Etat Libre d’Orange „Marquis de Sade, Attaquer Le Soleil”

„Ileż to, u licha, razy pragnąłem zaatakować słońce, odebrać je wszechświatu, albo posłużyć się nim, by podpalić ziemię? To dopiero byłyby zbrodnie…”

Marquis de Sade

eldo-sade

Quentin Bisch – pod kuratelą Etienne’a de Swardta – postanowili „porwać się z motyką na słońce” i uwolnić tego pierwszego z więzów, które go ograniczały, a które ten sam sobie wcześniej założył. Jak sam twierdzi, zdecydował się na ujawnienie w pełnej krasie tego, co zwykle dotąd w swych kompozycjach perfumowych skrzętnie ukrywał za pomocą wanilii czy ambry, mając wszakże świadomość jego niezbędności i niezwykłości…

Cistus labdanum 

To temu składnikowi poświęcony jest Attaquer Le Soleil. Oto ingrediencja niezwykła, jedna z najważniejszych w perfumerii, kluczowy składnik akordu szyprowego, jednego z najstarszych akordów w perfumerii (1907 r – Chypre Coty). Czym jest ów składnik? Otóż zwykle jest to rezinoid lub olejek, rzadziej absolut, który pozyskuje się z praktycznie wszystkich części niskiego krzewu Cistus Ladaniferus, rosnącego w krajach basenu Morza Śródziemnego (głównie w hiszpańskiej Andaluzji, ale także w Maroku, Portugalii i na Korsyce) oraz na Bliskim Wschodzie.

labdanum
Cistus Ladaniferus

Esencja labdanum pachnie balsamicznie, ambrowo, słodkawo, lepko, nieco kadzidlanie (żywicę używało się i wciąż używa jako składnika kadzidlanych mieszanek) i nieco drzewnie. Jest ważnym elementem akordów skórzanych (np. Cuir de Russie Chanela), orientalnych i wspomnianych szyprowych, a także kluczowym składnikiem akordu ambrowego. Jednym z najbardziej spektakularnych i doskonałych przykładów użycia labdanum we współczesnej perfumerii jest Sahara Noir Toma Forda, która aż ocieka tą lepką balsamiczną wonią.

W Attaquer Le Soleil Quentin Bisch umieścił nutę labdanum na pierwszym planie w roli absolutnej dominanty, co już samo w sobie jest całkiem niezwyczajne. Co więcej, podkreślił ją bardzo oszczędnie tajemniczymi składnikami, tak by ten minimalistyczny, sprawiający wrażenie labdanowego monolitu zapach miał jednocześnie wszelkie cechy pełnoprawnych perfum.

Dzięki jemu tylko znanym zabiegom, ta zwykle mocno osadzona, blisko skórna, średnio-trwała nuta nabrała tu niezwykłej lekkości i lotności. Mój nos wyczuwa co najmniej solidną dawkę Iso E Super, które powoduje, że ociężałe labdanum zaskakuje aksamitną, transparentną projekcją. Wyczuwam też „coś na kształt pieprzu”. Ale nie jest to klasyczny czarny czy różowy pieprz. To bardziej Pepperwood, którego pełno choćby w CdG Black Pepper. Labdanum plus Iso E Super i trochę Pepperwood? Niewykluczone. Ale czy to wszystko? Pojęcia nie mam. Niemniej tak mi to pachnie.

Balsamicznie, ale lekko. Ciepło, ale i świeżo. Drzewnie i jednocześnie lekko przyprawowo. Oryginalnie – z pewnością. Nowocześnie – tak. Przekonująco? Nie do końca…

Co ciekawe, z czasem zapach – zamiast stawać się coraz bardziej ociężały – nabiera lekkości i transparentności, aż do momentu, w którym na skórze pozostaje tylko jego niewyraźne wspomnienie. Niestety, dzieje się to dość szybko, bo po zaledwie kilku godzinach od aplikacji.

Attaquer Le Soleil – jako dzieło olfaktoryczne – kontynuuje libertyńskiego ducha Etat Libre d’Orange i Markiza De Sade – uwalniając labdanum z przynależnego mu w klasycznej praktyce perfumowej miejsca „w cieniu” i umieszczając je w świetle jupiterów. Zabieg podobny do tego, jakiego dokonał z Iso-E-Super Geza Schoen w Molecule 01 Escentric Molecules. Niemniej ten eksperyment – choć interesujący – wg mnie nie do końca się powiódł. Czegoś w nim zabrakło. Polotu? Chyba tak. Chwała jednak duetowi Bisch/ De Swardt, że znów spróbowali czegoś nowego. Nie zawsze przecież muszą trafiać w 10-kę.

Eldo de Sade

 

główne nuty: cistus labdanum, Iso-E-Super?, Pepperwood?

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 3,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 3,5

Frederic Malle „Superstitious” – zapach jej sukni…

Jeżeli miałbym sądzić po perfumach wydanych przez Frederica Malle w ciągu ostatnich 18 miesięcy – czuję się uspokojony. Póki co przejście jego Editions de Parfums w ręce koncernu Estee Lauder nie wpłynęło negatywnie na poziom i jakość nowych pachnideł. Zarówno Cologne Indelebile jak i Monsieur. zasługują na najwyższe noty. Tegoroczne Superstitious także trzyma poziom. To wg mnie jedne z najlepszych kobiecych perfum w jego ofercie

Tym razem Frederic Malle współpracował Alberem Elbazem, przez 14 lat dyrektorem kreatywnym w Lanvin, wcześniej u YSL oraz niezawodnym i wielokrotnie już „sprawdzonym w dziele” perfumiarzem Dominique’m Ropionem, mającym na koncie takie arcydzieła jak Portrait of a Lady czy czy Vetiver Extraordinaire. Efektem kooperacji tych trzech dżentelmenów są niezwykle eleganckie, szykowne i ekskluzywnie pachnące perfumy, skomponowane w neoklasycznym stylu, które panowie opatrzyli nośną nazwą Superstitious (ang. przesądny).

Frederic Malle nie znał osobiście Albera Elbaza, ale – jak sam mówi – podziwiał jego prace, w tym suknie, które osobiście nosiła żona Frederica – Marie. Okazało się, że Malle i Elbaz maja wspólną znajomą, dzięki której Fredericowi udało się zaprosić Elbaza na lunch w celu zaproponowania mu współpracy. Malle wiedział już wtedy, że Elbaz jest fanem jego perfum, i że kupuje Editions de Parfums jako prezenty dla swych ukochanych kobiet (jakkolwiek to brzmi…, no ale w końcu akcja dzieje się we Francji…). Elbaz zgodził się, choć nie bez wątpliwości. Reszta już jest historią.

frederic_malle_alber_elbaz2

Zapach sukni kobiety, którą kochasz.

Takie hasło przyświecało projektantom podczas pracy nad Superstitious. To bardzo kobieca kompozycja złożona z klasycznych nut perfumowych: róży i – głównie – jaśminu, cudownie podkreślonych przez z umiarem użyte aldehydy oraz nutę brzoskwini i wypełnionych paczulą, a osadzonych na bazie zbudowanej z wetywerii, kadzidła i ambry. Nie znajdziemy w nich współczesnych, tak modnych obecnie nut kulinarnych, słodkich czy owocowych. Tradycyjne aromaty w nim zawarte oraz ich proporcje wpływają na klasyczny sznyt tych perfum, jakimś cudem nie popadających jednak przesadnie w styl retro.

Superstitious oparty jest na kwiatowo-drzewnym equilibrium. Bukiet kwiatów jest bardzo elegancki i nienachalny, drzewna natura zaś nieco zdominowana przez paczulę, choć – co warto zauważyć – wetyweria stanowi w niej także niemal równie istotny element, a na etapie finiszu nawet ważniejszy. W efekcie aromat jest owszem kwiatowy, ale przy tym też wytrawny. Aldehydy dodają całości polotu podkreślając jego wyrazistość i asertywność.

alber elbaz

Zapach ma niesamowitą, zapadająca w pamięć, obsesyjnie piękną sygnaturę. Kobieta go nosząca ma robić wrażenie równie mocne, jak ubrana w piękną suknię zaprojektowaną przez Abera Elbaza. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak własnie jest. Te perfumy intrygują, wabią i fascynują, a obecne na kobiecej skórze mogą stać się skutecznym i groźnym narzędziem uwodzenia. Nie sposób być wobec nich obojętnym.

Zadbano o parametry. Superstitious jest bardzo ekspansywny i bardzo trwały. Użyty w małej ilości (co jest w tym przypadku zdecydowanie wskazane) będzie pozostawiał piękny, zmysłowy, intrygujący i luksusowo pachnący ogon za noszącą go kobietą przez cały dzień do późnego wieczora, a nawet późnej nocy. Jego ślad w postaci zmysłowej bazy pozostanie na skórze nawet do następnego ranka. Zbyt obfita aplikacja może natomiast nie tylko skonfundować otoczenie, ale także zmęczyć samą „nosicielkę”. Zalecam więc szczególną ostrożność.

alber elbaz dress

Najnowsze dzieło Frederica Malle nie jest więc na tle innych jego perfum wyjątkiem, gdy chodzi o jakość i kompozycję. Wszystko jest tu na najwyższym poziomie, co nie powinno zaskakiwać. W końcu mamy do czynienia z jedną z najbardziej prestiżowych współczesnych marek perfumeryjnych. Wyjątkowe jest natomiast tym razem opakowanie. Flakon – choć nie zmienił kształtu – został wykonany z czarnego szkła i zamiast tradycyjnej prostej etykiety z nazwą marki, perfum oraz imieniem i nazwiskiem perfumiarza, umieszczono na nim tajemnicze oko… Z eye twiching – czyli z syndromem drgającej powieki – są w niektórych kulturach (m.in. chińskiej, indyjskiej) związane różnorakie przesądy, co nawiązuje do nazwy tych perfum. Zatyczka flakonu zyskała kolor złoty, a design kartonika został przeniesiony z flakonu. Uwaga – jest jeszcze jedna „cecha”, która wyróżnia Superstitious na tle innych zapachów Frederica Malle, a o której chcę wspomnieć. Cena. Jeszcze wyższa, niestety. 260 EUR za 100 ml. Cóż, luksus kosztuje. Wiemy to nie od dziś.

Malle Superstitious 02

nuty głowy: brzoskwinia, aldehydy

nuty serca: egipski jaśmin, turecka róża

nuty bazy: ambra, kadzidło, wetyweria, paczula, piżmo

perfumiarz: Dominique Ropion

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 6,0

 

 

Arquiste „El” – facet z wąsem i bakami oraz… kontem na portalu społecznościowym

Męska moda na brodę powoli przemija. Czy zastąpi ją wąs, baki i odkryty tors? Wg pewnych dwóch rodowitych Meksykanów jest to niewykluczone. W każdym razie przygotowali już perfumy na tę okazję…

Carlos Huber musi wyjątkowo dobrze rozumieć się z Rodrigo Flores-Roux. Od samego początku tworzą świetny twórczy tandem. Nic w tym dziwnego. Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obaj pochodzą z Mexico City. Obaj parają się perfumami. Pierwszy z nich jako właściciel marki Arquiste Parfumeur, drugi zaś jako profesjonalny perfumiarz pracujący dla Givaudan, znany ze współpracy z największymi tuzami branży, jako choćby Tom Ford, Donna Karan, Calvin Klein, Elisabeth Arden, John Varvatos, Dolce&Gabbana czy Houbigant. Flores-Roux jest też autorem wszystkich pachnideł marki Arquiste.

carlos-huber-rodrigo-flores-roux-arquiste-EL-700x386
Flores-Roux i Huber (fot. CaFleuerBon)

Arquiste długo musiało czekać na debiut na moim blogu. Gdy w końcu do niego dochodzi, marka robi to w bardzo ciekawym stylu. Zeszłoroczna premiera duetu zapachów – męskiego El i damskiego Ella – wzbudziła mój najwyższy stopień zaintrygowania. I choć wciąż jestem bardzo ciekaw, jak pachnie Ella (i coś czuję, że fenomenalnie – więc na pewno wkrótce „ją” przetestuję), to naturalna ciekawość dotycząca męskiego El zwyciężyła.

 

Oba pachnidła opisywane są jako podróż w czasie do roku 1978, do zlokalizowanego w Acapulco klubu-dyskoteki Armano’s. Są nostalgicznym powrotem do stylistyki perfumowej, jaka panowała w latach 70-tych i pierwszej połowie 80-tych. Z jednej więc strony ciekawy, choć w gruncie rzeczy przecież niespecjalnie oryginalny pomysł, z drugiej zaś – doskonałe wykonawstwo. Flores-Roux – jak mało który współczesny perfumiarz – czuję stylistykę retro, czego jak dotąd najpełniej dowiódł w nowej interpretacji legendarnego Fougere Royale Houbigant, o której pisałem niegdyś tu. Przy okazji El perfumiarz dokonał analogicznego zabiegu, tyle że tym razem punktem wyjścia był inny zapach-legenda: Kouros od Yves Saint Laurent. Ale uwaga – tak jak Fougere Royale 2010 nie jest zwykłą reaktywacją klasyka, tylko jego współczesną interpretacją, tak El nie ośmieliłbym się nazwać kopią Kourosa (nota bene wciąż przecież obecnego w ofercie marki YSL ), choć jego stylistyczne powinowactwo do genialnego dzieła Pierre’a Bourdona jest dla mnie oczywiste. Perfumowa stylizacja na lata 70-te? Owszem.

men seventies

Intro El jest zielone i ziołowe, z wysuniętą na przód szałwią, zmiksowaną z rozmarynem i geranium. Dość szybko ujawnia się animalna nuta (cywet), utrzymana wszakże w „rozsądnym” wymiarze. Serce to – znany nam z Kourosa – pojedynek brudno i gorzko pachnącej szałwii oraz zwierzęcego kastoreum z delikatną, czystą wonią kwiatu pomarańczy. Nad całością unosi się aura klasycznego męskiego fougere z obowiązkowym (i całkiem wyczuwalnym) mchem dębowym w bazie. Zapach ma solidną trwałość (finalna sucho-gorzka nuta – chyba kastoreum – trwa na mojej skórze ponad 12 godzin) przy – uwaga – raczej grzecznej, współczesnej projekcji. Ten chronologicznie ostatni aromat El zachowuje się dość niezwykle. Mianowicie siedzi na skórze cicho, ale od czasu do czasu daje znać o sobie nawet wtedy, gdy już myślimy, ze na dobre zamilkł. Użyty testowo wieczorem na przedramieniu, przebijał się przez całe do południa następnego dnia przez inne użyte „globalnie” perfumy.

Czarny flakon El przekornie kontrastuje z białą butlą Kourosa. Ale pod względem zapachu to niewątpliwie najbliżsi krewni, jak ojciec i syn. Łączy ich bardzo wiele, tyle, że obaj urodzili się w innych czasach. Nie są identyczni. Każdy jest indywidualnością. Co nie znaczy, że nie są do siebie podobni i nie mają cech wspólnych.

W bezpośrednim zestawieniu z jedną ze starszych formulacji Kouorsa, której resztkami jeszcze dysponuję, El wypada delikatniej i mniej zwierzęco. Ale gdy zestawić El z wzorcami współcześnie tworzonych męskich perfum, jego odbiór natychmiast się zmienia. El staje się super męski, niemal macho i – jak na współczesne standardy – całkiem wyraźnie zwierzęcy, szczególnie w późniejszych fazach rozwoju na skórze.

EL-SLIDER3

O uroku El decyduje ta sama cecha, która do dziś tak przyciąga do Kourosa jednocześnie od niego odpychając. Kontrast nut „brudnych”, fizjologicznych – szałwii oraz składników zwierzęcych – z nutami czystymi, reprezentowanymi głównie przez kwiat pomarańczy oraz akord fougere.

Jest coś mistycznego w tej odwiecznej walce dobra ze złem przeniesionej na płaszczyznę perfum w formie pojedynku pięknego aromatu z fetorem. Przez większość czasu żaden z nich nie zwycięża. Panuje równowaga, przerywana od czasu do czasu chwilowymi przewagami każdej ze stron. Im bliżej jednak finału, tym bardziej ewidentne staje się, kto będzie tu zwycięzcą. W Kourosie jest nim zmysłowy akord cywetowo-mchowy. W El to lekko gryzące w nozdrza kastoreum.

Twórcy nie pozwolili mu co prawda warczeć  i wyć tak głośno, jak zrobił to Pierre Bourdon w 1981 roku, a jego sierść została tu elegancko przystrzyżona. Baczki i wąsy są precyzyjnie „wytrymowane”, a koszula rozpięta tylko w jednej trzeciej. Niemniej wykazali się sporą dozą odwagi proponując takie pachnidło w 2016 roku. I chwała im za to, bo El to świetne perfumy dla tych z nas, którzy nie obawiają się pachnieć bezdyskusyjnie i niemal archetypicznie męsko, ale są świadomi współczesności i wiedzą, który mamy rok. El to pachnidło stworzone dziś i na dziś. I choć czuć w nim nostalgię, czuć klasyczne składniki i ich połączenia w klasyczne akordy, to całość pachnie tu i teraz. Współcześnie i retro zarazem.

Wszystkim fanom męskiej klasyki fougere z wąsem tudzież wydatnymi bakami, rozpiętą koszulą i owłosionym torsem, wszystkich, którzy kochają Kourosa YSL, Paco Rabanne PH, Antaeusa Chanel, Azzaro PH i im podobne aromaty tamtych szczególnych lat, gorąco polecam El. Nie powinniście być zawiedzeni, o ile jednak będziecie pamiętać, że „nic dwa razy się nie zdarza”…

ARQUISTE_EL

nuty głowy: szałwia, rozmaryn, geranium

nuty serca: cynamon, woda z kwiatów pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, kastoreum, akord fougere

perfumiarz: Rodrigo Flores-Roux

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Nishane Istanbul „Sultan Vetiver” – perfumy doskonałe

Ich pachnidła utwierdziły mnie w przekonaniu, że wciąż – mimo wielu lat zajmowania się tematyką perfum – zdarzają się odkrycia, które szczególnie cieszą moją perfumaniacką, mocno już wybredną duszę.

Choć muszę przyznać, że w przypadku zlokalizowanej w Istambule marki Nishane nic nie zapowiadało takich doznań. Co prawda, od dłuższego już czasu, „miałem na nich oko”, jednak było w nich coś, co mnie zniechęcało. Nie potrafię tego wytłumaczyć i kładę to na karb wizerunku marki, który po prostu do mnie nie trafił. Owszem spodziewałem się, że będą to zapachy solidne, ale raczej wtórne. I częściowo miałem rację, ale nie chcę tu uogólniać, gdyż z dość szerokiej oferty zapachów Nishane (na dzień dzisiejszy ponad 20 pozycji) poznałem póki co pięć. Aż trzy z nich okazały się połączeniem oryginalności i zdecydowanie wysokiej jakości. Jeden z nich natomiast stał się absolutną gwiazdą tego przedstawienia….

Nishane Directors
Mert Güzel i Murat Katran – dyrektorzy kreatywni Nishane

 

Dawno już zakończyłem poszukiwania „mojego” zapachu z wetiwerową dominantą. Poznałem wiele z nich i tak naprawdę od długiego czasu nic się w moim prywatnym rankingu nie zmieniło, a w ciągły obiegu pozostają: Frederic Malle Vetiver Extraordinaire, Tom Ford Grey Vetiver Eau de Parfum, Chanel Sycomore Eau de Parfum i Guerlain Vetiver (co prawda wersja sprzed 2000 roku była najlepsza, ale obecnie cieszę się także tą z 2000 w „pasiastym” flakonie). Na dłuższą metę nie zdały u mnie egzaminu ani Encre Noire od Lalique (żadna z obiektywnie więcej niż dobrych wersji), ani Vetiver Dance od Tauera, ani świetny skądinąd Le Vetiver Lubin ani kilkanaście innych. Tak więc w tym zakresie miałem już temat „odfajkowany”. Do momentu pierwszych testów Sultan Vetiver

„(…) przypomina mi oryginalny Vetiver od Guerlain, zanim zaczęli w nim mieszać i utracił ten wyjątkowy ziemisto-lukrecjowy akord, który czynił go wspaniałym (…)”

Luca Turin, perfumesilove.com

To słowa wybitnego krytyka perfumowego, jednego z kilku współczesnych autorytetów w dziedzinie perfum i zapachu w ogóle, którego bardzo już dawno nie cytowałem na blogu, gdyż ten ostatnio sporadycznie zabiera publicznie głos w sprawie konkretnych perfum. Niemniej zarówno Sultan Vetiver, jak i cała oferta Nishane, na tyle go poruszyły, że rok temu wspomniał o nich na swoim – efemerycznym jak się później okazało – blogu perfumesilove, na którym pisał tylko o współczesnych zapachach i markach, które jego zdaniem są warte odnotowania. Rekomendacja Turina nie może być bezpodstawna. I nie jest. W jego porównaniu do arcydzieła Guerlain w najlepszym wydaniu także jest dużo prawdy, co piszę znając zaledwie – wciąż doskonałą i jakże inną od obecnej – wersję eau de toilette z lat 90-tych.

Jorge Lee Nishane perfumer
Jorge Lee

Sultan Vetiver to prawdopodobnie najpiękniejsze pachnidło wetiwerowe, jakie dotąd testowałem. Piszę to z pełnym przekonaniem. Co mnie w nim urzekło? Przede wszystkim oszałamiająco piękny aromat, w którym dominująca wetyweria podana została w wykwintny i elegancki sposób, daleki od współczesnego minimalizmu i pełen szarmu, z jakiego znane były onegdaj pachnidła Guerlaina. Zaiste jest coś do szpiku guerlainowskiego w Sultan Vetiver. Wyczuwalna naturalność ingrediencji, wielowymiarowość wetywerii, jakość składników i kompozycji, jej klasyczna harmonia, nasycenie zapachu, jego olfaktoryczna gęstość, wreszcie parametry: solidna, choć nie przytłaczająca projekcja i wysoka trwałość. Słowem – wszystko jest tu na miejscu i składa się na tę perfumową synergię.

Warto wiedzieć, że autorem wszystkich pachnideł Nishane jest perfumiarz Jorge Lee, niegdyś pracujący w produkującej olejki i kompozycje zapachowe firmie Quest, obecnie zaś zatrudniony w analogicznym tureckim MG Gulcicek International Fragrance Company, największej na świecie i posiadającej najnowocześniejsze technologie fabryce zapachów i perfum. Ma więc bezpośredni dostęp do wysokiej jakości naturalnych esencji i to w Sultan Vetiver wyraźnie czuć. A jest tych ingrediencji tutaj całe bogactwo, z naciskiem na esencje wetiwerowe.

Formuła zawiera aż cztery (!) różne gatunki wetywerii – jawajski, z Haiti, bourbon oraz brazylijski – i ten korzenny aromat jest tu obecny przez cały czas – od lekko cytrusowego początku przez wzbogacony o esencję neroli środek (o wspomnianym przez Turina niby-lukrecjowym zabarwieniu), aż po ostry, drzewny, trwający niemal w nieskończoność finisz.

Zapach ma bardzo wysoką koncentrację perfumowego ekstraktu i zawiera wyczuwalną, ogromną porcję ingrediencji naturalnych, co wpływa na jego powolne wielogodzinne stopniowe rozkwitanie na skórze i tytaniczną trwałość. Jest dziełem skończonym i nieskończenie pięknym. Szczerze rekomenduję, mimo naprawdę wysokiej ceny, którą w tym przypadku jestem w stanie zracjonalizować.

 

PS. Przy okazji testów Sultan Vetiver zdałem sobie sprawę z tego, że tak jak udało mi się w nim odnaleźć współczesny odpowiednik klasycznego Vetiver Guerlain, tak kilka lat temu odnalazłem współczesne wcielenie klasycznego Heritage tej samej marki w postaci wspaniałego Danger od Roja Dove. Oba pachnidła doskonale ilustrują, czym niegdyś był Guerlain i jak doskonałe były jego perfumy, których współczesne wersje to niestety blade cienie swej dawnej wspaniałości.

 

Nishane_sultan_vetiver_480

 

nuty głowy: wetiwer z Jawy, piołun, różowy pieprz, bergamotka

nuty serca: wetiwer bourbon, wetiwer z Haiti, neroli, tonka

nuty bazy: amberwood, skóra, wetiwer brazylijski

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 6,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,5

Kolońskie rekomendacje fqjciora

Zapach koloński jest ze mną od kiedy pamiętam, poczynając od opakowanej w wiklinowe wdzianko buteleczki Prastarej Wody Kolońskiej stojącej na toaletce mojej babci tudzież Przemysławki okupującej miejsce na półce w łazience. Od kilku lat kolońska jest niezbędnym elementem mojej zapachowej garderoby. Nie wyobrażam sobie nie tylko wiosny i lata, ale i całego roku bez świeżej kolońskiej woni w wydaniu mniej lub bardziej klasycznym.

Prastara kolońska
foto: http://www.brzytwa.org

Szczęśliwie nie tylko ja tak mam, o czym świadczy – jak sądzę – popularność wydanego w 2012 roku przez Toma Forda Neroli Portofino, klasycznie pachnącej kolońskiej, wzbogaconej o aspekt ambrowo-piżmowy, której nadano formę trwałej eau de parfum. Sukces tego zapachu skłonił inne marki do pójścia w ślady Forda i zaproponowania własnych pomysłów na kolońskie aromaty. Jedna z nich – mowa o Atelier Cologne – nawet oparła swoje portfolio na rozmaitych interpretacjach kolońskiego tematu, często zresztą wychodząc bardzo daleko poza kanon (troszkę jak od dawna znana z doskonałych kolońskich Acqua di Parma). Z kolei The Different Company stworzyło własną linię nowoczesnych kolońskich pod nazwa L’Esprit Cologne. Słynny Hermes dopracował się solidnej kolońskiej oferty pod nazwą Collection Colognes. Również Tom Ford – w tempie godnym podziwu – rozbudowuje swój arsenał zapachów kolońskich (Mandarino di Amalfi, Venetian Bergamot, Costa Azzura, Fleur de Portofino, Sole di Positano), a w zeszłym roku zaproponował nawet dwie nowe wersje swojego bestsellera: Neroli Portofino Acqua (lżejszą od pierwowzoru, bliższą klasycznej kolońskiej) i Neroli Portofino Forte – gęsty koloński perfumowy ekstrakt ze skórzaną bazą.

Na tym swoistym renesansie kolońskiej korzysta rzecz jasna konsument, mając coraz większy, niemal nieskończony, wybór.

the-neroli-portifino-collection

Poniżej opisałem zapachy kolońskie, które uważam za zdecydowanie godne rekomendacji. Część to typowe – lekkie i krótkotrwałe – eau de cologne, inne to intensywniejsze i bardziej trwałe wody toaletowe i perfumowane o kolońskim bukiecie. Po jednej na każdy dzień tygodnia…

 

Niedziela 

Acqua Di Colonia (1996) Lorenzo Villoresi

Klasyczna, aromatyczna i bezkompromisowa, czyli 120% kolońskiej w kolońskiej 

Bardzo tradycyjna w pod względem aromatu, archetypiczna wręcz kolońska, w której soczyste i rześko pachnące cytrusy połączono z lawendą, zielonym petitgrain (esencja z liści drzewa gorzkiej pomarańczy) i cytrusowo pachnącą żywca elemi, wzbogacono ziołami (wprowadzająca fizjologiczną nutę szałwia i rozmaryn) oraz esencją z kwiatu pomarańczy (neroli), utrwalając całość piżmami. W zamierzeniu prosta, ale w wykonaniu Villoresiego zaskakująco wyrafinowana kompozycja. Równie aromatyczna, co krótkotrwała, w czym także bardzo wierna klasycznym wzorcom. Acqua Di Colonia florenckiego Mistrza pachnie nieprawdopodobnie naturalnie i organicznie. Jest orzeźwiająca jak poranne słońce, soczysta jak włoskie cytrusy i jednocześnie wytrawna niczym zielnik włoskiego kucharza. To najpiękniejsza i najbardziej naturalna znana mi kolońska w klasycznym typie. Czysta i niczym nie zmącona kolońska ekstaza. Jednocześnie tak bardzo klasyczna w swym wyrazistym aromacie, że prawdopodobnie możliwa to zaakceptowania tylko przez koneserów tematu. Choć może się mylę.

 

główne składniki: cytrusy, petitgrain, elemi, goździk, neroli, szałwia, rozmaryn, piżmo

nos: Lorenzo Villoresi

 

Poniedziałek

Cologne Royale (2010) Christian Dior

Subtelnie i ponadczasowo, czyli gdy mniej znaczy więcej.

Kolońska będąca częścią ekskluzywnej linii Diora La Collection Couturier Parfumeur charakteryzuje się delikatnym cytrusowym muśnięciem kalabryjskiej bergamotki i wyraźną przez pierwsze minuty, ale nie przesadnie mocną nutą włoskiej mięty. Zapach osadzony jest na delikatnej bazie z esencji drewna sandałowego. Jego konstrukcja jest minimalistyczna, bardzo prosta i czytelna, doskonale wyważona, a aromat lekki, świeży i naturalny. Cologne Royale nastawiona jest – podobnie zresztą jak Acqua Do Colonia Lorenzo Villoresiego – na krótkotrwały efekt orzeźwienia, choć w swej formule jest dużo prostsza, łatwiejsza w odbiorze i – paradoksalnie –  zupełnie nie retro (choć podobno bazująca na wzorcach z XVIII wiecznych Dworów Królewskich).

Dominacja delikatnych cytrusów plus efemeryczna mięta. Delikatnie, naturalnie, świeżo i nieco nonszalancko, a przy tym krótko. Tak w największym skrócie można opisać Cologne Royale.

Jak mówi Francois Demachy, perfumiarz, który skomponował Cologne Royale,

Kolońska to dla perfumiarza ćwiczenie,  w którym na jakość powstałego zapachu największy wpływ ma jakość użytych składników, w szczególności cytrusowych esencji.

Ja dodałbym, że potrzeba też nie lada ekspertyzy i doświadczenia, by stworzyć wysokiej jakości kolońską. Francois Demachy nieraz już udowodnił, że jest mistrzem kolońskiej konwencji, i że potrafi żonglować nią w imponujący sposób. Wystarczy przywołać tu Eau Sauvage Cologne, Fahrenheit Cologne czy moje ulubione z tej trójki Dior Homme Cologne, do którego Cologne Royale jest chyba najbardziej podobne.

 

główne składniki: bergamotka, męta, drewno sandałowe

nos: Francois Demachy

 

Wtorek

Cologne Pour Le Matin (2009) Maison Francis Kurkdjian

Dla indywidualistów – musujące cytrusy i biały tymianek z Maroka jako doskonali kompani białej koszuli.

Z właściwym sobie urokiem i odrobiną przekory Francis Kurkdjian zaproponował swoją interpretację kolońskiego tematu łącząc obowiązkowe cytrusy (bergamotka i limonka) z akordem ziołowym złożonym z dominującej tu esencji białego tymianku oraz prowansalskiej lawendy. Efektem jest zapach lekki i odświeżający, w którym najwyraźniej pachnie wspomniany tymianek, podczas gdy obecne na samym początku krótkotrwale cytrusy mają niezwykle delikatny charakter.

Cologne Pour Le Matin pachnie ślicznie i oryginalnie. Choć dopiero dodatek fiołka, neroli, irysa i ambry w wersji Absolue Pour Le Matin uczynił zeń pachnidło porywająco piękne i jedno z moich absolutnie ulubionych (od kliku już lat), to Cologne wciąż jest zapachem godnym polecenia, szczególnie jeżeli w kolońskiej poszukujemy czegoś nowoczesnego i bardziej oryginalnego.

 

główne składniki: bergamotka, limonka, biały tymianek, lawenda

nos: Francis Kurkdjian

 

Środa

Cologne (2001) Thierry Mugler

Rewolucyjna, czyli pachnieć słońcem i mydłem.

Dziś już może nie tak zaskakująca, jak w czasie, gdy miała swą premierę, za to wciąż zachwycająca niepowtarzalnym aromatem, który przyjęło się określać jako czysty i mydlany.

Alberto Morillas przedefiniował tym zapachem pojęcie kolońskiej i stworzył jej współczesną wersję – godną XXI wieku. Pachnącą nowocześnie, mocno i dłużej niż standardowe kolońskie, bo będącą w swej istocie chyba pierwszą w historii kolońską o koncentracji wody toaletowej.

Obok obowiązkowych cytrusów, pachnących tu wszakże w mniej naturalny, niż to zwykle bywa w zapachach kolońskich, a bardziej abstrakcyjny sposób, perfumiarz umieścił w formule biało-kwiatowo i jednocześnie cytrusowo pachnącą esencję kwiatu pomarańczy (neroli) oraz zielony, rześki petitgrain – będący w istocie esencją liścia gorzkiej pomarańczy. Jako bazę zastosował tzw. białe piżma, które w solidnej dawce dodają całości mocy, głębi i trwałości oraz czystej aury (nutka świeżo upranej pościeli).

Kto raz zetknął się z Cologne, ten z pewnością uległ jej słonecznemu i beztroskiemu urokowi oraz świeżej i czystej aurze. Nie sposób do niej nie wracać, gdy robi się ciepło. Ja przynajmniej takiego sposobu nie znam.

 

główne składniki: bergamotka, neroli, petitgrain, białe piżma

nos: Alberto Morillas

 

Czwartek

Mediterranean Neroli  (2015) Ermenegildo Zegna 

Koloński luksus, czyli jak przebić Toma Forda?

Będąca częścią ekskluzywnej linii perfum The Essence Collection marki Zegna (niedoceniona, a doskonała kolekcja, zwracam uwagę wszystkich koneserów!) jest odpowiedzią na zapoczątkowany przez Neroli Portofino Toma Forda powrót do aromatów kolońskich, tyle że zrobionych „na bogato” – wieloskładnikowych, mocnych i bardzo trwałych, będących w swej istocie czymś więcej, niż „tylko” kolońskimi. Barokowo rozbudowana receptura gwarantuje w tym przypadku cały wachlarz nut zapachowych – od cytrysowo-zielonego wstępu, zbudowanego z bergamoty i esencji liści gorzkiej pomarańczy (petitgrain bigarade) przez genialne kwiatowe serce, z cudnym neroli, aż po drzewno-piżmowy finisz. Wszystko to składają się na dominujące poczucie luksusowej świeżości i czystości, które tak lubię w perfumach. Podobieństwo to wspomnianego Neroli Portofino jest tu ewidentne, jednakże zapach Zegny jest mniej ambrowy, bardziej drzewny, wyraźniejszy, nieco ostrzejszy i odrobinę szorstki.

Mediterraean Neroli to genialnie wyegzekwowany temat koloński z użyciem doskonałej jakości esencji, co czuć natychmiast i bardzo długo (w tym „bergamotkę Zegny” – esencję pochodzącą z upraw należących do E. Zegny, którą odnajdziemy w każdym z zapachów The Essence Collection). Kompozycja jest wyrafinowana, zniuansowana i zniewalająco piękna, a zapach projektuje mocno i przez wiele godzin. Prawdziwe techniczne tour de force w wykonaniu Pierre’a Negrina.

To bezdyskusyjnie jeden z najlepszych znanych mi tego typu zapachów. Ścisła czołówka i mój faworyt gatunku w ostatnim czasie, który przebił Neroli Portofino Toma Forda.

 

główne składniki: bergamotka, petitgrain, neroli, cyprys

nos: Pierre Negrin

 

Piątek

Cologne (2014) Etat Libre d’Orange

Świeżo, ciepło, ambrowo, skórzanie – czyli coś łatwego i przyjemnego od przekornego Etienna de Swardta.

Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska w koncentracji eau de parfum z pewnością zainspirowana niezwykłą popularnością Neroli Portofino, ale mająca swą wyraźną indywidualność. Zasadnicze nuty to – oczywiście – cytrusy, tyle że tym razem z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiaty w sercu (duet kwiatu pomarańczy i jaśminu). Bazę stanowią piżma oraz subtelny akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala go jednocześnie. Całość pachnie owszem świeżo, ale nie rześko, tylko raczej ciepło, kremowo, miękko i otulająco. To ambrowo-skórzana kolońska w ciemnej tonacji. Idealna na chłodny letni dzień? Czemu nie. Doskonała też na cały rok. Zdecydowanie warta uwagi, choć niestety pozostająca w cieniu Neroli Portofino.

 

główne składniki: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

nos: Alexandra Kosinski

 

Sobota

Neroli Portofino (2012) Tom Ford 

Kolońska na sterydach, czyli wiadomo, kto to wszystko zaczął…

Rodrigo Flores-Roux stworzył tę inspirowaną klasyką woń kolońską mieszając cytrusy (bergamotka, cytryna, grejpfrut) z nutami ziołowymi (lawenda, tymianek, rozmaryn) oraz cennymi esencjami kwiatów gorzkiej pomarańczy i jaśminu wielkolistnego (Sambac). Kwiatowej głębi dodał za pomocą bardzo wysokiej jakości ekstraktu CO2 z kwiatu pomarańczy. Perfumiarzowi bardzo zależało na tym, by jego kolońska była dużo trwalsza, niż to zwykle z tego typu zapachami bywa. Użył więc jemu tylko znanej magicznej mieszanki wybranych białych piżm, nasion ketmii piżmowej i dzięgla. W ten sposób perfumy, które skomponował początkowo tylko dla własnego użytku, z inspiracji dzieciństwem spędzonym pośród drzew gorzkiej pomarańczy na meksykańskiej prowincji, stały się jednym z najchętniej kupowanych zapachów z ekskluzywnej linii Toma Forda i zapoczątkowały renesans inspirowanych klasyką zapachów kolońskich.

Neroli Portofino to przecudnej urody niemalże liniowy (niezmienny w czasie), ciepły i posiadający bursztynową głębię zapach koloński o ponad 8 godzinnej trwałości przy początkowo wyraźnej, a po kilku godzinach blisko skórnej, ale konsekwentnej projekcji. Noszenie go to czysta przyjemność. Czuję się w nim świeżo i ekskluzywnie, na co pewnie wpływ ma także niestety jego przesadnie wygórowana cena, nawet w porównaniu do innych pozycji z butikowej linii Private Blend Toma Forda.

 

główne składniki: cytrusy, kwiat pomarańczy, lawenda, rozmaryn, tymianek, jaśmin Sambac, piżmo, ketmia piżmowa (ambrette), dzięgiel

nos: Rodrigo Flores-Roux

 

Inne polecane współczesne kolońskie:

Byredo Sunday Cologne

Frederic Malle Cologne Indelebile

Parle Moi De Parfum Tomboy Neroli

Atelier Cologne Grand Neroli

Le Labo Bergamotte 22

Le Labo Neroli 36

Helmut Lang Eau de Cologne

Chanel Allure Homme Sport Cologne

Dior Homme Cologne 2013

The Different Company L’Esprit Cologne

Dunhill „ICON Absolute” czyli oud od Dunhilla

Gdy 2 lata temu z niemałą (i słuszną) ekscytacją opisywałem ICON – nowy wówczas męski zapach Dunhilla, który miał wynieść markę na poziom Hermesa i Cartiera (ale – póki co – chyba jeszcze nie wyniósł), zakończyłem swoją recenzję stwierdzeniem, że ICON to obiecujący początek nowego rozdziału w perfumowej historii marki Dunhill. Jednak mimo, że dzieło Carlosa Benaima to bardzo udane, nowoczesne męskie pachnidło, nie słyszę i nie czytam (a także nie czuję), żeby zdobyło popularność, jakiej pewnie od niego oczekiwał John Ray, Dyrektor Kreatywny w Dunhillu. Szkoda. Niemniej nie trzeba było długo czekać na kolejne wcielenie „ikonicznego” Dunhilla. Jeszcze tego samego roku marka wypuściła wersję Absolute (dostępną początkowo tylko w Harrodsie), zamykając ją w jakże emblematycznym flakonie, tym razem w kolorze złotym. Czyżby sugestia orientalnej – ściślej – arabskiej estetyki? Okazuje się, że tak.

F2574-Dunhill-Absolute-Brand-Slider-1000x340

ICON Absolute zupełnie spokojnie mógłby nazywać się ICON Oud i pewnie nikomu by to nie przeszkadzało, może poza tymi, którzy dość już mają tego nad-eksploatowanego w perfumerii ostatniej dekady słowa. Chwalebnie jednak Dunhill nie poszedł tą ścieżką na skróty.

Na początku muszę zastrzec, że Absolute nie ma zapachowo nic wspólnego z zamkniętym w srebrnym flakonie poprzednikiem, no może poza obecnością czarnego pieprzu w otwarciu.

Absolute to woń na początku przyprawowa (pieprz plus szafran), później już wyłącznie drzewna, wytrawno-sucha, sypka niczym pustynny piasek, linearna, o długim, snujący się smużką oudowego dymu finiszu, w której zadbano o nienachalną, ale przyjemną projekcję i bardzo solidną trwałość. Intrygująca i tajemnicza, elegancka w nieco egzotyczny sposób, spodobała mi się bardziej, niż się spodziewałem.

I choć wciąż lubię olfaktoryczne bomby, to jednak ta utrzymana w ryzach „charakterność” ICON Absolute bardzo mi przypasowała – zgodnie z zasadą „mniej znaczy więcej”. W podobny sposób oud – pylisty, połączony z szafranem i pieprzem, został zrealizowany w Versace Oud Noir i to z nim ICON Absolute najbardziej mi się kojarzy, choć muszę tez nadmienić, że zapach Dunhilla jest bardziej minimalistyczny, wyrafinowany i elegancki. Do tego jego finisz przebija wyraźnymi reminiscencjami z bazy M7 YSL i od czasu do czasu echem Oud Wood Toma Forda, a to są dla mnie zawsze mile „widziane” nawiązania.

Reasumując – ICON Absolute uważam za pachnidło zdecydowanie udane, może nie tak oryginalne, jak protoplasta, ale – jak dla mnie – warte posiadania flakonu (nie tylko ze względu na jego niewątpliwie walory estetyczne), szczególnie jeżeli ktoś – tak jak ja – lubuje się w tego typu sucho-drzewnej, oudowej, nieco enigmatycznej, orientalnej stylistyce.

 

dunhill icon absolute

nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz,

nuty serca: szafran, czarna róża, jaśmin

nuty bazy: oud, liść tytoniu, skóra

perfumiarz: brak danych

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Parfums de Marly „Nisean”

Zaprezentowany w zeszłym roku Nisean zdaje się potwierdzać moją umiarkowanie pozytywną, aczkolwiek daleką od bezkrytycznej ocenę męskich zapachów Parfums de Marly. Zresztą Nisean prezentuje się jako najbardziej oryginalny z tych kilku, które dotąd poznałem. Nie robi wrażenia prostej kopii czegoś już znanego. W swym charakterze zbliżony do Royal Oud Creeda i Oud Wood Toma Forda, choć dużo mnie finezyjny od pierwszego i nie tak wyrafinowany i wyrazisty, jak drugi. Niemniej reprezentuje tę samą drzewną, luksusową stylistykę. Co więcej, robi to w sposób całkiem przekonujący.

 

PdM Header_Logo

 

Dominuje w nim wytrawno-żywiczna drzewność, doprawiona odrobiną szafranu, szczególnie wyczuwalnego na samym początku. To on – w połączeniu z labdanum – dodaje całości subtelnie skórzanej aury. Jednym z zasadniczych składników jest tu Agikalawood – aroma-molekuła łącząca w sobie drzewne elementy paczuli i oudu. Być może to właśnie ona łączy Niseana z wcześniej wymienionymi kompozycjami z oudem w nazwach.

Nisean subtelnie ewoluuje, gubiąc aspekt przyprawowy, a wzmacniając skórzany i – przede wszystkim – drzewny, kontynuując go przez cały czas trwania na skórze. Jego parametry użytkowe są na cywilizowanym, ale zadowalającym poziomie, gdzieś pomiędzy dość jednak subtelną nutą świetnego skądinąd Royal Oud Creeda, a donośną, tłusto-drzewną wonią fordowskiego Oud Wood.

Nisean to świetny zapach z gatunku „formalnych”, idealny do koszuli, marynarki, a nawet garnituru. Ma intrygującą nutę, ale i bardzo przyswajalną treść, co zdecydowanie zwiększa jego potencjał. Niekontrowersyjny, ale intrygujący i – co niezwykle ważne – bardzo przyjemny w noszeniu. „Świetnie pachniesz” – tak, to słowa, które mogą się pojawić, gdy wyjdziemy w nim do ludzi. To kolejny – obok Oajana – udany zapach Parfums de Marly z „czarnej serii”. Zdecydowanie polecam, tym bardziej, że gdzieniegdzie można już go „trafić” w nieco mniej wygórowanej cenie.

PdM Nisean

główne nuty: szafran, labdanum, amyris, gwajak, drewno sandałowe, Akigalawood®

perfumiarz: brak danych

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5