Creed „Viking” – przewrotnie tradycyjny

Na nowy męski zapach Creeda przyszło nam czekać siedem lat. Tyle bowiem minęło od  premiery Aventusa, który okazał się bezprecedensowym sukcesem marki. Co prawda, w międzyczasie Creed wydał jeszcze (bo raczej nie wylansował – nie było żadnej zauważalnej kampanii) Royal Mayfair (2015), ale to Viking został oficjalnie ogłoszony następcą Aventusa, o czym świadczyć może także nieco inny design flakonu zaprezentowany już wcześniej w Aventus i Aventus for Her (2016). Viking został po raz pierwszy przedstawiony podczas targów TFWA (Tax Free World Association) w Cannes w 2016 roku. Minął ponad rok, zanim nastąpiła jego oficjalna światowa premiera – a ta miała miejsce w … Islandii. Od kilku tygodni zapach jest już dostępny także w Polsce – w perfumerii Quality Missala.

Zainspirowany słynną łodzią Wikingów z IX wieku (niepierwszy w historii – pamiętacie Drakkar Noir Guy Laroche?), Viking nie miał łatwego zadania.

Creed Viking 01

Po nieprawdopodobnym sukcesie Aventusa, Creed ni stąd ni zowąd znalazł się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znajduje się znany zespół muzyczny przed nagraniem kolejnej płyty, podczas gdy jego ostatnia święci jeszcze triumfy, określana jest jako kultowa i okazało się, że wyznaczyła nowe trendy, a muzyka na niej zawarta jest już nawet imitowana. Erwin i Olivier Creedowie musieli się czuć niczym Pink Floyd po wydaniu Dark Side of The Moon lub AC/DC po sukcesie Back in Black.

Do takiej kuriozalnej – trzeba to przyznać – sytuacji doprowadzili wszelkiej maści perfumowi entuzjaści, krytycy, blogerzy, publikujący na YouTube vlogerzy, nie mogący wystarczająco nachwalić – świetnego skądinąd – Aventusa, regularnie umieszczający go na pierwszych miejscach swoich rankingów, przyznający mu tytuł męskich perfum wszech-czasów tudzież mistrza w uwodzeniu kobiet. Słowem – budujący mu „pomnik za życia”.

To ta sama społeczność internetowa, która spowodowała, że na przestrzeni ostatnich 15 lat perfumy stały się czymś więcej niż tylko kosmetykiem, produktem użytkowym. Zyskały status niemal dzieła sztuki (czasem zasłużenie), na równi z – powiedzmy – książką, płytą muzyczną czy filmem. Wiem, o czym piszę, bo sam jestem częścią tego zjawiska i czasem zastanawiam się, czy nie za daleko to wszystko zabrnęło? Koniec końców to tylko pachnąca ciecz w ozdobnej butelce… I nie piszę tego w kontekście procesu tworzenia perfum, który ma w sobie elementy zarówno artyzmu, jak i rzemiosła oraz czystego marketingu, ale w kontekście docelowego przeznaczenia produktu. Perfumy to jednak nie to samo, co muzyka, książka czy film…A może się mylę? Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że

oczekiwania wobec Vikinga były niezwykle wygórowane, emocje zaś rozgrzane niemal do białości.

Niepotrzebnie. Także reakcje na zapach, gdy tylko wszyscy zainteresowani zaczęli go testować i mogli już spokojnie …. no właśnie – porównywać go z Aventusem, pełne są niezadowolenia, rozczarowania i zniesmaczenia, rzadko ostrożnego uznania. Ale czy mogło być inaczej? Czy można pisać o Vikingu bez porównywania go do sławnego poprzednika? Chyba nie. Albo jest to trudne. Moim zdaniem jednak należy zdjąć z niego odium tych oczekiwań. Wówczas można przystąpić do oceny z czystą kartą. A taka jest najuczciwsza, jeżeli chce się być wiarygodnym recenzentem.

Jeżeli ktoś oczekiwał, że Creed zaproponuje nam kolejnego Aventusa, to było to oczekiwanie naiwne. Viking to – na szczęście – zupełnie inne perfumy. To nowe i osobne pachnidło, choć wcale nie pozbawione elementów kontynuacji, tyle, że to akurat nie Aventus płynie w żyłach Vikinga.

fb-viking-creed

Viking zawiera w sobie pełne męskie DNA tej marki. Odnajdziemy w nim echa wielu poprzednich męskich Creedów.

Początkowy – osiągnięty za pomocą różowego pieprzu i mięty – powiew chłodnej świeżości nawiązuje do Silver Mountain Water. Świeże nuty owocowe a’ la Millesime Imperial – tu odnajdziemy w postaci duetu bergamotki i cytryny. Aromatyczna lawenda a’la Bois du Portugal znajduje się w bazie kompozycji w postaci absolut lawendyny. Jest też kwiatowo-drzewne ciepło znane z Original Santal, które zapewnia tu duet róży i drewna sandałowego. Wreszcie, dzięki zawartości pieprzu i nut drzewnych odnajdziemy także ulotne wspomnienie pikantnej drzewności Spice & Wood. Tyle znalazłem ja, ale może jest tego więcej? Wszystko to ułożone zostało w pełen smaku i umiaru, dyskretny, nie narzucający się, bardzo harmonijny i w typowym creedowsku stylu elegancki świeży, ale nie pozbawiony głębi zapach, z subtelnym, niedopowiedzianym akcentem fougere.

Viking zmienia się od przyjemnego, słodko-cytrusowo-miętowego wstępu z od razu wyczuwalnym, dość intensywnym, słodko-drzewnym trzonem przez etap nieco bardziej pikantny, a nawet zadziornie gryzący nozdrza, gdy w sercu kompozycji mięta i pieprz zwierają szyki, aż po dość złożony akord głębi, w którym najpierw doznajemy efektu fougere za sprawą nuty lawendowej, a następnie czujemy ciepły i drzewny ciąg dalszy, jednocześnie lekko zadziorny, z pewną trudną do określenia ostrą nutką. Paczula tu nie dominuje, nie ujawnia się indywidualnie, buduje wszakże szkielet Vikinga.

Creed na swojej oficjalnej stronie podaje informację, że formuła Vikinga składa się w 80% z naturalnych składników. Pozostałe 20% muszą więc być syntetykami. Bez nich Viking nie pachniałby tak dobrze, jak pachnie. To pewne. Mimo generalnie świeżego charakteru, zapach ma sporo „ciała” – w  tym sensie, że jest mocno zbudowany, pełny, nasycony, na co niemały wpływ ma na pewno użycie paczuli i wetywerii, które nadają całości drzewnego budulca, ale także i wspomnianych sztucznych aroma-molekuł.

Viking to świetny przykład tego, jakie doskonałe efekty olfaktoryczne można uzyskać zręcznie łącząc doskonałej jakości składniki naturalne z odpowiednimi syntetykami. Pierwsze nadają aromatowi treści, drugie tchną w nie życie, zaakcentują wybrane aspekty oraz zagwarantują parametry: projekcje, ogon, trwałość przez większość czasu życia zapachu na skórze. Pod względem technicznym Viking to „pełna profeska”.

Erwin Creed
Erwin Creed

Tak na marginesie, jakże odmienne jest dzisiejsze stanowisko marki wobec tej tematyki w porównaniu do przeszłości, gdy jednym z głównych haseł reklamujących jej pachnidła było „sto procent naturalnych składników najwyższej jakości”. Oto co znaczy wzrost świadomości konsumenckiej. Czasem wręcz przesadny…

Warto podkreślić, że absolut z lawendyny pachnie inaczej niż klasyczna lawendowa esencja. Jest cieplejszy, bardziej ambrowy, głębszy, sugeruje estetykę fougere, ale jej nie narzuca. Przy tym – mam wrażenie – całkiem skutecznie utrwala z natury ulotną nutę miętową.

Projekcja przez pierwszą godzinę jest wyraźna, później dość szybo łagodnieje i trzyma się blisko skóry przez całkiem długi czas. Takie a nie inne zachowanie wynika z konstrukcji pachnidła. Prócz lekkich molekuł cytrusowych oraz pieprzu i mięty, które wyraźnie czuć na początku, kompozycja składa się z ciężkich lub średnio ciężkich molekuł drzewnych. Te potrzebują wyższej temperatury, by się unieść w przestrzeń. Testuję Vikinga w obecnych warunkach, a więc w okresie pod względem temperatur jesienno-zimowym, ale mam przekonanie graniczące z pewnością, że wiosną i latem, przy wyższych temperaturach otoczenia, Viking zabrzmi pełniej i ukaże cały swój wdzięk oraz wszelkie niuanse.

Viking to wysoki creedowski standard. Niekontrowersyjny i zachowawczy, ale nadrabiający jakością kompozycji i składników. To ukłon w stronę najwierniejszych fanów Creeda. Tych, dla których nowatorski, nowoczesny, dość asertywny Aventus jest – owszem nadspodziewanie dobrym – ale jednak tylko wypadkiem przy pracy. Viking przypomina, czym zawsze był Creed – raczej wycofanym, ale eleganckim i wyrafinowanym, znającym swoją wartość gentlemenem, niż stojącym w świetle jupiterów, szukającym poklasku tłumów i błyskającym drogim zegarkiem rzutkim managerem XXI wieku.

Do kogo będzie więc pasować Viking? Do dbającego o wizerunek, dojrzałego, eleganckiego faceta, raczej powyżej 40 lat, z osiągnięciami, dobrą pozycją, ale i z aspiracjami, choć bez desperacji. Viking będzie doskonały zarówno do stylu casual office, koszuli i spodni, jak i do garnituru. Jego elegancka i nienarzucająca się sygnatura zwróci uwagę otoczenia. Kobietom w większości na pewno przypadnie do gustu, gdyż ma w sobie klasyczne elementy obecne w męskich perfumach od lat, a przy tym zręcznie ucieka etykietce „retro”.  Jest przy tym przyjemnie uległy i komfortowy. Ciepły i ustatkowany. Jak nie Wiking…

Creed-Viking-2_13744-2

nuty głowy: kalabryjska bergamotka, sycylijska cytryna, różowy pieprz z Le Reunion

nuty serca: pieprz, bułgarska róża, mięta pieprzowa

nuty bazy: indyjskie drewno sandałowe, haitańska wetyweria, indyjska paczula, absolut z lawendyny

twórca/nos: Erwin Creed/ Olivier Creed

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Reklamy

Guerlain „Les Absolus d’Orient” – orient absolutny

Po fenomenalnej trylogii Les Déserts d’Orient Thierry Wasser powrócił do bliskowschodniej estetyki perfum w cyklu Les Absolus d’Orient. W skład jego wchodzą na dzień dzisiejszy trzy pachnidła: Santal Royal, Oud Essentiel i Ambre Eternel. Kolekcja przeznaczona jest na rynki arabskie, aczkolwiek na szczęście dostępna jest również w Europie. Wszyscy fani perfumowej estetyki z gatunku 1000 i jednej nocy powinni koniecznie zapoznać się z tymi perfumami. Zdecydowanie bowiem warto.

Guerlain_NEWF17-120_840x420_Categorie-EN_2

Santal Royal – sandałowa róża

To klasycznie  arabska (fakt, dość oklepana) zbitka esencji różanej i nuty drzewnej (zwykle oudu lub sandałowca) tu podana w bardzo wyważony, przyjemny, wyrafinowany i elegancki – jak przystało na Thierry Wassera – sposób. Woń początkowo rozświetlona jest akcentem białokwiatowym (jaśmin i neroli – trudne do wyłapania, gdyż zdominowane przez różę), w sercu zaś subtelnie doprawiona cynamonem, emanująca klasyczną, acz nieprzytłaczającą różą, prawdopodobnie bułgraską. W bazie zapach ma charakter skórzano-drzewny z delikatnie animalnym, oudowym akcentem oraz wspomnieniem róży. Całość o miłym dla nosa przebiegu, grzecznej projekcji i dobrej trwałości. Mimo iż początkowo był to – zaraz po Oud Essentiel – mój faworyt z tej trójki, został wypchnięty na ostatnią pozycję przez Ambre Éternel, które poznałem na samym końcu. Nie dlatego, że to kiepskie pachnidło. Broń Boże! Jest może najmniej oryginalnym z opisywanej kolekcji, ale w swym stylu jest bardzo dobre i zdecydowanie warte polecenia ze względu na mistrzowską interpretację tematu, harmonię i dyskretną elegancję. Okazało się po prostu mieć wyjątkowo silną „wewnętrzną konkurencję”.

Guerlain Santal Royal set

nuty głowy: neroli, jaśmin

nuty serca: brzoskwinia, róża, cynamon

nuty bazy: drewno sandałowe, skóra, ambra, oud, piżmo

twórca/nos: Thierry Wasser

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

Ambre Éternel – skórzana ambra doskonała

Intro jest dość intensywnie przyprawowe, jednak w jego tle wyczuwam od razu nutę ambry, która nabiera wyrazu wraz z wyparowywaniem przypraw. Najpierw jednak ambrowemu tematowi towarzyszy ze smakiem podany delikatny akord kwiatowy z dominującym ylang, który nadaje aromatowi delikatności. Ta ubrana w ylang ambra i wraz z nutą skóry z delikatnie animalnym akcentem (jako całość przypomina mi Cuir Ottoman Parfum d’Empire) tworzy temat tego pachnidła, które na finiszu wzmacnia swój ambrowo-drzewny charakter, porzucając wszelkie obecnie na wstępie ozdobniki.

Ambre Éternel na początku wydawał mi się zapachem dość monolitycznym i nieszczególnie ciekawym. Ale w miarę kolejnych testów, gdy się w niego wnikliwiej wwąchałem (szczególnie na blotterze), gdy wyraźnie poczułem poszczególne jego fazy i niuanse, w pełni doceniłem jego wyjątkowość i kunszt Thierry’ego Wassera, który potrafi jak mało kto operować na niesamowitym olfaktorycznym equilibrium. Perfumiarz ten tak dobiera proporcje składników, że osiąga ten synergiczny efekt, gdy poszczególne składowe „grają na wynik całości”, chowając w kieszeń indywidualne ambicje. A przynajmniej jeden ze składników znajdujących się w formule Ambre Éternel mógłby chcieć zawładnąć całością (może nawet to robi, tylko nie jestem tego świadomy) – najprawdziwsza szara ambra, której tinkturę pochodzącą z różnych jej kawałków Wasser tu zastosował, nadając zapachowi szlachetnej, nieporównywalnej z niczym głębi.

Ambre Éternel to prawdopodobnie jedno z najlepszych dostępnych współcześnie pachnideł ambrowych.

Guerlain Ambre Eternel 01

nuty głowy: ambra, nuty przyprawowe (kolendra, cynamon, kardamon)

nuty serca: kwiat pomarańczy, ylang ylang, nuty owocowe

nuty bazy: nuty drzewne, skóra, ambra

twórca/nos: Thierry Wasser

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

 

Oud Essentiel – oud królewski

Zapach rozpoczyna niesamowity, efemeryczny zielono-pylisty akord. To szfaran – podany tu w bardzo surowej formie, połączony z pelargonią (geranium) odpowiadają za ten niezwykły efekt. Dalej jest co najmniej tak samo dobrze. Gorzki, sucho-dymny akord drzewny z oudem i cedrem dominuje w fazie serca. Wymieniona w składzie róża jest bardzo delikatna, niemal niewyczuwalna, szczególnie, gdy porównamy ją do tej z Santal Royal. Stanowi łącznik pomiędzy geranium i resztą kompozycji. Do nozdrzy docierają też – obok drzewnych – subtelne akcenty animalne. Ten oudowy akord przekonuje swoją unikatowością i jednocześnie naturalnym brzmieniem. Sucho-drzewna, wzmocniona przez gwajak i pogłębiona przez kadzidło, niemiłosiernie długotrwała baza wieńczy to fantastyczne dzieło.

Interpretacja oudowego tematu w wykonaniu Wassera zdecydowanie mnie przekonuje. Czuć tu świetny warsztat i dyskretny styl tego perfumiarza. Zapach nie jest przeładowany, jest skupiony, formuła sprawia wrażenie krótkiej, ale efektownej. Czuć elegancki szlif, a parametry są świetnie zestrojone. Projekcja o krótkim, ale wyraźnym promieniu, trwałość pozwalająca czuć na sobie zapach przez bardzo długi czas, zapachowy ogon na umiarkowanym poziomie. Spryskana Oud Essentiel odzież pachnie przez wiele dni.

Oud Essentiel o idealne pachnidło dla wielbicieli aromatów wytrwano-sucho-drzewnych. Egzotyczne, tajemnicze, przy tym eleganckie i po wasserowsku dyskretne. Podoba mi się i to bardzo. To jedno z najlepszych znanych mi pachnideł drzewnych.

Nie imituje przy tym żadnego oklepanego oudowego patentu (np. typu Montale czy Nasomatto Black Afgano), stanowi natomiast bardzo interesująca i mocno odmienną alternatywę dla doskonałego Oud Ispahan Diora, co zapisuję Thierry Wasserowi na duży plus.

guerlain,oud,essentiel,coffret,noel,edp,or,vert

nuty głowy: szafran, geranium

nuty serca: oud, bułgarska róża, cedr

nuty bazy: skóra, kadzidło, drewno gwajakowe

twórca/nos: Thierry Wasser

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,5/ projekcja: 4,0

 

 

Terrhy Wasser at Grand-Hôtel du Cap-Ferrat
Thierry Wasser at Grand-Hôtel du Cap-Ferrat

 

Les Absolus d’Orient to kawał doskonałej perfumiarskiej sztuki. Cieszę się, że to właśnie logo Guerlain znajduje się na flakonach tych perfum. To dowód na to, że obok stricte komercyjnego kierunku obranego przez Guerlain pod władaniem LVMH, marka wciąż pielęgnuje prawdziwy perfumeryjny kunszt, z którego jest znana od swego początku przypadającego na schyłek XIX wieku. Trzeba wszakże pamiętać, że Les Absolus d’Orient to przecież także komercyjna oferta – w pierwszej kolejności skierowana na rynki arabskie. Tamtejsi konsumenci perfum mają wyjątkowo wyrafinowany gust i natychmiast rozpoznają blagę, za którą nie dadzą ani jednego petrocenta. Chcąc mieć tam sukces, trzeba wspiąć się na najwyższy poziom. Guerlain i Wasser mają tego świadomość.

 

Eau d’Hermès – zapomniany klasyk

Eau d’Hermès – historycznie pierwsze perfumy tej marki – zostały wylansowane w 1951 roku. Skomponował je dobrze nam znany Edmond Roudnitska w okresie pomiędzy pracą dla domu Rochas w latach 40-tych, a erą Diora, która trwała od roku 1948 i słynnej Dioramy, aż do późnych lat 70-tych. Pachnidło zainspirowane zostało zapachem wnętrza wyimaginowanej torebki Hermèsa, w której nuty skóry mieszają się z zapachem perfum i innych znajdujących się w niej kosmetyków.

Jakkolwiek perfumy te wąchane współcześnie mają zdecydowanie retro charakter, wyobrażam sobie, że ponad 60 lat temu musiały robić ogromne wrażenie, bo w jakiś magiczny sposób, mimo dość ubogiej palety środków wyrazu, jaką dysponowali w tamtych czasach perfumiarze (w porównaniu do czasów obecnych), Edmondowi Roudnitsce udało się osiągnąć zupełnie przekonujący skórzano-kosmetyczny efekt wnętrza damskiej torebki. Jeżeli założymy, że w owej wyimaginowanej torebce znajdują się któreś z perfum Roudnitski, wszystko zaczyna się tu zgadzać.

Jednak by go doświadczyć, trzeba najpierw przebrnąć przez dość trudny w odbiorze wstęp w którym nad przyjemnymi przecież cytrusami dominuje akord, który nazywam „brudną lawendą”, doprawioną goździkiem i czym tam jeszcze, z obecnym niemal od początku wyraźnym akcentem animalnym, który na mnie robi wszakże wrażenie nie tyle cyweto- ile szałwio-pochodnego (mogę się tu mylić). Wszystkie te składniki początkowo nie układają się, tylko raczej walczą ze sobą tworząc aromat, który dla przeciętnego, statystycznego nosa może okazać się doświadczeniem trudnym do zniesienia, a nawet traumatycznym. Jak to w prawdziwych francuskich perfumach bywa (a Eau d’Hermès to przecież przykład 100% klasycznych francuskich perfum!), potrzeba czasu, by ukazały one swoje właściwe, zwykle poruszająco piękne oblicze. Tak jest i w tym przypadku. Dość szybko ujawniający się akord głębi – istota Eau d’Hermès – to już wyraźna sygnatura Roudnitski. Nieco zwietrzałe wspomnienie cytrusów, dolny, bardziej kwiatowy niż ziołowy aspekt lawendowej esencji, ślady indolowego jaśminu i nuta animalna, wszystko złagodzone mieszanką tonki i wanilii na drzewnej bazie z cedru i sandałowca.

edmond-roudnitska-young-700x488
Młody Edmond Roudnitska, fot. CafleureBon

Klasyczny i jakże niedzisiejszy aromat, który niezbyt dobrze się zestarzał – w tym sensie, że współcześnie docenią go jedynie koneserzy perfum i osoby mające sentyment do tego typu aromatów. Eau d’Hermès  to bowiem przeciwieństwo pozbawionego trudnych nut, świetlistego i unikającego kontrowersji – przez co ponadczasowego – Eau Sauvage. A przecież oba zapachy skomponował ten sam człowiek (choć daty ich wylansowania dzieli 15 lat).

Aktualnie sprzedawana wersja Eau d’Hermès, widoczna na poniższej fotografii, musi być – jak sądzę – niezwykle bliska pierwowzorowi Roudnitski z jednego głównego powodu – nad jej kształtem czuwa Jean-Claude Ellena, perfumiarz, dla którego Roudnitska to największy – jeżeli nie jedyny – mentor i wzór.

Warto zaznaczyć, że Eau d’Hermès to wbrew niewinnej nazwie (określenie eau kojarzy się współcześnie z zapachami raczej lekkimi i zwiewnymi, ale 60 lat temu nie miało takich konotacji) pachnidło zaskakująco agresywne i mocne, szczególnie w pierwszej fazie, a z czasem układające się na skórze w zdecydowanie spokojniejszy, ale całkiem trwały aromat. Moje główne skojarzenie, gdy chodzi o podobieństwa do innych znanych mi perfum, to Eau Sauvage Extreme w pierwotnej wersji (1982) – tyle, że bez nuty animalnej oraz – właśnie ze względu na podobne połączenie lawendy i cywetu – Jicky Guerlain, tyle że w Eau d’Hermès nie doświadczymy rzecz jasna guerlinade – puszystej orientalno-kulinarnej bazy charakterystycznej dla pachnideł Guerlaina. Zapach Hermesa jest mniej ciepły, bardziej cytrusowy, skórzany, ostry i… surowy. Generalnie – trudniejszy w odbiorze niż oba wymienione. To pozycja tylko dla najbardziej wyrobionych odbiorców, która dzięki jej wierności oryginałowi, przepięknie prezentuje unikatowy styl wielkiego Edmonda Roudnistki, który dał początek jednej z dominujących estetyk w perfumerii okresu powojennego.

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

dominujące nuty: cytrusy, lawenda, nuty ziołowe, nuty animalne

twórca/nos: Edmond Roudnitska

rok premiery: 1951

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

 

Świąteczne życzenia nie do końca typowe…

Życzę wszystkim Świąt pachnących struclą, piernikiem, pomarańczami i choinką. Pod choinką zaś – pachnących prezentów. 

 

Demeter-Christmas-Tree-Holiday-fragrance

 

Przede wszystkim zaś życzę wszystkim dzieciakom i sobie…

Zimy…

 

zima stulecia

zima stulecia 2

…i zapachu mrozu!

Bo zapach ma przecież znaczenie.

 

Zegna Essenze „Florentine Iris”

Nuta irysa w perfumach dedykowanych mężczyznom stała się faktem dopiero w momencie premiery przełomowego Dior Homme w 2005 roku. Tamta wyjątkowa kompozycja Oliviera Polge’a (obecnie Chanel) odważnie przesunęła granice tego, co w perfumach uważane było za męskie.

Odtąd irys w perfumerii zaczął być postrzegany jako pełnoprawna nuta uniseks, a perfumy męskie ją zawierające może nie wysypały się jak grzyby po deszczu, ale zaczęły pojawiać się w skierowanej do panów ofercie co odważniejszych marek. Pozyskiwana z kłącza irysa esencja, jakkolwiek należąca do najcenniejszych we współczesnej perfumiarskiej palecie, nie należy do łatwych w obróbce, gdy chodzi o kompozycję perfumeryjną. Ma w sobie „wrodzoną” elegancję i wprowadza chłodny dystans. Sprawdza się więc najlepiej w kompozycjach formalnych, a nawet wieczorowych. W takim właśnie ujęciu zaproponowała nam go marka Zegna w należącym do kolekcji butikowej Zegna Essenze pachnidle Florentine Iris (bo wiadomo przecież, że jak irys, to tylko ten z Florencji). Zapach ten skomponował nie byle kto, bo sam Jacques Cavallier, od pewnego czasu (mniej więcej od momentu ogłoszenia go nadwornym perfumiarzem Luis Vuitton) używający dwuczłonowego nazwiska Cavallier-Belletrud.

Jacques-Cavallier-Belletrud_1452

Florentine Iris od początku wyraźnie emituje irysową nutę, mocno zaokrągloną, obrobioną, zrównoważoną jaśminem, tak że nie epatuje ona ani naturalną ziemistością, ani wilgotną drzewnością, ani sławetną marchewkowością. Irys został połączony z pokrewnym olfaktorycznie fiołkiem (iodine), co – jak sądzę – przydało zapachowi nieco zielonej świeżości.  Ten irysowo-fiołkowo-jaśminowy tercet podlany został sowitą dawką piżm, które zadziałały tu niczym warstwa werniksu końcowego na malowidle, spajając elementy i nadając całości głębi. Pachnidło jest bardzo eleganckie, formalne, wręcz wieczorowe. Bardzo dobrze się je nosi. Ma elegancką obecność, gwarantuje miły i długotrwały ogonek, bez zaczepiania przechodniów. Reasumując – bardzo solidne pachnidło o ponadprzeciętnej urodzie i dyskretnej elegancji. Nie przypomina przy tym (i to dobrze) Dior Homme, a – jeżeli już – to bardziej kojarzy mi się z Prada L’Homme poprzez obecne w obu zapachach kwiatowe, trochę pudrowe, mogące uchodzić z nieco (a jednak) kobiece akcenty.

zegna_iris

dominujące nuty: irys, jaśmin, piżmo

twórca/nos: Jacques Cavallier-Belletrud

rok premiery: 2012

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

podobne zapachy: Prada L’Homme EDT

„Perfumy – Stulecie Zapachów” – książka nie tylko o perfumach

Jeszcze kilka lat temu perfumy były dla Lizzie Ostrom wyłącznie pasją, hobby i obsesją. Pracowała wówczas w branży PR. Gdy w 2010 roku promowała branżę hotelową i restauracyjną, postanowiła połączyć perfumową pasję ze swym zawodowym doświadczeniem. Pod pseudonimem Ode Toilette zorganizowała i poprowadziła tzw. perfumowy event. Pomyślany jako jednorazowe wydarzenie spotkał się z tak dobrym przyjęciem, że Lizzie zaczęła organizować kolejne. Z czasem ta działalność przemieniła się w biznes. Obecnie Lizzie Ostrom prowadzi tego typu spotkania za zlecenia firm, organizacji, podczas spotkań prywatnych i firmowych, festiwali itp. Równolegle prowadzi swoją stronę Ode Toilette oraz jest aktywna w wielu innych obszarach działalności związanych z perfumami i zapachem w ogóle. Wieloletnie poszukiwania i zgłębianie tematu perfum i ich historii doprowadziły ją do napisania książki, którą miałem przyjemność ostatnio przeczytać. Ukazała się ona właśnie nakładem Wydawnictwa Kobiecego w wersji polskiej pod tytułem „Perfumy – Stulecie Zapachów” .

 

Lizzie Ostrom
Lizzie Ostrom

Autorka zabiera nas w podróż przez obyczajową historię Europy XX wieku od lat 1900 do końca 90-tych w kontekście pachnideł. Z każdej dekady wybrała dziesięć perfum – zarówno tych sławnych i zwykle będących w sprzedaży do dziś (Chanel No. 5, Guerlain Shalimar, Robert Piguet Bandit), jak i takich, które na przestrzeni lat znikły z rynku, ale cieszyły się w swoim czasie ogromną popularnością, a nawet kultem (np. Climax Sears, Nuit de Chine Paula Poireta, American Ideal California Perfume Company, Coty Chypre). Każdemu z tych zapachów poświęcony jest osobny rozdział. W większości są to perfumy damskie, ale nie zabrakło też – na szczęście – męskich klasyków, jak choćby Old Spice Shulton, Vetiver Guerlain, Tabac Maurer & Wirtz, Eau Sauvage Dior, Kouros YSL czy pierwsze pachnidło Aramisa, a także kilka innych.

Lizzie Ostrom Perfumy Stulecie Zapachów

Książka ta nie ma charakteru faktografii, poradnika czy leksykonu. Perfumy zostały tu potraktowane raczej jako pretekst do krótszych lub dłuższych i zwykle bardzo interesujących felietonów, w których Ostrom lekko, ze swobodą, znajomością tematu i poczuciem humoru opisuje wybrane przez siebie wątki dotyczące życia społecznego, obyczajów danej epoki związanych z używaniem perfum, panującej w danym czasie mody, okraszając to anegdotami i ciekawostkami dotyczącymi twórców i historii powstawania perfum.

Im bliżej naszych czasów, tym autorka więcej pisze na temat samych perfum, ich faktycznego zapachu, charakteru, ale nigdy nie grzęźnie w szczegółach, które mogłyby uczynić lekturę nużącą. Ze szczególną uwagą Ostrom (jako specjalista od PR) traktuje niezwykłe, czasem wręcz nieprawdopodobnie wymyślne i niedorzeczne kampanie reklamowe, jakie towarzyszyły premierom niektórych perfum (np. zrzucanie na Paryż małych baloników z przyczepionymi mini-flakonami). Całość układa się w lekturę, która ze względu na lekki i bezpretensjonalny charakter będzie – jak sądzę – interesująca nie tylko dla osób takich jak ja – szczególnie zainteresowanych perfumami – ale także dla zdecydowanie szerszej publiki. Cieszę się więc, że Wydawnictwo Kobiece postanowiło wydać tę książkę w Polsce. Wciąż zbyt mało jest bowiem na naszym rynku pozycji traktujących o niezwykłym fenomenie perfum, ich historii, a także niebagatelnej roli, jaką odgrywały i wciąż odgrywają w życiu kolejnych pokoleń.

Książka Lizzie Ostrom, którą gorąco polecam, jest obszernym zbiorem historycznych dowodów na to, jak istotną rolę perfumy odgrywają w naszym życiu. Wpływają na nasze samopoczucie, życie, postrzeganie świata, na nas samych, naszą samoocenę, nasze obyczaje, a nawet życie intymne. W jakimś sensie współkształtują naszą historię i kulturowo-obyczajową spuściznę. Są więc znacznie ważniejsze, niż sądzimy.

 

P.S. „Perfumy – Stulecie Zapachów” można nabyć w salonach Empiku i w empikowym sklepie internetowym.

Olfactive Studio „Woody Mood” – powrót do korzeni

Najnowsze pachnidło Olfactive Studio ma duże szanse, by stać się hitem tej marki, czego zresztą życzę twórczyni marki Céline Verleure. Woody Mood docenią nie tyko fani pachnideł drzewnych i kadzidlanych, ale także entuzjaści talentu Bertranda Duchaufoura z okresu, gdy pracował dla Comme des Garcons i L’Artisan Parfumeur. O perfumiarzu tym już dość długo nie pisałem na blogu. Tym zapachem przypomina on o sobie w naprawdę świetnym stylu.

Jakoś nie było nam ostatnio po drodze (mimo, że przecież spotkałem Mistrza w 2016 roku w Mediolanie). Dopiero Woody Mood spowodował, że nasze olfaktoryczne drogi znów się skrzyżowały. Uznany niegdyś przez mnie (ale przecież nie tylko!) za jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, po raz kolejny udowodnił, że w pełni zasługuje na to miano.

Zapytacie: jest aż tak dobrze? Tak. Jest. Jest doskonale!

B.Duchaufour 01
Bertrand Duchaufor, fot. dita.com

Nazwa sugeruje drzewny charakter tego pachnidła. Ale to zaledwie część prawdy i nim. Jak zwykle u Duchaufoura zapach jest złożony z wielu odcieni, które stopniowo i pięknie odkrywa je na skórze. Już wyrazisty akord otwarcia zapowiada coś niezwykłego. Nuty drzewne  i kadzidlane kontrastują tu z nutą owocową (imbir), prowadząc swoistą grę światła i cienia, by z czasem osiąść na skórze w postaci unikatowego, drzewno-herbacianego i jednocześnie kadzidlanego, dość mrocznego serca, niepokojącego niczym fotografia sekwojowego lasu autorstwa Rogera Steffensa, która posłużyła za inspirację dla tego zapachu. W sercu użyto także egzotycznej nuty jatamansi. Ciepła i głęboka skórzana baza z drzewnym akcentem wieńczy to fascynujące pachnidło o wyraźnej, intrygującej sygnaturze i stopniowej ewolucji na skórze.

Olfactive Studio Woody Mood 1
Woody Mood – Roger Steffens

„Coraz więcej pracuję w abstrakcji. Projektuję formułę z użyciem 40 lub 50 składników. Nie mam pojęcia, jak to będzie pachniało, ale wiem, że będzie to precyzyjne. Nie staram się mieć wszystkiego pod kontrolą. Moim marzeniem jest pracować nad czymś i uzyskać akceptację klienta nigdy tego nie wąchając.”

B. Duchaufour

Ciekaw jestem, czy tak właśnie powstał Woody Mood. Bez względu jednak na to przyznaję:

Bertrand Duchaufour znów to zrobił ! Po długim okresie penetrowania aromatów kulinarnych, gdy nieco zwątpiłem w jego moce twórcze, stworzył arcydzieło w swoim najlepszym stylu, za który fani perfum tak go uwielbiają.

Jeszcze kilkanaście lat temu spokojnie mogłoby ono znaleźć się w podróżniczym cyklu L’Artisan Parfumeur lub drzewnej kolekcji Comme des Garcons. Tymczasem gratuluję Céline Verleure, że wydała ten niesamowity zapach w ramach swojego Olfactive Studio. To w tej chwili jedno z najlepszych pachnideł w generalnie stojącej na wysokim poziomie ofercie tej marki, a także jedno z najbardziej udanych w wykonaniu Duchaufoura. Jeżeli nie w ogóle, to już na pewno w ostatnich latach.  Woody Mood to moim zdaniem także jedna z najciekawszych premier 2017 roku. Naprawdę warto zwrócić na nie uwagę. Testy obowiązkowe!

Olfactive Studio Woody Mood 04

 

nuty głowy: bergamotka, imbir, szałwia, szafran

nuty serca: akord sekwoi, jatamansi, czarna herbata, kadzidło

nuty bazy: paczula, styrax, akord skórzany, puder kakaowy

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0