Nicolai Parfumeur – „Cap Néroli”/ „Néroli Intense” – przylądek neroli

Cap Néroli to perfumowy hołd złożony przez Patricię de Nicolai uprawom gorzkiej pomarańczy na Lazurowym Wybrzeżu. Néroli Intense jest cieplejszą i głębszą, bardziej zmysłową jego wersją. Oba zapachy łączy wspólny temat. Oba pięknie się różnią i równie pięknie uzupełniają. Oba to bez wątpienia perfumowe dzieła sztuki.

Patricia de Nicolai z synem Axelem

Cap Néroli zachwyca naturalnością i wyrafinowaniem. Jest zapachem świeżym, ale złożonym. Długa formuła i idealnie zaplanowane proporcje pozwalają mu nie tylko pachnieć bogato, ale i rozwijać się na skórze zgodnie z klasycznymi francuskimi wzorcami perfumowymi. Możemy więc śmiało wyróżnić w nim akord głowy, serca i głębi.

Otwiera się świeżym, lekko kwaskowym, ale przede wszystkim zielonym akordem, w którym dominująca rolę gra esencja petit grain (liść gorzkiej pomarańczy). Towarzyszą mu dla równowagi słodkie cytrusy, a dodatkowego, subtelnie ziołowego, prowansalskiego charakteru nadaje mu rozmaryn. Świeżość podkreśla mięta zastosowana z umiarem, bez tak naprawdę ujawniania się w postaci chłodnego mentolu. Akord głowy jest bardzo esencjonalny, soczysty, naprawdę piękny. W sercu ujawnia się kwiatowa część Cap Néroli. Majstersztyk zbudowany zarówno z esencji jak i absolutu kwiatu pomarańczy, Ylang-ylang oraz dominującego w jego późniejszej fazie jaśminu. Subtelnie gorzki akord białokwiatowy, będący de facto centralnym punktem Cap Néroli, osadzony został na klasycznej bazie z mchu dębowego, piżma i odrobiny ambry. Taki dobór składników nie pozostawia wątpliwości co do klasycznego charakteru zapachu. Baza jest perfumową poezją. Świeża w klasyczny sposób, emanująca echami białokwiatowego serca oraz piękną, a jakże współcześnie rzadko już spotykaną nutą mchu dębowego. Klasyka w najlepszym wydaniu.

Cap Néroli to zapach tradycyjny w swej treści i formie. To zdecydowanie stara dobra szkoła komponowania. Genialnie zrealizowana woń w typie Eau Sauvage Diora: cytrusy, neroli, jaśmin i mech dębu. Przepisy na klasykę. Siłą tego zapachu jest talent Patrici de Nicolai, doskonałe składniki i nie oglądanie się na trendy. To w swej kategorii absolutne wyżyny perfumowej sztuki. Piękny, esencjonalny, efektownie się zmieniający, ładnie projektujący i goszczący na skórze wystarczajaco długo, by się nim przez wiele godzin cieszyć.

nuty głowy: petit grain, pomarańcza, mandarynka, rozmaryn, mięta

nut serca: neroli, Ylang-ylang, jaśmin, kwiat pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, piżmo, ambra

rok premiery: 2018

nos: Patricia de Nicolai

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Néroli Intense to woda perfumowana oparta na Cap Néroli, z tym, że Patricia ociepliła cytrusowo-kwiatową woń woskiem pszczelim i dodała jej głębi za pomocą paczuli. Użyła też jeszcze kilku innych składników, jak choćby tajemniczy kwiat pospornicy oraz – w otwarciu – estragon zamiast rozmarynu i mięty. Te zabiegi spowodowały, że owszem Néroli Intense pachnie podobnie do Cap Néroli, ale jednak na tyle inaczej, by traktować go jako niezależny perfumowy byt. Mniej w nim biało-kwiatowej goryczki, mszystego tła, więcej bursztynu. Finisz jest głębszy, a zapach nie tak świeży, jak Cap Néroli, cieplejszy, bardziej zmysłowy.

Ze względu na brak obecnego w Cap Néroli klasycznego tercetu: neroli, jaśmin, mech dębu, Néroli Intense pachnie bardziej nowocześnie. O ile Cap Néroli może nieco kojarzyć się z zapachami typu wspomnianego Eau Sauvage czy Eau Fraiche Diora, co mnie osobiście bardzo odpowiada, o tyle Néroli Intense to aromat, który może już schlebiać współczesnym gustom w tym zakresie, wykreowanym swego czasu przez Neroli Portofino Toma Forda, czyli w skrócie: koloński motyw na sterydach, treściwy, pogłębiony, utrwalony.

Mnie oba ujęcia neroli w wykonaniu Patrici de Nicolai podobają się jednakowo. Każde ma coś innego do zaproponowania i każde jest doskonałe. Na koniec, po chwili zastanowienia, skłoniłbym się ku takiemu oto osądowi, że Cap Néroli ma nieco bardziej męski, klasycznie koloński charakter, podczas gdy Néroli Intense ładnie zabrzmi na każdej skórze, bez względu na płeć. Ale to oczywiście wszystko kwestia gustu. Jedno jest pewne – to doskonałe zapachy. Vive Patricia de Nicolai! Vive la France!

nuty głowy: neroli, pomarańcza, mandarynka, estragon

nut serca: kwiat posporinicy (Pittosporum), petit grain, kwiat pomarańczy

nuty bazy: wosk pszczeli, paczula, piżmo

rok premiery: 2018

nos: Patricia de Nicolai

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0->3,0

Amouage „Opus XI” – smoła na sterydach

Ile by nie napisać o wkładzie Christophera Chonga w rozkwit marki Amouage, trudno byłoby oddać mu w pełni jego zasługi.

Dziś – z perspektywy faktu, że kilka tygodni temu ogłosił rozstanie z marką – jego praca dla Amouage nabiera dodatkowego wymiaru. Chong stworzył – wraz ze współpracującymi z nim perfumiarzami – spektakularną kolekcję niezwykłych – w najlepszym tego słowa znaczeniu – perfum, pośród których dla mnie szczególną pozycję mają zapachy tworzące The Library Collection – najambitniejsze, najbardziej wizjonerskie i najbardziej wymagające.

Opusy to pachnidła nie tylko doskonałej jakości. Moim zdaniem to najodważniejsze i najciekawsze perfumy, jakie powstały w ostatniej dekadzie. Pierwszy Opus miał swą premierę w 2010 roku. Ostatni – Opus XI – w 2018. Czy będą kolejne? Czas pokaże.

„Nie uważam, aby którekolwiek z moich perfum były dziwne, może dlatego, że żyję z nimi w każdej sekundzie mojego życia. To jak posiadanie dziecka. Nawet jeśli twoje dziecko jest trochę dziwne, nie widzisz tego. Wydaje ci się normalne. Słyszałem wiele osób mówiących mi, że moje perfumy nie są takie łatwe do zrozumienia. Ale to właśnie chcę robić. Przynajmniej mam odwagę pchnąć paletę olfaktoryczną, jak to robili ludzie w ubiegłym stuleciu. I chcę, żeby klienci ciężko ze mną pracowali i poświęcili czas na zrozumienie tej podróży. ”

Christopher Chong
Christopher Chong

Żaden z Opusów nigdy nie mnie rozczarował. Są realizacją wszystkiego, co w niszowej perfumerii uważam za najlepsze. Niespotykane akordy, intrygujące kontrasty, nuty czasem wymagające zmiany zapachowych przyzwyczajeń, przestawienia osobistego „zapachowego kompasu”, poszerzające olfaktoryczną pojemność słowa „perfumy”. Do tego zawsze spektakularna intensywność, moc i niebywała, czasem wielodniowa trwałość. A wszystko to bez popadania w parodię, bez błyskotek i oślepiających uniformów, bez niestworzonych historii o królewskich dworach czy najcenniejszych składnikach świata. W oryginalnych flakonach o nowoczesnym designie, z minimalistycznymi etykietkami. Wszystko to w cenie stosownej do prezentowanej treści i jakości oraz do klienteli, do jakiej perfumy Amouage są kierowane (finansowo zasobnej, ale stroniącej od kiczu i banału, lubiącej zapachowe wyzwania, indywidualistycznej, chcącej swój charakter podkreślić perfumami).

Smoła zamiast drzew

Opus XI jest doskonałym przykładem stylu Chonga, który na przestrzeni lat stał się stylem Amouage. Już od pierwszych sekund czuć, że to aromat ambitny i wymagający. Otwierająca go nuta majeranku ma w sobie trochę zieloności i stosowną dozę ziołowości, nie przechylającą wszakże zapachu w kierunku kuchennej półki z przyprawami. Na myśl natychmiast przychodzi inny doskonały zapach Amouage Interlude Man z wyrazistą nuta oregano. Oba pachnidła łączy też perfumiarza – chyba ulubionego przez Chonga – Pierre Negrina. Majeranek nie fruwa to sobie swobodnie w powietrzu. Osadzony został bowiem na drzewnej nucie oudu, którą perfumiarz ulokował – co ciekawe – w sercu zapachu (zwykle oud buduje bazę). To co opisuję, dzieje się w pierwszym kwadransie od aplikacji na skórę. Podczas pierwszych testów do tego właśnie momentu Opus XI wydawał mi się kontynuacją kierunku obranego we wspomnianym Interlude Man, a także w innym wspaniałym dziele spółki Chong/ Negrin: w Opusie VII. Czułem, że jeśli w dalszej kolejności nastąpi drzewny finisz – polubimy się i to bardzo. Stało się jednak coś zupełnie innego… Nastąpiło zaskakujące „przełamanie” i aromat zaczął być w dość brutalny sposób okupowany przez coraz intensywniejszą nutę neo-skórzaną, brudną, jednocześnie drzewną i smolistą. Tyleż szokującą, co już mi znaną z… Gucci Guilty Absolute! To dokładnie ta sama nuta, śmiem podejrzewać, że ta sama aroma-molekuła, którą Amouage całkiem odpowiednio nazwał w oficjalnym wykazie nut jako woodleather. Dokładnie. Ta smolista nuta niepodzielnie już rządzi przez kolejne godziny, bardzo powoli tracąc na intensywności, siedząc na skórze zdecydowanie ponad dobę. Zapach jest tak nieprawdopodobnie mocny, że jago aplikacja musi być dosłownie minimalna. W przeciwnym razie powali noszącego i jego otocznie w promieniu 10 metrów.

To czy polubimy Opus XI zależy od tego, czy zaakceptujemy wspomniany akord woodleather, który w największym skrócie pachnie jak smoła na sterydach. To potężny i dominujący aromat, dodatkowo w Opus XI jest go moim zdaniem znacznie więcej, niż w Guilty Absolute (poza tym tam został połączony z nieco go łagodzącymi pinenowymi nutami iglaków i wetywerią, więc – mimo, że też drzewny – to jednak ma bardziej kamforową aurę, niż oudowo-skórzany, nieco animalny Opus XI). Oprócz wspomnianego Gucciego znam jeszcze jeden zapach o podobnej skórzano-smolistej, bezkompromisowej naturze – Rien Etat Libre d’Orange.

Christopher Chong zakończył kolekcję „biblioteczną” zdecydowanie mocnym akcentem, bezkompromisowym i bardzo trudnym pachnidłem. To zapach dla najsilniejszych indywidualności, dla osób nie obawiających się podejrzliwych i pełnych zniesmaczenia zmieszanego z zaskoczeniem spojrzeń. Dominujący i nie biorący jeńców. Nie jestem pewien, czy kreatorzy nie posunęli się tu jednak trochę za daleko…

Christophera Chonga w Amouage już nie ma, ale jego ostatni Opus będzie jeszcze pachniał długo, bardzo długo i bardzo mocno, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Zamiast pięknych drzew, pozostawił nam przesączoną lepikiem spaleniznę. Dość mroczny to krajobraz, ale też – co za pożegnanie!

PS. Jestem niemal pewien, że choć Chong zakończył swoją misję w Amouage, wkrótce wróci z nowym zapachowym projektem…

Już nie mogę się doczekać…

nuty głowy: majeranek

nut serca: oud

nuty bazy: styrax, Woodleather

rok premiery: 2018

nos: Pierre Negrin

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 5,0->4,0

Creed Aventus Cologne – na skrzydłach młodości

Obecny w sprzedaży od 2010 roku Creed Aventus to nie tylko bestseller brytyjskiej marki (zdetronizował wieloletniego lidera ranikingu Green Irish Tweed). To także, z jakiegoś powodu, jedne z najczęściej aktualnie kopiowanych męskich perfum. Lepsze lub gorsze imitacje znajdziemy zarówno w ofertach marek niszowych, jak i mainstreamowych. Tę niemalże lawinę naśladownictwa należy chyba skonstatować słynnym aforyzmem Charlesa Caleba Coltona:

„Naśladownictwo jest najszczerszą formą pochlebstwa.”

Aventus okazał się być na tyle zapachowo unikatowy i jednocześnie estetycznie akceptowalny, że zdobył i wciąż zdobywa popularność zdecydowanie wykraczającą poza standardy marek luksusowych, do jakich przecież zalicza się Creed.

Olivier Creed – perfumiarz marki od lat 70-tych XX wieku – ma doskonałe wyczucie piękna i balansu. Jego kompozycje słyną z urzekających nut, pięknych akordów i niezwykłej harmonii między nimi. Formuły perfum zawierają najwyższej jakości składniki. mi.n słynną naturalną szarą ambrę, która nadaje zapachom Creed nieporównywalnej głębi i ciepła, ale też czegoś nieuchwytnego, co odróżnia je od wszystkich innych. Wystarczy obcować z nimi przez pewien czas, by się samemu o tym wszystkim przekonać. Wiele z nich posiada niepowtarzalny, charakterystyczny akord, który trudno zapomnieć. Aventus posiada wszystkie te cechy i jeszcze jakiś błysk geniuszu, coś, co spowodowało, że trafił on w gusta mężczyzn w na całym świecie. To że podoba się także kobietom (gdy noszony przez mężczyzn) z pewnością też nie jest bez znaczenia. A jednak zeszłoroczna premiera wersji Cologne była nie lada sensacją. Marki mainstreamowe wypuszczają tzw. flankery (zwykle już po roku od premiery), by podtrzymać zainteresowanie linią zapachową. Tu taki zabieg raczej nie był potrzebny, ale też Creed nie jest marką mainstreamową. Ma inną filozofię i odmienną motywację.

Jak wyjaśnia Olivier Creed, komponując wersję Cologne chciał stworzyć świeższą i bardziej nowoczesną wersję Aventusa, mającą charakter uniseksowy (przypominam, że w 2016 marka wypuściła moim zdaniem fenomenalny damski Aventus for Her). Cologne kierowany jest – wg Oliviera – bardziej w kierunku młodych klientów. Faktem jest, że klasyczny Aventus okazał się być – nie bez przyczyny – całkiem popularny wśród dojrzałych mężczyzn, często biznesmenów i menadżerów, co spowodowało przypięcie mu takiej „dorosłej” łatki.

Skomponowanie Cologne zajęło nieco Olivierowi ponad rok, co jak na standardy marki okazało się dość krótkim czasem. Ideą było wykorzystanie niektórych charakterystycznych dla Aventusa nut i połączenie ich z innymi, świeższymi, w klasycznym Aventusie nieobecnymi. Tak, by Cologne był echem Aventusa, ale nie nim samym. To się moim zdaniem udało. Co ważne, słowo cologne nie oznacza tu niskiej koncentracji zapachu (mamy bowiem do czynienia z wodą perfumowaną), ani nawet wykorzystanie klasycznych kolońskich nut. To tylko sposób na podkreślenie lżejszego i świeższego charakteru zapachu. Nie wiem, czy nie lepiej było nazwać go po porstu Aventus Fraiche

Aventus Cologne to zapach z kategorii świeżej i drzewnej z owocowym motywem przewodnim. Ma rześkie otwarcie, w którym natychmiast czuć DNA protoplasty, tyle że tu zostało ono oprawione w czerwony pieprz, mandarynkę i imbir. Jest słodko-cytrusowe i lekko pikantne. Czerwony pieprz przydaje drgań i wibracji innym molekułom, nie dominując aromatu swym charakterem (jak zrobiłby to jego czarny brat). Zapach naturalnie ewoluuje w kierunku wytrawnego, drzewnego serca złożonego z paczuli, wetywerii i sandałowca. Około godziny po aplikacji zapach staje się mocno drzewny i wytrawny, z wyczuwalnymi wiórami sandałowca. Baza ze znaną z protoplasty brzozą (choć użytą tu chyba raczej w minimalnym stopniu), styraxem, tonką i piżmami ładnie utrwala aventusową sygnaturę.

Cologne jest w istocie świeższą, lżejszą i bardziej wytrawną wersją klasyka. Nie odnajdziemy w nim brzozowej nuty skórzanej (tak wyraźnej w pierwszych wypustach Aventusa, a tak niewytłumaczalnie wyciszonej w kolejnych latach produkcji zapachu), ale także i ananasowa nuta przewodnia klasyka została tu zminimalizowana, niemal wyrugowana. Nie spowodowało to jednak „utraty tożsamości” i Aventus Cologne wciąż pachnie jak Aventus, choć jednak nieco inaczej. Różnice oczywiście najwyraźniej czuć przy jednoczesnym porównaniu obu wersji.

Koncentracja eau de parfum gwarantuje Cologne solidną trwałość na skórze. Ci jednak, wedle których klasyczny Aventus jest nietrwały (czego osobiście nigdy nie doświadczyłem, a miałem już trzy różne batche), mogą jeszcze słabiej ocenić trwałość Cologne. Ja zauważyłem, że zapach ten szybciej traci na intensywności, szybciej przestaję go sam na sobie czuć, a jednak potrafi się odezwać nawet wieczorem po wielu godzinach od aplikacji. Słowem – trwałość jest solidna, ale moc i projekcja – trochę jednak jak przystało na cologne – są słabsze. I z tym trzeba się liczyć. Mimo to sięgam po Cologne bardzo chętnie, szczególnie przy obecnej parnej i upalnej aurze, podczas której klasyk wydaje mi się jednak nieco za esencjonalny. Cologne jest w swej mniej złożone i bardziej niedopowiedziane.

Reasumując Aventus Cologne to udane uzupełnienie linii zapachowej Creeda. Niekonieczne, ale kto wie, może i sensowne. Wszak panowie Olivier i Erwin dowiedli już nie raz, że mają wyczucie rynku. Czy Cologne stanie się hitem wśród młodszej klienteli? Czas pokaże. Ja natomiast myślę, że dotychczasowi fani Aventusa chętnie zaopatrzą się we flakon Cologne, by mieć świeższą i lżejszą alternatywę swojego ulubieńca.

nuty głowy: mandarynka, imbir, różowy pieprz

nut serca: wetyweria, paczula, sandałowiec

nuty bazy: tonka, piżmo, styrax, brzoza

rok premiery: 2018

nos: Olivier Creed

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Givenchy Gentleman Cologne – brakujące ogniwo

Najnowszy zapach męskiej linii Givenchy Gentleman to Cologne. Niby nic nadzwyczajnego, wiele marek wypuszcza współcześnie tego typu pachnidła, ale…

Można się w ostatnich latach w nomenklaturze Givenchy nieco pogubić. Od 2013 lansuje męskie zapachy w linii Gentlemen Only (kilka z nich nawet swego czasu recenzowałem), aż tu nagle w 2017 pojawia się nowy Givenchy Gentleman przedstawiany jako współczesna wersja wspaniałego klasyka z 1974. Dość interesujący, z gruszkowa dominantą, jednak poza nazwą nie mający tak naprawdę nic wspólnego z protoplastą, którego sygnaturowy akord złożony z paczuli i miodu to jeden z kilku niewielu momentów prawdziwej chwały męskiej perfumerii. Rok później marka wprowadza flankera w postaci Gentleman Eau de Parfum. Współczesna logika rynkowa jest nieubłagana. Klient nie lubi się nudzić i domaga się kolejnych flankerów. Givenchy – jak na mainstream przystało – wypuszcza więc u progu lata zapach lekki i orzeźwiający, czyli będący bohaterem niniejszego wpisu Gentleman Cologne.

Nie testowałem jeszcze – poza pobieżnymi próbami w perfumeriach – Gentlemana z 2017 ani jego wersji Eau de Parfum, ale Cologne – który nieco przypadkiem znalazł się w moich rękach – zdecydowanie pozytywnie mnie zaskoczył. Prezentuje typ rześkiej świeżości, jaką bardzo lubię, a jakiej niewiele we współczesnej perfumowej ofercie.

Zbudowany bardzo prosto i przejrzyście, ale z nie do końca typowych dla zapachu z kolońską etykietą nut. Zielono-cytrusowe intro jest rześkie i pobudzające. Niemal równolegle z nim pojawia się – i tu największe zaskoczenie – lekko marchwiowa nutka irysa (!), przydająca całości bardzo specyficznej „ogródkowej” aury (by nawiązać do podobnych olfaktorycznych wibracji, jakie serwował nam Jean-Claude Ellena w cudnej serii hermesowych ogródków). Irysowi towarzyszy rozmaryn i wetyweria, użyte wszakże z ogromnym umiarem, pracujące na efekt całościowy, bez wysuwania się na pierwszy plan. Baza jest bardzo współczesna, minimalistyczna, „techniczna”, niczym typowy „myk” doświadczonego perfumiarza. Subtelnie emanuje białym piżmem i ambroxanem. Jest nieco szorstka i sucha, zawiera echa zielonego serca i trwa na skórze całkiem długo.

Przyznam, że gdy tylko spojrzałem na perfumiarzy, którzy pracowali nad Cologne, wszystko stało się dla mnie jasne. Nathalie Lorson, ale przede wszystkim Olivier Cresp. Ten zapach jest bardzo w jego oszczędnym, transparentnym, ale jednocześnie niezwykle efektownym i efektywnym stylu. Mimo świeżego, rześkiego charakteru i bardzo krótkiej – to czuć – formuły, Gentleman Cologne wykazuje rozwój na skórze, co naturalnie wynika z użytych w nim ingrediencji.

Lubię zapachy kolońskie. Lubie świeże i rześkie aromaty. Gentleman Cologne przypadł mi więc do gustu i to szczególnie ze względu na bardzo nowatorskie użycie irysa w konwencji zielono-cytrusowo-drzewnej.

No waśnie. Irys. Mówiąc zupełnie szczerze Gentleman Cologne pachnie tak, jak powinien pachnieć Dior Homme Cologne (!) – dzięki irysowi właśnie, który jest przecież motywem przewodnim linii Dior Homme, a którego w aktualnej wersji Diora (świetnej zresztą) zabrakło. Niesamowite. Oba zapachy są zresztą ogólnie rzecz biorąc bardzo podobne.

Gentleman Cologne to udane pachnidło, niebanalne i nienachalne, idealnie wpasowujące się w letnią aurę. Bardzo pozytywne zaskoczenie ze strony marki, po której zupełnie bym się tego nie spodziewał.

nuty głowy: bergamotka, cytryna, petitgrain

nut serca: irys, rozmaryn, wetyweria

nuty bazy: ambroxan, piżmo

rok premiery: 2019

nos: Nathalies Lorson & Olivier Cresp

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Carner Barcelona „Mediterranean Collection” – śródziemnomorskie lato

U progu lata Carner Barcelona raczy nas aż trzema zapachami w koncentracji wody perfumowanej zainspirowanymi wybrzeżem Morza Śródziemnego.  Nie jest to wszakże pierwszy raz, gdy marka sięga po ten jakże rozległy region geograficzny. Trzy lata temu brand Sary Carner przedstawił świetną morsko-ambrową Costarelę. Tegoroczny tercet to doskonałe uzupełnienie nieco dotąd zaniedbanej w ofercie marki kategorii świeżej i orzeźwiającej. Uzupełnienie bardzo, ale to bardzo udane, co muszę stwierdzić juz na samym wstępie.

Salado

Zapach skąpanej opalonej skóry pokrytej kryształkami morskiej soli. Rześki i odświeżający jak lekka śródziemnomorska bryza, przesuwająca się po pokładzie żaglówki zadokowanej na morskim wybrzeżu.

Salado otwiera się zielonym, lekko cytrusowym i lekko musującym akordem, któremu krótkotrwałej wibracji nadaje różowy pieprz. Słoneczne ciepło esencji kwiatu pomarańczy w sercu naturalnie współgra z wodnym orzeźwieniem nuty ogórka. W tle czuć drobinki morskiej soli, osadzone na podłożu z dryfującego drewna i utrwalających zapach na skórze piżm. Subtelna baza jest słonawa i ciepła, dokładnie jak skąpana śródziemnomorskim słońcem skóra. Świetny i bardzo sugestywny zapach.

Carner_Fresh_Salado-100ml__76810.1555349387

główne nuty: zielone cytrusy, kwiat pomarańczy, ogórek, akord słony, piżma

Bo-Bo

Bo-bo wziął swą nazwę ze starożytnego tańca folklorystycznego i podobnie jako on przywołuje dawny śródziemnomorski klimat.

Zapach jest początkowo rześko-cytrusowy, z delikatnie wkomponowanymi w sercu duetem białych kwiatów (jaśmin i konwalia). Wetyweria naturalnie przedłuża zielony aspekt zapachu dodając lekkiej drzewności, a biała ambra pogłębia finisz. Prosta, ale jakże skuteczna formuła, choć – i to muszę napisać – powodująca, że Bo-Bo wypada najmniej efektownie spośród opisywanej trójki zapachów.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Bo-Bo

główne nuty: cytrusy, czarna porzeczka, białe kwiaty, wetyweria, piżmo

Fig Man

Zainspirowany ilustracją Salvadora Dali’ego o tej samej nazwie, jest oryginalnym ujęciem pozornie klasycznych nut ziemistych odwróconych w taki sposób, by powstał fantazyjny aromat.

Fantazyjny czy nie, Fig Man to bardzo dobrze zrobiony zapach zielony z umieszczoną w centrum i wzmocnioną fiołkiem nutą figowego liścia, poprzedzoną zielono-cytrusowym wstępem, wzbogaconym wibrującym kardamonem, a spuentowaną solidną drzewną bazą z paczulą i gwajakiem, ocieploną tonką. Fig Man pachnie zielono-drzewnie, dość intensywnie i nie aż tak wielowymiarowo, jakby to wynikało z wymienionych wyżej nut. Jest mimo wszystko dość linearny i bardzo na temat, co mi akurat odpowiada. To piękny figowiec od początku do końca.

Carner-Barcelona-Fresh-Collection-Fig-Man

główne nuty: cytrusy, kardamon, figa, akord morski, paczula, gwajak, tonka

Zapachy Carner Barcelona z kolekcji Mediterrenean urzekły mnie uniseksowym połączeniem bardzo żywych, kolorowych, orzeźwiających akordów oraz zaskakującą – jak na świeże pachnidła – esencjonalnością i trwałością, która będzie ich niewątpliwym atutem, gdy zostaną użyte w warunkach upalnej aury (która nareszcie do nas dotarła, bo niekończących się miesiącach zimna, wilgoci i niedostatku światła słonecznego), do czego zostały moim zdaniem stworzone. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym tercetem. To naprawdę świetnie pod każdym względem perfumy, których dotąd zdecydowanie brakowało w ofercie Carner Barcelona.

Acqua di Parma „Cipresso di Toscana” – w cieniu toskańskich cyprysów

Tegoroczne lato z Acqua di Parma spędzimy w Toskanii, w małych miasteczkach na wzgórzach, pośród winorośli i bujnych cyprysów. Słońce mamy gwarantowane, doznania smakowe i węchowe też. Czego chcieć więcej?

Tegoroczna premiera w ramach inspirowanej krajobrazami wybrzeża Morza Śródziemnego kolekcji Blu Mediterraneo to właściwie reaktywacja zapachu, który w innej koncentracji (i być może o nieco innym aromacie) Acqua Di Parma wypuściła w 2005 roku. Autorem tamtej kompozycji był Bertrand Duchaufour. Porównując nuty zapachowe można domniemać, że tegoroczna Cipresso di Toscana reprezentuje ten sam zapachowy gatunek: aromatyczne, zielone i – co najważniejsze – iglakowe fougére.

cypress

Jak pachnie Cipresso di Toscana? Dokładnie tak, jak to wynika z nazwy zapachu. Początkowo lekko cytrusowo, z obecnym anyżkiem i lekko cytrusową żywicą elemi. Z czasem „uwidacznia się” akord serca, zbudowany głównie z szałwii oraz lawendy. Ta pierwsza została tu użyta z wyczuciem, druga zaś pięknie się z nią komponuje, choć jest raczej w tle. Zieloności dodaje esencja petit grainClue zapachu stanowi jego iglakowa baza, zbudowana aż z trzech esencji (jodła, sosna i cyprys), nadająca specyficznego zielono-mszystego charakteru.

Cipresso di Toscana pachnie bardzo przyjemnie i bardzo poprawnie, przy tym bardzo klasycznie. To (kolejny) ukłon w kierunku dojrzałej, męskiej klienteli (ta chyba stanowi większość w przypadku tej marki), która ceni sobie klasyczne męskie akordy. Bardzo podobnym, acz nieco intensywniejszym zapachem jest Italian Cypress Toma Forda. Zbieżność nazw nie jest więc przypadkowa. Pod względem intensywności i projekcji to aromat utrzymany w ryzach, dobrze utrwalony, trzyma się na skórze całkiem długo. Trzeba pamietać, że pod względem koncentracji nie jest to przecież kolońska, z którą Acqua Di Parma najbardziej się kojarzy, a woda toaletowa i tak właśnie się zachowuje.

rhdr

Cipresso di Toscana to solidne i dobrze wykonane pachnidło, kontynuujące klasyczne tradycje marki. Trzyma poziom i nie rozczarowuje, choć też nie przyprawiło mnie o zachwyt. Ale nie taki chyba był cel kreatorów w tym przypadku.

Oceniam na mocne 4.

AdP Cipresso

nuty głowy: pomarańcza, elemi, anyżek gwieździsty

nut serca: lawenda, szałwia, liść pomarańczy,

nuty bazy: balsam jodłowy, cyprys, igły sosnowe

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0 –> 3,0

Amouage „Portrayal Man” i „Portrayal Woman” – portrety przeszłości

Oto jest – nowy perfumowy duet od Christophera Chonga i jego Amouage. Portrayal to pachnidła zainspirowane latami 20-tymi XX wieku, okresem odzyskanego w Europie Zachodniej pokoju oraz kobiecej emancypacji.

Amouage Portrayal

Portrayal Man – „Pan już tu był…”

Zielony, soczysty, lekko trawiasty początek, przechodzący w zieloną nutę fiołka, spod której wyłania się skórzana nuta o lekko benzynowym zabarwieniu. Umieszczona w środku wetyweria idealnie łączy oba akordy niczym olfaktoryczny most. Portrayal Man pachnie dość prosto i czytelnie, męsko i solidnie oraz …. dziwnie znajomo.

Portrayal Man to skórzano-zielony zapach o nie do końca współczesnym brzmieniu, pachnący jak dziecko Grey Flannel i Fahrenheita z delikatnie orientalnym twistem.

W ostatnich dniach specjalnie odświeżyłem sobie Fahrenheita (wciąż genialny), by móc lepiej skonfrontować oba pachnidła. W Portrayal Man są zielone fiołkowe liście i jest nuta skórzano-benzynowa. Wystarczy, by zrobiło się znajomo. Doprawdy zaskakująca ładunkiem sentymentu propozycja, mocno zapatrzona w niewątpliwie jeden z największych triumfów męskiej perfumerii wszech czasów. Ale Portrayal Man nie jest to po prostu kopią Fahrenheita. To byłoby stwierdzenie krzywdzące dzieło Chonga i spółki. Mimo wszystkich podobieństw, znajdziemy tu także różnice. Portrayal to amłażową realizacja tego samego tematu, mniej skórzana, bardziej fiołkowa, a do tego – gdy zapach już osiądzie na skórze – przyozdobiona w orientalną nutę, która tu nieco majacząca, zdecydowanie wyraźniejsza jest np. w Rasasi La Yuquawam Pour Homme (a więc siłą rzeczy także, choć w mniejszym stopniu w Tuscan Leather Toma Forda). Zapach jest wykonany perfekcyjnie, co nie zaskakuje w przypadku tej marki. Nigdy nie dyskutuję na temat formy Amouage – ta jest zawsze na najwyższym poziomie. Zresztą o rzadko której współczesnej marce perfumowej mogę powiedzieć to samo. Projekcja może nie przytłacza (i to akurat dobrze), ale jest wystarczająca, a zapach czuję na sobie naprawdę wyraźnie i bardzo długo. Mimo jego olfaktorycznej wtórności, kusi jakością, świetnymi parametrami i tym orientalnym „twistem”, który odróżnia go od wspomnianego klasyka. Wystarczy, żeby zaopatrzyć się we własny flakon? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, najlepiej po wcześniejszych testach.

Amouage Portrayal Man

nuty głowy: fiołek

nut serca: wetiwer

nuty bazy: cade (jałowiec kolczasty)

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5 –> 3,5

 

 

Portrayal Woman – chłopczyca w sukni

Kobiecy styl 20-lecia międzywojennego wiązał się z ówczesną emancypacją i w dużej mierze wynikał z tego, co na paryskich wybiegach pokazywała Coco Chanel. Początkowe ukrywanie kobiecych kształtów, inspiracja modą męską (m.in. noszenie spodni przez tzw. „chłopczyce”), krótkie włosy, mocny makijaż, z czasem zastąpione zostało bardziej już kobiecymi sukniami za kolano, czy eleganckimi żakietami. Stylową kobietę tamtego okresu charakteryzował też nieodłączny papieros zatknięty w długą „fifkę”. To połączenie symbolizującej kobiecość nuty jaśminu oraz w swym pochodzeniu i kulturowych konotacjach męskiego akordu tytoniowego jest istotą Portrayal Woman. To nie pierwszy raz, gdy oba – wydawałoby się odległe od siebie – aromaty zostały połączone w jedną perfumową kompozycję. Wcześniej dokonał już tego Etienne de Swardt, który wspólnie z perfumiarzem Antoinem Maisounieu stworzyli w 2012 słynne Jasmin et Cigarette.  W porównaniu z tamtym zapachem Portrayal Woman wypada zdecydowanie bardziej „okiełznanie” i zachowawczo.

moda-na-lata-20-467249-GALLERY_BIG

Z początku czujemy lekko owocową nutę jaśminu, spod której dość szybko wyłania się tytoniowe tło, ale jest to akord tytoniu aromatyzowanego wanilią. Tej wanilii zresztą z każdym kwadransem przybywa, a jej bardzo zgodnym kompanem jest użyta jako baza zapachu żywica elemi.

Portrayal Woman jest – jak na Amouage – dość zachowawczy w realizacji tematu, pachnie oczywiście bardzo ładnie, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie poświęcono mu dość uwagi. Zabrakło w nim właśnie tego buntowniczego, emancypacyjnego, pełnego wolności ducha lat 20-tych XX wieku, które rzekomom portretuje. Nie ma w nim zachłyśnięcia się wolnością, nie ma grubej kreski makijażu i nie ma… spodni.  

Amouage Portrayal Woman

nuty głowy: jaśmin

nut serca: akord tytoniowy, wanilia

nuty bazy: elemi

rok premiery: 2019

nos: b.d.

moja ocena: zapach: 4,5/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0 –> 3,5