Frederic Malle „Superstitious” – zapach jej sukni…

Jeżeli miałbym sądzić po perfumach wydanych przez Frederica Malle w ciągu ostatnich 18 miesięcy – czuję się uspokojony. Póki co przejście jego Editions de Parfums w ręce koncernu Estee Lauder nie wpłynęło negatywnie na poziom i jakość nowych pachnideł. Zarówno Cologne Indelebile jak i Monsieur. zasługują na najwyższe noty. Tegoroczne Superstitious także trzyma poziom. To wg mnie jedne z najlepszych kobiecych perfum w jego ofercie

Tym razem Frederic Malle współpracował Alberem Elbazem, przez 14 lat dyrektorem kreatywnym w Lanvin, wcześniej u YSL oraz niezawodnym i wielokrotnie już „sprawdzonym w dziele” perfumiarzem Dominique’m Ropionem, mającym na koncie takie arcydzieła jak Portrait of a Lady czy czy Vetiver Extraordinaire. Efektem kooperacji tych trzech dżentelmenów są niezwykle eleganckie, szykowne i ekskluzywnie pachnące perfumy, skomponowane w neoklasycznym stylu, które panowie opatrzyli nośną nazwą Superstitious (ang. przesądny).

Frederic Malle nie znał osobiście Albera Elbaza, ale – jak sam mówi – podziwiał jego prace, w tym suknie, które osobiście nosiła żona Frederica – Marie. Okazało się, że Malle i Elbaz maja wspólną znajomą, dzięki której Fredericowi udało się zaprosić Elbaza na lunch w celu zaproponowania mu współpracy. Malle wiedział już wtedy, że Elbaz jest fanem jego perfum, i że kupuje Editions de Parfums jako prezenty dla swych ukochanych kobiet (jakkolwiek to brzmi…, no ale w końcu akcja dzieje się we Francji…). Elbaz zgodził się, choć nie bez wątpliwości. Reszta już jest historią.

frederic_malle_alber_elbaz2

Zapach sukni kobiety, którą kochasz.

Takie hasło przyświecało projektantom podczas pracy nad Superstitious. To bardzo kobieca kompozycja złożona z klasycznych nut perfumowych: róży i – głównie – jaśminu, cudownie podkreślonych przez z umiarem użyte aldehydy oraz nutę brzoskwini i wypełnionych paczulą, a osadzonych na bazie zbudowanej z wetywerii, kadzidła i ambry. Nie znajdziemy w nich współczesnych, tak modnych obecnie nut kulinarnych, słodkich czy owocowych. Tradycyjne aromaty w nim zawarte oraz ich proporcje wpływają na klasyczny sznyt tych perfum, jakimś cudem nie popadających jednak przesadnie w styl retro.

Superstitious oparty jest na kwiatowo-drzewnym equilibrium. Bukiet kwiatów jest bardzo elegancki i nienachalny, drzewna natura zaś nieco zdominowana przez paczulę, choć – co warto zauważyć – wetyweria stanowi w niej także niemal równie istotny element, a na etapie finiszu nawet ważniejszy. W efekcie aromat jest owszem kwiatowy, ale przy tym też wytrawny. Aldehydy dodają całości polotu podkreślając jego wyrazistość i asertywność.

alber elbaz

Zapach ma niesamowitą, zapadająca w pamięć, obsesyjnie piękną sygnaturę. Kobieta go nosząca ma robić wrażenie równie mocne, jak ubrana w piękną suknię zaprojektowaną przez Abera Elbaza. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak własnie jest. Te perfumy intrygują, wabią i fascynują, a obecne na kobiecej skórze mogą stać się skutecznym i groźnym narzędziem uwodzenia. Nie sposób być wobec nich obojętnym.

Zadbano o parametry. Superstitious jest bardzo ekspansywny i bardzo trwały. Użyty w małej ilości (co jest w tym przypadku zdecydowanie wskazane) będzie pozostawiał piękny, zmysłowy, intrygujący i luksusowo pachnący ogon za noszącą go kobietą przez cały dzień do późnego wieczora, a nawet późnej nocy. Jego ślad w postaci zmysłowej bazy pozostanie na skórze nawet do następnego ranka. Zbyt obfita aplikacja może natomiast nie tylko skonfundować otoczenie, ale także zmęczyć samą „nosicielkę”. Zalecam więc szczególną ostrożność.

alber elbaz dress

Najnowsze dzieło Frederica Malle nie jest więc na tle innych jego perfum wyjątkiem, gdy chodzi o jakość i kompozycję. Wszystko jest tu na najwyższym poziomie, co nie powinno zaskakiwać. W końcu mamy do czynienia z jedną z najbardziej prestiżowych współczesnych marek perfumeryjnych. Wyjątkowe jest natomiast tym razem opakowanie. Flakon – choć nie zmienił kształtu – został wykonany z czarnego szkła i zamiast tradycyjnej prostej etykiety z nazwą marki, perfum oraz imieniem i nazwiskiem perfumiarza, umieszczono na nim tajemnicze oko… Z eye twiching – czyli z syndromem drgającej powieki – są w niektórych kulturach (m.in. chińskiej, indyjskiej) związane różnorakie przesądy, co nawiązuje do nazwy tych perfum. Zatyczka flakonu zyskała kolor złoty, a design kartonika został przeniesiony z flakonu. Uwaga – jest jeszcze jedna „cecha”, która wyróżnia Superstitious na tle innych zapachów Frederica Malle, a o której chcę wspomnieć. Cena. Jeszcze wyższa, niestety. 260 EUR za 100 ml. Cóż, luksus kosztuje. Wiemy to nie od dziś.

Malle Superstitious 02

nuty głowy: brzoskwinia, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, turecka róża

nuty bazy: ambra, kadzidło, wetyweria, paczula, piżmo

perfumiarz: Dominique Ropion

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 6,0

 

 

Reklamy

Letnie orzeźwienie (4) – Frederic Malle „Cologne Indelebile”

Niezawodny dotąd duet Frederica Malle i Dominique’a Ropiona tym razem „porwał się” na… kolońską. W ofercie Editions de Parfums oczywiście znajdziemy już zapachy o kolońskim charakterze. Myślę o Cologne Bigarade i Bigarade Concentree Jean-Claude’a Elleny oraz także – w pewnym stopniu – zeszłorocznym Eau de Magnolia Carlosa Benaima. Żaden z nich jednak nie pachnie tak klasycznie-kolońsko jak Cologne Indelebile. Panowie postawili bowiem na bardzo tradycyjne kolońskie składniki – bergamotkę, neroli i kwiat pomarańczy tworząc akord natychmiast rozpoznawalny, bowiem doskonale znany nawet tym, którzy perfumami się nie interesują. Celem duetu było jednak, by była to kolońska maksymalnie trwała (stąd nazwa – Indelebile znaczy tyle co permanentny). Dla maksymalnego utrwalenia kolońskiego zapachu, bez zmieniania jego charakteru, wybrano syntetyczne piżma, laboratoryjny produkt naszych czasów. I tyle. Całość w mistrzowski sposób zmieszał oczywiście Dominique Ropion lub raczej jego asystent 😉 Et voila!

Frederic Malle 2015
Frederic Malle, zdjęcie z http://www.bbook.com/

Sam początek zapachu jest bardzo soczysty i miękki. Zrównoważony akord złożony z cytrusów i neroli wiedzie prym nadając kompozycji klasyczną kolońską sygnaturę. Praktycznie od razu w bukiecie czuć lekko ostrą, chropawą nutę piżm, które w miarę upływu czasy zaznaczają się coraz wyraźniej, wraz z naturalnym słabnięciem akordu kolońskiego, z którego niemal do końca pozostaje nuta neroli. Zawartość piżm jest tu naprawdę znacząca, tak że śmiało możemy mówić od ich zamierzonym przedawkowaniu. Spełniają one swą funkcję, nadzwyczaj długo utrzymując przy życiu koloński akord. Choć oczywiście nie każdy będzie w stanie zaakceptować tak olbrzymi ich ładunek w zapachu.

neroli bergamot

Cologne Indelebile to kolońska prosta w konstrukcji, a przez to odległa od współczesnych rozbudowanych formuł Cologne Etat Libre d’Orange, Neroli Portofino (do której bywa porównywana) czy Mandarino di Amalfi Toma Forda. Zdecydowanie też bardziej tradycyjna w swym charakterze od modernistycznych kolońskich Jean Claude’a Elleny, które ten stworzył dla Hermesa. Szczerze mówiąc najbliżej jej chyba to absolutnego klasyka, czyli 4711 Original Eau de Cologne (Kölnische Wasser). Cologne Indelebile wyróżnia się wyczuwalną doskonałą jakością składników oraz – zgodnie z zamiarami autorów – ponadprzeciętną w tym gatunku zapachowym trwałością, sięgająca około 7-8 godzin, przy czym tak naprawdę ostatnie kwadranse to już głównie zapach bazowych piżm z wciąż wyczuwalnym kolońskim śladem. Zapach przez większość czasu (poza pierwszą godziną) zachowuje subtelną aczkolwiek wyczuwalną projekcję.

Dominique Ropion 2
Dominique Ropion, zdjęcie z http://graindemusc.blogspot.com/

Frederic Malle określa Dominique’a Ropiona jako jednego z najbardziej zaawansowanych technicznie znanych mu perfumiarzy. Przy okazji tej kolońskiej musiał on wykazać się umiejętnością maksymalnego utrwalenia kolońskiego akordu bez zmiany jego charakteru. Jak już wiemy, udało mu się to. Cologne Indelebile urzeka więc nie tylko naturalną świeżością i urodą kolońskiego akordu, ale również zadowala jego długotrwałością. O ile bowiem pięknych kolońskich powstaje ostatnio sporo, o tyle taka trwałość na skórze czyni z Cologne Indelebile prawdziwy ewenement, na równi z Neroli Portofino Toma Forda.

malle cologne idelebile

nuty głowy: bergamotka, cytryna

nuty serca: narcyz, kwiat pomarańczy, neroli

nuty głębi: piżmo

twórca: Dominique Ropion

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Chopard „Oud Malaki”

Pomyślany jako męski zapach przeznaczony na rynki arabskie Oud Malaki (koncentracja eau de parfum) wzbogacił w 2012 roku sukcesywnie rozbudowywaną zapachową ofertę szwajcarskiej marki jubilerskiej Chopard. Charakterystyczny – znany z poprzednich męskich pachnideł marki (Noble Vetiver i Noble Cedar) – masywny flakon z metalowymi wstawkami, tym razem w złotym „arabskim” kolorze, wypełniony został pachnidłem orientalnym, powstałym w oparciu o recepturę przygotowaną przez Dominique’a Ropiona (IFF) – znanego m.in. z bardzo owocnej współpracy z Fredericem Malle, ale przede wszystkim z ogromnego dorobku perfumowego. Znając i będąc wielbicielem kilku jego dzieł z dużym zaciekawieniem przystąpiłem więc do testów Oud Malaki.

Oud-Malaki-6

Zapach ten jest jednocześnie oryginalny i dziwnie znajomy… Mocny i wibrujący przyprawami początek, sucho-aromatyczny zręcznie wplecioną lawendą, wzmocniony ziołową bylicą. Akord serca – dominacja słodkawej nuty liścia tytoniu oraz bukietu orientalnych przypraw z cynamonem w roli głównej. Ciepła, drzewno-ambrowa baza z oudową dymną smużką na samym finiszu wieńczą to naprawdę udane pachnidło. Jest wszakże jedno małe „ale”…

No właśnie. Gdzieś już coś podobnego wąchałem, choć na pewno nie było to identyczne. Już wiem. Homme Costume National. Nota bene autorstwa… Dominique’a Ropiona. Autoplagiat? To byłoby za mocne określenie. Ale bez wątpienia można tu mówić o wspólnym DNA, o twórczym rozwinięciu wcześniejszego pomysłu, o jego alteracji na tyle odrębnej i udanej, że zainteresować się nią powinni wielbiciele świetnego skądinąd Homme. Bowiem Oud Malaki to w uproszczeniu takie Homme bez tej „bombowej” zawartości kardamonu, cynamonu i goździka (choć te przyprawy – przynajmniej niektóre – także tu są), bez tymianku, a także bez sandałowca. Za to z oudem, tytoniem i lawendą. Przez to bardziej w klimacie Spicebomb Victor & Rolf czy dopiero co recenzowanego przez mnie Bvlgari Man in Black.

chopard oud malaki

Ale wróćmy do porównania z Homme Costume National. Otóż Oud Malaki raczej nie wzbudzi tak częstych w przypadku Homme skojarzeń z kuchnią, czy wręcz z konkretnymi kuchennymi przetworami. Jest zdecydowanie bliższy eleganckiemu gabinetowi wyposażonemu w drewniane meble i skórzane fotele, w którym unosi się słodki zapach aromatyzowanego tytoniu fajkowego, aniżeli kuchni czy spiżarni. Fakt – ogólna aura i faktura obu pachnideł Ropiona jest naprawdę bardzo podobna, ale tych kilka wspomnianych istotnych składnikowych rozbieżności robi w efekcie zasadniczą różnicę. Co prawda nieco może bardziej syntetycznie pachnące Oud Malaki nie jest w mojej subiektywnej ocenie aż tak doskonałe jak Costume National Homme, ale naprawdę niewiele mu brakuje. A znajdą się i tacy, którzy będą je preferować i wcale mnie to nie zdziwi. Szkoda tylko, że zapach nie jest dostępny w polskiej dystrybucji (tak mi się przynajmniej wydaje), więc zainteresowanym pozostanie polowanie w zagranicznych sklepach lub serwisach aukcyjnych.

Oud Malaki – podobnie jak wspomniany Homme – ma bardzo wyrazistą projekcję. Należy wręcz uważać z aplikacją, bo bez trudu wypełnia on całe pomieszczenie i dociera do nosów otoczenia, wzbudzając (zdrowe) zainteresowanie. Trwałość jest bardzo dobra – wynosi ponad 10 godzin. To naprawdę bardzo solidne i całkiem oryginalne pachnidło – godne polecenia. Gdy decydowałem się na testy Oud Malaki przeczuwałem, że Dominique Ropion to swoisty gwarant co najmniej dobrych perfum. Nie pomyliłem się i tym razem.

nuty głowy: grejpfrut, lawenda, bylica

nuty serca: tytoń, skóra, przyprawy

nuty głębi: oud, ambra, nuty drzewne

twórca: Dominique Ropion

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 10 h

A Lab On Fire – „L’Anonyme ou OP-1475-A”, „Sweet Dreams”, „What We Do In Paris Is Secret”

A Lab on Fire to młodziutka nowojorska niszowa marka perfumeryjna o dość skromnym, ale ostatnio dynamicznie rozrastającym się portfolio. Jej twórcą jest niejaki Carlos Kusubayashi, który w 2009 roku przejął stery w nieco starszej marce-matce S-Perfume, o której zapachach niejednokrotnie bardzo pozytywnie wypowiadała się sam Luca Turin. Obecnie oferta ALOF to 9 pachnideł, których twórcami są utytułowani i doświadczeni perfumiarze – głównie z firm International Flavors & Fragrances Inc oraz Firmenich (same wielki nazwiska: Olivier Polge, Dominique Ropion, Carlos Benaim, Bruno Jovanovic, Sophia Grojsman, Alberto Morillas, Laurent Le Guernec, a nawet obecny perfumiarz Guerlain – Thierry Wasser). Już choćby ta lista płac może świadczyć o poziomie, jaki reprezentują pachnidła A Lab on Fire. Dziś na blogu recenzje trzech z nich (chronologicznie pierwszych).

ALOF Line

Oliver Polge – L’Anonyme ou OP-1475-A

Pierwsza kreacja marki A Lab On Fire miała nie mieć nazwy. Taki przynajmniej był zamysł Carlosa Kusubayashiego. W celach stricte marketingowych jednak zdecydował się on jakoś nazwać to pachnidło. Tak powstało L’Anonyme ou OP-1475-A (OP to inicjały perfumiarza, numer 1475-A to numer referencyjny ALOF u jednego z ich dostawców). Zapach ten to studium perfumowego minimalizmu w wykonaniu Oliviera Polge’a. Poprzez połączenie sobie tylko znanych ingrediencji w sobie tylko znanych proporcjach perfumiarz uzyskał bardzo subtelne pachnidło, które mimo pozornej prostoty zaskakuje całkiem wyraźnymi zmianami na skórze, które nieuchronnie wiodą do bardzo zaskakującego finału. Ale zacznijmy od początku. A jest on zupełnie nietypowy, pozbawiony wyraźnych cytrusów czy przypraw (no dobrze – chwilami poczuć można ślad olejku z bergamoty), nieco chaotyczny, jakby sprawiał wrażenie bitwy molekuł o to, w jakim porządku się poukładają. Po kilku minutach powolutku wyłania się akord serca, w którym geranium oblane zostało syntetyczna ambrą i jakby mineralną aurą. Efekt jest zaiste intrygujący, ale dopiero kolejne minuty przynoszą prawdziwą niespodziankę, kiedy to zaczynam wyraźnie wyczuwać znajomy aromat…

ALOF LAnonyme 1

Oto pół godziny od aplikacji na skórze L’Anonyme  zaczyna pachnieć jak nowoczesna wersja Habit Rouge Guerlain! Coś niesamowitego! Czy to oko, które puszcza do nas Polge, czy niezamierzona koincydencja – pojęcia nie mam. Ale efekt jest niezaprzeczalny i bardzo zaskakujący. Musi więc tu być wanilia. I moim zdaniem jest i to wyraźna, mimo że oficjalny, enigmatyczny zresztą skład, jej nie wymienia. Jakby tego było mało, w bazie pojawia się jeszcze subtelna nuta skórzana, czy raczej zamszowa, która jest przecież także integralną częścią męskiego klasyka od Guerlain. Przyznam, że takiego obrotu sprawy po prostu się nie spodziewałem.

olivier_polge_01
Olivier Polge

Oczywiście skończyć opis na tym, że oto Olivier Polge zrobił swoją wersję Habit Rouge w postaci L’Anonyme ou OP-1475-A byłoby niesprawiedliwe. L’Anonyme ma własną „osobowość”, własną perfumową odrębność. Poza tym pachnie bardziej syntetycznie, nieco jednak eksperymentalnie, bardziej sucho, pozbawione jest niesamowicie soczystych cytrusów Habit Rouge. Inkorporuje za to całkiem wyraźne geranium. Pachnie też dużo ciszej, aniżeli klasyk. Według mnie nawet zbyt cicho i to mój największy zarzut do tego zapachu, aczkolwiek jest to wyłącznie kwestią gustu. Niemniej kilka stopni na skali głośności więcej i byłoby dużo lepiej. Patrząc jednak na to, że A Lab on Fire kierowane jest przez Japończyka z pochodzenia, można zrozumieć subtelność tego i innych zapachów marki. Tak czy inaczej L’Anonyme ou OP-1475-A zasługuje moim zdaniem na uwagę jako intrygujący, nowoczesny, raczej męski zapach, będący przykładem perfumiarskiej wirtuozerii zagranej piano z użyciem niewielkiej liczby charakterystycznych nut.

ALOF LAnonyme 2

nuty głowy: bergamotka

nuty serca: geranium

nuty bazy: cashmeran (blonde woods), biała ambra, zamsz

twórca: Olivier Polge

rok premiery: 2011

 

Thierry Wasser – Sweet Dreams 2003

„Pewien utalentowany perfumiarz z Nowego Jorku zapisał formułę jednego ze swych najbardziej cenionych dzieł i zostawił ją z przyjacielem, po czym uciekł do Paryża w poszukiwaniu nowego początku.”

sweet_dreams_2003-300x183

Te słowa znajdziemy na stronie A Lab on Fire w opisie Sweet Dreams. Ów utalentowany perfumiarz to nikt inny tylko Thierry Wasser, który opuścił koncern Firmenich, by w czerwcu 2008 roku zasiąść w zaszczytnym, ale i jakże wymagającym fotelu głównego perfumiarza Guerlain. Pozostawił po sobie gotową formułę pachnidła, którą podpisał Sweet Dreams. Enjoy! T., a które A Lab on Fire wydało cztery lata później.

ALOF Sweet Dreams 1

Śliczny, niemal wzorcowy cytrusowo-zielony początek zapachu, w którym swoistą grę prowadzą między sobą bergamotka, neroli i esencja liścia gorzkiej pomarańczy (petit grain) trwa dosłownie kilkanaście sekund i zapowiada kolońską naturę Sweet Dreams. Gładko przechodzi w subtelne białokwiatowe serce z delikatnym jaśminem w centrum. Doskonałym łącznikiem pomiędzy intro a sercem jest absolut z kwiatu pomarańczy, który z jednej strony koresponduje w oczywisty sposób z neroli, z drugiej zaś idealnie współgra poprzez swą biało-kwiatowość z jaśminem. Kilka minut od aplikacji na skórze konstytuuje się zapach przypominający Neroli Portofino Toma Forda, a raczej jego delikatniejszą wersję. Wzmocnienie dla nut kwiatowych stanowi – moim zdaniem – cashmeran (ostatnio z dużą łatwością wykrywam ten niemal wszechobecny składnik), tłem jest zaś akord ambrowy (ambroxan?). Wasser utrwalił kompozycję piżmami i – niecodziennie – kastoreum. Sweet Dreams to więc nic innego, jak modern cologne, tyle że w wersji light. Ładna, perfekcyjnie zrobiona. Z natury rzeczy jednak wtórna, delikatna i bardzo ulotna. Ulatuje równie szybko ze skóry co z pamięci.

ALOF Sweet Dreams

nuty głowy: bergamotka, neroli, petit grain

nuty serca: kwiat pomarańczy, jaśmin

nuty bazy: piżmo, ambra, kastoreum

twórca: Thierry Wasser

rok premiery: 2012

 

Dominique Ropion – What We Do in Paris Is Secret

dominique ropion 1
Dominique Ropion

Dominique Ropion dostarczył A Lab on Fire pachnidło bardziej wyraziste, głębokie, otulające i – przyznać trzeba – hipnotycznie piękne. Ochrzczone dość długim i nieco tajemniczym tytułem, pasującym raczej do książki aniżeli do perfum, What We Do… zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, potwierdzając absolutną wirtuozerię tego perfumiarza, który wielokrotnie już udowodnił, że przy użyciu dostępnych środków potrafi stworzyć perfumową nową jakość.

ALOF WWD

What We Do… to zapach, który łączy w sobie nuty kulinarne (liczi, miód, wanilia, tonka) z kwiatowymi (róża i heliotrop) oraz balsamem tolu, ambrą i sandałowcem. Od pierwszych sekund zwraca uwagę wyrazistością i intensywną gęstością. Kulinarna słodkość przełamana została tu z początku świeżością bergamotki i owocu liczi, by w sercu zagęścić ją i wzmocnić migdałową nutą heliotropiny. Wszystko to dodatkowo przedłużone zostało jakże kompatybilną  z heliotropem esencją z fasoli tonkowca (kumaryna). Efektem jest bez wątpienia zmysłowe, a nawet seksowne pachnidło, które dobrze zagra na skórze – bez znaczenia damskiej czy męskiej, przy czym na tej drugiej zabrzmi bardziej intrygująco i oryginalnie. What We Do… jest idealnie wprost zbalansowane. Zarówno projekcja jak i trwałość znacząco wykraczają tu poza standardy ALOF wyznaczone przez perfumy wcześniej opisane, przy czym zapach ten wciąż pozostaje stosunkowo lekki i na swój oryginalny sposób świeży. Fani Dans Tes Bras Frederica Malle szukający jego delikatniejszej, świeższej wersji mogą zostać pozytywnie zaskoczeni.

ALOF WWD 1

nuty głowy: bergamotka, miód, liczi

nuty serca: esencja tureckiej róży, wanilia, heliotrop

nuty bazy: tonka, balsam tolu, drewno sandałowe, szara ambra

twórca: Dominique Ropion

rok premiery: 2012

 

Frederic Malle EdP „Portrait of a Lady”

Dominique Ropion to perfumiarz, z którym Frederic Malle rozumie się wyjątkowo dobrze. Świadczyć o tym może choćby fakt, że aż pięć pachnideł z linii Editions De Parfums zostało skomponowanych przez tego artystę: Carnal Flower, Geranium Pour Monsieur, Une Fleur de Cassie, Vetiver Extraordinaire i chyba najbardziej uwielbiany przez koneserów perfum Portait of a Lady.  Kto nieco bardziej orientuje się w ofercie Frederica Malle, ten wie, że większość z dzieł Ropiona to najwyżej oceniane i często najchętniej kupowane pachnidła tej wyjątkowej, ekskluzywnej marki.

rose

Panowie Malle i Ropion ujawnili, że skomponowanie Portait of a Lady wymagało wyjątkowo wielu prób (kilkaset) i zajęło im bardzo wiele czasu. Efektem tych działań, których punktem wyjścia był Geranium Pour Monsieur, jest bez wątpienia jeden z najdoskonalszych znanych mi zapachów z różą w centrum. Ropion zestawił różaną esencję z paczulą, co samo w sobie może nie było odkrywcze, ale za to niezwykle skuteczne i efektowne, bowiem te dwa składniki mają się ku sobie jak niemal żadne inne w perfumerii. Charakterystyczna woń paczuli została tu jednak zręcznie zmodyfikowana poprzez użycie cynamonu i kadzidła olibanum, tak że nie poczujemy jej „solo”, podobnie zresztą jak i innych użytych tu składników, oczywiście poza wspomnianą różą. Tworzą one spójną orientalną całość oplatającą różaną esencję. Baza zapachu jest mocno piżmowa z dodatkiem drewna sandałowego i żywicy benzoesowej.  W akordzie głowy, dla jego rozjaśnienia, użyto czarnej porzeczki i maliny. Piękna, ciepła i zrównoważona różana woń dominuje tu jednak przez zdecydowaną większość czasu.

lady

Wbrew nazwie, która może sugerować kobiecą naturę tego zapachu, Portrait of a Lady idealnie sprawuje się na męskiej skórze, co osobiście sprawdziłem wielokrotnie. W swej orientalnej różanej naturze nie jest wcale zbyt odległy od Declaration d’Un Soir Cartiera, choć z pewnością jest pachnidłem cięższym, bardziej nasyconym i gęstszym aniżeli bardzo udane skądinąd perfumy autorstwa Mathilde Laurent. Innymi zbliżonymi do Portrait of a Lady zapachami, także opierającymi się na współczesnym połączeniu róży i paczuli są opisywane swego czasu przez mnie Hippie Rose Jamesa Heeleya i Lumiere Noire Pour Homme Francisa Kurkdjiana.

dominique ropion
Dominique Ropion

Portrait of a Lady pachnie wyraziście, mocno i długo, bo ponad 12 godzin. Jest pod każdym względem doskonale skonstruowany. Prezentuje współczesne ujęcie różanego tematu: nieprzytłaczające, idealnie wyważone, piękne. Wspaniały zapach, którego noszenie daje ogromna satysfakcję. Polecam gorąco.

portrait_of_a_lady_hires_1

nuty głowy: czarna porzeczka, malina

nuty serca: turecka róża, cynamon, goździk, paczula

nuty głębi: drewno sandałowe, ambroxan, białe piżmo, benzoes, kadzidło

twórca: Dominique Ropion

rok wprowadzenia: 2010

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 12 h

Paco Rabanne „Invictus” – niezwyciężona bestia czy g. w amforze?

Nachalność telewizyjnych reklam tego zapachu w okresie przedświątecznym przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Ale że reklama dźwignią handlu, postanowiłem zainwestować w pakiet próbek najnowszego zapachu marki Paco Rabanne Invictus, by sprawdzić jaki to zapach i czy działa na kobiety podobnie, jak to widać w reklamie 😉 Poczułem też rzadki u mnie kronikarski obowiązek, by przetestować tę ciecz na własnej skórze, a następnie skrobnąć kilka zdań na blogu, by zwiększyć jego oglądalność (a jakże!), bo wciąż ta nudna i droga jak piorun „nisza”, a tu na około tyle się dzieje…

Ale po kolei. Marka Paco Rabanne nie znaczy dziś zbyt wiele, ale faktem jest, że kilka lat temu zdrowo namieszała na rynku perfum męskich za pomocą – jak się później okazało – absolutnego bestsellera 1 Million. Fenomen tego zapachu próbowało już zrozumieć i opisać wielu (ja niestety nie czułem się nigdy na siłach, ale może kiedyś? Pożyjemy – zobaczymy). Oto pięć lat po premierze jednego miliona, który przyniósł kolejne miliony (euro), nadszedł czas na zapach zwycięzcy lub raczej niezwyciężonego (w rankingach sprzedaży). To chyba oczywiste.

PACO-RABANNE_INVICTUS_MAKING-OF_5

Zespół mniej i bardziej szacownych perfumiarzy zasiadł do pracy nad Invictusem, który – czego jestem na 99% pewien – miał co najmniej powtórzyć komercyjny sukces One Million, jeśli go nawet nie przebić. Gdy patrzę na listę płac, zachodzę w głowę, co też tam robił utytułowany, doświadczony i piekielnie zdolny Dominique Ropion? Co utalentowany i już niedługo nadworny w Chanelu Olivier Polge?  A co robiła tam doświadczona i świetna Anne Flipo? Odpowiedź jest prosta – zarabiali na życie. Wygrali typowy w branży perfumowej przetarg, czy też konkurs ofert. W odpowiedzi na brief przesłany między innymi im (a konkretnie ich pracodawcy, firmie Inernational Flavors & Fragrances) przesłali próbki zapachu. Zostali wybrani. I stworzyli potwora. Inaczej nie potrafię bowiem nazwać tego, co wydobywa się z atomizera Invictusa… 

Plastikowa, odrażająca nuta, podobno morska, z początkowo bardzo wyraźną dawką kamfory (zapach znanej maści rozgrzewającej używanej gremialnie przez bywalców osiedlowych siłowni, co w sumie nieźle współgra z kampanią reklamową…) zatopiona w nieprawdopodobnie syntetycznej, mdlącej, słodkiej miksturze składników, z których żaden nie jest możliwy do rozpoznania (ten ulep ma być nutą gwajaku?!). Nie o to zresztą chodzi. Perfumy mają przede wszystkim pachnieć, a te…, przepraszam za kolokwializm, śmierdzą od początku do końca, przy czym jeden od drugiego niewiele się różni. Naturalnie z czasem uchodzi z niego kamfora, a całość staje się okrutnie mdła i tak trwa już do końca. Odległego końca, bo jak na złość Invictus ma naprawdę świetne parametry użytkowe – pachnie mocno, wyraźnie i bardzo długo. Wręcz nie chce zejść ze skóry!

invictusm

Kilkukrotne globalne użycie tego zapachu utwierdziło mnie też w przekonaniu, że Invictus zwraca uwagę otoczenia. Oj tak! Najpierw kolega z biura zauważył, że pachnę jakoś inaczej, niż zwykle (a kolega zna moje upodobania i często wyraża się pochlebnie o noszonych przez mnie perfumach). Innym razem – w ramach testowania odbioru Invictusa wśród kobiet – naraziłem na jego działanie moją żonę, otrzymując wczesnym wieczorem, po całodniowym przebywaniu w jej towarzystwie, komentarz, że tym razem ciężko znosi te moje perfumy. Muszę wszakże dodać, że moje absolutnie pierwsze testy Invictusa, jeszcze na papierku testowym, a później na skórze, były też pierwszymi znakami ostrzegawczymi. Nie wierzyłem, że to może aż tak cuchnąć, więc testowałem dalej. Ale już wystarczy. Dosyć. Stop!

Panowie! Jeżeli nie musicie, nie używajcie Invictusa. Jeżeli wyglądacie tak, jak ten pan z reklamy telewizyjnej, to po pierwsze gratuluję sylwetki, po drugie uważam, że zasługujecie na lepsze perfumy! Nie dajcie się złowić specom od marketingu i sprzedaży. Nie kupujcie tego paskudztwa, a zniknie ono z półek szybciej, niż się na nich pojawiło.

Drogie Panie! Nie kupujcie swoim mężczyznom tego zapachu. Jeżeli już skądś go mają i używają, nie chwalcie ich, że ładnie pachną (chyba, że mówicie to szczerze, bo szczerość jest przecież najważniejsza…). Zachęćcie ich raczej, by postawili sobie oryginalny flakonik na półeczce jako ozdobę i wybierzcie się razem do perfumerii w poszukiwaniu czegoś, co… pachnie.

Nie promujmy wśród nas samych paskudnej miernoty, gdy mamy wybór. Jest wiele wspaniałych pachnideł. Sięgajmy po nie. Bestię zaś spuśćmy do piekieł… A na Sylwestrowy bal użyjmy czegoś innego. Od biedy może być… 1 Million.

invictus

nuty górne: grejpfrut, akord morski

nuty środkowe: wawrzyn, drewno gwajakowe

nuty dolne: paczula, ambra

twórcy: Veronique Nyberg, Anne Flipo, Dominique Ropion, Olivier Polge

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: fatalny
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 10 godz

YSL „L’Homme” (revisited)

Ten wpis miał dotyczyć najnowszego wcielenia zapachu L’Homme YSL – Libre. Jednak przy okazji testowania go, sięgnąłem po protoplastę, tak dla porównania i….

……Swego czasu – na moim poprzednim blogu – zamieściłem wpis nt.  L’Homme – sztandarowych współczesnych męskich perfum szacownej marki Yves Saint-Laurent, która notabene dziś jest własnością L’Oreal (koncern posiada licencję i pod marką YSL wypuszcza na rynek perfumy). Czytając dziś moje ówczesne niezbyt pochlebne impresje nt. L’Homme i mając za sobą kilka dni testów „globalnych”, stwierdziłem jednak, że jestem temu zapachowi winny trochę inną recenzję, bardziej zrównoważoną. Mam wrażenie, że byłem dla tego zapachu albo zbyt surowy albo zbyt pochopny w ocenie.

L’Homme przez te kilka ostatnich dni zaskoczył mnie całkiem pozytywnie. Bardzo przyzwoicie się sprawował, pozostawiając za mną subtelny „ogonek” i delikatnie ewoluując od słodko-przyprawowego początku, przez zielone fiołkowe serce aż po drzewno-ambrowy finisz. Dodam, że kluczem okazała się być dość obfita aplikacja (kilkanaście razy w „strategiczne” miejsca). Najciekawiej i najmocniej zapach promieniował ok. 6 godzin po użyciu, gdy bardzo wyraźnie dawała o sobie znać nuta liści fiołka (niegdyś przez mnie nie zauważona albo po prostu zignorowana), tak ostatnio popularna w męskich perfumach (można powiedzieć, że znowu popularna, bo fiołek tkwi przecież w sercu takich mainstreamowych klasyków jak Grey Flannel czy Fahrenheit). L’Homme trzyma się na skórze nawet ponad 12 godzin, z tym że ostatnie 2-3 już zupełnie blisko. Jego projekcja, z początku dość nieśmiała, może zmylić. Wystarczy dać mu kilka godzin, by rozkwitł i promieniował na otoczenie z całkiem solidną, ale nie przesadną mocą.

Koniec końców wciąż uważam, że YSL L’Homme nie był najlepszym wyborem do roli flagowego zapachu YSL i protoplasty linii. Porównując choćby z analogiocznym Homme Diora, który zrobił zdecydowanie mocniejszy statement, głównie dzięki połączeniu mocnych nut pudrowych z syntetycznym fiołkiem (i już przeszedł do historii, choć na rynku pozostaje). L’Homme brakuje takiego czegoś. Mimo to uważam, że to bardzo przyzwoicie zrobione współczesne męskie perfumy, nawet dość ciekawie i wdzięcznie ewoluujące. Przypadną do gustu osobom lubiącym zapachy nowoczesne, ale raczej ciche i nie nachalne, choć mające w sobie mimo wszystko jakąś magnetyczną nutkę (tu chyba właśnie ten fiołek).

Już po tym wszystkim, gdy siadłem do tej rewizji mojej poprzedniej recenzji, zwróciłem uwagę na niesamowicie silną trójcę, która uchodzi za autorów L’Homme. Flippo, Wargnye i Ropion to duże nazwiska w perfumeryjnym świecie. Ich kunszt czuć w tej kompozycji i doceniam go, biorąc po uwagę, że z pewnością pracowali wg ustalonego briefu i ograniczonego budżetu.

YSL L’Homme dostał u mnie drugą szansę i zaskoczył. W efekcie nieco podnoszę jego w moich oczach ocenę. To kolejny dowód na to, że czasem warto dać perfumom więcej czasu. Źle! Zawsze warto.

PS. Oczywiście recenzja L’Homme w wersji Libre pojawi się na blogu. Tym razem daje sobie więcej czasu…

nuty górne: cedrat, bergamotka, imbir, akord ozonowy

nuty środkowe: liście fiołka, kwiaty bazylii, biały pieprz

nuty dolne: drewno sandałowe, cedrowe, wetiwer, tonka, ambra

twórcy: Anne Flipo, Pierre Wargnye, Dominique Ropion

rok wprowadzenia: 2006

moja klasyfikacja: zapach odpowiedni na chłodne pory roku; raczej cichy; komfortowy; dla osób poszukujących zapachów zrównoważonych i nie rzucających się w nos; idealny do zatłoczonego biura typu open space

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc:4/ trwałość: 5/ flakon: 5