„Perfumy to mój sposób wyrażania siebie” – wywiad z Majdą Bekkali

Przy okazji lansowania swoich najnowszych perfum „Ziryab” Majda Bekkali pojawiła się w perfumerii Quality Missala, gdzie poprowadziła także warsztaty zapachowe. Artystka zgodziła się też na rozmowę z Perfumowym Blogiem. Mam dziś przyjemność zaprezentować jej treść.

Majda-Bekkali

Jakie znaczenie mają dla Ciebie perfumy?

To mój sposób wyrażania siebie. W pierwszej kolejności związany ze zmysłami, z percepcją na skórze, a dopiero później intelektualny. Dlatego uważam, że np. krawiectwo jest doskonałą metodą ekspresji.

Jaka jest Twoja historia i Twoje przygotowanie, gdy chodzi o perfumy? Jak to się wszystko zaczęło?

Perfumy są w moim życiu od zawsze, od dzieciństwa. Urodziłam się w Maroku. To kraj, w którym perfumy i zapachy w ogóle są wszechobecne – na ulicach, w domach, wszystko pachnie. Więc gdy po ukończeniu college’u przyjechałam do Francji, byłam zaskoczona, że nic tu nie pachnie.

Co wydaję się dziwne, gdyż Francja powinna chyba pachnieć?

Tak, perfumy są tu owszem wyczuwalne, ale nie ma zapachów naturalnych. A jeśli już są, to mają bardziej nieprzyjemny, trudny charakter. Gdy ukończyłam studia na wydziale Sztuk Pięknych, zostałam dyrektorem artystycznych w jednej z firm produkujących perfumy dla znanych marek (m.in. dla Inter Parfums). Zajmowałam się tam projektowaniem opakowań. Później zainteresowałam się składnikami perfum i przez 10 lat je poznawałam i studiowałam. Mam artystyczny temperament, który nie idzie w parze z komercyjnym i marketingowym podejściem, więc poczułam potrzebę własnej kreacji ograniczonej wyłącznie wyobraźnią.

Czy jest coś, co Twoje perfumy łączy, jakaś wspólna część, cecha?

We wszystkich moich perfumach jest jeden wspólny składnik – cedr z Atlasu. To moja proustowska magdalenka, która przypomina mi dzieciństwo w Maroku, a konkretnie mój pokój, w którym znajdowały się cedrowe belki. Ale także i zapachowe środki wyrazu, których używam do stworzenia perfum są w moich kompozycjach wspólne.

Majda-Bekkali-Quality

Czy mogła byś opisać proces powstawania Twoich perfum? Gdzie znajdujesz inspirację?

Przede wszystkim w samej sobie. Podczas pracy nad moją pierwszą kolekcją odbyłam podróż w głąb swego serca po to, by podzielić się swoimi emocjami z innym. Druga kolekcja jest inna – otworzyłam się na świat w poszukiwaniu inspiracji. Lubię literaturę. Zwykle gdy pracuję nad perfumami, piszę tekst, wiersz. Następnie „tłumaczę” każde zawarte w nim zdanie na konkretny składnik perfum. Podczas pracy nad pierwszymi trzema kompozycjami układałam zapachowe piramidy. Dla kolejnych perfum pisałam już konkretne formuły, które następnie przekazałam perfumiarzom i od tego momentu pracowaliśmy wspólnie nad ich dostrojeniem.

Czyli – jeżeli dobrze rozumiem – opracowujesz kompletną formułę z podaniem proporcji/ procentów?

Tak. Mam w domu składniki, ale nie mam dość dokładnej wagi. Tworzę więc coś na kształt szkieletu moich perfum. Rolą perfumiarza jest dopracować moją formułę.

Czym kierujesz się przy wyborze perfumiarza? Bo z moich obserwacji wynika, że zlecasz pracę nad swoimi perfumami znanym, ale raczej wyjątkowym „nosom” np. Cecile Zarokian…

Cecile Zarokian, gdy pracowała nad perfumami dla mnie („Mon Nom Est Rouge” – przyp. autor), nie była jeszcze w ogóle znana.

Czy była już wówczas autorką „Epic Woman” dla Amouage?

Tak, miała na koncie tylko te perfumy i nic więcej… Staram się pracować z faktycznie niezależnymi perfumiarzami o artystycznym podejściu. Podobnie sprawa ma się z flakonami. Staram się odbudowywać rzemiosło, które w obecnych czasach umiera. Flakony moich perfum produkowane są przez firmę Waltersperger, ostatniego takiego wytwórcę, robiącego wszystko całkowicie ręcznie. Gdy się do nich zgłosiłam, zamykali działalność. Ale wkrótce pojawiła się osoba, która ich wykupiła, a ja była ich pierwszym klientem pod nowym właścicielem.

Flakony Twoich perfum są bardzo charakterystyczne i łatwo rozpoznawalne. Mam wrażenie, że są bardzo spójne z wyjątkowym i pięknym charakterem samych pachnideł.

Tak, flakony mają dla mnie bardzo ważne znaczenie. Gdy wyobrażałam sobie moją kolekcję, chciałam, by były to czyste płynne emocje zamknięte w pięknych kamieniach. Tak jak idąc do lasu nieznaną ścieżką rozrzucasz kamienie, by nie zgubić drogi powrotnej, tak te flakony w kształcie kamieni symbolizują zabezpieczenie przed zgubieniem ścieżki do samego siebie.

Majda-Bekkali-Tulaytulah-120ml---fond-noir

Opowiedz mi o swojej najnowszej kolekcji – andaluzyjskiej. Co znaczą nazwy poszczególnych perfum i jak łączą się z zapachami?

Jak wspomniałam Ci wcześniej, moje pierwsze perfumy powstawały z inspiracją moim wnętrzem. Podczas pracy nad kolekcją andaluzyjską otworzyłam oczy na świat i zauważyłam, że nie czuję się on dobrze. Chciałam więc poprzez tą kolekcję przesłać dobrą nowinę, nadzieję. Rozpoczęłam prace nad nią około roku przed tym strasznym atakiem w Paryżu. Wylansowałam „Tulaytulah” na dwa miesiące przed nim. „Tulaytulah” jest symbolem tolerancji. Jest sprzeciwem wobec obskurantyzmowi, który przybiera na sile na świecie. Wszędzie – w Ameryce, na Środkowym Wschodzie, w Europie. Rządy są szalone, wszyscy walczą ze sobą. „Tulaytulah” to wiadomość mająca na celu reaktywowanie czegoś, co wiem, że może istnieć. To stara hebrajska i arabska wersja nazwy Toledo. To właśnie w tym mieście w czasach Średniowiecza żyły ze sobą w zgodzie trzy różne kultury, które dały tym przykład innym krajom Europy.

To bardzo interesujące. A „Mudejar”?

Mudejar to sztuka architektoniczna w Andaluzji będąca połączeniem mauretańskiej, europejskiej i żydowskiej. Wszystkie jej symbole są zawarte w kamieniach, w architekturze. Gdy wchodzisz do kościoła, widzisz symbol trzech dłoni splecionych razem. Wyobraziłam sobie ten zapach jako pracę w andaluzyjskim ogrodzie, stąd można w nim poczuć najpierw nuty zielone, grejpfruta i białe kwiaty, później nutę mineralną – jako nawiązanie do kamienia i architektury – a na końcu coś chłodnego, ten moment, gdy wchodzisz do andaluzyjskiego domu i czujesz chłód, woń mchu, starych dywanów, drewna. „Mudejar” jest opowieścią, w której kolejne wątki następują po sobie. 

MAJDA-BEKKALI-Mudejar-100ml-EDP-500x500-500x500

A Ziryab? Muszę przyznać, że nigdy dotąd nie spotkałem się w perfumach z tak sugestywną nutą tulipanów!

Tak, tulipany…

Nie można pozyskać z nich zapachu w naturze…

To prawda. Musisz zbudować ten zapach z różnych molekuł. Wiemy, jakie to molekuły dzięki technologii headspace (elektroniczna analiza zapachu obiektu np. kwiatu – przyp. autor). Tak więc jest to reprodukcja ich naturalnego zapachu. W „Tulaytulah” zawarłam nutę słodyczy – marcepanu (Toledo słynie w wytwarzania doskonałego marcepanu – przyp. autor), w „Mudejar” minerały, kwiaty, nuty świeże i chłodne. Z kolei „Ziryab” to osoba, fascynująca postać. Był on rodzajem dandysa, który żył w XII wieku w Bagdadzie. Był astronomem i muzykiem. Ziryab uciekł z Bagdadu przez gniewem Kalifa, który był o niego zazdrosny. Przybył do Andaluzji i przyniósł tam ze sobą swoją muzyczna wiedzę. Będąc w Europie usłyszał pewnego razu pieśń gregoriańską. Wkrótce potem połączył muzykę zachodu i wschodu dając początek flamenco. Był twórcą pierwszego konserwatorium nauczającego tej muzyki. Protoplastą gitary (główny instrument flamenco – przyp. autor) jest instrument zwany oud (lutnia arabska, jej nazwa „oud” wywodzi się z materiału – drewna – z którego buduje się te instrumenty – przyp. autor). Instrument ten miał 4 struny, a Ziryab dodał do niego piąta strunę, wynajdując w ten sposób nową harmonię. Chciałam, by właśnie ta nowa harmonia zamykała kolekcję andaluzyjską, gdyż współczesna muzyka, jaką dziś słyszymy, w dużej mierze wywodzi się właśnie od niego. Zastanawiałam się, jaki kwiat pasowałby do tej postaci. Ziryab był bardzo wyrafinowanym mężczyzną, ale był też obrazoburcą. Podejrzewam, że mógł być gejem. Pomyślałam sobie, że mógłby on lubić tulipany…

Dlaczego akurat tulipany?

Gdyż w Europie były zupełnie nieznane, a rosły naturalnie w ogrodach Bagdadu, Afganistanu, Samarkandy. Więc wyobraziłam sobie, że on przywiózł ze sobą cebulkę tulipana do swojego ogrodu w Andaluzji. Stąd z perfumach jest tulipan, no i jest oud – jako nawiązanie do wspomnianego instrumentu  muzycznego.  

majda ziryab

Podoba mi się to, w jaki sposób tworzysz koncepcję swoich perfum. Są one dobrze przemyślane i – co ważne – znajdują odzwierciedlenie w samych zapachach. Wiele marek najpierw tworzy zapach, później dorabia do niego historię… Czas na nieco bardziej ogólne pytanie: Co sądzisz o współczesnej perfumerii niszowej?

Rozpoczęłam swoją przygodę z perfumami niszowymi ok. 10 lat temu. W tamtym czasie było nas – marek niszowych – kilka. Dominowało artystyczne podejście do tworzenia. Jednak gdy duże, znane marki zauważyły, że coś się dzieje, że ci mali wytwórcy mają swój coraz wyraźniejszy głos, zaczęły lansować swoje własne, ekskluzywne kolekcje – np. Dior. Jakby tego było mało, zaczęły kupować istniejące marki niszowe. Nagle więc pojawiło się El Dorado i myślenie typu: zbuduję markę, a potem sprzedam ją za miliony dolarów do L’Oreal. Jest wiec w tym teraz dużo spekulacji. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, ale… Jest coraz więcej osób pojawiających się w Mediolanie i Florencji (podczas targów perfum niszowych – przyp. autor) kompletnie znikąd, zupełnie nieznanych. Nie wiemy, skąd są, kto to jest, kto za nimi stoi. To dziwne. Coraz trudniej jest odróżnić, kto ma artystyczne podejście, a kto po prostu wykorzystuje okazję. Mimo to dla mnie perfumeria niszowa wciąż pozostaje tą przestrzenią, w której możemy faktycznie odnaleźć prawdziwą autorską twórczość.

Czy są jakieś marki niszowe, które podziwiasz?

Mam wielu przyjaciół… Lubię Evody, Rania J., Gabriella Chieffo, Olivier Durbano. Lubię ich przede wszystkim jako ludzi. Lubię twórczość Francisa Kurkdjiana sprzed momentu, gdy sprzedał firmę. Szczególnie jego pierwszy Oud. Cudowna formuła.   

Niedawno przeczytałem wywiad z Francisem, w którym ten przyznał, że gdy utworzył swoją markę Maison Francis Kurkdjian, poczuł się wolny artystycznie i na fali tego entuzjazmu skomponował „Absolue Pour Le Soir” – bardzo gęsty, zmysłowy, ambrowo-zwierzęcy zapach, który okazał się być komercyjną klapą. Sprzedaje rocznie 56 flakonów tych perfum, ale tak je kocha, że nie zamierza wycofywać ich z oferty. Chce je utrzymywać ze względu na siebie i te kilkadziesiąt osób, które podzielają jego miłość do tego pachnidła.

Doskonale rozumiem, o czym mówi. Ta sama sytuacja ma miejsce w przypadku „Tendre Est La Nuit” z mojej kolekcji.

Czyżby kiepsko się sprzedawały?

Tak, dokładnie. Myślę, że to są perfumy dla koneserów. To bardzo nowoczesny szypr, który nie ma szans spodobać się osobom, które nie interesują się perfumami, nie rozumieją ich. Ale nie chcę go wycofywać, gdyż te perfumy są dla mnie bardzo ważne, są częścią mnie.

To podobnie jak z muzyką. Pewnie jakieś 90% ludzi słucha muzyki popowej, niewymagającej. Część z nich traktuje muzykę wyłącznie jako podkład, tło ich życia. Tylko wąska grupa słuchaczy sięga świadomie po muzykę ambitną. Tak jest pewnie zresztą z każdą dziedziną sztuki.

Dokładnie.

Na pewno masz już jakieś plany na przyszłość dotyczące Twojej marki i perfum. Czy możesz nam coś zdradzić?

Tak. Wylansuję wkrótce wersje obscur wszystkich pachnideł kolekcji andaluzyjskiej (niektóre dotychczasowe pachnidła Majdy Bekkali mają po dwie wersje – clair – delikatniejsza – i obscur – intensywniejsza, głębsza; różnią się też flakony – są albo z jasnego albo z ciemnego szkła – przyp. autor).

Pamiętam, że na początku odróżniałaś perfumy dla kobiet i mężczyzn (np. „Fusion Sacree”), ale widzę, że zrezygnowałaś z tych podziałów…

Tak rzeczywiście było, ale perfumy nie muszą być płciowo określone. Uważam, ze taki podział, jak claire i obscur jest lepszy. Każdy ma wolny wybór, który z nich nosić.

Dziękuję za rozmowę.

Majda Bekkali i Ja

PS. Serdeczne podziękowania dla Biura Prasowego Quality Missala za umożliwienie przeprowadzenia tej rozmowy.

„Jestem węszącym ssakiem” – wywiad z Etiennem de Swardtem – twórcą i właścicielem Etat Libre d’Orange

W piątek 20 października miałem ogromną przyjemność rozmawiać z samym Etiennem de Swardtem, twórcą i właścicielem Etat Libre d’Orange, uwielbianej przeze mnie marki perfumeryjnej, o której niezwykłych pachnidłach pisałem na blogu już wielokrotnie. Nasza – niezwykła, muszę przyznać – rozmowa odbyła się w związku ze światową premierą najnowszych perfum „Une Amourette” i po części dotyczyła tego zapachu, po części zaś wielu innych zagadnień. Etienne de Swardt okazał się świetnym i zupełnie niesztampowym rozmówcą, błyskotliwym i pełnym pasji, wizji, dystansu do świata i szczególnego poczucia humoru. Zresztą – sami przeczytajcie. Naprawdę warto.

Etienne de Swardt
Etienne de Swardt, 2016, PHOTO JOHANNA DE TESSIERES

Jak się masz?

Dziękuję, dobrze. Kończę 47 lat, urodziłem się w 1970 roku, a więc w Roku Psa. Jestem więc węszącym skur…. ssakiem. Jestem w dobrej formie. I kocham piątki. Wiesz, w poniedziałki mam nastrój sabotażowo-samobójczy, ale w piątki czuję się lepiej. W piątek mogę zawojować Polskę, co nie jest możliwe w poniedziałek, gdy jestem tak zdołowany i w takiej depresji, że nie mogę się ruszać. Ale w piątek mógłbym podbić całą Europę bez najmniejszego problemu.

Jaka jest teraz pogoda w Paryżu?

Pogoda jest bardzo ładna. W tym tygodniu mieliśmy letnią pogodę w Paryżu. W zeszłym tygodniu, jak wiesz, byłem w Polsce, w Warszawie. Bawiłem się tam świetnie.  Zabrałem swoje buty do joggingu i wcześnie rano poszedłem na długi spacer. Mój żyjący niegdyś w Paryżu przyjaciel i mentor, Jacques Damase, prawdziwie ikoniczna postać XX wieku związana ze sztuką i tańcem, powiedział do mnie kiedyś: „Etienne to wielka szkoda, że nigdy nie byłeś w Warszawie, gdyż jest ona tak mocno złączona z historią XX wieku. Musisz koniecznie zobaczyć to miasto, gdyż w historii XX wiecznej Warszawy skoncentrowana była historia całej Europy”. Jacques odszedł 4 lata temu… No więc poszedłem na ten długi spacer w piątkowy poranek, by jej doświadczyć, ale także by – w jakimś sensie – połączyć się z moim nieżyjącym już przyjacielem. Szare niebo pomaga nam się komunikować z ludźmi po tamtej stronie, z tymi którzy odeszli…

Czy masz w tej chwili na sobie jakieś perfumy?

Nie, w tej chwili nie mam na sobie perfum. Dziś rano biegałem, wziąłem szybki prysznic i pośpieszyłem do biura, więc nie zdążyłem niczego użyć. Ale właśnie teraz sięgam po „Afternoon of a Faun” (słychać Etienna aplikującego na siebie kilka chmurek rzeczonego pachnidła i odstawiającego flakon na swoje miejsce – przyp. autor). To zapach upamiętniający Jacquesa Damase’a. W 2012 roku zaprosił mnie do swojego apartamentu. „Chciałbym o czymś z tobą porozmawiać” – powiedział. Więc poszedłem tam, a on siedział i wyglądał na bardzo smutnego. Zapytałem go, dlaczego jest smutny? On, wskazując na znajdujący się niedaleko Théâtre du Châtelet (jego apartament mieścił się zaraz przy słynnym teatrze) powiedział: „Etienne, czy wiesz, co stało się 100 lat temu? I co powinieneś uczcić? Pewien rosyjski tancerz baletowy, Vaslav Nijinski, tańczył tu w 1912 roku w zespole Sergieja Diagilewa. Właśnie mija 100 lat od tego wydarzenia i powinieneś to uczcić – jego poezję, sztukę i taniec. Musisz stworzyć na bazie tego perfumy.” Zapytał, czym dla mnie jest rosyjski balet. Odparłem, że dla mnie to „Popołudnie Fauna”. Na co Jacques krzyknął – „Nie uważasz, ze to byłaby dobra nazwa dla perfum!?” I to był początek zapachu „Afternoon of a Faun”.

To bardzo interesujące. Lubię te perfumy.  W ogóle muszę przyznać, że lubię większość perfum ELdO. Są wyjątkowe. Ostatnio odkryłem na nowo „Rien” – zupełnie niesamowite pachnidło….

O tak, „Rien” jest wszystkim, co lubię. „Co nosisz? Nic.” A tymczasem nosisz coś napastliwego, harmonię napastliwych nut. Ten zapach jest bardzo „in your face” w sensie oddziaływania na innych i to w nim kocham.

Właśnie wylansowałeś swoje najnowsze perfumy „Une Amourette”. Skąd ta nazwa? Co ona właściwie oznacza?

„Une Amourette” to po francusku „mała miłość”, „miłostka”. W nazwie tej zawiera się nazwisko Mouret (Roland Mouret – francuski kreator mody, fan ELdO, we współpracy z którym powstały te perfumy – przyp. autor). Co więcej, jest taka piękna francuska piosenka z lat 60-tych (1966 – przyp. autor) „Pour une amourette”, zaśpiewana przez faceta nazywającego się Leny Escudéro, na której końcu on śpiewa, by się śpieszyć, gdyż życie jest zbyt krótkie, a koniec jest tragiczny, więc śpiesz się i łap une amourette – zawsze, gdy to możliwe. Po francusku te słowa brzmią:

“Une petite amourette jamais trop jolie

Quand on sait d’avance ce que dure la vie…”

Piosenka ta mówi więc o tym, że mała miłość jest piękna, więc pośpiesz się. Bo gdy znasz kierunek, w jakim zmierza życie, musisz przyśpieszyć i brać z niego tyle, ile możesz.

 

 

Wiem, że nie lubisz rozmawiać o składnikach, więc nie będziemy o tym rozmawiać. Niemniej każde perfumy składają się z nut zapachowych i w tym kontekście chciałbym cię zapytać, co jest specjalnego w „Une Amourette”?

Zwykle odpowiadam, że jeśli chcesz rozbierać perfumy na składniki, należysz do Serge’a Lutensa czy Frederica Malle – do tych wszystkich pięknych marek. W ELdO jesteśmy jeden krok do przodu. „Jeśli chcesz wiedzieć, co jest w środku, to prawdopodobnie te perfumy nie są dla ciebie”. Tak mówi Chandler Burr i tak właśnie uważamy w ELdO. Niemniej, kocham paczulę. Jej nostalgię. Dla mnie to głównie Givenchy „Gentleman” i lata 70-te. I tu jest ta paczula, ale w połączeniu z nowoczesnym neroli. To neroli pojawiło się zupełnie przypadkiem u Danieli Andrier (perfumiarka, która skomponowała „Une Amourette” – przyp. autor). Pracowaliśmy nad nutą paczuli  (z Akigalawood i esencją) i któregoś dnia Daniela użyła krem Nuxe, pachnący kwiatem pomarańczy i neroli właśnie. Miała więc jednocześnie na sobie wczesną wersję „Une Amourette” i ten krem. To połączenie bardzo jej się spodobało i uznała je za piękny przypadek. Zdecydowała się w tym kierunku rozwinąć „Une Amourette”. Najlepsze podsumowanie tego zapachu to „przypadkowe neroli zderzające się z paczulą”. To w ogóle jest definicja ELdO: zderzenie pięknych umysłów i pięknych składników.

une amorette Eldo

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że wręczasz perfumiarzowi swój brief i dajesz mu wolność interpretacji i pracy nad zapachem. Jak mocno jesteś zaangażowany w proces komponowania perfum dla ELdO?

Zanim odpowiem na to pytanie, chciałbym jeszcze powiedzieć, że – w kontekście „Une Amourette” –  mówimy, że „mała miłość przechodzi długą drogę”.  W praktyce zaś, po francusku mówimy: Un parfum de femme pour homme – „perfumy dla kobiety dla mężczyzny”. To nie znaczy to samo, co uniseks. To oznacza, że mężczyzna tak kocha kobietę, że budząc się z nią rano w hotelowym łóżku i czując jej perfumy, chciałby poczuć je także na sobie. Czyli, że są to perfumy dla niej, ale – poprzez miłość – na końcu są dla niego. Wracając do twojego pytania: nie jestem dogmatyczny. Czasem mogą to być w 100% moje perfumy i dialog pomiędzy mną i perfumiarzem. Tak powstało “Jasmin Et Cigarette”, “Putain des Palaces”, “Secretions Magnifiques” i wiele innych, także “Afternoon of a Faun”. Czasem zapraszam do współpracy innych, jak Chandler Burr, Tilda Swinton, Rossy de Palma, Roland Mouret i to oni grają własnego „ping-ponga” z perfumiarzem, a ja im w tym nie przeszkadzam. Czasem przeszkadzam, tak jak to było z Tildą Swinton czy Rossy de Palma, gdy ta poprosiła mnie o pikantną, metaliczną różę („Eau de Protection” – przyp. autor), a czasem absolutnie się nie wtrącam. W przypadku Chandlera (Burra – zapach „You or Someone Like You” – przyp. autor) to była kreacja wyłącznie jego i Caroline Sabas. Tak to się odbywa. Bez dogmy. W duchu Etat Libre d’Orange.

Urodziłeś się w Afryce Południowej i spędziłeś dzieciństwo w Nowej Kaledonii.

Tak – moja mama pochodzi z Nowej Kaledonii, a tata z Południowej Afryki.

Nowa Kaledonia wygląda jak raj na ziemi. Czy zachowałeś stamtąd jakieś zapachowe wspomnienia?

Tak. Drewno sandałowe. Nic poza tym. Kocham drewno sandałowe z Nowej Kaledonii. To moja proustowska magdalenka. To w nawiązaniu do prozy Prousta, w której opisał efekt podróży w czasie za pomocą wspomnień wywołanych zapachem biszkoptów zwanych Madaleine. Tak więc moją magdalenką jest drewno sandałowe. Wiesz, nie chcę cię tu zanudzać nostalgicznymi proustowskimi wspomnieniami z Nowej Kaledonii… Lepiej patrzmy … Życie to ruch. To definicja spraw…. Część mojego serca należy do Nowej Kaledonii i Afryki Południowej. Nazwa Etat Libre d’Orange jest w pewnym sensie na cześć mojego ojca, który był dość nieuchwytnym ojcem. Także jestem po prawdzie nieco „zagubiony w tłumaczeniu” pomiędzy Afryką Południową, Nową Kaledonią i Paryżem. Poślubiłem Paryżankę z krwi i kości. Moje troje dzieci są Paryżanami, więc moje korzenie należą teraz także do Paryża. Ale od czasu do czasu brakuje mi chmur i krajobrazów Nowej Kaledonii i Afryki Płd. i czuję się  „uwięziony” w Paryżu. Ale takie jest życie – wszyscy jesteśmy gdzieś uwięzieni…

Ale odwiedzasz te miejsca?

Tak, dwa razy w roku jadę do Nowej Kaledonii lub Afryki Płd.

Nazwałeś swoją markę Etat Libre d’Orange (Wolny Stan Pomarańczy) na cześć miejsca, w którym się urodziłeś…

Tak. Mało kto wie, że słowo „orange” w tej nazwie nie nawiązuje do koloru, tylko do holenderskiej rodziny królewskiej.

Collection - web

Słowo „wolność” wydaje się być fundamentem Twojej marki. Jak wolność manifestuje się w Twoich perfumach?

Wolność oznacza, że nie ulegamy dyktatowi przemysłu perfumeryjnego, który jest napędzany pieniędzmi. Na samym początku, w 2006 roku, gdy stworzyłem ELdO, założeniem było nieuleganie obowiązującym modom i dyktatowi rynku. Zamiast próbować dogodzić wszystkim, iść na kompromisy w kreacji, był pomysł by pieprzyć wszystkich i cały ten dyktat. Wiesz, stworzyłem ELdO na bazie „Secretions Magnifiques”. Wiele lat temu zaproponowałem ten pomysł (nazwę i sam zapach) ludziom w Louis Vuitton & Moet Hennessy. Byłem w tamtym czasie odpowiedzialny w LVMH za tworzenie opowieści, jako rodzaj redaktora koncepcyjnego. Pracowałem dla Alexandra McQueena. Zaproponowałem też LMVH perfumy „Eau My Dog”. Pomyślałem, że to byłby dobry dowcip – zaproponować perfumy dla psa. Powiedzieli, że uwielbiają ideę („Secretions Maginfiques” – przyp. autor), ale po dokładniejszym przeanalizowaniu mojej wizji odpowiedzieli, że nie będą jej wdrażać, i że mogę to zrobić we własnym zakresie, a oni pomogą mi to sfinansować. To był początek ELdO. Wszystko dzieje się przez przypadek. Życie powstaje przez przypadek. Sposób, w jaki zderzasz się z kobietą, sposób w jaki pojawiają się dzieci. Wszystko to dzieje się w wyniku przypadku. Jeśli lubisz wszystko organizować, to wówczas nic się nie wydarzy. Kocham to całkowicie chaotyczne podejście w ELdO. Biznes jest także bardzo chaotyczny, ale się tym nie przejmuję. Wiesz, nie jestem rodzajem faceta od finansów. Jestem napędzany emocjami, a nie pieniędzmi.

No tak, ale jednak, by prowadzić firmę i ją rozwijać, musisz od czasu do czasu spojrzeć na ekonomię…

Tak, muszę i jest to bolesne. Ale mam dwóch partnerów biznesowych. Są udziałowcami w mojej firmie. Jeden odpowiada za łańcuch dostaw, a drugi za rynki zagraniczne. Oni od czasu do czasu budzą mnie i mówią: „Etienne, choć minimum organizacji. Masz coraz więcej fanów i oni chcą się z Tobą spotkać na Księżycu. Więc prosimy – nie leć na Marsa. Zostań na Księżycu, gdyż oni tu dołączą do Ciebie.” To taki żart, jakim się posługują. Więc oczywiście potrzebne jest choć minimum organizacji dostaw i dystrybucji. Dlatego też zaprosiłem tych dwóch facetów i oni robią świetną robotę. Budzą mnie od czasu do czasu. Mówią: „Znamy Twój koncept „Afternoon of a Faun”, zrealizujemy go, ale prosimy, pozwól nam zorganizować ten biznes tak, by Twoje cierpienia z tego powodu były minimalne. W przeciwnym razie będziesz bankrutem.” Tak więc już od ponad 5 lat podporządkowuję się ich wytycznym i to działa. Mamy coraz więcej fanów i nie zmieniamy filozofii naszej marki. Znaleźliśmy więc dobrą równowagę. Ale było to bolesne.

W naszej wcześniejszej korespondencji emailowej napisałeś, że perfumy z oudem wydałbyś właśnie dopiero po bankructwie ELdO…

…tak, bo zapytałeś o kwestię podążania za modą na oud. A ja powiedziałem – pieprzyć trendy. Jeśli chcesz, żebym zrobił oud, najpierw będę sabotował, a następnie doprowadzę firmę do bankructwa i dopiero na końcu zrobię perfumy z oudem. Któregoś dnia sprzedam moją firmę LVMH albo L’Oreal i wówczas pójdziemy za modą na oud. Ale nie teraz.

Wówczas oud może już nie być w modzie…

…jakakolwiek moda wówczas będzie.

Czy uważasz, że ludzie w ogóle potrzebują perfum?

Myślę, że frywolność uratuje świat. Jeżeli wciąż myślimy o sprawach doczesnych, to jest to cholernie depresyjne. Więc potrzebujemy choć trochę próżności w życiu. W przeciwnym razie jesteśmy jak maszyny. Najlepszym sposobem odżywiania swojej duszy jest robienie tego poprzez folgowanie swej próżność, poprzez perfumy, modę czy inne drobiazgi. Musimy pozostawać na tej karuzeli próżności. To kluczowe. Bez tego, bez mody, bez wyrafinowanego jedzenia, bez wyrafinowanych perfum, jest tu na ziemi nudno i lepiej wtedy popełnić samobójstwo (śmiech – przyp. autor). Etat Libre d’Orange jest ostateczną, konsumpcyjną, anty-desperacką zbroją, która zakładasz na siebie, zanim popełnisz samobójstwo. To właśnie jest znaczenie stwierdzenia, że frywolność ocali świat.

Etat Libre d'Orange - Our Business is Pleasure

Czy sądzisz, że perfumy mogą wpływać na życie ludzkie, a także osobowość? Czy raczej istnieją tylko dla przyjemności?

Perfumy mogą dać dzieci, gdyż poszerzają Twoje pokłady uwodzicielstwa i pamięci. Jeśli spotkasz kogoś i masz na sobie perfumy, kto wie co się wydarzy? To rodzaj wzmacniacza miłości i pamięci. Tak więc kup nowe perfumy, uwodź i bądź pamiętany. Matka Achillesa, Nemezis, była królową pamięci. Achilles był schizofrenikiem rozbitym pomiędzy pragnieniem bycia zapamiętanym tylko przez swoją rodzinę, nie robiąc przy tym nic wielkiego, bądź też zapamiętanym przez całą ludzkość w wyniku robienia wielkich rzeczy. Był rozdarty pomiędzy byciem ojcem swej rodziny, a wojownikiem, który pragnął, by ludzkość zapamiętała jego wielkie czyny. Zdecydował się poświęcić ludzkości zamiast rodzinie. I tak to jest w życiu – jesteśmy zawsze rozdarci pomiędzy byciem zapamiętanymi przez masy, a byciem po prostu dobrymi ludźmi dla swoich bliskich. Bez względu na to, na co się zdecydujesz: na sławę lub na bycie zapamiętanym przez garstkę ludzi – potrzebujesz perfum. Lubię mówić, że wielkie rzeczy mają małe początki. Potrzebujemy więc perfum, by uwodzić i zostać zapamiętani. Czy rozumiesz o czym mówię?

…tak… by uwodzić i zostać zapamiętani…

Jestem wielki oszustem, Marcinie. Jestem niczym innym, tylko oszukująca maszyną. Gdybym reprezentował Chanel, nie mógłbym tak powiedzieć, ale w ELdO… Nie wiem, czy jesteśmy najbardziej szczerym domem perfumeryjnym, czy może najbardziej wyrafinowanym oszustwem w perfumowym świecie. Uwielbiam mówić, że odpowiedź jest czarno-biała, szara.  Gdy wyobrazisz sobie najpiękniejsze połączenie oszustwa i szczerości, mnie znajdziesz gdzieś pomiędzy nimi…

Czy interesujesz się polityką?

(chwila zastanowienia – przyp. autor) Jesteśmy tak próżni – to mogłoby być moją odpowiedzią. Wiesz, poprzez politykę obserwuję bardzo brzydką próżność i egocentryzm ludzki i bardzo mało człowieczeństwa. Oczywiście polityka jest niezbędna. Nie możesz bez niej funkcjonować. Masz albo politykę albo wojnę. Ale czasem, gdy widzę próżność polityków, ich egocentryzm i narcyzm, chciałbym powiedzieć – zabić ich wszystkich. Tyle, że wówczas byłbym po stronie wojny. Politycy są ostatnią tarczą chroniącą nas przed wojną. Człowieczeństwo, by być zbalansowane, potrzebuje polityków. Są oni oczywiście rekwizytami, ale są tak cholernie próżni…

Zapytałem o politykę w ramach wstępu do kolejnego pytania. Nicolas Sarkozy nosił perfumy skomponowane specjalnie dla niego przez Jean-Paula Guerlaina. Które perfumy ELdO widziałbyś jako odpowiednie dla Prezydenta Emmanuela Macrona, a które dla Marine Le Pen?

„Je suis un homme” byłby odpowiedni, gdyż Emmanuel Macron jest bardzo kobiecy w swoim portrecie psychologicznym. A dla Marine Le Pen? Myślę, że… hmmm (tu długi namysł – przyp. autor) „Marquise de Sade”… albo może „Eloge du traitre” („Pochwała zdrajcy” – przyp. autor). Dla Macrona dobrymi perfumami mogłyby także być „You or Someone Like You”. Politycy są tak do siebie podobni poprzez to, że dbają o własny interes. „You or Someone Like You” to perfumy dobre dla polityków.

Może więc zarekomendujesz kiedyś perfumy Prezydentowi Macronowi?

Tak… Wiesz, dawno temu zadzwonili do mnie z Pałacu Elizejskiego mówiąc, że chcieliby ofiarować perfumy Michelle Obamie. Ówczesny szef protokołu Pałacu Elizejskiego był wielkim fanem ELdO i chciał wybrać kilka propozycji z naszej oferty jako upominki od Prezydenta Francoisa Hollande’a dla Michelle Obamy. Dwa tygodnie później jednak stwierdzili, że nie mogą ofiarować perfum ELdO, gdyż Hollande ma romans. Wybuchł skandal, a ponieważ mieliśmy zamiar zaoferować takie perfumy, jak „Putain des Palaces”, „Divin Enfant”, te ucieleśniające francuskie, paryskie poczucie humoru, odmówiono nam. Dość zabawnie wyszło. Ale tak – pewnego dnia ELdO stworzy perfumy dla Prezydenta. Zresztą, mamy szeroki wybór perfum, które by do niego pasowały, także chyba nie musimy tworzyć nowych od początku.

Etienne, dziękuję Ci bardzo za rozmowę, życząc dobrego weekendu.

 

 

P.S. Serdeczne podziękowania dla Ewy Rekus/ Avemi, bez której rozmowa ta nie mogłaby się odbyć.

 

 

 

 

 

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem (2)

Zapraszam na drugą cześć wywiadu z twórcami maki Parfums Micallef.

PB: Geoffrey, od samego początku pracujesz nad perfumami wspólnie z jednym perfumiarzem Jean-Claudem Astierem. Wydaje się on być integralną częścią Waszego zespołu. To dość niespotykane współcześnie, gdy większość marek niszowych korzysta z zewnętrznych, wynajętych perfumiarzy. Dlaczego  zdecydowałeś się tworzyć perfumy tylko z jednym perfumiarzem? Jakie są zalety takiego podejścia? 

GN: Miałem zamiar odpowiedzieć Ci, że jestem bardzo lojalną osobą. Jedna żona, jeden perfumiarz [śmiech]. Ale lojalność jest dużą częścią tego wszystkiego. W naszym biznesie wszystko oparte jest na emocjach, przyjaźni i miłości. Myślę, że skakanie z kwiatka na kwiatek oznacza brak respektowania tych wartości. Tak jak wspomniałem dziś podczas prezentacji, z błogosławieństwem Jean-Claude’a i z jego pomocą zaczynamy obecnie poszukiwać wśród młodej generacji perfumiarzy. Jak widzisz na podstawie zdjęcia, Osaito jest naszym pierwszym krokiem w tym kierunku. Nie rozumiem tego pomysłu, by zmieniać perfumiarzy, szczególnie, gdy jest się marką, która chce być identyfikowana przez swój unikalny charakter. Częścią tej unikatowości jest perfumiarz. To jest ten człowiek, który nadaje perfumom ostateczny kształt. Ma swoje indywidualne metody i sposoby łączenia poszczególnych składników, a niektóre z nich są i będą we wszystkich jego kompozycjach. W ten sposób buduje swoją sygnaturę. Tak więc jestem nieco innego zdania niż większość dzisiejszego rynku. Razem z Martine podzielamy te same zasady i wartości od pierwszego dnia. Oczywiście na przestrzeni lat zmienialiśmy dostawców opakowań, flakonów, ale gdy znaleźliśmy odpowiednich ludzi, pozostaliśmy z nimi. Mam w tej chwili dostawców, którzy pracują z nami od 12 lat. Nigdy ich nie zmieniliśmy. To jest ważne. Mamy podzieloną odpowiedzialność. To praca zespołowa i praca rodzinna. To buduje naszą tożsamość.

PB: Ale Wasze perfumy potrafią bardzo różnić się od siebie, choć są stworzone przez tego samego człowieka. Wasze najnowsze Osaito jest zupełnie innym zapachem od np. Emira. Nigdy bym nie powiedział, że oba stworzył ten sam perfumiarz…

GN: Z całym szacunkiem i skromnością, ale to akurat jest moja część tej pracy.  Biedny Jean-Claude! Jego włosy czasem stają dęba, gdy mówię: „Nie rób tego w ten sposób! Naprawdę chcę, żeby ten zapach był taki!” A on na to odpowiada: „Oh! Nie możesz tego zrobić w ten sposób! Nie można mieszać tych dwóch składników!”.

PB: Czyli kłócicie się czasem?

GN: Jak w każdej sytuacji są dyskusje, czasem bardzo ożywione, ale to akurat jest zabawna część tego wszystkiego. Mówię do niego: „Koniec końców, gdy okaże się, że zrobiłem błąd, wrócimy do Twojej formuły, ale spróbujmy chociaż!”. Watch był typowym przykładem. Gdy tworzyliśmy Watch, byłem jeszcze początkujący. Byłem z Jean-Claudem w jego laboratorium. Zawsze lubiłem zapach jaśminu i wanilii. (Tak właściwie to wanilia jest we wszystkich naszych perfumach, tyle że w różnym natężeniu. Czasem nawet jej nie czujesz, ale nadaje ona całości ciepła) Więc powiedziałem do Jean-Claude’a: ”Zróbmy perfumy, w których zmieszamy nuty kwiatowe i wanilię.” A on na to” „Nie możesz tego zrobić. Możesz stworzyć perfumy kwiatowe z odrobiną wanilii w tle, ale nie możesz połączyć obu tych składników w akordzie górnym.” Powiedziałem: „Zróbmy to.” Później śmiał się mówiąc „Wiesz, z moją wiedzą chemiczną nigdy bym nie śmiał tego zrobić!” I to jest przyczyna, dla której Watch stałe się sukcesem. Jest obecnie sprzedawany także w Emirates Airlines i jego sprzedaż bije rekordy. To jedne z naszych najlepiej sprzedających się perfum. Są na rynku od 15 lat.

PB: Wycofaliście Style z oferty? To był dobry zapach. Bardzo dojrzały, trochę w klimacie Antaeus Chanela…

GN: To ciekawe, co mówisz. Style nigdy nie sprzedawał się dobrze.

MM: Nie. Może był zbyt klasyczny…

GN: Z kolei inny, którego pewnie nie miałeś nawet okazji spróbować, tak krótko był w sprzedaży, to Shanaan…

PB: Nie, nie testowałem go…

GN: To była wielka frustracja, gdyż po spróbowaniu Shanaan ludzie nie chcieli go kupować!

MM: [śmiech] Uciekali!

GN: Tak, uciekali. Ja natomiast bardzo lubiłem ten zapach. Nosiłem go przez długi czas. Zawsze, gdy go użyłem, ludzie pytali mnie: „Wow! Czym pachniesz? To fantastyczne!”

MM: Także niektórzy z naszych przyjaciół nosili te perfumy. Pierwsza nuta nie jest łatwa do zrozumienia…

GN: Tak, akord głowy zawiera przesadnie dużo kadzidła. Ludzie mówili, że czują się, jakby weszli do kościoła. Ale gdy zapach osiadł na skórze i pojawiały się nuty serca, stawał się cudowny. Ale ludzie nie mieli cierpliwości ani też chyba nie oczekiwali, że zapach się w jakikolwiek sposób zmieni.

MM: Ten zapach powinien był być sprzedawany inaczej, niż to, co robiło większość sprzedawców. Powinien był być wcześniej podany na blotter, tak by pierwsza nuta wyparowała. To była bardziej kwestia tego, w jaki sposób oferowaliśmy te perfumy…

GN: Tego typu opowieści mamy na temat każdego naszego zapachu…

MM: Ja także kocham Shannan. Jest taki zmysłowy, gdy go nosisz…

PB: Wśród Waszych perfum znajduję kilka dedykowanych mężczyznom. AKOWA, Emir, Royal Vintage czy Jewel for Him to przykłady zachwycających męskich pachnideł o najlepszej jakości i świetnych parametrach. Jestem bardzo wdzięczny za to, że nie zapominacie o mężczyznach i o tym, że także i oni chcą mieć wybór i możliwości, by pachnieć nadzwyczajnie. Czy Wasz najnowszy zapach Osaito także jest przeznaczony raczej dla mężczyzn? Gdyż tak można sądzić po obejrzeniu video clipu i wizuali…

GN: Podczas tworzenia założeniem było, że będzie to zapach męski. Ale współcześnie w perfumach tak naprawdę nie można postawić granicy pomiędzy tym co męskie, a tym co damskie. To zależy od kultury i od narodowości. Są mężczyźni, którzy noszą róże (w Arabii Saudyjskiej) i tego rodzaju – dla nas kobiece – nuty. Ale szczególnie tą trylogią; AKOWA, Osaito i trzecim zapachem, który będzie miał premierę w przyszłym roku… Będzie to trylogia duchowego podróżnika który szuka swej tożsamości i powodów swego istnienia. W przyszłym roku zakończy on swą misję i zrozumie przesłanie, dowie się dlaczego tam jest, po co, co lubi i co chce zrobić ze swym życiem…

PB: Czyli trzeci zapach będzie ostatnim i także męskim?

GN: Tak, to męska saga.

PB: Jak sobie radzi AKOWA?

GN: Wierzę, że AKOWA to zapach, który potrzebuje wniknąć do zwyczajów ludzi. Na początku był ekstremalnie szokujący. Nawet przesłanie jakie mu towarzyszyło, było swego rodzaju szokiem. Czarny mężczyzna z zielonymi oczami… Chcieliśmy zaszokować ludzi. A teraz czujemy dreszczyk obawy, ponieważ pierwsze reakcje były odrzucające. W pewnym momencie powiedziałem nawet do Martine: „Nie sądzisz, że jest zbyt brutalny?” Ale ona odpowiedziała: „Poczekamy, zobaczymy”. Teraz widzimy pewien postęp w akceptacji dla tego zapachu. Przypomina mi to bardzo naszą sytuację z przeszłości z oudem.

PB: Pamiętam, że gdy pierwszy raz powąchałem AKOWA, pomyślałem: „Wow! To jest coś nowego, coś innego. Czekałem na to! Jest cudowne!”

GN: To jedyny zapach na rynku zawierający pewien sekretny składnik…

PB: A Osaito?

GN: Osaito jest zupełnie inny. To dobre następstwo w ramach tej trylogii. Lepiej wyjaśnia wiadomość, jaka chcieliśmy przekazać konsumentowi. AKOWA to źródło życia. Ziemia afrykańskiego kontynentu. Musiał być w jakiś sposób prymitywny, zwierzęcy. A teraz poprzez odkrycie elementów wiatru, góry, powietrza, oddechu – mamy Osaito. Będziesz zaskoczony trzecim zapachem…

PB: Nie mogę się doczekać! Które zapachy są Waszymi bestsellerami?

GN: Ananda, Royal Vintage, Royal Musk, Mon Parfum, Jewel for Him, Watch. 25% naszej kolekcji to zapachy, które dobrze się sprzedają.

PB: Geoffrey, kilka lat temu wylansowałeś markę perfumową pod swoim własnym nazwiskiem G. Nejman. Wszystkie one były bardzo dobrymi męskimi pachnidłami. Ale zniknęły z rynku dość szybko. Co się stało? Czy zamierzasz je kiedyś wznowić?

GN: Moja żona zapłaciła mi dużo pieniędzy, bym nie kontynuował tej marki i schował ją do szuflady. [śmiech]

MM: Nie! Byłbyś wówczas moim konkurentem! Myślę, że wygrałam! [śmieje się] To była kwestia marketingu. Konsumenci nie rozumieli, dlaczego powstała nowa marka z tak naprawdę tymi samymi ludźmi jako twórcami. Pytali Geoffreya, dlaczego ruszył z nową marką zamiast te same zapachy wydać w ramach Parfums Micallef.

GN: Tak jak mówi Martine, to nie  było dobre, gdyż przede wszystkim jesteśmy ze sobą zbyt blisko prywatnie, a po drugie byliśmy zbyt blisko siebie także w obszarze marketingu. G.Nejman powinien był mieć osobne pozycjonowanie. Nawet osoby sprzedające nasze perfumy wiedziały przecież, że jesteśmy małżeństwem, więc ustawiały obie linie zapachowe obok siebie. Niemalże ze sobą konkurowaliśmy! By jednak G.Nejman miał szanse na sukces, potrzebny był osobny PR, osobna historia… Co jednak moglibyśmy któregoś dnia zrobić, gdy już pójdziemy łowić rybki na emeryturze, to…

MM: Nie!!!

GN: …to moglibyśmy przywrócić markę G.Nejman. [śmieje się]

MM: Nie! To żart!

PB: Jedyny zapach z linii G.Nejman jaki przetrwał w ramach Micallef to Emir. Co z pozostałymi?

GN: Były to: Le Sportif, Le Professionnel and Le Seducteur. Trzy pachnidła. To, którego ludziom rzeczywiście brakuje, to Le Seducteur. Ten był bardzo aromatyczny. Zresztą cały pomysł był dobry. Przede wszystkim Martine zaprojektował fantastyczny flakon. Był ciężki i miał piękną zatyczkę…

PB: Czy pamiętacie perfumy zrobione dla Denisa Duranda?

MM i GN: Tak!

PB: Czy zamierzacie zrobić coś podobnego ponownie?

MM i GN: Nie!

PB: Pytam, gdyż pachnidło to jest bardzo interesujące także dla mężczyzn…

MM: Tak, ale to był znów przypadek trudny do zrozumienia dla naszych klientów, ponieważ zapach jest bardziej męski, a flakon jest bardzo sexy, z koronką itd.

PB: Ale jest wciąż w sprzedaży?

MM: Tak. Wciąż produkujemy go w małych ilościach, ale wkrótce zostanie wycofany. Nie był udany komercyjnie i okazał się czymś, czego nie powinniśmy byli robić. Ludzie pytali nas, kto to jest ten Durand. To projektant mody z południa Francji, ale nie jest szeroko znany.

PB: Geoffrey, jesteś spełnionym przedsiębiorcą z doświadczeniem w finansach. Jak jest Twoja opinia o ostatnich transakcjach zakupu, jakich dokonał Estee Lauder na rynku marek niszowych (Le Labo, Frederic Malle, ostatnio także Kilian). Czy potrafisz wyobrazić sobie, że sprzedajesz Waszą firmę jednemu z Wielkich Graczy?

MM: Zależy od ceny! [śmieje się]

GN: Martine jest zawsze bardzo praktyczna. Ale zgadzam się. To kwestia ceny. Ale by odpowiedzieć prawidłowo, mamy dziś ten trend. Pokazuje on ewolucję niszy, która 15 lat temu nie reprezentowała niemal niczego. Stanowiła może 3%  rynku… Dziś stanowi 25-28%. Tak więc wielkie marki już nie mogą przechodzić obok tego obojętnie. Muszą się tym zainteresować. „Big Boys” obserwują te marki niszowe, które dojrzały w tym rodzaju biznesu. Z pewnością któregoś dnia zostaniemy więc zagadnięci przez jedną z nich i jej ludzi. A nie możemy pozostać firmą rodzinną, gdyż nasze córki wybrały inna drogę życiową, a syn pasjonuje się gotowaniem. My z kolei chcemy kiedyś przejść na emeryturę. To dlatego w naszym entuzjastycznym i ważnym biznes planie postawiliśmy sobie cele na koleje 5-7 lat. Realizacja tego planu otworzy nas na wykup przez jedną z dużych marek.

MM: Nasza marka nie będzie łatwa do sprzedania tym ludziom. Jest bardzo złożona. Gdy popatrzysz na marki, które oni kupują, są to te, które z łatwością mogą uczynić bardziej komercyjnymi.

GN: Nasza marka to realizacja koncepcji połączenia sztuki z perfumami. Właśnie zacząłem czytać książkę o luksusie i sporo się z niej dowiaduję. W tej książce można znaleźć stwierdzenie, że luksus jest sztuką. Tak więc my jesteśmy i jednym i drugim jednocześnie!

MM: Jesteśmy bardzo pewni swego. Nie jest naszym priorytetowym celem, by zostać sprzedanymi jednemu z dużych graczy. Być może pewnego dnia się to zdarzy, ale będzie to dla nich sporym wyzwaniem. Większym niż to było w przypadku Malle, dlatego że nasza strategia jest kompletnie inna. Jeżeli któregoś dnia będą mieli w swym portfolio Parfums Micallef, będą musieli utrzymać jej ekskluzywny status.

PB: Cóż, życzę Wam więc, aby te następne 5, 10, a nawet 15 lat były najlepszymi w historii Waszej oraz Waszej firmy!

GN: Prawdopodobnie będziesz na bieżąco, jako że spotykamy się co najmniej raz w roku i mam nadzieję, że spotkamy się ponownie!

PB: Również mam taką nadzieję! Dziękuję za interesująca rozmowę.

MM i GN: Dziękujemy! To była przyjemność!

IMG_4722

P.S. Dziękuję Perfumerii Quality Missala za umożliwienie przeprowadzenia rozmowy z Parfums Micallef.

 

Wywiad z Martine Micallef i Geoffreyem Nejmanem (1)

Oto pierwsza część ekskluzywnego wywiadu, jaki przeprowadziłem 18.05.2016 w Domu Perfumeryjnym Quality z twórcami marki Parfums Micallef przy okazji promowania dwóch nowych pachnideł: Osaito oraz Pure Extreme.

Perfumowy Blog: Gratulacje z okazji jubileuszu 20-lecia marki Parfums Micallef. To duże osiągnięcie być na rynku tak długo i to z sukcesem.

Geoffrey Nejman: Dziękuję.

PB: Jaka jest Twoja recepta na sukces w perfumeryjnym biznesie?

GN: Nie ma konkretnej recepty, ale oczywiście są pewne elementy, które pomagają osiągnąć sukces. To pasja, miłość to tego, co się robi i kreatywność Martine. To niezbędne elementy naszego sukcesu. Jest wyjątkową kobietą i ma zawsze mnóstwo kuszących pomysłów. To nas niesie. Ale równie ważni są nasi partnerzy biznesowi, dystrybutorzy i sprzedawcy, z którymi pracujemy. Szczęśliwie udało nam się zbudować przyjaźnie i dobrze wszystko skoordynować aż do samego konsumenta. Nawet on jest bardzo blisko marki i nas samych. Otrzymujemy od naszych klientów listy i emaile. Głównie za sprawą obecności Martine i mnie w punktach sprzedaży podczas prezentacji stworzyliśmy bliską relację z naszymi klientami. To czyni nas wyjątkowymi.

PB: Czy Twoja wiedza i doświadczenie w zakresie finansów i ekonomii przydają się w prowadzeniu tej działalności?

GN: Bardziej niż kiedykolwiek. Pierwsze lata naszej działalności były przygodą. Każdy był odpowiedzialny za wszystko. Później, w miarę rozwoju firmy, musieliśmy ją zorganizować. Musieliśmy mieć także wsparcie finansowe, które wspierałoby rozwój. Wówczas całość stała się też bardziej profesjonalna od strony finansowej. Dziś wiedza i doświadczenie w kwestii finansów są bardzo ważne. Wszystko sprowadza się do finansów, jeżeli ma być prowadzone należycie, tak być mieć właściwy cash flow. Szczególnie w trudnych ekonomicznie czasach, w jakich ostatnio żyjemy. Trzeba być niezwykle ostrożnym i dwa razy się zastanowić nad inwestycjami, nad kierunkiem swych działań, nad wydatkowaniem pieniędzy, nad tym, które wydatki zmniejszać. To bardzo ważne.

PB: Czy prowadzenie tego typu biznesu ma jakieś ciemne strony czy jest to wyłącznie przyjemność?

GN: Są ciemne i jasne strony. Jak we wszystkim w życiu. Ale to, co nas napędza, to nasza pasja i wzajemne zrozumienie. To równoważy nasze nastroje. Mamy pozytywną energię. Gdybym jednak miał znaleźć ciemną stronę, byłaby ona związana z rozwojem firmy, powodującym w efekcie konieczność podziału odpowiedzialności.  Będę z Tobą zupełnie szczery – dla mnie najciemniejsza strona to konieczność odpowiadania na ok. 100 e-maili dziennie. To mnie wykańcza. To często bezproduktywna czynność, ale w tym rozpędzonym świecie, w którym żyjemy,  jeżeli nie odpowiesz na wiadomość w ciągu 48 godzin, otrzymujesz przypomnienia. „Czy coś się stało? Dlaczego nie odpowiedziałeś na mojego e-maila?”. To jest szalone. Czasem wracamy do domu późnym wieczorem… Tak jak choćby dziś, po spotkaniu wspaniałych ludzi podczas prezentacji, wrócimy do hotelu, zmęczeni i chcący się zrelaksować, a ja otwieram mojego laptopa i mam ok. setki wiadomości. Oczywiście nie wszystkie są pilne, ale trzeba je przeczytać i należy na nie odpowiedzieć. I to jest dla mnie najtrudniejsza cześć tego wszystkiego.

PB: Ale to część tej pracy, prawda?

GN: Absolutnie tak, jest to część tej pracy. Jednak staramy się wzmocnić nasz zespół tak, by tę prace przekazać asystentom. Jest to ważne ze względu na mnie, by umożliwić mi skoncentrowanie się na pracy z dystrybutorami, na PR i na sprzedaży, która jest przecież bardzo istotna. Miesiąc jest krótki, a na jego końcu trzeba zapłacić wiele rachunków.

PB: Jak porównałbyś dzisiejszy rynek perfum do tego z czasu, gdy zaczynaliście 20 lat temu?

GN: Gdy zaczynaliśmy, cały segment perfum niszowych i artystycznych był nowym odkryciem. Był czymś zupełnie nowym dla klientów. Oczywiście konkurencja była mniejsza, łatwiej było przekonać konsumentów. Dziś marka niszowa lub luksusowa musi prowadzić swój biznes tak, jak Chanel czy Dior robili to 20 lat temu. Płyniemy tą samą łodzią. Musimy zmieniać naszą strategię. Potrzebujemy próbek, podiów, gondoli, ścianek, filmów, posterów. Całe to otoczenie związane z komunikacją, w którym musimy działać jak profesjonalna marka luksusowa. Nie chodzi wyłącznie o zapach i flakon, ale o tę całą otoczkę.

Martine Micallef: A to dużo dla małej marki.

GN: Mniejsze firmy, takie jak nasza, mają z tym kłopot. Nie jesteśmy jedną z wielkich marek. Jesteśmy wciąż mali z 800-900 punktami sprzedaży w porównaniu do tych, którzy mają ich 10, 15 albo 20 tysięcy. Ale jesteśmy tu i walczymy. Uważam, że perfumeria niszowa stała się czymś w rodzaju artystycznego przemysłu. Obecnie jest ok. 150-200 marek, podczas gdy 15 lat temu było ich pięć, może dziesięć. Nie chcę mówić źle o konkurencji, ale z tych 150-200 marek tylko 25-30 to te wiodące. To niszczy rynek, ponieważ dystrybutorzy mają ograniczoną przestrzeń i fundusze , by zainwestować w nowy zapach, nowy koncept. Myślę, że to ból głowy dla każdego – łącznie z klientem, który na końcu nie ma pojęcia, co ma kupić.

PB: I tu pomagają bloggerzy.

GN: O tak! Nie moglibyśmy bez Was funkcjonować! Bloggerzy na całym świecie są dla nas bardzo ważni. To – znów – kwestia komunikacji i personalizacji, relacji ze śledzącymi, swoisty klub klientów, którzy stali się fanami marki Micallef.

PB: Co jest niezwykłego w Waszych produktach co wyróżnia Was na tym coraz bardziej zatłoczonym rynku?

GN: Szczerze mówiąc – efektowność produktu, która ma przyciągnąć klienta. Tkwi ona w pięknie opakowania, flakonu, zdobienia, co tak umiejętnie wykonuje Martine (pomaga mi także w zakresie inspiracji dla powstania nowych pachnideł). Ważne też, by mieć bazę klientów, ten fan club. Ale tak naprawdę na końcu sprzedajesz perfumy. I to one właśnie uwodzą ludzi i czynią ich lojalnymi wobec marki. Nigdy nie szliśmy na kompromis, gdy chodzi o ich jakość. Tworzymy formuły i dopiero na końcu zliczamy ich koszt. I musimy z tym kosztem żyć. To dlatego niektóre nasze pachnidła są droższe od innych. Koniec końców potrzebujemy przecież marży. Ale nigdy nie powiedziałem do perfumiarza, z którym pracuję: „Musisz to zrobić w takiej a takiej cenie i nie wychodź ponad nią”. A współcześnie większość marek tak właśnie robi. Mają konkretny budżet i w nim się mieszczą. Myślę, że to także nas wyróżnia.

PB: Potwierdzam, że wszystkie Wasze perfumy, jakie znam, prezentują najwyższą jakość, nieosiągalną dla 80% konkurencji…

GN: Jest kilka innych marek, które faktycznie także inwestują w jakość. To jest wyczuwalne, szczególnie jeżeli jesteś koneserem. A w naszym segmencie niszy służymy głównie koneserom. Większość z tych ludzi zna naturę perfum, zna składniki, te tanie i te pierwszej klasy, a także te długotrwałe…

MM: Micallef jest dla klientów, którzy chcą czuć się wyjątkowo.

PB: Martine, jak sądzisz, dlaczego perfumy są dla niektórych ludzi ważne? Co dodają lub co powinny dodawać do ich życia?

MM: Dla wielu klientów perfumy to część życia. Nie potrafią wyjść z domu bez ich użycia, gdyż te przypominają im o czymś. To nostalgiczne. Pamiętasz zapach ciasta, pamiętasz ten zapach, gdy wracałeś do domu, a Twoja matka gotowała… To naprawdę sentymentalne. Potrzebujesz tego nastroju, tych emocji w życiu. Życie to nie tylko zarabianie pieniędzy. To bardzo ważne, by żyć z tą częścią wspomnień.

PB: Czy nosisz swoje perfumy codziennie?

MM: Tak. Ale kupujemy również perfumy innych marek. No i trzymamy te zapachy, których nie publikujemy, a które są efektami naszego miksowania i poszukiwań czegoś specjalnego.

GN: Ja także nosze perfumy codziennie.

MM (do Geoffreya): Tak, ale większość czasu nosisz swój sygnaturowy zapach. Jesteś też wierny jednemu lub dwóm zapachom, które lubisz mieć jak… Eau Sauvage…

GN: Tak, jestem wielkim fanem Eau Sauvage w wersji klasycznej eau de toilette. To niewiarygodna formuła. Bardzo dobre perfumy stworzone lata temu. Dwa czy trzy składniki je budujące są produkowane wyłącznie dla Diora.

MM: Tak, mają na nie wyłączność.

GN: Estragon, bazylia – są produkowane specjalnie dla nich.

PB: Eau Sauvage to dzieło geniusza. Tyle lat na rynku i wciąż tak popularne.

GN: Tak. A kolejne to Caron Pour Un Homme, choć nie noszę ich osobiście. Bardzo tradycyjne.

PB: Czyli to są Twoje dwa ulubione zapachy z przeszłości?

GN: Tak. Normalnie tego nie robię, ale akurat Eau Sauvage często łączę z naszym Royal Vintage…

PB: Mam własny flakon Royal Vintage…

GN: Więc musisz tego spróbować.

MM: Kiedyś byłam bardziej klasyczna, ale teraz lubię bardziej nowoczesne, minimalistyczne zapachy. To zresztą widać w naszym nowym designie.  Lubię czyste zapachy, czysty design. Dlatego noszę Pure Extreme.

GN: (do Martine) Bardzo do Ciebie pasują.

MM: Tak. To bardzo ładny zapach. To dzięki Tobie, Geoffrey.

GN: (uśmiecha się)

MM: Jesteśmy pewni, że odniesie on taki sukces, jak Ananda, która jest już na rynku całkiem długo.

PB: Skąd ta pewność? Co takiego specjalnego jest w Pure Extreme?

MM: Wiesz, czasem w życiu po prostu dobre rzeczy pojawiają się w odpowiednim czasie…

GN: Trudno tak naprawdę odpowiedzieć…

MM: Nie jest to zapach zgodny z obecną modą na zapachy orientalne i oud. Wiesz, perfumy nosisz wedle nastroju, a te uczynią Cię szczęśliwym i pełnym energii. Czujesz, że są idealnie wyważone. Nie za słodkie, nie za owocowe. To specjalna kategoria.

PB: Po zaledwie kilku testach mogę stwierdzić, że to zapach łatwy w noszeniu, zdecydowanie łatwiejszy  niż większość Waszych perfum, aczkolwiek nie pachnie przesadnie komercyjnie…

MM: Ma bardzo ładną sygnaturę.

PB: Wyczuwam w nim różę…

GN: Tak, jest w nim róża stulistna, czyli to lżejsze i bardziej zielone oblicze róży.

MM: To zmysłowe perfumy i jednocześnie nowoczesne, atrakcyjne, eleganckie. Mają cechy, które skazują je na sukces. Dopasowują się dobrze zarówno do dojrzałej damy jaki i do młodej 20-25 letniej kobiety.

PB: Miejmy zatem nadzieję, że Pure Extreme będą tak długowieczne jak Eau Sauvage!

MM: Tak…Zobaczymy!

PB: Martine, Wasza marka znana jest z bardzo specjalnych, pięknych flakonów zaprojektowanych przez Ciebie i zdobionych ręcznie. Czy uważasz, że istnie artystyczna synergia pomiędzy perfumami a flakonem?

MM: Flakony są dla nas bardzo ważne od samego początku. Lubię koncepcję łączenia sztuki i perfum. To jedna z przyczyn naszego sukcesu. Kontynuujemy więc projektowanie artystycznych flakonów. Nasi klienci, którzy są bardzo lojalni, bardzo to sobie cenią. Uważam, że gdybym zdecydowała się teraz na zupełnie prosty flakon bez artystycznych zdobień, tak jak to robi wiele niszowych marek, to nie byłaby już nasza sygnatura ani nasza charyzma. Dla mnie to bardzo ważne, gdyż lubię piękne przedmioty.

GN: To nasze DNA…

Cdn.

micallef maj

Wywiad z Olivierem Durbano, Dom Perfumeryjny Quality, Warszawa, 17.11.2015

Podczas niedawnego pobytu Oliviera Durbano w Domu Perfumeryjnym Quality i przy okazji warsztatów zapachowych połączonych z premierą jego najnowszego pachnidła „Chrysolithe” udało mi się porozmawiać z tym nietuzinkowym artystą, a zapis niniejszej rozmowy publikuję poniżej.

_MG_7306

Perfumowy Blog: Olivier, na wstępie chciałbym podziękować Ci za to, że zgodziłeś się na ten wywiad i poinformować Cię, że będzie on opublikowany na Perfumowym Blogu, który piszę już od ponad pięciu lat. Miałem więc okazję testować bardzo wiele perfum i muszę przyznać, że Twoje zawsze robiły na mnie wyjątkowe wrażenie…

Olivier Durbano: Dziękuję.

PB: Zanim przejdziemy do tematyki perfumowej, chciałbym wyrazić moje wyrazy współczucia w związku z tym, co stało się w ostatni piątek w Paryżu (ataki terrorystów 13.11). Wiem, że mieszkasz w tym mieście. Czy byłeś tamtej nocy w domu?

OD: Tak, oczywiście, poprzedni weekend spędziłem w Paryżu. Trudno mi o tym mówić. Wielki smutek, wiele tego typu emocji, których tak naprawdę w normalnej sytuacji nie lubisz. Jedynym wyjściem dla nas jest myśleć więcej o tym, co lubimy. Rozmawiać o sztuce, tworzyć dobre i piękne emocje. Nic poza tym.

PB: Jeżeli możemy jeszcze chwilę kontynuować ten wątek – jaki jest Twój punkt widzenia na problem emigrantów w Europie?

OD: Dla mnie to tak naprawdę nie ma związku. Po prostu niektórzy ludzie pozbawieni są człowieczeństwa. To nie jest jedna grupa, nie jest to jeden człowiek. To zbyt skomplikowane i trudne do zrozumienia. Najprostszą reakcją jest dyskusja i zastosowanie rozwiązań politycznych, ale ja nie chcę się w to zagłębiać. Wolę myśleć wyłącznie o pięknych rzeczach. Co najlepszego możemy  w tej sytuacji zrobić? Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie jedynym rozwiązaniem. Nadzieja, światło, miłość, piękno, sztuka, wolność…

PB: Czy widziałeś reakcje Europejczyków na te tragiczne wydarzenia? Te manifestacje solidarności z Francją? Myślę, że one są pełne nadziei?

OD: Tak, to bardzo poruszające i myślę, że wszyscy we Francji są tym poruszeni. Ale uważam, że poza tym musimy sobie zdawać sprawę, że nie jesteśmy sami na świecie. Nawet gdy jest to trudne, musimy coraz bardziej przejmować się także tym, co dzieje się na zewnątrz nas, nie tylko w Paryżu. Musimy być dumni i pamiętać, że jesteśmy symbolem czegoś. Myślę, że Francuzi odkrywają teraz, że musimy do czegoś wrócić. Musimy się czegoś nauczyć. Ale tu nie chodzi tylko o Paryż. Właśnie zaczęliśmy coś rozumieć. Także dlatego jest to tak trudne…

PB: Miejmy nadzieję, że z całej tej sytuacji wyciągniemy dobre wnioski…

OD: Musimy także walczyć ze sobą – w tym sensie, by nie reagować negatywnie, a o to przecież jest tak łatwo. To wszystko łączy się ze sobą. Przez cały weekend nie byłem gotów, by się spakować do podróży tutaj, by nawet o tym myśleć. Ale że znam rodzinę Missalów i wiem, że jestem tu zawsze mile przyjmowany, i że jest wiele osób w Polsce, które są tak miłe, i że będziemy rozmawiać o tym, co lubimy, nie pomyślałem ani przez chwilę o odwołaniu przyjazdu. Choć nie było mi łatwo wczoraj odnaleźć energię, by opuścić Paryż. Pojutrze wracam do Paryża. Trudno mi opuszczać to miasto, jednak prawdopodobnie wkrótce będę musiał udać się do Nowego Jorku, choć w tej chwili nie jest to jeszcze pewne. Wolałbym jednak w tym okresie pozostać w Paryżu, nawet jeśli nie jest to do końca komfortowe patrzeć na smutek, myśleć wciąż o tym. Poza tym, wszechobecne media i pełni obaw ludzie… Każdy jest w tej chwili bardzo wrażliwy…

PB: Przejdźmy zatem do głównego tematu naszej rozmowy. Przede wszystkim chciałbym Ci pogratulować, gdyż minęło już 10 lat od premiery Twoich pierwszych perfum Rock Crystal. Do dnia dzisiejszego stworzyłeś ich już jedenaście, co daje jedno pachnidło na rok. Znam je wszystkie, poza oczywiście najnowszym Chrysolithe. Wszystkie one są wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Bardzo trudno mi wybrać jeden ulubiony zapach. Stąd moje pierwsze pytanie, czy masz swoją ulubioną kompozycję lub taką, z której jesteś najbardziej dumny. Jeżeli tak, to która to i dlaczego właśnie ta?

OD: Nie mam swojej ulubionej. Zwykle najbliższa jest mi najnowsza. W tej chwili noszę właśnie najnowszą, Chrysolithe. Przez cały poprzedni rok nosiłem Promethee. Z kolei 10 lat temu przez ponad 3 kolejne lata byłem wierny Rock Crystal, od czasu do czasu zmieniając go na powstające wówczas Amethyst i Black Tourmaline. Od tego czasu każdego roku przez rok noszę swój nowy zapach. Myślę, że jest to logiczne. To jest mój rok przemyśleń, więc muszę nosić mój nowy zapach. Kto wie, może w przyszłym roku będę nosił swoje kolejne perfumy?

_MG_7226

PB: Bardzo często muzycy rockowi lub jazzowi pytani o  to, którą swoją płytę lubią najbardziej, odpowiadają że ostatnią lub też tą, która dopiero powstanie. Nie przepadają za swymi starszymi dziełami i nie chcą do nich wracać, wolą żyć teraźniejszością i przyszłością…

OD: To wydaje się logiczne. To znaczy, ja kocham wszystkie swoje pachnidła, ale czuję się komfortowo, gdy noszę najnowsze. Ono zawsze wieńczy ostatni rok moich przemyśleń i poszukiwań, więc wydaje się to logiczne. Jest to dla mnie także rodzaj ewolucji. Mógłbym oczywiście sięgnąć po inny swój zapach – na przykład w pewnym okresie mojego życia, gdy często występowałem przed dużymi grupami ludzi, odstępowałem od swojej zasady i nosiłem Black Tourmaline. Stanowił on dla mnie swego rodzaju ochronę, osłonę… Natomiast teraz już tego nie robię. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że jestem inny, niż kilka lat temu. I teraz zwykle używam swych najnowszych perfum.

PB: Czy Black Torumaline jest rodzajem zapachu, który odpycha ludzi od osoby go noszącej?

OD: Nie. Nie w tym rzecz. Chodzi mi o osłonę. Wiesz, do czasu do czasu, gdy mam trudności z pewnymi ludźmi, noszę także Czarny Turmalin w formie kamienia. Nie twierdzę, że to jest prawdziwe. Dla mnie to jest po prostu akt symboliczny, który być może mi pomaga, nie wiem… Jednak w tej chwili coraz mniej tego potrzebuje, więc to się zmienia. Wszystko to jest moim artystycznym zamiarem, choć dla kogoś innego może to oznaczać coś zupełnie innego. I to jest to, co w tym lubię. Jest dla mnie ważne, co czuję, gdy coś tworzę. Jednak później ważne jest dla mnie wiedzieć, że ktoś inny ma swoje odczucia względem mojego dzieła. Najważniejsza rzeczą jest otrzymywać emocje, czuć te emocje. Możesz wyobrazić sobie coś zupełnie innego od moich inspiracji, mi to nie przeszkadza. Ważne jest to, że w ogóle coś czujesz. Najlepiej gdy jest to coś pozytywnego [śmiech]. Ale oczywiście nie mam nic naprzeciw, gdy ludzie mówią mi, że zupełnie nie lubią tego czy tamtego zapachu. Czemu nie? To Twoje życie! Nie ja decyduję. Nie wiem, dlaczego tego nie lubisz. Może gdybyśmy się zastanowili, dowiedzielibyśmy się, czemu nie lubisz np. jakiegoś składnika lub mieszanki jakichś składników. Na pewno jest jakaś przyczyna. Ale generalnie Twój odbiór nie jest niczym skrępowany. Jest zupełnie wolny.

PB: Jesteś z wykształcenia architektem, ale nie praktykujesz tego zawodu. Zamiast tego zajmujesz się tworzeniem biżuterii i jest to Twoja zasadniczą działalność artystyczna. Dlaczego więc niegdyś zdecydowałeś się również na tworzenie perfum? Czy perfumy były dla Ciebie wcześniej ważne? A może był to przypadek?

OD: Perfumy były dla mnie ważne. Jednak punktem wyjścia, początkiem wszystkiego były i są kamienie. Wszystko kręci się wokół kamieni. Byłem zafascynowany kamieniami, stworzyłem pierwszy naszyjnik. Gdy to się stało, szybko zdałem sobie sprawę, że było to dla mnie coś bardzo ważnego.

PB: Kiedy to dokładnie było?

OD: Mój pierwszy naszyjnik powstał w 1998 roku. Pomysł na perfumy powstał w 2004 roku. Zapach Rock Crystal został przedstawiony w 2005 roku. Wcześniej perfumy były dla mnie ważne. Podobały mi się bardzo specyficzne zapachy. Byłem wierny wybranym przez siebie perfumom. Pomysł połączenia legend, symboliki pojawił się w moim umyśle w formie historii, filmu, obrazów, do których można wyobrazić sobie zapach. A ten zapach mógł stać się perfumami. Tak więc krok po kroku rodził się pomysł moich perfum. Nie wiedziałem wtedy nic o ich tworzeniu…

PB: Ale jesteś przecież Francuzem, więc perfumy są ściśle związane z historią i kulturą Twojego kraju…

OD: Tak, więc może także i to, ze urodziłem się w Cannes, a część mojej rodziny pochodziła z Grasse, choć nie była związana z przemysłem perfumeryjnym (moi pradziadkowie zajmowali się kwiatowymi ozdobami). Na początku nie widziałem z tym związku, ale w tej chwili myślę, że jakieś nieuświadomione związki istnieją.

PB: W 2005 roku deklarowałeś, że Twoja kolekcja perfum składać się będzie z siedmiu zapachów…

OD: Tak, gdyż siódemka to moja ulubiona cyfra. Jednak, jak widać, czasem jestem w błędzie! [śmiech]

PB: Jednak po premierze Citrine kontynuowałeś tworzenie perfum, tworząc wspaniały Heliotrope (który nota bene mam dziś na sobie) oraz kolejne pachnidła. Dlaczego więc zmieniłeś plany?

OD: Szczerze mówiąc, to wówczas jeszcze nie wiedziałem, ile będzie tych zapachów. Ludzie jednak bardzo często mnie o to pytali, więc wybrałem siedem z wyżej wspomnianych względów… Akt twórczy nie jest czymś, o czym decydujesz. Nie kontrolujesz tego. Jedne perfumy na rok to nie jest dużo, ale pozwala mi czuć się dobrze je tworząc. Jeżeli mam pomysł i możliwości tworzenia – tworzę. Zapachów jest więcej niż siedem, i to jest wg mnie dobre. Ludzie myślą, że to koniec, ale ja zawsze mogę zmienić zdanie. Gdy powstawały Rock Crystal, Amethyst i Black Tourmaline, było to co roku i nie miałem wówczas określonej i zaplanowanej liczby. Teraz mogę powiedzieć Ci, że będę coś robił w przyszłym roku, ale nigdy nie wyjaśniam, co będę robił, gdyż chcę czuć swobodę zmieniania i adaptacji mojego projektu. Uważam, że tworzenie jest miłe, gdy dajesz ludziom coś skończonego. Nie ma sensu rozmawiać o tym, zanim to powstanie. Także z pewnością będzie kolejny zapach, ale nic o nim jeszcze nie wiem i nie chcę wiedzieć. Nie wiem, co się wydarzy, w jakim kierunku pójdę. Tego jeszcze nie wiem…

_MG_7209

PB: W tym miejscu chciałbym zapytać Cię nieco więcej nt. samego procesu tworzenia. Z tego co wiem, nie jesteś wyszkolonym perfumiarzem. W jednym z wywiadów wspomniałeś, że pracujesz z perfumiarzami w Grasse. Jak wygląda ta współpraca? Jaki jest podział ról pomiędzy Tobą a chemikiem-nosem?

OD: Na początku muszę mieć pewność, jaki kamień lub jaka legenda będzie moją inspiracją. Gdy już to wiem, zaczynam zgłębiać temat, wiele czytam, spędzam czas z inspirującym mnie kamieniem, poznaję go. Przed sobą mam listę, na której dopisuje krok po kroku składniki będące wynikiem mojej logiki.

PB: Czyli zaczynasz tworzenie we własnej głowie, w wyobraźni. Potrafisz wyobrazić sobie mniej więcej swoje przyszłe dzieło?

OD: Tak. Odnajduje wszystkie obrazki potrzebne mi do stworzenia tego filmu. To coś w tym rodzaju. Muszę mieć poukładany kompletny film w moim umyśle. Film ten skalda się z obrazów, a te ze składników. I te zapisuje na mojej liście. Gdy lista ta wydaje się kompletna, udaje się do miejsca, które nazywam „kuchnią”, gdzie wraz z chemikiem [perfumiarzem – przyp. autor] staramy się te składniki połączyć. Jest dla mnie bardzo ważne, żeby w formule perfum znalazły się wszystkie składniki z mojej listy, nawet jeśli – a było tak szczególnie na początku – staczam walkę z chemikiem, który mówi mi, że nie da się połączyć tego i tamtego składnika. Spróbujmy – mówię mu. To jest dobre. Ponieważ nie jestem nosem, więc nie dbam o to. Chcę coś zbudować, jestem niczym architekt. Mam pomysł, projekt budynku, ale potrzebuję ludzi, by ze mną ten budynek postawili. Tak samo jest właśnie z perfumami. Ważne jest, by pracować z ludźmi, którzy nie są gwiazdami. Tzn. szanuję sławnych perfumiarzy, ale nie z nimi chcę pracować. Nie byłbym w stanie. Mam szczęście wciąż pracować z ludźmi, których poznałem na samym początku. Lubię pracować w zespole trzyosobowym. Uważam, że jest wtedy zachowana większa równowaga. Pracujemy tak długo, aż dochodzimy do tego momentu, gdy dzieło jest tym, czego oczekiwałem.

PB: W jaki sposób wiesz, że perfumy, nad którymi pracujecie, są w danym momencie skończone?

OD: W sztuce jest to zawsze ten sam problem. Ja czuję się ponad wszystko artystą. Nie jestem jubilerem, nigdy nie chciałem nim być. Nie jestem nosem. Nie chcę nim być. Szanuję ich, ale to nie moja rola. Jestem artystą. Czuję się dobrze z pewnym rodzajem medium, nawet jeśli nie wiem o nim wszystkiego. Gdy malujesz, jest to taka sama sytuacja. Kiedy powinieneś skończyć? To bardzo specjalnym moment. Nie jest dobrze skończyć, zanim ten moment nastąpi i podobnie – nie jest dobrze kończyć po upływie tego momentu. Musisz więc znaleźć ten właściwy moment. Jeżeli nie myślisz o percepcji Twojego dzieła przez ludzi, gdy jesteś prawdziwie wolny… To jest problem twórczości i sztuki. Nie tworzysz dzieła dla siebie. Twoją pracą jest stworzyć dzieło najlepsze wg Twoich własnych kryteriów. Jako artysta jesteś zupełnie sam z tym problemem. Musisz wybrać moment ukończenia swojego dzieła w zgodzie ze samym sobą. Musisz powziąć pewne ryzyko. To nie jest łatwe, ale dla mnie to normlany proces. Od czasu do czasu pojawiają się oczywiście wątpliwości, ale trzeba stawiać im czoło. Perfumy to nie jest wyłącznie proces komponowania. Dla mnie to znacznie więcej. Jest w tym zarówno filozofia, jak i duchowość, zgoda ze sobą, a czasem walka ze sobą. To coś kompletnego.

PB: Gdy czytam na temat procesu tworzenia perfum, spotykam się z informacjami na temat tego, ile prób zajęło perfumiarzowi skomponowanie tego czy tamtego zapachu. Czy pamiętasz, które z Twoich perfum wymagało największej liczby prób lub które powstawały najdłużej?

OD: Nie zwracam na to uwagi. Zapominam o tym. Zwykle pracuję nad zapachem rok. Może to i nie długo, ale z drugiej strony to długo. To moja metoda – nie śpieszyć się. Zwykle ostatnie testy robione są u progu lata, później następuje maceracja, następnie we wrześniu podczas targów Pitti Fragranze we Florencji przedstawiam nowy zapach. Lubię ten rytm, przyzwyczaiłem się do niego, jest dla mnie odpowiedni.

_MG_7210

PB: Podczas recenzowania Twoich perfum zawsze staram się interpretować je znajdując pewne powiązania pomiędzy zapachem, składnikami, a kamieniem lub legendą, która była dla Ciebie inspiracją. I tak np. w Amethyst umieściłeś wyraźną nutę winogrona, które jest surowcem do produkcji wina. Jednocześnie ametyst to kamień, które wg. starożytnych Greków miał chronić przed pijaństwem. Tego typu powiązania znajduję także w innych Twoich perfumach, a ich odkrywanie jest bardzo ekscytujące i jedyne w swoim rodzaju. Czy zgadzasz się z taką interpretacją Twoich zapachów?

OD: O tak. To jest dokładnie to, co jest dla mnie ważne. Oczywiście. To dlatego właśnie, gdy projektuje zapach, tworzę swoją listę składników, która pochodzi wprost z moich inspiracji. Nie jest ona dosłowna. To raczej moja osobista interpretacja, gdyż to jest przecież sztuka, a nie nauka uniwersytecka. Wybieram te składniki, które lubię. Te które do mnie w danym kontekście przemawiają. Nie wszystkie te powiązania będą dla każdego zrozumiałe, gdyż zdarzają się też bardzo osobiste interpretacje, Czasem – w okresie pracy nad listą składników do zapachu – natrafiam przypadkiem na coś, co okazuje się idealnie pasować do mojej koncepcji. Tak było z nutą białej trufli w Lapis Philosophorum.  To było we Włoszech. To był pierwszy raz gdy zamówiłem makaron z białymi truflami. Gdy otrzymałem swój talerz, aromat jaki mnie dobiegł wywarł na mnie niemal alchemiczny efekt! To było coś więcej, niż tylko zapach jedzenia. Tak więc moje inspiracje mają bardzo różny charakter. To mieszanka. Mogę pójść na wystawę obrazów i znaleźć malowidło, w którym odnajdę połączenie ze swoimi poszukiwaniami. Tak więc krzyżuję wiele różnych rzeczy. Owszem, zwykle świadomie poszukuję elementów tej układanki, gdy np. czytam na dany temat. Ale jestem także otwarty na rzeczy, które w tym czasie przydarzają mi się w życiu. Jeżeli mam poczucie, że to pasuje, biorę to. Nawet jeśli później trudno to wyjaśnić. Ale przecież nie trzeba wszystkiego wyjaśniać! Przecież ten przykład białej trufli to anegdota. Ale zabawna! Wierzę, że to jest dobra metoda. Gdy starasz się zawrzeć w swoim dziele więcej napięć, wywołasz więcej emocji wśród odbiorców Twojego dzieła.

PB: Od Rock Crystal do Heliotrope używałeś prawdziwych kamieni jako inspiracji dla swych perfum. To czyniło Twoją kolekcję bardzo spójną. Jednak w 2013 roku tworząc Lapis Philosophorum, posłużyłeś się legendą jako inspiracją. W perfumowej blogosferze pojawiły się pogłoski, że ten zapach był swoistym przejściem od prawdziwych kamieni do legendarnych, nieistniejącymi w naturze – jako źródeł Twojej inspiracji. Twój następny zapach Promethee potwierdzał tę zmianę. Opowiedz proszę o inspiracji dla Twojego najnowszego dzieła Chrysolithe? W jaki sposób przetłumaczyłeś legendę tego kamienia w pachnidło?

OD: Wróćmy na chwilę do Lapis Philosophorum. Lubię być w swej twórczości wolny. A ten zapach był moim dziewiątym. Dziewiątka symbolizuje zakończenie jednego cyklu i rozpoczęcie kolejnego. Pomyślałem wówczas, że tym razem chcę poszukać inspiracji gdzie indziej. Kamień filozoficzny wydawał się być w tym momencie idealną inspiracją. Jednak decyzja o takiej zmianie miała dotyczyć tylko tego jednego zapachu, a nie wszystkich kolejnych. Mimo to rok później natrafiłem na legendę o Prometeuszu i zainspirowała one mnie. Chrysolithe to ciekawy przypadek, gdyż jest to kamień, ale nie konkretny. To raczej ogólna nazwa dla grupy kamieni. Ta nazwa używana była niegdyś wobec różnych rodzajów kamieni. Obecnie jej się nie używa, gdyż identyfikuje się już konkretne kamienie np. oliwin, prenit, apatyt. Co ważne dla mnie, Chrysolithe można odnaleźć w różnych świętych pismach, w Biblii, w Torze i oznacza on tam bardzo wysoki poziom duchowości. Tak więc ten zapach był okazją do oddania czegoś bardzo uduchownionego, ale i szansą na użycie innego rodzaju składników. Tak jak na liście składników budujących Promethee pierwsze miejsce zajmował koper włoski, tak w przypadku Chrysolithe była to szałwia – symbol czystości. Wiem, że niektóry ludzie lubią rzeczy łatwe do zrozumienia, ale ja nie jestem tego zwolennikiem. Przede wszystkim robię to, co chcę, nawet jeśli będzie to może trochę trudniejsze do wyjaśnienia. Wiem, ze wielu osobom przeszkadza odmienność Philosopher Stone od tego, co robiłem wcześniej. Nie rozumiem tego. Ale moja wolność twórcza jest najważniejsza. Czasem zrobisz krok w lewo, krok w prawo, a niektórzy mają z tym kłopot…

PB: Uważam, że to dobrze świadczy o artyście, jeżeli stawia sobie i swej publiczności wyzwania…

OD: Robię to, co czuję. Byłoby to smutne, gdybym mając koncepcję inspiracji w mitycznym kamieniu stwierdził, że nie zrobię tego, gdyż ludzie są tak przyzwyczajeni do prawdziwych kamieni. Może więc stworzę np. Black Agate. Jeżeli faktycznie poczuję, ze to właśnie Black Agate będzie następnym, pójdę w tym kierunku. Ale nie chce zmieniać swoich uczuć tylko dlatego, że obawiam się reakcji ludzi. Muszę sam czuć się dobrze ze swoimi wyborami. Dam Ci przykład. Wracając do mojej listy składników w przypadku Chrysolithe, gdy na nią spojrzałem, zanim udałem się do „kuchni”, zdałem sobie sprawę, że nie ma na niej kadzidła. Więc natychmiast pomyślałem, jakiego kadzidła mógłbym tu użyć. Ale okazało się dla mnie ważne, by powiedzieć sobie nie. Lista jest taka, ponieważ taką stworzyłem pod wpływem inspiracji i taka powinna pozostać. Więc będzie bez kadzidła. Choć przecież sam zapach ma w sobie naturę kadzidła, gdyż inspiracją jest wysoki poziom uduchowienia. Nie jestem więźniem kadzidła. Kocham kadzidła, kocham kamienie, ale – choć było to wyzwanie i walczyłem sam z sobą – powiedziałem tym razem nie. Poszedłem dalej nie dodając kadzidła, a rezultat jest równie interesujący.

PB: Sprzedajesz swoje perfumy w Europie, w USA oraz w Zjednoczonych Emiratach Arabskich…

OD: Tak, ale nie w całych  krajach, tzn. w Stanach tylko w Luckyscent w Kalifornii, a w ZEA tylko w Dubaju w Villa 505. Luckyscent jest ze mną od samego początku. Zaprosili mnie na wylansowanie Rock Crystal i od tego czasu pracujemy razem. Są bardzo mili i lubię z nimi pracować. Z kolei Villa 505 to spotkanie z Dhaher Bin Dhaherem, twórcą domu Tola Perfumes. Stworzył on bardzo miłe i zupełnie unikatowe miejsce w Dubaju, inne niż wszystkie perfumerie. To rodzaj domu z ogrodem, w którym można nie śpiesząc się, poczuć się wyjątkowo. Pracujemy razem od 2 lat. Lubię pracować z miłymi ludźmi, z którymi darzymy się wzajemnym szacunkiem i dzielimy podobną filozofię.

_MG_7215

PB: Czy znasz opinie nt. Twoich perfum wśród klienteli w tych krajach? Czy widzisz różnice w odbiorze Twoich perfum w zależności od miejsca zamieszkania?

OD: Nie znam opinii, ale myślę, że to jest bardziej kwestia osobowości, a nie kraju, w którym mieszkasz. Oczywiście wygodnie jest kalkulować, jaki zapach polubią w krajach arabskich, a jaki w Stanach Zjednoczonych, i może nawet jest to faktem, ale to nie jest moja filozofia. Spotkałem się z opiniami, że Black Tourmaline jest zapachem typowo męskim, podczas gdy swego czasu wybrała go dla siebie niezwykle elegancka i bardzo kobieca klientka. Tak więc moim zdaniem chodzi bardziej o osobowość, aniżeli cokolwiek innego. Ten sam zapach z mojej kolekcji znajdziesz na wielu różnych osobach: mężczyznach, kobietach, blondynach, brunetach, starszych, młodszych, pięknych, niezbyt urodziwych…

PB: Czy coś te osoby Twoim zdaniem łączy? Jakiś rodzaj uduchowienia?

OD: Trudno to zrozumieć. To skomplikowane. Na to składa się historia danej osoby, jej wspomnienia, jej pamięć zapachowa, wiele rzeczy. Czasem ludzie mogą twierdzić, że nie są uduchowione, ale z drugiej strony są zachwycone bardzo uduchowionym zapachem… Co jest dla mnie najważniejsze, to nie wiedzieć i rozumieć, tylko czuć. Jeżeli więc perfumy wywołują u kogoś dobre emocje i czuje się on w nich dobrze – to doskonale. To jest miłe.

PB: Prawdopodobnie wiesz, który z Twoich zapachów jest bestsellerem…

OD: Zupełnie nie lubię tego określenia….

PB: Muszę przyznać, że w miarę upływu naszej rozmowy uświadamiam sobie, że Twoje podejście do sztuki perfumowej jest zupełnie niekomercyjne… Zapytam więc inaczej – czy wiesz który z Twoich zapachów jest najbardziej lubiany?

OD: Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Co mogę powiedzieć to to, że jestem szczęściarzem, że wszystkie moje zapachy, mimo że minęło już 11 lat od premiery pierwszego z nich, są wciąż dostępne, wciąż żyją. Nawet jeśli niektóre z nich nie „spotykają ludzi”, nic się nie dzieje. Rock Crystal jest jednym, którego lubi wiele osób. Być może dlatego, że był pierwszy, czas obecności na pewno gra tu rolę. Black Tourmaline jest także bardzo specjalny… Jednak dla mnie ważne jest, by każdy z nich znalazł swojego odbiorcę. Wiem, że niektóre z moich zapachów tworzą z ludźmi dużą rodzinę, a inne małą rodzinę, ale nie dbam o liczby. Jestem szczęśliwy, gdy dochodzi do spotkania moich perfum z człowiekiem.

PB: Czyli zupełnie niekomercyjne podejście….

OD: Czasem jest to niedobre dla mnie, wiem o tym! [śmiech]

PB: Twoje zapachy mają koncentrację wód perfumowanych, a więc wysoką. Są bardzo intensywne  i trwałe…

OD: Gdy lubisz jakieś perfumy, chcesz by były trwałe… To dla mnie bardzo ważny aspekt od samego początku. Lubię tę koncepcje, że używasz perfum o poranku, a wieczorem ktoś mówi Ci: „ładnie pachniesz” albo „czym Ty tak pachniesz?”.

PB: Skąd wziął się więc pomysł na Twoje perfumy w formie ekstraktów?

OD: Chciałem spróbować czegoś wyżej skoncentrowanego…

PB: Czy ekstrakty różnią się zapachem od eau de parfum?

OD: To kwestia innej ewolucji i innego sposobu używania, spryskiwania się nimi. Dla mnie zasadniczą częścią kolekcji są wody perfumowane, ale niektórzy lubią ekstrakty, więc czemu nie? Różnią się one koncentracją [30%, podczas gdy eau de parfum mają 20% – przyp. autor] i sposobem, w jaki ewoluują na skórze. Najpierw próbowaliśmy koncentrację 40%, ale to było zbyt wiele, więc zdecydowaliśmy się na 30%.

PB: Oferujesz także zapachy do pomieszczeń i świece…

OD: Traktuje je raczej anegdotycznie… Świece to była jednorazowa, bardzo mała produkcja. Lubię je, ale było to bardzo skomplikowane do zrobienia, ponieważ świece nie są łatwym produktem. Nie chciałem ani trochę zmieniać moich zapachów i np. z Citrine nie udało mi się to w ogóle. Cały proces jest tak skomplikowany, że postanowiłem, że nie będę tego robił ponownie. Dla mnie liczą się perfumy. Gdy chodzi o zapachy do pomieszczeń, to chodziło po prostu o to, by móc perfumować mieszkanie czy łóżko swym ulubionym zapachem. Ale możesz do tego celu równie dobrze użyć perfum.

PB: Faktycznie Twoje perfumy świetnie wiążą się z materiałami i na długo nadają im zapachu…

OD: Tak, to od początku było dla mnie jedną z najważniejszych kwestii, obok wysokiej jakości zapachów i ich kreatywności oraz ekskluzywności.

PB: Jak widzisz przyszłość swojej marki perfumowej?

OD: W tej chwili myślę o nowym projekcie. To wszystko. Mam poczucie, że by robić to, co robię, potrzebuję czasu. Muszę starać się robić to jak najlepiej, unikać błędów, mieć pasję. Odwiedzać miejsca, spotykać ludzi, rozmawiać z nimi. Mieć dobrą komunikację z ludźmi.

PB: Na koniec chciałbym Cię zapytać o „oudomanię”, o modę na perfumy  z oudem…

OD: Jeżeli coś jest modą, mnie to nie interesuje. Wiesz, ja użyłem oud w Black Tourmaline. To było w 2007 roku. Jednak teraz mnie to nie interesuje. Jeżeli coś jest modne, muszę być ostrożny, by tego nie robić. Gdyż teraz to już jest za późno. To samo doświadczenie miałem z kolorami moich perfum. Użyłem barwników, gdyż dla mnie miało to znaczenie – symbolika koloru związana z barwami kamieni. Wszyscy byli sceptyczni, gdy proponowałem moje kolorowe pachnidła, a dziś wszyscy używają kolorów w perfumach. Nie twierdzę, że to dzięki mnie, ale to na swój sposób zabawne…

PB: Olivier, mam jeszcze kilka pytań w zanadrzu, ale zdaje się, że musimy kończyć. Bardzo dziękuję za tę rozmowę. To była przyjemność.

OD: To ja dziękuję. Wiesz, dzięki tym pytaniom i naszej rozmowie pomogłeś mi samemu pewne kwestie lepiej zrozumieć.

_MG_7323
Olivier Durbano z autorem Perfumowego Bloga

 

PS. Serdecznie dziękuję Quality Missala za umożliwienie mi przeprowadzenia tego wywiadu.