Maison Francis Kurkdjian „Petit Matin” i „Grand Soir”, czyli poranek i wieczór w Paryżu

Paryskie poranki i wieczory stały się dla Francisa Kurkdjiana inspiracją do stworzenia pary nowych pachnideł: Petit Matin i Grand Soir. Jak więc według artysty pachnie Paryż o poranku, a jak wieczorem?

mfk-paris-duo

Petit Matin…

…to lekki, świeży zapach cytrusowo-ziołowy o nowoczesnej bazie opartej na ambroxanie i białych piżmach, utrzymany w klimacie wcześniejszych zapachów Francisa Kurkdjiana: Cologne Pour le Matin i mojego ulubionego Absolue Pour le Matin. W przeciwieństwie jednak do Cologne, nie zawiera on w formule białego tymianku, a w porównaniu do Absolue nie ma też w nim fiołka ani neroli. Jest za to – co ciekawe – akord głogu. Bergamotka została natomiast zastąpiona cytrynowo pachnącą esencją z Litsea Cubeba.

Początek jest orzeźwiający i bardzo naturalny. Akord cytrusów z wyczuwalna w tle lawendą tworzy piękny, słoneczny klimat. W sercu cichną cytrusy, choć wciąż są obecne. Duet głogu i subtelnej lawendy kontynuuje świeżą opowieść. Finisz to subtelny skin-scent, wspomnienie akordu serca oparte na czystej piżmowej bazie i zmysłowym ambroxanie. Tyleż to ładne, perfekcyjne, ile już znane z innych dzieł perfumiarza. Piszę o tych szczegółach niejako z kronikarskiego obowiązku, gdyż tak naprawdę

Petit Matin wydaje się być kolejnym rozdziałem opowieści Francisa o świetle, poranku, promykach słońca zaglądających przez okno, białej pościeli i białej koszuli przywdziewanej po porannym prysznicu.

Francis Kurkdjian jak mało kto potrafi ubrać ten obraz i nastrój w pachnące molekuły i ten zapach jest na to kolejnym dowodem. Osobiście za to samo uwielbiam Absolue Pour le Matin, który jest stałą pozycją w mojej perfumowej garderobie, a który łączy w sobie bardzo podobną treść z większą wyrazistością i trwałością. Petit Matin jest pod względem parametrów bliższy Cologne Pour Le Matin i jako taki owszem podoba mi się, ale raczej nie ma szans na zdetronizowanie króla. To także ten mniej oryginalny z paryskiego duetu, choć bardzo przyjemny i bardzo w stylu Mistrza.

mfk-petit-matin

główne nuty:  cytryna, litsea cubeba, lawandyna (lawenda wielka), kwiat pomarańczy, akord głogu, piżmo, ambroxan

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

francis-kurkdjian-w

Grand Soir…

…jest eleganckim i zmysłowym pachnidłem orientalnym, z subtelną nutką kulinarną, w którym dominują ciepłe balsamiczne nuty labdanum i benzoesu połączone z tonka i wanilią. Mimo ciężkich składników, zapach jest nadspodziewanie lekki, bardzo dobrze zbalansowany i natychmiast przypada do gustu. W przeciwieństwie do Petit Matin i jego powinowactwa do duetu Pour le Matin, Grand Soir jest inny od Cologne Pour le Soir, a tym bardziej od gęstego, orientalnego, miodowego i lekko animalnego ambrowca Absolue Pour Le Soir, z którymi to zapachami Grand Soir łączy jedynie benzoes.

Grand Soir jest z pewnością bardziej Soir aniżeli Grand. Ładny, delikatny zapach wieczorowy, zdecydowanie uniseksowy (podobnie zresztą jak Petit Matin), projektujący raczej grzecznie i trwający na skórze dość długo jako subtelny, otulający, bezpieczny skin-scent.

Trudno tu wyróżnić któryś ze składników. Wszystkie współtworzą końcowy efekt. Grand Soir to bardzo „jednolity” zapach o minimalnej ewolucji. Początkowej świeżości nadaje mu lawenda, ale dość szybko do głosu dochodzi pogłębione benzoesem labdanum, którego zmysłowość wzmocniona została poprzez duet wanilii i tonki. Tak więc to, co czujemy na samym początku, jest mniej więcej tym, co będziemy czuli przez resztę czasu z uwzględnieniem stopniowego gaśnięcia zapachu i transformowania w kierunku bardziej ciepłym, otulającym, intrygującym i jakby niedopowiedzianym…

mfk-grand-soir

główne nuty:  lawenda, wanilia, benzoes, tonka, labdanum

perfumiarz: Francis Kurkdjian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 4,0/  projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

Paryski duet zapachów Petit Matin i Grand Soir nie wnosi nic nowego do oferty MFK. Oba pachnidła są rozwinięciami koncepcji, z realizacji których artysta dał się już wcześniej poznać w ramach Maison Francis Kurkdjian. Przy okazji opisywania obu użyłem żargonowego określenia skin-scent. Nie bez przyczyny. Oba zapachy są dość delikatne, nieagresywne, bardzo grzeczne, nawet jak na standardy Francisa. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby perfumiarz miał już gotowe w szufladzie receptury wersji absolue lub forte obu zapachów. Ale mogę się mylić, wszak to artysta bardzo niepokorny…

Niemniej, ów zapachowy duet może okazać się wprost doskonałą pamiątką z wizyty w Mieście Światła. Według idei twórcy oba pachnidła są jak całodzienna wycieczka po Paryżu. Jeżeli więc chcemy zabrać ze sobą pachnąca cząstkę tego miasta, te pachnidła Kurkdjiana nadadzą się do tego wprost idealnie.  Jak zresztą każde inne pachnidło z oferty Maison Francis Kurkdjian, marki bardzo w swej idei i stylu paryskiej. Przecież nawet oryginalny kształt flakonu MFK powstał z inspiracji paryską architekturą, a specyficzny kolor zatyczek symbolizuje pokryte śniedzią dachy paryskich kamienic…

Ach ten Paryż!

 

PS. Oba pachnidła można przetestować i nabyć w perfumerii Quality Missala, która jest wyłącznym polskim przedstawicielem marki Maison Francis Kurkdjian.

City Exclusives by Le Labo: „Limette 37”, „Benjoin 19”, „Cuir 28″‚ „Vanille 44”, „Baie Rose 26”

City Exclusives to seria zapachów Le Labo, które marka dedykuje i udostępnia do sprzedaży wyłącznie w wybranych miastach świata. To zapachy mające w założeniu oddawać ducha poszczególnych metropolii. Ich wyjątkowość jest wszakże głównie wynikiem owej ograniczonej dostępności oraz… horrendalnej ceny (300 USD za 50 ml), która z pewnością nie ma w tym przypadku nic wspólnego z jakością (niczym pod względem jakości nie ustępujące im perfumy Le Labo z głównej linii kosztują połowę tej ceny). Co ciekawe, każdego września City Exclusives pojawiają się w sprzedaży internetowej na stronie Le Labo oraz w kilku innych wybranych sklepach internetowych (np. LuckyScent.com). Tak więc już za kilka dni będzie można nabyć je bez konieczności odwiedzania salonu marki w Dubaju czy w Moskwie.

Jak dotąd swych własnych pachnideł doczekały się: Londyn, Dallas, Chicago, Moskwa, Dubaj, Tokyo, San Francisco, Los Angeles, Londyn, Nowy Jork i Paryż. Kilka z nich mam dziś okazję zaprezentować.

 

Limette 37 San Francisco by Frank Voelkl

SANFRANCISCO

Urodziwy, świeży i orzeźwiający zapach w swej istocie koloński, jednak o intensywności i trwałości przewyższającej klasyki tego gatunku, plasujący się  raczej obok współczesnych kolońskich wód perfumowanych typu Neroli Portofino Toma Forda czy Cologne Indelebile Frederica Malle. Co prawda w głównym katalogu Le Labo znajdziemy już zapachy podobne co do pomysłu i charakteru (szczególnie świetny Bergamote 22 oraz w mniejszym stopniu kolońskie, a bardziej biało-kwiatowe, śliczne Fleur d’Oranger 27 i  Neroli 36). Jednak Limette 37 ma swój indywidualny charakter. Ta współczesna kolońska skomponowana została przez Francka Voelkla, o którym pisałem niedawno przy okazji recenzji Ylang 49, a którego perfumiarska maestria jest od dawna obiektem mojego szczególnego podziwu.

Limette 37 rozpoczyna się – jak przystało na kolońską – od bardzo świeżego akordu, wypełnionego esencją z limonki połączoną z bergamotką i zieloną esencją petit grain. W tle wyczuwalna jest subtelnie detergentową nuta biało-piżmową, kojarzącą się z wysokiej jakości mydłem. Zapach ewoluuje odsłaniając biało-kwiatowe serce (jaśmin), doprawione subtelnie goździkiem. Baza jest oparta na ładnie spinającym całość wetiwerze oraz z umiarem użytej tonce i spore dawce białych piżm, pozbawionych jakichkolwiek konotacji cielesnych czy zwierzęcych. Reasumując- śliczne, bardzo wysokiej jakości uniseksowe pachnidło kolońskie dla tych, którzy z bardzo grubym portfelem penetrują …. ulice San Francisco.

le labo limette-37

główne nuty: limonka, bergamotka, liść gorzkiej pomarańczy, jaśmin, goździk, wetiwer, tonka, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Benjoin 19 Moscow by Frank Voelkl

moscow

Benjoin 19 to minimalistyczny zapach żywiczny, w którym nad żywicami dominuje początkowo nuta przyprawowa (różowy pieprz?), po której na czoło wysuwa się szlachetne i wciąż nico pieprzowe olibanum. Z czasem do gry dochodzi drzewny akcent cedrowy, aż wreszcie ujawnia się główny bohater – słodkawa, ciepła, gęsta i zmysłowa esencja benzoesu. Mimo swego minimalizmu zapach zmienia się więc stopniowo na skórze. Jest przez praktycznie cały czas subtelny, blisko-skórny, dość trwały, choć nie tak bardzo, jak można by się spodziewać po użytych w nich składnikach. Intrygujący, choć mnie nie przekonał, podobnie jak niegdyś testowany Gaiac 10 dedykowany Tokyo. Po prostu nie jestem fanem perfumowego minimalizmu, podobnie jak nie przepadam za rosyjską stolicą…

Le-Labo-Benjoin-19

główne nuty:  kadzidło frankońskie, cedr, benzoes, ambra, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Cuir 28 Dubai by Nathalie Lorson 

Dubai

Początkowo Cuir 28 pachnie głównie drzewną, lekko wytrawną, szlachetną wanilią. Spod niej jednak dość szybko, bo po kilku minutach, zaczyna wybijać wetyweria. Z czasem jej obecność staje się coraz wyraźniejsza. To właśnie duet dymnej wanilii z wetywerią stanowi oś tego zapachu, trwając na skórze kilkadziesiąt minut. Co ciekawe, w tej środkowej fazie zapachu mam ewidentne skojarzenia z Lalique Encre Noire A l’Extreme. Wszak oba te pachnidła skomponowała Natahlie Lorson i oba charakteryzują się połączeniem wetywerii z żywicznymi i ambrowymi elementami. Le Labo odróżnia się jednak wspomnianą mocną nutą absolutu z wanilii, ktróej na próżno szukać w pachnidle Lalique. Aromat skóry z pewnością tu nie dominuje, z zapach jako całość można z biedą próbować zakwalifikować jako skórzany, choć w sumie zdecydowanie bliżej mu do etykiety pachnidła drzewno-ambrowego. Cuir 28 pachnie blisko skóry, jest przysadzisty, gęsty, otulający. Znów – mógłby być nieco trwalszy…

le labo cuir-28

główne nuty:  skóra, absolut wanilii, nuty drzewne, wetyweria, piżmo

rok premiery: 2013

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Vanille 44 Paris by Alberto Morillas

Paris-3

Chronologicznie drugie pachnidło cyklu City Exclusives (po Tubeureuse 40 New York) skomponowane zostało przez legendę i mistrza perfumowego fachu Alberto Morillasa.

Pierwsze, co dochodzi moich nozdrzy, to pięknie podana nuta kadzidła olibanum, z początku nieco złagodzona cytrusowym duetem bergamotki i mandarynki z czasem podbita suchą, drzewną nuta gwajaku. Obecność cytrusów jest tu praktycznie niewyczulana – w tym sensie, że nie poczujemy tu indywidualnie nut cytrusowych. Podobnie jak niewyczuwalne tu indywidualnie aldehydy, tak i cytrusy pełnią rolę unoszącą ciężkie molekuły kadzidła, wanilii i gwajaku, który wyłania się spod kadzidła ładnie korespondując z wanilią (ta z kolei jest najwyraźniejsza w bazie). Mimo tych technicznych zabiegów Vanille 44 lokuje się – podobnie jak Cuir 28 czy Benjoin 19 – blisko skóry, emitując zmysłową i otulającą woń.

Typowo dla Le Labo – składnik wymieniony w nazwie zapachu nie dominuje w sposób ewidentny. Fani zmysłowej, dymnej wanilii powinni raczej sięgnąć po Cuir 28. Vanille 44 wydaje się bowiem być bardziej pachnidłem kadzilano-drzewnym, w którym wanilia – owszem obecna – nie jest wszakże głównym bohaterem.

le labo vanille 44

główne nuty:  bergamotka, mandarynka, aldehydy, gwajak, kadzidło, wanilia

rok premiery: 2007

moja ocena: Alberto Morillas

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Baie Rose 26 Chicago by Frank Voelkl

Chicago

Baie Rose 26 jest świeżą, przyprawowo-drzewną kompozycją różaną, w której róża jest lekka, zwiewna, zdecydowanie uniseksowa. Otaczają ją wzmocnione aldehydami przyprawy (mocny i wyraźny przez pierwsze kilkadziesiąt sekund akord pieprzowy będący mieszanką różowego i czarnego pieprzu z przewagą tego pierwszego oraz subtelnie użyty goździk). W bazie króluje cedr, który wraz z akordem ambrowym i piżmami utrwala zapach na skórze na wiele godzin, projektując przy tym zdecydowanie powyżej średniej City Exclusives.

Zadziwiające, jak ta chicagowska róża od Le Labo przypomina Le Labo Rose 31 z 2006 roku. Jest owszem lżejsza, świeższa, bardziej drzewna, ale mimo ta pachnie tak, jakby jej formuła była punktem wyjścia dla Franka Voelkla. Jakkolwiek było, Baie Rose 26 broni się jako odrębne pachnidło i jest moim zdaniem jednym z najlepszych zapachów serii City Exclusives, które – z pojedynczymi wyjątkami – nie zachwyciły mnie jak dotąd.

Baie Rose

główne nuty:  różowy pieprz, pieprz, aldehydy, goździk, róża, cedr, ambra, piżmo

rok premiery: 2011

moja ocena: Frank Voelkl

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Od 2006 roku, gdy Le Labo wyemitowało pierwszy zapach z serii City Exclusives (Tubereuse 40 New York), marka ta konsekwentnie buduje wokół niej nimb wyjątkowości. Z jednej strony spore ograniczenia w fizycznej dostępności, z drugiej bajońskie sumy, jakie trzeba zapłacić za flakon tych perfum z pewnością skutecznie podtrzymują ekskluzywny status miejskiego cyklu. Jednak same zapachy, czego osobiście doświadczyłem, nie są niczym nadzwyczajnym. Co więcej, moim zdaniem nie dorównują ani pomysłami, ani kompozycjami tańszym (co nie znaczy tanim) perfumom Le Labo z głównej linii. Czy jest więc seria City Exclusives sztucznie nadmuchaną niby-luksusową bańką? Moim zdaniem – zdecydowanie tak. W jej przypadku marketing wyjątkowo mocno- nawet jak na standardy branży perfumowej – oderwał produkt i jego wartość od rzeczywistości.

Lalique „Encre Noire A L’Extreme”, czyli jak naprawiono pierwowzór (choć przecież nie był popsuty…)

Kultowy już Encre Noire od Lalique kończy w tym roku 10 lat. Mimo – albo dzięki – niewytłumaczalnej reformulacji, jakiej został poddany zaledwie kilka lat po premierze, wciąż obecny jest na półkach perfumerii. Tak sobie myślę, że być może został on „poprawiony”, by spodobał się szerszej klienteli, aniżeli tylko perfumowym koneserom, którzy natychmiast w sposób bezkrytyczny – całkowicie zresztą słusznie – pokochali Encre Noire za niezwykłe, unikatowe, niszowe w swej treści i jakości połączenie dwóch gatunków wetywerii, cyprysu i Cashmeranu z Iso-E -Super w jedną mroczną i poruszającą wysublimowane gusta całość. W międzyczasie – w 2013 roku – marka przedstawiła zaskakującą, ale naprawdę udaną wersję Sport. Zeszły rok przyniósł premierę, która rozgrzała nozdrza fanów Czarnego Atramentu. Już sama zapowiedź Encre Noire A L’Extreme, opisywanego jako eau de parfum, musiała przyśpieszyć bicie serc wszystkich tych, którzy czarny flakon w kształcie kostki trzymają na honorowym miejscu swej kolekcji. Przyznam, że i ja – mimo moich ambiwalentnych odczuć wobec Encre Noire (o czym pisałem w recenzji) – poczułem się mocno zaintrygowany. Wiadomo było, że będzie gęściej i że zapach opracowała nie kto inny, tylko Natahlie Lorson odpowiedzialna za obydwie wcześniejsze wersje Encre Noire.

lalique encre-noire a lextreme 2

Nazwa zapachu mogłaby wskazywać na jakąś wyjątkową intensywność czy moc, ale prawda jest taka, że o żadnych ekstremizmach nie ma tu mowy. A l’Extreme to raczej wyważona w swej mocy, pogłębiona i ocieplona za pomocą żywic (elemi w akordzie głowy, kadzidło w sercu, a syjamski benzoes w bazie) i – uwaga – irysa (!) wersja klasyka, którą odważę się nazwać… ambrową. Nie zmieniło się to, że główne role w zapachu gra duet wetywerii i cyprysa, choć ta pierwsza (mimo deklarowanego użycia – podobnie jak w eau de toilette – esencji z dwóch gatunków) jest tu mniej wyrazista. Nie czuję tu za to w ogóle specyficznej, wilgotnej nutki cashemranu, która tak istotną rolę odgrywa w edt (przez co – teraz już to wiem – nigdy nie stałem się fanem tamtej wersji). Jest za to irys, paczula (choć nie wyczuwalna indywidualnie, to jednak – jak wiemy – potrafi czynić magię) oraz cały zestaw cudnie ciepłych, gęstych żywic, które wznoszą kompozycję Lorson na kolejny poziom i każą mi pokiwać głową z uznaniem.

A L’Extreme rozwija się na skórze od nieco iglakowego, złagodzonego bergamotką (która współgra z cytrusową naturą woni elemi), ciepłego wstępu przez jeszcze cieplejsze wetiwerowo-irysowo-żywiczne serce (kadzidło występuje tu jako kolejna żywica, nie zaś nuta dymna, a irys w połączeniu z żywicami kieruje przez moment moje skojarzenia do Dior Homme Parfum), aż po – urocze muszę przyznać – zwieńczenie w postaci delikatnej, aczkolwiek całkiem długo obecnej na skórze zmysłowej, gęstej, emanującej żywiczną słodyczą benzoesu i ciepłą drzewnością sandałowca bazą. Ta z kolei- zaskakująco – kojarzy mi się z drydownem mojej ulubionej Prady Amber Pour Homme, choć ma zdecydowanie mniejszą projekcję. Także w bazie – po odpowiednio długim czasie, szczególnie na papierku testowym – trudno nie zauważyć jeszcze jednego starego znajomego z pierwszej wersji – Iso-E-Super.

Znany z klasycznej, a także sportowej wersji flakon tym razem został tylko w swej dolnej połowie pokryty czarną, nieprzezroczystą farbą (dla odmiany matową), dzięki czemu odsłonięto piękną, koniakową barwę cieczy. Pod czarną drewnianą zatyczką z logo marki kryje się czarny atomizer. Jak zwykle u Lalique, butla jest perfekcyjnie wykonana i sama w sobie stanowi wartość estetyczną. To po prostu piękny przedmiot, szczególnie gdy ktoś gustuje w regularnych, „męskich” kształtach. Ze względu na bardzo grube szkło, ma solidną wagę.

Encre Noire A L’Extreme to według mnie nie tylko udana wariacja na temat protoplasty, ale – jako całość – pełniejsze, głębsze i  – po prostu – piękniejsze od niego pachnidło. Siłą rzeczy, poprzez obfite użycie z natury ciężkich składników żywicznych, zapach „nabrał masy” i zachowuje się na skórze dość ociężale, nie chcąc zbytnio – mimo wspomnianego ładunku Iso-E-Super –  unosić się w przestrzeń i pozostając w bezpiecznej odległości od otoczenia, a chwilami wręcz stając się niezauważalnym dla noszącego (co ciekawe, głównie w sercu, bo szczęśliwie baza zdaje się magicznie dawać o sobie znać). Nie ujmuje mu to jednak nic z jego wyrafinowanej urody. A L’Extreme to przykład na to, że tzw. flanker może przewyższyć pierwowzór. Potwierdza też, że na czele działu perfum w Lalique stoi ktoś, kto wie, co znaczy perfumowy kunszt, i kto niekoniecznie kieruje się zyskiem podczas podejmowania decyzji dotyczących kształtu nowych perfum (Te perfumy ze względu na swe wyrafinowanie i niepopularny charakter nie mają szans na komercyjny sukces! Świat TAKI nie jest!). I choć – póki co – moim absolutnym faworytem spośród męskich perfum tej marki pozostanie doskonałe Hommage a L’Homme, to Encre Noire w wersji A L’Extreme zajmie – wszystko na to wskazuje – chwalebną drugą lokatę.

Przynajmniej do czasu, gdy nie wypróbuję tegorocznego L’Insoumis, ale to już temat na kolejną, oby natchnioną recenzję…

lalique encre-noire a lextreme

nuty głowy: bergamotka, cyprys, elemi

nuty serca: kadzidło, irysa, wetyweria (dwa gatunki – z Jawy i z Haiti) 

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, benzoes syjamski

rok premiery: 2015

moja ocena: Nathalie Lorson

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Creed „Royal Princess Oud”

Nowe damskie perfumy Creed’a od pierwszych sekund wydały mi się znajome. Dość szybko zidentyfikowałem, że Royal Princess Oud, mimo swego ogólnie kobiecego charakteru, pachną – szczególnie w pierwszych kilkudziesięciu minutach – bardzo podobnie do… Aventusa. Nieco później dotarło do mnie, że zawierają także – choć w mniejszym stopniu – elementy Green Irish Tweed. Ktoś powie – jak to, damskie pachnidło bazuje na męskich formułach? Po części, bowiem…

…w ten aventusowo-tweedowy miks wpleciono klasycznie kobiece nuty kwiatowe, uzyskując w rezultacie doskonałe i nowocześnie brzmiące kobiece perfumy. Jednocześnie jednak ich kobiecość nie jest zaznaczona na tyle mocno, by zniechęcić do ich noszenia mężczyzn. Royal Princess Oud to moim zdaniem uniseks z lekkim przechyłem w stronę płci pięknej.

Charakterystyczny akord owocowo-drzewno-skórzany łączy Royal Princess Oud z Aventusem, choć nuta skórzana jest tu znacznie mniej wyraźna. Z kolei użycie wyraźnej nuty fiołka oraz irysa w sercu jawi się jako subtelna reminiscencja Green Irish Tweed.

Aventus i GIT 1

Royal Princess Oud rozwija się na skórze, wdzięcznie ewoluując od „aventusowego” otwarcia przez współczesne kwiatowe serce, aż po niezwykle zmysłową i naprawdę piękną bazę, w której wciąż wyraźny akord serca otoczony został słodkawymi żywicami oraz znanym z prześlicznego Original Santal sandałowcem z Mysore. Całość utrwalają i pogłębiają wyczuwalne w schyłkowej fazie bazy piżma.

Co ciekawe, ten niemal bliźniaczo podobny efekt zapachowy został tu osiągnięty przy pomocy innych środków. W Aventusie sygnaturowy akord budują: bergamotka, ananas, jabłko, czarna porzeczka, paczula, jaśmin, brzoza i wanilia, zaś w Royal Princess Oud są to: bergamotka, fiołek, paczula, jaśmin, wanilia, styrax i benzoes. Innymi słowy: owocowy akord Aventusa została zastąpiona słodko-zielonym fiołkiem, zaś skórzana nuta brzozy – żywicami: styraksem i benzoesem. W obu przypadkach obecna jest bergamotka i jaśmin, zaś zmysłowości zapachom przydają paczula i wanilia. Pozostałe składniki różnią obie kompozycje i nadają im indywidualny charakter. W Aventusie mamy jagody jałowca, mech dębu, szarą ambrę, zaś w Royal Princess Oud irys, różę i drewno sandałowe.

Sandalwood

Z czasem – gdy w fazie serca zapachu do głosu dochodzi subtelnie doprawiony wanilią akord kwiatowy, złożony z jaśminu, róży i irysa – Royal Princess Oud zaczyna nabierać bardziej kobiecego charakteru, a podobieństwa do Aventusa zaczynają cichnąć. Mimo klasycznych ingrediencji kwiatowych Royal Princess Oud w żadnym momencie nie staje się zapachem kwiatowym w tradycyjnym rozumieniu. Ani przez chwilę nie wyczuwam też w nim czegokolwiek, co przypominałoby tytułowy oud. Bez względu na to, czy w formule jest oud, czy go nie ma (oficjalny spis nut go nie wymienia!), najnowszy damski Creed pachnie od początku do końca perfekcyjnie. Ma przy tym idealną, wyraźną, ale nie przytłaczającą projekcję oraz wielogodzinną trwałość.

Businesswoman_in_t_2958559b

Royal Princess Oud są casualowo eleganckie i zapadające w pamięć. To nowoczesne kobiece perfumy przeznaczone dla współczesnej, dynamicznej, eleganckiej i przedsiębiorczej kobiety, menadżerki lub business woman, która obraca się w świecie biznesu na równych prawach z mężczyznami. Te perfumy z jednej strony podkreślają jej zmysłową, kobiecą naturę, z drugiej zaś wzmacniają formalny, profesjonalny wizerunek.

To zapach intrygujący i magnetyzujący, ale także jednocześnie nieco dystansujący, o oryginalnym,  sygnaturowym charakterze, stroniący od banału, ale unikający jednocześnie nut trudnych. To wszystko czyni go wprost doskonałym zapachem na dzień, do codziennego używania niezależnie od okazji. Podobne cechy ma jego starszy brat Aventus. Wróżę więc Royal Princess Oud komercyjny sukces.

Szkoda tylko, że nadano mu tak pretensjonalną i nie pasującą do niego nazwę…

Royal-Princess-Oud-75ml-EDP

nuty głowy: sycylijska bergamotka, róża, słodki fiołek

nuty serca: absolut jaśminu, absolut wanilii, paczula, irys z Toskanii

nuty bazy: benzoes syjamski, sandałowiec z Mysore, styraks

twórca: Olivier Creed

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Dwie strony tej samej historii – Majda Bekkali „Tendre Est La Nuit” i Masque Milano „Montecristo”

W przepełnionym wonnościami życiu perfumowego blogera (jakkolwiek idyllicznie to stwierdzenie brzmi) zdarzają się z częstotliwością rosnącą wprost proporcjonalnie do liczby przetestowanych perfum, swoiste perfumowe deja vu. Ja szczerze mówiąc nawet lubię te momenty, gdy zbliżając nos do powierzchni zwilżonej właśnie poznawanym pachnidłem, doznaję silnego wrażenia jego znajomości, choć mam z nim do czynienia po praz pierwszy w życiu. O ile podczas poznawania perfum z tzw. mainstreamu tego typu incydenty niemal zupełnie mnie już nie zaskakują, o tyle w tzw. perfumowej niszy (jakkolwiek dziś rozumieć to określenie), to wciąż po pierwsze zjawisko rzadsze, a po drugie – co za tym idzie – dużo bardziej ekscytujące. Sam nie wiem, dlaczego niszowe plagiaty, autoplagiaty (zamierzone czy nie) tak mnie ekscytują. Może dlatego, że w tym segmencie perfumerii, zdawać by się mogło, stawiającej na unikatowość i oryginalności, znaleźć dwa niemal identyczne pachnidła w ofertach dwóch różnych marek powinno być trudno? A jeśli na dodatek okazuje się, że oba pachnidła wyszły z pracowni tego samego perfumiarza, zaczyna się już robić zupełnie interesująco… Przecież to wręcz zakrawa na fortel lub spisek! 😉 Klasycznym i do głębi już spenetrowanym przykładem takiego raczej nieprzypadkowego podobieństwa są nieodrodne dzieci Pierre’a Bourdona: Creed Green Irish Tweed oraz Davidoff Cool Water . Idąc głębiej w niszę, pamiętam moje niemalże osłupienie, gdy „dopadłem” próbkę Vetyver 46 Le Labo Marka Buxtona i poczułem bardziej wyrafinowana, elokwentną wersję Comme des Gacons 2 Man tegoż samego twórcy. Albo gdy poczułem aromat Labdanum 18 Le Labo i przed oczami stanął mi falkon Musc Ravageur Frederica Malle (oba zapachy popełnił Maurice Roucel). Albo przypadek niezwykłej zbieżności aromatów Baume du Doge Eau de Italie i L’Artisan Al Oudh – oba Bertranda Duchaufoura. Wreszcie nie tak dawno odkryte spore powinowactwo pomiędzy skomponowanymi przez Cecile Zarokian Mon Nom Est Rouge Majda Bekkali i Tango Masque Milano. W żadnym z tych przypadków nie ma jednak mowy o stuprocentownym autoplagiacie. Poszczególnie zapachy różnią się między sobą, gdy je ze sobą zestawić. Jednak ich ogólne podobieństwo jest tak wyraźne, że osobiście uknułem sobie teorię (spiskową rzecz jasna), że to po prostu różne modyfikacje tych samych kompozycji lub też efekt rozwijania własnych pomysłów perfumiarzy w różnych kierunkach. Ci uznali je za na tyle odrębne, że odważyli się je zaproponować różnym markom perfumeryjnym do „opublikowania”. Bo chyba raczej nie było tak, że duet właścicieli Le Labo powiedział do Maurice’a Roucela: „słuchaj Maurycy, ten Musc Ravageur od Malle’ego naprawdę świetnie pachnie, podoba nam się ogromnie, no i przy tym wiemy, że sprzedaje się znakomicie. Może byś zrobił i dla nas taki Musc Ravageur….hmmm.. no wiesz, my go jakoś inaczej nazwiemy, ale….Pomyśl, co?” Ja przynajmniej wierzę, że tak nie było. Może jestem naiwny… (a wiem, że czasem taki właśnie bywam).

Po co o tym wszystkim tyle piszę? Po pierwsze dlatego, ze lubię przydługie wstępy. A po drugie po to, żeby gładko przejść to mojego najnowszego „bliźniaczego” odkrycia. Tak, bliźniaczego – bo dotyczy perfum „z jednej matki”. A matką jest niejaka Delphine Thierry, perfumiarka z Grasse, która podpisała (i popisała) się jako twórczyni dwóch pachnideł będących bohaterami dzisiejszego wpisu:  Tendre Est La Nuit Majda Bekkali i Montecristo Masque Milano. Oba zapachy urodziły się – jak przystało na bliźniaki – w 2013 roku. Oba są wyjątkowej urody – żeby było jasne już na wstępie. Oba są też – jak to w przypadku bliźniaków bywa – do siebie podobne, choć jednak różnią się istotnymi szczegółami.

Delphine-Thierry
Delphine Thierry

Na początek zróbmy pozbawione polotu i schematyczne porównanie wymienianych w oficjalnych spisów składników/nut obu perfum:

głowa Montecristo: drewno cabreuva, nasiona ketmii piżmowej, rum

głowa Tendre Est La Nuit: nieśmiertelnik z Korsyki, nasiona ketmii piżmowej, drewno cabreuva, marchew

Mamy więc dwa wspólne składniki w akordach głowy obu kompozycji, w  tym niezwykle ważna z punktu widzenia ich ciepłego, zmysłowego i piżmowego charakteru esencja z nasion ketmii piżmowej (ang. ambrette seeds).

Idźmy więc dalej – w serce:

serce Montecristo: liście tytoniu, ziarna selera, czystek (labdanum), benzoes

serce Tendre Est La Nuit: dawana, pieprz syczuański, benzoes

Co prawda tylko jedna wspólna ingrediencja – benzoes, ale znowu niezwykle istota dla słodko-żywicznej, balsamicznej natury obojga perfum. Poza tym jest jeszcze coś. W sercu Montecristo odnajdziemy ziarna selera. W Tendre Est La Nuit nie ma go co prawda, ale za to są ziarna marchwi, choć fakt, ze wymienione w akordzie głowy. W oby przypadkach uzyskujemy specyficzną organiczną woń esencji z warzywnych nasion.

Wreszcie baza:

baza Montecristo: hyraceum (Golden Stone), sytrax, gwajak, cedr, paczula

baza Tendre Est La Nuit: skóra, labdanum (czystek), mech dębowy, kadzidło, paczula, cywet, kastoreum

Można by rzec, że poza paczulą nie ma tu nic wspólnego. Ale to nieprawda. Obie bazy łączą nuty drzewne i balsamiczne z aromatami pochodzenia zwierzęcego, tyle że Montecristo zawiera niezwykle rzadki w perfumerii odzwierzęcy składnik – hyraceum* (zwany Golden Stone), który pochodzi ze skrystalizowanego moczu zwierzątka o ciekawie brzmiącej nazwie Hyrax**), zaś Tendre Est La Nuit tradycyjne (choć oczywiście syntetyczne) kastoreum i takiż cywet. Poza tym, co także bardzo istotne, w bazie Tendre Est La Nuit odnajdziemy labdanum, zwane inaczej czystkiem. Tenże czystek obecny jest także w formule Montecristo, ale wymieniony został pomiędzy nutami serca…. I jeszcze coś. Żywica styrax (Montecristo) służy do odtwarzania woni skóry, a ta – z imienia – została wymieniona w Tendre Est La Nuit

Widać więc wyraźnie, ile wspólnego mają ze sobą oba pachnidła. Zresztą analizy analizami, analogie analogiami, ale próby empiryczne są tu najbardziej miarodajne. Oba zapachy są do siebie podobne, chwilami nawet bardzo, ale jako całości są na tyle różne, że z pewnością stanowią dwa odrębne zapachowe byty i posądzenie autorki o dwukrotne sprzedanie tego samego dzieła różnym wydawcom byłoby niesprawiedliwe…

Różnice są najwyraźniejsze na etapie początkowym, zaraz po aplikacji zapachów na skórze.

Tendre-est-la-Nuit-Majda-Bekkali-385zl-50ml-perfumeriaquality.pl_gallery_image

Tendre Est La Nuit pachnie bardziej miękko, przyjaźnie, poczuć w nim można charakterystyczną, jakby tytoniowo-miodową nutę nieśmiertelnika, która w połączeniu ze słodkawą, „wegetalną” wonią ziarna marchwi czyni początek zapachu Majdy Bekkali intrygującym i pięknym na swój ewidentnie niszowy sposób. Z zaciekawieniem czeka się na jego rozwój na skórze. Z kolei Montecristo jest od początku bardziej wymagający. Ma trudny, dziwny, mroczny początek. Otwiera się bowiem bardzo oryginalnym akordem, którego opisanie stało się dla mnie nie lada wyzwaniem. Gorzki, mineralno-roślinny, pachnie w pierwszych minutach jak skórka spalonego chleba posypanego ziarnem, którego oleista istota także jest tu obecna. Niewykluczone, że to właśnie hyraceum odpowiada za ten z pewnością niezwykły efekt (pierwszy raz czuję coś takiego w perfumach). Ten początkowo niepokojący, bardzo oryginalny, dysonansowy, jednocześnie odpychający i przyciągający akord stopniowo traci na ostrości, stając się w sercu mniej mineralnym, ale wciąż zachowując specyficzną, „przypaloną” nutkę. Trwa ona na skórze wiele godzin, by stopniowo przejść do sedna zapachu, jakim jest ciepła, zmysłowa, wręcz erotyczna, lekko słodka, piżmowo-drzewno-animalna baza, która bardzo przypomina mi niszowe, bardziej wyrafinowane wydanie bazy fantastycznego Gucci Envy for Men. Ten akord Montecristo trwa na skórze trwa niemal bez końca, bardzo powoli cichnąc. Tendre Est La Nuit rozwija się bardziej naturalnie, pozbawiony jest dysonansu Montecristo, a jego przepełnione benzoesem i ketmią piżmową serce to unikatowej urody zmysłowa woń. Im bardziej ujawnia się baza, tym więcej notuję podobieństw do bazy Montecristo i choć nie jest ona identyczna, to tu także odczuwam – fakt że dużo bardziej odległe – echa Envy for Men.

masque montecristo

Oba pachnidła reprezentują ten sam gatunek – bliskoskórny, ciepły, zmysłowy, słodko-piżmowy, bogaty w utrwalające i wiążące zapach z ludzką skórą składniki zwierzęce, przez co bardzo trwały, aczkolwiek subtelnie projektujący. Czuć w nich styl tej samej perfumiarki. Pachną jak dwie wersje tej samej olfaktorycznej opowieści. Jest coś magnetycznego i pięknego w obu z nich. Dla osób poszukujących mocniejszych wrażeń polecam Montecristo. Dla tych, którzy cenią niebanalne pachnidła niszowe, unikające jednak „trudnych” nut – zdecydowanie polecam Tendre Est La Nuit, który jest też moim faworytem w tym duecie. Hyraceum w Montecristo jest owszem intrygujące, ale jak dla mnie nazbyt dominujące.

 

*) Hyraceum – Kolonie Hyraxa oddają mocz w to samo miejsce, często przez setki lat, a ich mocz ma galaretowatą konsystencję. Wraz z upływem czasu podlega skamienieniu (krystalizacji) i może być pozyskiwany w formie twardych kawałków (zwanych Golden Stone). Substancja ta jest przez tubylców używana do celów medycznych, zaś przemysł perfumeryjny uważa ją za obiecujący składnik perfum zwierzęcego pochodzenia, którego pozyskiwanie nie wiąże się z jakąkolwiek przemocą wobec zwierząt. Zapach tej substancji jest bardzo złożony i można w nim odnaleźć elementy mineralne, roślinne, kwaśne, ziołowe, skórzane, oliwne. Zapachowo najbliżej mu do kastoreum, choć panują opinie że łączy on cywet, kastoreum i piżma w jedno. Póki co bardzo rzadko spotykany w perfumach. Użył go m.in. Bertnand Duchaufour w Mon Numero 10 dla L’Artisan Parfumeur

hyrax

**) Hyrax – mały ssak podobny do świnki morskiej, żyjący w Afryce, najbliższy żyjący krewny słonia (ma z nim wspólnego przodka).