Dior „Eau Sauvage Extreme”

Co jest takiego w tym prostym w sumie akordzie, którego wiele lat temu popełnił maestro Edmond Roudnitska, że przywołany 18 lat później w wersji Extreme EDT Concentree powoduje u mnie tak niezwykle silne emocjonalne, pozytywne reakcje?  Szczerze mówiąc nie mam bladego pojęcia. Albo to jakiś superuniwersalny atawistyczny zestaw składników trafiający poprzez nos wprost do mego serca albo silne pozytywne wspomnienia zakodowane w mej zapachowej pamięci. O tym zapachu po prostu nie umiem pisać bez emocji…

Czy Extreme to po prostu wzmocniona wersja klasyka z 1966 roku? Nie do końca, choć w dużej mierze tak. Zasadniczo wersja Extreme zachowuje główny, cytrusowo-jaśminowo-lawendowy akord sławnego protoplasty, jednak ma zdecydowanie głębszy i bogatszy charakter. Główne różnice to zdecydowanie mniejsza cytrusowość otwarcia (co dla wielu wielbicieli Eau Sauvage dyskwalifikuje wersję Extreme), głębszy, cieplejszy charakter, większa moc oraz lepsza trwałość.  Oczywiście i tu cytrusy są na wstępie, bo bez nich po prostu nie ma Eau Sauvage, jednak tu dominuje cytryna z Sycylii, podczas gdy w klasyku kalabryjska bergamotka, której zapach z natury rzeczy jest bardziej cytrusowo-zielono-kwaśny, bez słodkawych akcentów charakterstycznych dla zawartego w cytrynie cytralu. Dodatkowo cytrusy w Extreme otoczone są przez wyraźniejszą niż w klasyku ziołowo-kwiatową lawendę i zielono-ziołową bazylię. Klasyk w tym miejscu promieniuje przesławną jaśminową aromamolekułą hedione, która jeśli w Extreme jest, to z pewnością w mniejszej ilości. W sercu Extreme mamy oczywiście kluczowy – obok cytrusów – jaśmin, ale w dość bogatym otoczeniu ziół, których brak w oryginalnym dziele Roudnitski. Baza Extreme różni się głównie dodatkiem drewinanej nuty cedru, dodającej kompozycji głębi i nieco nowoczesności.

Eau Sauvage Extreme to – co do ogółu – wciąż Eau Sauvage, różni się jednak co do szczegółów w – z punktu widzenia perfumiarskiego – istotny sposób. Bogatsza w składniki, bardziej rozbudowana, głębsza, cieplejsza, mocniejsza, trwalsza. Nie mogę jednak zgodzić się z opiniami niektórych użytkowników, na jakie napotkałem w internetowych perfumowych serwisach, jakoby Extreme zgubiło ducha oryginału albo – co gorsza – pachniało zupełnie niepodobnie do niego. Nieznany perfumiarz (kto stworzył Extreme?) podszedł do Eau Sauvage z ogromnym szacunkiem i w sposób bardzo zręczny tchnął w niego nowy wymiar, bez wątpienia zachowując jego zapachowy trzon i klasyczną aurę. Efektem jest doskonałe męskie pachnidło, które – mimo że powstało w latach 80-tych ubiegłego wieku – nie przypomina wcale ówczesnych perfumowych bomb ciężkiego kalibru, przeładowanych składnikami i pachnących czasem jak efekt zupełnie przypadkowych eksperymentów w laboratoriach perfumowych. Pomimo groźnej nazwy Extreme jest wciąż pachnidłem bardzo zrównoważonym, nawet dość subtelnym, harmonijnym i pełnym gracji. Kilka słów na temat określenia Extreme. Otóż jest ono moim zdaniem nieco przesadzone. Ten zapach ma zupełnie normalną moc (jak na współczesne standardy), a nawet jest nieco poniżej średniej. Z drugiej jednak strony porównując go do cherlawego pod względem projekcji Eau Sauvage wersja EDT concentree jest faktycznie mocniejsza i trwalsza i tak oto względnie należy to traktować. Nie jest to jednak pachnidło potężne, ani nie jest tytanem trwałości, która na mojej skórze wynosi pomiędzy 5 a 6 godzin. Owszem – jeśli się bardzo postaram, to i po 10 godzinach czuję jego wspomnienie na skórze, ale wymaga to nie lada wysiłku. Nie pozostawia już na tym etapie „ogona”. Jes wyczuwalny tylko przy bliskim kontakcie ze skórą.

Pomimo tego, że – siląc się na obiektywizm – Eau Sauvage Extreme to kompozycja dojrzale męska, która historycznie kojarzy się z dystyngowanym, nobliwym, siwym i eleganckim panem, nie mogę powstrzymać się od jej noszenia. Jednocześnie mam świadomość pewnego ryzyka, że może ona zostać na mnie odebrana jako dysonansowa. Tego typu pachnidło – z klasycznym „starodawnym” wydaniem cytrusów, jaśminu i lawendy – budzi raczej powszechne skojarzenia z bardzo dojrzałą męskością. Innymi słowy – będzie mi pasować, gdy zostanę dziadkiem 🙂 Jednak moje „zapachowe ja” buntuje się przeciw takiemu szufladkowaniu. Jako koneser perfum nie chcę czekać jeszcze ćwierć wieku, by Sauvage Extreme zaczął mi pasować. Jest zbyt piękny w swym klasycyzmie, bym go teraz nie nosił.

Nawiązujący kształtem do piersiówki flakon znany z wersji klasycznej, tyle że tu wykonany z czarnego, nieprzeźroczystego szkła, prezentuje się ni mniej ni więcej tylko doskonale. Jest taki, jak jego zawartość. Klasycznie męski i pełen niewymuszonej elegancji. Świetny.

Jako ciekawostkę warto podać, że klasyczny Eau Sauvage w ostatnich latach (bodajże w 2007 roku) doczekał się kolejnego wcielenia w postaci Fraicheur Cuir z dodanym akordem skórzanym. Autorem jest obecny in-house perfumer Diora, Monsieur Francois Demachy. Wybitny artysta i doskonały fachowiec. To niewątpliwa jazda obowiązkowa i temat na jeden z przyszłych wpisów na blogu.

nuty głowy: bergamotka, sycylijska cytryna, lawenda z Vaucluse, bazylia,

nuty serca: aldehydy, jaśmin, rozmaryn, kolendra, drewno sandałowe, liść laurowy, kłącze irysa,

nuty głębi: ambra, paczula, piżmo, mech dębu, cedr z Virginii

twórca: b.d.

rok wprowadzenia: 1984

moja klasyfikacja: niezwykle uniwersalny, męski w tradycyjnym rozumieniu, z predyspozycjami do bycia znakiem rozpoznawczym noszącego; klasyczna i ponadczasowa elegancja predysponuje ten zapach dla mężczyzn dojrzałych bądź dla tych, którym współczesna perfumeria wydaje się być zbyt wtórna i syntetyczna;

w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 4/ trwałość: 4/ flakon: 5

Reklamy

26 thoughts on “Dior „Eau Sauvage Extreme”

  1. no gratuluję zakochania się na nowo w klasyku w nowych odświeżonych szatach… 😉
    trochę mnie jednak dziwi zarzut słabej trwałości i projekcji….. u mnie ten Dior wytrzymuje 10-12 h i staram się nie robić więcej niż 5-6 chmurek bo dość intensywnie daje o sobie znać 😉

    p.s. najpierw encr noir, teraz dior eau savage extreme, co jeszcze mogę pomóc Ci pokochać? prady amber już nie oddam 😉

    1. Dziękuję Pirath choć jak nigdy nie odkochałem się w Eau Sauvage, natomiast Encre Noire darzyłem jedynie pełnym rezerwy osądem. FAkt, że nieco się to zmieniło ostatnio, ale o tym przyjdzie jeszcze czas napisać.
      Czułem natomiast, że będziesz miał obiekcje co do mojej oceny trwałości i mocy Extreme. Ja sam jestem tym zaskoczony. Jednak Twoje 10-12 godzin przy 5-6 chmurkach wydaje mi się wprost niedorzeczne. Pozostaje mi pogratulować :-). Najprawdopodbniej mój nos bardzo szybko przyzwyczaja się do tej kompozycji i stąd tak szybko przestaje ją czuć na sobie…Bardzo szkoda.

      1. i chyba właśnie dlatego tak słabo oceniasz jego trwałość…
        jestem pewien że gdybyś po aplikacji rano zapytał po powrocie z pracy swoją żonę czy jeszcze od Ciebie go czuje to by potwierdziła…
        mój nos też szybko oswaja się z zapachami, dlatego muszę ostro nimi żonglować, by jak najdłużej móc je potem na sobie podziwiać 😉

  2. Nie znam tej wersji, nigdy jej nie spotkałem w perfumeriach. Eau sauvage pasuje chyba też młodszym ludziom, a wiele z tego „co komu pasuje” jest po prostu wytworem cudzych opinii i marketingu.
    Recenzja Amouage Dia musi być… 😉

  3. Na stronie Quality przypisują Ellenie zarówno wersję damską jak i męską. Nie znalazłem też innych informacji na temat tego kto skomponował męską wersję.

  4. Dziś poznałam Eau Sauvage Extreme i bardzo, ale to bardzo mi się podoba, ale co ciekawe spodobal się mojemu synowi, lat 17. Wcale nie trąci myszką i cytrusy, za którymi w perfumach nie przepadam, są w tym wydaniu wcale niepospolite, powiedziałabym bardziej szlachetne.

  5. Jestem wielką fanką Eau Sauvage i Extreme. Zresztą uwielbiam dzieła M. Roudnitska. Są absolutnie ponadczasowe! Sama używam „Le parfum de Therese”. Te zapachy to wspomnienia z dzieciństwa. Wspomnienia z miasta, które jest mi bliskie – Paryża lat 70-80 tych. Ostatnio odkryłam zapach Parfumerie Generale – „Corps & Ames” który nawiązuje do „Eau Sauvage”. Ania

    1. Rzeczywiście Roudnitska wyprzedzał swe czasu i ustalił pewne kanony w perfumerii. Nie znam póki co niestety jego “Le parfum de Therese”. Bardzo natomiast zaintrygowała mnie Twoja opinia o “Corps & Ames”. Koniecznie muszę je przetestować. 🙂

  6. Czy wiesz fqjciorze jaką wersję testowałeś? Ponoć w 2010 Extreme zostało poddane reformulacji i wg. obiegowych opinii pachnie gorzej.
    Sam jestem posiadaczem próbki tego zapachu, całość jest niejako utrzymana w „miętowym klimacie” i bardzo mi się podoba. Prawdopodobnie jest to już nowa wersja, ale muszę sprawdzić datowanie próbki.
    W dodatku ESE podoba mi się chyba nawet bardziej niż klasyczny Eau Sauvage, ale muszę to zweryfikować, bo dawno nie wąchałem tego drugiego 🙂

    1. Pierwszy raz słyszę o reformulacji ESE, ale też nigdy tematu nie badałem. Mój flakon ma nr seryjny F287724009 (niestety nie jest identyfikowany przez system Cosmetic Calculator). Jest opisany jako tester (ale posiada zatyczkę). Wszystko to naniesione białą farbą, nadrukiem wyglądającym dość archaicznie, bez żadnych naklejek, co może sugerować, że jest to egzemplarz dość stary. Współczesne Diory mają przecież na spodzie typowe spotykane także na falkonach innych marek etykiety z informacjami i nr serii lub też nowoczesne nadruki na szkle.
      No i przyznam, że akurat mięty nie czuję, natomiast znakiem rozpoznawczym wersji Extreme jest dla mnie solidna dawka prawdziwej francuskiej lawendy oraz bardzo wyraźny gorzkawy jaśmin. Swego czasu także preferowałem go ponad klasyka, ale od pewnego czasu oba zapach traktuję niezależnie i w każdym znajduję coś innego.

      1. Właśnie przeczytałem tę informację. To interesujące. Nie miałem pojęcia, że Demachy gmerał także przy Sauvage Extreme (bo przy klasyku gmerał podobno także). Wyraźnie mowa tam o dodaniu mięty i wetywerii. Wg mnie mój falkon to w takim razie vintage. Mięty w nim nie ma na pewno. Pachnie dość olskulowo i bardzo pięknie.

      2. Trochę mnie zasmuca fakt, że ruszają takie klasyki. Trudno, nowy też nie pachnie źle. Szkoda tylko, że trwałość umowna.
        Szukam na razie informacji, kto odpowiadał za Eau Sauvage Extreme, napisałem nawet do Diora w tej sprawie 🙂 Ciekawe czy odpiszą? 🙂

      3. Niestety musimy pogodzić się z reformulacyjnymi zabiegami. Zawsze można oczywiście szukać wersji sprzed i robić zapasy, ale to może źle skończyć się dla psychiki (paranoja!) i …portfela. 🙂 Poza tym przecież nie można zakładać, że nowe wersje będą gorsze. Choć na pewno będą inne. Z komentarzy na Basenotes wynika, że nowa wersja ES Extreme, w wyniku użycia sporej ilości mięty, mocno upodobniła się się Guerlain Homme. Jeżeli tak faktycznie jest, to żal. Po co nam drugi Homme? Stara zupełnie go nie przypomina. Jest doskonała w swoim przedawkowaniu lawendy i indolicznego jaśminu. Nie oszukujmy się jednak – oba te składniki są dziś w mainsteramowym perfumiarstwie passe, niestety.

  7. Testowałem sobie dzisiaj łapa w łapę klasyka i extreme. ESE jest pod każdym względem technicznie lepszy – lepsza trwałość, projekcja, może nawet całokształt, ale…, w klasycznym ES jest coś takiego co powala na łopatki. ESE to po prostu bardzo dobre perfumy – klasyczny ES to taka lekkość bytu, dżentelmeństwo lat ’60, niczym niewymuszone, uśmiechnięte, spełnione. Wąchając klasykę mam przed oczami Carego Granta i „Północ – północny zachód”. Na obecną chwilę bez wątpienia wygrałbym klasyka, również dla flakonu – przezroczyste, toporne, żłobkowane, fryzjerkie szkło – bomba.

    1. Z przyjemnością się z Tobą po raz kolejny zgodzę. Mimo, że ESE jest IMO lepszym zapachem, ES ma w sobie to coś, co przydaje mu ponadczasowej elegancji i francuskiej nonszalancji. Sam mam szczęście posiadać 200 ml flachę w starej wersji (pionowe żłobienia). GENIALNY ZAPACH, choć uważam, że najlepiej pasuje panom ok. 60-ki i gdy będę tyle miał, będę go nosił na co dzień. Wprost genialnie pasuje do siwizny. Dziś używam go latem w domu. Wspaniale odświeża. Klasa bez dwóch zdań.

      1. Aż tak ? Ja nie mam w ogóle żadnych konotacji z „dziadem” (Aramis for men wysoko podniósł poprzeczkę 🙂 ) – kurna chyba sobię sprawę flachę bo nie zdzierżę, jeżeli miałbym mieć coś jednego z Diora to właśnie ES.
        I te urocze reklamy

        Flacha 200 ml… musi być cudo. Ja to w wieku 60 lat już nie będę miał na czym mieć siwizny ;))) Pozdrawiam.

      2. Dziad to złe określenie. To raczej dostojna i nieco nobliwa elegancja. Reklama mocna – nie znałem jej. 🙂

  8. Kurde, to twoja flacha musi być naprawdę stara – na tej reklamie jest już wersja flakonu który znamy dzisiaj

    ciekawe ile ES zaliczył reformulacji po drodze.

  9. Zgodnie z tym, co pojawiło się w recenzji i komentarzach, osobiście również przyznam, iż trwałość tego zapachu faktycznie jest średnia (biorąc pod uwagę wystarczającą aplikację). Jednak w mojej opinii jest to jego duża zaleta. Nie wyczuwam w nim tak bardzo silnych cytrusów (porównując względem protoplasty), a raczej nasuwają mi się silne skojarzenia z nutami zielonymi i tym samym zielonym Polo (co do którego trwałości nie mogę się przyczepić). Przetestowałem oba zapachy, zarówno Eau Sauvage, jak i Eau Sauvage Extreme. Oba przypadły mi do gustu, ale jakoś nie mogłem się przemóc do ich codziennego stosowania 😉 Do tych zapachów chyba rzeczywiście trzeba „dorosnąć” 🙂

  10. Mam obecnie 4 flaszki perfum. Caron Pour un Homme, Antaeus, Eau Sauvage, Eau Sauvage Extreme. W tym ostatnim zakochałem się dawno temu. Klasyczny Eau Sauvage gościł u mnie w postaci próbek, ale zawsze odkładałem zakup na później. Błąd. Szukałem swojego zapachu przez 13 lat, gdy on cały czas był na wyciągnięcie ręki. Extreme jest fantastyczny, ale klasyk genialny. Atawistyczny? Owszem. I o to chodzi.

    1. Witam serdecznie po długiej przerwie 🙂 Podziwiam, że udało Ci się tak zminimalizować kolekcję. Widzę też, że postawiłeś na absolutne ponadczasowe męskie klasyki. Wszystkie z nich także wysoko cenię, choć akurat obecnie posiadam jedynie Extreme (wersja sprzed reformulacji, znacznie różni się od tego, co obecnie stoi w perfumeriach) oraz Antaeusa. Klasyczne Eau Sauvage prędzej czy później i tak pojawi się w mojej szafce, podobnie jak Caron Pour Un Homme. Intryguje mnie także wersja jubileuszowa tego zapachu czyli Millesime 2014: http://www.fragrantica.com/news/Pour-un-Homme-de-Caron-The-Eternal-Perfume-Made-Even-Better-6648.html. Jeżeli chodzi o Carona, to ostatnio zaopatrzyłem się w The 3rd Man i przyznam, że przypadliśmy sobie do gustu. Słodkie cytrusy plus rozmaryn, zapach w klimacie Chanel Pour Monsieur. Nie tak oryginalny jak Pour Un Homme czy Yatagan, ale bardzo solidnie wykonany. Pozdrawiam.

      1. Udało się, ale tylko pozornie. Od czasu do czasu zdarzają się skoki w bok 🙂

        Oba Eau Sauvage są na tyle uniwersalne, że można spokojnie się do nich ograniczyć.

        Jeżeli chodzi o ponadczasowe klasyki to trzeba do nich dojrzeć. Kiedyś pasjonowałem się latami genialnymi dziełami z lat 70-tych i 80-tych, dzisiaj czuję, że Eau Sauvage to jest to. Z pozoru prosty, ale jakże ciepło pachnący. Arcymęski (!) i aromatyczny. Nic nie trzeba udowadniać, tak pachnie facet po 30-tce 🙂

        Tak więc ja skończyłem poszukiwania – vintage Drakkar Noir i oba Eau Sauvage to mój panteon.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s