Widian – orientalne pachnidła z Abu Dhabi

Widian to perfumowa marka z Abu Dhabi utworzona przez Ali Aljaberiego w 2014 roku jako Aj Arabia, a w 2016 roku przechrzczona na obecną nazwę. Twórca określa stylistykę swych perfum jako połączenie arabskiej tradycji ze współczesnością. Szukając informacji o Widian spotkałem się także z określeniami, że perfumy te przykład mariażu stylów arabskiego i francuskiego we współczesnym wydaniu. Nawet po dość pobieżnym zapoznaniu się z nimi mogłem stwierdzić, że chyba najtrafniej opisuje je to zdanie, które znalazłem na oficjalnej stronie Widian:

Delikatne i wonne pachnidła, które zabiorą cię w podróż do cudownego dziedzictwa Środkowego Wschodu.

Rzeczywiście elementem wspólnym perfum Widian jest ich niesamowita wonność właśnie. Ktoś zapyta – jak to? Przecież perfumy z natury swej są wonne. Owszem. Ale wonność, o której piszę, zasługuje na szczególne wyróżnienie. Objawia się ona wręcz majestatycznym, spokojnym i wielogodzinnym emanowaniem ze skóry stonowanego, ale permanentnie wyczuwalnego, zmysłowego, ciepłego i przywierającego mocno do skóry zapachu, który poprzez swą olfaktoryczną gęstość i zdecydowaną przewagę składników o dużym ciężarze gatunkowym staje się naszym własnym, „osobniczym” zapachem. Każde z przetestowanych Widian pachnideł posiada tę cechę w mniejszym lub większym stopniu.

Mosque Sheik Zayed

Zanim opiszę swoje wrażenia na ich temat, jeszcze dwa zdania nt. designu flakonu i opakowania Widian. Inspiracją dla nich był monumentalny budynek wielkiego meczetu Szejka Zeyda znajdujący się w Abu Dhabi. Budynek ten – podobnie jak perfumy Widian – łączy w sobie architektoniczne elementy tradycji i nowoczesności.

Widian velvet collection bottle

Widian-Limited Collection Bottle

widian gold collection bottle

Trzeba przyznać, że flakony i ich opakowania prezentują się przepięknie.

Oferta Widian podzielona jest bardzo czytelnie na cztery kolekcje: Black, Gold, Velvet i Limited. Różnią się one nie tylko kolorami flakonów i opakowań, ale także charakterem samych kompozycji zapachowych, choć trzeba dodać, że wszystkie kolekcje łączy zdecydowanie orientalny klimat. Co rzadko spotykane, zapachy w ramach danej kolekcji nie posiadają indywidualnych nazw czy tytułów, a jedynie numery.

Black Collection…

…składa się z pięciu pachnideł, z których póki co trzy miałem przyjemność testować, a które skomponował pracujący w słynnym Grasse Jean-Claude Astier. To niezwykle doświadczony perfumiarz, który – jak mało kto – opanował mariaż arabskiej i klasycznie francuskiej perfumerii, czego wielokrotnie już dowiódł w ramach wspaniałych pachnideł komponowanych dla Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Znajdziemy w Black Collection zarówno orientalne zmysłowe ciepło, jak i klasyczny francuski szyk, harmonię, piękno i głębię. Nie ma tu mowy o kontrowersyjnych nutach animalnych czy oudowych. Te zapachy oczarowują, ale – co ważne – nie od razu, a dopiero po pewnym czasie. Bo nie są to perfumy nastawione na szybki i spektakularny efekt. Nie epatują otoczenia, raczej je intrygują, smużąc przez wiele godzin aromatycznymi nutami. By w pełni docenić ich urodę, potrzeba dwóch czynników: czasu oraz skóry, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż są to ekstrakty perfumowe i to zbudowane w przewadze z molekuł o dużym ciężarze gatunkowym (żywice, balsamy, kadzidła, drewna). Potrzebują one kilku godzin, by w pełni ujawnić swe oblicze. Odradzam więc stanowczo testy na papierku, gdyż będą one bardzo mylące i nie oddadzą w pełni ich charakteru.

widian 2

Black Collection I jest ciepłą, zmysłową i pełną głębi mieszanką przypraw z wyróżniającym się kardamonem, który nadaje całości subtelnej, jakby owocowej nutki. Gdy kardamon przydaje świeżości, ciepła dodaje cynamon. Przedłużeniem kardamonowej nuty jest najpierw cyprys, nadający subtelniej zieloności, a następnie zręcznie wkomponowana nuta kadzidła. Ale zarówno ona, jak i wspomniane przyprawy, zostały tu umieszczone w bardzo konkretnym, ciepłym i orientalnym kontekście, zbudowanym z cedru, drewna sandałowego i piżmowej głębi. Te nuty praktycznie od początku „ustawiają” to pachnidło i utrzymują jego zmysłowy charakter do samego końca.

Black Collection II otwiera się przecudnym, lekko słodkim akordem owocowym (śliwka i mandarynka), spod którego wyłania się będąca w centrum kompozycji róża, otoczona słodko-żywiczną esencją z drewna sandałowego. Kulinarny wątek z intro kontynuuje wanilia w bazie, a orientalnej reszty dopełniają piżma i esencja z mchu. II jest nieco bardziej kobieca, niż I czy III. Jest też subtelniejsza, ale i trwalsza. Pozostaje na skórze kilkanaście godzin.

Black Collection III ma świeży początek dzięki bergamotce i mięcie. Zaraz po nim ujawnia się akord skórzano-drzewny, który dominuje dalszą część zapachu. Skóra jest subtelna, elegancka, czysta, wyrafinowana. Okrągła, pełna drzewna baza – z istotną rolą paczuli – oraz sandałowcem, wanilią i mchem (podobna jak w II) wieńczy to naprawdę warte uwagi dzieło.

 

Gold Collection

widian gold collection

Gold Collection składa się póki co z dwóch pachnideł, obu o podobnym do siebie, ale wyraźnie innym charakterze od zapachów składających się na Black Collection. Tego typu zapachy lubię nazywać „obsypanymi złotym pyłem szeików ambrowcami” (co świetnie zresztą idealnie oddaje powyższa grafika). Jednym z najdoskonalszych przykładów takich pachnideł jest wg mnie Amouage Opus VI. Mniej więcej w takim właśnie stylu i klimacie są oba zapachy złotej kolekcji Widian. Mają przy tym ambrową-bazową część wspólną, ale różnią pozostałymi elementami. Gold Collection I – obok subtelnych nut kwiatowych i ambrowej bazy – zawiera w sercu nutę oudu – dość delikatną i mającą bardziej klasycznie arabski charakter, przypominający mi oudy takich marek jak Rasasi czy Arabian Oud. Gold Collection II pachnie niczym złoty pył, a to dzięki wyraźnemu szafranowi, którym posypano kwiatowe serce na analogicznej jak w I ambrowej bazie. II przypomina mi z kolei Oud Shamash The Different Company jaki i Sand Aoud Mancera. II jest moim faworytem w tym złotym duecie.

Widian velvet collection

Velvet Collection

To duet perfum orientalno-kwiatowych, mocno się jednak od siebie różniących. Liwa zachwyca ostrym, dymno-przyprawowym intro (szafran plus molekuła Amberwood), a obecne w nim oraz w sercu nuty białokwiatowe mają raczej symboliczny charakter i zostały tu zdecydowanie przytłumione bardzo arabską, dymno-drzewną bazą, która składa się głównie z nut drzewnych: cedru, sandałowca, paczuli, wetywerii, oudu i kadzidła. Kwiatowości jest w więc w Liwie bardzo niewiele, a zapach spokojnie broni się jako uniseks z przechyłem w męską stronę. Co innego Delma. Tu wyraźne kwiatowe serce, złożone z jaśminu i frezji, poprzedzone lekko owocowym wstępem (brzoskwinia i heliotrop), przywołującym trochę na myśl stylistykę No. 5 Chanela, osadzone na lekko kulinarnej, okrągłej, „puszystej” bazie z nutami wanilii, ptasiego mleczka oraz szafranu, paczuli i gwajaku, nie pozostawia złudzeń. To pełnoprawne, śliczne, bardzo kobiece i zmysłowe, orientalno-kwiatowe perfumy dla kobiet.

Perfumy Widian reprezentują tę piękną i łatwą w lubieniu stronę orientalnej perfumerii. Zawierają typowe elementy arabskiej estetyki perfumowej, jak choćby zamiłowanie do wysokiej koncentracji oraz częste używanie niektórych składników do niedawna jeszcze obcych perfumerii europejskiej (szafran, oud, kadzidło). I choć perfumy te nie wymagają przesadnie wyrobionego nosa (jak np. propozycje Amouage, S.H. Lucas 777 czy nawet Montale) i zaprojektowane są tak, by łatwo (choć nie szybko) „wpadały w nos”, to jednak nie można nie zauważyć w nich kunsztu i wyrafinowanego orientalnego piękna. Zbudowane na perfekcyjnej harmonii, bez dysonansów, z głębią i treścią oraz wysoką jakością chyba po prostu nie mogą się nie spodobać.

Parfums M.Micallef w Quality Missala

IMG_20151027_111342

27.10.2015 Dom Perfumeryjny Quality Missala na warszawskim Bemowie gościł twórców marki M.Micallef – Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Pretekstem do zorganizowania spotkania z przedstawicielami mediów była premiera nowego męskiego pachnidła AKOWA, którego recenzję zdążyłem już napisać kilkanaście dni wcześniej. Zanim jednak Geoffrey Nejman przedstawił nam bliżej swe najmłodsze zapachowe dziecko, zaprezentował pokrótce historię marki. Muszę przyznać, że zaimponowało mi to, w jaki sposób ten zafascynowany perfumami duet artystki i finansisty (zapałał miłością do perfum podczas finansowego doradzania jednej z firm z branży perfumiarskiej w Grasse) postawił wszystko na jedną kartę i kierując się pasją połączoną z pracowitością i talentem, na przestrzeni niemal 20 lat zbudował jedną z najmocniejszych luksusowych marek perfumowych na świecie. Zaczynali od skromnej pracowni zlokalizowanej w ich domu w Grasse. Pierwsze flakony Geoffrey sprzedawał jeżdżąc od domu do domu rowerem (później małym Peugeotem). Przełomowym momentem była handlowa wizyta Nejmana w jego rodzinnych Niemczech (co ciekawe, ojciec Nejmana urodził się w Zduńskiej Woli). Tamtejszy rynek okazał się spragniony doskonałej jakości perfum, jakie od początku oferowali. Dziś w tym samym Grasse stoi fabryka o łącznej powierzchni 2000 m2, zaś perfumy M.Micallef dostępne są w 50 krajach na całym świecie. Imponujące. Mimo takiego rozwoju wiele operacji wciąż wykonuje się tu ręcznie, tak jak na samym początku w sławnej piwnicy.

Micallef Nejman 2015
Geoffrey Nejman i Martine Micallef

 

Obecnie – jak objaśniał Nejman – oferta Parfums Micallef składa się z kilku kolekcji:

Exclusifs – to pachnidła posiadające wspólną cechę – są wyraziste i oryginalne, odważne, czasem kontrowersyjne. Mają wzbudzać emocje – od uwielbienia po niekiedy nawet odrazę. To zapachy z gatunku: love it or hate it. Początkiem tej kolekcji był Aoud (2003) – jedne z chronologicznie pierwszych europejskich perfum z agarową żywicą w składzie. Tak, Geoffrey Nejman jest w tym zakresie pionierem. Jako jeden z pierwszych zdecydował się użyć agaru w perfumach przeznaczonych na europejski rynek, do czego z resztą z wielkim trudem przekonał Jean-Claude’a Astiera – perfumiarza o bardzo klasycznym, francuskim stylu. Ten nie wyobrażał sobie estetycznego użycia tej przedziwnie pachnącej substancji w perfumach. Efekt jednak okazał się doskonały, a zapach zdobył rzesze oddanych fanów. Europejska oudomania miała się zacząć kilka lat później…

Ananda – to kolekcja perfum o klasycznie kobiecych tematach kwiatowych wzbogaconych przez nuty kulinarne. Pierwsza Ananda – zapach owocowo-kwiatowy – okazała się bestsellerem. Za nią pojawiły się waniliowo-konwaliowa Ananda Dolce oraz wieczorowa Black Ananda. Martine Micallef wyjaśniła, że kształt flakonu zainspirowany został wieżyczkami rosyjskich cerkwi.

IMG_20151027_124411
Kolekcja Ananda, w tle Exclusifs

Mon Parfum – kolekcja zapoczątkowana pachnidłem, które Geoffrey stworzył specjalnie dla miłości swego życia: Martine. Podobno pierwsza wersja nie przypadła jej do gustu i niepocieszony Nejman musiał jeszcze wielokrotnie poprawiać kompozycję, by w końcu trafić w gust partnerki. A zajęło to w sumie dwa lata (!). To w wyniku tego procesu, a nie wieku – jak stwierdził z właściwym dla siebie, pełnym dystansu poczuciem humoru – na jego głowie pojawiły się siwe włosy. Najnowszy zapach tej kolekcji, Mon Parfum Gold, który miałem już okazję opisać, zawiera niewielką ilość tajemniczego składnika stanowiącego podstawę AKOWA, o którym więcej nieco później.

IMG_20151027_124401
Kolekcja Mon Parfum

Trzeba pamiętać, że w przypadku perfum M.Micallef flakony grają równie ważną rolę jak same zapachy. Za ich design, czyli za zewnętrzną, „widzialną” cześć produktu, odpowiada przecież Martine Micallef, podczas gdy Nejman wraz z perfumiarzem Jean-Claudem Astierem zajmują się pachnącym wnętrzem flakonów. Jewel to kolekcja, którą łączy kształt flakonu oraz zdobienia kryształami Svarowskiego. Bestsellerem i ulubionym zapachem Nejmana w tej kolekcji jest Royal Muska, zapach złożonym z m.in. w kilku rodzajów piżma. O jego zmysłowej piżmowo-owocowej naturze można się było przekonać podczas spotkania. Ja z kolei bardzo lubię niezwykle męski i elegancki Jewel for Him.

IMG_20151027_124433
kolekcja Jewel

AKOWA przypisany został właśnie do kolekcji Jewel. Flakon o znanym kształcie tym razem przykuwa uwagę oszczędnym designem i wszechobecną czernią. W miejsce kryształów Svarowskiego pojawiła się oryginalnie tłoczona faktura, która ma przypominać spękaną słońcem afrykańską ziemię. Projekt flakonu został zainspirowany twórczością Pierre’a Soulagesa, grafika-minimalisty, lubującego się w czerni o różnych fakturach. Flakon – to trzeba oddać – robi świetne wrażenie i jest bardzo spójny z wyjątkowo dobrze przemyślanym marketingiem tego zapachu, m.in. krótkim i dynamicznym klipem filmowym.

Micallef AKOWA 4

Przy okazji prezentacji AKOWA Nejman opowiedział nam o tajemniczym naturalnym składniku, który stanowi 80% jego formuły, a którego nazwa i istota ma pozostać tajemnicą. Otóż podczas podróży po Afryce dwa lata temu Martine i Geoffrey poprosili tamtejszego przewodnika, by zawiózł ich jeepem wgłąb buszu. Ten zabrał ich na spotkanie z afrykańskim plemieniem Akowa. Podczas kilkugodzinnego pobytu Nejman zauważył, że tamtejsze kobiety wyrabiają coś na kształt pasty, mieszając małe gniecione ziarenka – fasolki z oleistym nośnikiem. Pastę tą następnie rozprowadzają na skórze. Służy ona jako perfumy, które – a jakże – mają działać jak afrodyzjak. Nejman zaintrygowany szczególnie tą ostatnią właściwością przywiózł tajemniczą substancję Jean-Claude’owi Astierowi, by ten, podobnie jak kilkanaście lat wcześniej uczynił to z oudem, zastosował ją w perfumach. Pierwszym więc zapachem, do którego użył ów specyfik, był Mon Parfum Gold. Ale dopiero w AKOWA perfumiarz nadał mu odpowiednie znaczenie, stosując go w proporcji w pełni zasługującej na używane w perfumerii określenie overdose. Trzeba przyznać, że zarówno sam składnik (woń nieco zielona, nieco ziemista, nieco mineralna, nieco roślinna), jaki i oparta na nim AKOWA pachną unikatowo i oryginalnie.

Chapeau bas dla marki M.Micallef za odkrywanie nowych aromatów i odważne inkorporowanie ich do swych pachnideł. To – było nie było – posuwanie perfumeryjnej sztuki naprzód, a także szansa na nowe doznania olfaktoryczne. AKOWA zdecydowanie takie gwarantuje. Pozostaje przy tym pachnidłem bardzo dobrze się noszącym, co potwierdza moim zdaniem wielki kunszt perfumiarza Jean-Claude’a Astiera.

Geoffrey Nejman zakończył swą prezentację bardzo obiecująco. AKOWA to bowiem początek nowego cyklu. Kolejne pachnidło oparte będzie na innej substancji, pochodzącej z innego kontynentu…

Prawdziwy z niego mistrz marketingu, prawda?

G.Nejman and me
G.Nejman i fqjcior 🙂

M.Micallef „AKOWA”

Stoisko niszowej marki M.Micallef przykuwało uwagę wizytujących tegoroczne targi Pitti Fragranze we Florencji głównie za sprawą  kampanii reklamowej najnowszego męskiego pachnidła o tajemniczej nazwie AKOWA. Zdjęcie w niej użyte mogłoby spokojnie towarzyszyć premierze perfum mainstreamowych, podobnie jak promujący zapach krótki clip video, co wcale nie jest w tym przypadku moją negatywną krytyką. Przeciwnie. Budzący pewien niepokój wizerunek ciemnoskórego mężczyzny o gadzich oczach nie może pozostawiać obojętnym. Podobnie jak egzotycznie brzmiąca nazwa, będąca w istocie swojej nazwą jednego z afrykańskich plemion. AKOWA brzmi przecież dużo lepiej niż – powiedzmy – „Green Leather Oud”. Gdy do tego dodamy jeszcze emitowaną przez przedstawicieli marki M.Micallef enigmatyczną informację o rzekomym użyciu w formule esencji z korzenia tajemniczej afrykańskiej rośliny – składnika dotąd nie stosowanego w perfumerii, całość staje się jeszcze bardziej intrygująca…

Micallef AKOWA 1

Rzeczywiście AKOWA pachnie interesująco i oryginalnie, na tyle, że trudno mi znaleźć dobre porównanie do innego znanego mi pachnidła. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to fenomenalne Timbuktu L’Artisan Parfumeur autorstwa Bertranda Duchaufoura i może – w mniejszym stopniu – niemniej doskonały Opus VII Amouage. AKOWA proponuje podobne połączenie nut zielonych z drzewnymi, wybijając się jednak na oryginalność dzięki włączeniu do olfaktorycznego spektrum składników kulinarnych – kakao i wanilii, akordu liści figi – nadającemu całości zielonej natury , która świetnie spaja się z bazowym wetiwerem oraz – być może przede wszystkim – dzięki wspomnianej nienazwanej tajemniczej ingrediencji. Intro zapachu to ładnie wyeksponowany kwiat pomarańczy, lekko „zakwaszony” bergamotą i wspomnianą figą, której soczysto-zielona, liściasta woń stopniowo przejmuje dowodzenie w sercu zapachu. Drzewna baza z dominacją wetiweru pogłębiona została ambrą i piżmem. Nie byłaby ona tym, czym jest, gdyby nie cudotwórcza paczula.

Nie wiem, czy to efekt wyłącznie tego, że uległem sugestii reklamy, czy jednak fakt, ale jest w AKOWA  jeszcze coś, co nadaje mu unikatowej sygnatury… Przedziwna to sprawa. Przedstawiciele M.Micallef nie chcą ujawnić owego tajemniczego składnika, do tego stopnia, że towarzyszący próbce AKOWA spis nut w formie piramidy zapachowej w akordzie serca wymienia kakao i figę oraz coś jeszcze, co zostało… zamazane czarnym markerem (!). Wygląda, jakby ktoś zaakceptował do druku projekt próbkowego kartonika ze specyfikacją wszystkich nut, po czym zmienił zdanie, co do ujawniania owej ingrediencji w piramidzie…

AKOWA zapakowany został we flakon znany z linii Jewel, odpowiednio przeprojektowany, by pasował do całościowej koncepcji tego udanego pachnidła, które potwierdza status M.Micallef jako jednej z najlepszych i najrówniejszych pod względem poziomu proponowanych kreacji  marek niszowych/ luksusowych. Warto pochwalić Geoffreya Nejmana, artystycznego szefa marki, że poszukuje nowych środków wyrazu i ma odwagę użyć nieznanych dotąd składników. To przecież właśnie M.Micallef była jedną z pierwszych marek zachodnich propagujących oud w swych perfumach – na długo przed oudomanią. Dobrze jednak, że obecnie – zamiast mnożyć kolejne „oudy” czy „gourmandy” – Nejman postawił na coś zupełnie nowego. Co TO takiego?  Tego jeszcze nie wiemy. Ale pewnie dzięki TEMU AKOWA jest inny. Intrygująco inny. I zdecydowanie godny polecenia.

Micallef AKOWA

nuty głowy: bergamotka, kwiaty pomarańczy

nuty serca: liście figi, kakao, tajemniczy składnik (esencja z  korzenia afrykańskiej rośliny)

nuty głębi: wanilia, paczula, wetiwer, ambra, piżmo

twórca: Cécile Hua, Geoffrey Nejman, Jean-Claude Astier

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Kobiece pachnidła M. Micallef – orientalna, kwiatowo-kulinarna uczta zmysłów

Martine Micallef Ylang in Gold
Martine Micallef z flakonem Ylang in Gold

M. Micallef to wśród zapachów luksusowych i niszowych marka wyjątkowa. Jako wspólne dzieło managera finansowego Geoffreya Nejmana i artystki plastyczki Martine Micallef od 1997 roku zachwyca koneserów perfum nie tylko wyjątkowo pięknymi pachnidłami, które pod czujnym nosem Nejmana od początku tworzy w Grasse perfumiarz Jean-Claude Astier, ale i wyjątkowymi flakonami, które projektuje Martine. Warto wiedzieć, że perfumy M.Micallef są sprzedawane w ponad 900 miejscach na całym świecie (jednym z tych miejsc jest warszawska perfumeria Quality Missala). Co interesujące, dopiero w 2013 roku marka otworzyła swój pierwszy butik w Dubaju, rozpoczynając tym samym ofensywę w ZEA oraz na rynkach Państw Zatoki Perskiej. Niemniej M.Micallef to firma, która osiągnęła niewątpliwy sukces komercyjny, do którego przyczyniły się z pewnością artystyczne, perfumiarskie i – co niemniej ważne – menadżerskie talenty jej twórców oraz ich dbałość o niezmiennie doskonałą jakość produktów.

Jean Claude Astier
Jean-Claude Astier

Od momentu powstania M.Micallef wypuściła ponad dziewięćdziesiąt pachnideł. Oczywiście wiele z nich zostało już z oferty wycofanych, ale każdego roku pojawiają się nowe, zawsze intrygujące i zawsze warte uwagi, nigdy nie schodzące poniżej bardzo wysokiego poziomu jakości, ustalonego przez twórców wiele lat temu. Domeną marki są perfumy dla kobiet, choć znajdziemy w ich ofercie także kilka godnych uwagi pachnideł „targetowanych” na mężczyzn (Style, Jewel for HimEmir, Avant-Garde, Aoud, Royal Vintage, Le ProfessionnelLe Sportiff, Le Seducetur).

Testowanie pachnideł M.Micallef to, podobnie jak w przypadku Amouage, dla mnie zawsze ogromna przyjemność, czasem wręcz olfaktoryczna rozkosz, szczególnie że są to z zasady perfumy „malowane grubą kreską”, złożone, bogate w doskonałej jakości składniki, mocne, intensywne i bardzo trwale, a przy tym doskonale skomponowane, harmonijne i zwykle bardzo zmysłowe, utrzymane w orientalnej stylistyce, choć bazujące na europejskiej tradycji perfumeryjnej. Testy kilku zapachów M. Micallef stworzonych z myślą o kobietach uświadomiły mi, że artystka stawia na perfumy zdecydowane, mocne, bogate w składniki, w których niezbędne są nuty kwiatowe, zwykle połączone z nutami kulinarnymi – np. wanilią, toffi, kokosem, migdałami i owocami. Są to propozycje dla pań lubiących pachnieć mocno, zdecydowanie i bardzo kobieco.

GEOFFREY-NEJMAN
Geoffrey Nejman

W 2009 roku M.Micallef przedstawiła zapach dla niej zupełnie wyjątkowy. Mon Parfum – jak sama nazwa wskazuje – osobiste, ulubione perfumy Martine. Ta kwiatowo-orientalna kompozycja, w której odnajdziemy m. in. nutę passiflory oraz toffi, spotkała się z tak dobrym przyjęciem wśród klienteli, że znalazła swój ciąg dalszy w postaci Mon Parfum Cristal (2013) i Mon Parfum Gold (2014).

 

Mon Parfum Cristal – pudrowa róża

Przyprawowy początek (pieprz plus cynamon) dosłownie zatyka dech w piersiach swą intensywnością, zapowiadając całkiem śmiało to, co nastąpi za chwilę. Bowiem już po jej upływie zapach układa się na skórze prezentując zmysłową mieszankę złożoną z róży i znanego już z Mon Parfum toffi oraz wanilii. Ten miękki, ciepły i niesamowicie kobiecy aromat jest kwintesencją tych niezwykle bardzo esencjonalnych perfum. Interesujące i udane kwiatowo-kulinarne połączenie okazało się doskonałym sposobem na uzyskanie zmysłowego, na wskroś kobiecego zapachu. Baza złożona z akordu ambrowego podtrzymuje akord serca przydając całości nieco oldskulowej kobiecości poprzez swą pudrowość, a co za tym idzie, skojarzenie z zapachem szminki. Tak – woń szminki jest ewidentna w ostatniej fazie zapachu. Niezbędne w perfumerii piżma także i tu zapewniają głębię i trwałość perfum na skórze, a ta jest – jak zwykle w przypadku perfum M.Micallef – fenomenalna. Mon Parfum Cristal to pachnidło, w którym klasyczny różany temat poddany został pomysłowej kulinarnej „obróbce”, czego efektem są perfumy wyjątkowej urody, wprost idealnie nadające się na prezent dla ukochanej kobiety. Niewiele jest chyba bowiem pań, którym taki aromat nie przypadł by do gustu, choć faktem jest, że ze względu na swój ciężar gatunkowy Mon Parfum Cristal to raczej perfumy na szczególne okazje.

micallef mon parfum cristal

nuty głowy: cynamon, różowy pieprz

nuty serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru

nuty bazy: toffi, ambra, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Mon Parfum Gold – zmysłowo drzewny

Zaskakujący, mocny, orientalny zapach z elementami szypru, w którym zasadniczą rolę grają znana z wszystkich wersji Mon Perfum wanilia oraz nuty drzewne, z paczulą na czele, a także – zaskakująco – tytoń. Także i tu nie brakuje co prawda nut kulinarnych, bo poza wspomnianą wanilią, w składzie znajdziemy cytrusy, gruszkę, brzoskwinie i malinę. Chociaż oczywiście trudno wyczuć którąś z nich indywidualnie, to jednak z pewnością jest w Mon Parfum Gold obecna nuta – nazwijmy ją oględnie – owocowa. Jednak ona jedynie uzupełnia całość i raczej pozostaje w tle, bowiem z przodu rządzi zmysłowa paczula, której drzewność ograniczona została gęstą wanilią, jednak nie na tyle, by stłamsić jej charakter. Jest coś jeszcze w formule Mon Parfum Gold, co przydaje całości nieco szorstkiego i męskiego pierwiastka. To całkiem wyraźna nuta tytoniu, która chcąc nie chcąc zaostrza całość i powoduje, że moi z daniem Mon Parfum Gold spokojnie może nosić mężczyzna lubiący orientalne klimaty.

micallef mon parfum gold

nuty głowy: gruszka, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: róża, brzoskwinia, paczula

nuty bazy: wanilia, piżmo, tytoń, malina

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ananda Dolce – słodkie konwalie

W dziesięć lat po premierze Anandy M.Micallef zaproponowała… jej wersję słodką Ananda Dolce. Praktycznie od pierwszych docierających do nozdrzy molekuł jest słodko, niemal „słodyczowo”, a brzoskwiniowy syrop miesza się tu z aromatem migdałów. Słodkie nuty nie zdąża jednak zemdlić (choć gdyby trwały dłużej, to kto wie…), gdyż nozdrzom objawia się klasycznie skonstruowany, niemal podręcznikowy (przez co niestety dość banalny) akord konwalii o subtelnie kulinarnym zabarwieniu. Ten białokwiatowo-kulinarny, mocny i nieco „dziewczęcy” aromat osadzony jest na sygnaturowej dla Astiera bazie z ambry i piżm, która gwarantuje nie tylko głębię i ciepło tego zapachu, ale także i jego długotrwałość. Utrzymuje on przez wiele godzin centralny konwaliowy akord, z czasem ujawniając się coraz wyraźniej. Ananda Dolce mimo swego cukrowego ładunku okazuje się być pachnidłem dość lekkim – jak na standardy M.Micallef.

micallef ananda dolce

nuty głowy: migdały, brzoskwinia, liście migdałowca

nuty serca: kwiaty migdałowca, białe kwiaty

nuty bazy: ambra, bób tonka, białe piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Royal Rose Aoud – arabska klasyka

Mój faworyt spośród testowanej piątki to już popis klasycznej estetyki arabskiej, w której duet Astier/ Nejman czują się doskonale, a w której kluczową nutą jest oud (pamiętajmy, że swoje pierwsze stricte oudowe perfumy Aoud panowie przedstawili już w 2003 roku, a więc na długo przed początkiem trwającej po dziś dzień „oudomanii”). Zestawienie woni żywicy agarowej z esencją różaną jest niemal tak stare, jak stare są kraje arabskie, a wspomniana zachodnia „oudomania” rozpowszechniła i przy okazji (głównie w wyniku dyskusyjnego poziomu wielu pachnideł ze słowem oud w nazwie) nieco zdeprecjonowała ten akord w perfumerii.

Oudomania zdaniem Michaela Edwardsa – znanego autorytetu w dziedzinie perfum – paradoksalnie wynikła z kryzysu finansowego w Europie, w wyniku którego wiele zachodnich marek perfumeryjnych postanowiło poszukać szczęścia (czytaj: klienta) na rynkach krajów arabskich. A tam tradycyjnie perfumy bez oudu niemalże nie mają racji bytu.

Jednak Royal Rose Aoud to akurat przykład moim zdaniem bardzo udanego i przekonującego mariażu róży i oudu, zrobionego z klasą, elegancją i umiarem. Zresztą nie po raz pierwszy tandem Astier i Nejman wziął się za ten temat. Już w 2004 roku bowiem przedstawili oni Rose Aoud. Jednakowoż tym razem wzmocnili oni arabski charakter Royal Rose Oud poprzez dodanie szafranu. Intro zapachu rozjaśniono soczysto-zieloną nutą czarnej porzeczki. Poza tym – można by powiedzieć – standard, czyli drzewno-piżmowa baza z dodatkiem paczuli, która świetnie wpisuje się pomiędzy różę a oud.

Pomimo że znam już sporo tego typu perfum (poza kilkoma różnie udanymi „Montalakami” m.in. świetny Oud Silk Mood Francisa Kurkdjiana, uroczy Agarwoud Jamesa Heeleya czy fenomenalne i chyba najbliższe arabskim pierwowzorom Rose Nacree du Desert Guerlain), to jednak Royal Rose Aoud ujął mnie eleganckim, pełnym umiaru, bezpretensjonalnym, harmonijnym i wyważonym, bardzo przyjemnym dla nosa (po prawdzie bardziej europejskim niż arabskim) potraktowaniem tematu, chyba najbliższym właśnie wspomnianemu Agarwoud Heeleya. Jak na oudowca jest bowiem dość subtelny (co nie znaczy, że brak mu mocy, o nie!), a proporcje pomiędzy różą i oudem zostały tu doskonale dobrane. Jednym zdaniem: Royal Rose Aoud to pozycja obowiązkowa dla wielbicielu oudu, szczególnie tych, którzy cenią sobie jego umiarkowane zastosowanie w perfumach.

micallef royal rose oud

nuty głowy: czarna porzeczka, szafran

nuty serca: róża, oud

nuty bazy: paczula, sandałowiec, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ylang in Gold – miodowe kwiaty

Bardzo przyjemne, gęste od wonnych molekuł pachnidło owocowo-kwiatowo-kulinarne, w którym bogate w kwiatowe składniki serce (ylang, róża, konwalia, magnolia) ozdobiono wyraźną nutą kokosa, rozjaśniono słodko-owocowym otwarciem i osadzono na orientalnej bazie z wanilii, sandałowca i piżma. Z początku więc nieco owocowe, przechodzi przez fazę zabarwionych złocistym miodem kwiatów i kokosa, by finiszować słodką wanilią. Ylang in Gold to kolejna w kolekcji M.Micallef kompozycja, w której w zmysłową i bardzo kobiecą całość połączono kwiaty i nuty kulinarne (tradycyjna już wanilia oraz tu wyjątkowo kokos). Nie tak może ekscytująca jak Mon Parfum czy Royal Rose Oud, ale nie można odmówić jej konkretnego charakteru i słonecznego uroku. Dopisek Gold w nazwie wynika z pływających w pachnącej cieczy drobinek tworzących na skórze złocisty film. Ten sam zapach jest także dostępny w „czystej” wersji, czyli Ylang.

micallef ylang in gold

nuty głowy: tangerynka, pomarańcza, geranium, bylica

nuty serca: ylang-ylang, róża, konwalia, magnolia, kokos

nuty bazy: wanilia, drewno sandałowe, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Nisza po męsku: M.Micallef „Royal Vintage” i Amouage „Beloved Man”

Rynek perfum ekskluzywnych i niszowych musi mieć się dobrze, skoro jak grzyby po deszczu powstają nowe marki perfumowe (patrz ostatnia edycja targów perfum niszowych/ekskluzywnych Esxence w Mediolanie), a stare, niektóre swego czasu już zapomniane, są z sukcesem reaktywowane. Ale aktywne od lat tuzy perfumowej branży także nie śpią, a częstotliwość, z jaką prezentują kolejne premierowe pachnidła, zaczyna niebezpiecznie przypominać praktyki mainstreamu sprzed – póki co na szczęście  – kilkunastu lat. I o ile na razie – z pewnymi wyjątkami – nie wpływa to negatywnie na jakość proponowanych pachnideł, o tyle coraz trudniej o ich oryginalność, unikatowość, nie wspominając o przełomowości (ale na to już raczej nie sposób liczyć).

Bohaterowie dzisiejszego wpisu dobrze ilustrują tę prawidłowość. Nowe męskie (co akurat bardzo cieszy) pachnidła Amouage – Beloved Man – oraz M. Micallef – Royal Vintage – to niewątpliwie bardzo dobrze zrobione pachnidła, ale – niestety – pozbawione oryginalności. Ale po kolei…

M.Micallef – Royal Vintage – to kolejne perfumy w kolekcji Les Exclusifs, która – po ostatnich „przemeblowaniach” (np. włączeniu do niej Emira, który wcześniej sprzedawany był pod marką Geoffrey Nejman) i odświeżeniu flakonów składa się poza tym z następujących zapachów: WatchRoyal Rose AoudGaiacAoudAvant-Garde, Style.

micallef collection

Całkiem niedawno opisywałem na blogu wydany w 2012 M. Micallef Style – męską kompozycję „zapatrzoną” w klasyczne pachnidła lat 80-tych ubiegłego wieku (Zino Davidoff, Giorgio Beverly Hills for Men). Gdy tylko dowiedziałem się o kolejnej, przewidzianej na 2013 rok premierze zapachu tej marki, zacząłem zastanawiać się, w jakim kierunku tym razem podąży duet Geoffrey’a Nejmana i Jean-Claude’a Astiera. Pierwsze testy Royal Vintage dowiodły jednego. Także i tym razem nie było oryginalnie… Także i tym razem, zbliżając nos do skóry spryskanej zapachem, miałem wrażenie deja vu. Mimo kilku prób jednak nie mogłem odnaleźć w pamięci tych perfum, które Royal Vintage mi przypominał. Kolejne testy nic nie wyjaśniały. Za każdym razem miałem to samo wrażenie – dziwnej znajomości. W końcu – w akcie desperacji – zajrzałem na Fragrantica.com, gdzie któryś z użytkowników wspomniał o… Aventusie Creed’a… I to był strzał w dziesiątkę. Dokładnie o to mi chodziło… Od tego czasu jednak nie potrafię postrzegać Royal Vintage inaczej, niż przez pryzmat wspaniałego moim zdaniem pachnidła Creeda z 2010 roku.

Zgoda – nie są to zapachy identyczne. Różnią się. Trochę. Royal Vintage jest nieco subtelniejszy od Aventusa, lżejszy, świeższy, choć wciąż całkiem intensywny. Znajdziemy w nim jednak ten charakterystyczny kontrast ananaso-podobnych nut owocowych i brzozowej bazy, choć ta jest tu dużo delikatniejsza i nie tak ewidentna, jak w zapachu Creeda. To na tym kontraście opiera się urok obu pachnideł. Oficjalny spis nut Royal Vintage traktuję bardzo orientacyjnie, bowiem wg mnie kompozycja ta jest jednak bardziej złożona, aniżeli by to wynikało z tych informacji.

Abstrahując od tych ewidentnych skojarzeń, Royal Vintage to świetne męskie, nowoczesne i zdecydowanie wyróżniające się pachnidło o bardzo dobrych parametrach użytkowych (solidna projekcja plus ponad 10-cio godzinna trwałość). Cieszy mnie, że tym razem panowie Nejman i Astier stworzyli (skopiowali?) coś współczesnego, zamiast kolejnego pachnidła retro lub niby-arabskiego. Royal Vintage – mimo dość arystokratycznej nazwy – to idealna propozycja dla współczesnego eleganckiego mężczyzny chcącego wyróżnić się zapachem o ewidentnie luksusowej aurze. Spodoba się fanom wspomnianego Aventusa, a także tym osobom, dla których zapach Creeda okazał się być zbyt wyrazistym.   

M.-MicallefRoyalVintage

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: cyprys, skóra 

nuty bazy: piżmo, paczula

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

Amouage – Beloved Man

Od pierwszych sekund od razu czuć, że to Amouage. Jest bardzo gęsto, zawiesiście, a płyn pozostawia na skórze tłustawy, błyszczący film. Czegoż tu nie ma składzie? Mamy obowiązkowe we współczesnych męskich zapachach tej marki składniki  drzewne (gwajak, cedr, paczula, wetiwer), kadzidło (olibanum), przegląd przypraw (goździk, pieprz, kardamon, kmin, gałka muszkatołowa, szafran) esencjonalne, gęste żywice (elemi, labdanum), wreszcie nuty kwiatowe (neroli, geranium, jaśmin), a do tego kłącze irysa i nieodzowne w bazie piżma, nie wspominając o cytrusach w otwarciu (które zresztą i tak nie są wyczuwalne). Skład jest imponujący, choć nie mam mowy o wyraźnym wyodrębnianiu się jakichkolwiek nut. Kompozycja jest bardzo spójna, „zbita” oraz subtelnie, ale zauważalnie ewoluująca.

Jako ciekawostkę podam, że zapach skomponował znany dotąd ze współpracy z mniej prestiżowymi markami Bernard Ellena. Brat wielkiego Jean-Claude’a.

Beloved Man – jako całość – pachnie orientalnie, ale na współczesny sposób. Określiłbym je jako drzewno-przyprawowe z odrobiną kwiatów w sercu. Skojarzenia, jakie we mnie budzi, przede wszystkim przez pierwsze kilkadziesiąt minut, to Comme des Garcons 2 Man, a co za tym idzie także Le Labo Vetyver 46, a w mniejszym stopniu brązowy Gucci Pour Homme, choć w porównaniu do wszystkich trzech Beloved Man wyróżnia dość wyraźna (mimo składnikowego przeładowania) nuta neroli oraz irys. Zresztą z miarę upływu czasu te podobieństwa zanikają i Beloved zyskuje własną osobowość, pachnąc słodko-żywicznie, a w bazie drzewnie i sucho – smugą gwajakowego dymku. Beloved niczym mnie nie zaskoczył, ani też nie zachwycił. Szkoda. O ile poprzednie męskie perfumy Amouage – Interlude Man – uważam za dużo bardziej charakterystyczne i interesujące, podobnie jak wcześniejsze Memoir Man, Jubilation XXV Man, Epic Man, Lyric Man, czy klasyczny Gold Man, o tyle Beloved ginie w gąszczu podobnych kompozycji innych niszowych marek.

LIGHTER_SHIELD022

nuty głowy: pomarańcza, grejpfrut, neroli, cyprys, żywica elemi, goździk (pączki), czarny pieprz, kardamon

nuty serca: geranium burbońskie, jaśmin, kłącze irysa, kmin, kadzidło (olibanum), czystek (labdanum), gałka muszkatołowa, szafran

nuty bazy: cedr atlaski, gwajakowiec, skóra, paczula, wetiwer, piżmo

Nos: Bernard Ellena

rok wprowadzenia: 2013

M. Micallef „Style” Eau de Parfum

Geoffrey Nejman chyba zaprzestał rozwijania własnej marki perfum. Od kilku lat bowiem nic nowego pod jej szyldem nie powstało. Po trzech dedykowanych mężczyznom i – trzeba podkreślić – całkiem udanych pachnidłach Le Seducteur, Le Professionnel i Le Sportif ostatnim zapachem był w 2010 roku oudowy Emir. Co ciekawe, został on umieszczony także w kolekcji Les Exclusifs marki M.Micallef obok m.in. Gaiac, Watch, Oud czy Avant Garde. W 2012 roku tę właśnie kolekcję powiększono o pachnidło dedykowane panom: Style. 

Zapach – jak zwykle – powstał w wyniku współpracy G. Nejmana, który odpowiada za olfaktoryczną treść perfum marek M.Micallef oraz Geoffrey Nejman, z perfumiarzem Jean-Claude Astierem. Astier ma tendencję do komponowania bogatych, gęstych i wielowymiarowych substancji. Już przy okazji trójcy Le Seducteur/ Le Professionnel/ Le Sportif pokazał też, że doskonale czuje się w estetyce „prawdziwie męskich” zapachów lat ubiegłych. Weźmy choćby Le Seducteur. To hołd złożony genialnemu Polo Ralpha Laurena (dzieło Carlosa Benaima), czyli jednemu z emblematycznych wręcz pachnideł końca lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych ubiegłego wieku. Style natomiast jest prezentem dla wszystkich facetów, którzy wciąż nie potrafią zrozumieć fenomenu współczesnych słodziaków lub świeżaków im dedykowanych, a w ich toaletkach wciąż stoją dumne olfaktoryczne bomby z lat 80-tych. Gdybym miał w największym skrócie opisać Style, to nazwałbym go klonem Zino Davidoff, choć byłoby to jednak nieco krzywdzące uproszczenie. Style jest tym samym wobec Zino, czym Le Seducteur wobec Polo. Wyraźnym stylistycznym nawiązaniem, jednak podanym w nieco bardziej współczesny sposób, a przede wszystkim wyzbytym niektórych całkiem istotnych dla swego protoplasty niuansów. W Le Seducteur nie znajdziemy tak charakterystycznych dla zielonego Polo nut tytoniu i skóry. W Style natomiast nie odnotowałem tak charakterystycznej dla Zino dysonansowej nuty „gnijących kwiatów”…

Style to – podobnie jako Zino – pachnidło kwiatowe, w którym biały i indoliczny jaśmin oraz konwalia połączone zostały z zestawem solidnych, bardzo męskich składników. Zapach na samym początku przyprawowy, wibrujący, nieco rozświetlony cytrusami, z bardzo wyraźną dawką jakże męskiej lawendy, stopniowo przechodzi w zasadniczą woń kwiatowo-balsamiczno-drzewną, gdzie podstawę dla duetu jaśminu i akordu konwalii stanowi drewno sandałowe i kadzidło. Ta faza trwa przez większość czasu, a pachnidło gaśnie na skórze wiele godzin po jego użyciu ciepłą, drzewno- żywiczną bazą. Style pachnie naprawdę stylowo, mocno i równo przez długi czas. Jest bardzo solidną propozycją dla panów ceniących właśnie tego typu – nomen omen – styl. Trochę już passe, ale wciąż jednoznacznie męski, nieco nawet „samczy”. To perfumy dla tych, którzy z nostalgią wspominają dawne czasy, gdy męskości dodawały im Giorgio Beverly Hills for Men, Oscar de la Renta Pour Lui czy Heritage Guerlain. 

Mi się ten Style podoba…

M.Micallef-Style-www.missala.pl_

Nuty górne: cynamon, gałka muszkatołowa, kardamon, cytryna

Nuty środkowe: lawenda, konwalia, jaśmin

Nuty dolne:  paczula, drzewo sandałowe, kadzidło

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: nostalgiczne pachnidło dla mężczyzn lubiących nieco bombastyczne zapachy w stylu lat 80-tych XX wieku; 

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 9-10 h

M.Micallef – Vanille Collection czyli raj dla miłośników wanilii

Marka M.Micallef od lat oferuje prawdziwie niszowe perfumy o doskonałej jakości, zapatrzone w orientalną, arabską tradycję perfumeryjną. Żywicę z drewna agarowego – oud – Micaleff stosowała otwarcie w swych zapachach jeszcze zanim ta stała się tak niebywale popularna. Ma w swym dorobku kilka już kultowych kompozycji – choćby Aoud Man oraz przede wszystkim wielbiony przez rzeszę perfumowych koneserów Gaiac. To będące idealną mieszanką drewna gwajakowego i wanilii pachnidło jest jednym z najbardziej oryginalnych, najpiękniejszych, najcieplejszych i najbardziej komfortowych zapachów, jakie znam.

Warto wiedzieć, że to co znajdujemy w zaprojektowanych przez Martine Micallef flakonach, to kompozycje tworzone przez perfumiarza Jeana Claude’a Astiera (tego samego, który stworzył Qessence Missala) pod koncepcyjnym nadzorem Geoffreya Nejmana. Interesujące jest to, że dopiero stosunkowo niedawno jawną stała się postać prawdziwego nosa marki M.Micallef, który dotąd funkcjonował jako „autor widmo”, podczas gdy oficjalnie do opracowywania zapachów przyznawał się Geoffrey Nejman. Wg mnie dobrze się stało, że Nejman nie udaje już perfumiarza (jest księgowym), i że dzięki temu możemy poznać prawdziwego twórcę perfum. To zresztą wpisuje się w swego rodzaju bardzo pozytywny trend „wyciągania” perfumiarzy z ich pracowni na światło dzienne. To przecież w końcu oni są twórcami pachnącej materii. Gdy wziąć pod uwagę zapachy M.Micallef i marki Geoffrey Nejman, a także wspomniane Qessence, to trzeba przyznać, że Astier jest twórcą absolutnie wybitnym.

Najnowszą kolekcję zapachów M. Micallef – Collection Vanille – można uznać za swego rodzaju rozwinięcie pomysłu realizowanego w Gaiac. Oto cztery nowe kompozycje zbudowano w oparciu o mariaż wanilii z innymi składnikami: kwiatami (Vanille Fleur), owocami (Vanille Marine), nutami drzewnymi (Vanille Orient) i akordem skórzanym (Vanille Cuir). I choć żaden z tych zapachów nie dorównuje boskiemu Gaiacowi, to dwa z nich mnie zaintrygowały, podczas gdy pozostałe zrobiły co najmniej dobre wrażenie. Nie piszę tu o walorach użytkowych i jakości, bo te – jak zwykle w przypadku M. Micallef – nie podlegają dyskusji. Piszę o samych zapachach, zamkniętych tym razem w jakże prostych i estetycznych flakonach.

Zacznę od zapachu Vanille Marine, którego nazwa sugeruje morski charakter. No właśnie… Czym w ogóle jest zapach morski? Wbrew pozorom nie jest to wcale łatwe do zdefiniowania, choćby dlatego, że do tej kategorii zaliczane są często skrajnie różne pachnidła, jak cytrusowo-ziołowy-dihydromyrcenolowy Davidoff Cool Water, drzewno-przyprawowo-jodowy Kenzo Pour Homme, dymno-algowo-mineralny Olivier Durbano Turquoise czy cytrusowo-algowo-drzewny Sel Marine Heeley’a. Każdy z nich (no może z wyjątkiem Cool Water, w przypadku którego wmawiano nam przez lata morski charakter natrętną kampanią reklamową), zawiera przynajmniej jeden element kojarzący się z oceanem. W tym towarzystwie Vanille Marine wypada wg mnie jako mało morski. Jeśli już, to najbliżej mu do legendarnego zapachu Kenzo. Ale mniejsza o etykiety i nazwy. Vanille Marine łączy wanilię  z wyraźną nutą czarnej porzeczki w pierwszej fazie i subtelnymi nutami białych kwiatów w drugiej. Baza ma mocny, waniliowo piżmowy charakter. Zapach ma pewne cechy wspólne z lubianym przez mnie Silver Mountain Water Creeda (połączenie świeżej nuty porzeczki i ciepłej bazy), choć pasuje wg mnie bardziej płci pięknej.

Nuty głowy: cytryna, czarna porzeczka
Nuty serca: wanilia, białe kwiaty
Nuty bazy: żywica benzoesowa, piżmo, nuty drzewne

Vanille Orient to mój faworyt w tym zestawie, głównie dlatego, że przypomina mi w pierwszych kilku godzinach mojego ulubieńca – M7 YSL, tyle że w subtelniejszym i nieco mniej wytrawnym wydaniu. To zaskakujące o tyle, że w składzie VO nie wymienia się oudu, a jedynym drewnem jest przywołany w spisie nut sandałowiec. Jasną sprawą jest, że zestawienie nut nie mówi wszystkiego o użytych składnikach perfum, ale jeśli użyto by oudu, z pewnością nie omieszkano by się tym pochwalić. Mimo to podobieństwo wydaje mi się ewidentne i każe nawet zastanawiać się, na ile oud w M7 był kiedykolwiek faktem albo raczej – czy oud w M7 to faktycznie agarowa żywica, czy może jedynie akord ją imitujący, zbudowany przez perfumiarza z dostępnych mu składników? A może te podobieństwa to w ogóle tylko olfaktoryczny zbieg okoliczności?

Vanille Orient pozytywnie mnie zaskoczył, bo spodziewałem się nut piżmowych, różanych, kadzideł, innymi słowy ogranego orientalnego schematu. Zamiast tego – ku mej uciesze – otrzymałem intrygujący, nieco dymny i subtelnie wytrawny zapach waniliowo – drzewny w swej filozofii zbliżony do wspomnianego Gaiaca, a przypominający wspomnianego klasyka YSL.

Nuty głowy: wanilia
Nuty serca: drzewo sandałowe, kwiat wanilii
Nuty bazy: piżmo, ambra

Vanille Cuir czyli waniliowa skóra, której „skórzaność” wyczuwalna jest praktycznie od pierwszych chwil po aplikacji na skórze do samego końca (testy bloterowe wskazywały na co innego i sprowadziły mnie z początku na manowce).  Co więcej – finisz jest mało waniliowy, a bardziej skórzano-drzewny. Jednak skóra jest tu podana dość subtelnie i delikatnie, tak że w połączeniu z wanilią oraz mięta i lawendą otrzymujemy całkiem zmysłowy i interesujący zapach. Vanille Cuir jawi się jako pachnidło o nieco bardziej konkretnym i trochę szorstkim charakterze. Przechyla się w stronę męską i choć wiem, że tego typu kategoryzowanie nie jest może wskazane, to jednak właśnie ten zapach obok Vanille Orient ma w sobie najwięcej męskiego pierwiastka.

Nuty głowy: bergamotka, lawenda, mięta
Nuty serca: cynamon, kminek, kwiat pomarańczy
Nuty bazy: tonka, wanilia, cedr, drzewo sandałowe

Vanille Fleur – gdzie tytułowy kwiat to róża – to najmniej oryginalny z waniliowych duetów M. Micallef,  Słodki, kulinarny początek poprzedza wyraźną różę w sercu, która z czasem ustępuje miejsca głównej bohaterce. Typowo kobiece perfumy, jakich wiele, choć niepozbawione uroku i o bezdyskusyjnej jakości.


Nuty głowy: brzoskwinia
Nuty serca: róża
Nuty bazy: wanilia