Tom Ford „Beau de Jour” – być pięknym tego dnia

Tom Ford jest mistrzem powtórnego wynajdywania koła. Od początku istnienia perfumowej linii Private Blend sięga do historii perfum i z dużym powodzeniem poddaje ją współczesnej reinterpretacji. Jego najbardziej – póki co – spektakularnym sukcesem w tej dziedzinie jest reaktywowanie popularności kolońskiej w postaci Neroli Portofino (a następnie szeregu kolejnych neo-kolońskich zapachów tworzących już całkiem sporą kolekcję). Tak jakby wychodził z założenia, że nie tylko historia mody, ale i historia perfum kołem się toczy…

Tom Ford

Tegoroczne Beau De Jour to doskonały przykład tego podejścia, tyle że tym razem w gatunku aromatic fougére. Poprzedzony wprawdzie już dwoma zeszłorocznymi, pokrewnymi stylistycznie Fougére d’Argent i Fougére Platine oraz do pewnego stopnia także Noir Anthracite z linii podstawowej Toma Forda, Beau de Jour sprawia wrażenie najwyraźniejszego nawiązania do klasyki gatunku. Mam na myśli klasyczny, zapoczątkowany jeszcze w XIX w. przez Fougére Royale Houbigant męski aromat, oparty na połączeniu lawendy, mchu dębowego i kumaryny, który – w wyniku tego, że w ten, a nie inny sposób w latach 60-70 tych XX w. perfumowano męskie kosmetyki do golenia – przyjęło się nazywać „zapachem gładko ogolonego dżentelmena”. Innymi – nie naszymi – słowy Beau De Jour to tzw. „barbershop scent.” 

Tom Ford Beau du Jour

Beau De Jour nawiązuje swą nazwą do słynnego francuskiego filmu Luisa Buñuela „Belle de Jour” z 1967 roku z Catherine Deneuve w roli głównej. Wizualna kampania inspirowana jest szykiem YSL z tamtych lat. Wreszcie sam zapach to współczesna interpretacja klasycznego tematu fougére, co prowadzi do skojarzeń ze słynnym Rive Gauche Pour Homme, które to pachnidło w 2003 roku Jacques Cavallier skomponował dla YSL, kiedy to kreatywna siłą napędową tego domu mody był… Tom Ford właśnie.

YSL Rive Gauche PH

Co ciekawe, w nazwie zapachu występuje rodzaj męski (beau), ale na zdjęciu promującym zapach widzimy – mam wrażenie – kobietę wystylizowaną na mężczyznę…

W taki oto sposób kreator po raz drugi wszedł do tej samej pachnącej rzeki. Już wspomniany Rive Gauche Pour Homme był jednym z najdoskonalszych (jeżeli nie najdoskonalszym w ogóle) hołdem dla gatunku aromatic fougére. Nikt na początku XXI wieku nie sięgał po tę estetykę w męskich perfumach. Tom Ford odważnie i z sukcesem zrobił to i przy pomocy perfumiarza Jacquesa Cavalliera stworzył kto wie, czy nie najlepszy zapach tego gatunku. Po 19 latach od tamtej premiery Ford wrócił do tego samego pomysłu. Tym razem zadanie zlecił innemu świetnemu perfumiarzowi – Antoine Maisondieu. Ten wywiązał się zeń doskonale.

Beau du Jour to fantastyczny przykład aromatic fougére pachnącego bardzo stylowo, ale skrojonego wg współczesnych kanonów w kwestii doboru niektórych składników, jak i ogólnej mocy i projekcji zapachu. 

 

new-fragrance-Beau-de-Jour-tom-ford-2019

Znajdziemy tu oczywiście emblematyczne dla gatunku nuty, które determinują jego charakter i powodują, że nie można go pomylić z niczym innym, czy też mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jest lawenda w otwarciu (a nawet dwa jej gatunki), jest wyczuwalny bardzo szybko mech dębu (jakże piękna, oldskulowa nuta!), nie zabrakło niemniej tradycyjnych nut geranium i rozmarynu, budujących piękną, lekko ziołową część zapachowego spektrum. To tego momentu wszystko wydaje się być zgodne z klasycznym przepisem. Różnica tkwi w bazie, gdzie nie znajdziemy słodkawej kumaryny czy tonki (albo tak nowatorsko użytego w Rive Gauche gwajaku). Miast tego mamy na wskroś współczesną mieszankę paczulowej frakcji i współczesnej nuty ambrowej. Baza jest więc raczej sucha, lekko nawet dymna, wytrawna. Inna niż znane mi bazy tego typu pachnideł. To ona plus wyważenie poszczególnych nut uwspółcześniają całość i powodują, że mimo ewidentnie klasycznej treści, formę ma Belle de Jour dostosowaną do współczesnych standardów. Ale nie traci swego klasycznego charakteru ani na chwilę, a trwa na skórze dobrze ponad 8 godzin, będąc początkowo całkiem wyrazistym, z czasem emitując akuratny zapachowy ogonek i przypominając o sobie od czasu do czasu.

Beau De Jour zasługuje na wysoką ocenę. Nie za odkrywczość czy nowatorstwo, bo przecież nie o to tu chodziło. Za jakość i styl. Ponadczasowy i bezdyskusyjnie męski. To najwyższych lotów retro-stylizacja podana w bardzo wyważony i harmonijny sposób. Tom Ford po raz kolejny wydał na świat fantastyczny neo-klasyczny męski zapach idąc swoją ścieżką, bez oglądania się na aktualne trendy. A że wszyscy lubimy melodie, które już znamy, to przecież nie nasza wina, prawda?

Beau du Jour bottle

nuty głowy: lawenda, lawenda prowansalska

nut serca: afrykański rozmaryn, krzew geranium mech dębu, bazylia,

nuty bazy: paczula, ambra

rok premiery: 2019

nos: Antoine Maisondieu

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Tom Ford „Fucking Fabulous” – doprawdy?

Gdy mniej więcej w połowie 2017 pojawiły się w internecie informacje nt. nowych perfum Toma Forda o nazwie Fucking Fabulous uznałem to za fake news.

TF FFabulous

Nie wierzyłem, że Ford mógłby aż tak daleko posunąć się w prymitywnym marketingu. Owszem dał się nie raz nie dwa poznać jako projektant lubiący zwrócić uwagę na swój produkt niemal wulgarną kampanią reklamową, ale miałem wrażenie, że w ostatnich latach nieco zbastował i poszedł w kierunku bardziej eleganckich treści w materiałach promocyjnych. Gdy jednak jakiś czas później okazało się, że to faktyczna nazwa limitowanego zapachu, który swą premierę miał podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody w 2017 roku, byłem – przyznam – zniesmaczony. A nie jestem zbytnim purystą. Po prostu wydało mi się to wyjątkowo pretensjonalne, a nawet prostackie, jak na tak wyrafinowanego projektanta. Kolejna granica została przekroczona… Znów przez Toma Forda… Do tego ta napompowana cena, wyższa od „typowego” zapachu z kolekcji Private Blend o ok. 30%… Na długi czas zapomniałem o tym pachnidle – aż do września br., gdy miałem okazję powąchać je w perfumerii na lotnisku w Monachium. A flakon wyglądał tak….

TF FFabulous 3

 

O co chodzi z tą cenzurą w nazwie? – pomyślałem. Polityczna poprawność w Europie? A może kolejny sprytny chwyt marketingowy speców z Tom Ford Beauty?

Butla wyróżniała się pośród innych z kolekcji modnym matowym wykończeniem. Aromat z papierowego blottera natomiast zaskoczył mnie najpierw parafinową nutą. Trochę świecy, trochę skóry, trochę słodkości. Takie było moje pierwsze wrażenie. Hmmm…. Nie zachwycił, ale i nie rozczarował. Na pewno zaintrygował tą niecodzienną zbitką nut… Owszem spodziewałem się czegoś daleko bardziej spektakularnego, ale… Zdecydowałem, że w nieodległym czasie zdobędę materiał do głębszych testów i tak niedawno uczyniłem.

Dziś po kilku próbach jedno wiem na pewno. Zapach nie ma nic wspólnego z nazwą. Ogłaszam więc kolejne spektakularne zwycięstwo marketingu nad produktem jako takim. Niemniej zdecydowanie wart jest uwagi, bo nie można odmówić mu oryginalności i unikatowego charakteru.

Fucking Fabulous otwiera się przedziwnym akordem z którego wyłania się na pewno tonka oblana zielonym sokiem – tu szałwią (gdzieś to u Forda już czułem – wiem – Vert d’Encens). Początkowo aura jest zielono-słodko-gorzka i ta zbitka totalnych przeciwieństw działa na ośrodek węchowy nieco dezorientująco. Do tego w tle majaczy nuta skóry, ale nie ta znana z Tuscan Leather czy Ombre Leather. Tu skóra jest jakby woskowana, tłusta, błyszcząca. Wraz z upływem czasu zapach zaczyna tracić na zieloności i pojawia się nutka drzewna (z opisu wynika cashmeran), choć mi przypominająca mi bardziej esencję cedrową. Mocy nabiera aromat słodkawo-gorzko-woskowy. To co pozostaje na skórze na koniec – czyli tzw. głębia, baza – niestety jest najmniej udanym elementem zapachu. Nieco gorzka, nieco drzewna, nieprzekonująca.

tom-ford-fucking-fabulous.jpg

Mam pewne uwagi do parametrów, bo o ile Fucking Fabulous trzyma się na skórze całkiem długo, to jego ekspresja i projekcja pozostawia do życzenia. Mogłaby być nieco bardziej wyrazista, choćby na poziomie wspomnianego Vert d’Encens nie wspominając o Oud Wood czy Tobacco Vanille.

Reasumując – Fucking Fabulous (i zapomnijmy na chwilę o dyskusyjnej nazwie) to perfumy, które wymykają się znanym klasyfikacjom. Intrygują pomysłowym i odważnym zestawieniem nut, ale rażą brakiem zdecydowania i wrażeniem… niedokończenia. Jakby studium, projekt w trakcie… Perfumowa ciekawostka dla najbardziej zainteresowanych i… nie żałujących pieniędzy. Tak na marginesie, to wydaje mi się, że Fucking Fabulous mógł powstać przy okazji opracowywania zapachów z mini-serii Vert z 2016 (Vert Boheme, Vert d’Ensens,  Vert de Fleur i Vert de Bois), a być może nawet nie zmieścił się w głównej czwórce, więc został odłożony na później. Idealna opcja na limitowaną edycję, prawda? Ach, ten fordowski marketing…

Tom Ford FFabulous 2

główne nuty: szałwia, gorzki migdał, tonka, kłącze irysa, skóra, cashmeran

nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Tom Ford „Noir Anthracite”

Gdyby się tak dobrze zastanowić, to Tom Ford od samego początku gra z nami w pewną grę, którą najkrócej można by nazwać: „Czy znasz ten zapach?”

Perfumy sygnowane jego nazwiskiem garściami czerpią z przeszłości, pachnąc przy tym bardzo współcześnie, choć – gdy się „przyjrzeć” – widzimy, że ekipa Tom Ford Perfumes puszcza do nas nieustannie oko, jakby chciała powiedzieć: Najlepsze w perfumerii już było. Nie da się tego przeskoczyć. Ale da się do ulepszyć i uwspółcześnić.

rom ford

Gdy po raz pierwszy pisałem o Tom Ford Noir EDP, to już wówczas robiłem to w kontekście wyraźnych w nim nawiązań do męskich pachnideł z przeszłości. Wersja EDT pachniała bardzo podobnie, ale mniej gęsto, zaś Extreme odważnie poszła w mocno orientalnym i niemal kobiecym kierunku. Zaprezentowanego w 2017 roku Noir Anthracite nie zawaham się nazwać najbardziej klasycznie i jednoznacznie męskim z tej linii. Do tego chyba najwyraźniej zainspirowanym stylistyką retro, konkretnie zielonymi aromatycznymi zapachami fougere w typie Polo Ralpha Laurena czy – nawet bardziej Halston Z-14. Swoja drogą już ładnych parę lat temu Ford zaproponował przecież niemal kopię zielonego Polo w postaci Italian Cypress. Tyle, że Noir Anthracite pachnie inaczej, bardziej współcześnie, dość surowo i prosto, a także szorstko (im później, tym bardziej), sucho-zielono (galbanum), z charakterystyczną gorzkawą nutką (jaśmin) i sucho-drzewnymi finiszem. O ile wstęp i pierwsze minuty mają w sobie nawiązania do wspomnianej klasycznej męskiej estetyki, o tyle późny i naprawdę długotrwały finisz może kojarzyć się już zdecydowanie bardziej z klimatem French Lover F. Malle. Czy potrzeba lepszych rekomendacji?

Noir Anthracite w swej bezpośredniej męskości i zadziornej surowości, jak i raczej linearnym charakterze okazuje się być najbardziej rasowym i charakternym zapachem linii Noir for Men. Jego natura nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, komu dedykowane są te perfumy. Współczesny macho to ich najpewniejszy odbiorca.

Jak się dziś okazuje, Noir Anthracite okazał sie być jednocześnie pokłosiem serii zielonej Private Blends (Vert Encense, Vert Boheme itd.), jak i przygrywką do tegorocznej premiery dwóch pachnideł w tej ekskluzywnej linii: Fougere d’Argent i – przede wszystkim – Fougere Platine, z którym dzieli zielono-suchą estetykę fougere. Jeżeli więc komuś przypadł do gustu Noir Anthracite, ale chciałby czegoś więcej, czegoś bardziej wielowymiarowego i wyrafinowanego, ten powinien sięgnąć po Fougere Platine (i zapłacić dużo więcej). Mnie wystarczy ten pierwszy.

Tom Ford Noir Anthracite

dominujące nuty: zielona, gorzka, sucho-drzewna

nos: Honorine Blanc

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

IV Perfumowy Top Wszech Czasów Perfuforum.pl

Początek roku to już tradycyjnie czas, gdy na  Perfuforum.pl  Scorrpion opracowuje i ogłasza doroczny ranking – Perfumowy Top Wszech Czasów. Zestawienie powstało na bazie ocen, jakich w skali 1-6 dokonali zarejestrowani użytkownicy forum od początku jego istnienia, czyli od 31.03.2011 roku. Ranking obejmuje pachnidła męskie oraz niszowe uniseks znajdujące się w bazie Perfuforum.pl. W tej edycji ranking objął 335 pachnideł.Poniżej prezentuję pierwszą dziesiątkę. Pozostałe miejsca można zobaczyć na forum pod TYM LINKIEM.

OTO PIERWSZA DZIESIĄTKA:

10. Tom Ford – Tuscan Leather (spadek z miejsca 3)

tom-ford-tuscan-leather

 

9. Amouage – Jubilation XXV Man (spadek z miejsca 4)

amouage-jubilation-man

8. Robert Piguet – Casbah (nowy zapach – nie było go w poprzednim rankingu)

Piguwt casbah

7. Yves Saint Laurent – M7 (spadek z miejsca 6)

m7-m

6. Dior – Homme Parfum (spadek z miejsca 2)

dior-homme-parfum

5. Olivier Durbano – Rock Crystal (awans z miejsca 7)

cristal-de-roche durbano

4. Amouage – Interlude Man (spadek z miejsca 1)

amouage-interlude

3. Rasasi – La Yuqawam Pour Homme (awans z miejsca 10)

Rasasi Yuqawam PH 2

2. Amouage Library Collection – Opus VI (awans z poczekalni zeszłorocznego rankingu, czyli spoza pierwszych 300 miejsc)

Amouage Opus VI

1. Majda Bekkali – Fusion Sacrée 

(awans z poczekalni zeszłorocznego rankingu, czyli spoza pierwszych 300 miejsc)

MAjda Bekkali Fusion Scaree

W TOP 10 nastąpiły więc spore przetasowania. Z pierwszej dziesiątki wyleciały: Amouage Journey Man (w tym roku na 19), Tom Ford Oud Wood (w tym roku na 12), YSL Opium Pour Homme (na 15). Zeszłoroczny lider Amouage Interlude Man spadł na 4 miejsce, a 10-ty w zeszłym roku Rasasi La Yuquam Homme w tym roku otwiera pierwszą trójkę i tu dopiero mamy niespodzianki! Na 2. pozycji nieobecny w zeszłorocznym rankingu (poza 300-ką!) Amouage Opus VI (cieszę się, bo to fenomenalne pachnidło, jedno z najlepszych do Amouage).

Ale tegoroczny zwycięzca to prawdziwa sensacja! Fusion Sacree Majdy Bekkali, które w zeszłym roku lokowało się zaraz za pierwszą 300-ką (!). Zadziwiające, jak wysokie noty zdobył w okresie roku ten skądinąd bardzo interesujący, niebanalny i naprawdę udany zapach, który Majda skomponowała wraz Bertrandem Duchaufourem.

Warto też wspomnieć o kadzidlanym Casbah Roberta Pigueta, który wdarł się przebojem do rankingu (w zeszłym roku będąc chyba w ogóle poza baza Perfuforum.pl) i to od razu na 8 pozycję. Czyżby zgromadzeni na forum perfumowi koneserzy szczególnie cenili sobie woń kadzideł? Wszak Rock Crystal Oliviera Durbano umocnił swoją pozycję, a wyraźne nuty kadzidła znajdziemy także w Opus VI, Jubilation XXV Man i Interlude Man – wszystkie od Amouage.

Bo gdy chodzi o marki, to wyraźnie widać dominację właśnie omańskiego Amouage, co nie powinno dziwić. Ten brand celuje w zadowalaniu najbardziej wymagających gustów, do których sam się nieskromnie zaliczam, za nic mając zwyczajne gusta przygniatającej większości nabywców perfum. I to za to my, znudzeni koneserzy, wielbimy tę markę i jej kreatywnego przywódcę Christophera Chonga.

Swą pozycję osłabił natomiast Tom Ford (f…ing fabulous?), bo jego Tuscan Leather spadł na 10 miejsce, a Oud Wood wyleciał z pierwszej 10-ki (szkoda). A propos tego pierwszego to widać, że przegrywa pojedynek „skórzanych malin” z Rasasi i to dość boleśnie. Chyba nawet wiem, dlaczego i niekoniecznie chodzi tu o znacznie niższą cenę, choć i to pewnie nie jest tu bez znaczenia… Swoją pozycję osłabił też YSL, gdyż w rankingu TOP 10 pozostał tylko genialny M7 (uwaga – nie jest to M7 Oud Absolu, tylko klasyk). Ciekawe, jak długo się utrzyma, zważywszy że to pachnidło dawno temu wycofane z produkcji, więc to swoisty fenomen w TOP 10 (wszystkie inne perfumy z TOP 10 są w ciągłej produkcji). Tylko jeden zapach Diora w męskim TOP 10 to nieszczególny wynik, jak na tę ambitną i legendarną markę i jej sporą męską ofertę. No i nie ma tu ani jednego zapachu od… Chanel. Pierwszy zapach tej marki uplasował się dopiero na 23. pozycji i jest to Egoiste, albo raczej wspomnienie o nim, bo obecna wersja jest naprawdę marna, czego doświadczyłem na własnej skórze. Zapytacie – a gdzie jest uwielbiane przez kobiety Allure Homme Sport? Na miejscu 120. A Bleu? Na 252… A fenomenalny Creed Aventus? Na 25. Nie najgorzej, ale… Jak widać ranking zaskakuje i warto go przejrzeć dokładniej tu.

Na koniec przyjrzyjmy się, jacy twórcy zostali docenieni w TOP 10.

  1. Majda Bekkali/ Bertrand Duchaufour
  2. Christopher Chong/ Dora Arnaud/ Pierre Negrin
  3. bd.
  4. Christopher Chong/ Pierre Negrin
  5. Olivier Durbano
  6. Francois Demachy
  7. Tom Ford/ Alberto Morillas/ Jacques Cavallier-Belletrud
  8. Aurélien Guichard
  9. Christopher Chong/ Bertrand Duchaufour
  10. Tom Ford/ Harry Frémont/ Jacques Cavallier-Belletrud

Wśród perfumiarzy wyróżnieni zostali – poprzez swe dzieła – trzej: Bertrand Duchaufour, Pierre Negrin i Jacques Cavallier-Belletrud. Prawdziwe tuzy perfumeryjnej sztuki!

Moje recenzje wszystkich pachnideł tegorocznego TOP 10 znajdują się na blogu – wystarczy kliknąć w linki z powyższego zestawienia.

 

 

 

Jeszcze w zielone gramy: Tom Ford „Vert d’Encens”, Eutopie „No. 8”, Majda Bekkali „Mudejar”

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany”*

zdają się śpiewać perfumowe brandy i proponują nam ostatnio całkiem sporo pachnideł o zdecydowanie, czasem wręcz zaskakująco zielonym charakterze. To bardzo pozytywne zjawisko, wszak zieleń jest kolorem nadziei, ale i życia, wiosny, lata, ciepła i radości, a zapachy zielone wywołują taki właśnie radosny, miły i optymistyczny nastrój. Mogą być świetnym antidotum na zbliżające się wielkimi krokami mroki jesieni i zimy…

Jednym z tradycyjnych składników zielonych, używanych w perfumach od dawna, bo od czasów starożytnego Egiptu, jest olejek (a także rezinoid) galbanum. To po ten składnik – obok aromamolekuły cis-heksanol (o zapachu soczystej trawy) najczęściej sięgają perfumiarze, gdy chcą osiągnąć wyrazisty zielony efekt w kompozycji perfumeryjnej. Znanymi przykładami użycia galbanum są zielone klasyki: Chanel No. 19, Gres Cabochard czy Givenchy Ysatis.

galbanum
Galbanum

A propos zielonych klasyków właśnie Tom Ford zaskoczył w zeszłym roku perfumowych koneserów zieloną kolekcją: Vert Boheme, Vert de Fleur, Vert des Bois i Vert d’Encense. Zapachy te miały być w zamyśle współczesnymi interpretacjami klasycznych akordów zielonych w perfumerii.

Zaintrygowany sięgnąłem w pierwszej kolejności po ostatni z nich (resztę mam nadzieję także kiedyś przetestować) i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony niezwykle oryginalnym aromatem łączącym zielono-żywiczne galbanum z kadzidłem i słodką heliotropiną! Doprawdy niesamowita mieszanka, w której lubiące dominować galbanum (samo w sobie będące bardzo intensywnie pachnącą ingrediencją) zostało tu niejako ujarzmione słodyczą i żywicznym ciepłem kadzidła. Nie przeważa, tylko ładnie równoważy się z pozostałymi nutami wiodącymi. Oczywiście najwyraźniej ta strączkowa zieloność – jak zwykłem określać aromat galbanum – jest wyczuwalna na wstępie. Z czasem nieco traci ona na impecie, a zapach emituje przechodzi w oryginalną słodko-zieloną i jednocześnie ciepłą, słoneczną stronę. Zaczyna przeważać heliotrop i tak jest niemal do – dość odległego w czasie – końca. Na samym finiszu nieco wyraźniej ujawnia się nuta kadzidlana, ale bardziej jest to mirra niż olibanum. Vert d’Encens zachęcił mnie do zapoznania się z pozostałymi trzema pozycjami z zielonej kolekcji Toma Forda.

 

Tom-Ford-Private-Blend-Vert-Collections

 

główne nuty: galbanum (zielona), heliotrop (słodka, migdałowa), kadzidło (ciepła, żywiczna)

 

No. 8 skomponowane przez perfumiarza Thomasa Fontaina dla francuskiej marki niszowej Eutopie to niebanalnej urody uniseksowe perfumy zielono-drzewne osnute – podobnie jak Vert d’Encens – na galbanum.  To właśnie ten nieco gorzki i zielony aromat otwiera kompozycję, a rozjaśniają go bergamotka i limonka. W sercu mamy – dla odmiany – przydającą czystej i lekkiej, eleganckiej, mydlanej aury esencję z kwiatu pomarańczy (neroli) oraz nadającą głębi i nieco ciepła żywicę mastyksową, która tak pięknie swego czasu ujęta została w Eau de Ikar od Sisley. W sercu wymieniane jest także kadzidło oraz mięta. Z obu składników miętę faktycznie można poczuć przy odrobinie wysiłku (została zręcznie skomponowana  w całość), zaś kadzidła nie czuję. Drzewna baza (cedr) z dodatkiem białych piżm i akordu ambrowego stanowi nowoczesne i bardzo trwałe zwieńczenie No. 8, mocno zresztą odmienne od wcześniejszych faz zapachu. Przyznam, że to waśnie ów finisz utwierdził mnie w pozytywnej ocenie tych perfum. Testując je miałem bowiem obawę, że po tym mocno galbanowym (na granicy mojej tolerancji na tę nutę) zielonym początku i lekko kwiatowym, „toaletowym” sercu nie wydarzy się już nic ekscytującego. A tu proszę: zadziorny i zupełnie męski drzewno -ambrowy finisz (zgoda – nieco syntetyczny – ale mi to zupełnie nie przeszkadza). Naprawdę fajnie skomponowane i świetnie zachowujące się na skórze perfumy o przyciągającym temacie i jakości nie pozostawiającej nic do życzenia. Dalekie od spektakularności, ale też więcej niż poprawne. Uniseksowe, choć wg niektórych – w tym i mnie – jednak z przechyłem w męską stronę.

Eutopie No 8

główne nuty: galbanum (zielona), neroli (białokwiatowa, czysta), mastyks (żywiczna), cedr (drzewna)

 

Jednak chyba najbardziej oryginalnym obok Vert d’Encens pachnidłem w tym zielonym zestawie jest Mudejar Majdy Bekkali. Niesamowite intro z molekułami pieprzu wibrującymi wokół grejpfrutowej esencji po ty, by chwilę później odsłonić przedziwne, nieco mineralne serce, złożone z nuty liścia czarnej porzeczki i cedru. Drzewno-kadzidlana baza z wyraźną, „okrągłą” nutką mchu wieńczy to naprawdę intrygująco pachnące dzieło. Zaskakująca „krzemienna” nuta podobna do tej z Terre d’Hermes, ale tu w towarzystwie zielonej porzeczki – zamiast geranium i wetywerii. Mudejar to zdecydowanie uniseks, ciążący może nieco w męskim kierunku (jak każdy z opisywanych tu zapachów, co pewnie wynika z ich zielono-żywiczno-drzewnych charakterów, pozbawionych typowych kobiecych nut kwiatowych czy kulinarnych). To z pewnością kolejne warte uwagi, niebanalne, oryginalne pachnidło w unikatowej kolekcji Majdy Bekkali, na którą zwracam uwagę wszystkich koneserów perfum.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: pieprz (przyprawowa), czarna porzeczka (zielono-owocowa), mineralna/ krzemienna, drewno sandałowe, mech (drzewna)

 

*) cytat z piosenki Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”

 

Klasyki Tom Ford Private Blend: „Amber Absolute”, „Bois Marocain” i „Noir de Noir”

Tom Ford Private Blend zadebiutowało w 2007 roku. W ciągu ośmiu lat stało się nie bez przyczyny jedną z ulubionych i darzonych największą estymą koneserów marek perfumowych. Doskonała jakość w połączeniu ze współczesną, ale zapatrzoną w chwalebną perfumową przeszłość estetyką, często balansującą zresztą na granicy niszowej, ale niemal nigdy jej nie przekraczającą, to immanentna cecha perfum spod znaku TF. No bo u Forda – jak to u Forda – ma być ambitnie, ale bez popadania w kontrowersyjne eksperymenty. Perfumy z jego logo, przy swej niewątpliwej ekskluzywności, muszą koniec końców być po prostu ładne i przyjemne w noszeniu, co wcale nie jest tak łatwe do osiągnięcia, szczególnie gdy mają być jednocześnie wysublimowane i wyrafinowane. Tom Ford od początku udowadnia jednak, że to możliwe. Zresztą podobny zabieg od lat z powodzeniem stosuje Laurice Rahme – twórczyni Bond No.9. Kluczem w obu przypadkach jest doskonały gust połączony z profesjonalizmem i doświadczeniem branżowym oraz dobór perfumiarzy, a tych Ford „dobiera” sobie zawsze najlepszych (sądzę, że raczej nie robi tego osobiście…).

Tom Ford
Tom Ford

Nic więc dziwnego w tym, że każda premiera nowego zapachu Toma Forda z linii Private Blend ekscytuje z równą mocą perfumistów na całym świecie, co celebrytów i innych klientów o grubych portfelach, szukających perfum, których aromat będzie emanował elegancją i luksusem, ale nie będzie jednocześnie wywoływał konsternacji wśród ich znajomych. Nad nią przedkładają raczej zachwyt. Niestety, obok tych dość częstych premier, w związku z taką a nie inną polityką koncernu Estee Lauder, do którego należy perfumowa część imperium Toma Forda, wiele ze „starych”, doskonałych zapachów Toma Forda zostało, nie wiedzieć czemu, wycofanych z oferty. Dziś na blogu moje wrażenia nt. dwóch z nich: Amber Absolute i Bois Marocain (krążą plotki o ich reaktywacji), a także jednego z zapachów, który póki co szczęśliwie przetrwał „cięcia” i jest nieprzerwanie obecny w ofercie od samego jej początku: Noir de Noir.

Amber Absolute

Nie jestem fanem pachnideł stricte ambrowych, które wydają mi się jednowymiarowe i nudne. Oczywiście bywają wyjątki. Zwykle jednak wynikają z faktu, że twórca poszedł w swych poszukiwaniach nieco dalej poza sztampowy akord ambrowy benzoesu, wanilii i labdanum. Tak jest choćby w świetnym, niemal wzorcowym Ambre Sultan Serge’a Lutensa, doskonałym, poruszającym, animalnym Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana, nietuzinkowym, dymno-skórzanym Ambre Russe Parfum d’Empire, czy moim ulubionym, fenomenalnym, drzewnym ambrowcu Opus VI Amouage. Amber Absolute Toma Forda wypada na tle wymienionej trójcy nieźle, a najbliżej mu chyba do legendarnego już dzieła duetu Sheldrake/Lutens.

W przypadku Amber Absolute mamy do czynienia z głębokim, gęstym, wręcz mazistym, hipnotyzującym pachnidłem ambrowym ułożonym tak, by pachnieć luksusowo, ale bez zbędnych udziwnień. W kompozycji tej ważne role pełnią wanilia, labdanum i olibanum. Dwa pierwsze nadają zapachowi zmysłowości i głębi. Nuta olibanum przydaje mu dodatkowego wymiaru, stawiając go po stronie ambrowców z owszem nienudnym pomysłem i kompetentnym wykonaniem, ale jednak bez elementu zaskoczenia, jaki odnajdziemy np. w New York Amber Bond No. 9.

Co gorsza, pachnidło to sadowi się bardzo blisko skóry (zbyt blisko, jak na mój gust), choć na całkiem długo, i tylko bardzo minimalnie zmienia się w czasie. Szkoda, że nie nadano mu większej mocy i nie wyposażono w coś, co przykułoby uwagę.

TF Amber Absolute

główne nuty: ambra, kadzidło, wanilia, labdanum, nuty drzewne

twórca: Christophe Laudamiel

rok wprowadzenia: 2007

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: **

Bois Marocain

To lubię… Przepiękny, unikatowy zapach drzewno-kadzidlany o „cywylizowanej” mocy i typowym dla Forda eleganckim sznycie, który to potrafi spowodować, że każdy zapachowy temat może zostać wykonany w tym niszowo-eleganckim, wyrafinowanym i jednocześnie zadziwiająco przyswajalnym stylu.

Bois Marocain od pierwszych sekund emituje suche kadzidło i nuty drzewne, przy czym początkowo są one rozjaśnione odrobiną bergamotki i wprawione w wibracje za pomocą molekuł różowego pieprzu. Intrygująco brzmi ten cytrusowo-drzewno-kadzidlany wstęp. Z czasem uwydatnia się subtelny aromat iglasty, wynikający z zastosowania esencji cyprysa i tui. Finisz raczy nas pięknym, snującym się subtelnie ale wyczuwalnie akordem suchego drewna cedrowego i kadzidła. Bois Marocain to absolutny perfumowy majstersztyk wykonany z finezją i polotem, pięknie układający się na skórze. Noszenie go to perfumaniacka frajda.

Jak to możliwe, że i on wypadł z oferty Tom Forda Private Blend? Dlaczego?! Ale, ale… Podobno ma zostać do niej przywrócony. Dobrze by było, bo to jednej z najlepszych zapachów kadzidlano-drzewnych, jakie miałem okazję poznać. Szkoda by było, gdyby pozostał niedostępny szerokiej publice. Oby tylko po tym rzekomym powrocie przypominał samego siebie…

TF Bois Marocain

główne nuty: bergamotka, różowy pieprz, cyprys, tuja, wetiwer, paczula, cedr, kadzidło

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2009

moja ocena:

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Noir de Noir

W ofercie perfumowej Toma Forda naliczyłem jak dotąd siedem pachnideł ze słowem noir (czarny) w nazwie. To jednak wyróżnia się szczególnie, gdyż jest czarno czarne… Poza tym było chronologicznie pierwsze, jako że swą premierę miało w roku 2007, w ramach kilku innych pachnideł debiutującej wówczas linii Tom Ford Private Blend.

Tytuł sugeruje woń co najmniej mroczną, ale został nadany chyba trochę na wyrost. Szkarłatna róża otulona kulinariami w postaci szafranu, wanilii i akordu trufli, posadzona na mszystej bazie i wzmocniona rusztowaniem z drzewnych nut paczuli i oudu przyjemnie łechce mój koneserski nos, pozostawiając wszakże pewien pożądany nawet niedosyt. Zapach przypomina mi nieco Paestum Rose Eau d’Italie, choć jest mniej drzewny, bogatszy w miękkie nuty kulinarne i bardziej „ułożony”, przez co mniej niszowy w swym charakterze, ale i bardziej kobiecy. Nie można odmówić mu jednak euro-arabskiej urody, która czyni go świetną introdukcją do przebogatego świata utrzymanych w tej samej estetyce, ale śmielszych pachnideł niszowych czy często zupełnie bezkompromisowych perfum arabskich. Na końcu tej podróży, jako jej genialne zwieńczenie, oczekuje – paradoksalnie – dzieło Europejczyka z krwi i kości – Rose Nacrée du Désert Guerlaina skomponowane przez Thierry’ego Wassera. Ja już tam byłem i wiem, co piszę…

TF Noir de Noir

główne nuty: szafran, róża, trufla, wanilia, oud, paczula, mech dębu

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2007

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Letnie orzeźwienie (2) – Hermes „Eau de Mandarine Ambree”/ Tom Ford „Madarino do Amalfi”

Nuta mandarynki bardzo często składa się na bukiet cytrusowy w pachnidłach, zwykle o charakterze kolońskim, ale nie tylko. Rzadko jednak – w przeciwieństwie do bergamotki czy nawet grejpfruta – perfumiarze wysuwają tę nutę na pierwszy plan. Dziś dwa przykłady zapachów kolońskich dedykowanych słodkiej cytrusowej woni, którą wszyscy doskonale znamy, szczególnie że obieramy mandarynki zwykle gołymi rękami.

mandarynka

Hermes – Eau de Mandarine Ambree

Jedna z nowszych kolońskich Hermesa składająca się na całkiem już sporą kolekcję bodajże pięciu pachnideł zatytułowaną The Hermes Colognes Collection. A wszystko zaczęło się wiele lat temu (w 1979 roku) od Eau d’Orange Verte autorstwa Francoise Caron. Dla uczczenia trzydziestolecia premiery tej ponadczasowej kolońskiej w 2009 roku Hermes wypuścił jej reedycję wraz z dwoma nowymi, całkowicie premierowymi kolońskimi skomponowanymi przez Jean-Claude’a Ellenę: Eau de Pamplemousse Rose i Eau de Gentiane Blanche. Obie interesujące z punktu widzenia poszerzania kolońskiej estetyki. Szczególnie druga jawi się bardzo unikatowym pachnidłem ze swą charakterystyczną, lekko gorzką nutą goryczki (Gentiane) na tle białych piżm. Cztery lata później do kolekcji dołączono nie mniej wyjątkowe Eau de Narcisse Bleu oraz Eau de Mandarine Ambree.

Passion fruit_ExtraSmall cropped

Eau de Mandarine Ambree jest dokładnie taki, jak się nazywa. Oto uroczy, lekki, ale zaskakująco ciepły i sympatycznie otulający zapach – akord, bowiem trudno tu mówić o wieloskładnikowej rozbudowanej kompozycji. Zestawienie aromatu olejku mandarynkowego z ambrowa podstawą, połączone egzotycznym akordem marakui. Tylko tyle i aż tyle, bo trzeba jednak zaznaczyć, że sam pomysł na połączenie słodkiego cytrusa z ciepłą, ambrową bazą wydaje się być unikatowy, a i spoiwo jest zdecydowanie nietypowe (naturalna esencja z passiflory nie nadaje się do użycia w perfumach, więc perfumiarz stworzył jej imitację w sobie tylko znany sposób). Jednak o rzadkiej urodzie i wyjątkowości tej kolońskiej stanowi przede wszytskim sam zapach, niepodobny do niczego, co znam. Jest przy tym linearny, nie zmienia się zbytnio w czasie, poza naturalnym zanikaniem całkiem długotrwałej nuty mandarynki na korzyść ambrowego tła. Eau de Mandarine Ambree to bardzo ładna, relaksująca, wprowadzająca w dobry nastrój woda, która wydaje mi się szczególnie odpowiednia na letnie wieczory. No i oczywiście, jak wszystkie kolońskie Hermesa, jest to klasyczny perfumowy uniseks.

Hermes mandarine

główne nuty: mandarynka, marakuja, ambra

twórca: Jean-Claude Ellena

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Tom Ford – Mandarino di Amalfi

Także marka Tom Ford (Estee Lauder) dynamicznie rozbudowuje swą linię zapachów kolońskich, płynąc na fali gigantycznej – jak na produkt luksusowy – popularności Neroli Portofino (2012). Obecnie w ofercie obok niego znajdują się jeszcze trzy zapachy typu cologne (wszystkie w deklarowanej koncentracji eau de parfum): Costa Azzurra, Mandarino di Amalfi (oba z 2014) i tegoroczne Fleur de Portofino. 

tom-fords-neroli-portofino-collection

Mandarino di Amalfi to w porównaniu do Eau de Mandarine Ambree zapach zdecydowanie bardziej złożony, wyrafinowany i wielowymiarowy. O ile Jean-Claude Ellena skoncentrował się na stworzeniu intrygującego połączenia kilku ingrediencji w niewątpliwie nową perfumową jakość, o tyle Mandarino di Amalfi jest kompozycją zainspirowaną klimatem i charakterystycznymi wonnymi elementami urokliwego miasteczka włoskiego Amalfi. Zapach skomponowała znana choćby z szerokiej współpracy z marką By Kilian perfumiarka Calice Becker.

Amalfi

Mandarino di Amalfi to przede wszystkim piękny i przebogaty akord cytrusowy, na który składają się niemal wszystkie używane w perfumerii cytrusowe esencje: mandarynka, bergamotka grejpfrut, pomarańcza i cytryna. Rezultatem jest intensywna, kompleksowa cytrusowa rześkość rzadko spotykana w perfumerii, łącząca ze sobą zieloność bergamotki z goryczką grejpfruta i słodkością pomarańczy. Dodatkowo intro zapachu zabarwiono na świeżo-zielono przy pomocy wyczuwalnej bardziej na skórze (w postaci subtelnego chłodu), aniżeli w bukiecie zapachowym mięty, a także estragonu i bazylii. Zielono-owocową nutę wzmacnia esencja z pączków czarnej porzeczki. Trzeba przyznać, że akord głowy Mandarino di Amalfi jest wyjątkowej urody i doskonałej jakości. Pachnie przy tym bardzo naturalnie. Serce zapachu to bukiet białych kwiatów z kwiatem pomarańczy wspartym lekko goryczkowym jaśminem. Liści shiso przydaje zieloności, szałwia zaś tradycyjnie kolońskiego sznytu. Bo nie można zapominać, że Mandarino di Amalfi to, mimo swego rzadko spotykanego wyrafinowania, zapach od początku do końca utrzymany w niemal klasycznej kolońskiej estetyce. Stąd baza tych perfum to przede wszystkim gwarant maksymalnego utrwalenia kolońskiego zapachu na skórze, sama w sobie nie stanowiąc żadnego wyraźnego akordu.

Mandarino di Amalfi to bez wątpienia jedna z najlepszych  kolońskich, jakie dotąd poznałem. Urzeka śródziemnomorską urodą, soczystością oraz pełnią poszczególnych nut i akordów, a także – co ma ogromne znaczenie – dobrą projekcją (dotyzy pierwszych 2-3 godzin) i ponadprzeciętną jak na gatunek koloński trwałością (około 8 godzin). Znakomicie spełnia swą rolę długotrwałego orzeźwienia i odświeżenia, dając jednocześnie dużo więcej satysfakcji z noszenia, niż tradycyjna, delikatna i szybko znikająca ze skóry kolońska.

tom ford mandarino

Nuty głowy: estragon, mięta, pąki czarnej porzeczki, mandarynka, bergamotka grejpfrut, pomarańcza, cytryna, bazylia

Nuty serca: czarny pieprz, kolendra, kwiat pomarańczy, szałwia, liść shiso, jaśmin

Nuty bazy: wetiwer, ambra, labdanum, piżmo, cywet

twórca: Calice Becker

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****