„L’Eau” Tauer Perfumes – kwitnące drzewo cytrynowe

Jestem fanem świeżości w perfumach. Ktoś powie – banalne. Może. Ale ja po prostu bardzo lubię kompetentnie wykonany świeży zapach, czy to w formie perfum do ciała, czy zapachu do pomieszczeń. Dlatego m.in. tak cenię autorskie kreacje Francisa Kurkdjiana, który w ramach swej własnej marki Maison FK co rusz przedstawia kolejne, nie mające sobie równych interpretacje świeżości. O ile więc po tym sławnym paryskim perfumiarzu spodziewam się takich właśnie pachnideł, o tyle po – może mniej znanym, ale nie mniej utalentowanym – Andym Tauerze już raczej nie. Szwajcar znany jest raczej z esencjonalnych, gęstych, orientalnych, drzewnych, skórzanych i kwiatowych pachnideł. Tym bardziej zaskoczyła mnie jego najnowsza kreacja pod jakże wiele mówiącą nazwą L’Eau. Cieszą mnie takie inicjatywy.

andy-tauer

Pomyli się jednak ten, kto podejrzewa, że L’Eau to zapach wodny lub też cytrusowy, choć inspiracją do jego powstania było drzewo cytryny rosnące na werandzie perfumiarza.

Tzn. nuty cytrusowe owszem są tu obecne i wyczuwalne, ale bardzo delikatnie i to tylko na samym początku, w postaci słodkiej cytrusowej mgiełki. Istota L’Eau nie są jednak wcale cytrusy. Kwiatowy akord serca zbudowany z kwiatu cytryny oraz nuty kwiatu (!) irysa (co musi być olfaktoryczną interpretacją, bowiem nie wyczuwam tu wprost irysowej esencji, rozumianej jako ekstrakt z kłącza tej rośliny) stanowi trzon L’Eau, przesuwając go w rejony lekko biało-kwiatowe. Wciąż jednak to nie wszystko. Ambrowe tło – przywołujące echa innych pachnideł Tauera – jest tu także obecne, choć oczywiście w subtelniejszej wersji, przy czym zostało tym razem zatopione w bardzo obfitej dawce białych piżm, pachnących w sposób, który zwykłem opisywać jako woń prasowanej pościeli (ta sama woń dominuje obok lawendy i tonki w Gris Clair Serge’a Lutensa). Nie bez wpływu na zaskakująco ciepły charakter tego pachnidła pozostaje nuta sandałowca i coś jeszcze (przywołany przez autora timber? Wietrzę tu jakąś aromamolekułę…), co przydaje zaskakującej nutki pikantnej, drzewno-przyprawowej w sercu zapachu.

lemontree

Andy przemycił do tego z założenia lekkiego aromatu swoją sygnaturę, swój autorski podpis (tauerade), który najdobitniej poczujemy w legendarnym już L’Air du Desert Marrocain. Przez to L’Eau wcale nie jest typowo świeży w rozumieniu rześkości, lekkości, orzeźwienia. Jest raczej świeżo-ciepły, lekki, ale zmysłowy oraz subtelny (jak na standardy tego perfumiarza), przy tym trwały – dzięki ambrowo-piżmowej fiksacji.

Czy wobec tego wszystkiego można L’Eau porównać do jakichkolwiek innych perfum? Owszem. Podobną słoneczną (solarna?) woń, przypominająca aromat wyimaginowanej emulsji do opalania znajdziemy w Aqua Vitae Francisa Kurkdjiana. Tyle że ten perfumiarz nigdy nie przedawkowałby tak wyraźnie białych piżm (jego perfumy są perfekcyjnie „skalibrowane” i „wypolerowane”, przez co niektórzy uważają je za mało interesujące). Inny pokrewny zapach – także pod względem nazwy – to L’Eau Serge Lutens, choć tamten jest jednak nieco bardziej kwiatowy.

Podsumowując, L’Eau to intrygująca i na pewno nietypowa woń z gatunku tych lżejszych i świeższych, choć w tym przypadku paradoksalnie wcale nie orzeźwiająca. Być może to zamierzony efekt, w co wierzę, a być może jest tak, że za cokolwiek nie weźmie się Andy Tauer, nabiera to jego ciepłego, tauerowskiego charakteru. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Dla mnie do dowód, że artysta ten ma wciąż wiele do zaproponowania i zawsze stara się „mówić własnym językiem”, zamiast próbować „papugować” innych.

 

Leau Tauer

nuty głowy – akord cytrusowy: bergamotka, cytryna, słodka pomarańcza

nuty serca: kwiat cytryny, kwiat irysa

nuty bazy: białe piżma, szara ambra, drewno sandałowe, timber

perfumiarz: Andy Tauer

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Le Galion – jak feniks z popiołów

La Galion logo

Francuska marka Le Galion szczyci się niezwykłą i dość długą historią. Powołana do życia jako dom perfumeryjny w 1930 roku przez Księcia Murata, już po pięciu latach trafiła do rąk niejakiego Paula Vachera, perfumiarza, który zdążył był już pracować z Guerlainem oraz Lanvinem (współtworzył słynny Arpege). Ten w 1936 roku zaprezentował Sortilege – pachnidło, które szybko stało się absolutnym przebojem salonów (nosiła je sama Marilyn Monroe). Potem powstały kolejne: Bourrasque, Brume, Tubeureuse, Iris. Wszystkie słynęły z bogatych w naturalne składniki receptur, nieprzeciętnej elegancji i piękna. Nic dziwnego, że gdy w 1946 roku Christian Dior i Serge Heftler-Louiche (dziadek niejakiego Frederica Malle!) szukali kogoś, kto skomponowałby dla Diora pierwsze perfumy, Vacher wydawał się naturalnym, choć z pewnością niełatwym wyborem (był wówczas jednym z kilku najbardziej znanych i najwybitniejszych francuskich perfumiarzy obok Edmonda Roudnitski, Etnesta Beaux, Ernest Daltroffa czy Jacquesa Guerlaina). Vacher stworzył dla Diora szyprowe perfumy nazwane Miss Dior.

paul-vacher
Paul Vacher

Niezależnie od tego perfumiarz rozwijał własną markę Le Galion i w ciągu kolejnych niemal 30 lat (zmarł nagle w 1975 roku) dzielił swe obowiązki pomiędzy nią, a rolę głównego producenta perfum dla Christania Diora. Warto wiedzieć, że Vacher jeszcze raz zasiadł przy perfumiarskich organach na zlecenie Diora, aby w 1963 stworzyć Diorling. Ale lata 60-te i początek 70-tych to przede wszystkim kolejne pachnidła Le Galion, m.in. Vetyver (1968).

Diorling

Po śmierci Paula Vachera za sterami firmy na kilka lat stanęła jego córka, Dominique De Urresti. W latach 80-tych Le Galion zakupili Amerykanie i bardzo szybko rozłożyli firmę na łopatki. Byłby Le Galion już wyłącznie historią, gdyby nie Nicolas Chabot, który kilka lat temu zakupił prawa do marki i reaktywował ją w bardzo dobrym stylu, przywracając z pomocą francuskich perfumiarzy (Vanina Muracciole, Marie Duchene, Anne-Sophie Behaghel, Amelie Bourgeois, David Maruitte, Thomasa Fontaine) słynne klasyki we współczesnych wersjach oraz dodając zupełnie nowe pachnidła.

Nicholas Chabot

Chabot zadbał nie tylko o treść pachnideł, ale także o ich formę. Współczesny Flakon Le Galion nawiązuje swym oszczędnym i eleganckim, bezpretensjonalnym designem do butli, w jakiej sprzedawane było Sortilege z czasów swej świetności:

Old Sorilege

Poniżej zdjęcie kolekcji Le Galion eksponowanej podczas Esxence 2016:

Gallion

Ona czyli Sortilege A.D. 2014

Ulubione (zapewne obok No 5 Chanela) perfumy Merylin Monroe także dziś pachną niezwykle kobieco i bardzo w stylu odległych już lat 30-50 tych XX wieku. Tradycyjna i sprawdzona tysiące razy mieszanka wszelkiej maści składników kwiatowych (z dominującymi ylang ylang i jaśminem) z aldehydami na drzewno-ambrowej bazie i sandałowcem jako głównym elementem rusztowania, nigdy, przenigdy nie wyjdzie z mody. Oby zresztą tak było, bo trudno przecież znaleźć bardziej ponadczasowo kobiecy aromat, niż ten reprezentowany przez Sortilege, będący w jakimś sensie – jak każdy tego typu zapach po 1921 roku – dłużnikiem Ernesta Beaux i jego Chanel No.5. Bowiem po 1921 roku wszystkie pachnidła o podobnej woni chcąc nie chcąc muszą być porównywane do królowej. A królowa jest przecież jedna…

marilyn-monroe-sortilege-perfume-300x229

Trzeba wszakże przyznać, że współczesna wersja Sortilege pachnie bardzo szykownie, harmonijnie i mimo ewidentnej retro metryki, całkiem „dzisiejszo”. Aldeyhydy zastosowano z umiarem (nie to co w dziele Beauxa :)), a kwiatowy bukiet pachnie po prostu nieziemsko. Doskonała jest jakość składników, a kompetencja, z jaką wykonano samą kompozycje – bezdyskusyjna. Godzien podziwu zaś polot, z jakim reaktywowano klasyczną, niemal kultową woń.

Sortilege A.D. 2014 pachnie jak dzieło wybitnego kompozytora, zagrane przez współczesnego wirtuoza  na najlepszej jakości skrzypcach. Takiej muzyki słucha się nie tylko z największą przyjemnością, ale także z zachwytem, podziwem i szacunkiem dla twórcy i wykonawcy.

Sortilege są współcześnie nienachalne, ale nie należy zapominać, że choć podana wg dzisiejszych reguł, jest to kompozycja w starym stylu. Fanki współczesnych perfum cukierkowych, owocowych i syntetyczno-kwiatowych, słynące z robienia sobie selfie przy każdej okazji i umieszczania ich bez zastanowienia na Instagramie, prawdopodobnie skomentują ten zapach jako – delikatnie mówiąc – „babciny”. Błąd. Przede wszystkim w rozumowaniu. Każda babcia była przecież niegdyś młodą, a później dojrzałą kobietą. Jeżeli pachniała Sortilege, to musiała robić oszałamiając wrażenie. Bo Sortilege jest oszałamiająco kobiecy. A jest tego jedna zasadnicza przyczyna –  to perfumy przeznaczone dla kobiet, nie zaś mentalnych podlotków…

sortilege_le-galion

nuty głowy: konwalia, bez, ylang-ylang, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, mimoza, narcyz, róża turecka, irys

nuty bazy: indonezyjski sandałowiec, wetiwer, labdanum, piżmo, ambra

twórca: Paul Vacher/ Marie Duchene

rok premiery: 1936/ 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

On czyli Vetyver A.D. 2015

Przypomnijmy – lata 50-te i 60-te ubiegłego wieku były czasem popularności zielono-ziemistej nuty wetywerii w pachnidłach już wówczas kierowanych do gentlemanów. Carven Vetiver (1957), Vetiver od Guerlain (1959), Eau de Vetyver od Givechy (1959) stanowiły swoistą męską odpowiedź na aldehydowo-kwiatowe pachnidła kobiece. Paul Vacher doskonale czuł rynek, więc w 1968 roku wypuścił własną wodę wetiwerową – Eau de Vetyver.

eau de vetyver galion

Nicholas Charabot i Thomas Fontain przywrócili ją światu w 2015 roku pod uproszczoną nazwą Vetyver. Podobnie jak Sortilege nie przypomina współczesnych perfum kwiatowych, tak Vetyver nie jest aromatem wetiwerowym w dzisiejszym tego słowa rozumieniu (w typie Vetiver Extraordnaire Frederica Malle, Sycomore Chanel, Encre Noire Lalique czy Grey Vetiver Toma Forda). Wszystkie wymienione to na wskroś współczesne interpretacje tematu, podczas gdy Vetyver Le Galion pod względem kompozycyjnym wyraźnie tkwi w przeszłości. Przede wszystkim nie wetiwer jest tu głównym aktorem. Zielony, niemal trawiasty, lekko gorzki początek zbudowany jest głównie z esencji liścia gorzkiej pomarańczy (petit grain) i bergamoty, spod których wybija się szorstko pachnąca gałka muszkatołowa. Intro naturalnie przeistacza się w mocno ziołowe, szorstkie serce złożone z szałwii, lawendy, petitgrain, estragonu i kolendry. Spore nagromadzenie takich, a nie innych ingrediencji ziołowych, przydaje całości retro sznytu. Z czasem zapach nabiera utrzymującego się już do końca drzewno-mszystego charakteru i finiszuje cichnąc, podczas gdy ja wciąż czekam na tytułowy wetiwer…

Vetyver to mocno klasyczne w swym charakterze i utrzymane w konwencji retro bardzo męskie pachnidło dla raczej dojrzałego mężczyzny. Można go śmiało potraktować jako męski odpowiednik Sortilege, gdy chodzi o to, co proponuje Le Galion.

Czuję, że jego obecna wersja zachowała bardzo wiele ze swego poprzedniego wcielenia. Jednak w porównaniu ze starszym przecież Vetiverem od Guerlaina wypada mało przekonująco. Ale mało co przecież może równać się z arcydziełem młodziutkiego Jean-Paula Guerlaina…

 

Le Galion Vetyver

nuty głowy: bergamotka, włoska mandarynka, gałka muszkatołowa

nuty serca: szałwia, lawenda, petit grain, estragon, kolendra

nuty bazy: wetiwer, sandałowiec, bób tonka, piżmo

twórca: Paul Vacher/ Thomas Fontaine

rok premiery: 1968/ 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

 

PS. Perfumy La Galion dostępne są w perfumerii Quality Missala.

Andy Tauer „Sotto La Luna Gardenia” – trzyczęściowa oda do gardenii

Sotto La Luna to kolejny minicykl w coraz bardzie obszernej ofercie niezwykłych perfum Andy Tauera. Tym razem poświęcony białym kwiatom, które kwitną nocą, w blasku księżyca. W tym cyklu w 2014 roku artysta zaprezentował Gardenia, a w 2015 – Tuberose. Dziś moje wrażenia z testów pierwszym z nich.

Wedle autora Sotto La Luna Gardenia przedstawia  tytułowy kwiat w trzech odsłonach: gardenia pączkująca w świetle księżyca (pikantno-świeża – w akordzie głowy), gardenia w pełnym rozkwicie w towarzyszeniu subtelnej róży (zielona gardenia w akordzie serca), wreszcie gardenia dojrzała (pudrowo-mszysta w akordzie bazy) w towarzystwie odrobiny jaśminu na łożu z sandałowca, tonki i wanilii. Perfumy kwiatowe rzadko wzbudzają moje zainteresowanie, chyba że są to kwiaty od Frederica Malle, Le Labo czy właśnie Tauera. Wtedy sprawy mają się zgoła inaczej…

Gardenia

Początek zapachu to chyba jedna z najbardziej osobliwych woni, jakie Andy Tauer kiedykolwiek zaproponował. Prawdziwe wyzwanie nawet dla wytrawnego i zaznajomionego z dziwacznymi aromatami nosa. Zapach otwiera się w sposób wg mnie mocno kontrowersyjny, a nawet… nieprzyjemny. Mieszanka fetoru rozkładających się kwiatów, grzybo-podobnej, ostrej, gryzącej nos woni pieczarki z subtelnym tłem przypominającym aromat kwiatowego nektaru, wnętrza kwiatowego kielichu. Być może tak właśnie pachnie gardenia, gdy zanurzy się w nią nozdrza? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że ów niepokojący, mocny, iście baudelaire’owski aromat trwa – jak to u Tauera zwykle bywa – długie minuty, a konkretnie ich kilkadziesiąt. I gdyby sądzić o tym pachnidle wedle pierwszych kwadransów, należałoby flakonik wyrzucić do kosza tudzież odesłać do sympatycznego Szwajcara z reklamacją i prośbą, by wymienił flakon na zawierający świeże perfumy…

Szczęśliwie czas jest w tym przypadku sprzymierzeńcem i powoduje stopniowe, bardzo powolne łagodnienie wspomnianych nut trudnych na korzyść wysuwającego się naprzód akordu bazowego, w którym gardenii jest dużo mniej, a więcej balsamicznego, lekko nektarowego, waniliowo-tonkowego ciepła przełamanego odrobiną jaśminu. Zapach staje się cichszy i trwa na skórze zadowalająco długo.

Gardenia to perfumy białokwiatowe stworzone bez oglądania się na modę, czy komercyjny ich potencjał. Rzecz dla koneserów i wielbicieli perfum prawdziwie artystycznych i bezkompromisowych. Jak zawsze, gdy chodzi o twórczość Andy’ego Tauera. No… prawie zawsze, ale o tym już wkrótce…

Tauer Gardenia
zdjęcie: Fragrantica.com

nuty głowy: gardenia

nuty serca: gardenia, róża, zielone nuty

nuty bazy:  gardenia, jaśmin, drzewo sandałowe, bób tonka, wanilia.

twórca: Andy Tauer

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

Francis Kurkdjian „masculin Pluriel” i „feminin Pluriel”

Francis Kurkdjian lubi mówić o ofercie swego domu perfumeryjnego jako o zapachowej garderobie, w której można znaleźć coś na każdą okazję. W tym kontekście jego najnowsze produkcje – para pachnideł masculin Pluriel i feminin Pluriel – wydają się być odpowiednikami stroju casual i pasują doskonale jako perfumy używane na co dzień – do pracy lub też przy innych niezobowiązujących, nieformalnych i nieuroczystych okazjach (bowiem na te znajdziemy w ofercie MFK inne perfumy). By osiągnąć ten efekt perfumiarz sięgnął po ponadczasowe i sprawdzone na przestrzeni dziesiątek już lat, ale też już mocno wyeksploatowane konwencje: męskiego fougere i kobiecego floral. Zaadaptował je do obecnych perfumowych trendów i przyzwyczajeń, użył współcześnie dostępnych ingrediencji i – rzecz jasna – odznaczył piętnem swego niepowtarzalnego, politycznie poprawnego i powściągliwie luksusowego stylu.

Francis Kurkdjian
Francis Kurkdjian

masculin Pluriel to najświeższy przykład zabawy z konwencją fougere, choć wcale nie pierwszy w wykonaniu tego perfumiarza. Warto wspomnieć, że jego debiutancki Le Male (1995) dla Jean-Paula Gaultiera to nic innego jak aromatyczne fougere wzbogacone m.in. o wanilię, kwiat pomarańczy i miętę. Innym przykładem jest Narciso Rodriguez for Him (2007), w którym Francis wzbogacił temat zieloną nutą fiołkowego liścia oraz sporą dozą paczuli i jeszcze większą piżm, a którym – jak sam przyznaje – oddał hołd wielkim męskim fougere lat 80-tych. Oba pachnidła uważam za bardzo dobre, przy czym pierwsze okazało się być absolutnym bestsellerem, który np. we Francji utrzymuje się po dziś dzień w czołówce rankingu najchętniej kupowanych męskich perfum. Czyżby modern fougere wciąż było na topie?

Wracając do masculin Pluriel – zapach ten w swej prostocie nawiązuje do samych początków gatunku fougere w typie Fougere Royale czy Brut. Sprawia wrażenie surowego i nieskomplikowanego, co zdaje się potwierdzać także jego bardzo nieznaczna ewolucja na skórze. Rozpoczyna się intrygującym, nieco słodkawym akordem, w którym z pewnością obecna jest lawenda. Jednak już po chwili pojawia się coś szorstkiego i ostrego niczym drewniane wióry. To cedr. Tak więc z jednej strony czuję woń chluby Prowansji, z drugiej zaś szlachetny, doskonałej jakości czerwony cedr. Na ewidentny efekt fougere wpływają tu z pewnością także inne, niewyczuwalne dla mnie ingrediencje. Wraz z upływającym czasem cedrowe wiórki tracą na zadziorności i na skórze formuje się akord niby-skórzany – współczesny, ciepły i męski, lekko słodki, który trwa na skórze dobrze ponad 10 godzin, przy średniej, a w końcowej fazie słabej projekcji. Baza ta pachnie dość charakterystycznie, sygnaturowo i jest ewidentnie w stylu fougere. Wyczuwam w niej nawet coś „na kształt” mchu dębowego oraz może odrobiny wanilii.

Tak więc poprzez masculin Pluriel Francis Kurkdjian poszerzył ofertę Maison FK o dobrze zakorzeniony w tradycji męski fougere. W mojej osobistej ocenie – biorąc pod uwagę możliwości tego perfumiarza – sam zapach jest jednak zaledwie dobry. Czegoś mi w nim wyraźnie brakuje. Może przebłysku talentu, który w pełnej krasie rozkwitł choćby w genialnym Oud czy wspomnianym For Him dla Rodrigueza? Cóż, widać w perfumerii – podobnie jak w sporcie – dobra forma nie jest stała i nie jest dana raz na zawsze. Przyznam, że kobiecy Pluriel spodobał mi się nieco bardziej, o czym poniżej.

Pluriel masculin

główne nuty: lawenda, czerwony cedr, paczula, wetiwer, skóra

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 h

feminin Pluriel

Istotą damskiego Pluriela jest akord złożony z czterech esencji kwiatowych: irysa, jaśminu, róży i kwiatu pomarańczy. Stanowią one nowoczesny kwiatowy bukiet, który oparty o drzewne nuty wetywerii i paczuli oraz utrwalony białymi piżmami jest w istocie tym, czym w założeniu miał być – bezdyskusyjnie kobiecym i bardzo uniwersalnymi perfumami casual. Wdzięcznie i czytelnie rozwijają się one na skórze. Najpierw śliczna, delikatna, nieco rozjaśniona zielonością liścia fiołka, lekko „marchwiowa” nuta irysa. Trwa ona na skórze kilka minut, by następnie ustąpić miejsca nutom białych kwiatów. Duet jaśminu i kwiatu pomarańczy jest tu delikatny, bardzo zbalansowany i śliczny w swej poprawności. Kurkdjian opanował naturę esencji z kwiatu pomarańczy na mistrzowskim poziomie, czego dowiódł już wielokrotnie. Tu dzięki nektarowej słodyczy neroli dominujący w tym akordzie jaśmin pozbawiony został naturalnych ostrych, indolowych akcentów. Akord ten przyjemnie gryzie nozdrza i wyczuwam w nim wspomnienie Narciso Rodriguez for Her w wersji Eau de Parfum (tego samego autora). feminin Pluriel jest jednak jako całość subtelniejszy, bardzie wygładzony, dopieszczony. W jego bazie ujawnia się róża, podobnie jak białe kwiaty podana tu w zaskakująco delikatnej, zwiewnej formie. Doprawiona białymi piżmami z czasem nabiera specyficznej mydlanej natury kojarzącej się z czystością – jedną z charakterystycznych cech stylu Kurkdjiana. Kilkanaście godzin po aplikacji na skórze pozostają już tylko wspomniane białe, czyste piżma, przypominające te znane z bazy Aqua Universalis.

feminine Pluriel ma dobrą projekcję i jest zapachem „wagi średniej”. Przy tym jednak trwa na skórze dobrze ponad 12 godzin, co jest bardzo dobrym rezultatem. Sam zapach zrobił na mnie więcej niż dobre wrażenie. Pachnie przekonująco na każdym etapie ewolucji na skórze. Myślę że ze względu na swą uniwersalność oraz pozbawioną jakichkolwiek kontrowersji poprawność, może stanowić doskonałą propozycję na prezent. To po prostu śliczne perfumy, które doskonale podkreślą kobiecość.

Pluriel feminin

główne nuty: irys, fiołek, róża, jaśmin, konwalia, kwiat pomarańczy, wetiwer, paczula

twórca: Francis Kurkdjian

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 12 h

 

Heeley Perfumes (2) – precyzja, równowaga, subtelność

Ophelia

Te zainspirowane szekspirowską bohaterką perfumy są jedynymi tak ewidentnie kobiecymi w głównej linii marki Heeley, co uważam za dość zaskakujące (faktem jest, że 99% jego zapachów to uniseksy). Niemniej Ophelia to pod względem tematyki bardzo typowy zapach biało-kwiatowy, w którym absolutnie niezbędne w tego typu bukiecie nuty jaśminu, ylang ylang i tuberozy (znajdujące się w jego centrum) przybrane zostały soczystym, nieco nawet owocowym, gruszkowo-zielonym intro (molekuła stemone), w którym obecna nuta lilii wodnej idealnie wprowadza główny kwiatowy temat. Głębi i trwałości perfumom dodają piżma, ambra i mech drzewny. Przy całej swojej sztampowości Ophelia wprost urzekła mnie niezwykłą, delikatną, kruchą, jakby porcelanową urodą. Jest w swym charakterze podobny do En Passant Olivii Giacobetti, z tą różnicą, że tu nie mamy lilakowego tematu. Podobnie jak tytułowa literacka postać zapach ten łączy w sobie romantyczną i zmysłową kobiecość z czystością i wieczną młodością. Wprost idealnie pasuje do białego welonu ślubnego…

heeley ophelia

nuty głowy: zielone łodygi, lilia wodna

nuty serca: jaśmin, ylang ylang, tuberoza

nuty bazy: białe piżmo, szara ambra, mech

 

„Oranges and lemons say the bells of St. Clement’s”

Tymi słowy zaczyna się staroangielska rymowanka dla dzieci, której pierwsze dwa wersy James Heeley wykorzystał w nazwie swego pachnidła, będącego niczym innym jak cytrusowo-ziołową wodą kolońską utrzymaną w tradycyjnej, bardzo brytyjskiej stylistyce. Jak już wspomniałem Heeley szczególnie ceni sobie zapachy świeże, co warto jeszcze raz podkreślić, gdyż w perfumerii tzw. niszowej jest rzadkim przypadkiem. Ale Oranges & Lemons to mimo ogranego od setek lat tematu zapach wyjątkowy. Bogactwo i naturalne brzmienie akordu cytrusowego, który dominuje w pierwszych minutach, a który uzupełniony zielono-gorzkim olejkiem petit grain i jakże kompatybilnym olejkiem neroli brzmi niczym jak najlepsza Colonia od Acqua Di Parma. Jest więc to zapach nawiązujący czy też inspirowany tradycyjnymi kolońskim i tę retro nutkę czuć tu wyraźnie praktycznie przez cały czas. Perfumiarz popracował tu także nad trwałością, dzięki czemu Oranges… pachnie długo i całkiem wyraźnie, finiszując wonią zielono-drzewną, wg mnie z dużą zawartością cedru, czego opis nie uwzględnia. Summa summarum ślicznie i przekonująco zrealizowany temat cologne.

James-Heeley-Saint-Clements

nuty głowy: pomarańcza, cytryna, bergamotka, mandarynka

nuty serca: kwiat pomarańczy, liść gorzkiej pomarańczy, herbata earl grey

nuty bazy: ylang ylang, wetiwer

 

Esprit du Tigre

Inspiracją dla powstania tego niezwykłego pachnidła była słynna maść tygrysia. Posiadającą właściwości rozgrzewające i przeciwbólowe maść wytwarza jest od XIX wieku głównie z takich składników jak: olejek eukaliptusowy, goździkowy, kamfora, mentol i olej palmowy. Dokładnie takie składniki znalazły się także w formule perfum Heeleya. Ale nie tylko. Tym zapachem artysta penetruje nieco inne rejony olfaktoryczne. Bo choć intro jest wspólne z Menthe Fraiche (także i tu zastosowano dwa gatunku mięty), to jednak odróżniającą i niezwykle ważną dla realizacji tematu jest obecność kamfory. I to ona góruje nad wszystkim w pierwszych minutach. Oczywiście mentol pięknie ją uzupełnia, nadając początkowi swoistego chłodnego podmuchu. Ale ten etap trwa bardzo krótko i już po chwili do nozdrzy dociera intrygujący bukiet przypraw z czarnym pieprzem i kardamonem na czele oraz czającym się w tle cynamonem. Moje skojarzenia na tym etapie biegną w kierunku Piper Nigrum Lorenzo Villoresiego. W bazie, gdy pieprz już uleci, wyraźny staje się przepięknie wprowadzony cynamon – suchy, pylisty, wręcz drzewny. Ten etap zamyka zapach trwając na skórze całkiem długo. Esprit Du Tigre to mocna, charakterystyczna i bardzo wyróżniająca się pozycja w portfolio Heeleya. To także jedyny zapach przyprawowy. Zdecydowanie wart uwagi, daleki od banału, bardzo oryginalny i mistrzowsko złożony.

heeley espirit 3

nuty głowy: kamfora, mięta pieprzowa, mięta zielona, zimowa zieleń?

nuty serca: kardamon, goździk, czarny pieprz

nuty bazy: wetiwer, cynamon

cdn.