Tom Ford „Beau de Jour” – być pięknym tego dnia

Tom Ford jest mistrzem powtórnego wynajdywania koła. Od początku istnienia perfumowej linii Private Blend sięga do historii perfum i z dużym powodzeniem poddaje ją współczesnej reinterpretacji. Jego najbardziej – póki co – spektakularnym sukcesem w tej dziedzinie jest reaktywowanie popularności kolońskiej w postaci Neroli Portofino (a następnie szeregu kolejnych neo-kolońskich zapachów tworzących już całkiem sporą kolekcję). Tak jakby wychodził z założenia, że nie tylko historia mody, ale i historia perfum kołem się toczy…

Tom Ford

Tegoroczne Beau De Jour to doskonały przykład tego podejścia, tyle że tym razem w gatunku aromatic fougére. Poprzedzony wprawdzie już dwoma zeszłorocznymi, pokrewnymi stylistycznie Fougére d’Argent i Fougére Platine oraz do pewnego stopnia także Noir Anthracite z linii podstawowej Toma Forda, Beau de Jour sprawia wrażenie najwyraźniejszego nawiązania do klasyki gatunku. Mam na myśli klasyczny, zapoczątkowany jeszcze w XIX w. przez Fougére Royale Houbigant męski aromat, oparty na połączeniu lawendy, mchu dębowego i kumaryny, który – w wyniku tego, że w ten, a nie inny sposób w latach 60-70 tych XX w. perfumowano męskie kosmetyki do golenia – przyjęło się nazywać „zapachem gładko ogolonego dżentelmena”. Innymi – nie naszymi – słowy Beau De Jour to tzw. „barbershop scent.” 

Tom Ford Beau du Jour

Beau De Jour nawiązuje swą nazwą do słynnego francuskiego filmu Luisa Buñuela „Belle de Jour” z 1967 roku z Catherine Deneuve w roli głównej. Wizualna kampania inspirowana jest szykiem YSL z tamtych lat. Wreszcie sam zapach to współczesna interpretacja klasycznego tematu fougére, co prowadzi do skojarzeń ze słynnym Rive Gauche Pour Homme, które to pachnidło w 2003 roku Jacques Cavallier skomponował dla YSL, kiedy to kreatywna siłą napędową tego domu mody był… Tom Ford właśnie.

YSL Rive Gauche PH

Co ciekawe, w nazwie zapachu występuje rodzaj męski (beau), ale na zdjęciu promującym zapach widzimy – mam wrażenie – kobietę wystylizowaną na mężczyznę…

W taki oto sposób kreator po raz drugi wszedł do tej samej pachnącej rzeki. Już wspomniany Rive Gauche Pour Homme był jednym z najdoskonalszych (jeżeli nie najdoskonalszym w ogóle) hołdem dla gatunku aromatic fougére. Nikt na początku XXI wieku nie sięgał po tę estetykę w męskich perfumach. Tom Ford odważnie i z sukcesem zrobił to i przy pomocy perfumiarza Jacquesa Cavalliera stworzył kto wie, czy nie najlepszy zapach tego gatunku. Po 19 latach od tamtej premiery Ford wrócił do tego samego pomysłu. Tym razem zadanie zlecił innemu świetnemu perfumiarzowi – Antoine Maisondieu. Ten wywiązał się zeń doskonale.

Beau du Jour to fantastyczny przykład aromatic fougére pachnącego bardzo stylowo, ale skrojonego wg współczesnych kanonów w kwestii doboru niektórych składników, jak i ogólnej mocy i projekcji zapachu. 

 

new-fragrance-Beau-de-Jour-tom-ford-2019

Znajdziemy tu oczywiście emblematyczne dla gatunku nuty, które determinują jego charakter i powodują, że nie można go pomylić z niczym innym, czy też mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jest lawenda w otwarciu (a nawet dwa jej gatunki), jest wyczuwalny bardzo szybko mech dębu (jakże piękna, oldskulowa nuta!), nie zabrakło niemniej tradycyjnych nut geranium i rozmarynu, budujących piękną, lekko ziołową część zapachowego spektrum. To tego momentu wszystko wydaje się być zgodne z klasycznym przepisem. Różnica tkwi w bazie, gdzie nie znajdziemy słodkawej kumaryny czy tonki (albo tak nowatorsko użytego w Rive Gauche gwajaku). Miast tego mamy na wskroś współczesną mieszankę paczulowej frakcji i współczesnej nuty ambrowej. Baza jest więc raczej sucha, lekko nawet dymna, wytrawna. Inna niż znane mi bazy tego typu pachnideł. To ona plus wyważenie poszczególnych nut uwspółcześniają całość i powodują, że mimo ewidentnie klasycznej treści, formę ma Belle de Jour dostosowaną do współczesnych standardów. Ale nie traci swego klasycznego charakteru ani na chwilę, a trwa na skórze dobrze ponad 8 godzin, będąc początkowo całkiem wyrazistym, z czasem emitując akuratny zapachowy ogonek i przypominając o sobie od czasu do czasu.

Beau De Jour zasługuje na wysoką ocenę. Nie za odkrywczość czy nowatorstwo, bo przecież nie o to tu chodziło. Za jakość i styl. Ponadczasowy i bezdyskusyjnie męski. To najwyższych lotów retro-stylizacja podana w bardzo wyważony i harmonijny sposób. Tom Ford po raz kolejny wydał na świat fantastyczny neo-klasyczny męski zapach idąc swoją ścieżką, bez oglądania się na aktualne trendy. A że wszyscy lubimy melodie, które już znamy, to przecież nie nasza wina, prawda?

Beau du Jour bottle

nuty głowy: lawenda, lawenda prowansalska

nut serca: afrykański rozmaryn, krzew geranium mech dębu, bazylia,

nuty bazy: paczula, ambra

rok premiery: 2019

nos: Antoine Maisondieu

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

Bottega Veneta Pour Homme Extreme

W zeszłym roku dość krytycznie opisałem pierwszy męski zapach znanej ze swych wyrobów skórzanych włoskiej marki Bottega Veneta (Pour Homme z 2013), zarzucając mu przede wszystkim zbyt małą wyrazistość i nie zadowalającą mnie trwałość, przy całkiem intrygującym i interesującym charakterze (sam zapach uznałem za dobry). Gdy w styczniu bieżącego roku marka wypuściła wersje Extreme, pomyślałem że to słuszny krok, mając nadzieję, że sosnowo-jałowcowo-labdanowy akord będzie w nim po prostu mocniejszy, bardziej wyrazisty i wyczuwalny.

Wedle oficjalnych deklaracji Bottega Veneta Pour Homme Extreme ma być trwalsza, a wzmocniono w niej nuty pimento i labdanum, zasadniczą woń pozostawiając bez zmian. Jednak moim zdaniem w efekcie tych zabiegów zapach uległ zasadniczym zmianom i to niestety na gorsze.

Bottega PH extreme

Wersja eau de toilette rozczarowywała mnie kiepską projekcją, poza wyraźnym i ładnym otwarciem i pierwszym kwadransem, w którym pachnie naprawdę dobrze. Niestety w Extreme ten parametr – z naturalnych przyczyn – uległ dalszemu pogorszeniu i nie pomogła tu wzmocniona nuta pimento (mocno wyczuwalna w pierwszych minutach po aplikacji), gdyż większa dawka ociężałego z natury rzeczy labdanum przytłumiła całość. Zapach jest więc gęsty, zawiesisty, skoncentrowany, a całkiem wyraźny w edt charakterystyczny akord sosnowych igieł oraz jałowca została tu zalany i zniwelowany labdanum. W efekcie Extreme wypada w zestawieniu z edt… niemrawo i jeszcze bardziej subtelnie, mimo naprawdę solidnej aplikacji.

Nie jest to oczywiście pierwszy przypadek, gdy wersja zwana extreme, concentree czy też eau de parfum różni się w ten sposób od pierwotnej. Z reguły bowiem tego typu wariacje na temat różnią się bardziej rozbudowanymi bazami, z zastosowaniem większej liczby i ilości ciężkich składników. Wszystko po to, by dodać perfumom długotrwałości i bardziej zmysłowego charakteru. To jednak pociąga za sobą zmniejszenie ekspansji zapachu. Niestety więc określenie extreme wcale nie oznacza w takich przypadkach większej wyczuwalności pachnidła i w sumie kto jak kto, ale ja powinienem się był tego spodziewać. Być może Pour Homme Extreme będzie się lepiej sprawować latem, gdy wysokie temperatury wpłyną na mocniejsze uwalnianie się zapachu ze skóry.

Przy porównaniu ręka w rękę wersja eau de toilette wypada moim zdaniem lepiej, wyróżniając się na tle Extreme większą obecnością, charakterystycznym i ładnym akordem iglakowym, po którym następuje labdanowo-skórzana baza (i ta skóra faktycznie jest tam wyczuwalna). Extreme jest za to bardziej pikantny, gryzący nozdrza,  z czasem mocno labdanowy, a mniej iglakowy i mniej skórzany. Choć gdzieś w tle majaczy sygnaturowy akord protoplasty, to jest on bardzo głęboko ukryty. Jest to wersja „cieplejsza”, gęstsza, ale też i bardziej „przyskórna”, subtelna, osiadająca na skórze. Niestety nie uległa poprawie trwałość, która jest moim zdaniem na poziomie edt. Czy Extreme jest gorsze czy lepsze od eau de toilette, to już oczywiście kwestia gustu. Na pewno inaczej rozłożono w niej akcenty. W mojej ocenie wersja pierwotna wypada lepiej.

Na osobną uwagę zasługuje flakon Bottega Veneta Pour Homme Extreme. Pięknie się prezentuje. Minimalistyczny, stylowy design, doskonała jakość wykonania, dbałość o detale, idealnie sprawujący się atomizer, pozwalający różnicować aplikowaną dawkę. Widać dbałość marki o wysoką jakość rzemiosła.

Bottega PH extreme bottle

nuty głowy: bergamotka, igły sosnowe, jałowiec

nuty serca: pieprz, szałwia, balsam jodłowy

nuty bazy: paczula, labdanum, skóra

twórca: Daniela Andrier/ Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

  • zapach: średni
  • projekcja: subtelna
  • trwałość:  ok. 8 h

Bottega Veneta Pour Homme

Moje spore oczekiwania wobec pierwszego w historii męskiego zapachu znanej z wyrobów skórzanych włoskiej manufaktury Bottega Veneta miały swoje racjonalne podstawy. Po pierwsze bardzo udany perfumowy debiut marki 2011 roku – przeznaczona dla pań woda perfumowana, przywołująca tradycję kobiecych kwiatowych szyprów, wzbogacona o akord skórzany, skomponowana przez samego mistrza Michaela Almiaraca. Po drugie – nad męską wersją pracował niezwykły duet absolutnie wybitnych perfumiarzy: Daniela Andrier (m.in. fenomenalne pachnidła dla Prady) i Antoine Maisondieu (m.in. zapachy dla Comme des Garcons, Burberry, Etat Libre d’Orange). Po trzecie składniki-nuty zapachowe, które zapowiadały świetną męską mieszankę: pieprz, szałwia, żywice iglaków, wreszcie główny bohater – skórzane labdanum. Czy więc mogło się nie udać?

BottegaVeneta

Pierwsza minuta, może dwie – to solidne, mocne uderzenie kręcącego w nozdrzach pieprzu wzmacnianego przez esencję z jagód jałowca. Podoba mi się ten wstęp. Kilka minut później pojawia się miks delikatnych nut iglakowych ze słodkawym, zmysłowym, żywicznym labdanum, które jest nota bene głównym tematem tego zapachu. To ono połączone z będącą w tle paczulą i subtelnym akordem zamszowym tworzy bazę tego pachnidła.

Bottega Veneta PH to ładna, charakterystyczna, męska woń, niestety jednak bardzo delikatna i nietrwała, a raczej sprawiająca wrażenie nietrwałej. Dlaczego? Mam wrażenie, że coś jest nie tak z wyważeniem tego zapachu, z jego lotnością, a co za tym idzie projekcją i trwałością na mojej generalnie bardzo dobrze traktującej perfumy skórze. Czuję go dość wyraźnie przez maksymalnie 3 pierwsze kwadranse. Po jakiejś godzinie mam problem z doszukaniem się go na moim naskórku. Jednak nawet po kilku godzinach od aplikacji, pod warunkiem solidnego ogrzania skóry (np. intensywny wysiłek fizyczny), zapach powraca, odzywa się całkiem wyraźnie swoim sygnaturowym akordem bazowym. No ale chyba nie o to chodzi, prawda? Te perfumy zbyt szybko osiadają na skórze i trzeba sporego wysiłku (dosłownie), by je z niej ponownie unieść. Kto wie, może wiosną i latem BV PH zabrzmi donioślej i lepiej? 

AL_Bottega_main_2-800x544

Troszkę dawać do myślenia może towarzystwo, w jakim pod szyldem Coty Prestige znalazły się perfumy Bottega Veneta: Adidas, Beyonce, CK, Guess, Hale Berry, Jennifer Lopez, JOOP!, Davidoff, Kylie Minoque, Lady Gaga, Pierre Cardin, Playboy, Tonino Lamborghini, Roberto Cavalli, ufff…. Czy mam wymieniać dalej? Nie piszę tego przez złośliwość, a jedynie po to, by zauważyć, że – podobnie jak współczesne perfumy wymienionych marek – tak i Bottega Veneta to massmarket, tyle że tu akurat podany w lepszym opakowaniu. Marketingowo aspirujący wyżej od tego, czym jest w istocie. Gdy go wącham, czuję przede wszystkim, zręcznie ukrywaną za niezłą kompozycją, taniość składników i całej receptury. Szkoda. 

Naprawdę bardzo chciałem zachwycić się tym zapachem. Liczyłem przynajmniej na solidne męskie pachnidło. Gdyby popracowano nad charakterem, mocą, projekcją i trwałością tego zapachu, Bottega Veneta Pour Homme mógłby sięgnąć wyżyn, jakich Michael Almairac sięgnął w nieodżałowanym Gucci Pour Homme. Niestety tak się nie stało. Pachnidło o dużym, ale nieprawdopodobnie zmarnowanym potencjale. Wielka szkoda, bo flakon prezentuje się naprawdę obiecująco. Ja chyba jednak obiecywałem sobie po Bottega Veneta Pour Homme zbyt wiele….

BottegaVeneta ph

nuty głowy: bergamotka, igły sosnowe, jałowiec

nuty serca: pieprz, szałwia, balsam jodłowy

nuty bazy: paczula, labdanum, skóra

twórca: Daniela Andrier/ Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry-
  • projekcja: początkowo średnia, później słaba
  • trwałość: poniżej 6 h

Monocle: Scent Two “Laurel” by Comme des Garcons

Drugi chronologicznie zapach stworzony dla marki Monocle, a sygnowany przez Comme des Garcons i skomponowany przez niestrudzonego Antoine’a Maisondieu, jest także moim ulubionym z całej trójcy Monocle Scents (choć Hinoki depcze mu po piętach, a recenzowane niedawno Sugi ma spory potencjał). Tym razem tematem przewodnim jest wawrzyn (laur), którego suszone liście znamy z polskiej kuchni pod nazwą liścia laurowego. W wyniku zastosowania sporej ilości charakterystycznie pachnącego eterycznego olejku z wawrzynu oraz sporej dawki czarnego pieprzu i tymianku, a także cynamonu Laurel od pierwszych sekund kojarzy mi się z kuchnią. I nie jest to absolutnie złe skojarzenie. Jest to pachnidło do szpiku przyprawowe i przy tym bardzo naturalnie pachnące. Przebieg zapachu na skórze jest dość czytelny. Soczyste, przyprawowe intro złagodzone przez odrobinę cytrusów i akcenty zielone. Następnie część „właściwa”, czyli wawrzynowe serce – pikantne, wibrujące. Wreszcie drzewny finisz, w którym przewodnią rolę gra cedr. Laurel przez pierwsze kilkadziesiąt minut jest dość wyrazisty, później ląduje już blisko skóry i tak trwa, aż do zupełnego zniknięcia.

laurel tree

Laurel bywa porównywany do French Lover z kolekcji Frederica Malle. Znam dobrze oba zapachy i uważam, że podobieństwa owszem są, ale nie ma mowy o identyczności. Zapach Pierre’a Bourdona jest mniej przyprawowy, bardziej drzewny, suchy, „gałęziasty” i mocniej kadzidlany, aniżeli dzieło Maisondieu. U Bourdona pierwsze skrzypce gra dzięgiel, tu zaś tytułowy wawrzyn. Ale w perfumowym wszechświecie istnieje niemal kopia Laurela – popełnione przez tego samego twórcę Eloge du Traitre marki Etat Libre d’Orange. Pachnie to bardzo, ale to bardzo podobnie, tyle że obok wawrzynu istotną rolę gra tam żywica sosnowa, przez co zapach jest mniej kulinarny.  Przypomina mi to casus Musc Ravageur F. Malle i Labdanum 18 Le Labo lub też CdG 2Man i Vetiver 46  Le Labo. W każdym z tych porównań bardzo podobne pachnidła wyszły z rąk jednego perfumiarza. Wielokrotne sprzedawanie niemal tej samej formuły? Dlaczego nie. Skoro rynek to akceptuje?

A Laurel? To naprawdę świetny i niebanalny męski zapach. Comme des Garcons jakie lubię i cenię.

monocle laurel

główne składniki:  cytryna, tymianek, pieprz, cynamon, zielony laur, cedr, paczula, dąb, kadzidło, ambra

twórca: Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2010

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra, po kilku godzinach subtelna
  • trwałość: 8-9 godz

Monocle: Scent Three „Sugi” by Comme des Garcons

Absolutna nowość, czyli trzeci już zapach stworzony dla londyńskiej marki Monocle w ramach kooperacji z Comme des Garcons, jest także trzecią kompozycją Antoine’a Maisondieu (niedawno pisałem o nim w kontekście kilku świetnych pachnideł Etat Libre d’Orange). Po bardzo udanym, inspirowanym japońskim drewnem cyprysowym Hinoki (2008) i równie dobrym, pikantnym i wawrzynowym (zainspirowanym Libanem) Laurel (2010) nadszedł czas na Sugi – powracające inspiracjami do Japoni, do japońskich cyprysów o takiej właśnie nazwie (łac. Cryptomeria japonica).

SUGI cryptomeria_japonica_fruto

Początek zapachu jest zdominowany przez pieprz – średnio intensywny, ze świeżym tłem. Nie trwa długo, gdy spod niego wyłania się trudna do opisania i zdecydowanie oryginalna nuta – świeża, troszkę iglakowa, troszkę niby-owocowa w nieco sfermentowanym kontekście (a przynajmniej ja ją tak odbieram, bowiem przypomina mi charakterystyczny zapach, jaki panuje w pomieszczeniu piwnicznym, w którym mój znajomy produkuje domowe wina…:-)) Wyczuwam tu także śladowe ilości „marchewkowego” kłącza irysa oraz wyraźniejsze drewniane, cedrowe tło. Poza przejściem od pieprzowego intro do głównego tematu Sugi nie zmienia się, cichnąc w miarę upływu czasu. Ani moc, ani projekcja, ani też trwałość nie są mocnymi stronami tych perfum, choć obfitsza aplikacja z pewnością w pewnym stopniu poprawi te aspekty. Zresztą Sugi jest bardzo japoński w kontekście swoistego minimalizmu, pewnej zwiewności, świeżości i nienarzucającego się charakteru. Co mnie w jego przypadku niezmiernie ucieszyło, to fakt, że po raz pierwszy doświadczam takiej woni zamkniętej w butelce. Sugi jest zapachem ze wszech miar unikatowym i oryginalnym, na równi z Hinoki (Laurel ma jednak co najmniej dwa „odpowiedniki” w postaci French Lover F. Malle oraz jednego z zapachów Etat Libre d’Orange – Eloge du Traitre). Na uznanie zasługuje wypracowanie przez Antoine’a Maisondieu sygnaturowego i niewtórnego akordu, który stanowi o tym zapachu i nadaje mu unikalny, świeży i jednocześnie zupełnie niebanalny charakter. Sugi to interesująca propozycja z pewnością warta szerzej zakrojonych testów.

comme-des-garcons-scent-three-51c17a92d343a

główne nuty zapachowe: cyprys śródziemnomorski, pieprz z Madagaskaru, irys, sosna Sugi, wetiwer z Haiti, drewno cedrowe z Virgini

twórca: Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: średnia
  • trwałość: max. 6-7 godz

Zapachy Monocle (w tym opisywany Sugi) oraz inne pachnidła marki Comme des Garcons można przetestować i nabyć w krakowskiej perfumerii niszowej Lulua.

Etat Libre d’Orange – perfumy na nowo (5) – “Vierges et Toreros”, „Eloge du Traitre”, “Don’t get me wrong baby, I don’t swallow”, “Fils de dieu, du riz des agrumes”

Vierges et Toreros czyli Dziewica i Torreador…

…kompozycja duetu Antonie’ów: Maisondieu i Lie to jedna z najjaśniej świecących gwiazd na firmamencie Wolnego Stanu Pomarańczy. Niezwykłe, unikatowe i niesamowite połączenie symbolizującej kobiecość zmysłowej tuberozy – jednego z najmocniej pachnących w naturze kwiatów – z supermęskimbezkompromisowo mocnym akordem …. macho, poskładanym ze sporej ilości esencji korzenia kostowca (osobno składnik ten pachnie jak niemyte włosy „z okolic innych niż głowa”, a z jego sowitego zastosowania znany jest choćby Kouros YSL), mnóstwo piżma, drewno oraz bazy zapachowej pod tajemniczą nazwą Animalis (zwierzęco pachnąca mieszanka – gotowa baza zapachowa produkowana przez firmę Synarome).

costus

Kolejny dowód na to, że najbardziej intrygujące są w ELdO zapachy oparte na niecodziennych kontrastach. Vierges et Toreros to – podsumowując – pachnidło w swej większości skórzane z animalnym finiszem. Takie połączenie fenomenalnego Lonestar Memories Andy Tauera (tyle że w mroczniejszym wydaniu, bez tauerowskiej „benzynowej” nutki) z brudnawo-piżmowo-zwierzęcym Kousorem YSL. Jedynie otwarcie pozwala poczuć woń akordu tuberozy, ale już od samego początku czuć obecną zaraz obok agresywną nutę animalno-skórzaną. Dość powiedzieć, że akord bazy, odsłaniający się po wielu godzinach od użycia, to zwierzęce, nieco gorzkie i do bólu bezkompromisowa woń, która na skórze nabiera tajemniczego i pociągającego charakteru, a która bezwzględnie nawiązuje do Kourosa i z pewnością zainteresuje wielbicieli klasyka Pierre’a Bourdona.

Vierges et Toreors to z pewnością jeden z moich faworytów w ofercie ELDO. Prawdziwie bezkompromisowa i prawdziwie niszowa propozycja dla mężczyzn nie oglądających się na to, co powiedzą inni. Świetne, mocne, trwałe jak jasna cholera i charakterne to pachnidło. Thumbs up!

eldo vierges

głównie składniki: bergamotka, gałka muszkatołowa, pieprz, kardamon, ylang ylang, tuberoza, skóra, Animalis, kostus, paczula, wetyweria

nos: Antoine Lie & Antoine Maisondieu

rok premiery: 2007

Eloge du Traitre – Pochwała Zdrajcy

Zapach zainspirowany sławnymi zdrajcami historii – Ablem, Brutusem, Judaszem, Romulusem, Dalilą – jest współczesnym przyprawionym fougere, zapatrzonym jednak w stare dobre wzorce. Dominują w nim dwie nuty: iglakowa (sosna) oraz ziołowa (bylica i wawrzyn – laur) czyniąc z niego osobliwą i bardzo męską mieszankę legendarnego Polo R. Lurena, Yatagana Carona i … Laurel Comme des Garcons. To ostatnie nie dziwi o tyle, że oba zapachy zrobił ten sam perfumiarz Antoine Maisondieu i wydają się być one bardzo udanymi wariacjami na ten sam temat.

BayLeafLaurus_nobilis

W pierwszym etapie dominuje nuta esencji sosnowej, z czasem ustępując gorzkiej, wytrawnej bylicy. Wspomniany laur obecny jest niemal przez cały czas trwania zapachu na skórze aż do samego końca. Dla porządku wspomnę, że trwałość zapachu jest – jak zawsze w przypadku tej marki – bardzo dobra, a projekcja solidna. Zapach ukontentuje wielbicieli mocnych woni ziołowych, nieco kuchennych i wytrawnych. Mnie się bardzo podoba i staje w szranki z Laurelem CdG, na którego flakon „czaję” się już dość długo. Eloge du Traitre to kolejne bardzo udane pachnidło ELdO ze „starego”, najlepszego sortu (rok powstania 2007).

eldo veloge

głównie składniki: sosna, wawrzyn, bylica, goździk, geranium, jaśmin, paczula, skóra, piżmo

nos: Antoine Maisondieu

rok premiery: 2006

Don’t get me wrong baby, I don’t swallow – czyli…

Pod chyba najbardziej prowokacyjną i ewidentnie pornograficzną nazwą w całej zapachowej bibliotece ELdO kryje się – przewrotnie – zaskakująco urocza, współczesna lekka i świeża kompozycja białokwiatowa z wyraźna dominantą konwalii. Antione Maisondieu umieścił ją tu na tle świeżo-piżmowym, dodał jaśminowej goryczki i zrobił małe kwiatowe arcydzieło. Dla fanek Diorissimo poszukujących jego współczesnego wcielenia Don’t Get Me Wrong będzie przemiłym zaskoczeniem. Zapach może niezbyt oryginalny, o dość banalnym temacie, w sumie zupełnie zwyczajny, ale zrobiony z wirtuozerią godną mistrza. Urocza propozycja dla kobiet, choć pewnie nie każda będzie chciała nosić perfumy o tak sprośnej nazwie, co jestem wstanie zrozumieć.  Gdyby jednak i gdyby już jakiś zaintrygowany kwiatową wonią mężczyzna zapytał: czym pani pachnie, lepiej (i romantyczniej) będzie odpowiedzieć lilly of the valley, aniżeli: kochanie nie zrozum mnie źle, ale nie połykam. Przynajmniej na pierwszej randce ;-))

I chyba na tym polega tym razem dowcip – na zestawieniu  zaskakująco zwyczajnej natury tych stricte kobiecych perfum z ich prowokacyjną nazwą, bo gdyby ją zmienić na coś „normalnego”, zapach ten mógłby zasilić ofertę jakiejś znanej marki designerskiej.

yes i do

głównie składniki: jaśmin, konwalia, kwiat pomarańczy, ambra, paczula, kakao, piżmo, ptasie mleczko

nos: Antoine Maisondieu

rok premiery: 2007

Fils de dieu, du riz des agrumes – Syn Boży, ryż i cytryny…

…znów prowokacyjny tytuł i dość oryginalna mikstura z gatunku świeżych, a nawet lepiej: egzotycznych, w której w intrygujący sposób zmieszano cytrusy, kokos, nutę ryżową (!), kardamon, kolendrę, cynamon, a nawet kastoreum, by uzyskać coś na kształt Virgin Island Water Creeda w wersji science fiction. Charakterystyczna nutka węglowodanowa (ryż) otacza akord egzotycznego drinka (limonka, shiso, imbir,kokos) powodując efekt zapachu niby znanego, ale w jakiś dziwny sposób innego. Wydaje się, że Ralph Schwieger nieźle wpisał się w awangardową stylistykę ELdO, choć z drugiej strony mam wrażenie, że być może oto któregoś dnia przyniósł on Etienne de Swardt-owi do powąchania próbkę swego dzieła, po czym usłyszał: „ładny świeży zapach, ale nie będzie do nas pasował, Ralphie, bo jest nazbyt zwyczajny. Udziwnij go proszę i wróć do mnie.”

exotic beach

Tak więc Fils de dieu… to lekko (zaznaczam słowo „lekko”) udziwniony zapach egzotyczny, relaksujący, przyjemny, mający niecodzienny twist, który zresztą z czasem znika i – koniec końców – na finiszu i tak staje się zwyczajnym przyjemniaczkiem. Propozycja dla tych, którym Virgin Island Water bądź Tommy Bahama Set Sail St. Barts znudziły się i potrzebują czegoś w podobnym klimacie, ale nieco bardziej charakterystycznego. Zapach niezły, ale – jak większość najnowszych propozycji Etat Libre d’Orange – mało odkrywczy.

eldo fils de deiu

głównie składniki: imbir, liście kolendry, limonka, shiso, kokos, kardamon, jaśmin, cynamon, róża majowa, tonka, wetiwer, piżmo, ambra, skóra, kastoreum

nos: Ralf Schwieger

rok premiery: 2012

cdn.