, jak powstawały pierwsze dwa zapachy: Figuier i Menthe Fraiche – zdają się jednak wskazywać na co innego. James Heeley nie pisze formuł, nie zapisuje proporcji, nie odważa składników. W sensie technicznym więc de facto nie tworzy on perfum samodzielnie. Jest dyrektorem artystycznym, który współpracuje z profesjonalnymi perfumiarzami ze znajdującej się w pobliżu Grasse firmy APF Aromes & Parfums. Skupia swą uwagę na całościowym projekcie produktu jako takiego, od nadzorowania powstawania zapachu poprzez projekt flakonu aż po kartonowe opakowanie. Flakony Heeleya nie mają sobie równych w świecie perfum niszowych (no może poza tymi od Thierry’ego de Baschmakoffa dla The Different Company). Twórca zamyka swoje pachnidła w niezwykle gustownych walcowatych butlach z minimalistycznymi grafikami i drewnianymi zatyczkami z wygrawerowanym logo. Butle prezentują się doprawdy fenomenalnie. To typ designu, który bardzo mi odpowiada. Nawet próbki firmowe zapakowane są w bardzo proste i eleganckie pudełeczka, zaś same fiolki to najwyższa półka jakościowa (doskonałe materiały, świetna jakość atomizerów). Widoczna jest dbałość o detale w każdym zakresie, co robi na mnie duże wrażenie.

Jako rasowy designer James Heeley zaprojektował więc w sposób mistrzowski nie tylko kompleksowy image swej marki, ale w pewnym sensie także i siebie oraz swoją rolę.

heeley flakony 2

Zapachowa oferta Heeleya jest bardzo czytelna. Składa się na nią zestaw obecnie już dwunastu wód perfumowanych oraz mający premierę w 2012 roku tercet extrait de parfums – zapachów o mocniejszym i cięższym charakterze (i dużo wyższej cenie, niestety). Wśród zapachów z głównej linii kilka kompozycji obrosło już legendą wśród wielbicieli perfumowej niszy – z reguły dotyczy to zapachów cięższych (Figuier, Cardinal, Esprit du Tigre, Cuir Pleine Fleur). Heeley jednak ceni sobie w perfumach także świeżość i wiele jego perfum ma taki własnie orzeźwiający i dość lekki charakter, osiągany głównie za pomocą nut cytrusowych i ziołowych (Sel Marin, Oranges & Lemons, Figuer, Menthe Fraiche, Verveine d’Eugene). Wszystkie one dalekie są od banałów i popularnych w tym gatunku klisz.

Heeley uważa perfumy za rzecz intymną. Twierdzi, że powinny być wyczuwalne jedynie przez noszącego oraz osoby będące blisko niego. Nie powinny zaś docierać do osób znajdujących się od niego dalej niż na wyciągnięcie ręki, a tym bardziej wypełniać pomieszczenia, w którym noszący się znajduje. To przekłada się na ograniczoną projekcję praktycznie wszystkich jego zapachów. Kilka innych wspólnych cech to: doskonałe zbalansowanie, czytelność, precyzja, transparentność oraz wysoka – jak na niszowy brand – łatwość noszenia. Zapachy budowane są z wysokiej jakości naturalnych składników w sposób świadomy i udany łączonych z nie gorszej jakości aromamolekułami – oględnie mówiąc – syntetycznymi. 

 

Figuier 

Figuier był pierwszym zapachem Heeleya, powstałym na bazie jego świecy zapachowej. Perfumiarz firmy APF David Maruitte rozwinął woń świecy w pełnoprawne perfumy. Temat figi został tu potraktowany pełnowymiarowo. Wizją Heeleya było zamknięcie we flakonie woni wszystkich elementów figowca – owoców, gałęzi i liści. Powstał co prawda nie pierwszy w historii, ale jeden z najdoskonalszych zapachów figowych wszech czasów (palma pierwszeństwa należy się oczywiście Olivii Giacobetti, która stworzyła najpierw Premier Figuier dla L’Artisan Parfumeur (1994), później rozwinęła temat w Philosykos dla Diptyque (1996)).

Grappe_de_figues

Zapach jest naturalny i bardzo przyjemny praktycznie od początku do końca. Stanowi połączenie nut soczysto-zielonych z subtelnie mlecznymi i drzewnymi. Fakt – otwarcie przypomina nieco woń zmywacza do paznokci, ale tylko przez pierwsze kilkadziesiąt sekund. Jest też soczyste i intensywnie zielone. Ta zieloność jest tu tematem przewodnim, przy czym stopniowo przechodzi ona w aromat przypominający woń mleczka kokosowego. Finisz zapachu jest subtelny, lekko piżmowy, lekko drzewny. Nie jest wiec Figuier zapachem linearnym, jak twierdzi Chandler Burr. Wręcz przeciwnie – wyraźnie przeobraża się na skórze. Ma też pewną istotną przewagę nad figowcami Giacobetti – jest mocniejszy i bardziej „obecny”.

Heeleyowska realizacja tematu figowca jest bardzo przekonująca. Pamiętać wszak trzeba, że z figą w naturze jest podobnie jak z konwalią. Mimo że pachnie wyraźnie, nie sposób odebrać jej tego zapachu i zabutelkować w jakiejkolwiek przydatnej do dalszego użycia formie. Stąd wszelkie pachnidła figowe, podobnie jak konwaliowe, są w stu procentach tworami wyobraźni i warsztatu perfumiarzy i powstają z połączenia wielu rozmaitych aromamolekuł.

Dla miłośników woni świeżych, owocowo-zielonych, podanych w niebanalny sposób Figuier to pozycja obowiązkowa do przetestowania. Wszyscy miłośnicy figi w perfumach pewnie już Figuier znają. Jeżeli nie – radzę to czym prędzej nadrobić.

figuier

nuty głowy: świeżo ścięta trawa, rabarbar

nuty serca: liść figi, biała herbata, melon

nuty bazy: biały cedr, sucha trawa, białe piżmo

 

Menthe Fraiche

Zapach ten to wyjątkowej urody połączenie nut mięty i akordu zielonej herbaty rozjaśnionego bergamotką. Otwarcie jest wyraziście miętowe, co jest efektem zastosowanie sporej ilości lejków eterycznych z dwóch gatunków mięty – zielonej i pieprzowej. Z czasem gdy mentol uleci, prowadzenie przejmuje akord zielonej herbaty – krystalicznie czysty, klarowny, świeży i naprawdę doskonale skonstruowany. Zapach finiszuje zaskakująco – subtelną nutą wetiweru osadzoną na bardzo delikatnym podłożu z cedru. Wszystko jest tu – jak zwykle u Heeleya – bardzo wyważone i niezwykle precyzyjne. Kompozycja ewoluuje na skórze klarownie, poszczególne jej fazy przenikają jedna w drugą w sposób perfekcyjny. Całość pachnie orzeźwiająco i naturalnie oraz całkiem długo jak na dość ulotną materię, którą przedstawia.

James Heeley uważa, że sam pomysł na tego typu świeży zapach ma w sobie coś bardzo niszowego. Przyznaje też, że obawiał się nieco tego, iż tak wyraźna nuta mięty zostanie źle odebrana przez potencjalnych nabywców jako banalna i kojarząca się z pastą do zębów lub gumą do żucia. Wiedział że sposobem na uniknięcie tego rodzaju skojarzeń będzie stworzenie perfum z najlepszych składników i o doskonałej jakości oraz wyjątkowym ujęciu tematu. Zapewniam że udało mu się uniknąć banału. Nie ma tu ani pasty, ani gumy do żucia. To mięta tak naturalna, jakbym właśnie roztarł między opuszkami palców jej świeżo zerwany listek. No i nie zapominajmy, że Menthe Fraiche to nie tylko mięta. Czy wspomniałem już, że to naprawdę śliczny zapach?

menthefraichenyt300

nuty głowy: mięta zielona, mięta pieprzowa, bergamotka

nuty serca: zielona herbata, frezja

nuty bazy: biały cedr, wetiwer

 

cdn.

 

 

Kolorowa trójka Comme des Garcons PLAY: „Green”, „Red” i „Black”

Comme des Garcons to marka niezwykła i na swój sposób fascynująca. Założona i prowadzona od 1973 roku przez Rei Kawakubo i jej męża Adriana Joffe oferuje niekonwencjonalną modę odzieżową. W ślad za tym idą rozmaite dodatki, w tym także perfumy. Kawakubo lubuje się w zapachowych cyklach, seriach, ale przede wszystkim oferuje bardzo szeroki wachlarz naprawdę niebanalnych, wyjątkowych i zdecydowanie godnych uwagi pachnideł.

Nie będę tu wymieniał nazwisk, które pracowały na przestrzeni lat nad perfumami dla Comme des Garcons. Dość powiedzieć, że jest to absolutna pierwsza liga perfumiarstwa. Należy do niej rzecz jasna także Antoine Maisondieu, który dla CdG zrobił już choćby fantastyczne zapachy z cyklu Monocle, a znany jest także z bardzo owocnej współpracy z niszowym Etat Libre d’Orange oraz ze stworzenia wielu pachnideł designerskich (m.in. Burberry Brit for Men, London for Men, Gucci Rush for Men, Armani Prive Eau de Jade, Yves Rocher Comme Une Evidence). On to właśnie w projekcie PLAY zastąpił na perfumiarskim fotelu Aureliena Guicharda (twórcę pierwszego zapachu PLAY z 2007 r).  Efektem pracy Maisondieu są trzy zapachy – trzy kolory.  Każdy inny, ale wszystkie bardzo nowoczesne, dość minimalistyczne i doskonale korespondujące z tytułowymi barwami. Gwoli ciekawości dodam, że PLAY to linia odzieżowa CdG kierowana do młodszych osób. Kolorowe zapachy także obliczone są na młodszego klienta i da się to wyraźnie wyczuć.

…dziewczynki lubią landrynki…

PLAY RED przykuwa uwagę wyraźną i rzadko spotykana w perfumach nutą wiśni. Tak jest. Syntetyczna wiśnia pokropiona odrobiną syntetycznego szafranu i posypana (syntetycznym?) cynamonem. Tak to pachnie właściwie od początku do końca. No może z czasem mniej jest wiśni, a więcej słodkiego szafranu. PLAY RED to zapach bardzo spożywczy, przypominający mi jak żywo aromat klasycznych landrynek. Wrażenie to potęguje ewidentna i zamierzona wg mnie sztuczność woni, dobrze korespndująca ze współczesnym pełnym elektronicznych gadżetów i plastkowych przedmiotów światem młodych ludzi.

Z pewnością RED nie jest zapachem męskim. Który facet, czy nawet chłopak, chciałby pachnieć landrynkami? No może i znaleźliby się tacy… Nie jest też PLAY RED kobiecy. Jest raczej infantylny i niedojrzały. Doskonale trafiający w gust beztroskiej gimnazjalistki, chcącej pachnieć nieco inaczej niż rzesza równieśniczek, ale równie landrynkowo. Ot perfumy dziewczęce z prawdziwego zdarzenia.

Żeby nie być źle zrozumianym, testowanie RED było dla mnie spora frajdą. W końcu wiśniowe landrynki dotąd wydobywałem raczej z foliowej torebki lub blaszanej puszki. Nigdy jednak z flakonu z atomizerem. 🙂

nuty – czerwona mandarynka, różowy pieprz, Safraleine, czerowna wiśnia, geranium, cynamon, osmantus, mirra, balsam tolu

Zielona herbata z listkiem mięty

Jestem wielbicielem zielonej i białej herbaty. Dlatego też PLAY GREEN przypadł mi do gustu, mimo że nie zachwycił. Zapach odświeża sugestywną i realistyczną nutą zielonej herbaty z listkiem mięty i odrobiną cukru. Zieloność zapachu wzmacnia bazylia, a trzon stanowią: żywica mastyks i ziarna ambrette. Finisz jest sucho-drzewny dzięki zastosowaniu cedru. GREEN zmienia się dość wyraźnie na skórze w miare upływu czasu i ma całkiem dobrą trwałość. Jest bardzo wdziecznym i sympatycznym zapachem i choć nie jest niczym nowym nawet w ofercie Comme des Garcons (swego czasu testowałem podobne, ale lepiej pachnące Nomad Tea), wydaje się być świetną opcją na upalną pogodę, jeśli poszukujemy orzeźwienia, a nie gustujemy w cytrusach.

 

nuty – mięta Nanah, jagody jałowca, bazylia, jaśmin, mastyks, ziarna ambrette, wetyweria, cedr

Pieprzona herbata

Z natury rzeczy PLAY BLACK to moje ulubione pachnidło z kolorowej trójki. Mieszanka czarnej, mocnej herbaty z czarnym pieprzem, kadzidłem i smołą drzewną pachnie najbardziej zdecydowanie, najbardziej męsko, najmocniej i najdłużej. Czarny pieprz i herbata dominują pierwsze godziny zapachu. Później górę bierze akord smolisto-kadzidlano-drzewny. PLAY BLACK to Comme des Garcons jaki lubię najbardziej. To także perfumy dla fanów kuchni, pikantności, kulinariów i – przede wszystkim – czarnego pieprzu. Mój wybór.

nuty: czarny pieprz, drewno pieprzowe, różowy pieprz, fiołek, tymianek, czarna herbata, kadzidło, smoła drzewna, mech

Kolorowy tercet PLAY Comme des Garcons to wg mnie doskonały przykład współczesnej perfumerii, która za pomocą mariażu składników naturalnych i coraz to nowych syntetycznych molekuł, odkrywanych w laboratoriach wielkich koncernów. Pozwala to perfumiarzom na realizowanie nowych koncepcji, np. właśnie takich, jak w tym przypadku – olfaktorycznych odpowiedników kolorów, stworzonych za pomocą skojarzeń aromatów z barwami emitujących je „obiektów”. RED – wiśnia i szafran, GREEN – herbata i mięta, BLACK – czarny pieprz, smoła i – a jakże – czarna herbata.

PLAY są zapachami bardzo dosłownymi, prostymi w dekonstrukcji i łatwymi w odbiorze. Swoją lekkością i nowoczesnością akcentują młodzieńczy charakter. Choć początkowo nieco mnie rozczarowały, to z czasem – gdy już umieściłem je w odpowiednim kontekście (perfumy dla młodzieży, uzupełnienie młodzieżowej linii odzieżowej) – ujęły mnie swoją pomysłowością i bezpretensjonalnością, mimo braku oryginalności (no może z wyjątkiem landrynkowego RED).