Nicolai Parfumeur Createur – francuski szyk (2): „Ambre Cashmere Intense” i „Cuir Cuba Intense”

Przy okazji 25 lecia powstania firmy Parfums de Nicolai na jej czele stanął Axel De Nicolai – syna Patrici i jej męża Jeana-Louisa. Tak rozpoczęła się nowa era w historii tej wyjątkowej paryskiej marki przemianowanej dla podkreślenia tej cezury na Nicolai Parfumeur Createur.

 

Ambre Cashmere Intense

Pierwszym wspólnym projektem Patrici i Axela był zapach Ambre Cashmere Intense, należący do kolekcji Intense. Zanim dotrzemy do jego ambrowej bazy, wita nas wibrujący akord otwarcia, z wyraźnym czarnym pieprzem i bursztynowym, subtelnym akordem słodko-cytrusowym. W tle pobrzmiewa już oczywiście ambrowy temat zapachu. Najpierw jednak ujawnia się kaszmirowe serce kompozycji – pikantne goździkiem, nieco drzewne i orientalne dzięki użytej z mistrzowskim wyczuciem paczuli, z przez pewien czas wyraźną nutą irysa. Akord serca to przykład kalejdoskopu zmieniających się aromatów – za każdym razem, gdy zbliżamy nozdrza do spryskanej Ambre Cashmere skóry, czujemy nieco inny układ tych samych kolorów. Raz z przodu jest paczula, raz irys, innym razem pojawia się przebłysk ambry, a nawet wspomnienie mandarynki. Akord głębi jest stabilny, spokojny, a nawet nieco… nudny. Całość pachnie gorzko-ambrowo i bardzo w stylu Patrici de Nicolai – elegancko, wyrafinowanie, klasycznie – bez oglądania się na aktualne trendy i bez nadużywania syntetycznie brzmiących nut.  Jedynym nowoczesnym elementem jest… pieprz w otwarciu. Ogólnie – to bardzo solidny zapach, dedykowany raczej tym, którzy poszukują w perfumach spokojnego wyrafinowania i klasy, niż tym, którzy penetrują niszę w poszukiwaniu wow factor.

Ambre-Cashmere-30ml-800x1000

nuty głowy: czarny pieprz, mandarynka, cytryna

nuty serca: irysa, fiołek, goździk

nuty bazy: wanilia, labdanum, benzoina, tonka, paczula, drewno sandałowe, piżmo, ambra

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Cuir Cuba Intense

To nieco bardziej dynamiczny i zniuansowany zapach w porównaniu z Ambre Cashmere. Trzeba od razu zastrzec, że ma on ewidentnie męski charakter. No i pachnie inaczej, niż się tego spodziewałem – sądząc po nazwie. „Cuir” – skóra – nie jest tu obecna w formie, w jakiej zwykłem ją spotykać w perfumach. Powiem więcej – nie zidentyfikowałem tu skórzanej nuty. Pole do popisu olfaktorycznej wyobraźni? Może. „Cuba” zaś jednoznacznie wskazuje na wątek tytoniowy. I rzeczywiście – dość surową nutę tytoniu można zidentyfikować w głębi kompozycji, ale – znów (jak to u PdN) – jest ona zupełnie inna od tych, jakie znam z wielu perfum z tytoniem w nazwie i – rzekomo – składzie. Patricia de Nicolai ma swój własny styl i po raz kolejny to udowodniła. Zanim jednak dotrzemy do tytułowego tytoniu, autorka najpierw zaskakuje nas wstępnym, bardzo aromatycznym i kontrastowym akordem z dominująca lukrecją i anyżem, uzupełnionymi miętą i złagodzonymi esencją z cytryny. Początek jest naprawdę niecodzienny i bardzo intensywny, a nawet nieco szorstki. Aromat z czasem układa się na skórze, odsłaniając do granic możliwości francuskie serce, zbudowane z samych prowansalskich dobroci: szałwia, lawenda, geranium i dominująca, świetnie komponująca się z anyżem kolendra. Ten klasyczny kwartet Patricia połączyła z delikatnymi kwiatami – ylang i magnolią, które nie tyle ujawniają się, ile dodają sercu łagodności. Nad wszystkimi tymi składnikami góruję jednak nuta tytoniu połączona z lukrecją.

I taka jest sygnatura Cuir Cuba: aromatyczny, nieco ziołowy tytoń z delikatnie anyżową lukrecją.

Baza jest tytoniowo-drzewna, pogłębiona przez piżma i odrobinę cywetu. Całość jest fenomenalna i niebywale klasycznie brzmiąca, z początku bardzo ekspansywna, później emanująca eleganckim ogonem, trwająca na mojej skórze dobrze ponad 8 godzin.

Po gruntownym przetestowaniu Cuir Cuba Intense, będąc jednocześnie wielbicielem ponadczasowej elegancji New York (także w wersji Intense) i znając – fakt, że pobieżnie, ale jednak – kilka innych perfum NPC – nie mam wątpliwości, kto dziś uosabia najpełniej tradycyjną francuską perfumerię. Tu wszystko jest takie, jakie być powinno. Aromaty są wyrafinowane, bardzo naturalne, ponadczasowo eleganckie, tradycjonalistyczne, zbudowane w klasyczną zapachową piramidę w większości z nut uznanych za tradycyjnie francuskie. Kunszt kompozycyjny jest tu bezdyskusyjny, jakość pachnideł nie do zakwestionowania, co nie może dziwić, gdy przypomnimy sobie, kim jest Patrica de Nicolai – krewną Jean-Paula Guerlaina, absolwentką ISIPCA z 1981 roku, tworzącą pachnidła pod własnym nazwiskiem od ponad 25 lat i stojącą od lat kilku na czele paryskiej Osmotheque – niezwykłego zupełnie muzeum, a nawet mauzoleum, w którym przechowywane są nie tylko formuły, ale także flakony z większością klasyków francuskiej perfumerii. Właściwa osoba na właściwym miejscu? Absolutnie tak. Trudno wyobrazić sobie kogoś innego. Reszta jest już wyłącznie kwestią gustu.

Cuir-Cuba-Intense-250ml-800x1000nuty głowy: anyż, lukrecja, cytryna, mięta

nuty serca: szałwia, lawenda, geranium, ylang, magnolia, kolendra

nuty bazy: tytoń, siano, paczula, cedr, piżmo, cywet

perfumiarz: Patricia de Nicolai

rok premiery: 2014

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Reklamy

Amouage „Beach Hut Man”

„Beach Hut Man” to najświeższy męski zapach w ofercie omańskiej marki. To także – moim zdaniem – najlepsze i najciekawsze pachnidło z kolekcji „Midnight Flower”, rozpoczętej przez wypełniony nieśmiertelnikiem i prowansalskim słońcem „Sunshine Man” i kontynuowanej w zeszłorocznym, świetnym skądinąd „fougere na sterydach”, czyli „Bracken Man”. Każde z tych pachnideł to wyraźne stylistyczne odejście od bogatej, neo-arabskiej estetyki, której dotąd hołdowała marka, pełnej oryginalnych i odważnych zestawień kadzideł, przypraw, drzew, balsamów i kwiatów. „Midnight Flower Collection” to zapachy o klasycznie europejskiej, więcej – francuskiej – estetyce, podanej wszakże w charakterystyczny dla Amouage bogaty, mocny i wyrazisty sposób.

Amouage Beach Hut Man

„Beach Hut Man” rozpoczyna się orzeźwiającym akordem, w którym wyraźnie czuć miętę na zielonym, soczystym tle zbudowanym z galbanum. Miętowa nuta jest intensywna i nadspodziewanie trwała, gdyż obecna jest jeszcze w sercu zapachu, które zachowuje zielony charakter, ale ma nieco bardziej drzewną i mszystą naturę. Nuta bluszczu miesza się tu z wetywerią i mchem. Wszystko to osadzone jest na wytrawnej, drzewnej i wyrazistej bazie, która utrwala zapach w sposób nadzwyczajny. „Beach Hut Man” to jedne z najtrwalszych znanych mi perfum o świeżym charakterze, ale także jedne z najtrwalszych od Amouage, które przecież zwykle słynie z doskonałych parametrów. Cały zapach – także jego akord głębi – mocno projektuje i pozostawia długi ogon, będąc jednocześnie wyczuwalnym przez noszącego i prowokując zapytania zaintrygowanego nim otoczenia.

Mięta, zieleń, mech – niby nic nowego (całkiem niedawno testowałem „You or Someone Like You” ELdO, który jest podobnym, za to dużo „spokojniejszym” zapachem), ale jednak jakość kompozycji, składników i parametrów powoduje, że „Beach Hut Man” już zdążył uplasować się wysoko w moim aktualnym rankingu perfum i „rzutem na taśmę” wpisał się na listę pachnideł, w których flakon mam zamiar w przyszłości się zaopatrzyć.

Nie jestem fanem perfum z galbanum, ani – ogólniej – perfum liściasto-zielono-trawiastych – może z kilkoma wyjątkami. Ale „Beach Hut Man” już stał się moim faworytem w tej grupie z kilku względów. Po pierwsze – galbanum zostało tu „osiodłane” i „ujeżdżone”, a do tego przybrane pięknie się z nim komponującą i zaskakująco mocną i trwałą nutą mięty. Po drugie – całość osadzona została na wibrującej, zielono-sucho-drzewnej bazie, która wspaniale przebija przestrzeń. Po trzecie –  zapach wyposażono w doskonałe parametry, zwiększając w ten sposób przyjemność jego noszenia.

Utwierdził mnie też w przekonaniu, że Amouage nie obniża lotów i podąża własną, daleką od aktualnych trendów drogą, proponując zapachy śmiałe, czasem prowokujące, o wyraźnych sygnaturach, których żaden wielbiciel perfumowej sztuki nie powinien ignorować.

Amouage Beach Hut Man bottle

Dominujące nuty: miętowa, zielona, drzewna

Twórca/nos: Christopher Chong/ Elise Benat

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: Etat Libre d’Orange “You or Someone Like You”, Comme des Garcons „Amazingreen”, Costume National “Cyber Garden”, Aqua Di Parma “Colonia Club”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

 

Tauer Perfumes „Lonesome Rider” – na tropie wędrowca

Idąc śladami współczesnych traperów, pośród gór i lasów Kolorado, nad jeziorem napotykamy na ślady pozostawione przez wędrowca. Czuć jeszcze zapach kwaśnego dymu wydobywającego się z niedokładnie dogaszonego ogniska. Woń skórzanych siodeł  i rozgrzanej końskiej skóry unosi się wciąż w powietrzu. Musiał dopiero co odjechać… Samotny jeździec.

Kolorado USA

Kowbojskie fascynacje Andy’ego Tauera, którym ten dał upust ponad dekadę temu komponując fenomenalny „Lonestar Memories”, powróciły w zeszłorocznym „Lonesome Rider”.  Z wnętrza starego Buicka, w którym unosi się zapach smarów, benzyny i skórzanej tapicerki przenieśliśmy się w otwarte przestrzenie, pełne dzikiej przyrody i traperskich aromatów.

W pierwszej fazie dymno-skórzana nuta, będąca sygnaturą tego zapachu, ubrana jest w całkiem wyraźny i bardzo naturalnie pachnący akord cytrusowy. W miarę jej zaniku aromat staje się bardziej wytrawno-skórzany i dymny z wyraźną nutą kastoreum. Taki mniej więcej charakter zapachu utrzymuje już się przez resztę czasu jego obecności na skórze, subtelnie i powoli gasnąc.

Autor podkreśla, że dla niego „Lonesome Rider” to świeża i unikatowa interpretacja irysa. Cóż, zaskakująca to konstatacja, ale wypada mu uwierzyć, bowiem on najlepiej wie, z czego ułożył tę uroczą opowieść i jaka miała być jej puenta. Ja irysa – jakiego znam – tu nie wyczuwam, w przeciwieństwie do róży, użytej w sercu kompozycji. Słabość Tauera do tego kwiatu jest dobrze znana fanom jego talentu. Jej aromat przemycił także tu i to z powodzeniem – łagodząc dość surowy klimat tego pachnidła.

Jako całość „Lonesome Rider” zdecydowanie mnie przekonuje. Ma swoja dramaturgię, swój przebieg i własną opowieść. Trafia w me gusta, bo lubię aromat skóry i drzewnego dymu zarówno w perfumach jak i w naturze. Faktem jest, że zapach ten nie obezwładnia mocą, z jakiej znane są niemal wszystkie wcześniejsze pachnidła Andy’ego, ale nie stanowi to dla mnie problemu, gdyż jego wyczuwalność jest wciąż na bardzo dobrym poziomie, bliższym po prostu „branżowej średniej”. Wciąż jednak możemy liczyć na legendarną trwałość pachnideł od Andy’ego. Kolejny więc raz napiszę: chapeau bas wobec talentu i warsztatu szwajcarskiego perfumiarza-samouka.

lonesomerider20160213_1

Dominujące nuty: cytrusy, nuta dymna, skóra, kastoreum

Twórca/nos: Andy Tauer

Rok premiery: 2016

Podobne zapachy: Mona di Orio „Cuir”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

 

 

Guerlain „Tonka Imperiale”

„Tonka Imperiale” to perfumy mające uwypuklić olfaktoryczną urodę esencji z nasion tonkowca wonnego. Ta użyta tu w sporej, ale nie przesadnie obfitej ilości, została otoczona kilkoma innymi kompatybilnymi składnikami, które w sumie tworzą przyjemną, choć dość wtórną całość.

Tonka-Beans_190640_MC

Zapach otwiera akord migdałowy, lekko rozjaśniony bergamotą i rozmarynem. Po nim ujawnia się bohater kompozycji – esencja z nasion tonki, pachnąca ciepło i migdałowo. Towarzyszy jej idealnie się z nią komponująca nuta tytoniowa, przypominająca tę z „Tobacco Vanille” Toma Forda, jednak tu nie jest ona zalana słodką wanilią, tylko sparowana z tonką właśnie. Subtelny, ciepły i blisko-skórny finisz bazuje na równowadze pomiędzy olibanum, cedrem a sosną, przy czym żadnego z tych składników nie czujemy indywidualnie. Tworzą przyjemny, spokojny i delikatny akord żywiczno-drzewny wieńczący to olfaktoryczne dzieło. Szkoda, że nie z przedrostkiem „arcy”, ale „Tonka Imperiale” na nań moim zdaniem nie zasługuje. Owszem, jest bardzo ładne, przyjemne, subtelnie otulające, z wyczuwalną jakością składników. Ale skomponowane w bardzo mainstreamowy, bezpieczny i zachowawczy sposób, co ma prawo rozczarowywać – szczególnie, że to pachnidło wchodzące w skład butikowej kolekcji Guerlain „L’Art et La Materie”, która adresowana jest do przede wszystkim do koneserów perfum. Przydało by się trochę więcej charakteru, pazura, kontrastu i… mocy.

thierry-wasser-guerlain_2849_medium

Nie wiem dlaczego, ale liczyłem, że Thierry Wasser wyczarował tu coś zapadającego w pamięć, coś niezwykłej urody, a jest… – po prostu – średnio. Jeśli jednak dla kogoś „Tobacco Vanille” są zbyt tytoniowe lub zbyt waniliowe albo w ogóle są „zbyt”, wówczas „Tonka Imperiale” mogą okazać się idealną opcją. Ich niezwykła lekkostrawność, drażniąca polityczna poprawność to cechy charakterystyczne dla stylu Thierry’ego Wassera. Mając go w roli głównego perfumiarza Guerlain, koncern LVMH (właściciel marki) może być spokojny o mass-marketowy (czyt. komercyjny) poziom perfum z logo szacownej i – było nie było – legendarnej, a niegdyś nawet wyśmienitej marki perfumowej. Szkoda tylko, że zasada komercyjności dotyczy także tych perfum, które marka pozycjonuje w swym portfolio na najwyższej półce, także cenowej i które przecież ochrzciła zobowiązującym tytułem „Sztuka i materia”.

Tonka Imperiale

Dominujące nuty: słodkie przyprawy, migdały, tytoń, tonka, żywice

Twórca/nos: Thierry Wasser

Rok premiery: 2010

Podobne zapachy: Dior „Feve Delicieuse”, Victor & Rolf “Spicebomb”, Tom Ford „Tobacco Vanille”, Odin „Semma”, Parfums de Marly “Herod”, “Oajan”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Paco Rabanne „Pure XS” – powrót sexu…

Mniej więcej wiadomo, czego aktualnie można się spodziewać po męskich perfumach z logo Paco Rabanne. Mocne, wyraziste akordy, zwykle z kulinarnymi odniesieniami. Aromaty w pewnym sensie – jak na główny nurt – odważne i mające potencjał tzw. „game changerów”. Takim okazał się „One Million”. Z „Invictusem” chyba już się tak nie udało, ale trzeba dodać, że przedziwne to pachnidło. Jak na ich tle wypada najnowsza, intensywnie obecnie reklamowana, jako niezwykle skuteczny środek na utratę przytomności wszystkich znajdujących się w pobliżu kobiet ;), propozycja dla mężczyzn – „Pure XS”?

PacoRabanne-Pure-XS-hendriques-635x501

Słodki waniliowy początek ożywiony imbirem, rozjaśniony nutą zieloną i przybrany schowanym w tle  tymiankiem dość szybko nabiera słodkiej, trochę owocowej, trochę waniliowej mocy. Intryguje pojawiająca się (nie od razu) lekko gorzka, gęstą nuta mirry. Delikatny akcent wędzonej śliwki w sercu tworzy intrygujący kontrast z cukierniczym tłem. Ten centralny akord i jednocześnie zasadniczą treść „Pure XS” zbudowana jest na przeciwieństwie właśnie – pomiędzy kulinarną, wręcz żarłoczną słodyczą wanilii, pewną majestatycznością mirry oraz akcentem dymnym, który można także umownie nazwać skórzanym. Co ciekawe, po kilkunastu minutach, gdzieś w tle, można wyczuć ziołowe, aromatyczne echa szacownego protoplasty z 1994 roku. Tak jakby pozostałą jego resztkę we flakonie zalać likierem, wanilią, esencją z wędzonej śliwki i z umiarem to wszystko posłodzić. I tylko szkoda, że zbudowane na wstępie naprawdę intrygujące olfaktoryczne napięcie dość szybko opada, a zapach staje się coraz mniej interesujący, finiszując dość oklepaną współczesną bazą złożoną ze słodyczy, piżm i drzewnego tła. Niemniej „Pure XS” ma rozpustną i dość frywolną naturę… Zadziałać może skutecznie jako perfumy na wieczorną rankę – tak sądzę. Olfaktorycznie ciekawszy niż „One Million”, słabszy zaś pod względem parametrów, prawdopodobnie jednak nie dorówna mu pod względem potencjału komercyjnego.

Ładny flakon kształtem nawiązuje do klasyka, ale jest większy, masywniejszy, z ciemnogranatowego szkła, z odchylaną, bardzo niestety utrudniająca aplikację zatyczką. Kartonik powleczony granatowym aksamitem (takim jak niegdyś D&G „Pour Homme”), ze złotymi literami, świetnie wpisuje się w marketingową otoczkę zapachu. Zwycięstwo designu i marketingu nad treścią? Raczej doskonały przykład, jak to się dzisiaj robi. Sam zapach warto poznać. Nie jest wybitny, ale na swój sposób na pewno oryginalny. No i ma coś w sobie, mimo nieco nachalnej współczesności…

Paco rabanne Pure XS

Dominujące nuty: słodka, dymna, żywiczna, drzewna

Twórca/nos: Anne Flippo, Caroline Dumur, Bruno Jovanovic

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: –

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,0 trwałość: 3,5

Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Jeszcze w zielone gramy: Tom Ford „Vert d’Encens”, Eutopie „No. 8”, Majda Bekkali „Mudejar”

„Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze się spełnią nasze piękne dni, marzenia plany”*

zdają się śpiewać perfumowe brandy i proponują nam ostatnio całkiem sporo pachnideł o zdecydowanie, czasem wręcz zaskakująco zielonym charakterze. To bardzo pozytywne zjawisko, wszak zieleń jest kolorem nadziei, ale i życia, wiosny, lata, ciepła i radości, a zapachy zielone wywołują taki właśnie radosny, miły i optymistyczny nastrój. Mogą być świetnym antidotum na zbliżające się wielkimi krokami mroki jesieni i zimy…

Jednym z tradycyjnych składników zielonych, używanych w perfumach od dawna, bo od czasów starożytnego Egiptu, jest olejek (a także rezinoid) galbanum. To po ten składnik – obok aromamolekuły cis-heksanol (o zapachu soczystej trawy) najczęściej sięgają perfumiarze, gdy chcą osiągnąć wyrazisty zielony efekt w kompozycji perfumeryjnej. Znanymi przykładami użycia galbanum są zielone klasyki: Chanel No. 19, Gres Cabochard czy Givenchy Ysatis.

galbanum
Galbanum

A propos zielonych klasyków właśnie Tom Ford zaskoczył w zeszłym roku perfumowych koneserów zieloną kolekcją: Vert Boheme, Vert de Fleur, Vert des Bois i Vert d’Encense. Zapachy te miały być w zamyśle współczesnymi interpretacjami klasycznych akordów zielonych w perfumerii.

Zaintrygowany sięgnąłem w pierwszej kolejności po ostatni z nich (resztę mam nadzieję także kiedyś przetestować) i zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony niezwykle oryginalnym aromatem łączącym zielono-żywiczne galbanum z kadzidłem i słodką heliotropiną! Doprawdy niesamowita mieszanka, w której lubiące dominować galbanum (samo w sobie będące bardzo intensywnie pachnącą ingrediencją) zostało tu niejako ujarzmione słodyczą i żywicznym ciepłem kadzidła. Nie przeważa, tylko ładnie równoważy się z pozostałymi nutami wiodącymi. Oczywiście najwyraźniej ta strączkowa zieloność – jak zwykłem określać aromat galbanum – jest wyczuwalna na wstępie. Z czasem nieco traci ona na impecie, a zapach emituje przechodzi w oryginalną słodko-zieloną i jednocześnie ciepłą, słoneczną stronę. Zaczyna przeważać heliotrop i tak jest niemal do – dość odległego w czasie – końca. Na samym finiszu nieco wyraźniej ujawnia się nuta kadzidlana, ale bardziej jest to mirra niż olibanum. Vert d’Encens zachęcił mnie do zapoznania się z pozostałymi trzema pozycjami z zielonej kolekcji Toma Forda.

 

Tom-Ford-Private-Blend-Vert-Collections

 

główne nuty: galbanum (zielona), heliotrop (słodka, migdałowa), kadzidło (ciepła, żywiczna)

 

No. 8 skomponowane przez perfumiarza Thomasa Fontaina dla francuskiej marki niszowej Eutopie to niebanalnej urody uniseksowe perfumy zielono-drzewne osnute – podobnie jak Vert d’Encens – na galbanum.  To właśnie ten nieco gorzki i zielony aromat otwiera kompozycję, a rozjaśniają go bergamotka i limonka. W sercu mamy – dla odmiany – przydającą czystej i lekkiej, eleganckiej, mydlanej aury esencję z kwiatu pomarańczy (neroli) oraz nadającą głębi i nieco ciepła żywicę mastyksową, która tak pięknie swego czasu ujęta została w Eau de Ikar od Sisley. W sercu wymieniane jest także kadzidło oraz mięta. Z obu składników miętę faktycznie można poczuć przy odrobinie wysiłku (została zręcznie skomponowana  w całość), zaś kadzidła nie czuję. Drzewna baza (cedr) z dodatkiem białych piżm i akordu ambrowego stanowi nowoczesne i bardzo trwałe zwieńczenie No. 8, mocno zresztą odmienne od wcześniejszych faz zapachu. Przyznam, że to waśnie ów finisz utwierdził mnie w pozytywnej ocenie tych perfum. Testując je miałem bowiem obawę, że po tym mocno galbanowym (na granicy mojej tolerancji na tę nutę) zielonym początku i lekko kwiatowym, „toaletowym” sercu nie wydarzy się już nic ekscytującego. A tu proszę: zadziorny i zupełnie męski drzewno -ambrowy finisz (zgoda – nieco syntetyczny – ale mi to zupełnie nie przeszkadza). Naprawdę fajnie skomponowane i świetnie zachowujące się na skórze perfumy o przyciągającym temacie i jakości nie pozostawiającej nic do życzenia. Dalekie od spektakularności, ale też więcej niż poprawne. Uniseksowe, choć wg niektórych – w tym i mnie – jednak z przechyłem w męską stronę.

Eutopie No 8

główne nuty: galbanum (zielona), neroli (białokwiatowa, czysta), mastyks (żywiczna), cedr (drzewna)

 

Jednak chyba najbardziej oryginalnym obok Vert d’Encens pachnidłem w tym zielonym zestawie jest Mudejar Majdy Bekkali. Niesamowite intro z molekułami pieprzu wibrującymi wokół grejpfrutowej esencji po ty, by chwilę później odsłonić przedziwne, nieco mineralne serce, złożone z nuty liścia czarnej porzeczki i cedru. Drzewno-kadzidlana baza z wyraźną, „okrągłą” nutką mchu wieńczy to naprawdę intrygująco pachnące dzieło. Zaskakująca „krzemienna” nuta podobna do tej z Terre d’Hermes, ale tu w towarzystwie zielonej porzeczki – zamiast geranium i wetywerii. Mudejar to zdecydowanie uniseks, ciążący może nieco w męskim kierunku (jak każdy z opisywanych tu zapachów, co pewnie wynika z ich zielono-żywiczno-drzewnych charakterów, pozbawionych typowych kobiecych nut kwiatowych czy kulinarnych). To z pewnością kolejne warte uwagi, niebanalne, oryginalne pachnidło w unikatowej kolekcji Majdy Bekkali, na którą zwracam uwagę wszystkich koneserów perfum.

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

główne nuty: pieprz (przyprawowa), czarna porzeczka (zielono-owocowa), mineralna/ krzemienna, drewno sandałowe, mech (drzewna)

 

*) cytat z piosenki Wojciecha Młynarskiego „Jeszcze w zielone gramy”