Byredo – poprzez aromat (7) – „M/Mink”

M/Mink – tech-perfumy?

Na deser zostawiłem sobie coś zupełnie specjalnego. Spośród wszystkich opisanych przeze mnie perfum Byredo, z natury przecież niecodziennych, prawdziwie niszowych, te są wyjątkowe. M/Mink to piorunujący efekt współpracy Bena Gorhama, Jeroma Epinette’a oraz paryskich kreatorów Michaëla Amzalaga i Mathiasa Augustyniaka z firmy M/M (Paris). Minimalizm, któremu hołduje Gorham, w tym zapachu osiągnął swoje apogeum. Zaledwie sześć ingrediencji wystarczyło, by powstał zapach redefiniujący pojęcie perfum w stopniu porównywalnym do tego, co niegdyś w fascynujący sposób czyniła marka Comme des Garcons.

mminkbyredo

Istnieje poparta praktyką teoria, że aby stworzyć perfumy ponadczasowe, przełomowe albo przynajmniej oryginalne, należy przedawkować któryś z komponentów. Nie dowolny jednak, tylko taki, którego dotąd nikt nie przedawkował. W słynnym Chanel No. 5 były to aldehyd C-12, w Eau Sauvage Diora – Hedione, w Molecule 01 Escentric Molecules – Iso-E-Super. W M/Mink jest to Adoxal. Cóż to za tajemniczy składnik? Oto jak charakteryzuje go producent – firma Givaudan:

Charakterystyka olfaktoryczna:

świeży, aldehydowy, morski, mocny, kwiatowy

Opis:

Adoxal łączy się bardzo dobrze z nutami kwiatowymi takimi jak konwalia i cyklamen, a także z kompozycjami owocowymi i drzewnymi. Może być także postrzegany jako typowy zapach świeżego lnu, co czyni go bardzo przydatnym w kompozycjach przeznaczonych do perfumowania detergentów. Adoxal ma naturalny aspekt ozonowy. Jako woń mocna powinien być używany ostrożnie.

Źródło: http://www.givaudan.com

Mając w swych zbiorach składników syntetycznych także fiolkę z Adoxalem scharakteryzowałbym go jako aldehydowy, „niosący”, mocno projektujący zapach przypominający woń surowego kurzego białka. To molekuła, która ma „fakturę”, ale nie ma „koloru”. Nabiera go dopiero po połączeniu z innymi składnikami kompozycji.

Ben Gorham: W M/Mink Adoxal został użyty w ponadnormatywnej ilości –  niemal pięćdziesięciokrotnie większej, aniżeli to było dotąd przyjęte. Klasycznie wykształcony perfumiarz taką ilość Adoxalu w formule określiłby jako absurdalną i przenigdy by jej nie użył…”

Jednak Jerome Epinette jest współczesnym i nowoczesnym perfumiarzem. Połączył on dużą ilość Adoxalu z kilkoma zaledwie ingrediencjami – kadzidłem, miodem, paczulą, koniczyną i ambrą. Efekt zadziwia i fascynuje, jest powiewem świeżego powietrza w narażonej na zjadanie własnego ogona perfumeryjnej sztuce.

M-Mink-Byredo-Eau-de-Parfum

Intro M/Mink jest syntetycznie kwiatowe, ale tak naprawdę pachnie tym, czym w założeniu miało pachnieć: atramentem/ tuszem. M/Mink został bowiem zainspirowany kilkoma przedmiotami: azjatyckim tuszem, fotografią przedstawiającą japońskiego mistrza kaligrafii oraz jednym ze znaków chińskiego alfabetu. Tak więc zapach początkowo ma bardzo specyficzny, nieco metaliczny, nieco ozonowy, lekko miodowy, ale przede wszystkim jakby kaligraficzny posmak. Coś jakby pełna ozonu woń powietrza po wyładowaniach atmosferycznych tłoczonego przez plaster miodu. Z czasem uwydatnia się paczulowo-kadzidlano-miodowy akord, który trwa aż do końca, bez istotnych zmian. Jak zwykle u Byredo jest więc prosto i minimalistycznie, jednak tym razem wyjątkowo efektownie.

M/Mink to pachnidło XXI wieku – zimne, techniczne, wycyzelowane i trafiające prosto między oczy, budzące skrajne emocje.

M/Mink to absolutne arcydzieło współczesnej perfumerii. Zapach bez precedensu (no niemalże, bowiem tę samą ideę – japońskiego atramentu – choć inaczej zrealizowaną – znajdziemy w wiekopomnym Comme des Garcons 2 Marca Buxtona). M/Mink jest unikatowy, charakterystyczny, o świetnych parametrach użytkowych (projekcji i trwałości). Awangardowy, wymagający, ale i niesamowicie charyzmatyczny. Oparty na pomyśle, a nie na „po prostu zmieszaniu” dużej liczby, choćby nie wiem jak wysokiej jakości, składników. Prawdziwie twórczy, nowy, wychodzący poza dotąd przyjęte ramy. Fascynujący, choć….z pewnością nie dla każdego. Poza wszystkim to jednak zapach odważny i wymagający, z pewnością nieobliczony na popularność, z pewnością popularnym – nawet w ofercie Byredo – nie będzie.

Wg mnie najlepsze i najbardziej unikatowe pachnidło Byredo spośród  dotąd przeze mnie poznanych i opisanych.

M  MINK by Byredo - new fragrance review

górne: adoxal

nuty środkowe: kadzidło

nuty bazy: paczula, koniczyna, miód, ambra

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2010

Byredo – poprzez aromat (6) – „Oud Immortel”

Oud Immortel – nieśmiertelny oud?

Kolejna w ofercie Byredo (Mister Marvelous i Baudelaire) propozycja bardziej odpowiednia męskiej aniżeli kobiecej skórze. Zresztą wg mnie wszystkie trzy kompozycje łączy wspólny roślinno-drzewno-kadzidlany mianownik. Oud Immortel to zapach początkowo cytrusowo-zielony z odrobiną kardamonu (inspirowany włoskim likierem cytrynowym o nazwie limoncello). Z czasem, stopniowo, dość leniwie transformuje we właściwy – suchy, drzewno-kadzidlano-papirusowy akord będący jego istotą. Spore znaczenie w budowaniu drzewnego charakteru mają tu paczula i mech drzewny, a liście tabaki przydają pachnidłu szorstkiej męskości. W pierwszych minutach można by uznać Oud Immortel za brzydszego brata Timbuktu L’Artisana, ale z czasem oba pachnidła tracą wspólne cechy. Zapach Byredo okazuje się bardziej drzewny, surowy i niepokojący.

oudwood

Warto zaznaczyć, że choć w nazwie występuje oud, a materiały źródłowe podają, że jest to jedna z dwóch kompozycji Byredo (obok Accord Oudskoncentrowanych wokół oudu, formuła perfum nie zawiera oudu w żadnej postaci. Mamy tu do czynienia raczej z efektem oudu, ewokacją tej z natury niezwykłej i wielowymiarowej woni, osiągniętą za pomocą innych składników. Typowa perfumiarska robota. Faktycznie, w bazie zapachu czuć coś suchego, gałęziastego, ale zupełnie nie przypominającego prawdziwych rasowych oudowców w rodzaju Oud Mony Di Orio bądź Leather Oud Diora czy kilku słynnych oudowych mikstur Montale. Jakby tego było mało drugi człon nazwy: immortel mógłby znawcom tematu sugerować obecność nieśmiertelnika (immortelle) w składzie (znanego choćby z wzorcowego Sables Annick Goutal). Nic z tych rzeczy. Jego także tu nie znajdziemy… Abstrahując jednak od tego Oud Immortel robi na mnie pozytywne wrażenie. Solidny, prawdziwie niszowy, minimalistyczny, intrygujący i efektowny męski zapach. Do tego bardzo trwały (na mojej skórze ponad 12 godzin).

Byredo-oud-immortel

nuty górne: limoncello, kadzidło, kardamon

nuty środkowe: paczula, papirus, drewno różane

nuty bazy: liście tytoniu, mech

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2011

cdn.

Byredo – poprzez aromat (5) – „Mister Marvelous” i „Gypsy Water”

Mister Marvelousmęskie fougere wg Byredo

Pachnidło to sygnowane i dedykowane światowej sławy styliście fryzur Christiaanowi Houtenbosowi, któremu Ben Gorham bez wahania przypisał określenie marvelous, które oznacza cudowny i za którym kryje się coś pięknego i jednocześnie innego, odróżniającego się, oryginalnego. To słowo dobrze charakteryzuje także sam zapach, który jest realizacją na swój sposób oryginalnego spojrzenie na temat męskiego fougere.

article_christiaanhoutenbos

Mister Marvelous to zdecydowanie męski zapach, który otwiera się akordem aromatyczno – kolońskim: neroli z mandarynką oraz nutą lawendy, pachnąca jednak inaczej, niż to, do czego w perfumach przywykłem. Być może to efekt zastosowania bambusa, który uzupełnia zieloną naturę zapachu neroli i jednocześnie zabarwia na ten kolor ziołową woń lawendy, będąc swego rodzaju łącznikiem pomiędzy akordem głowy a sercem. Domniemam też (choć tego nie wiem na pewno), że Jerome Epinette użył tu jakiegoś posiadającego zieloną charakterystykę izolatu olejku lawendowego (wg oficjalnej strony Byredo w składzie jest green lavender). Dzięki tym zabiegom Mister Marvelous brzmi jak współczesne aromatyczne zielone fougere. Kompozycję oparto na solidnym, ale bardzo prostym i efektownym drzewno-ambrowym rusztowaniu. Zresztą zapach – znowu – ujmuje prostotą i czytelnością, co może się podobać. Jest konsekwencją minimalistycznej filozofii Bena Gorhama.

Mister Marvelous to udane pachnidło i jednocześnie jedna z najlepszych propozycji Byredo, szczególnie z męskiego punktu widzenia. Ma „pazur” i charakterystyczną zadziorną nutkę. Z pewnością zaintryguje otoczenie…

Byredo-Mister-Marvelous-Christaan-Houtenbos

nuty górne: liście mandarynki, neroli

nuty środkowe: zielona lawenda, bambus

nuty bazy: czarna ambra, biały cedr

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2011

Gypsy Water – cygańska woda korporacyjna

 

Ben Gorham:

„Gypsy Water jest bazującą na micie próbą nadania splendoru cygańskiemu stylowi życia. Woń świeżej ziemi, głębokich lasów i ognisk obrazuje marzenie o wolnym, kolorowym życiu blisko natury. Wymyśliłem ten zapach  korzystając z moich wspomnień z czasów, które spędziłem mieszkając we Włoszech, obserwując Cygan mieszkających nad rzeką. Było coś bardzo efektownego w opowieści o ich wolnym duchu i jednocześnie tragedii prześladowań, jaką przeżywali w Europie. Wierzę, że ten zapach obejmuje obie strony tego zjawiska- zarówno tę złą, jak i dobrą.

Gdyby dosłownie potraktować marketingowy brief Gorhama, można by spodziewać się zapachu w typie Fumidus Profvmvm Roma czy choćby Forest Walk Sonoma Scent Studio, a najlepiej – kombinacji obu wymienionych. Nic bardziej mylnego. Gypsy Water to lekko kulinarne, subtelnie przyprawowe, delikatne perfumy o quasi kolońskim, współczesnym charakterze, w których – gdy już odparują pierwsze kręcące w nosie molekuły pieprzu oraz słodkich cytrusów i jagód jałowca (a dzieje się to niemal błyskawicznie) – pojawia się owszem ładna, ale zupełnie niecharakterna i delikatna słodkawa baza z dominującym duetem wanilii i drewna sandałowego. W ten sposób zapach trwa na skórze kolejne kilka godzin powoli gasnąc i pozostawiając – przynajmniej we mnie – wrażenie niedosytu. 

the-gypsy-traveler_gypsies1

Gypsy Water – jako uniseks – wg mnie jest jednak bardziej odpowiedni dla kobiet, szczególnie tych lubiących pachnieć lekko, świeżo, w sposób nienarzucający się, ale jednocześnie intrygujący. Słowo water w nazwie dość dobrze koresponduje z pewną transparentnością i delikatnością, świeżą zwiewnością Gypsy Water. Co specyficzne, jest to pachnidło pozbawione jakichkolwiek emocji.  Wydaje się bardzo techniczne i wycyzelowane. Zresztą ten wyrachowany i chłodny minimalizm to cecha większości pachnideł Byredo, co czyni je dobrymi kandydatami na zapachy korporacyjne

Gypsy Water Byredo

nuty górne: bergamotka, cytryna, pieprz, jałowiec 

nuty środkowe: kadzidło, igły sosnowe, irys

nuty bazy: ambra, wanilia, drzewo sandałowe

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2008

cdn.

Byredo – poprzez aromat (4) – „Baudelaire” i „Sunday Cologne”

Baudelaire – bardzo męski

Ben Gorham przyznaje się do fascynacji osobą i twórczością francuskiego poety Charlesa Baudelaire’a. Pachnidło nazwane jego nazwiskiem zostało zainspirowane poematem artysty zatytułowanym Les Fleurs du Mal, a konkretnie jedną strofą jego części pt. Parfum Exotique:

„I widzę jakąś wyspę żyzną i leniwą 
Gdzie drzewa są szczególne i owoce słodkie, 
Gdzie ciało mężów razem jest silne i wiotkie, 
A w czarnych oczach niewiast szczerość widzisz żywą.”

Baudelaire to bardzo specyficzny zapach. Przyprawowo-drzewny, suchy, roślinny, nieco także kadzidlany i w niewyjaśniony sposób magnetyzujący. Początkowo emituje woń rozgrzanego letnim słońcem lasu. Jagody jałowca połączone z pieprzem i kminem tworzą pierwsze niezwykłe olfaktoryczne wrażenie. Kadzidło plus papirus (duet rodem z Timbuktu L’Artisan, choć to mocno inny zapach) dodają suchej i intrygującej nutki. Na skórze zapach wykazuje subtelną ewolucję od „mokrego” zielono-pieprzowego początku przez jałowcowo-kadzidlane suche serce, aż po subtelnie ambrową bazę, w której przebijają echa fazy serca. Jak wszystkie zapachy Byredo, także i ten robi wrażenie nowoczesnego, minimalistycznego, ale doskonale „poukładanego”. Jest przy tym średnio intensywny i bardzo trwały, choć baza jest bardzo delikatna.

Baudelaire jest zapachem dość szorstkim, przez co raczej męskim i z pewnością intrygującym. Spodoba się – jak sądzę – wielbicielom French Lover F. Malle, Laurel Comme des Garcons, Penhaligon’s Juniper Sling czy Divine L’Homme Infini. Charakterem najbliżej mu do dwóch ostatnich, zaś wyrazistością – do dwóch pierwszych. Baudelaire to wg mnie jedna z najciekawszych propozycji Byredo.

byredo baudleaire

nuty górne: jałowiec, kminek, czarny pieprz

nuty środkowe: kadzidło frankońskie, hiacynt, skóra

nuty bazy: papirus, paczula, czarna ambra

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2009

Sunday Cologne – perfumy o zapachu kolońskiej…

Ben Gorham:

„Gdy zacząłem tworzyć zapachy, miałem problem ze zrozumieniem idei ich podziału na męskie i damskie. Jednocześnie istniały specyficzne punkty odniesienia, jak choćby woda kolońska, której używały kolejne generacje mężczyzn. Mój pomysł na kolońską polegał na pozostawieniu klasycznych kolońskich składników, ale podaniu ich w nowoczesny sposób – tak by połączyć to co najlepsze z przeszłości z tym co współczesne. Zdecydowałem się nazwać ten zapach Sunday Cologne, ponieważ – mimo początkowych założeń, że będzie to kolońska – w efekcie wyszła nam pełnoprawna woda perfumowana (koncentracja eau de parfum). Użyliśmy więc słowa Sunday, by podkreślić drogocenność tych perfum.”

Ben opisał ten zapach w bardzo adekwatny sposób. Sunday Cologne (wcześniej występujący po nazwą Fantastic Man) to jeden z bardzo udanych przykładów realizacji kolońskiego tematu, który dzięki zdobyczom współczesnej chemii (synteza, nowoczesne techniki destylacji i ekstrakcji) został stworzony jako długotrwała woda perfumowana. Innym doskonałym przykładem tego typu pachnidła jest Absolue Pour Le Matin Francisa Kurkdjiana. Oba zapachy mają naprawdę wiele wspólnego, łącząc esencjonalne nuty cytrusowe z ziołami i przyprawami. W Sunday Cologne urzekło mnie prześliczne połączenie jakże tradycyjnie kolońskiego olejku z bergamoty, który odpowiada za orzeźwiające cytrusowo-zielone otwarcie, z kardamonem – bo to ten duet gra tu pierwsze, jak i drugie skrzypce. Trzecie zaś wygrywa lawenda. Ona to w połączeniu z esencją wetywerii, geranium i mchem drzewnym stanowią klasyczną część Sunday Cologne. Natomiast zupełnie niekolońskie kadzidło, anyż i paczula dodają zapachowi subtelnie orientalnej głębi oraz wzmacniają jego trwałość na skórze. Warto zauważyć, że kardamon wybrzmiewa tu szczególnie wyraźnie w pierwszej i drugiej fazie trwania zapachu, w sposób naturalny wypływając z cytrusowego otwarcia (kto wąchał kiedykolwiek zgniecione ziarna kardamonu, ten z pewnością zauważył charakterystyczną cytrusową nutę), gładko przechodząc do aromatycznego serca. Baza tych perfum to wspomnienie kardamonu na subtelnym mszystym tle.

Sunday Cologne to interesująca realizacja kolońskiego tematu, w której autorzy wyszli dość śmiało poza wąskie granice dyktowane tradycją. Dzięki temu zapach  nabrał esencjonalności i dodatkowego wymiaru. Cięższe ingrediencje odpowiadają tu także za utrzymywanie się musującej cytrusowo-kardamonowej świeżości przez długie godziny, co jest niewątpliwą zaletą tej absolutnie uniseksowej wody perfumowanej o zapachu kolońskiej.

byredo sunday cologne

nuty górne: bergamota, anyż gwiaździsty, kardamon

nuty środkowe: geranium, kadzidło, lawenda

nuty bazy: wetiwer, mech, paczula

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2011

cdn.

Byredo – poprzez aromat (3) – „Chembur” i „Bal D’Afrique”

Chembur – kadzidło 

Ben Gorham:

„To zapach inspirowany Chembur – miejscem w Indiach, na przedmieściach Bombaju, gdzie urodziła się i dorastała moja matka. Pamiętam, gdy jako dziecko wziąłem udział w zorganizowanym tam pikniku. Gdy tam powróciłem, już jako młodzieniec, miejsce to znacznie się rozrosło, ale pachniało tak samo, jak dawniej. Zaintrygowało mnie to – jak to możliwe? Co się zmieniło, a co nie? Tym co najbardziej mnie poruszyło, był zapach kadzidła w indyjskich świątyniach. Na tym oparłem te perfumy. Dodałem także kilka elementów”

Chłodny, minimalistyczny, ubogi w składniki zapach z dominująca od pierwszych sekund nutą kadzidło frankońskiego – olibanum. Mimo swej kadzidlanej natury sprawia wrażenie transparentności. Chcąc odnieść go do innych znanych mi kadzidlaków muszę stwierdzić, że – gdy chodzi o treść i formę – wypada on najbliżej Incense Pure Sonoma Scent Studio. Podobnie czysta woń kadzidła. W kompozycji Epinetta czuć wyraźnie jego oraz Gorhama zamiłowanie do prostych i przejrzystych przekazów. To kadzidło jest w jakiś sposób odsakralizowane, jakby zurbanizowane. Absolutnie nie przytłacza ładunkiem kościelnych skojarzeń, a raczej stanowi eleganckie, dość tajemnicze i intrygujące, pozostające nieco w tle pachnidło dla chcącej wyróżnić się zapachem osoby. Chembur pachnie dość subtelnie, a przy tym liniowo – zachowując przez przeważającą większość czasu swój kadzidlany charakter. Olibanum zostało tu zręcznie wzmocnione nutami cytrusowymi. Nie ma tu jednak mowy o wyczuwalnym akordzie cytrusowym – po prostu autor wykorzystał fakt olfaktorycznego pokrewieństwa esencji olibanum (zawierającej cytrusową nutkę) z cytrusami. Połączył je z olibanum za pomocą żywicy elemi, która także wykazuje lekko cytrusową naturę, dodał pikantności, wibracji za pomocą imbiru i gałki muszkatołowej, zaś część żywiczną zapachowego spektrum olibanum „podbił” przy użyciu labdanum. Bazę dodatkowo uzupełnił ambrą i utrwalił piżmami. Niezwykle czytelny, ale jakże skuteczny schemat komponowania perfum. Mój największy zarzut wobec Chembur to rachityczna projekcja i średnia, kilkugodzinna trwałość. Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć zamysł autora, by było to kadzidło raczej uzupełniające niż dominujące nosiciela. Jako takie wypada naprawdę dobrze.

byredo chembur

nuty górne: bergamotka, cytryna, elemi

nuty środkowe:  imbir, kadzidło, gałka muszkatołowa

nuty bazy: labdanum, ambra, piżmo

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2008

Bal D’Afrique – wetiwer

Ben Gorham:

„Ciepły i romantyczny wetiwer zainspirowany paryską fascynacją kulturą afrykańską, sztuką, muzyką i tańcem Afryki, jaka miała miejsce w końcówce lat 20-tych XX wieku. Mieszanka paryskiej awangardy i afrykańskiej kultury ukształtowała tę unikalną i wibrująca woń. Intensywne życie, zbytek i euforia zilustrowane są neroli, afrykańską aksamitką i marokańskim drewnem cedrowym. Wybrałem ten temat bazując na dziennikach mojego ojca, który opisał 15 lat, jakie spędził w Afryce podróżując wzdłuż i wszerz tego lądu.”

neroli

Świeży cytrusowo-zielony wstęp z prześlicznie brzmiącą nutą neroli. Lekko kwiatowy środek ze stopniowo wyłaniającym się wetiwerem, osadzonym na drzewno-ambrowo-piżmowej, nieco mydlanej pod sam koniec bazie. Czytelnie i bardzo ładnie. Z dzisiejszego punktu widzenia soczysty Bal D’Afrique jawi mi się jako protoplasta Vetiver Fatale Atelier Cologne tego samego perfumiarza – Jerome’a Epinette’a. Oba zapachy są naprawdę bardzo zbliżone, jak widać – nie przez przypadek, przy czym Bal D’Afrique pachnie mocniej i dłużej (w końcu to rzekomo eau de parfum). Ma więc także i Byredo swojego wetiwerowca, aczkolwiek mało kto w ten sposób postrzega i opisuje te perfumy, prawdopodobnie głównie w wyniku istotnej roli, jaką w zapachu odgrywa doskonałego gatunku olejek neroli, aksamitka oraz składniki kwiatowe (głównie fiołek), które zebrane razem nie pozwalają ujawnić się wetywerii w pełnej krasie. Poza tym mam przekonanie graniczące z pewnością, że w formule użyto izolatu wetywerii (Epinette, podobnie jak Jean-Claude Ellena, znany jest ze śmiałego sięgania po izolaty pochodzące z naturalnych olejków), czyli fragmentu olfaktorycznego spektrum naturalnej esencji wetiwerowej. Pozostaje więc nuta wetywerii niejako „w domyśle”, co czyni Bal D’Afrique bliskim zapachowym krewnym słynnego Vetiver Tonka Hermesa, a nawet Timbuktu L’Artisana. 

Egzotyczny, zielony, soczysty, świeży. O wyraźnej projekcji i lepszej niż dobrej trwałości. Wprost idealny na wiosnę i lato, jeśli tylko te nadejdą…

Wg mnie jeden z najlepszych i najpiękniejszych zapachów Byredo.

byredo bal dafrique

nuty górne: bergamotka, cytryna, neroli

nuty środkowe:  aksamitka, fiołek, jaśmin, cyklamen, 

nuty bazy: ambra, piżmo, wetiwer, drzewo cedrowe 

twórca: Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2009

cdn.

Byredo – poprzez aromat (2) – „Green”

Green – zapach ojca

Ben Gorham:

„Green to moje pierwsze perfumy. Zostały zainspirowane wspomnieniem tego, jak pachniał mój ojciec w latach 70-tych i wczesnych 80-tych. Opisałem te woń perfumiarzowi jako esencję zielonej fasolki. Czułem, że wspomnienie zapachu czyjegoś ojca jest czymś, z czym większość ludzi mogłoby się utożsamić.”

Gorham pracując na kolejnymi zapachami wspólnie z perfumiarzami, inspiruje się m.in. swoimi wspomnieniami. Próbuje przekuć je w kompozycję perfumeryjną, która uruchamiać będzie najlepsze wspomnienia z jego życia. Tak powstał pierwszy zapach Byredo, który i dla mnie osobiście okazał się mieć zaskakująco duże znaczenie i cudowną moc uruchamiania skojarzeń i wspomnień…

grey_flannel_flyer(1)Pierwszymi perfumami, jakich Ben Gorham doświadczył jako dziecko, były te noszone przez jego ojca pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych poprzedniego stulecia, zanim ten opuścił rodzinę (Ben miał wówczas 7 lat). Umiejscowienie tego w konkretnym kontekście czasowym ma tu istotne znaczenie. Gorham zapamiętał dominujące w zapachu nuty zielone. Bardzo chciał odtworzyć tę woń w nowoczesnym wydaniu w ramach pierwszego zapachu sygnowanego Byredo. W tym celu spotkał się z perfumiarzem. Opisał mu swoje wspomnienia i wrażenia. Na ich bazie powstało Green

Ben z naturalnych przyczyn nie wspomniał o tym, że zapach jego ojca nazywał się… Grey Flannel Geoffreya Beene, o czym przekonałem się testując Green. Przez długi czas twierdziłem, że nie ma drugiego takiego pachnidła, jak genialne dzieło Andre Fromentina z 1976 roku. I oto w ofercie niszowej marki Byredo znalazłem Green – współczesne wcielenie Grey Flannel. Mam do GF bardzo emocjonalny stosunek. Mimo, że właściwie obecnie go nie używam, to zajął w mojej kolekcji poczesne miejsce jako pachnidło zupełnie niesamowite, fenomen odkryty przez przypadek, kupiony za przysłowiowe grosze, który okazał się być jednym z najlepszych męskich pachnideł, jakie kiedykolwiek poznałem. Mimo, że zapach przeszedł dość wyraźną reformulację, w efekcie której został uwspółcześniony, odświeżony i pozbawiony pewnych niedzisiejszych cech wersji vintage (o czym swego czasu pisałem dość szeroko na blogu), zachował swój niezwykły, unikatowy, zielono-kwiatowy, fiołkowo-mydlany charakter. Fakt, że Gorham postanowił złożyć mu tak swoisty hołd bardzo mnie ucieszył. Wcale mi nie przeszkadza ewidentna inspiracja, bowiem, przy całym swoim podobieństwie do dzieła Formentina, Green jest jednak inny (aczkolwiek dużo bliższy współczesnej wersji Grey Flannel aniżeli vintage). Delikatniejszy, bardziej wygłaskany, intensywniej zielono-kwiatowy, a mniej ostry, pozbawiony pewnej bezpardonowości, szorstkiej gorzkości i cierpkości klasyka.

green-beans

Już samo otwarcie Green różni się. Jest subtelniejsze, mniej zadziorne, pięknie i soczyście zielone liściem gorzkiej pomarańczy i szałwią. Zaraz po tej uroczej introdukcji Green przeobraża się w woń podobną do konwalii. Na ten akord składają się wg źródeł jaśmin, wiciokrzew, fiołek i odrobina róży. To prawdziwie zielone serce tej skądinąd ślicznej kompozycji. W sercu podobieństwa do obecnej wersji Grey Flannel są już ewidentne (fiołek) i chyba największe. Z kolei bazy obu zapachów różnią się podobnie jak ich otwarcia. Grey Flannel kończy się dużą ilości mchu drzewnego, finisz jest więc teoretycznie drzewny, w praktyce zaś lekko mydlany i …. mszysty – to jedyne adekwatne określenie (by sprawdzić sobie, co to jest zapach mszysty, najlepiej sięgnąć po Chene Serge’a Lutensa). Baza Green jest natomiast wciąż jeszcze lekko zielona, ocieplona subtelną tonką i utrwalona piżmem. Jest – najogólniej mówiąc – bardziej urodziwa, przyjemniejsza, zdecydowanie niemszysta. Mimo tych wszystkich mniej lub bardziej istotnych różnic, mam wrażenie, że Green pachnie chwilami nawet bardziej jak Grey Flannel niż sam Grey Flannel... 

Wszystko to oczywiście prowadzi do nieuchronnego pytania – po co zatem wydawać na Green wielokrotność sumy, jaką musimy zapłacić za starego dobrego Grey Flannel? Na swym blogu staram się nie komentować cen recenzowanych perfum, skupiając się wyłącznie na ich zawartości i wartości olfaktorycznej. Perfumy to dobra luksusowe, więc i ceny z reguły mają odpowiednio wysokie i to nie powinno nikogo dziwić. Poza tym wysokość ceny to rzecz względna i w dużej mierze zależna od zasobności portfela. Napiszę więc w ten sposób: jeżeli ktoś poszukuje współczesnej, delikatniejszej, bardziej przystępnej, łatwiejszej do noszenia wersji Grey Flannel i skłonny jest odżałować sporą sumkę, tego zachęcam do sięgnięcia po Green. Moim zdaniem warto, bo to urocze pachnidło zrobione wg najlepszych wzorców i dopasowane do obecnie panujących zapachowych standardów.

byredo green

nuty górne: liść gorzkiej pomarańczy, szałwia

nuty środkowe: jaśmin, róża, wiciokrzew, fiołek

nuty bazy: tonka, piżmo

twórcy: Olivia Giacobetti/ Jerome Epinette

rok wprowadzenia: 2008

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ok. 10 h

Byredo – poprzez aromat (1)

epinette gorham wulffWysoki, przystojny, o egzotycznej, orientalnej urodzie, doskonałym guście, obyciu oraz szerokich horyzontach. Swoje zainteresowanie zapachami przekuł w jedną z najlepiej obecnie funkcjonujących i najbardziej dochodowych – jak sam przyznaje – niszowych firm perfumeryjnych. Ben Gorhman, którego matka była Hinduską, a ojciec na poły Szkotem, na poły Kanadyjczykiem, urodził się w Szwecji, szkołę średnią skończył w Nowym Jorku, rozpoczął studia biznesowe w Toronto, zamienił je na politologię, po czym na projektowanie wnętrz. Od młodych lat poszukiwał swojej profesji. Po skończeniu koledżu został… zawodowym koszykarzem (!). Jako że nie odnalazł się także w tej dziedzinie, zadomowił się na dłużej w sztokholmskiej szkole artystycznej. Studiował malarstwo, rzeźbę, historię, fotografię. Zaczął specjalizować się w malarstwie farbami akrylowymi i kończąc te studia był zdecydowany temu się poświęcić. Wtedy to spotkał na swej drodze perfumiarza Pierre’a Wulffa. To spotkanie odmieniło pogląd Bena na to, czym chce się w życiu zajmować. Zapach. Najpierw świece, które ten wyrabiał samemu, później perfumy, o pomoc przy tworzeniu których zwrócił się do zawodowych perfumiarzy…

2

Ben prowadzi swą perfumeryjną firmę Byredo od 2006 roku (nazwa marki pochodzi od słów by redolance – staro-ang. przez aromat) i robi to w sposób wzorowy, proponując nie tylko doskonały i nowoczesny produkt, ale także i pewien estetyczny koncept nacechowany czarno-białym minimalizmem i … nowoczesnością właśnie (to słowo może powtarzać się częściej, bowiem jest immanentną cechą produktów Byredo). Patrząc na flakony, na opakowania, na materiały promocyjne czy design strony internetowej nie da się nie zauważyć wspólnej estetycznej koncepcji potwierdzającej artystyczne zdolności i spójną wizerunkową wizję Gorhama. Zapachy Byredo wymykają się tradycyjnym kategoriom, także jeśli chodzi o płeć ich potencjalnych użytkowników. Są w większości wzorcowymi uniseksami, które realizują olfaktoryczne tematy, obrazy, skojarzenia, ewokują miejsca i wspomnienia samego Gorhama. Green przywołuje wspomnienia Bena nt. jego ojca i został mu dedykowany, Chembur z kolei powstał z myślą o matce Bena, Palermo – przywołuje obraz kobiety tam przez niego poznanej, Blanche z kolei powstał dla towarzyszki życia Bena.

 2

Ben nie jest perfumiarzem sensu stricto. Jest – podobnie jak wielu jego kolegów po fachu – artystycznym szefem marki, nadaje jej kierunek i oprawę. Nad kolejnymi zapachami współpracuje z perfumiarzami – zawodowcami najwyższej próby – przede wszystkim z Jeromem Epinette oraz Olivią Giacobetti. Przestawia im wizję, pomysł, obraz, skojarzenie, opowieść bądź też konkretny składnik, na którym chciałby oprzeć kolejny zapach swej kolekcji, a oni w następstwie pracują w swych laboratoriach nad kompozycjami przedstawiając Gorhamowi kolejne ich propozycje do oceny. Tak powstają perfumy Byredo.

-new-Pic-Aug-20121-001

Zapachy Byredo są z pewnością specyficzne. Wykorzystują najnowsze zdobycze perfumerii i chemii, eksplorują nowe olfaktoryczne obszary i byty, zachowując przy tym awangardowy szlif, ale przede wszystkim rzadko spotykaną prostotę i klarowność. Gorham twierdzi, że jego pachnidła składają się z kilku do maksymalnie kilkunastu składników, za to najwyższej próby. Zależy mu na klarowności i prostocie przekazu. Wiele z nich ma liniowy charakter, bez klasycznego układu nut głowy-serca- bazy. To co czujemy po zaaplikowaniu danych perfum Byredo, po odparowaniu alkoholowego nośnika, jest mnie więcej tym, czym dany zapach będzie przez cały okres trwania na skórze. Konsekwentnie i bez niespodzianek. Bez przeładowania ingrediencjami, bez przerostu formy nad treścią. Minimalistycznie, ale z klasą.

byredo bottles

„Perfumy są dla wielu synonimem francuskości. Przez lata ukształtowała się w tej branży hierarchia. To dobrze, bo są w niej obecne niesamowite talenty i wyrafinowanie, ale z drugiej strony panuje tam stagnacja. Więc moim wyborem na dobre i na złe było upraszczanie. W przeciwieństwie do pracy z pięćdziesięcioma, siedemdziesięcioma lub osiemdziesięcioma ingrediencjami, ja pracuje z pięcioma, może dziesięcioma. Niektóre składniki naturalne są tak piękne. O zakup jednego z nich – specjalnego olejku Neroli – walczyłem nawet z Chanelem. Byłoby stratą zamaskować tę cudną woń różnymi innymi dodatkami. Może ma to jakiś związek ze szwedzkim etosem, prostotą… Jest to upraszczanie w sensie tworzenia klarownego, jasnego przekazu.”

Ben Gorham

Zapraszam na cykl recenzji fascynujących zapachów Byredo.