Bvlgari „Man in Black Essence” – esencja Afryki

Właśnie ukazała się limitowana edycja popularnego męskiego zapachu Bvlgari „Man In Black”. „Essence” –  bo tak została nazwana – jest kolejną wariacją na temat protoplasty, który  –  przypomnijmy – miał swoją premierę w 2014 roku. Podobnie jak wersję pierwotną i jej kolejne flankery (chłodny „Black Cologne” i oudowy, arabski w klimacie „Black Orient”), także i „Essence” skomponowana została przez niestrudzonego Alberto Morillasa.

Alberto Morillas 2014

W zapachu znajdziemy znajomy rumowo-drzewno-tonkowy temat, który został tu podany w nieco inny sposób, poprzez dodanie w sercu nuty ziarna kakaowca, a w bazie nuty hebanu. Dzięki tym zabiegom „Essence” nabrało odrobinę afrykańskiej kulinarności oraz egzotycznej drzewności, co umiejętnie koresponduje ze specjalnym designem grafiki na flakonie autorstwa  Laolu Senbanjo – wszechstronnego nigeryjskiego artysty – designera, grafika i muzyka – żyjącego w Nowym Jorku.

Laolu Senbanjo
Copywright of Laolu Senbanjo. All rights reserved.

„Essence” wyróżnia się bardzo sugestywną nutą kakao, która pojawia się zaraz po ustąpieniu rumowo-pomarańczowego akordu głowy, a po której następuje długotrwały słodko-drzewny finisz z głęboką czarną nutą hebanu. Zapach mości się blisko skóry, jest – mam wrażenie – najcichszy z całej linii, nadrabia za to świetną trwałością. Niewątpliwie ciekawa propozycja, szczególnie dla fanów pierwowzoru, których – zdaje się – jest całkiem sporo.

 bvlgari_man_in_black_essence 01

 

bvlgari_man_in_black_essence

nuty głowy: rum, gorzka pomarańcza

nuty serca: ziarno kakao

nuty bazy: absolut z irysa, tonka, heban

twórca/nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0 trwałość: 5,0/ projekcja: 3,5

Reklamy

LM Parfums – mroczne Elizjum

„Ślepy księżyc za oknem

Gdzie noc stała się Elizjum

Dla bezsennych dusz”

 

Pozwólcie, że przedstawię…

fond-LaurentMazzone

„Niech chcę po prostu sprzedawać perfum. Chce jest tworzyć.”

Ta – jakże oryginalna (?) – dewiza przyświeca urodzonemu w Grenoble we Francuskich Alpach Laurentowi Mazzone, od dziecka zafascynowanemu zapachami, miksowaniem pachnących substancji, później modą, wreszcie perfumami. Długa droga prowadziła go do momentu, w którym w 2011 roku zadebiutował jako właściciel i dyrektor kreatywny niszowej marki perfumowej LM Parfums. Ekscentryczny, o mrocznym emploi, odważny zarówno w autokreacji jak i w budowaniu swej marki. Skutecznie. Pamiętam, że urządzone w formie czarno-czarnego niby-namiotu stoisko LM Parfums podczas Esxence 2016 wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie i trudno było się tam w ogóle dostać, szczególnie, że sam Mazzone był Mistrzem ceremonii. To pokazuje, w jak ciekawym kierunku rozwinęła się perfumeria niszowa, coraz częściej oparta nie tylko o spójny koncept, ale i często o osobowość dyrektora kreatywnego (bo tak przyjęło się nazywać kierujących perfumowymi brandami).  Im ciekawsza, im barwniejsza, tym większa szansa na popularność marki i jej perfum. W obu kwestiach Mazzone ma czym się pochwalić.

„Respektować tradycję, ale z odrobiną subtelnej prowokacji.”

To zdaniem dobrze oddaje klimat pierwszych czterech pachnideł LM Parfums – wód perfumowanych Noir GabardineO des SoupirsAmbre Muscadin, Patchouli Bohème, dziś wchodzących w skład tzw. White Label Collection. Tradycyjne tematy perfumowe ujęte we współczesny, niewątpliwie intrygujący sposób, w pewnym sensie już zapowiadały kierunek dalszych poszukiwań olfaktorycznych Mazzone. Bo choć nie jest on perfumiarzem i korzysta z usług zawodowców (głównie Jerome’a Epinette’a, znanego m.in. ze współpracy z Benem Gorhamem i jego Byredo), to jego wpływ na efekt końcowy jest bezdyskusyjny. Mazzone kieruje prace perfumiarza na tereny, na które ten być może nigdy nie zdecydowałby się wkroczyć. Tak powstają perfumy o bardzo mocnych i wyrazistych, zwykle orientalnych sygnaturach, złożone z oryginalnych i zapadających w pamięć akordów. LM Parfums to marka, na którą niewątpliwie warto zwrócić uwagę, przede wszystkim, jeżeli poszukujemy perfum mocnych, gęstych, złożonych, powoli rozwijających na skórze, w swym klimacie zwykle mrocznych, z odrobiną nowatorstwa (choć nie zawsze, ale zawsze z dala od eksperymentu).

lm-parfums

Patchouly Bohemepaczula w centrum, jednak zupełnie „niepiwniczna”, ani też nie zdobiona kulinarnie (jak w Angel T. Mugler czy w Coromandel Chanel). Połączona – inaczej niż „zwykle” – z geranium, tytoniem, nutą skóry, balsamem tolu i tonką, utrwalona piżmami. Podana na wpół balsamicznie, na wpół surowo (tytoniowo-skórzanie) wydaje się być nieco bardziej męska niż damska w swym charakterze. Ale bez przesady. Jak wiadomo paczula – gdy nie „stęchła” – przydaje zmysłowości i orientalnej głębi bez względu na płeć noszącego zawierające ją perfumy. Tak jest i tym razem. Naprawdę dobrze to pachnie i na tyle oryginalnie, że warte jest perfumaniackiego grzechu…

główne nuty: geranium, paczula, tytoń, skóra, piżmo, balsam tolu, tonka

Ambre Muscadin – zbitka słów ambre i musc (piżmo) może być nieco myląca (nazwa zawiera grę słów, o czym za chwilę). Fakt – nuta piżmowa jest tu całkiem prominentna, a ambrowe tło – cóż – faktyczne, ale zapach jest dużo bardziej złożony. Wymaga też czasu na skórze, by go w pełni poznać i docenić. Rozwija się od oryginalnego akordu przypominającego woń mocnego wina typu Porto (i tu wracam do gry słów: muscadine to gatunek winogrona), przez wciąż subtelnie owocowe ale i piżmowe serce, po ciepłą waniliowo-ambrową bazę, tworząc całkiem hipnotyczną aurę. Ambre Muscadin pachnie ciekawie, intrygująco i przede wszystkim zmysłowo.

główne nuty: cedr, wetyweria, fiołek, wanilia (absolut), biały miód, benzoes syjamski, ambra, piżmo

LM Hard Leather

Pochodzące z 2014 roku Hard Leather – adresowane przez Mazzone do mężczyzn – może być jednym z najbardziej polaryzujących propozycji LM Parfums. Surowe, nieco kwaśne, wytrawne, przesycone – z początku nieco piwniczną – paczulą (o której – o dziwo – nie wspomina się w oficjalnym spisie nut), zmieszaną z miodem i rumem oraz nutami drzewnymi na ambrowej bazie, Hard Leather pozostaje od początku do końca zapachem wymagającym w swej niszowej bezkompromisowości.  Otwarcie może zwalić z nóg mocnym i zdecydowanym charakterem, a ciąg dalszy to jedynie stopniowy spadek mocy zapachu, przy zachowaniu jego „charakterku”. Czy jednak należy traktować je jako perfumy skórzane? Cóż – to już kwestia interpretacji.

Hard Leather nie ma nic wspólnego z takim „skórzakami”, jak Knize Ten, Lonestar Memories Tauera, Cuir de Russie Chanel czy Cuir Ottoman Parfums d’Empire. Trudno jest mi tu zlokalizować akord skórzany, chyba że przyjmę, iż jest to ten nieco zatęchły aromat, przypominający stare, zapomniane, skórzane rękawice znalezione w piwnicy XVIII wiecznej willi w Grenoble.

Trudny to aromat, z którym mi osobiście nie po drodze. Szczęśliwie nie przesadzono z jego mocą, bo dość szybko lokuje się blisko skóry.

główne nuty: rum, skóra, irys, miód, sandałowiec, cedr, oud, kadzidło, styrax, wanilia

Army-of-Lovers-Ad-_2

Z czasem Laurent Mazzone zaczął nadawać swym perfumom nieco bardziej wyrafinowane nazwy, rzadziej przywołując w nich jakąś konkretną nutę czy składnik (choć oczywiście poddał się modzie na oud i wydał Black Oud, będący w istocie bliskim krewnym Black Afgano Nasomatto). I dobrze. Tak jest moim zdaniem ciekawiej.

Dla Army Of Lovers z 2014 roku Laurent Mazzone pożyczył nazwę od szwedzkiego zespołu, znanego w latach 90-tych, którego jest od tamtych czasów zagorzałym fanem. Sam zapach ma w sobie coś z jego pełnej przepychu muzyki i barokowych strojów lidera grupy Alexandra Barda. Jest przede wszystkim bardzo zmysłowy, z przechyłem w kobiecą stronę, choć przy odrobinie otwartości ciekawie zabrzmi (aczkolwiek niejednoznacznie) na męskiej skórze. Nuty kwiatowe róży i fiołka, połączone z paczulą oraz kolendrą, a także nutami drzewnymi, na bazie z ambry piżm i miodu tworzą gęsty i zawiesisty, troszkę pudrowy, troszkę szminkowy, mroczny, nokturnowy i dekadencki, bardzo zmysłowy zapach, który – mając koncentrację perfumowego ekstraktu – trzyma się skóry w niemal niezmienionej formie przez długie godziny, całkiem wyraźnie projektując.

Z Army of Lovers mam wszakże ten dylemat, że nie wiem, czy chciałbym sam tak pachnieć, czy wolałbym jednak, że by tak pachniała moja – ad nomine – mroczna kochanka.

A może i jedno i drugie?

army-of-lovers-lm-parfums

główne nuty: kolendra, róża, fiołek, paczula, drewno sandałowe, mech dębu, miód, ambra , piżmo

Scandinavian Crime (2016) – nazwany tak (być może z premedytacją, być może przez przypadek), jak pochodząca z 2013 roku EP-ka reaktywowanego Army of Lovers, a przecież nawiązujący do legendarnego już szwedzkiego gatunku literackiego – charakteryzuje się udanym i zapadającym w pamięć zestawieniem wibrujących przypraw (z wyraźnym udziałem pieprzu i kardamonu, a także kolendry i imbiru) z subtelnym, kremowym, waniliowo-żywicznym tłem, zbudowanym z sandałowca, wanilii, kadzidła i labdanum. Warto wspomnieć obecność paczuli, tym razem schowanej, budującej orientalną głębię i zmysłowość zapachu. Paczula przewija się zresztą przez wszystkie opisane tu pachnidła LM Parfums, co skłania mnie ku podejrzeniom, że Laurent Mazzone ma do niej słabość (czemu wcale się nie dziwę). Ja z kolei mam ewidentną słabość do kardamonu (ok – do paczuli także, ale nie w każdym wydaniu), co potwierdziło się przy okazji testów Scandinavian Crime. Jeżeli zastosowany w perfumach w wyczuwalnej ilości (tak jest niemal zawsze, gdyż jest to nuta bardzo ekspansywna) – to jest on niemal gwarantem tego, że te przypadną mi do gustu. Tak jest i tym razem. Obok hipnotycznie pięknego Army of Lovers, Scandinavian Crime to mój absolutny faworyt spośród dotychczas poznanych pachnideł LM Parfums. Taki, którego flakon z chęcią widziałbym we własnej kolekcji.

LM Scandinavian Crime

główne nuty: pieprz, gałka muszkatołowa, kolendra, kardamon, imbir, paczula, oud, drewno sandałowe, ambra, piżmo, wanilia, kadzidło, labdanum

 

LM Parfums oferuje pachnidła przeznaczone dla wielbicieli gęstych, mocnych, orientalnie wyrafinowanych olfaktorycznych sygnatur. Jest w nich coś mrocznego i gotyckiego – w rozumieniu popularnego w latach 90-tych nurtu muzyki rockowej. To perfumy, które wydają się prost idealnie pasować do postaci pokroju Roberta Smitha (The Cure), Carla McCoya (Fields of The Nephilim), Andrew Eldritcha (The Sisters of Mercy) czy Anji Orthodox (Closterkeller), a także osób, które gustują w tego typu stylistyce, nie tylko zresztą muzycznej. Dla niektórych przecież to styl życia i bycia. I choć ja do nich nie należę, to jednak olfaktoryczna magia Laurenta Mazzone zaintrygowała mnie do tego stopnia, że jestem przekonany, iż nieraz jeszcze zagości on na Perfumowym Blogu. Bo mrok i czerń mają swój hipnotyczny urok…

Andrew Eldritch

„Więc wróciłem…

Po co płaczesz?

Gdy będę martwy,

Będziesz płakać mocniej?”

 

 

P.S. W artykule wykorzystano cytaty z tekstów piosenek zespołu Fields of the Nephilim: „At The Gates of Silent Memory” i „The Sequel”.

 

 

Bvlgari Man Black Cologne

Dwa lata po premierze Bvlgari Man in Black zapach doczekał się dwóch flankerów: świeższej wersji w postaci Black Cologne oraz oudowego Black Orient. Oba zapachy popełnił – podobnie jak wszystkie pozostałe z linii Bvlgari Man – niestrudzony i nieprawdopodobnie wprost pracowity i twórczy Alberto Morillas, które zdaje się przeżywać obecnie złote lata swej twórczości, przynajmniej gdy chodzi o liczbę premier, których jest autorem.

alberto_morillas

Cologne w nazwie nie wynika z tego, że mamy tu do czynienia z zapachem kolońskim, choć owszem znajdziemy tu pewne nawiązania do klasycznych kolońskich składników w postaci cytrusów czy kwiatu pomarańczy. Jednak Black Cologne to tak naprawdę świeższa i lżejsza wersja Man in Black. Perfumiarz „zremiksował” w niej aromat znany z Man in Black. Pozostawił w centrum zapachu charakterystyczną nutę rumu, ukierunkował jednak całość na świeższe obszary.

Nuta rumu znana z akordu otwarcia Man in Black (utrzymanego w klimacie Spicebomb Victor&Rolf), tam połączona z tytoniem i przyprawami, tu została ozdobiona nutami zielonymi i cytrusami. Poczujemy je przez krótki okres zaraz po aplikacji zapachu na skórze. Ten świeży początek chwilami budzi moje skojarzenia z klasycznym już Versace Pour Homme tego samego perfumiarza. W sercu kompozycji – obok wspólnej dla obu wersji tuberozy – znajdziemy koloński akcent w postaci kwiatu pomarańczy – miast irysa i skóry obecnych w wersji pierwotnej. Baza Black Cologne to połączenie ambry, piżm i dominującej drzewnej nuty sandałowca, podczas gdy w Man in Black znajdziemy cieplejsze rozwiązanie tematu: gwajak, tonka i beznoes. Baza jest tu bardziej wytrawna, lżejsza, sucha i bardziej lotna, niż Man in Black, ale jednocześnie – co ciekawe – dużo trwalsza, szczególnie na skórze (Man in Black wyjątkowo długo trzyma za to na odzieży, zaś na skórze krócej).

Musze podkreślić, że choć Black Cologne ogólnie bardzo przyjemnie układa się na skórze, to szczególnie akord bazy jest jego silną stroną. Jest zaskakująco intrygujący, ładnie projektujący i długotrwały. Mimo, że lubię rumowo-tytoniowo-gwajakowe Man in Black to  pod względem finiszu wersja Cologne przekonuje mnie bardziej.

Mimo więc różnic co do kierunku, w jakim rozwija się Black Cologne, oba zapachy są do pewnego stopnia do siebie podobne, mają bowiem ten sam motyw przewodni. Warto dodać, że – co charakterystyczne dla Morillasa – gra on tutaj składnikami w niezwykle zręczny sposób. Mamy do czynienia z od początku do końca zrównoważona kompozycją perfumową zrobioną wg wszelkich prawideł współczesnego perfumowego mainstreamu, w której wszystkie składniki „grają” na ostateczny efekt, bez dominowania nad resztą. Każdy, kto zna minimalistyczny styl Morillasa i jego niezwykły talent w tworzeniu zapachów świeżych, nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie, jak pachnie Black Cologne. Podobnie każdy, kto zna pozostałe zapachy Bvlgari z linii Man raczej wie, czego spodziewać się po Black Cologne. Solidnego, kompetentnie wykonanego, aczkolwiek bardzo bezpiecznego, nastawionego na masowego klienta pachnidła.

 

bvlgari-man-black-cologne

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, rum

nuty serca: tuberoza, kwiat pomarańczy

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 3,5/ oryginalność: 3,5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

By Coolife – odblokowywanie czakramów

Perfumy to taka dziedzina artystycznego rzemiosła (a czasem sztuki), w której inspiracje mogą pochodzić niemal zewsząd, a granicą może być wyłącznie ludzka wyobraźnia. Współczesna perfumeria coraz rzadziej bazuje na wymyślonych historiach z przeszłości, na opowieściach o królewskich rodach i ich perypetiach, a coraz częściej szuka inspiracji we współczesności, w przyrodzie, w nauce, technice, ludzkiej naturze, a czasem także w religiach i wierzeniach. W przypadku Coolife – marki będącej bohaterem tego wpisu – motywem przewodnim są tzw. czakry związane z hinduizmem i jogą.

czakry

Coolife to marka stworzona i prowadzona przez dwie mieszkające w Nowym Jorku Francuzki: Carole Beaupre i Pauline Rochas (wnuczka twórców imperium modowego Rochas). Od 2000 roku zajmują się one profesjonalną fotografią produktów luksusowych. Od niedawna tworzą wspólnie z profesjonalnymi perfumiarzami (Patricia Choux i Yann Vasnier) pachnidła mające stymulować i uaktywniać tzw. czakry,  a więc – według hinduizmu – ośrodki energetyczne wpływające na ludzkie życie i zdrowie. A że głównych czakr jest siedem – tyle właśnie zapachów tworzy kolekcję nazwaną By Coolife 7. Wszystkie siedem zapachów jest gotowych, czego potwierdzenie znalazłem podczas tegorocznych targów Esxence (stoisko Coolife prezentowało wszystkie 7 kompozycji). Natomiast póki co do sprzedaży trafiły cztery z nich, pozostałe trzy będą dołączane sukcesywnie. Ot taka strategia wejścia…

Coolife 02

Pierwsze pachnidło nazwane bezpretensjonalnie Le Premier Parfum zaprezentowano w 2014 roku. Aktywuje czakrę sakralną, zwaną Svadishtana, odpowiedzialną za emocje i twórczość. Ma odblokować zmysłowość, ciepło i miłość. Jest to kompozycja bazująca na siedmiu głównych składnikach, tworzących całość stanowiącą rodzaj zapachowego afrodyzjaka. Dominuje tu esencja paczuli osadzona na mieszance kilku gatunków drewna sandałowego połączona z ylag ylang i pogłębiona zmysłowym labdanum.

Carole+Beaupre+Patricia+Choux+Osswald+NYC+_JIC8ZyaY52l
Coolife i Patricia Choux (w środku), foto: Zimbio.com

Ten uniseksowy zapach jest z założenia minimalistyczny, skomponowany bez klasycznej piramidy nut, i tylko minimalnie ewoluuje na skórze. Pachnie zaskakująco delikatnie (a paczula potrafi przecież być bardzo wyrazista). Jest w swym minimalizmie dość kojący, spokojny, ale przez to zupełnie mnie nieekscytujący. Ot taka subtelna paczulka dla początkujących…

Trudno nazwać Le Premier Parfum mocnym debiutem – raczej nieśmiałym preludium, bo z jednej strony mamy bardzo francuskie nuty, z drugiej iście nowojorską powściągliwość i olfaktoryczną poprawność, która zresztą okaże się być immanentną cechą perfum proponowanych przez Coolife.

LePremierParfumbyCoolifePackShot

główne nuty: ylang ylang, paczula, drewno sandałowe, labdanum

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

Drugie pachnidło Cooolife Le Deuxieme Parfum ujrzało światło dzienne w 2015 roku. Jest miksturą mającą aktywować czakrę serca zwaną Anahata, jedną z głównych funkcji której jest uczucie miłości. Także i tym razem Carole Beaupre, Pauline Rochas i Patricia Choux zdecydowały się na minimalistyczną, siedmioskładnikową kompozycję bez wyraźnie zaznaczonych akordów głowy, serca i bazy. Powstał miły dla nosa, subtelny, ciepły, zmysłowy bukiet o delikatnej nucie kwiatowo-balsamiczno-piżmowej, który wydaje mi się bardziej odpowiedni dla kobiecej aniżeli męskiej skóry. Jego cherlawe parametry dalekie są od moich ideałów (choć zaskakująco po kilkudziesięciu minutach staje się nieco bardziej wyczuwalny), ale przecież nie każdy lubi pachnieć mocno i wyraziście, prawda? Zresztą, gdy już jesteśmy przy miłości, to Le Deuxieme wydaje mi się doskonałym wyborem na ten moment, który następuje zanim kobieta zanurzy się w męskie ramiona w poszukiwaniu… miłości właśnie.

ledeuxiemeparfum

główne nuty: bergamotka, kwiat pomarańczy, ylang ylang, balsam Peru,

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

 

2015 rok przyniósł aż dwie premiery Coolife. Po Le Deuxieme przedstawiono Le Troisieme Parfum aktywizujący czakrę słoneczną zwaną Manipura, odpowiedzialną m.in. za ambicję, kontrolę i karierę. Zapach – skomponowany przez ten sam zespół, który stworzył dwa poprzednie – cechuje znany już minimalizm (siedem składników) i prostota oraz niewątpliwy urok. Tradycyjnie już brak mu wyraźnego charakteru (choć projektuje jednak nieco lepiej, niż „jedynka” czy „dwójka”). Nie formułuję tego jako zarzut, raczej jako cechę tego i pozostałych dwóch pachnideł Coolife. To świadomie przyjęta przez twórczynie konwencja, więc wypada ja zaakceptować i nie czynić z niej powodu do krytyki. Le Troisieme wyróżnia się subtelnie kolońskim i lekko zielonym charakterem, a to za sprawą kilku ingrediencji, które historycznie już tworzą tego typu aromaty: cytrusy, neroli, wetiwer. Tu zapach jest udekorowany jaśminem, wzmocniony kardamonem i jagodami jałowca oraz utrwalony piżmem. Budzi we mnie swobodne skojarzenia z Cologne Thierry Muglera czy Original Vetiver Creeda, choć odróżnia się do nich indywidualnym, bardziej delikatnym, subtelnym charakterem. Idealny jako poranne orzeźwienie w upalny dzień. Sprawdzi się zarówno na męskiej, jak i kobiecej skórze.

coolife.letroisiemeparfum 2

 

główne nuty: cytrusy, neroli, jaśmin, jagody jałowca, kardamon, wetiwer, piżmo

twórca: Patricia Choux

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ****

 

Ostatnie jak dotąd pachnidło Coolife to The Quatrieme Parfum. Jest to zarazem pierwsze, które mnie przekonuje, a nawet więcej – które bardzo mi się spodobało. Ale by tak się stało, musiała zajść pewna istotna zmiana – nad czwartym zapachem pracował z Carole i Pauline niejaki Yann Vasnier, perfumiarz znany m.in. z doskonałych pachnideł Toma Forda, Arquistec czy Parfums Divine. I albo to jego styl i warsztat albo kierunek obrany przez obie kreatorki (albo jedno i drugie) wpłynęły pozytywnie na efekt końcowy.

Yann Vasnier
Yann Vasnier

La Quatrieme otwiera podstawową czakrę zwaną Muladhara odpowiedzialną za bezpieczeństwo i przetrwanie. Jest też symbolem związku człowieka ze swymi ziemskimi korzeniami. Zapach symbolizuje to połączenie i ma w założeniu erotyczny i wyrazisty charakter. W praktyce Coolife powraca swym czwartym zapachem do paczuli, tym razem jednak w kombinacji z mocniejszymi, bardziej charakternymi składnikami. W efekcie otrzymujemy pachnidło z początkowo mocnym, męskim akordem rumowo-tytoniowym (tytoń aromatyzowany śliwką!), spod którego wyziera paczula. Ten zestaw ustawia zapach na dłuższy czas, by później zrobić miejsce zmysłowej bazie, w której wciąż obecna paczula pięknie komponuje się z balsamami i wanilią.

La Quatrieme Parfum bije na głowę pozostałe trzy zapachy Coolife charakterem, mocą, projekcją i trwałością, ale także i swą treścią. Jest zdecydowanie niebanalny, intrygujący i wg mnie bardzo zmysłowy. Jest uniseksem z lekkim przechyłem w męską stronę. Mój wybór pada zdecydowanie na niego. Od początku do (późnego) końca pachnidło to uwodzi mnie nakłaniając moje słabe czakramy do nabycia własnego flakonu…

Czy w kolejnych trzech zapachach Coolife pójdzie drogą wytyczona przez trzy pierwsze czy może przez ten czwarty? Czas pokaże. O ile dobrze pamiętam, premiera Le Cinquieme Parfum już we wrześniu.

Ja tymczasem muszę zdusić swoją słabą czakrę. Czy ktoś może zna na to sposób?

 

coolife la quatrieme

 

główne nuty: rum, liście tytoniu, paczula, mirra, balsam Peru, miód, wanilia, śliwka

twórca: Yann Vasnier

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: *****

 

P.S. Zapachy Coolife dostępne są w krakowskiej perfumerii Lulua.

Zoologist Perfumes: perfumowa menażeria

Dziś na blogu goście wyjątkowi. Przybyli prosto Kanady. Jegomoście: Bóbr, Panda, Nosorożec, Nietoperz i Koliber to prawdziwa zapachowa menażeria. Zwierzęce towarzystwo nie mające w perfumerii precedensu. Olfaktoryczny portret każdego z nich składa się na nowatorska kolekcję pachnideł marki Zoologist Perfumes. Jej twórcy nie kryją bezgranicznej miłości do zwierząt i fascynacji fauną, będąc jednocześnie wielbicielami perfum. Połączenie obu pasji zaowocowało tą niezwykłą i unikatową kolekcją perfum, którą dziś mam przyjemność przedstawić.

Wszystkie bez wyjątku pachnidła Zoologist przykuły moją uwagę przede wszystkim oryginalnym i świeżym pomysłem, ale też nieszablonowością, unikatowością i naturalną aurą, wskazującą na duży udział składników pochodzenia naturalnego w formułach. Choć oczywiście nie brak w nich ingrediencji czysto syntetycznych, czego autorzy nie kryją (np. wszystkie użyte tu nuty tzw. zwierzęce w istocie nie pochodzą ze składników zwierzęcych, tylko są ich syntetycznymi odpowiednikami, co oczywiste zważywszy na fakt, że twórcy są przecież miłośnikami zwierząt). Wszystkie zapachy mają wysoką 20%-ową koncentrację  substancji zapachowych, kwalifikującą je jako pełnoprawne wody perfumowane.

Na osobne potraktowanie zasługuje oryginalny i bardzo udany design flakonów oraz niezwykłe graficzne wizerunki poszczególnych zwierzaków, które mojemu pokoleniu czytelników mogą niekoniecznie pozytywnie kojarzyć się z pewną mroczną brytyjską baśnią rysunkową…(zgadnijcie jaką?).

zoologist-perfumes-beaver-rhino-panda

Bat (Nietoperz) – nietoperz owoco-lubny…

Bat to moim zdaniem najbardziej niesamowity zapach w zoologicznej kolekcji.Początkowo jest nieco trudny, z pewnością kontrowersyjny, przynajmniej przez pierwsze kilkadziesiąt minut, gdy dominują w nim bardzo sugestywne, naturalistyczne nuty mchu, ziemi, pleśni, korzeni i fermentujących owoców (aromaty naturalnego środowiska oraz menu nietoperzy?). Bat przypomina mi pod tym wzgledem 5 Elements Ramona Molvizara, Forrest Walk Sonoma Scent Studio czy Black March I Hate Perfumes (czy ktoś jeszcze o tych pachnidłach w ogóle pamięta?).

Fruit_Bat_Drinking_Orange_Juice_600

Jednakże moja skóra obchodzi się z Nietoperzem – muszę przyznać – bardzo wdzięcznie. W miarę upływu czasu bowiem to, co na testowym papierku sprawiało wrażenie eksperymentu, w którym noszalność położono na szali z bezkompromisową realizacją konceptu, na skórze układa się w całkiem intrygujące i coraz bardziej przyjemne pachnidło zielono-mszysto-wetiwerowe. Wciąż niszowe w swej formie, ale zdecydowanie przyjazne użytkownikowi. Bat jest więc przykładem pachnidła skonstruowanego w taki sposób, by zaszokować niecodziennymi, trudnymi akordami głowy i serca, a następnie wynagrodzić noszącym go śmiałkom w postaci bardzo trwalej, wyraźnie wyczuwalnej, pięknej, głębokiej, w moim mniemaniu męskiej bazy, w której kluczową rolę odgrywa wetyweria, drewno sandałowe i tonka, utrwalone piżmami.

Warto wiedzieć, że Dr Ellen Covey – twórczyni tych perfum i jednocześnie uniwersytecka pani profesor studiująca naturę nietoperzy – otrzymała za Bat w 2015 roku nagrodę Art and Olfaction Awards, a inspiracją dla powstania tego pachnidła był tzw. Fruit Bat, nietoperz żywiący się owocami.

Zoologist Bat Bottle

Nuty głowy: banan, miękkie owoce, wilgotna ziemia,

Nuty serca: figa, owoce tropikalne, nuty mineralne, mirra, żywice, korzenie roślin,

Nuty bazy: puszyste piżmo, skóra, wetiwer, drewno sandałowe, bób tonka

twórca: Ellen Covey

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Hummingbird (Koliber) – wiosna, ach to ty!

Hummingbird to złożony z wielu składników kwiatowych i owocowych posadowionych na głębokiej ambrowo-tonkowo-drzewnej bazie uroczy, ciepły zapach, który zachwyca swą bezpretensjonalną, ale i niebanalną urodą praktycznie od pierwszych sekund, wykazując wszakże dość wyraźną ewolucję na skórze. Z racji swojego charakteru wydaje się być propozycją skierowaną bardziej do płci pięknej, na co może także wskazywać wizerunek Kolibra na flakonie, przyodzianego w ewidentnie damskie szaty. Niemniej Koliber zagra spokojnie także i na męskiej skórze.

wiosenna łąka

Zapach otwiera się akordem owocowym, w którym niezwykle wyraźnie prezentuje się nuta jabłka. Czuję tu także w tle nutę zbliżoną do kwiatu pomarańczy. Z czasem do głosu dochodzą kwiaty złożone w jeden zrównoważony bukiet, w którym żaden z nich nie dominuje. Subtelnie użyta nuta miodu wzmaga wrażenie obcowania z aromatami nektarów wąchanymi prosto z kwiatowych kielichów. Baza jest balsamiczna, ambrowo-waniliowa, słodkawa i zmysłowa, nieco kulinarna.

Koliber to zapach bardzo słoneczny, urodziwy, idealnie wiosenny. To wręcz zabutelkowany aromat wiosny. Ciepło, słońce radość i nadzieja we flakonie. Czy to możliwe? Owszem, jeśli to Hummingbird od Zoologist Perfumes. Zabrzmiało jak kiepski slogan reklamowy, prawda?

Zoologist Hummingbird

Nuty głowy: jabłko, wiśnia, cytrusy, lilia, konwalia majowa, śliwka, róża, liście fiołka

Nuty serca: miód, wiciokrzew, mimoza, piwonia, tulipan, ylang-ylang,

Nuty bazy: ambra, kumaryna, bita śmietana, mech, piżmo, drewno sandałowe, jasne drewno

twórca: Shelley Weddington

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Rhinoceros (Nosorożec) – tylko dla prawdziwych facetów…

Początek kojarzy się z mocnym szlachetnym alkoholem w gatunku brandy lub whisky. Słodko-gorzki, z nutką winnych tanin, doprawiony szafranem, zdecydowanie męski aromat. Później wyraźniejsza staje się woń tytoniowo-drzewno-skórzana, która dominuje już do końca, powoli gasnąc. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Nosorożec to pachnidło dedykowane płci silnej. Bezkompromisowe, nieco brudne, szorstkie, twarde, przy tym bardzo oryginalnie pachnące, mimo pewnych skojarzeń z perfumową estetyką marki Frapin (np. Terre de Sarment). Zapach rozwija się minimalnie, będąc przez większość czasu tym, czym jest na samym początku. Przewidywalny, konsekwentny, mocny, szorstki i trwały, choć po początkowym okresie głośności wycisza się i raczej szepcze. Jak prawdziwy mężczyzna…. ujarzmiony?

Troszkę szkoda, że Rhinoceros lepiej pachnie na papierku, niż na mojej skórze, która wyraźnie skraca jego żywot i odbiera mu sporo ekspresji… Myślę, że obfitsza aplikacja może jednak temu przynajmniej częściowo zaradzić.

Zoologist Rhinoceros-Wild-Roots_grande

Nuty głowy: rum, bergamota, lawenda, żywica elemi, szałwia, bylica, igliwie,

Nuty serca: sosna, tytoń, nieśmiertelnik, geranium, drewno agarowe, chiński cedr,

Nuty bazy: wetiwer, drewno sandałowe, ambra, dym, skóra*, piżmo*

twórca: Paul Kiler

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Beaver (Bóbr) – Jego Brudna Czystość…

Bóbr to zapach niezwykły. Kryjący w sobie niespodziankę, swoiste drugie dno. Początkowo świeży, nieco detergentowy, morski z starym stylu (calone?), z odrobiną lipowego nektaru i zaledwie prześwitami lekko animalnej nuty piżmowej, która jakby zapowiadała, co wydarzy się w sercu. A tam… No właśnie…. Czymże może bowiem pachnieć bóbr, jeśli nie kastoreum? A jakże. Oto ono w pełnej (choć syntetycznej) krasie ze swą nie każdemu odpowiadającą zwierzęcą, nieco fekalną naturą. Spora jego dawka w połączeniu z piżmami oraz użytą w bazie zapachu ambrą czyni z Bobra prawdziwego futrzanego zwierzaka (jakby na co dzień nim nie był…), który spokojnie stanie w „smrodkowe” szranki z Muscs Koublai Khan Serge’a Lutensa czy Musc Tonkin Parfum d’Empire, aczkolwiek wygra je, o ile jury będzie w sposób szczególny oceniać urodę.

beaver3

Beaver jest z pozoru bowiem urodziwy, jednak pod tą ładną maską kryje się jego prawdziwe zwierzęce ja. Dziwnie odstręczające i przyciągające zarazem. Ot taki Jekyll i Hyde w jednej – rzecz jasna – osobie. Mimo podobieństw i skojarzeń z innymi niszowcami, muszę podkreślić, że Beaver to indywidualista. To nie tylko miły początek i wspomniane zwierzęce serce, ale także kilka innych ingrediencji (wanilia, irys, cedr), które nadają całości naprawdę unikatowej woni. Trudne nuty nie są tu zresztą obecne przez cały czas, bowiem zmysłowy i komfortowy, piżmowo-ambrowy finisz ma dużo mniej kontrowersyjny charakter, niż mogłoby to się na początku wydawać.

Beaver to zapach nowatorski i śmiały (jakkolwiek dziwnie to brzmi w kontekście tego futrzaka…) głównie za sprawą nagromadzenia „odzwierzęcych” woni. W związku z tym, czym jest i z czego powstał, trzyma się skóry wyjątkowo skutecznie. Jest najodważniejszym z pachnideł Zoologist, kontynuującym najlepsze niszowe tradycje. Osobiście tego typu zapachy traktuję jako ciekawostkę, bo raczej brak mi odwagi, by je na dłuższą metę nosić. Obiektywnie jednak Beaver to w swoim gatunku świetne pachnidło, warte co najmniej przetestowania, jeżeli nie regularnego używania, o ile ktoś nie obawia się… no wiecie, czego….

Zoologist Beaver-60ml-Front_grande

Nuty głowy: kwiat lipy, świeże powietrze, piżmo, cytrusy,

Nuty serca: kastoreum, irys, wanilia, dym, ściółka leśna,

Nuty bazy: piżmo, popiół, cedr, ambra

twórca: Chris Bartlett

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Panda – przechadzka po zielonej dżungli

Reprezentant gatunku pachnideł zielonych, Panda, to zapach złożony z nut nieobcych sympatycznemu chińskiemu misiowi w jego naturalnym środowisku. Bambus, zisu, syczuański pieprz, zielona herbata, cytron zwany „Ręką Buddy”, osmantus, mimoza. Dobór składników zaiste nie jest tu – podobnie jak w pozostałych zapachach Zoologist – przypadkowy. Składają się one na zieloność o niezwykłej intensywności, wyczuwalną głównie w pierwszych kwadransach trwania zapachu na skórze. Z czasem pojawiają się subtelne aromaty kwiatowe, które budują serce zapachu. Charakterystyczna zielono-wetiwerowa baza wieńczy to równie jak Hummingbird sympatyczne i wdzięczne, jednocześnie dość nieskomplikowane i czytelne zapachowe dziełko.

Zoologist Panda-bottle_grande

Nuty głowy: cytron Ręka Buddy, bambus, pieprz syczuański, zielona herbata, mandarynka, liście pachnotki zwyczajnej,

Nuty serca: osmantus, kwiat pomarańczy, lilia, mimoza, kadzidło,

Nuty bazy: drewno sandałowe, korzeń Pemou, cedr, delikatne piżmo, wetiwer z Bourbon, haitański wetiwer, wilgotny mech

rok premiery: 2014

twórca: Paul Kiler

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Szczerze polecam niezwykłe zapachy Zoologist Perfumes wszystkim wielbicielom niszy, osobom szukającym w perfumach swego rodzaju przygody, amatorom aromatów niespotykanych i pomysłowych. Również tym, którzy zapomnieli już, jaka to frajda i radość testować nowe pachnidła. Kanadyjska marka zapewnia bowiem atrakcyjny powiew świeżości i nadziei na coraz bardziej zatłoczonym, rozcieńczonym , jałowym i wtórnym rynku perfum niszowych.

Zapachy Zoologist można przetestować i nabyć w krakowskiej perfumerii Lulua.

Frederic Malle Editions de Parfums „Monsieur.”

Mało która marka perfumowa równie mocno ekscytuje mnie każdą premierą nowego zapachu co Editions de Parfums Frederica Malle. Amouage, Maison Francis Kurkdjian i nie wiem, czy cokolwiek jeszcze… no może Creed i Tom Ford Private Blend. Moja ekscytacja sięga oczywiście zenitu, gdy nowe pachnidło dedykowane jest mężczyznom, i gdy stoi za nim ceniony przeze mnie perfumiarz. Gdy do tego dodam dobrze brzmiącą nazwę oraz – co bywa ważne – sugestywną fotografię towarzyszącą zapachowi, a także dobre „hasło reklamowe”, przygotowuję się na spotkanie z czymś co mnie mam nadzieję poruszy. I tu dochodzę do tematu wpisu, czyli najnowszego pachnidła Frederica Malle dedykowanego mężczyznom.

Monsieur.

Frederic Malle Monsieur

Frederic Malle zaprasza do współpracy perfumiarzy jego zdaniem najlepszych, ale jednocześnie takich, z którymi znajduje wspólny język. Najlepiej – jak twierdzi – pracuje mu się z weteranami branży: Mauricem Roucelem, Jean-Claudem Elleną, Dominiquem Ropionem czy Carlosem Benaimem. Ma z nimi wspólne perfumowe wspomnienia i te same punkty odniesienia. Panowie rozumieją się niemal bez słów, jak starzy, doświadczeni muzycy jazzowi, gdy przyjdzie im razem zagrać znane standardy lub wspólnie improwizować.

Jednak nad Monsieur. Frederic Malle współpracował z Bruno Jovanovicem, przedstawicielem młodszego pokolenia „nosów” IFF. Obaj panowie stworzyli już wcześniej Dries Van Noten par Frederic MalleJovanovic zaperfumował też trzy świece z kolekcji Malle. Współpraca z tym perfumiarzem ma z pewnością nieco inny charakter (Bruno to rocznik 1975), ale musi być bardzo udana, skoro i tym razem Frederic Malle postawił na Jovanovica. Tym razem imię i nazwisko perfumiarza znalazło się na flakonie Editions de Parfums, a to najwyższy rodzaj uznania i najlepsza możliwa obecnie rekomendacja w perfumiarskim światku.

Malle and Jovanovic
Frederic Malle i Bruno Jovanovic podczas oceny zapachu w laboratorium

 

Monsieur. moim zdaniem wpisuje się w dotychczasową stylistykę i filozofię marki Fredrica Malle, która w skrócie – wedle słów samego twórcy – polega na przywracaniu klasycznej artystycznej perfumerii najbardziej wymagającej klienteli poprzez publikowanie perfum inspirowanych Haute Parfumerie, ale tworzonych wg współczesnych reguł i z wykorzystaniem możliwości, jakie daje współczesna chemia i technika.

Jak więc pachnie Monsieur.? Pachnie… paczulą, esencji której w formule jest ponad 50%(!). Frederic Malle twierdzi, że Monsieur. jest dla paczuli tym, czym Carnal Flower dla tuberozy. A ja dodałbym jeszcze, że jest także tym, czym Vetiver Extraordinaire dla wetywerii. Współczesną interpretacją klasycznego tematu z użyciem najbardziej wyrafinowanych obecnie dostępnych składników, bazującą na tzw. przedawkowaniu (overdose) głównej ingrediencji. W związku z tym nasuwa mi się pewna analogia. Otóż Vetiver Extraordinaire (2002) można śmiało nazwać współczesnym odpowiednikiem klasycznego Vetiver (1959) od Guerlain. W tym kontekście Monsieur. w swej treści jawi mi się jako współczesna wersja Gentleman (1974) od Givenchy, klasycznego pachnidła szyprowo-skórzanego z paczulową dominantą. Nie wiem, czy to przypadek, ale nawet w towarzyszącym zapachowi haśle Monsieur. A Gentleman’s Perfume odnajduję to nawiązanie klasyka Givenchy…

Monsieur. to neoklasyczne, sentymentalne, wyrafinowane i wyraziste pachnidło dla dojrzałego mężczyzny, szczególnie tego dobrze pamiętającego lata 70-te.

Zapach ewoluuje na skórze od mocnego, intensywnego i bardzo intrygującego początku, w którym paczula ma pewną dozę oryginalnej dymności, a której towarzyszy łagodząca charakterny początek mandarynka. Owa niby-dymna nuta być może wynika z zastosowanego tu absolutu rumu. W każdym razie czuć, że panowie mocno popracowali nad akordem głowy. Jest bardzo oryginalny, unikatowy, przykuwający uwagę i powodujący tzw. „efekt wow”. Robi wrażenie!

W sercu zapachu niepodzielnie już rządzi wyrazista paczula. Choć nie pachnie ona ani vintage’owo ani stricte niszowo (czyt. bezkompromisowo), nie jest też lekką i zwiewną nowoczesną paczulą znaną z np. Mistral Patchouli Atelier Cologne. Ma swój ciężar gatunkowy, pachnie naturalnie i nie pozostawia wątpliwości co do swego absolutnie rozpoznawalnego charakteru. Pozostałe zastosowane tu ingrediencje (cedr, kadzidło) tworzą dla niej solidne tło. Nie wyczuwam ich indywidualnie.

Baza Monsieur właściwie pachnie jak pochodna serca. Woń paczuli dominuje, choć jest subtelniejsza i pozbawiona dymności. Utrzymuje się na skórze praktycznie do samego końca trwania zapachu, na co z pewnością wpływ mają zastosowanie tu piżma, ambra i wanilia.

Zapach ma elegancką projekcję, tzn. nie przytłacza, nie wypełnia pomieszczenia, ale jest bardzo dobrze wyczuwalny w pobliżu noszącego i pozostawia intrygujący ogonek. Wszak prawdziwy dżentelmen we wszystkim zna umiar, także w sposobie, w jaki pachnie. Trwałość zbliżająca się do 10 godzin to wynik optymalny, przy czym ostatnie kilka godzin to etap bardziej subtelnej, choć wciąż wyczuwalnej projekcji. Pod względem typowo użytkowym zapach więc absolutnie nie zawodzi.

Na koniec mam dwie refleksje dot najnowszego dzieła Frederica Malle. Otóż, po pierwsze, zapach ten jest już kolejnym po Eau de Magnolia i Cologne Indelebile potwierdzeniem, że sprzedaż marki Frederic Malle koncernowi Estee Lauder póki co nie odbiła się negatywnie ani na jakości ani na stylu perfum Frederica Malle. Monsieur. jest bardzo spójny z estetyką i filozofią marki i ma jednocześnie zadatki na „goodseller”. Jest też logiczną kontynuacją kolekcji i wartościowym jej uzupełnieniem o zapach o dominancie paczulowej, którego dotąd w niej brakowało. Mam tylko jedno zastrzeżenie, i to jest moja druga refleksja. Otóż

po zapachu nazwanym Monsieur. i pochodzącym od Fredrica Malle spodziewałbym się jednak czegoś bardziej unikatowego pod względem treści, aniżeli „zaledwie” doskonałe – to fakt – perfumy paczulowe. Chciałbym, by Monsieur. był próbą zaproponowania czegoś nowego, co z czasem miałoby szansę stać się męskim klasykiem. Prezentacją jakiegoś nowego akordu lub jakiejś nowej odciskającej mocne piętno na zapachu ingrediencji, czymś bardziej kreatywnym, a nie jedynie doskonałą reinterpretacją bardzo popularnego w latach 70-tych tematu paczulowego.

Malle nie raz udowadniał, że potrafi stworzyć nową treść – weźmy Musc RavageurPortrait of a Lady, French Lover czy Dries Van Noten. Wszystkie te pachnidła wyróżnia unikalny charakter, oryginalną i natychmiast rozpoznawalna woń. I to jest jedyny mój zarzut wobec nowego pachnidła Frederica Malle – zachowawczość i niedobór kreatywności, z której marka ta dotąd była znana. Wszak nosząc Monsieur. owszem będę czuł się wyjątkowo, bo to doskonałe perfumy, ale koniec końców pachniał będę jednak głównie paczulą i – koniec końców – tylko paczulą…

Editions-de-Parfums-Frederic-Malle-Bruno-Jovanovic-Monsieur

nuty głowy: mandarynka, absolut rumu

nuty serca: paczula (ponad 50%), kadzidło, cedr,

nuty bazy: ambra, piżmo, wanilia

twórca: Bruno Jovanovic/ Frederic Malle

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Carner Barcelona „Palo Santo”

Hiszpańska marka prowadzona przez Sarę Carner właśnie przedstawiła swoje najnowsze dzieło – Palo Santo, inspirowane popularnym w Hiszpanii drewnem gwajakowym używanym m.in. do aromatyzowania pomieszczeń czy aromaterapii. W związku z tym, w skład tej oryginalnie pachnącej kompozycji wszedł olejek z gwajaku paragwajskiego, którego drzewną naturę wzmocniono cedrem. Ale Palo Santo bardzo różni się od znanych mi pachnideł z gwajakowcem w roli głównej, nie jest także typowym zapachem drzewnym. Przede wszystkim za sprawą niecodziennego, kulinarnego entourage’u nut drzewnych. Najpierw – w ramach akordu głowy – pojawia się intensywna mieszanka owocowej davany i rumu, później zaś zaskakuje bardzo sugestywny akord ciepłego mleka, w którym rozpuszczono laskę wanilii, a całość posłodzono kumaryną. Efekt jest kwaśnomleczno-karmelowy i rzeczywiście niecodzienny do tego stopnia, że podczas pierwszych testów aromat ten może nawet nieco odrzucać, szczególnie jeżeli ktoś ma nienajlepsze skojarzenia z dzieciństwem i nie zawsze świeżym mlekiem… 🙂

palosantouses-1050x700

Ale zaręczam, że kolejne testy pozwalają przyzwyczaić się do niego i docenić niezwykła urodę tego pachnidła. Zresztą kwaśna nutka dość szybko zanika i pozwala w pełni cieszyć się puszystym waniliowo-mleczno-drzewnym sercem. Im bliżej finiszu, tym wyraźniej rysuje się budujący bazę wetiwer, który – nieco dla mnie zaskakująco – kończy tę niezwykłą olfaktoryczną konstrukcję.

Palo Santo wyraźnie ewoluuje od rumowego początku przez drzewno-mleczno-waniliowe serce, aż po wetiwerowy finisz. Jego gwajakowa natura jest więc dość mocno zawoalowana poprzez nuty kulinarne.

Shyamala-maisondieu-of-givaudan-perfumer

Zapach skomponowała Shyamala Maisondieu znana ze swych zdolności do wyjątkowego i niesztampowego opracowywania nut drzewnych (patrz choćby Succus czy Saltus Les Liquides Imaginaires).

Drzewno-kulinarny koncept wcześniej z powodzeniem zrealizował już Frederic Malle w Dries Van Noten, tyle że tam miast mleka i gwajaku mieliśmy mleczny Sacrasol i sandałowiec z Mysore. Palo Santo realizuje podobny pomysł, ale w inny sposób i pachnie inaczej niż dzieło Bruno Jovanovica, choć oba zapachy mają podobnie ciepłą, komfortową i otulającą aurę, idealną na jesienno-zimowy czas.

Paolo Santo to udane, oryginalne i unikatowe pachnidło Carner Barcelona, do tego o satysfakcjonujących parametrach użytkowych. Gratuluję Sarze Carner i zachęcam do testów.

Carner Palo-Santo

nuty głowy: davana z Indii, akord rumu

nuty serca: ciepłe mleko, gwajakowiec z Paragwaju, bób tonka z Wenezueli

nuty głębi: cedr z Maroka, wetiwer z Haiti, amyris z Dominikany, wanilia z Madagaskaru

twórca: Shymala Maisondieu

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****