Terre d’Hermes – między niebem a ziemią

Tak opisywałem Terre d’Hermes w 2009 roku, czyli mniej więcej 3 lata po jego premierze:

„piątek, 13 lutego 2009

BRYLANT na perfumeryjnych półkach. A raczej krzemień….

To zupełnie indywidualna, nowa dla mnie kategoria zapachu – woń wilgotnej ziemi, minerałów, trawy, ziół – zapach bardzo wytrawny, wspaniale trwały, nie duszący, nie narzucający się, oryginalny, klasa sama w sobie. Ktoś tak pachnący musi zwrócić uwagę otoczenia i zafrapować. I tak właśnie działa – sam się o tym przekonałem.  Charakterystyczna jest jego jakby transparentność, czystość oraz deklarowany przez twórcę minimalizm. Ellena konsekwentnie realizuje swą wizję ograniczania liczby składników używanych do stworzenia perfum i Terre jest na to doskonałym przykładem. Jeśli pokusić się o jakieś porównanie, to uważam że jest to rozwinięcie koncepcji, jaką Jean-Claude Ellena zaprezentował w swoim wcześniejszym Declaration Cartiera, tyle że tamten był jakby bardziej kwiatowy, zaś Terre jest mineralny, krzemienny. No cudo po prostu. Na osobną pochwałę zasługuje flakon – przepiękny i w sposób nierozerwalny związany z charakterem zapachu i jego kampanią reklamową. Reklama to mistrzostwo smaku i dobrego gustu (można ją znaleźć na YouTube). Pomysłowa „nakrętka” zaskakuje. Całość to dzieło sztuki. Bez najmniejszych wątpliwości. Owacje na stojąco dla HERMESa i Elleny!”

Czy z perspektywy czasu coś bym w tej impresji sprzed lat zmienił? Z pewnością nie. Dokładnie pamiętam moja ekscytację, gdy po raz pierwszy, zaintrygowany niebanalnym designem flakonu, sięgnąłem po tester Terre d’Hermes w perfumerii. To był jeden z tych rzadkich momentów w życiu perfumowego maniaka, gdy doznaje on uczucia olfaktorycznej podróży  w piękne i zupełnie wcześniej nieznane rejony. Byłem zachwycony! Terre był wówczas czymś absolutnie nowym i – jak się okazało później – bardzo szybko stał się przedmiotem naśladownictwa, który wprowadził do perfumerii nuty mineralne i rodzaj wibrującej drzewności dotąd naszym nosom nieznanej.

jean-claude-ellena-redefining-luxury_2

Jean-Claude Ellena wielokrotnie podkreślał swój ogromny szacunek i podziw dla Edmonda Roudnitski, twórcy m.in. genialnego Eau Sauvage. Sam wszakże stworzył coś na miarę tamtego zapachu. Coś nowatorskiego, ponadczasowego i wyznaczającego nowe trendy, a jednocześnie zdobywającego szeroką rzeszę wielbicieli. Od premiery minęło 10 lat, a Terre d’Hermes wszedł już do kanonu męskich perfum i zostanie tam po wsze czasy. Tak samo jak Eau Sauvage.

Jak pachnie Terre? Cytrusowo, kwiatowo, mineralnie (nutą prochu strzelniczego), drzewnie. Początkowy charakterystyczny, lekko gorzki akord cytrusowy z dominującą nutą grejpfruta, nieco osłodzoną esencją z pomarańczy, łagodnie przechodzi w sygnaturowe serce zbudowane z połączenia geranium i nadającemu całości projekcji i lotności mieszance różowego i czarnego pieprzu. Dochodzące ze spodu drzewne nuty wetywerii, paczuli i cedru budują wraz z geranium ten niezwykły, natychmiast rozpoznawalny akord Ziemi Hermesa. Ale nie byłby on tak specyficzny i tak żywy, gdyby nie bardzo odważne zastosowanie molekuły Iso E Super, która stanowi aż 55% formuły, a której magiczne działanie Jean-Claude Ellena od lat wykorzystuje w swych kreacjach.

Zapach jest idealnie zbalansowany. To prawdziwy techniczny majstersztyk. Ma doskonale dostrojoną moc, projekcję i trwałość. Pozostawia za sobą intrygujący i bardzo elegancki ogonek zapachowy przez większość dnia, jednocześnie nie dominując osoby noszącej, ani tym bardziej otoczenia. Ze względu na swój chłodny (brak nut ciepłych i otulających) i nieco dystansujący charakter oraz wibrującą aurę, Terre jest pachnidłem raczej formalnym, dziennym, doskonałym do biura i na spotkania biznesowe i jako taki sprawdza się znakomicie, co docenili mężczyźni na całym świecie.

W swym minimalizmie i umiarze, w idealnym doborze niewielkiej liczby wyjątkowej jakości składników połączonych w precyzyjnych proporcjach Terre d’Hermes stanowi kwintesencję stylu Hermesa i  – co z tym nierozłącznie związane – perfumowej estetyki Jean-Claude’a Elleny.

Terre d’Hermes to niewątpliwie jedno z najważniejszych i najwspanialszych męskich pachnideł , jakie powstały w XXI wieku.

Ale Terre zachwyca nie tylko zapachem, ale także i niezwykłym flakonem, który zaprojektował Philippe Mouquet. Został on zbudowanym z wielu istotnych dla całej koncepcji elementów. Spód flakonu ma kształt litery H i jest zabarwiony na pomarańczowo (kolor Ziemi Hermesa). Emituje on pomarańczowe światło w kierunku zamkniętej we flakonie pachnącej cieczy. Ramiona flakonu pokryte zostały metalową płytką, w której, niczym z zwierciadle, odbija się niebo. Pachnąca zawartość butli rozpościera się więc pomiędzy niebem a ziemią. Dopełnieniem jest siodlarski ćwiek z logo Hermesa, stanowiący górną część atomizera oraz – bardzo oryginalny patent – opuszczana poprzez przekręcenie czarna zatyczka. Piękny i przemyślany design, jak na Hermesa przystało.

Marka regularnie wypuszcza limitowane edycje flakonu. Od stycznia 2017 roku dostępny jest w sprzedaży flakon ozdobiony wyjątkową, trójwymiarową grafiką autorstwa irlandzkiego artysty Nigela Peake’a. Grafika przedstawia miasto, jego centrum z drapaczami chmur, rozpostartymi pomiędzy ziemią Hermesa (spodem flakonu) , a niebem (ramionami). Poprzez umieszczenie części grafiki na przedniej ścianie flakonu, a części na tylnej, autor zyskał dodatkowy efekt trójwymiaru. Przy odpowiednim ustawieniu flakonu i zorientowaniu względem siebie obu jego ścianek w środku grafiki pojawia się literka H.

terre-graphics

nuty głowy: grejpfrut, pomarańcza

nuty serca: geranium, czarny i różowy pieprz

nuty bazy: paczula, wetyweria, cedr, benzoes, Iso E Super

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2006

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Letnie orzeźwienie (1) – Cartier „Declaration L’Eau”

Declaration L’Eau to nie pierwsza już próba nadania przyprawowo-drzewnemu klasykowi Jean-Claude’a Elleny bardziej rześkiego, letniego, kolońskiego oblicza. W 2010 roku marka zaprezentowała bowiem wersję Cologne. O ile jednak tamta zdominowana była przez słodko-cytrusową mieszankę cytryny, imbiru oraz kardamonu i pachniała – jak na zapach koloński – w dość kompleksowy sposób, o tyle w L’Eau perfumiarka Mathilde Laurent postawiła na gorzkawą rześkość i prostotę oraz na składnik, któremu już kiedyś poświeciła pewien zapach, stworzony jeszcze w czasach, gdy pracowała w Guerlain… Sygnaturowy akord „deklaracyjny” – tu w formie szczątkowej (ale nie na tyle, by stać się nierozpoznawalnym) – perfumiarka połączyła bowiem z orzeźwiającą nutą różowego grejpfruta, w wyniku tego powstało coś na kształt skrzyżowania Cartier Declaration z … Aqua Allegoria Pamplelune Guerlain (1999). Jakby tego było mało, całość pachnie w sposób kojarzący się z Terre d’Hermes Eau Tres Fraiche i ogrodową serią Hermesa.

grapefruit

Dodanie grejpfruta wyszło zapachowi zdecydowanie na „świeże zdrowie”, gdyż L’Eau jest wyjątkowo rześkie i odświeżające, lekkie, a przy tym całkiem donośne, gdy odpowiednio obficie użyte (przynajmniej przez pierwsze dwa – trzy kwadranse). Zapach ma ewidentnie krótką i bardzo przejrzystą formułę, co nie znaczy, że brak mu urody. Wprost przeciwnie uważam, że przewyższa nią wspomniane (i wszystko na to wskazuje, że wycofanej z oferty) Declaration Cologne. Jedyne, na co można tu narzekać, to niezbyt dobra trwałość, ale to cecha zdeterminowana przez taki a nie inny charakter tego pachnidła.

Reasumując Declaration L’Eau to nie tylko świeża, letnie wersja klasyka, ale przede wszystkim śliczny, oryginalny, orzęźwiający i zdecydowanie uniseksowy zapach koloński. Doskonały na obecną aurę!

cartier declaration eau

główne nuty: różowy grejpfrut, różowy pieprz, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Guerlain „L’Homme Ideal Cologne”

guerlian ideal cologne

Guerlain kontynuuje nową męską linię zapachową  L’Homme Ideal zapoczątkowaną w zeszłym roku wodą toaletową, której – przypomnijmy – centralnym akordem jest amaretto złożony z migdała, wanilii i tonka. Wersja kolońska zapachu, L’Homme Ideal Cologne, specjalnie przygotowana na sezon wiosenno-letni 2015, nawiązuję do poprzednika właśnie nutą migdała, którą tym razem perfumiarz Thierry Wasser umieścił w świeżym, rześkim, cytrusowo-drzewnym kontekście. Stąd obowiązkowy w otwarciu akord cytrusowy złożony przede wszystkim z grejpfruta i bergamotki (przypominający otwarcie Dior Homme Cologne (2013)), z którym centralna nuta gorzkiego migdała połączona została za pomocą neroli. Drzewna baza to przede wszystkim wetiwer. Całości nadano współczesny koloński sznyt poprzez utrwalenie kompozycji białymi piżmami. Efekt jest uważam naprawdę dobry, a L’Homme Ideal Cologne to udana wariacja na temat i jednocześnie jedna ze zdecydowanie najlepszych współczesnych designerskich męskich kolońskich, obok Dior Homme Cologne i Chanel Allure Homme Cologne. Jej oryginalność polega na połączeniu rześkich (bergamotka) i gorzkich (grejpfrut) cytrusów z gorzkim migdałem i powiązaniu tego wszystkiego drzewną wetywerią. Receptura wydaje się więc być prosta, ale jest zarazem efektowna i świetnie wyegzekwowana.

Kolońska Wassera ma de facto koncentrację eau de toilette, dzięki czemu charakteryzuje się przyzwoitą kilkugodzinną trwałością – lepszą niż tradycyjne wody kolońskie o koncentracji eau de cologne. Projekcję oceniam jako nieco słabszą niż L’Homme Ideal edt i sugeruję raczej obfitą aplikację, co ułatwia znany z edt atomizer dozujący sowite chmury.

thierry-wasser-black-and-white1

Fenomenalny flakon, który wyjątkowo udał się Guerlainowi, a który opisywałem już przy okazji recenzji L’Homme Ideal edt, tu występuje w białym wydaniu, z niebieskim napisem Cologne i takimiż grafikami na odwrocie etykiety. Ten „czysty” design świetnie współgra z kolońskim charakterem zapachu, choć – przyznajmy to – wygląda na ewidentnie skopiowany z Dior Homme Cologne. Taką estetykę możemy także zaobserwować u innych marek przy okazji pachnideł kolońsko-podobnych, choćby w zeszłorocznym Terre d’Hermes Eau Tres Fraiche, czy u Kiliana Hennessy’ego w jego najnowszym, tegorocznym, świeżym i kolońskim trio Sophie Matisse Art Edition.

L’Homme Ideal Cologne udało się Wasserowi lepiej aniżeli Homme L’Eau (2010) czy nawet nieco lepsze L’Eau Boisee (2012) – oba zresztą niedawno wycofane z oferty Guerlain. Podobnie zresztą uważam, że L’Homme Ideal edt to lepsze pachnidło aniżeli Homme edt. Taka tendencja cieszy i pozwala domniemać, że Thierry Wasser coraz lepiej radzi sobie w trudnej sztuce dostosowywania oferty szacownej francuskiej marki do realiów współczesnego rynku perfum przy jednoczesnym zachowaniu statusu należnego Guerlain. Uważam bowiem, że oba zapachy L’Homme Ideal są pod każdym względem o półkę wyżej od Homme, co budzi spore nadzieje na przyszłość.

Co więc będzie następne? Guerlain, chcąc dalej konkurować z markami designerskimi, tak naprawdę nie ma wyjścia. Kolejną wersją L’Homme Ideal będzie – to niemal pewne – eau de parfum nazwana intense albo extreme. I wcale mnie to nie martwi. Powiem więcej –  bardzo jestem ciekaw mocniejszej i gęstszej wersji tematu amaretto…

Ideal-cologne

nuty głowy: pomarańcza, grejpfrut, bergamotka

nuty serca: migdał, kwiat pomarańczy

nuty bazy: białe piżma, wetiwer

twórca: Thierry Wasser

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

O’Driu – „Eva Kant” i „Satyricon”

eva kant 1

Eva Kant

Oryginalna nazwa perfum (imię i nazwisko fikcyjnej bohaterki komiksowego kryminału) zapowiada niezwykły zapach, nazwany zresztą „zapachem przestępcy”. Eva Kant (brzmi naprawdę dobrze!) to moim zdaniem najoryginalniejsze pachnidło O’Driu, a nadzwyczajny olfaktoryczny efekt Pregoni osiągnął tu przy użyciu zadziwiająco zwyczajnych środków.

eva kant NOTES

Unikatowe i niezwykle oryginalne zestawienie nut kwiatowych magnolii, rumianku (!) i ylang ylang (odrobinę) z ziołową nutą lawendy, subtelnie doprawione kardamonem i imbirem, wzmocnione dla lepszego efektu początkowego goryczką grejpfruta i zwieńczone pięknie wyważoną wanilią w połączeniu z benzoesem, sandałowcem i mirrą daje w rezultacie charakterystyczny, unikatowy, sugestywny i łatwo zapadający w pamięć aromat. To jeden z najoryginalniejszych zapachów, jakie miałem przyjemność poznać i kolejny w wykonaniu Pregoniego dowód na to, że mimo nie mającego precedensu nasycenia rynku perfumowego wciąż można – przy użyciu niemal tradycyjnych ingrediencji perfumiarskich – tworzyć pachnidła ekscytująco odmienne.

Eva Kant posiada rzadką cechę intrygowania, wzbudzania kontrowersji, zmusza do myślenia, szukania w pamięci zapachowych skojarzeń, które nigdy do końca nie nabierają pełnego wyrazu, niczym odległe wspomnienia z dzieciństwa. Kant wydaje się dziwnie znajoma i jednocześnie niedookreślona. Pociąga i jednocześnie odpycha swym tajemniczym charakterem. Choć jest uniseksem (jak wszystkie O’Driu), to na skórze odważnej kobiety może spowodować, że mężczyznom znajdującym się w jej otoczeniu skóra nieco ścierpnie… Niezwykłe, magnetyczne, przedziwne to pachnidło, zaręczam.

eva kant 2

nuty głowy: grejpfrut

nuty serca: lawenda, magnolia, ylang ylang, rumianek, kardamon, imbir,

nuty bazy: mirra, drewno sandałowe, wanilia, benzoes

twórca: Angelo Orazio Pregoni

rok premiery: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 h

 

Satyricon

Satyricon to wedle słów Pregoniego pierwsze pachnidło skomponowane z pomocą innych perfumiarzy (Paolo Bazzani, Stefano Macaione i Julìa Papas) i przyznać muszę, że to także najbardziej przyjazny zapach O’Driu, co wcale nie znaczy że banalny. O nie. Niech świadczy o tym to, że gdyby ktoś kiedyś dał mi do powąchania Satyricon i powiedział, że to nowe dzieło Bertranda Duchaufoura – uwierzyłbym bez wahania. A zapachy Duchaufoura od niczego nie są tak odlegle, jak od banału. Już sam początek Satyricon jest w jego stylu. Mocna, skondensowana mieszanka słodkich cytrusów (a’la wstęp do genialnego Seville a l’Aube L’Artisan Parfumeur), unoszona  w powietrze sporą dawką prawdopodobnie różowego pieprzu, spod której po chwili wyłaniają się przyprawy, przydające całości lekko słonego tła i orientalnego klimatu. Moje skojarzenia dryfują wówczas w kierunku takich pachnideł jak Vaara Penhaligon’s, Deliria L’Artisan Parfumeur Explosions d’Emotions czy pachnidła Neela Vermeire autorstwa Duchaufoura, ale także Ambre Sultan Serge’a Lutensa. Satyricon zachowuje się na skórze raczej niezmiennie, jedynie w sposób naturalny traci swój spory impet (to najmocniejszy zapach w kolekcji O’Driu) w miarę upływu czasu. Dominują w nim przez cały czas aromaty owocowe i egzotyczne przyprawy posadowione na ambrowej bazie. Troszkę tylko szkoda, że baza jest tak bardzo delikatna.

Angelo-Orazio-Pregoni

Zgoda – Satyricon nie jest w całości tak perfekcyjnie i precyzyjnie skomponowany, jak dzieła Duchaufoura. To oczywiste. Poziom na którym tworzy Francuz, jest dostępny nielicznym adeptom perfumiarskiej sztuki. Dosłownie kilku twórcom. Ale Pregoni aspiruje wysoko i już dowodzi swoimi kompozycjami dużego potencjału. Z pewnością warto śledzić jego stricte perfumowe poczynania, przymykając oko na happening i prowokację. One mają tylko zwrócić naszą uwagę na zawartość flakonów, a ta jest naszej uwagi zdecydowanie warta, bo Włoch ma niesztampowe podejście, interesujące pomysły i całkiem dobrą ich egzekucję. Dobrze rokuje na przyszłość.

odriu satyricon 1

główne nuty: cytrusy, przyprawy, owoce, wino

twórca: Angelo Orazio Pregoni

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 h

Oriflame „Sir Avebury”

Rozkoszując się wyuzdanymi podniebnymi olfakorycznymi orgiami, serwowanymi przez niszowe marki, których flakony nierzadko kosztują ponad tysiąc złotych, lubię od czasu do czasu stanąć twardo na ziemi i chwilę po niej postąpać. W takich kategoriach traktuję zwykle testy pachnideł massmarketowych, bo wiem, że od czasu do czasu można pośród nich trafić na perełkę wartą poznania. Tym razem – podobnie zresztą jak swego czasu w przypadku zapachu Architect Oriflame – do sięgnięcia po testowy flakon zachęciły mnie pozytywne opinie forumowiczów perfuforum (szczególnie jednego, którego zdanie bardzo sobie cenię.) Ale nie tylko. Bardzo ważnym elementem zachęcającym mnie do przetestowania Sir Avebury  – bo o tym pochodzącym z 2013 roku męskim zapachu marki Oriflame tu mowa – był fakt, że został on stworzony przez Franka Voelkla, odpowiedzialnego m.in. za Santal 33 i Benjoin 19 dla niszowego Le Labo, przede wszystkim zaś autora innej „budżetowej” hiper-niespodzianki zapachowej z przeszłości – IKON Zirh z  2010 roku.

Frank Voelkl
Frank Voelkl

Frank Voelkl na spółkę z Oriflame rzeczywiście pozytywnie zaskoczyli. Sir Avebury to w swej tematyce niemalże niszowy zapach, który określiłbym jako zielono-drzewny z wyraźną nutą suszu mate i herbaty oraz czymś na kształt subtelnego drzewno-kadzidlanego tła. Wszystko to podlane jest sporą dawką cashmeranu, który przydaje tej niecodziennej, nieco niszowej natury. Realizacja tematu jest jednak ściśle mainstreamowa, bezpieczna, zachowawcza, co z pewnością wynika z charakterystyki docelowego klienta szwedzkiej marki i przyjętej przez niej strategii proponowania zapachów powszechnie akceptowalnych. Nie można oceniać tego zapachu nie mając tego na względzie.

Minimalna ewolucja od soczystego zielonego początku z dość wyraźnym grejpfrutem poprzez herbaciane serce aż po delikatny drzewny, cedrowy finisz robi naprawdę niezłe wrażanie. Szczególnie efektownie wypada otwarcie i pierwsza godzina trwania na skórze. Później zapach niestety dość gwałtownie traci impet, a najgorzej wypada sama baza, która cierpi na brak wyrazistości i mocy. Jest zbyt słabo wyczuwalna i to jest mój główny zarzut wobec Sir Avebury. Wracając jednak do materii stricte zapachowej, gdy wącham Sir Avebury, na myśl przychodzą mi przede wszystkim dwa porównania, które mogą zaskakiwać – Coeur de Vetiver Sacre oraz – szczególnie – Timbuktu – oba od niszowego L’Artisan Parfumeur. Oczywiście Sir Avebury pachnie bardziej płytko i syntetycznie od obu wymienionych. Z kolei one wcale nie należą do niszowych „dziwadeł”. Wprost przeciwnie – stanowią jaśniejszą i bardziej akceptowalną stronę perfumowej niszy. Mam wrażenie, że Voelkl czerpał z tych świetnych i wdzięcznych niszowych wzorców i przetłumaczył je na szeroko akceptowalny i ogólnie zrozumiały język. Wszystko można bowiem o Sir Avebury powiedzieć z wyjątkiem tego, że pachnie nieładnie. A jednak – jak na standardy Oriflame – jest propozycją z pewnością niecodzienną.

Sir Avebury 3

Nie mam wątpliwości, że bardzo istotną rolę w formule Sir Avebury odgrywa spora doza drzewno-piżmowego cashemranu, aromamolekuły odpowiedzialnej za specyficzną nutę opisywaną jako nuta drewna kaszmirowego zwana też nutą blonde woodsCashmeran wyczuwam tu praktycznie od samego początku. W połączeniu ze składnikami zielonymi, herbacianymi i mate ma on kluczowy wpływ na charakter tych perfum i tworzy coś, co przypomina właśnie sygnaturowy akord wspomnianego Timbuktu (ta specyficzna mieszanka soczystych nut zielonych i kadzidła), które wciąż należy do moich ulubionych pachnideł.

W perfumiarskiej teorii cashmeran to woń zaliczana do piżmowych, ale jako molekuła wynaleziona w laboratorium, ma zdecydowanie szerszy i abstrakcyjny charakter. Tyle jej opisów, ile opisujących. Jednym z moim zdaniem trafniejszych jest: woń rozgrzanego betonu skropionego deszczem. Z pewnością jest to zapach wyrazisty, nieco gorzki, nieco nawet pleśniowy, jakby wilgotny, do tego trwały i mocno projektujący. Doskonale sprawdza się w współczesnej perfumerii i jest bardzo powszechnie używany. Nota bene cashmeran odgrywa istotną rolę we wspomnianym Ikon Zirh. Widać więc, że jest jednym z ulubionych składników w palecie Franka Voelkla. Ale nie tylko. Słabość do tej aromamolekuły ma m.in. także Frederic Malle (np. Dans Tes Bras) oraz Mathilde Laurent, czemu dała szczególnie spektakularny wyraz łącząc go z różą w prześlicznym Declaration d’Un Soir dla Cartiera.

Sir Avebury cechuje niestety wspomniana słaba projekcja (szczególnie po pierwszej godzinie od użycia) oraz słaba trwałość na skórze, a to już niestety cechy charakterystyczne dla pachnideł Oriflame. I wielka szkoda, bo gdyby dodać mu nieco mocy, projekcji i trwałości, znacząco poprawiłoby to moją ocenę (ale być może wówczas stałoby się nieakceptowalne dla docelowego klienta tej marki, co oczywiście jestem w stanie zrozumieć). Wg mnie niezbędna jest tu więc naprawdę solidna aplikacja, która poprawi nieco projekcję i trwałość, choć oczywiście tylko do pewnego stopnia.

Sir Avebury można więc z pewną dozą ostrożności nazwać ubogim krewnym Timbuktu, jednak to tylko na potrzeby recenzji i ulokowania kompozycji Voelkla gdzieś w olfaktorycznym spektrum. Ubogi w tym przypadku nie powinno zabrzmieć pejoratywnie. Pragnę bowiem podkreślić, że Sir Avebury broni się świetnie jako indywidualne pachnidło. Cieszy mnie też niezmiernie, że marka Oriflame obrała tak interesujący i zaskakujący kierunek swej olfaktorycznej realizacji. Tak trzymać!

Sir Avebury

nuty głowy: grejpfrut, cyprys 

nuty serca: czarna herbata, ostrokrzew paragwajski (mate)

nuty głębi: cedr, drewno kaszmirowe (cashmeran)

twórca: Frank Voelkl

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: początkowo dobra, później średnia, w bazie słaba
  • trwałość: ok. 6-7 h

 

Terre d’Hermes Eau Tres Fraiche – świeżość z ziemi

Po bardzo udanej wodzie perfumowanej, zwanej nie wiedzieć czemu Pure Perfume, w której zintensyfikowano nutę mineralną, a całość zagęszczono i utrwalono żywicznym benzoesem, naszedł czas na lżejszą i świeższą interpretację cytrusowo-mineralnego tematu znanego z fenomenalnej Terre d’Hermes Eau de Toilette, poprzez którą w 2006 roku perfumiarz Jean-Claude Ellena zapoczątkował nową estetykę w męskiej perfumerii. Minęło już 8 lat, a Terre d’Hermes wciąż cieszy się niesłabnącą popularnością wśród mężczyzn poszukujących zapachu będącego poza aktualnie panującymi trendami. Obecnie we Francji zamyka on pierwszą czwórkę najchętniej kupowanych męskich perfum, ustępując jedynie Le Male JPG, Eau Sauvage Diora oraz trzeciemu zapachowi, którego nazwy w tej chwili niestety nie pomnę.

profumi-uomo-hermes-terre-spot-640

Eau Tres Fraiche znaczy tyle, co bardzo świeża woda. Rzeczywiście zapach wyróżnia się nieobecną dotąd w linii Terre rześkością i lekkością, co nie znaczy jednak, że jest ulotny lub zwiewny. Mistrz Ellena odciążył klasyczną wersję w dolnych jej rejestrach z wetiweru i cedru, obniżył także zawartość sygnaturowej i cudownej skądinąd nuty mineralnej oraz wycofał z formuły jakże ważny w wersji edt czarny pieprz. Wzmocnił za to górne rejestry kompozycji poprzez zintensyfikowanie nut gorzko-cytrusowych, szczególnie grejpfruta (perfumiarz doprowadził tę tematykę już wcześniej do perfekcji, czego dowód dał m.in. w kolońskiej Eau de Pamplemousse Rose) oraz inkorporowanie nut wodnych, które nieco wcześniej przedstawił w podobno fenomenalnym Epice Marine z butikowej serii Hermessence. Mimo tych zdawać by się mogło istotnych zmian, całość w jakiś niewyjaśniony dla mnie sposób nie zagubiła przewodniego tematu Terre, być może dzięki zachowaniu w formule tercetu grejpfrut – geranium – cedr. 

Podsumowując – Eau Tres Fraiche to Terre bez pieprzu i nuty mineralnej, za to z wzmocnionymi cytrusami i nutami wodnymi. Tak jakby perfumiarz bazował na zaledwie kilku elementach fenomenalnego pierwowzoru i rozwinął całość w odmiennym kierunku. Jeżeli chodzi o szersze spektrum zapachowe, to znajdziemy tu także dalekie, ale jednak obecne echa Voyage d’Hermes w postaci specyficznej dla stylu tego perfumiarza skrzącej się, lekko chłodnej świeżości.

Jean Claude Ellena now
Jean-Claude Ellena

Eau Tres Fraiche to zapach bardzo w stylu Jean-Claude’a, wibrujący i świeży w niebanalny sposób. To jeden z tych zapachów, co do których autora niemal nie można się pomylić… Niemal, bowiem testując Fraiche przypominało mi się także fantastyczne Declaration Cologne od Cartiera popełnione kilka lat temu przez Mathilde Laurent, tyle że tam nie odnajdziemy obecnych tu wyraźnych nut wodnych.

Eau Tres Fraiche to wg mnie doskonałe uzupełnienie linii Terre o coś, czego dotąd w niej brakowało, czyli o wersję bliską estetyce kolońskiej. Ta iteracja zasługuje na uwagę także dlatego, że jest olfaktorycznie bardziej odległa od Eau de Toilette aniżeli Pure Perfume. Jeżeli więc dotąd wielbiciele klasyka (do których się absolutnie zaliczam niemal od dnia jego premiery) potrafili nieco utyskiwać na zbytnią gęstość i „apteczność” aromatów zawartych w Pure Perfume, w wersji Fraiche odnajdą niemal zupełnie nowe pachnidło.

robb.may-hermes-frg-smp

Jeżeli chodzi o tzw. parametry użytkowe Eau Tres Fraiche wymaga dość obfitej aplikacji, gdy chcemy się cieszyć wyrazistym ogonem zapachowym nieco dłużej. Zauważyłem bowiem, że zapach ten początkowo ładnie i mocno projektuje, dość szybko wycisza się jednak i staje się przyskórny, choć wciąż wyczuwalny przez kolejne godziny, jeżeli nie dla mnie, to z pewnością dla otoczenia, czego miałem już kilkukrotnie dowody. Sądzę że wyższe temperatury otoczenia, na jakie przecież został przewidziany, pozwolą mu pełniej rozkwitnąć na skórze. Będę się temu aspektowi jeszcze bliżej „przyglądał” tego lata.

Woda dostępna jest pojemnościach 125 ml i 200 ml, co idzie w parze z jej świeżym charakterem i zachęca do swobodnego „dawkowania”. Flakon bazuje na klasycznym już designie, tyle że jest odpowiednio większy, a pomysłowa zakrętka (patent znany mi wyłącznie z Terre, choć miałem już w dłoniach setki rozmaitych flakonów) została tym razem zabarwiona na śnieżno-biało, jak sądzę dla podkreślenia lżejszego i świeższego charakteru zapachu. Reasumując – design jak przystało na Hermesa – prosty i elegancki, z ogromną dbałością o szczegóły. Klasa.

Eau Tres Fraiche to świetne męskie pachnidło, idealne na aktualną aurę. Brawo dla Jean-Claude’a Elleny i marki Hermes za wdzięczną kontynuację tematu. Choć pewien jestem, że gdyby osiem lat temu Hermes zaproponował właśnie tę wersję zamiast klasycznej, nie byłoby mowy ani o takim sukcesie komercyjnym, ani – tym bardziej – artystycznym. Eau Tres Fraiche to bowiem pachnidło bardzo dobre, ale z pewnością nie zasługujące na miano przełomowego, a takim w moim mniemaniu już na zawsze pozostanie klasyczne Eau de Toilette.

Terre-d-Hermes-eau-tres-fraiche-HD-@quentinbertoux-2_copy

nuty głowy: pomarańcza, cytrusy, nuty wodne

nuty serca: geranium

nuty głębi: nuty drzewne, paczula, cedr

twórca: Jean-Claude Ellena

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra/średnia
  • trwałość:  7-8 godz

Christian Dior „Fahrenheit Aqua” – gdy woda spotyka ogień

Francois Demachy bierze na warsztat kolejne istniejące tematy zapachowe Diora i interpretuje je z wirtuozerią i zręcznością godną najlepszych perfumiarzy. Swego czasu szara eminencja Chanel Perfumes, perfumiarz współodpowiedzialny wraz z Jacquesem Polgem (o czym mało kto wie) za sukces wielu perfum tej marki, dziś dzieli i rządzi w sektorze perfum grupy LVMH, a głównie w Diorze, w którym od kilku lat jest głównym nosem. W 2009 roku Demachy poczęstował rynek ciemnym, gęstym jak magma, ociekającym olibanum, mirrą i agarem, naprawdę udanym Fahrenheit Absolute, w którym mimo nagromadzenia ingrediencji o mocnym jestestwie udało mu się zachować obowiązkowy fiołkowy temat. 

W bieżącym roku zaś premierę miała w zamierzeniu lżejsza, letnia wersja Fahrenheita o mało oryginalnej i nieco mylącej nazwie Aqua. Dlaczego mylącej? Nie jest to bowiem – moim zdaniem – zapach z gatunku typowo wodnych. Cztery główne „osie” tej kompozycji to zielone, gorzkie galbanum, równie gorzkie cytrusy (grejpfrut), zielono-drzewny fiołek (czyli aromamolekuła alphaionone, a jakże!) i wetyweria. Świeżości i rześkości zapachowi dodaje umieszczona w sercu mięta, niewyczuwalna jednak jako odrębny składnik. Aqua kontynuuje ten rodzaj lekko cierpkiej, lekko gorzkiej  i bardzo naturalnej świeżości, który kilka lat temu Demachy przedstawił w Dior Homme Sport Escale a Portofino.

W skrócie i ogromnym uproszczeniu wygląda to tak:

Fahrenheit Aqua = Fahrenheit – nuta benzyny + galbanum + grejpfrut 

To oczywiście bardziej żart, niż poważna analiza, ale w sumie nieźle oddaje ducha Aqua. Ewolucja zapachu nie jest jakoś specjalnie dramatyczna, choć od pierwszej, niezwykle mocnej, powalającej wręcz, ostrej i gorzkiej, świdrującej zieloności, poprzez następującą krótko potem cytrusowość, wreszcie clue programu – szorstkie, zielone, fiołkowe serce, aż po wetiwerowy finisz (zastosowany tu wetiwer z Haiti to mniej ziemista, za to bardziej zielona odmiana tego składnika) jednak sporo się dzieje. Aqua utrzymuje swój świeży, rześki charakter przez cały czas trwania na skórze oraz bardzo konsekwentnie wskazuje na swego przodka. Tak – to bezsprzecznie jest Fahrenheit i tego nie da się tu ukryć. I bardzo dobrze. O to chodziło.

Pod względem własności „użytkowych” Aqua jest zrobiona doskonale. Świetna projekcja przez dosłownie cały czas, duża trwałość i subtelna ewolucja. Zapach jest naprawdę wykonany idealnie, a jego noszenie sprawia niekłamaną przyjemność. Jego przewaga nad klasycznym (genialnym wg mnie) Fahrenheitem to nowoczesny charakter i – póki co jeszcze – mała popularność. Podobnie jak w przypadku wersji Absolute jestem zdecydowanie „na tak”. Dior po raz kolejny potwierdza, że wraz z Chanelem i Hermesem stanowią francuską elitę perfumową, a ich perfumy zajmują obecnie najwyższą półkę wśród tzw. perfum designerskich. Jacques Polge, Francois Demachy i Jean-Claude Ellena to prawdziwi trzej muszkieterowie współczesnego perfumiarstwa. Czy Thierry Wasser (Guerlain) zostanie D’Artagnanem? 😉

nuty górne: grejpfrut, galbanum, mandarynka

nuty środkowe: fiołek, mięta

nuty bazy: haitański wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2011

moja klasyfikacja: nowoczesna, świeża interpretacja klasycznego, fiołkowo-skórzanego tematu Fahrenheita; świeżość daleka od tandety; zapach uniwersalny i bardzo dobrze się noszący, nie tylko dla zwolenników klasycznego Fahrenheita

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5