J. Lesquendieu – pachnąca historia odzyskana

J. Lesquendieu to kolejna wskrzeszona w ostatnich latach historyczna marka perfumowa (obok. m.in. Grossmith czy Le Gallion). Jej początki sięgają 1903 roku, kiedy to powołał ją do życia w Paryżu Joseph Lesquendieu – młody francuski farmaceuta i perfumiarz. Mimo śmierci Josepha w 1962 roku firma z powodzeniem funkcjonowała aż do późnych lat 70-tych XX wieku, zyskując renomę i rozgłos. Znane i bardzo cenione były jej pachnidła: Glorilis, Feu de Bengale i Bonne Fortune. 

jlesquendieu

W 2015 roku marka wróciła na rynek dzięki Jérôme Lesquendieu – jednemu z wnuków założyciela. Słynne zapachy zostały odtworzone we współczesnych wersjach.

Lesquendieu flacons 2

 

Lesquendieu Parfum – szyk i klasa

Sztandarowe pachnidło marki to zgrabne i bardzo harmonijne połączenie słodkich nut tonki i wanilii z subtelnie odzywającym się jaśminem oraz nutami drzewnymi, któremu początkowej świeżości przydaje bergamotka, a niecodziennego charakteru nuta herbaty. Całości dopełniają nuty drzewne brzozy i cedru. Lesquendieu to perfumy bardzo komfortowo układające się na skórze, słonecznie ciepłe, z głębią i zmysłowym finiszem. Wszystko jest w nich na swoim miejscu, a ich raczej kobiecy (choć wcale nie ewidentnie) i bezpieczny charakter czyni je świetną propozycją dla kobiet chcących pachnieć wyjątkowo, ale niekoniecznie w sposób zwracający na siebie uwagę. Reasumując: elegancko i umiarkowanie, w absolutnie dobrym smaku.

Lesquendieu edp

 

główne nuty: herbata, jaśmin, tonka, wanilia, cedr, ambra

 

Bonne Fortune – świeżość i głębia

Świeży dzięki cytrusom (grejpfrut, bergamotka, mandarynka), wibrujący i musujący dzięki przyprawom (imbir, mięta), ale i posiadający pewną głębię dzięki nutom drzewnym (gwajak, cedr i wetyweria) i tonce. Bonne Fortune pachnie bardzo ładnie, przyjemnie, harmonijnie, elegancko i wydaje się być świetnym zapachem całorocznym z lekkim przechyłem w męską stronę. Kojarzy mi się ze ślicznym Eau d’Ikar Sisleya. Jest jednym z moich faworytów w ofercie Lesquendieu.

Lesquendieu Bnne

główne nuty: cytrusy, imbir, wetyweria, gwajak, tonka, cedr

 

Glorilis – kadzidlano-drzewne arcydzieło

Ten zapach przykuł moją uwagę w sposób szczególny i szybko okazał się być najciekawszym spośród testowanej piątki. Moje ulubione nuty perfumowe spotkały się w jednej kompozycji tworząc zapach tyleż niebanalny co unikatowy. Piszę to mając świadomość, że na niniejszym blogu zrecenzowałem dotąd niemal 1300 zapachów.

Glorilis zbudowany jest z czterech akordów: przyprawowego (świetne połączenie czarnego pieprzu i goździka!), kadzidlanej (olibanum i labdanum), drzewnej (cedr i wetyweria) oraz kwiatowej, choć to może nieprecyzyjne określenie, bo przecudny duet róży i geranium raczej dodaje całości dodatkowego subtelnego wymiaru, niż emanuje ewidentną „różowością”. Cała ta misterna układanka, poskładana w mistrzowski sposób, to naprawdę czuć, ozdobiona została – tradycyjnie – bergamotą w otwarciu oraz wanilią w bazie.

Nie mam najmniejszych oporów, by nazwać Glorilis arcydziełem, bo skoro w ten sposób określane jest choćby pokrewne olfaktorycznie Bois d’Encens Armaniego (a właściwie to Michela Almairaca), to Glorilis zasługuje na to miano tym bardziej, jako zapach bardziej rozbudowany, ale też przez to bardzie wielowymiarowy i fascynujący, a przy tym absolutnie „noszalny”, nie wprowadzający w konsternację. Po francusku – pełen szyku i klasy. Pachnidło to pięknie ewoluuje od pikantnego, wibrującego pieprzem początku, po którym zaraz „uwidacznia” się goździk, pięknie wprowadzający w różano-geraniowe serce. Wzmocnione labdanum, ale wcale nie ewidentnie sakralne kadzidło ujawnia się zaraz po tym, gdy ostatnie molekuły pieprzu ulecą w przestrzeń. Cedr i wetyweria tworzą bardzo solidny fundament i wraz z olibanum pozostają na skórze do samego końca, emitując mój ulubiony sucho-kadzidlany aromat. 

Jak dla mnie – doskonałe pachnidło.

 

Lesquendieu glorilis

główne nuty: czarny pieprz, goździk, wetyweria, kadzidło, labdanum, cedr

 

Lilice – francuski puder

Lilice penetruje klasyczny kwiatowo-pudrowy temat perfumowy. Znajdziemy w nim tak klasyczne dla francuskiej perfumerii składniki, jak róża, irys, czarna porzeczka czy wanilia. Zanim jednak zapach dotrze do delikatnej waniliowej bazy, rozpoczyna się lekko owocowym akordem z wyraźną czarną porzeczką, która naturalnie przechodzi w kwiatowo-pudrowe serce. Róża jest tu delikatna, nienachalna, jakby oblana porzeczkowym syropem. Irys zaś mistrzowsko wmiksowany, tak że nie epatuje swą naturą, a raczej dokłada swoje „trzy grosze” do naprawdę ślicznie pachnącej całości.

Lesquendieu Lilice

główne nuty: cytrusy, róża, irys, czarna porzeczka, ambra, wanilia, cedr

 

Feu de Bengale – oda do wanilii

Mimo dymu w tytule, ja klasycznie dymnej nuty w Feu de Bengale nie znajduję. Wielka to szkoda, bowiem to przydałoby temu zapachowi więcej charakteru i uczyniłoby go dużo ciekawszym. Taki zabieg swego czasu dokonała Annick Menardo w Patchouli 24 dla Le Labo. Połączenie wanilii, ambry, balsamów, żywic i mocnej brzozowej nuty dymnej. Genialny kontrast. Ale to zupełnie inna historia… Natomiast nie znaczy to, że dymu tu w ogólnie nie ma, ale o tym za chwilę.

W Feu de Bengale mamy lekko migdałowe intro, czuje też odległe echa owocowych nut figi i dawany. Jest wyraźny, mazisty balsam Tolu, jest przydająca nieprzesadnej słodkości esencja tonkiSerce z duetem róży i irysa – przyjmuję na wiarę, bo nie wyczuwam ani jednego ani drugiego, ale być może to problem indywidualnej wrażliwości. 

Jest wreszcie wanilia. To o niej tak naprawdę jest ten zapach. I to od niej pochodzą – śladowe, ale jednak – akcenty dymne. Tak – naturalna esencja z wanilii charakteryzuje się takim lekko dymnym akcentem. A w Feu de Bengale zastosowano jej w dużych ilościach. I to tę najprawdziwszą wanilię z Madagaskaru. To czuć.

Przyznam, że początkowo Feu de Bengale podobał mi się najmniej z całej piątki. Ale dałem mu sporo czasu, by mnie do siebie przekonał. Teraz wiem, na czym polega jego siła. Wanilia z Madagaskaru ładnie, ale z umiarem przystrojona pozostałymi składnikami pachnie bardzo zmysłowo na skórze. Szczególnie na kobiecej. I to ten niezwykle ważny element, którego mi w Feu de Bengale brakowało – kobieca skóra. Dopiero na niej zapach nabrał charakteru i siły.

Lesquendieu Feu

główne nuty: migdał, balsam Tolu, tonka, wanilia

 

 

Miller et Bertaux – perfumowy dziennik podróży

Panowie Miller i Bertaux to partnerzy w życiu, podróżach, sztuce i biznesie. A wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy otworzyli w Paryżu w dzielnicy Le Marais. W nim to mieli zamiar sprzedawać projektowaną przez siebie odzież, jak i przedmioty, jakie przywozili ze swych licznych podróży.

W 2006 roku uzupełnili swoją ofertę perfumami, których idea była i pozostała podobna – zapachowe suweniry z podróży, bo tak należy opisywać perfumy Miller et Bertaux, to w swej istocie przekute przez zawodowych perfumiarzy w perfumowe kompozycje olfaktoryczne wspomnienia obu panów z kolejnych globtroterskich wypraw.

Pierwsze trzy #1, #2 i #3 to obecnie już kultowe pachnidła niszowe. Potem pojawiły się kolejne. Marka stopniowo utrwalała swoją obecność na coraz bardziej konkurencyjnym rynku perfum niszowych.

Śmiem twierdzić, że pozostała jedną z niewielu wiernych ideałom twórców niszowej perfumerii: artystyczna kreatywność, wysoka jakość, ignorowanie rynkowych trendów, ograniczona dystrybucja.

Wszystko to do dziś opisuje Miller et Bertaux, bo choć dostępność tych zapachów zdecydowanie się poprawiła (w Polsce można je nabyć w krakowskiej perfumerii Tiger & Bear, dzięki uprzejmości której miałem okazję przetestować jej zapachy), to wciąż przeczytać i usłyszeć o nich można bardzo rzadko. Brak nachalnego marketingu, oszczędne, ekologiczne opakowanie, subtelność przekazu to dla wielu poszukujących nieco innych wartości w perfumach oferta z pewnością warta uwagi.

miller-bertaux
Miller et Bertaux

#1 (For You) Parfum Trouvé to chronologicznie pierwszy zapach Miller et Bertaux, a dokładniej – to pierwszy z premierowej trójki zapachów oznaczonych znaczkiem # i kolejnymi numerami, którymi marka zaistniała w światku perfumerii niszowej. A był rok 2006 – na rynku perfum to była inna epoka. Nisza była wówczas reprezentowana nieporównanie mniej licznie, niż obecnie i tak naprawdę dopiero wchodziła w okres dorastania. Na tle innych marek Miller et Bertaux i ich minimalistyczne zapachowe trio mogło wówczas intrygować i faktycznie wyróżniało się (zbliżone estetycznie Byredo debiutowało 2 lata później). Co ciekawe, twórcy prezentowali te trzy zapachy jako wzajemnie się uzupełniające i nadające się do noszenia równoczesnego w wszelkich możliwych kombinacjach, spryskujący każdym inną cześć ciała dla uzyskania szczególnie intrygujących i nieprzewidywalnych efektów. Parfum Trouvé to przedziwna kreacja, przede wszystkim drzewna (sandałowiec i cedr, no bo cóż innego?), otoczona bardzo oszczędnie kilkoma innymi ingrediencjami: irysem, białą lilią czy ylang-ylang, ale te składniki – wymienione w oficjalnym składzie – nie ujawniają się w istotny sposób, pracują więc – jak sądzę – na końcowy efekt. Nie można zapomnieć też o tzw. drewnie różanym (rosewood), którego lekko mentolowy i jednocześnie słodko-żywiczny aromat gra w tym zapachu, kto wie, czy nie jedną z najważniejszych ról. Ważne, by podkreślić że #1 jest zapachem absolutnie abstrakcyjnym, a jej dominującej przecież drzewności jakże daleko do dosłowności opisywanego wcześniej Indian Study/ Santal. Suchy, papierowy, lekko słodki, domyślny bardziej niż mocno obecny. Kreatywny minimalizm w najlepszej odsłonie.

#3 Green, Green, Green and… Green

Tytuł zdradza wszystko. Ten zapach jest początkowo zielony, później zielony, a następnie… zielony. To zieloność trawiasta, pełna, soczysta, ale jednocześnie lekka i nie zakłócana niczym innym. Werbena, kolendra, liść laurowy, odrobina jaśminu, zielona żywica mastyks oraz baza z wetywerii i cedru tworzą uroczy zielony krajobraz, dość wszakże statyczny. Z początku bardzo soczyste i świeże, z czasem nieco bardziej żywiczne i ciepłe, drzewne, wetyweriowe, ale do samego końca zielone. Bardzo ładne.

m et b 3

A Quiet Morning (2008) – poranek w Indiach

Tak pachnie cichy indyjski poranek. Delikatnie smużki przypraw ze złocistym szafranem i słodkawą kurkumą na czele w otoczeniu akordu basmati. W tle nuty drzewne – sandałowiec i cedr – które zdają się być elementem łączącym wszystkie zapachy Miller et Bertaux. Całość tworzy mistyczny i minimalistyczny zapach, tyleż subtelny, co intrygujący. Niemal transparentny, ale mimo to obecny. Wymienione nuty tworzą niezwykłą olfaktoryczną aurę, przywodzącą na myśl suchy i lekko słodki zapach świeżej pościeli, choć nie ma tu mowy o syntetycznych akcentach detergentowych w stylu Francisa Kurkdjiana. A Quiet Morning to jeden z moich faworytów pośród pachnideł tej marki. To także jeden z trzech zapachów mini-cyklu poświęconego Indiom (obok Shanti Shanti i Tulsivivah!)

Close Your Eyes, And… /Bois de Gaiac et Poire (2006) 

Gdy zamknąć oczy, już od pierwszych sekund czujemy różę, najpierw bardzo wdzięcznie odświeżoną cytrusami, otoczoną zaskakującą i bardzo rzadko występującą w perfumach nutą gruszki (!), a później pięknie pogłębioną heliotropem i jaśminem, przyprawioną cynamonem i osadzoną na drzewnej bazie z gwajaku. To róża orientalna, skręcająca wg mnie raczej w stronę kobiecej skóry. Gdy już zniknie, pozostaje słodki gwajakowy dymek. Pachnidło bardzo wdzięczne i przyjemne, bezpieczne i dalekie od eksperymentów, wciąż jednak niebanalne i na pewno warte uwagi.

In (2013) 

zabiera nas w podróż do serca perfum, w którym odnajdziemy żywicę elemi, której naturalna cytrusowa nuta została tu wzmocniona bergamotką i limonką, zaś przeważający w elemi aromat żywiczny ożywiono imbirem. Oszczędna w dodatki, prosta kompozycja zwieńczona jest ciepłą bursztynową bazą. Mimo ambrowego charakteru, ma w sobie rzadko spotykaną lekkość, na co z pewnością pracują wymienione nieambrowe ingrediencje, w szczególności imbir. Nietypowo zresztą zapach ten nabiera świeżości i wspomnianej lekkości z czasem, co zdaje się potwierdzać informację, że skomponowano go na zasadzie odwróconej piramidy.

miller-et-bertaux-in

Indian Study / Santal +++ (2017) 

to coś dla fanów suchych drzewnych aromatów. W tej kategorii propozycja Miller et Bertaux wyróżnia się oszczędnością środków wyrazu i zarazem skutecznością. We wstępie suche przyprawy – kmin i curry – zapowiadają serce pachnące świeżo pociętymi deskami, ociekającymi jeszcze żywicą. Całość została utrwalona piżmami. Jest minimalistyczna, wręcz ascetyczna, ale niesamowicie sugestywna i poruszająca czystością przekazu. Jeden z moich faworytów w kolekcji marki.

New Study (Postcard) (2017) – pocztówka z nad Morza Śródziemnego 

Zielone (głównie cis-hexenol pachnący jak skoszona trawa) i cytrusowe (mniej, a tu zielona pomarańcza(?), dzika cytryna i grejpfrut) intro z wyczuwalnym drzewnym tłem, które z czasem przejmuje pierwszy plan. Ale zanim to, New Study „morfuje” w akord figi zmiękczony kokosem. Wszystko razem tworzy całkiem intensywną, rześką i nieco drzewną zieleń, inną od opisywanego wcześniej #3. Figowiec Miller et Bertaux? Właśnie tak.

Oh, ooOoh …oh (mist, wood, wind and guitar) (2012) – czyli nocą na leśnej polanie

To prawdopodobnie najbardziej oryginalna znana mi nazwa perfum. Generalnie Miller et Bertaux nazywają swoje zapachy bardzo specyficznie… Brzmią bardziej jak robocze nazwy perfumowych projektów, jak zapachowe impresje opisane pierwszymi słowami, jakie przychodzą do głowy, aniżeli jak przemyślane, dopieszczone nazwy. Oh…. otwiera się wibrującą nutą jałowca, spod której wyłania się minimalistyczna i intrygująca mieszanka nut drzewnych, mszystych i subtelnie oblewających całość żywic, które ocieplają i utrwalają całość. W oddali snujący się dymek z ogniska…. Idylliczny obrazek mistycznego wieczory spędzonego w lesie, przy rozpalonym ognisku, z gitarą i śpiewem. Prawda, że uruchamia skautowskie wspomnienia? 😉

Om (2011) – goździkowa oda

to przedstawiciel mojego ulubionego perfumowego gatunku przyprawowo-drzewnego. Piękne intro z różowym pieprzem i dominującym w fazie serca goździkiem, paczulowe wypełnienie (na szczęście nie czuję tu klasycznej piwnicznej paczuli) oraz drzewny finisz. Zapach idealny na obecną zimną i nieprzyjemną aurę, rozgrzewa szczyptą chili. Om ma suchą, pylistą i słodkawą aurę i pachnie niczym niszowa, bardziej wytrwana wersja Spicebomb Viktor & Rolf. Podoba mi się. Szkoda tylko, że zbyt szybko traci rezon i nie pozostawia na skórze nic intrygującego.

M et B OM

Shanti Shanti (2008)

to kolejny – obok Close Your Eyes – orientalny zapach Miller et Bertaux z różą w centrum, z tym że tu róża podana została w zdecydowanie kobiecy sposób, w doborowym towarzystwie przypraw (różowy pieprz i kardamon), irysa, paczuli oraz drewna sandałowego. Początek jest jednak zaskakujący, transparentny, lekko przyprawowy, lekko papierowy poprzez nutę irysa i zupełnie nie zwiastujący tego, co następuję parę minut po nim, gdy róża zacznie wygodnie mościć się na skórze, z każdym kwadransem nabierając mocy, pogłębiając się i utrwalając na sandałowej bazie. Lekko mydlany akord różany to w istocie temat „Shanti Shanti”, zainspirowanego podróżami do Indii i tamtejszym festiwalem kwiatów, podczas którego różane płatki lądują w nieprzebranych ilościach na ziemi. Bardzo ładne i solidnie wykonane pachnidło na konkretny temat, bez niepotrzebnych udziwnień.

„Study No. 17 ” (2015) – letni ogród

zabiera nas w podróż do wonnego ogrodu, w którym obok drzew cytrusowych odnajdziemy grządki pełne ziół, z estragonem i miętą w rolach pierwszoplanowych, z gęsto rosnącym geranium i krzakami czarnej porzeczki oraz grubymi łodygami rabarbaru, które to „wespół w zespół” tworzą zapachowy trzon tej kompozycji. Wszystkie te soczysto zielone ingrediencje osadzone zostały ma mszystym, porostowym podłożu, dodającym całości jeszcze dodatkowej zieleni. Study No.17 to słoneczny, świeży i soczysty zapach zielony, doskonale wypełniający pustkę po lecie, które jakiś czas temu nas opuściło. Harmonijnie skomponowany, perfekcyjnie wyważony, zdecydowanie udany.

m et b study 17

Study No. 23 / Newsletter (2016) – kadzidlak

to jedyne pachnidło w ofercie marki emanujące tak wyraźną nutą kadzidła olibanum, tu podrasowanego początkowo aldehydami, lekko osłodzonego nektarem z żółtych kwiatów,  wzmocnionego paczulą i osadzonego na drzewnym rusztowaniu. Zestawienie olibanum z aldehydami znamy już z Cardinal Heeleya, ale zapach M&B jest lżejszy, świeższy, bardziej transparenty. Warto podkreślić, że ma świetne parametry – emanuje mocno i trwa na skórze naprawdę długo. Mimo, że osobiście nie jestem fanem takiego ujęcia kadzidła (wolę interpretacje bardziej dymne i drzewne, jak choćby genialny Zagorsk Comme des Garcons, a – gdy już jesteśmy przy Comme des Garcons Study No. 23 bliżej do Avignon), to jednak obiektywnie uważam ten zapach za naprawdę udany i klasycznie niszowy zarówno w tematyce jak i wykonaniu. Jedna z najciekawszych propozycji Miller et Bertaux.

Tulsivivah! (2018) – indyjska herbata z bazylią

Wracamy do Indii, celebrującej świętą bazylię podczas festiwalu. Esencja z jej liści znalazła się oczywiście w formule zapachu, a towarzyszą jej początkowo cytrusy i przyprawy (krótkie acz intensywne pieprzowe otwarcie) oraz budująca serce nuta herbaty, a wszystko to na drzewnym akordzie z sandałowca i kaszmiru. Idealnie uniseksowy, przyjemny, najpierw pikantny, później herbaciany (serwuje nam lekko osłodzoną i raczej nietęgą herbatę), finiszuje drewnem. Jak każda z zapachowych pocztówek z podroży panów Millera i Bertauxa, także i ta potrafi zauroczyć prostotą przekazu i niebanalnym tematem. Efektowny minimalizm to zdecydowanie wspólny mianownik perfum tej marki. Idealnie zresztą koresponduje on z ascetycznym designem flakonów.

M et B Tulsivivah

I tak dotarłem do końca zapachowych podróży (lub też podróżnych zapachów) panów Millera i Bertaux. Jak mogę je podsumować? Abstrakcyjne, impresyjne bardziej niż konstruktywistyczne, minimalistyczne, z powtarzającymi się nutami drzewnymi (głównie sandałowiec, ewentualnie cedr), zwykle ze smakiem przyprawione, czasem ze smużką dymu, czasem z kadzidłem, czasem z nutą kwiatową, ale jeżeli już – to z różą. Intrygujące, choć bardzo kameralne. Niszowe w dobrym tego słowa znaczeniu, także w tym sensie, że niepoparte niemal żadnym marketingiem, a to już obecnie niezwykła rzadkość. Na pewno warte uwagi koneserów perfum i wszystkich, którzy chcą pachnieć niebanalnie, intrygująco, ale jednocześnie subtelnie, bez narzucania się otoczeniu. Zapachy Miller et Bertaux zasługują moim zdaniem na szerszą publikę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Hervé Gambs Parfums – wprost z Grasse

Hervé Gambs Parfums to jedna z najmłodszych francuskich marek perfumowych. Stworzona przez artystę designera, poszukującego nowych środków ekspresji zadebiutowała w 2013 roku. Hervé Gambs – jak sam przyznaje – nie jest perfumiarzem, ale bierze czynny udział w powstawaniu sygnowanych przez niego pachnideł. Te zaś powstają w historycznym sercu perfumowego świata – w Grasse. Ten fakt zachęcił mnie do zainteresowania się marką.

the-designer HG

Parfums Couture Collection to główna linia zapachów marki, na którą w tej chwili składa się pięć pachnideł.

Rouge Cardinal – zdominowany przez dość klasyczne, surowe ujęcie paczuli, mocne, korzenno-drzewne, szczególnie na samym początku, nieco później trochę duszne i suche. Wymienione w składzie kadzidło, kwiat pomarańczy, kakao i wanilia nie są dla mnie wyczuwalne, stanowią więc raczej przeciwwagę dla paczuli. Bez nich zapach mógłby okazać się zbyt bezkompromisowy. Choć i tak kardynalska czerwień jest – jak na mój gust – zbyt rdzawo-piwniczna. Coś dla wielbicieli paczuli w tradycyjnym wydaniu, a tych przecież nie brakuje.

Hotel Particuler to ambra skomponowana w bardzo tradycyjny sposób: żywice – styrax, benzoes. Zapach niczym się jednak nie wyróżnia pośród wielu jemu podobnych. Jest poprawny – owszem –  ale nic poza tym. Niestety pachnidła ambrowe nie należą do moich ulubionych więc i Hotel Particuler już na starcie miał trudne zadanie, któremu zresztą nie podołał.

Jardin Prive to bardzo ładne ujęcie tematu herbacianego nieco w kierunku Tea for two L’Artisan Parfumeur, ale mniej posłodzone, przekonująco rozwijające się od odświeżonego cytrusami intro, poprzez herbaciane serce, aż po finisz klasycznie złożony z wetywerii i paczuli. Choć nie ma tu mowy od odkrywczości, to jednak Jardin Prive jawi się jako naprawdę udana, jedna z najlepszych propozycji Hervé Gambs. Mój faworyt w Couture Collection.

Coeur Couronne to woń wyrafinowanego trunku, coś pomiędzy rumem a słodkim winem w typie Porto, złożone z neroli, jaśminu, davany i wanilii z Madagaskaru. Choć nie znajdziemy tu herbaty, to jako całość Coeur Couronne stanowi podobny w charakterze, ciepły, lekko owocowy (tu owoce suszone), zmysłowy i naprawdę udany zapach.

W Coup de Grace dominuje początkowo róża doprawiona szafranem na drzewnej bazie – inna niż by to mogło wynikać z opisanych składników, z początku lekko zielona, później sucha, ale generalnie raczej mało przekonująca.

parfums-couture

Colognes Intenses Collection

Zestaw czterech zapachów o kolońskim charakterze, ale intensywności i trwałości wód perfumowanych. Recepta na sukces Neroli Portofino Toma Forda, tak chętnie kopiowana przez niezliczone marki perfumowe została zaadaptowana także przez Hervé’a Gambsa.

La Baie des Anges to zapach koloński o słodko-cytrusowym charakterze. Całkiem oryginalne, jak na ograną przecież kolońską konwencję połączenie grejpfruta i nawet przekonującego akordu rabarbaru z subtelną nutą białokwiatową i ciepłym waniliowym tłem. Obok wanilii czuję w bazie sporą ilość drewna, chyba cedru.

Domaine du Cap pachnie niczym ziołowy zagajnik na Lazurowym Wybrzeżu. Esencja z kopru, bazylia, tymianek i rozmaryn oraz rozjaśniająca całość cytryna tworzą bardzo naturalnie pachnącą i bardzo południowofrancuską woń, w której sercu dominuje lekko anyżowa nuta. Ten niezwykle radosny aromat osadzono na bazie z cedru, który ujawnia się w późniejszej fazie.

Hotel Riviera jest jedyną w tym zestawie klasycznie kolońską kompozycją bez żadnych dodatkowych ozdobników. Mandarynka, bergamotka, kluczowy dla kolońskiej woni kwiat pomarańczy i cedr w bazie gwarantują przywołanie słonecznych wspomnień z wakacji. Dzięki wysokiej koncentracji esencji zapach całkiem długo trzyma się skóry przyjemnie się z niej „odzywając”.

Pink Evidence to zapach zdecydowanie wychodzący poza klasyczną kolońską estetykę. Cytrusy w nim co prawda znajdziemy – w postaci bardzo delikatnego i obecnego na samym początku yuzu, ale jest on tylko przygrywką do ze smakiem skomponowanego lekkiego i świeżego akordu kwiatowego, na który składają się irys (!), ylang, jaśmin i fiołek. Z czasem świeżość zaczyna ustępować pudrowej kwiatowości i Pink Evidence potwierdza, że został skomponowany z myślą o kobietach. Zaiste bardzo przyjemne i bardzo kobiece pachnidło.

herve gambs colognes

Eaux de Parfums Collection

Trzy pachnidła tworzące tę kolekcję prezentują tę cięższą, mroczniejszą, bardziej drapieżną i zmysłową perfumową estetykę.

Bois Dahman jest mieszanką aromatu kadzidła z nutami drzewnymi – ciemną (brzoza) i jasną (sandałowiec) doprawioną szafranem i podane na waniliowej bazie. Dobrze dobrane proporcje poszczególnych składników powodują, że żaden nie dominuje, a całość pachnie całkiem oryginalnie i tajemniczo. To drzewno-kadzidlane perfumy dla lubujących się w nieco bardziej natchnionych woniach. Zapach jest raczej wieczorowy, przy czym na kobiecie zabrzmi z pewnością znacznie bardziej intrygująco, niż na mężczyźnie, mimo że to 100%-owy uniseks (jak zresztą przygniatająca większość oferty Hervé Gambs).

Ombre Sauvage – najpierw dymny, później skórzany, a na końcu kadzidlany. Taki jest „cień dzikusa”, rozpostarty gdzieś pomiędzy  genialnym Bois d’Ascese Naomi Goodsir i nie mniej doskonałym Bel Ami Hermesa. To jeden z moich ulubieńców w kolekcji Hervé Gambs – tajemniczy, gesty, osadzony, majestatycznie się rozwijający i bardzo trwały.

Infusion Noire to bardzo aromatyczne pachnidło o wyraźnej sygnaturze zbudowanej z gęstej nuty lawendy całkiem unikatowo połączonej z anyżem, przyozdobionej podmuchem pieprzu i osadzonej na cedrze. Zupełnie nietypowe ujęcie lawendy o tyle zaskakuje, iż wydawałoby się, że na ten temat w perfumerii powiedziano już wszystko. Okazuje się, że nie wcale nie. Infusion Noire to jeden z najciekawszych aromatów w ofercie Hervé Gambs.

eaux-de-parfum herve gambs

Pachnidła Herve Gambs są na rynku od 2013 roku, ale pachną, jakby powstały co najmniej 20 lat wcześniej. Są odtwórcze, a nawet retrospektywne i nie wnoszą niczego nowego do świata perfum. To jednak nie jest zarzut. Ta przepełniona melancholią kolekcja cechuje się więcej niż dobrą jakością samych kompozycji, na co wpływ ma zapewnie miejsce ich pochodzenia – Grasse, czyli kolebka francuskiej perfumerii, a także – co za tym idzie – wysoka jakość użytych komponentów. Zapachy ostały stworzone w wg klasycznej południowofrancuskiej szkoły i to wyraźnie czuć. Jako takie mogę się naprawdę podobać. Pachną też naturalnie, nie epatują syntetycznymi nutami, co nie znaczy , że nie ma w nich składników pochodzenia „laboratoryjnego”. Tak czy inaczej warto zainteresować się pachnidłami Hervé Gambs, jeżeli poszukujemy klasycznych tematów perfumeryjnych wyegzekwowanych w kompetentny sposób i na wysokim jakościowo poziomie.

 

PS. Perfumerii Tiger & Bear dziękuję za możliwość przetestowania pachnideł Hervé Gambs.