Tauer Perfumes „Lonesome Rider” – na tropie wędrowca

Idąc śladami współczesnych traperów, pośród gór i lasów Kolorado, nad jeziorem napotykamy na ślady pozostawione przez wędrowca. Czuć jeszcze zapach kwaśnego dymu wydobywającego się z niedokładnie dogaszonego ogniska. Woń skórzanych siodeł  i rozgrzanej końskiej skóry unosi się wciąż w powietrzu. Musiał dopiero co odjechać… Samotny jeździec.

Kolorado USA

Kowbojskie fascynacje Andy’ego Tauera, którym ten dał upust ponad dekadę temu komponując fenomenalny „Lonestar Memories”, powróciły w zeszłorocznym „Lonesome Rider”.  Z wnętrza starego Buicka, w którym unosi się zapach smarów, benzyny i skórzanej tapicerki przenieśliśmy się w otwarte przestrzenie, pełne dzikiej przyrody i traperskich aromatów.

W pierwszej fazie dymno-skórzana nuta, będąca sygnaturą tego zapachu, ubrana jest w całkiem wyraźny i bardzo naturalnie pachnący akord cytrusowy. W miarę jej zaniku aromat staje się bardziej wytrawno-skórzany i dymny z wyraźną nutą kastoreum. Taki mniej więcej charakter zapachu utrzymuje już się przez resztę czasu jego obecności na skórze, subtelnie i powoli gasnąc.

Autor podkreśla, że dla niego „Lonesome Rider” to świeża i unikatowa interpretacja irysa. Cóż, zaskakująca to konstatacja, ale wypada mu uwierzyć, bowiem on najlepiej wie, z czego ułożył tę uroczą opowieść i jaka miała być jej puenta. Ja irysa – jakiego znam – tu nie wyczuwam, w przeciwieństwie do róży, użytej w sercu kompozycji. Słabość Tauera do tego kwiatu jest dobrze znana fanom jego talentu. Jej aromat przemycił także tu i to z powodzeniem – łagodząc dość surowy klimat tego pachnidła.

Jako całość „Lonesome Rider” zdecydowanie mnie przekonuje. Ma swoja dramaturgię, swój przebieg i własną opowieść. Trafia w me gusta, bo lubię aromat skóry i drzewnego dymu zarówno w perfumach jak i w naturze. Faktem jest, że zapach ten nie obezwładnia mocą, z jakiej znane są niemal wszystkie wcześniejsze pachnidła Andy’ego, ale nie stanowi to dla mnie problemu, gdyż jego wyczuwalność jest wciąż na bardzo dobrym poziomie, bliższym po prostu „branżowej średniej”. Wciąż jednak możemy liczyć na legendarną trwałość pachnideł od Andy’ego. Kolejny więc raz napiszę: chapeau bas wobec talentu i warsztatu szwajcarskiego perfumiarza-samouka.

lonesomerider20160213_1

Dominujące nuty: cytrusy, nuta dymna, skóra, kastoreum

Twórca/nos: Andy Tauer

Rok premiery: 2016

Podobne zapachy: Mona di Orio „Cuir”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

 

 

Paco Rabanne „Pure XS” – powrót sexu…

Mniej więcej wiadomo, czego aktualnie można się spodziewać po męskich perfumach z logo Paco Rabanne. Mocne, wyraziste akordy, zwykle z kulinarnymi odniesieniami. Aromaty w pewnym sensie – jak na główny nurt – odważne i mające potencjał tzw. „game changerów”. Takim okazał się „One Million”. Z „Invictusem” chyba już się tak nie udało, ale trzeba dodać, że przedziwne to pachnidło. Jak na ich tle wypada najnowsza, intensywnie obecnie reklamowana, jako niezwykle skuteczny środek na utratę przytomności wszystkich znajdujących się w pobliżu kobiet ;), propozycja dla mężczyzn – „Pure XS”?

PacoRabanne-Pure-XS-hendriques-635x501

Słodki waniliowy początek ożywiony imbirem, rozjaśniony nutą zieloną i przybrany schowanym w tle  tymiankiem dość szybko nabiera słodkiej, trochę owocowej, trochę waniliowej mocy. Intryguje pojawiająca się (nie od razu) lekko gorzka, gęstą nuta mirry. Delikatny akcent wędzonej śliwki w sercu tworzy intrygujący kontrast z cukierniczym tłem. Ten centralny akord i jednocześnie zasadniczą treść „Pure XS” zbudowana jest na przeciwieństwie właśnie – pomiędzy kulinarną, wręcz żarłoczną słodyczą wanilii, pewną majestatycznością mirry oraz akcentem dymnym, który można także umownie nazwać skórzanym. Co ciekawe, po kilkunastu minutach, gdzieś w tle, można wyczuć ziołowe, aromatyczne echa szacownego protoplasty z 1994 roku. Tak jakby pozostałą jego resztkę we flakonie zalać likierem, wanilią, esencją z wędzonej śliwki i z umiarem to wszystko posłodzić. I tylko szkoda, że zbudowane na wstępie naprawdę intrygujące olfaktoryczne napięcie dość szybko opada, a zapach staje się coraz mniej interesujący, finiszując dość oklepaną współczesną bazą złożoną ze słodyczy, piżm i drzewnego tła. Niemniej „Pure XS” ma rozpustną i dość frywolną naturę… Zadziałać może skutecznie jako perfumy na wieczorną rankę – tak sądzę. Olfaktorycznie ciekawszy niż „One Million”, słabszy zaś pod względem parametrów, prawdopodobnie jednak nie dorówna mu pod względem potencjału komercyjnego.

Ładny flakon kształtem nawiązuje do klasyka, ale jest większy, masywniejszy, z ciemnogranatowego szkła, z odchylaną, bardzo niestety utrudniająca aplikację zatyczką. Kartonik powleczony granatowym aksamitem (takim jak niegdyś D&G „Pour Homme”), ze złotymi literami, świetnie wpisuje się w marketingową otoczkę zapachu. Zwycięstwo designu i marketingu nad treścią? Raczej doskonały przykład, jak to się dzisiaj robi. Sam zapach warto poznać. Nie jest wybitny, ale na swój sposób na pewno oryginalny. No i ma coś w sobie, mimo nieco nachalnej współczesności…

Paco rabanne Pure XS

Dominujące nuty: słodka, dymna, żywiczna, drzewna

Twórca/nos: Anne Flippo, Caroline Dumur, Bruno Jovanovic

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: –

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,0 trwałość: 3,5

Hermes „Epice Marine”- mariaż bretońskiej kuchni i prowansalskiej perfumerii

Spotkanie mistrzów smaku i zapachu, znanego z zamiłowania do przypraw mistrza bretońskiej kuchni Oliviera Roellingera oraz niemniej gustującego w przyprawowych składnikach perfumiarza Jean-Claude’a Elleny, które odbyło się swego czasu u wybrzeży Bretanii, musiało mieć swoje istotne skutki. Zbyt wiele łączy obu panów, by z nich wspólnych rozmów, testów i degustacji nic nie wynikło. W ich efekcie powstały Epice Marine, perfumy zainspirowane na poły bretońską kuchnią, na poły morskim klimatem tego regionu. Kompozycja weszła w skład ekskluzywnej kolekcji Hermessence w 2013 roku i jest chyba pierwszym zapachem w portfolio Jean-Claude’a Elleny zawierającym morską nutę. Nie jest natomiast z pewnością pierwszym, w którym ten posłużył się mieszanka przypraw. W szczególności mam tu na myśli kardamon, którego niezwykła, ciepło-zimna, wibrująca, musująca natura znajduje się na stałe w palecie olfaktorycznej tego perfumiarza od co najmniej 1998 roku, gdy światło dzienne ujrzało przełomowe, zbudowane głównie na kardamonie i Iso E Super genialne Declaration Cartiera, a którego uwspółcześnioną, „hermesową” wersję odnajdziemy w bardzo dobrym Voyage D’Hermes.

Lancement-Epice-Marine-24
Olivier Roellinger i Jean-Claude Ellena

O pierwszym wrażeniu Epice Marine stanowi bukiet przypraw z dominującym kardamonem oraz prażonym kminem i cynamonem w tle, rozcieńczony w esencji z bergamotki. Z czasem dołącza do nich bezprecedensowa w wykonaniu tego perfumiarza delikatna nuta dymna, która wraz z równie niespotykana wcześniej, nienachalną nutą alg tworzą oryginalną mieszankę olfaktoryczną, mimo wszystko pozostającą bardzo w stylu Mistrza, jaki znamy od czasu, gdy przyjął posadę w Hermesie. Prz odrobinie wysiłku można odnaleźć tu odległe echa Declaration Cartiera, a więc także i Voyage d’Hermes. To głównie za sprawą kardamonu oraz delikatnej słoności aromatów alg i dymu. Niemniej Epice Marine jawi się przy obu wymienionych bardziej jako szkic perfumowy, intrygująca zapachowa idea, aniżeli pełnoprawne perfumy.

Epice Marine, choć niewątpliwie interesujące, to jednak rozczarowuje mnie przesadną subtelnością. Gdyby było choć o 25% mocniejsze, bezwzględnie by na tym zyskało. A tak, jedynie zaraz po aplikacji i przez może dwa kwadranse po niej przyjemnie wibruje wokół skóry, by bardzo szybko na niej osiąść i pozostawić na niej słony ślad Bertońskiej bryzy wymieszanej ze wspomnieniem dymu z dawno zagaszonego na plaży ogniska.

Zapach ten to interesujący przykład unikalnego warsztatu Elleny, ale również i jego artystycznej maniery minimalizowania i nadawania swym dziełom przesadnej moim zdaniem transparentności. Osobiście preferuję te kompozycje artysty, którym ten nadał większej mocy (np. Declaration Cartiera,  Terre d’Hermes, Voyage d’Hermes, szczególnie w wersji Parfum czy nawet Hermesowe „Ogródki”)gdyż wówczas jego talent jest… dużo łatwiejszy w docenieniu, że tak to dyplomatycznie ujmę.

A tak? No cóż, pozostaje spory niedosyt, który podobno jest lepszy niż przesyt, ale czy aby zawsze?

 

visuel-prehome-epice-marine

główne nuty: bergamotka, prażony kmin, cynamon, kardamon, wodorosty, whiskey, dym

twórca: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Brytyjska nisza: Beaufort London „1805 Tonnerre” i „Coeur de Noir”

BeauFort London to nowa marka niszowa, która zadebiutowała w 2015 roku cyklem trzech pachnideł przewrotnie zatytułowanym Come Hell or High Water. Jej twórcą jest niejaki Leo Crabtree – od 25 lat perkusista słynnego brytyjskiego bandu Prodigy. Ale to nie muzyka jest inspiracją dla pachnideł przygotowanych przez brytyjskich perfumiarzy pod nadzorem tego dżentelmena…

Beaufort-London-Leo-Crabtree-9

Leo Crabtree pochodzi z rodziny żeglarzy, psychologów i artystów. Zaiste niezwykła to mieszanka. Jego perfumowa pasja w połączeniu z fascynacją mrocznymi elementami brytyjskiej historii stanowią paliwo dla pachnideł marki BeauFort. Taka, a nie inna, nazwa jest z kolei hołdem Crabtree dla twórcy słynnej skali siły wiatru Francisa Beauforta, którą żeglarze posługują się od 1805 roku. W tym samym roku odbyła się też zwycięska dla floty angielskiej bitwa morska pod Trafalgarem, w której bohatersko życie stracił jej dowódca Admirał Horatio Nelson…

Beaufort-London-Come-hell-or-high-water-Eau-de-Parfum-2

To zapach tej właśnie bitwy oddawać ma 1805 Tonnerre, pierwszy z zapachów BeauFort. W tej sugestywnej, mrocznej i niezwykłej kompozycji znajdziemy nuty prochu strzelniczego, dymu, morskiej toni, krwi, brandy i cedrowych desek… Rzeczywiście. Jest to pachnidło bardzo dosłowne i absolutnie niszowe w swym charakterze. Dla ludzi o mocnych nerwach!

Pierwszy akord wprost powala mocą mineralnej, lekko słonej woni prochu strzelniczego z cytrusową nutą w tle. Z czasem wyłania się z niej intensywna nuta dymna, która przejmuje pierwszy plan zapachu i dominuje niemal do samego końca. Jest więc 1805 Tonnerre zapachem raczej linearnym, w swym jestestwie dymnym, z bardzo charakterystycznym, oryginalnym, przykuwającym uwagę, mineralnym początkiem. Miłośnicy Fumidusa Profvmvm Roma, Bois d’Ascese Naomi Goodsir czy Black Tourmaline Oliviera Durbano odnajdą tu swoje ulubione zapachowe klimaty w mocno niszowym i intensywnym wydaniu. 1805 Tonnere to naprawdę udane, ale i dość wymagające pachnidło. Ale takie przecież lubimy, najbardziej, prawda?

Tonnerre-bottle-and-Pack-1

nuty głowy: limonka, dym, proch strzelniczy

nuty serca: krew, brandy, morska bryza

nuty bazy: ambra, cedr, balsam jodłowy

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Motywem przewodnim Coeur de Noir jest… atrament. Ten, którego dziadek Leo Crabtree używał do rysowania luksusowych jachtów, ten którym napisano książki poświęcone tematyce żeglarskiej, zapełniające bibliotekę jego ojca, wreszcie ten, który posłużył do zdobienia ciała muzyka całą masą tatuaży. Tyle, że w samym zapachu nie odnalazłem nuty ewidentnie atramentowej, takiej jak choćby w genialnym M/Mink Byredo czy Comme des Garcons 2. Choć zgoda – pierwszy akord, jaki dociera do nozdrzy zaraz po aplikacji zapachu na skórze, można nazwać zainspirowanym atramentową wonią. Jest też w nim subtelna nuta papierowa, albo to moja wyobraźnia płata mi figle…

Beaufort-London-Come-hell-or-high-water-Eau-de-Parfum-4

Później  zaczyna niepodzielnie dominować akord przyozdobionej tytoniem dymnej wanilii, osadzonej na drzewnym fundamencie.  I tak jest właściwie do końca. Wanilia ta przypomina mi tę z Vanille Mona di Orio – minimalnie słodka, odrobinę kulinarna, ale w głównej mierze jednak dymna i przy tym bardzo zmysłowa. Coeur de Noir to pachnidło absolutnie interesujące, niebanalne, dla osób poszukujących w perfumach niecodziennych doznań, głębi i mroku. Nieco bardziej przyjazne od 1805, ale wciąż zdecydowanie niszowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Coeur de Noir przeciwstawia swą słodkawą i lekko kulinarną dymność kwaśnej i wędzonej dymności 1805.

Coeur-De-Noir-bottle-and-Pack-1

nuty głowy: rum, imbir, atrament

nuty serca: papier, skóra, wanilia

nuty bazy: cedr, tytoń, smoła brzozowa

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Przyznam, że oba zapachy BeauFort zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Są stylistycznie bardzo do siebie podobne. Oba są bardzo wyraziste, mocne, bezkompromisowe, niszowe, o zaskakujących i oryginalnych akordach. Ich esencjonalność i trwałość wynika ze specyfiko użytych ingrediencji – raczej ciężkich, mocny, intensywnych i trwałych.

Sam nie wiem, które z nich lepsze. Po namyśle skłaniam się jednak ku niezwykłej dymnej wanilii Coeur de Noir

Slumberhouse – dom śpiocha, czyli perfumowy underground

Autorska, amatorska mikro-perfumeria artystyczna to zjawisko w ostatnich latach dynamicznie przybierające na sile, głównie za oceanem. Zapachy takich marek jak Sonoma Scent Studio, DS & Durga, Aftelier Perfumes, Olympick Orchids, Juniper Ridge, Anya’s Garden, Kerosene, MCMC, Smell Bent to dziś symbole powrotu do korzeni perfumerii, prawdziwego hand made, perfumerii jako sztuki nieskrępowanej ani wymaganiami rynku, ani narzucanymi przez kierunkowe wykształcenie perfumiarskie schematami myślowymi (z wszystkimi tego wadami i zaletami). Nie możemy też zapomnieć o europejskich przykładach: Tauer Perfumes, Vero Profumo czy Parfumerie Generale to prawdziwe oazy swobodnej perfumowej twórczości. Zjawisko to wydaje się być reakcją na obniżenie lotów i wzrost popularności oraz dostępności perfum niszowych oraz deprecjację estetyczną zapachów designerskich. Stąd pewnie coraz częściej będziemy mieli okazję testować i czytać o pachnidłach hand made, szczególnie że powolutku zaczynają się one pojawiać w nielicznych póki co polskich perfumeriach niszowych, co bardzo mnie cieszy. Przykładem Slumberhouse, którego polskim entuzjastom perfum niszowych oferuje krakowska perfumeria Lulua.

Slumberhouse

Slumber znaczy „drzemka”…

Amerykanin Josh Lobbtwórca marki Slumberhouse, perfumiarz – samouk, własnoręcznie tworzy swoje zapachy, bazując na bardzo oryginalnych składnikach, które pozyskuje z różnych, sobie tylko znanych źródeł. Co za tym idzie, jego pachnidła wyróżnia bardzo oryginalna estetyka, przemawiająca do koneserów i miłośników woni niebanalnych, nietypowych, ale i naturalnych. Lobb polega głównie na naturalnych absolutach (co skutkuje wielowątkowością i doskonałą trwałością jego pachnideł), nie odżegnując się oczywiście od wspomagania syntetykami (jest fanem Iso E Super, ale po prawdzie, kto nie jest?). Stara się nie używać olejków zapachowych, na których opiera się klasyczna perfumeria, gdyż uważa je za mało interesujące i jednowymiarowe. Jego perfumy z założenia pozbawione są składników uważanych jako tradycyjnie stosowane do konstruowania tzw. nut głowy (głównie cytrysy, niektóre zioła, pieprz), które artysta uważa za zbędne i nic nie wnoszące. Jego zdaniem nie ma sensu umieszczać w perfumach aromatów, które będą pachnąć zaledwie kilka minut, po czym znikną. Niemniej na podstawie przeprowadzonych testów naskórnych z przekonaniem stwierdzam, że pachnidła Slumberhouse wykazują niemal zawsze trójetapową ewolucję, co wg mnie wynika z faktu, iż są złożone z wielu naturalnych ingrediencji, samych w sobie złożonych z molekuł różnej wagi i lotności. Paradoks pachnideł Slumberhouse polega więc na tym, że choć w sposób zamierzony są pozbawione składników budujących zwykle akord głowy, to jednak nie są pozbawione trójfazowej konstrukcji. Początek każdego z nich to intensywna, zwykle soczysta woń będąca chaotyczną mieszanką setek molekuł. Ten chaos trwa zwykle kilka minut i w sposób naturalny przechodzi w już uporządkowany akord głowy, będący kwintesencją zapachu, choć wciąż nie tym, co zajmuje Lobba najbardziej. Przyznaje on, że to dopiero akord głębi (w przypadku jego perfum do określenie wyjątkowo adekwatne), pojawiający się po kilku godzinach, a obecny na skórze przez co najmniej kilka następnych, jest tym, na którego treści i jakości Lobbowi jako kompozytorowi perfum zależy najbardziej. Mikstury Lobba muszą mieć gigantyczną koncentrację, sądząc po ich intensywności, gęstości, barwie (oczywiście naturalnej!) i trwałości.

Zapachy Slumberhouse robią wrażenie środkowego palca pokazanego IFRA i innym tego typu organizacjom „dbającym o nasze zdrowie”.

slumberhouse old bottles
Wycofane (poza Jeke) zapachy Slumberhouse w starej wersji flakonu

Josh Lobb szuka inspiracji w różnych miejscach. Procesowi twórczemu zawsze towarzyszy ulubiona muzyka (nie klasyczna broń boże!). Jeden z jego zapachów (Norne) zainspirowany został muzyką black metalową, inny zaś (wycofany z oferty Brosse) skomponował w ramach eksperymentu pod wpływem środków halucynogennych i psychodelicznych.

Lobb to taki perfumowy self made man, który wszystko robi po swojemu. Uważa, iż brak perfumiarskiego wykształcenia ma tę zaletę, że umożliwia mu nowatorskie i nietypowe spojrzenie na tworzenie perfum. Trzeba mu oddać, że faktycznie ma swój styl. Ma też rosnącą bazę fanów. Jego pachnidła zyskują niemal kultowe uwielbienie. Wystartował z Slumberhouse w 2008 roku. Do dziś opublikował osiemnaście kompozycji, z których dwanaście zdążył wycofać z oferty tłumacząc się m.in. problemami z pozyskiwaniem kluczowych składników. Jego kolekcja obecnie składa się z sześciu pachnideł o bardzo oryginalnych nazwach: Kiste, Norne, Sadanne, Ore, Pear+Olive, Jeke. Obco brzmiące nazwy (z wyjątkiem jednej) zdaniem Lobba niczego nie oznaczają  i jest to zamierzone. Perfumiarz nie chce nazwami sugerować, w jaki sposób jego zapachy będą odbierane. Podobnie jest z ujawnianiem nut zapachowych, z tym że tu jednak wygrywa oczekiwanie klientów, by przed decyzją o zakupie poznać choć główne składniki aromatu. Co z pewnością nietypowe, Lobb sam stroni od używania perfum, również i własnych. Co więcej, zanim rozpoczął swą perfumiarską przygodę, także nie nosił perfum i nie tolerował ich u innych. Slumberhouse zrodził się w pewnym sensie jako wyraz buntu Lobba wobec nudnej maisntreamowej perfumerii, podobnie jak w latach siedemdziesiątych muzyka punkowa zrodziła się jako bunt przeciwko establishmentowi i muzyce popularnej.

Gdyby dostał propozycję współpracy od swych idoli: Christophera Sheldrake’a, Pierre’a Guillaume’a lub Calice Becker, natychmiast rzuciłby wszystko, by móc się od nich uczyć perfumiarskiego fachu.

Obcowanie z zapachami Lobba było dla mnie sporym wyzwaniem, a próba ich opisania jeszcze większym. Poczułem się jak meloman, przyzwyczajony do nie zawsze ambitnej muzyki, zwykle jednak granej przez wirtuozów, któremu nagle przyszło wysłuchać kilku utworów undergroundowego rocka, granego przez samouków z pomysłem i duszą, ale także z brakami warsztatowymi, którzy polegają na intuicji raczej, aniżeli na świadomie dobieranej harmonii i melodii. Jednak ta muzyka ma swoją niewątpliwą urodę, czasem wręcz magnetyczny czar. Bazując na przechowywanych z pietyzmem maleńkich próbkach perfum nie byłem w stanie ocenić, jak zachowują się one użyte „globalnie” (czego rzecz jasna żałuję). Miejscowe testy naskórne musiały wystarczyć i to na nich oparłem swoje opisane niżej wrażenia.

Jeke – 100% tytoniu w tytoniu

Pierwszy aromat jaki dociera do mych nozdrzy to najprawdziwszy absolut tytoniowy z cały swym przebogatym dobrodziejstwem budujących go nut mineralnych, ziemistych, wilgotnych i z wyraźnie krążącą w powietrzu nikotyną. Kto choć raz w życiu miał okazję go wąchać, ten nie zapomni tego nigdy. Oto Jeke – najprawdziwsze pachnidło tytoniowe na świecie! Jakże w swej naturalności i prawdziwości odległe od wszystkich innych perfum rzekomo pachnących tytoniem! Woń jest ciężka, gęsta, przysadzista, niesamowicie wyrafinowana i … bardzo męska. Tytoniowi towarzyszy olfaktorycznie bardzo z nim spójna paczula, a bezkresnej głębi i trwałości nadaje benzoes. Jak wszystkie zapachy Slumberhouse, tak i ten majestatycznie transformuje na skórze od wspomnianego tytoniu poprzez goździk w kierunku ciepłego bursztynowego dna, trwającego całą wieczność…

slumberhouse jeke

główne składniki/nuty: benzoes, paczula, tytoń, herbata Lapsang Souchong, wanilia, goździk

rok premiery: 2008

Norne – wilgoć leśnej ściółki i niedogaszone ognisko

Mój prywatny faworyt Slumberhouse i to zupełnie nie dlatego, że zainspirował go muzyczny gatunek zwany black metalem. Zapach ten wedle słów Lobba zmieszany został tylko i wyłącznie z naturalnych absolutów. Jest spełnieniem marzeń tych, którzy lubują się w woniach drzewnych, mszystych, dymnych, mrocznych. Norne to jedno z najbardziej mrocznych pachnideł, jakie znam. Niezwykle leniwie rozwijające się na skórze od iglastej jodły przez piękny akord żywiczny aż po dymny, pachnący niczym niedogaszone ognisko, trwający ponad dobę i opierający się detergentom akord bazy. Wszystko to zanurzone w mszystym kontekście. Norne spodoba się fanom Black Tourmaline Oliviera Durbano, Fumidus Profvmvm Roma, Bois d’Ascese Naomi Goodsir, Fireside Sonoma Scent Studio, czy Big Sur Juniper Ridge. Kawał bezkompromisowego, niszowego pachnidła o gargantuicznej wprost trwałości.

slumberhouse norne

główne składniki/nuty: jodła, porosty, paproć, mech, cykuta, kadzidło

rok premiery: 2012

Ore – pikantne kakao z drzewnym finiszem

Mieszanka suchego pylistego kakao z nutą ziołową (podejrzewam wspomnianą lebiodkę kreteńską) tworzy niezwykły, oparty na kontraście akord początkowy. Coś zupełnie niespotykanego i fascynującego. Po kilku minutach kakao zmniejsza swa obecność, a zapach staje się intrygująco przyprawowy. Akord bazy wyłaniający się na końcu trwania jest suchy i drzewny. Ore z każdą próbą przekonywał mnie do siebie bardziej. Lubię pachnidła oparte na kontrastach. Uważam, ze mają w sobie więcej życia, zwykle też są nowatorskie. Mistrzem kontrastów w perfumach jest Bertrand Duchaufour. Dziwie się, że Lobb nie powołuje się na fascynację tym perfumiarzem, bowiem w Ore czuć podobną filozofię. Bardzo intrygujący zapach.

slumberhouse ore

główne składniki/nuty: drewno dębowe, kakao, mahoń, gwajak, lebiodka kreteńska, wanilia, whiskey lactone, balsam Peru,

rok premiery: 2009

W wywiadzie z kwietnia 2012 roku Lobb zapowiedział, że pracuje nad kilkoma pachnidłami, którym chce nadać bardziej „noszalny” i uniwersalny charakter, przy jednoczesnym zachowaniu swojego unikatowego stylu. Josh tłumaczył to tym, iż chciałby, by ludzie sięgali po jego pachnidła częściej, a nie tylko na specjalne okazje, jak to było dotąd i wynikało z ich ewidentnie niszowego, bardzo indywidualistycznego charakteru. Na pierwszy rzut oka ta koncepcja wydaje się dość karkołomna. Bowiem jak się „uładnić” i wciąż pozostać oryginalnej urody? Kolejne trzy pachnidła (chronologicznie) są dokładną ilustracją tych zamierzeń perfumiarza i dowodem ich realizacji z sukcesem. Na tle pozostałych – jakże mrocznych – te ukazują jaśniejszą stronę twórczości Amerykanina, zachowując jednak jego specyficzny styl.

Pear+Olive – oryginalny gourmand, czyli ciasto gruszkowe

Nietypowa dla Lobba nazwa zapachu mówi nam bardzo wiele, a nawet zdradza nam jego istotę. Oto pachnidło z sugestywną, wręcz namacalną nutą gruszki, jakiej dotąd w perfumerii nie spotkałem. Przyznam, że Lobb zaskoczył mnie tu szczególnie pozytywnie, komponując akord do złudzenia przypominający woń owocu gruszki, choć przecież wiadomo, że z owocu gruszki nie jest możliwe pozyskanie pachnącej substancji. W Pear+Olive gruszka została podana w towarzystwie zapachu, który określiłbym jako kremowy, nieco waniliowy, nieco kokosowy, nieco przypominający proszek do pieczenia, ewidentnie spożywczy… Po namyśle stwierdzam, że Pear+Olive pachnie jak świeżo upieczone ciasto gruszkowe (!). Bardzo oryginalny i naprawdę świetny pomysł oraz przekonujące wykonanie. Nie bez przyczyny to bestseller Slumberhouse.

slumberhouse pearolive

główne składniki/nuty: gruszka, koniak, rumianek, aglaia, oliwa, drewno massoia, tatarak

rok premiery: 2014

Sadanne – truskawkowy syrop na skórze i drewnie

Miast znanych „lobbowskich” mszystych, drzewnych i balsamicznych nut tu znajdziemy owocową nutę syropu z truskawek połączoną z absolutem różanym i białym winem. Wszystko to utrwalone zostało ambrą i osadzone na nutach drzewnych. Co ciekawe, baza zapachu, która ujawnia się kilka godzin po aplikacji, gdy zniknie już główny syropowy temat, zaczyna przypominać mi Fuel for Men Donny Karan. Ma ona przyjemny, lekko skórzany, lekko też wciąż owocowy charakter, czego absolutnie nie spodziewałbym się po Sadanne, sądząc po tym, jak się rozpoczyna. Wreszcie na zakończenie wyłania się wspomniana w opisie nuta drzewna. Subtelna, ciepła, bardzo blisko-skórna. Reasumując bardzo ciepłe, pozytywne, przyjemne i ciekawie zmieniające się pachnidło Josha Lobba.

slumberhouse sadanne

główne składniki/nuty: truskawki z syropu, szara ambra, róża damasceńska, białe wino, nuty drzewne

rok premiery: 2014

Kiste – jasny tytoń o aromacie brzoskwini

Najnowsze dzieło Josha Lobba konsekwentne realizuje jego zapowiedź o budowaniu pachnideł bardziej „noszalnych”, mogących zdobyć szerszą publiczność, a co za tym idzie – klientelę. Po gourmandzie Pear + Olive i owocowo-skórzanym Sadanne tematem Kiste jest częsty zarówno w perfumerii niszowej jak i mainstreamowej tytoń, tyle że w tej ładniejszej, słodkiej i owocowej odsłonie, zupełnie przeciwnej do naturalizmu Jeke. Słodka nuta zwana tobacco, nie mająca wszakże nic wspólnego z ziemisto-sienną wonią prawdziwego tytoniowego absolutu obecnego w Jeke, znaleźć można w takich bestsellerach tak Tobacco Vanille Toma Forda, Spicebomb Victor&Rolf, 1899 Hemnigway Histoires de Parfums czy doskonałym Tabac Aurea Sonoma Scent Studio.

Słodka nuta tytoniu połączona to została z nutą owocową (brzoskwinia) i wyraźną miodową słodyczą. Lobb nadał zapachowi swój indywidualny szlif, w efekcie czego, pewnie też dzięki użyciu nietypowych składników (lawsonia bezbronna, wrzos, czarny bez) i unikaniu nieco już ogranego łączenia tytoniu z przyprawami (cynamon, wanilia), Kiste pachnie mimo wszystko nieco inaczej, niż wszystkie znane mi pachnidła słodko-tytoniowe. Jest bardzo okrągłe, miękkie, puszyste, ciepłe, otulające. Może się podobać. Zapach jest – jak na standardy Lobba – od razu przyjemny i z wyraźnymi ambicjami na bestseller. Zobaczymy…

slumberhouse kiste

główne składniki/nuty: tytoń, brzoskwinia, wrzos, tonka, kwiaty lawsonii bezbronna (henna), czarny bez, paczula, miód

rok premiery: 2015

Twórczość Josha Lobba to niewątpliwie unikatowe zjawisko w perfumerii. Perfumy Slumberhouse pachną zupełnie nie perfumowo, odmiennie, bardzo oryginalnie. Dlatego skierowane są raczej do tych osób, których tradycyjne pachnidła nudzą bądź im po prostu nie odpowiadają (tak jak to swego czasu było w przypadku samego twórcy). Poszukując indywidualnego zapachu dla siebie z pewnością warto je przetestować. To inny wymiar perfumerii. Warunkiem powodzenia będzie otwartość, a nawet swego rodzaju odwaga. Nie każdy bowiem będzie miał jej dość, by nosić choćby Norne czy Jeke. I całe szczęście. O to przecież w tym wszystkim chodzi…

MAD et LEN – naturalne zapachy z Prowansji (3)

Kontynuuje dziś opisy moich wrażeń dotyczących zapachów prowansalskiej marki Mad et Len. Jak łatwo zauważyć zdecydowana większość ich kompozycji została opatrzona nazwami, które mówią o nich właściwie wszystko. No, prawie wszystko…

poivre-noir-entier

No. XIII – Poivre – tym razem – w odróżnieniu od Poivre Sichuan tu wyraźnie czuć czarny pieprz. Jego molekuły wibrują na ciepłym, lekko słodkawym, żywicznym tle, a całość w swej pierwszej części przypomina mi lżejsze wydanie Piper Nigrum Lorenzo Villoresiego, w drugiej zaś kadzidlano-rumiankowe mb03 Biehl Parfumkunstwerke. Tyle że brakuje mu zdecydowania obu tych pachnideł. Pachnie delikatnie i dość szybko ulatuje ze skóry. Trochę szkoda. Trochę…

Lotus-Flower

No. IV – Lotus –  śliczna kwiatowa i całkiem – jak na standardy Mad et Len – intensywna kompozycja imitująca woń kwiatu lotosu. Zapach jest trochę kwiatowy, trochę zielony, a nawet delikatnie owocowy. Z czasem traci zieloną soczystość na korzyść gorzkiej nuty jaśmino-podobnej i tak sobie trwa nawet dość długo. Przyjemny…

No. XIV – Ambre – zapach ambrowy tu zmieszany z paczulą, która to mieszanka w efekcie powoduje u mnie luźne skojarzenia z Angel Thierry Muglera. Przyjemny i raczej kobiecy „oriental” bez znaków szczególnych. Do tego zatrważająco nietrwały. Najsłabszy w całej linii.

FIGUE

No. 77 – Figue Orange – Eau de Cologne – nietypowo sklecona kolońska, w której zielono-mleczną woń figi połączono z pomarańczą, przy czym zapach jest bardziej figue niż orange, najpierw zielony, później gorzki niczym błonka otaczająca miąższ pomarańczy. Bardzo świeża i orzeźwiająca ciecz, doskonała na letnie dni. Dzięki swej niesamowitej wprost naturalności i soczystości to jeden z najjaśniejszych punktów oferty Mad et Len. Przynajmniej wg mnie. Doskonały upalnym porankiem? Zdecydowanie tak, ale na to przyjdzie jeszcze poczekać…

No. X – Lava Nobile – wreszcie coś mroczniejszego: jest jodłowa żywica, jest dym, jest… impreza, chciałoby się powiedzieć. Wielbiciele drewnianej pożogi zachwycą się tylko na kilkanaście minut, bowiem tyle trwa wyrazistość Lava Nobile. Później zapach gwałtownie traci siłę wyrazu. Daleki i zakompleksiony kuzyn Black Tourmaline O. Durbano czy Fumidusa Profvmvm, a bliższy, choć dużo słabszy, Mississippi Medicine D.S & Durga. W ofercie marki ma swego olfaktorycznego brata szumnie zwanego Black Afghan. Obaj są zresztą siebie warci…

Noix de Muscade

No. III – Noix Muscade Eau de Cologne – kolońska z gałką muszkatołową na pierwszym planie; duża niespodzianka – pachnie to bardzo oryginalnie, ciepło, przyprawowo, trochę słodko, a mimo wszystko orzeźwiająco; ostra z natury i niezbyt przyjemna woń gałki została tu pięknie oprawiona figą i czym tam jeszcze, by stać się moim faworytem w całej ofercie marki Mad et Len. To mój wybór.

No. XII – Santalum – czymże byłaby niszowa kolekcja bez prawdziwego sandałowca? Zapachy ze szlachetnym i jakże ważnym dla perfumerii drewnem mają w ofercie niemal wszyscy niszowi twórcy. Niesamowicie oleista konsystencja Santalum wskazuje na sowite użycie naturalnego olejku z drewna sandałowego. Powiem więcej – mam wrażenie, że autor poszedł tu na skrajną łatwiznę i nie dodał do składu nic innego. Może to i dobrze, bo olejek sandałowy broni się sam, choć jak wiadomo bez wspomagania ma bardzo słabą lotność, co powoduje, że Santalum pachnie ciszej niż cicho. Czyli bardzo cicho.

mad et len

Zapachy Mad et Len wyróżniają się naturalną urodą i prostą konstrukcją. Szkoda, że w zdecydowanej większości przypadków brakuje im mocy i trwałości tak niezbędnych perfumom. Dlatego uważam, że te same kompozycje zapachowe znacznie lepiej sprawdzą się w formie oferowanych przez firmę świec tudzież dyfuzorów do pomieszczeń, aniżeli perfum do ciała. Określanie ich perfumami jest jednak trochę na wyrost…

Naomi Goodsir „Cuir Velours” i „Bois d’Ascese”

Jedną z marek debiutujących na tegorocznych targach perfum niszowych i luksusowych PITTI FRAGRANZE 10 we Florencji była Naomi Goodsir. Ta australijska projektantka mody zaprezentowała dwa pachnidła stworzone dla niej przez Juliena Rasquineta, mieszkającego i pracującego w Grasse młodego perfumiarza, który terminował u boku samego Pierre’a Bourdona i Christine Nagel. Zarówno dymny Bois d’Ascese, jak i skórzany Cuir Velours, to bardzo nowoczesne i stricte niszowe w swym charakterze kompozycje o uniseksowym charakterze.

naomi goodsir

Ze względu na moje osobiste upodobania do zapachów drzewnych i dymnych Bois d’Ascese bardziej zwrócił moją uwagę. Choć nie jest w żaden sposób odkrywczy, a podobieństwo do genialnego Black Tourmaline Oliviera Durbano nasuwa się błyskawicznie, to nie można odmówić mu charakteru, uroku i jakości. I nie jest tak, że każdy zapach o dymno-drzewnej naturze bezwarunkowo przypada mi do gustu, na co doskonałym dowodem jest moim zdaniem nieudane Fireside Intense Sonoma Scent Studio. Jednak Bois d’Ascese przekonał mnie od pierwszego testu. Dominuje w nim nuta dziegciu jałowcowego (cade) – zapachu dymu wędzarniczego (używany także jako aromat w przemyśle spożywczym – np. do sosu barbecue). Składnik znany mi tak dobrze z Patchouli 24 Le Labo, w którym Annick Menardo mistrzowsko połączyła ją z waniliowo-benzoesową bazą, tu został bardzo subtelnie obrobiony za pomocą labdanum, tabaki, nuty whisky, kadzidła i cynamonu. Jednak żaden z tych dodatków nie ujawnia się w sposób znaczący, a całość przez cały czas zachowuje wytrawny charakter . 

Julien Rasquinet Black&White

Bois d’Ascese minimalnie ewoluuje na skórze od mocnego, kwaśnego początku po cichy i hipnotyzujący niczym strużka dymu finał z nadającym całości bardzo męskiego charakteru mchem dębowym. Kompozycja Rasquineta wydaje się być przy tym poukładana z dużym wyczuciem i harmonią, dzięki czemu zapach zyskuje swego rodzaju elegancki sznyt, szczególnie na etapie bazy. Choć jak już wspomniałem temat jest znany z wielu innych „niszówek” (prócz wcześniej wspomnianych bardzo podobny aromat znajdziemy także w D.S. & Durga Mississippi Medicine), to jego realizacja w Bois d’Ascese jest jedną z najlepszych, jakie dotąd spotkałem. Idealna rzecz dla mężczyzny chcącego pachnieć elegancko i nieco enigmatycznie zarazem. Całość określiłbym jako nieco delikatniejszą i bardziej aksamitną wersję Czarnego TurmalinuZapach jest zdecydowanie wart męskiej uwagi, tym bardziej że ani na projekcję, ani na trwałość nie można tu narzekać.

Bois-dAscese1

nuty: kadzidło, tabaka, whisky, cynamon, ambra, czystek (labdanum), mech dębowy, dziegieć jałowcowy

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 8 h

*     *     *

Na wzmiankę zasługuje także drugi z debiutanckiego duetu Naomi Goodsir: Cuir Velours. Choć nie jest to rasowy skórzak pokroju Knize Ten czy Lonestar Memories Andy’ego Tauera, to jednak okazuje się być frapującym przykładem użycia nietypowych środków dla osiągnięcia skórzanego, a raczej zamszowego efektu.  Przypomina mi takie współczesnych kompozycje, jak Cuir Ottoman Parfum d’Empire1740 Marquis de Sade Histoires de Parfums (tam też tabaka łączy się z immortelle), a już w szczególności do Daim Blond Serge’a Lutensa. 

Ze względu  zastosowania rumu i kwiatu nieśmiertelnika (kto zna Sables Annick Goutal i „efekt curry”, ten wie, o czym piszę) zapach ma w sobie pierwiastek kulinarny (gourmand). Jest przy tym bardzo nowoczesny, nieco wręcz syntetyczny, jednak w dobrym tego słowa znaczeniu. Po prostu czuć, że perfumiarz nie obawiał się użyć najnowszych osiągnięć chemii molekularnej dla uzyskania końcowego efektu. Co ciekawe, słodkawe nuty kulinarne zostały w Cuir Velours zestawione z intensywną, słodko-gorzką nutą tabaki przywodząca na myśl Tabac Aurea Sonoma Scent Studio, co dało dość szorstki, mocno męski efekt. Owa goryczka utrzymuje się na mojej skórze kilka godzin, by z czasem przeistoczyć się w słodkawy, żywiczny finał. Projekcja i trwałość są na poziomie zbliżonym do Bois d’AsceseCuir Velours to świetna kompozycja i na tyle charakterystyczna, że z pewnością nikogo nie pozostawi obojętnym.

naomigoodsir_cuirvelours

nuty: tabaka, rum, czystek (labdanum), kadzidło, kwiat nieśmiertelnika

moja ocena:

  • zapach: dobry +
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 8 h

Na koniec dosłownie dwa zdania nt. flakonów Naomi Goodisr. Ich minimalistyczny i elegancki design, a także wygląd etykiet i nadruków na nich pewnie nie tylko mi kojarzy się z linią Serge’a Lutensa. Cóż – wzorzec to z pewnością zacny i godny naśladowania.

PS. Oba pachnidła Naomi Goodsir są dostępne w krakowskiej perfumerii Lulua.