Puredistance – prawdziwy perfumowy luksus

Czasem zastanawiam się nad tym, czym współcześnie jest w perfumerii luksus? W jaki sposób go określić? Co wyznacza jego ramy w czasach, gdy pachnidła z logotypami znanych designerów mody, niegdyś uznawane za luksusowe, stały się ogólnodostępne w wyniku strategii nastawionej na maksymalizacje sprzedaży, której w sukurs przyszedł rozwoju e-handlu?

O tym, że perfumy są luksusowe, stanowi kilka czynników. Po pierwsze – i najważniejsze – jakość kompozycji i użytych w niej składników. Tu nie może być drogi na skróty. Koneserski nos natychmiast wychwyci fałsz, kiepską jakość lub słabą kompozycję. Jakości składników powinna towarzyszyć też wyższa niż przeciętna koncentracja pachnącej esencji, choć nie jest to warunkiem koniecznym i zależy tak naprawdę od intencji twórców perfum. Po drugie flakon – zarówno jakość jego wykonania, jak i materiały, z których został zrobiony. Niedoróbki wykonawstwa – np. kiepsko spasowana zatyczka, niedokładnie naniesione elementy graficzne czy np. cieknący atomizer dyskwalifikują perfumy jako luksusowe. Po trzecie opakowanie – zwykły tekturowy kartonik zdecydowanie nie ma luksusowego charakteru, tu trzeba czegoś więcej – eleganckiego skórzanego etui, drewnianej szkatułki, lub co najmniej solidnej – przepraszam za wyrażenie – tekturowej „trumienki” obitej skórą lub innym wysokiej jakości materiałem, w której wygodnie leży sobie flakon. Po czwarte – relacja z klientem. Marka sprzedająca perfumy luksusowe nie ogranicza się li tylko do sprzedaży swych produktów, ale tworzy z klientem relację opartą na wyjątkowym do niego podejściu. Klient nabywając taki produkt staje się też częścią marki, jej wewnątrznago świata, wyznawanego przez nią systemu wartości. Wierny (czyt. powtarzający zakupy) klient informowany jest o wydarzeniach z życia marki, obdarowywany jest cennymi podarunkami przy różnych okazjach, a właściciel marki nawiązuje z nim czasem bezpośrednią relację poprzez rozmowy lub korespondencję. Po piąte – ograniczona dostępność. Towar luksusowe nie mogą być dostępne byle gdzie. Starannie wyselekcjonowane punkty sprzedaży, które zadbają nie tylko o odpowiednią prezentację produktu, ale też o odpowiedni serwis – pełną informację na jego temat, przekazywaną zgodnie z wytycznymi marki. Sprzedaż internetowa jest w obecnych czasach nieunikniona, ale w przypadku perfum luksusowych raczej ta bezpośrednia – z własnego e-shopu, a niekoniecznie poprzez perfumerie internetowe. Po szóste – niska liczebność dostępnych produktów. Towary luksusowe, ze względu na ograniczoną bazę konsumentów, nie są produkowane w liczbach, w jakich wytwarza się produkty ogólnodostępne. To oczywiste. Nie oznacza to, że perfum luksusowych może zabraknąć, tylko że pojedyncza partia produkcyjna jest nieporównanie mniejsza, niż w przypadku perfum designerskich, co ma kolosalny wpływ na jednostkowy koszt wytworzenia. Po siódme – marketing. Luksu nie potrzebuje marketingu. Jeżeli już, to subtelnego, opartego raczej na rekomendacjach, na pracy ambasadorów danej marki. Na koniec – cena. Tu zasada jest jasna – perfumy luksusowe – jak każdy tego rodzaju towar – muszą po prostu być drogie, droższe lub dużo droższe od perfum designerskich. Cena wynika z wszystkich wcześniej wymienionych elementów i jest po części konsekwencją wyższych kosztów produkcji samej zapachowej esencji, flakonu, opakowania, małych partii produkcyjnych i ograniczonej dystrybucji. Ale wysoka cena to przede wszystkim immanentna cecha produktu luksusowego, który także poprzez nią de facto nabiera luksusowego charakteru. Kluczowym jest, by za tą ceną stał produkt posiadający wymienione wcześniej cechy. Fałsz w tym zakresie łatwo wyczuć.

Gdy przez sito powyższych kryteriów przepuścić współczesne marki perfumowe chcące uchodzić za luksusowe, nagle okaże się, że na jego powierzchni pozostanie zaledwie kilka, może kilkanaście. Jedną z tych, które idealnie je spełniają jest – i nie mam tu najmniejszych wątpliwości – Puredistance.

puredistance

Powołana do życia przez Jana Ewouda Vosa jest zjawiskiem absolutnie wyjątkowym na perfumowym rynku, przy czym słowo rynek brzmi tu – powiedziałbym – niestosownie. Na stronach mojego bloga miałem już okazję opisywać pachnidła Puredistance:

M  – gdzie napisałem także więcej o samej marce, jej pochodzeniu i jej filozofii, a sam zapach to przepiękny męski skórzany szypr na miarę Astona Martina

Blacknowoczesna interpretacja męskości Puredistance

Sheiduna wyjątkowej urody i oryginalności niesamowicie eleganckie i zmysłowe , nowoczesne i bardzo kobiece perfumy orientalne

White – energetyczny kobiecy, współczesny zapach kwiatowy

Warszawa – perfumowy hołd dla Warszawy, powstały w wyniku wieloletniej przyjaźni Jana Ewoda Vosa i Stanisławy Missali, właścicielki perfumerii Quality Missala, wyłącznego dystrybutora perfum Puredistance w Polsce.

Jan Evoud Vos Puredistance
Jan Ewoud Vos

Mimo, że Puredistance zadebiutowało w 2007 roku, przez kolejnych 11 lat zaprezentowało zaledwie osiem pachnideł, co pozostaje w zgodzie z minimalistycznym pojęciem luksusu, jakiemu hołduje twórca marki. Od niego samego wiem, że w przyszłym roku będzie miała miejsce premiera nowego pachnidła – zupełnie wyjątkowego, nawet jak na wysokie standardy marki. Jak łatwo policzyć, na blogu opisałem dotąd pięć z ośmiu kompozycji. Dziś chcę nadrobić tę zaległość i podzielić się wrażeniami nt. pozostałych trzech, które – tak się złożyło – mają stricte kobiecy charakter.

anne-buzantia-land
Annie Buzantian

Wszystko zaczęło się od Puredistance I (2007) – pierwszego pachnidła marki, o którego skomponowanie Jan poprosił pracującą w Nowym Jorku mistrzynię perfumiarskiego fachu Annie Buzantian. Ta zaproponowała Janowi perfumy swoich marzeń, która wcześniej skomponowała wyłącznie na własny użytek. Zapach idealnie wpisywał się w oczekiwania Vosa i jego filozofię. Wąchany dziś wciąż robi potężne wrażenie niezwykle zręcznym, mistrzowsko zrównoważonym połączeniem delikatnego akordu owocowego zbudowanego z esencji kwiatu mandarynki, neroli oraz czarnej porzeczki z klasycznymi nutami kwiatowymi (magnolia, róża, jaśmin, mimoza) oblanymi gęstą słodko-ambrową mazią szczelnie wypełniającą przestrzenie pomiędzy korzeniami wetywerii. Kompozycję pogłębiono i utrwalono białymi piżmami i rozcieńczono do „skromnych” 38% (!), co w praktyce oznacza, że jest ona perfumowym ekstraktem, a to determinuje jej zachowanie na skórze. Zapach otula, nie emanuje na otoczenie, pozostawia zmysłowy ogon. Majestatycznie rozwija się pod wpływem ciepła skóry, jest bardzo zmysłowy, kobiecy – owszem – ale nie do tego stopnia, by nie zagrać wdzięcznie na męskiej skórze. Znajduję w nim oryginalne ujęcie ambrowości – lekko słodkiej, ale tak doskonale wyważonej, że nie popadającej ani na chwilę w kulinarne skojarzenia, może poza wyczuwaniem w tle najdoskonalszej gatunkowo nuty gorzkiej czekolady. Doskonałe pachnidło wieczorowe, idealnie licujące z szykowną suknią lub smokingiem. Puredistance I jest przykładem perfumerii opartej na klasycznych wzorcach, ale podanej we współczesny sposób. Nie znajdziemy tu retro akcentów, z których znane jest M czy Antonia. Ma w sobie ponadczasowość, która wynika z perfekcyjnie wyważonego charakteru i bezkompromisowej jakości. Jest piękne od owocowo-kwiatowego początku do ambrowego końca. Majstersztyk.

puredistance-master-perfumes-1-giftbox-flacon-perfume-spray-ribbon-60ml-st01

główne nuty: kwiat mandarynki, czarna porzeczka, neroli, magnolia, róża, jaśmin, mimoza, słodka ambra, wetyweria, białe piżma

rok premiery: 2007

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0-3,5

 

puredistance-pure-perfume-extrait-antonia-st02-472x654

Skomponowana jako hołd dla matki Jana Antonia to zapierające dech w piersiach interpretacja tematu zielono-kwiatowo-pudrowego, którego najbardziej znanym w perfumerii przykładem jest genialne Chanel No.19. Z tym, że w Antonii temat ów został ujęty w sposób godny marki Puredistance. Od pierwszego zielonego podmuchu galbanum, wzmocnionego bluszczem, a ukorzenionego w kompozycji za pomocą wetywerii, poprzez kwiatowo-pudrowe serca zawierające absolutnie klasyczny kwiatowy kwartet jaśminu, róży, Ylang-Ylang i irysa, aż po miękki, zmysłowy waniliowy finisz Antonia zdaje się krzyczeć wprost powalającą jakością samej na wskroś klasycznej kompozycji, jak i użytych ingrediencji. Nigdy wcześniej nie dane mi było wąchać tak doskonale pachnących perfum w tym konkretnym zielono-pudrowym gatunku. Antonia jest przy tym zapachem bardzo intensywnym, o potężnej projekcji i wyraźnej ewolucji na skórze, na której – jak na zapach w koncentracji 25% przystało – pozostaje długie godziny. Odmiennie do Puredistance I uważam Antonię za perfumy zdecydowanie najlepiej korespondujące z osobowością i charakterem kobiety dojrzałej i jest to moim zdaniem jedyne pachnidło w ofercie marki tak głęboko usadowione w stylistyce retro. Jednak mimo, że nuty i akordy nie pozostawiają wątpliwości co do klasyczny inspiracji, to już sposób ich realizacji pozwolił uniknąć aromatów, które byłby trudne do zaakceptowania wśród współczesnych kobiet. Udała się więc Annie Buzantian trudna sztuka, co tylko potwierdza jej ogromny talent i mistrzowskie umiejętności. Antonia to przykład perfumowej sztuki na najwyższym poziomie.

puredistance-Antonia-master-perfume-17.5ml-giftbox-st-02

główne nuty: galbanum, bluszcz, jaśmin, róża, Ylang Ylang, irys, wetyweria, wanilia

rok premiery: 2010

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 5,0-4,5

 

Skomponowane ponownie przez Annie Buzantian Opardu miało swoją premierę w 2012 roku. Perfumiarka i kreator Jan Ewoud Vos pozostali w rejonach klasycznych, kwiatowych, obezwładniających swoją urodą, bogactwem i harmonią, bazujących na najlepszych wzorcach francuskiej perfumerii. Tym razem jednak powstało pachnidło dużo bardziej stylistycznie współczesne, niż dwa wcześniej opisane, a także (pewnie w wyniku obecności tuberozy) – i piszę to z pełnym przekonaniem – wręcz erotycznie zmysłowe.

Puredistance-OPARDU-06B-HR

Opardu to perfumy wieczorowe, które idealnie dopełnią elegancką, ale i lekko wyzywającą kreację balową czy bankietową. Bo takie właśnie są – pełne szyku, ale i zmysłowej erotycznej obietnicy. Mężczyźni będą tym aromatem obezwładnieni, o ile poczują go na adekwatnej do jego charakteru i stylu kobiecie. Jestem tego pewien.

Zapach otwiera się praktycznie do razu zmysłowym bukietem kwiatów, orientalnym i gęstym, ale nieprzytłaczającym, początkowo złagodzonym heliotropem. Z czasem akord kwiatowy konstytuuje się na skórze, nabiera kształtów i mocy i zaczyna wyraźnie projektować oszałamiającym, orientalno-kwiatowym bukietem, będącym olfaktorycznym odzwierciedleniem zmysłowej kobiecości. Tuberoza, gardenia, bułgarska róża i lekko z początku indolowy jaśmin w formie absolutu, z dodatkiem goździka i heliotropu. Co za niesamowity kwiatowy popis! Ten pełen erotycznych obietnic akord trwa na skórze kilka godzin, by z czasem zacząć przeobrażać się w zadziorny finisz – bazę, która jest narkotyczna i wciąż zmysłowa, z mocno wyczuwalnym jaśminowy indolem, podbitym drzewną nutą cedru. Opardu to zapach kobiety niezwykłej, to woń upojnej, pełnej erotycznych uniesień nocy. To zapach, któremu nie sposób się oprzeć. Ja w każdym razie nie potrafię…

puredistance-perfume-opardu-100ml-st04

główne nuty: absolut z tuberozy, gardenia, róża bułgarska, purpurowy lilak, goździk, absolut jaśminu, heliotrop, drewno cedrowe

rok premiery: 2012

nos: Anne Buzantian

moja ocena: zapach: 6,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,5-4,0

 

Chronologicznie pierwsze trzy kobiece pachnidła Puredistance tworzą swego rodzaju trylogię kwiatowych perfum opartych na najlepszych wzorcach i skomponowanych z absolutną maestrią. Każdy z tych zapachów jest wyraźnie inny, ale wszystkie mają cechy wspólne: są bogate, gęste od pachnącej esencji, potrzebują ciepła skóry, by rozwinąć się na niej w absolutnie hipnotyzującą aurę, która doda kobiecie zmysłowej tajemnicy. Czuć w nich wspólną estetykę, wyrafinowaną i onieśmielająco piękną. Nie mam wątpliwości, że tak właśnie pachną współczesne perfumy luksusowe.

 

 

 

Puredistance „Warszawa” – z inspiracji miastem

Dużo się ostatnio mówi o naszej stolicy, zwykle niestety w niepochlebnym kontekście. Afera goni aferę, smog truje mieszkańców, a niektórzy politycy o rozdętym do granic ego próbują urzeczywistnić utopijny sen o „wielkiej Warszawie”, wielkiej obszarem i mnogością okalających ją gmin…

Ale zostawmy politykę. Na szczęście Warszawa to coraz piękniejsza, rozwijającą się, tętniąca życiem, biznesem i sztuką metropolia, w której współczesność przeplata się z wątkami z niezwykle tragicznej historii i wspomnieniami jej świetności z czasów przedwojennych. Ten splot trudnej historii i dumnego, dynamicznego dnia dzisiejszego może być inspirujący, co potwierdza znany już czytelnikom Perfumowego Bloga Jan Ewoud Vos, właściciel luksusowej marki perfumowej Puredistance.

warszawa-panorama

To w wyniku wieloletniej fascynacji naszą stolicą połączonej ze znajomością z rodziną Missalów (a w szczególności ze Stanisławą Missalą) – właścicielami warszawskiej perfumerii Quality –  – powstały perfumy Warszawa, których światowa premiera miała miejsce w Warszawie, bo gdzieżby indziej, w perfumerii Quality,  8 grudnia 2016 roku. Data to była szczególna, gdyż w tygodniu, na który przypadał dzień premiery, Perfumeria Quality obchodziła jubileusz 25 lecia swojej działalności.

perfumeria-quality

Zapach został skomponowany przez Antoine’a Lie’a we współpracy z Janem Vosem. Nie był to pierwszy raz, gdy panowie pracowali razem. Lie zmieszał wcześniej dwa pachnidła dla Puredistance White i Black. Oba zapachy swego czasu recenzowałem na blogu zwracając uwagę na ich nowoczesny charakter i minimalizm, odróżniający je od wcześniejszych, bardziej rozbudowanych perfum Puredistance.

jan-ewoud-vos-warszawa

Warszawa to zamknięcie tradycyjnej treści kwiatowego szypru w nowoczesnej formie. Gdy słyszymy szypr, spodziewamy się czegoś zupełnie innego, retro, bardziej wyrafinowanego i ciężkiego. Warszawa jest natomiast zdecydowanie współczesna, lekka i elegancka w swym minimalizmie. To aromat bardzo kobiecy i absolutnie ponadczasowy.

Zapach rozpoczyna się świeżym akordem zielonym, w którym galbanum i liść fiołka zostały bardzo zgrabnie połączone i nieco odświeżone grejpfrutem. Ale od pierwszych sekund czuć, że za nimi skrywa się delikatny, ujmujący swą lekkością i harmonią akord biało-kwiatowy. Dość szybko przejmuje on pierwszy plan. Obok cennego absolutu z jaśminu użyto w nim jeszcze cenniejszego masła irysowego oraz absolutu janowca hiszpańskiego. Akord ten ma w sobie coś z klasyki, ale podany został w bardzo współczesny sposób. Jest też dobrze zrównoważony, tak że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle innych. Drzewna, quasi-szyprowa baza złożona z paczuli, wetywerii i styraxu dopełnia zgrabnej całości. Celowo użyłem tu określenia „zgrabna”, bo właśnie takim jawi mi się ten zapach. Jest bardzo zwarty, konkretny, na temat, pełen bezpretensjonalnego uroku, ze zredukowanymi do niezbędnego minimum ozdobnikami.

Warszawa jest uroczą kobietą. Nowoczesną, dynamiczną, powściągliwie elegancką, niezapatrzoną w siebie, ale z odwagą patrzącą w przyszłość.

Niewiele miast na świecie ma swoje perfumy. Tym bardziej takie olfaktoryczne wyróżnienie Warszawy imponuje i wydaje się być świetnym sposobem promowania naszej stolicy i kraju za jego granicami.  Ale zanim to nastąpi, do listopada 2017 perfumy Puredistance Warszawa będą dostępne wyłącznie w Perfumerii Quality. Później nastąpi ich światowa dystrybucja.

puredistance-warszawa

nuty głowy: galbanum, grejpfrut, liście fiołka

nuty serca: jaśmin (absolut), szczodrzenica sitowata (janowiec hiszpański) – absolut, masło irysowe

nuty bazy: paczula, wetiwer, styraks

perfumiarz: Antoine Lie

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

Puredistance SHEIDUNA – mariaż orientalnej zmysłowości i francuskiej elegancji

Czy perfumy luksusowe to określenie, które cokolwiek jeszcze dziś znaczy? 

W czasach, gdy uważające się za luksusowe marki perfumowe wypuszczają czasem po kilka zapachów w roku, często potwierdzając starą jak świat regułę, że więcej wcale nie znaczy lepiej (a zwykle odwrotnie), twórca marki Puredistance Jan Ewoud Vos od początku jej istnienia dba o to, by była ona postrzegana jako synonim prawdziwego luksusu. Co więc za tym idzie, liczy się nie tylko samo pachnidło, które w przypadku Puredistance prezentuje zawsze najwyższą jakość, ale także wszystko co mu towarzyszy – od niezwykłego flakonu, poprzez luksusowe akcesoria, ograniczoną dystrybucję, odpowiednio wysoką cenę, aż po częstotliwość, z jaką marką lansuje nowe perfumy. W przypadku Puredistance pojawiają się one raz na rok lub rzadziej i już choćby pod tym względem marka należy do nielicznych wyjątków. Przypomnijmy: rok 2007 to pierwsze pachnidło Puredistance I. W roku 2010 marka przedstawiła dwa zapachy: kobiecą Antonię i męskie Puredistance M.W 2012 pojawiło się Opardu, w 2013 Black zaś w 2015 White. Na 2016 rok zapowiedziano wyjątkową premierę…

puredistance-full-logo-gold-01

Trzeba przyznać, że wylansowanie nowych perfum Puredistance zostało tym razem niezwykle pieczołowicie przygotowane i przeprowadzone. Serwowane w mediach elektronicznych – na długo przed premierą – zapowiedzi przypominały kampanię reklamową nowego filmu znanego reżysera. Na początku wiadomo było jedynie, że Puredistance szykuje nowe perfumy. Z czasem firma ujawniła ich nazwę odkrywając stopniowo po jednej literce. Gdy już dowiedzieliśmy się, że to SHEIDUNA, przedstawiciele marki dosłownie nabrali wody w usta. Firma dozowała napięcie do tego stopnia, że jeszcze podczas tegorocznych targów Esxence w Mediolanie jej przedstawiciele nie chcieli zdradzić żadnych szczegółów dotyczących zapowiadanej na jesień premiery. Nawet tego, komu tym razem Jan Ewoud Vos powierzył skomponowanie pachnidła…

puredistance-jan-ewoud-vos-cecile-zarokiansmall
Jan Ewoud Vos i Cecile Zarokian

Po pewnym czasie ujawniono także i personalia perfumiarki (Cecile Zarokian), po czym SHEIDUNA została przedpremierowo zaprezentowana w Nowym Jorku, gdzie wzbudziła pozytywne reakcje. W prezentacji brała udział też sama Zarokian. Fakt że to właśnie ona przełożyła na język pachnących molekuł wizję Jana Ewouda Vosa, zelektryzowała perfumową branżę i krytyków. Cecile jest w ostatnich latach bardzo twórcza i raz po raz dowodzi, że ma w perfumerii bardzo wiele do powiedzenia, oraz że mimo relatywnie krótkiej kariery, dopracowała się już własnego stylu, a jej pachnidła to nierzadko dzieła perfumowej sztuki (Epic Woman Amouage, Mon Nom Est Rouge Majda Bekkali, Tango Masque Milano,  Aqua Sextius Jul et Mad, Patchouliful Laboratorio Olfattivo by wspomnieć najlepsze).

Prace nad SHEIDUNA trwały około roku, a światowa premiera miała miejsce we wrześniu 2016 podczas targów Pitti Fragranze we Florencji. Według przedstawicieli marki zapach zrobił furorę. Reakcje publiczności utrwalono na licznych fotografiach:

sheiduna-emotion-collage_small

Nazwę perfum wymyślił Jan Ewoud Vos łącząc słowa SHE (Ona) oraz DUNE (Wydma). Odzwierciedla ona charakter perfum, które są połączeniem paryskiej elegancji i orientalnej zmysłowości. 

SHEIDUNA od pierwszych do ostatnich sekund pachnie bardzo naturalnie. Akord głowy jawi się jako wzmocniona aldehydami aromatyczna mieszanka cytrusów (z dominacją cytryny) oraz soczystej i zielonej woni czarnej porzeczki. Spod tego świeżego aromatu wyłania się stopniowo serce zapachu, zbudowane z kluczowej dla charakteru tych perfum esencji róży bułgarskiej, którą jakże tradycyjnie połączono tu z geranium oraz paczulą, subtelnie doprawiając całość goździkiem. Serce jest początkowo różano-przyprawowe, ale wraz z upływem czasu przeobraża się w niezwykle zmysłowy i bardzo złożony aromat, w którym róża wciąż jest obecna, ale zmienia się jej otoczenie. Zapach ociepla się, a do nozdrzy zaczyna docierać woń, która jest swoistą sygnaturą Cecile Zarokian, gdy chodzi o pachnidła kwiatowo-orientalne. Mieszanka ambry, żywic, absolutu wanilii, absolutu tonki i piżm z kwiatową (w tym wypadku różaną) dominantą. Efekt jest zbliżony do tego, co poczujemy w Mon Nom Est Rouge Majdy Bekkali (a poniekąd także i Tango Masque Milano). SHEIDUNA jest jednak w swym charakterze bardziej zrównoważona, harmonijna i subtelniejsza. Mniej eksperymentalna, a bardziej klasyczna. Gaśnie na skórze bardzo powoli, stając się długotrwałym zapachem blisko-skórnym, w którym ślady róży umocowane są do skóry piżmami (trwałość wynika z bardzo wysokiej koncentracji pachnącego wkładu 27% – jest więc to perfumowy ekstrakt).

sheiduna-02

SHEIDUNA projektuje wyczuwalnie, ale subtelnie, czym również odróżnia się od wcześniej wymienionych dzieł Zarokian, których moc nie dla wszystkich jest akceptowalna. Szczerze mówiąc jednak, spodziewałem się po SHEIDUNA woni nieco bardziej zdecydowanej i intensywnej. Z drugiej strony, gdy przypomnę sobie pozostałe pachnidła Puredistance, to stwierdzam, że żadne z nich nie należy do tytanów mocy, a marka najwyraźniej stawia na zapachy nie będące olfaktorycznymi bombami, co wcale nie umniejsza ich wartości.

SHEIDUNA to – mimo wyraźnie kobiecego „targetowania” – w mojej ocenie pachnidło uniseksowe. Polubić je mogą wielbiciele woni orientalnych obu płci. Jako zapach orientalny z różaną dominantą jest udanym uzupełnieniem oferty Puredistance.

Czy SHEIDUNA spotka się z równie dobrym przyjęciem perfumowych koneserów, jak to miało miejsce w Nowym Jorku i we Florencji? Dowiemy się pewnie wkrótce. Zapach ma bowiem trafić do współpracujących z Puredistance perfumerii pod koniec października*.

sheiduna-01

nuty głowy: cytryna, mandarynka, czarna porzeczka, aldehydy

nuty serca: róża bułgarska, geranium, goździk, wetyweria, paczula

nuty bazy: drzewna ambra, labdanum, kadzidło, benzoes, mirra, tonka, wanilia, piżma

perfumiarka: Cecile Zarokian

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 4,5/  projekcja: 4/ trwałość: 5

 

*) W Polsce wyłącznym dystrybutorem perfum Puredistance jest perfumeria Quality Missala.

Relacja z ósmej edycji targów Esxence w Mediolanie (2)

Esxence logo

O tym, że woda kolońska nie musi pachnieć wyłącznie cytrusami  i ziołami, wiemy już od dawna. Mimo – zdawałoby się – przerobienia tematu wzdłuż i wszerz, kolejne marki wciąż zlecają perfumiarzom trudne zadanie tworzenia zapachów kolońskich o indywidualnym charakterze. Takim przykładem jest La Collection Cologne Fine francuskiej marki Institut Tres Bien. W skład tej nowej kolekcji wchodzą trzy kolońskie z kolejno: różaną (Rose de Mai), fiołkową (Violette de Parme) i tuberozową (Tubereuse Absolue) dominantą. Poza tym  Institut Tres Bien oferuje trzy klasyczne kolońskie, każda w nieco innym stylu: Cologne a la Francaise, Cologne a l’Italienne oraz Cologne a la Russe. Prawdziwy raj dla miłośników subtelnych woni kolońskich.

ITB

Kajal Perfumes Paris było pierwszym stoiskiem, do którego – nim się spostrzegłem – zostałem zaproszony przez – akurat tutaj – sympatyczną obsługę zaraz na początku targowego dnia. Ta nowa marka perfumeryjna zarejestrowana jest w Paryżu, jej dział rozwoju i marketingu znajduje się w Kanadzie, zaś sprzedaż i logistyka (obecnie tylko w krajach arabskich) dokonywane są z Dubaju. Zapachy – męski Homme i damski Classic Eau de Parfum oraz najnowszy Dahab – mają orientalny charakter i sprawiają wrażenie mocno złożonych. Przyznam wszak, że spryskane nimi kartoniki (kwadratowe, duże, z grubego papieru, idealne do testów) pachniały jeszcze bardzo długo i to pachniały naprawdę ślicznie! Byłoby miło, gdyby zapachy te weszły do sprzedaży w Europie. Zresztą na pewno o to chodziło marce, skoro zdecydowała się pokazać na Esxence.

Kajal

Malbrum okazało się być jedynym istniejącym niszowym perfumowym przedsięwzięciem w Norwegii, o czym poinformował nas obecny na stoisku młody właściciel marki o aparycji kalifornijskiego surfera. Zapachy w liczbie sześciu, zamknięte w malutkie flakoniki z pompkami, pachniały bardzo niszowo, niebanalnie i intrygująco. Trzy z nich: Psychotrope, Tigre du Bengale i Shameless Seducer, stanowiące część pierwszą (Vol. I) skomponowała Delphine Thierry. Najlepiej zapamiętałem z nich Shameless Seducer, zawierający dużą dawkę… cywetu. Autorów kolejnych trzech: Safariyah, Bagheera i Wildfire, będących zarazem nową częścią kolekcji (Vol. II), nie znam. Ale z pewnością wszystkie warte są bliższego poznania.

Malbrum

Znane nam doskonale Olfactive Studio prezentowało swą fotograficzno-olfaktoryczną kolekcję w pełnej krasie, akcentując oczywiście najnowsze, bardzo moim zdaniem udane dzieło Still Life in Rio, o którym pisałem już szerzej tu.

Olfactive

Olfactive 01

Olfactive 02

Serce zabiło mi mocniej, gdy zbliżyłem się do stoiska Parfums de Nicolai (niedawno przechrzczonego na Nicolai), tym bardziej, że obok stała zajęta rozmową z organizatorem targów Patricia de Nicolai (z domu Guerlain) we własnej osobie! Miły Pan przy stoisku zaprezentował mi najnowsze dzieło Ambre Cashmere (śliczne i bardzo w jej stylu, troszkę przypominające mi inny zapach Patricii: New York) oraz absolutnie niezwykłe pachnidło oudowe Oud Sublime, zapakowanie w specjalny flakon i ozdobne pudełko. Patricia użyła w formule tego zapachu najprawdziwszy, bardzo cenny naturalny oud. A jak on pachnie? O tym niebawem na blogu, bo udało mi się wyprosić próbkę (OK, nie musiałem długo prosić, bo miły Pan był bardzo chętny do zrobienia dekancika:)).

PdN 02

PdN

Holenderski Puredistance zaprezentował swoją dotychczasową kolekcję. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, nie pokazał jeszcze najnowszego pachnidła, którego nazwę od niedawna znamy (Sheiduna), a którego premiera dopiero nastąpi prawdopodobnie jesienią 2016. Już nie mogę doczekać się testów.

Puredistance

Bardzo oryginalnie zabrzmiały (w tym przypadku to określenie ma szczególne znaczenie) pachnidła Room 1015. Cztery zapachy (Power Ballad, Electric Wood, Atramental, Blooma Cult) zainspirowane życiem muzyka rockowego, jakim jest twórca marki Michael Partouche (ale to tylko jedno z jego zajęć – jest także farmaceutą),  zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. To nowoczesne zapachy niszowe o ciekawej inspiracji, bo np. Electric Wood wedle słów Michaela, ma pachnieć elektryczną gitara Gibson wyjmowaną ze skórzanego futerału i coś w tym faktycznie jest! Cała kolekcja – mam nadzieję – znajdzie się w recenzjach na moim blogu.

Room 1015

The Different Company przedstawiło na swym stoisku wszystkie trzy kolekcje, z czego podstawową, zwaną Collection Juste Chic oraz kolońską Collection L’Esprit Cologne w przeprojektowanych flakonach, nowych pojemnościach, a także w eleganckich zestawach z futerałem i lejkiem w przypadku falkonów wielokrotnego użytku. Nowym zapachem, którego premiera miała miejsce właśnie podczas Esxence, była kompozycja Alexandry Monet zatytułowana Adjatay, Cuir Narcotique, będąca przepięknym połączeniem ylang ylang, tuberozy i skóry. Recenzja tego, jak i innych zapachów The Different Company, na pewno znajdzie się na blogu.

TDC

Ogromne wrażenie wywarły na mnie pachnidła pochodzącego z Barcelony hiszpańskiego artysty Santiago Burgasa. Opakowane w oryginalne porcelanowe flakony z drewnianymi zatyczkami nie tylko wyglądały, ale i pachniały inaczej, niż wszystko, co tego dnia wąchałem. Mocne, bezkompromisowe, o unikatowym i zapadającym w pamięć charakterze zaintrygowały mnie zdecydowanie. To marka, którą na pewno będę chciał się bliżej zainteresować. A Oud de Burgas wprost powalił mnie na kolana… Zresztą przybliżę go i kilka innych z kolekcji w jednym z kolejnych wpisów.

Santi burgas 01

Santi burgas 02

Pośród czarno-ciemnego, mrocznego stoiska marki Unum, wokół którego „kręcił się” otoczony przez spory tłumek, ubrany na czarno twórca Filippo Sorcinelly, znalazłem dwa nowe pachnidła: Symphonie-Passion oraz  _ennui_noir. O obu zapachach wkrótce więcej na blogu. Dodam, że flakony perfum Unum zyskały nowy, nieco bardziej wymyślny design.

UNUM 01

 

UNUM 02

Niemiecką perfumerię, obok Marka Buxtona, Gezy Schoena, Thorstena Biehla i April Aromatics reprezentował nowy brand Verduu, którego twórcami są Alexander Botov i Bjorn Jonas. Koncepcja zapachów stworzonych z inspiracji twórczością współczesnych młodych niemieckich projektantów mody Hien Le, Michaela Sontaga i Goetze Gegenwart może być początkiem interesującej kolekcji, szczególnie, że kompozycje perfumeryjne stworzył dla Verduu sam Mark Buxton. Niestrudzony… Same zapachach opiszę na pewno w osobnym wpisie.

Verduu

Utrzymując się w temacie mody, a co za tym idzie także materiałów, z których szyta jest odzież, prawdziwie unikatową i nowatorską kolekcję pokazała włoska marka Uermi (od ang. Wear Me). To nowy brand na rynku perfum niszowych, o bardzo precyzyjnie przemyślanym ekologicznym designie i koncepcie, który polega na olfaktorycznym odwzorowaniu faktur różnych tkanin/ materiałów. W skład głównej kolekcji wchodzą: VE±VELVET, AB±CASHMERE, OH±DENIM, NO±SUEDE, UR±SILK, WE±TWEED, XX±LATEX, DO±WASHI. Zapachy skomponowali perfumiarze: Philippe Bousseton, Jean Jacques i Antoine Lie. Najnowszymi pozycjami prezentowanymi podczas Esxence były OR±CASHMERE i OR±WHITE. Oba popełniła Cecile Zarokian. Drugi z nich wydał mi się szczególnie urodziwy, a inspiracją dla jego powstania była tkanina powstająca z mleka (niezwykle delikatna w dotyku!). Marka zaproponowała interesujący sposób prezentacji swoich pachnideł – w tekturowych puszkach znajdowały się kawałki materiału nasączone odpowiednim zapachem. Gdy więc wąchaliśmy VE±VELVET, w puszcze znajdował się autentyczny aksamit. Mam nadzieję, że testy niezwykłych perfum Uermi znajdą się prędzej czy później na moim blogu.

Uermi 01

Uermi 02

Na koniec mojej relacji kilka zdjęć z tych stoisk, na których niestety nie udało mi się z braku czasu, ale i – przyznam – sił zagościć na dużej. Jeden dzień to stanowczo za mało, by zagłębić się w to, co oferuje impreza taka, jak Esxence. Wiem już, że następnym razem zatrzymam się tam na dłużej…

Menditerosa

Mendittorosa Odori d’Anima

Prudence

Prudence Paris

Royal Crown 02

Royal Crown 03

Royal Crown 04

Royal Crown

SHL

Stephane Humbert Lucas 777 i premierowy Taklamakan

 

A na koniec moja ulubiona fotografia z tego wyjazdu:

Renegades

Perfumowy Blog i niezwykłe trio Renegades: Bertrand Duchaufour, Mark Buxton i Geza Schön. Przemiło było choć na kilka sekund znaleźć się w tak doborowym towarzystwie!

Puredistance „White” – bielszy odcień bieli

Gdy w grudniu zeszłego roku recenzowałem niezwykły i bardzo oryginalny Black marki Puredistance, będący wspaniałym przykładem współczesnej perfumerii abstrakcyjnej, wspomniałem, że Jan Ewoud Vos, właściciel i artystyczny dyrektor marki, szykuje wraz z perfumiarzem Antoine Lie (autorem Black) premierę nowego pachnidła ochrzczonego po prostu White. Byłem wówczas bardzo ciekaw, w jaki sposób ten wyjątkowy perfumiarz zinterpretuje biel w zapachu. Przyznam, że po cichu liczyłem na kolejny perfumowy abstrakt, na równie udaną co Black próbę zamknięcia we flakonie – tym razem – bieli.

Oczywiście wiele marek przed Puredistance już tego próbowało, nie zawsze zresztą odnosząc się do bieli bezpośrednio w nazwie perfum (choć i tak bywało, np. słynne White Linen Estee Lauder, czy współcześniejsze Byredo Blanche, Tauer Pentachords White lub Michael Kors White z 2014). Mnie osobiście z bielą kojarzą się takie pachnidła jak L’Eau Serge Lutens czy Aqua Universalis Maison Francis Kurkdjian.

Biel wg Antoine Lie – o czym przekonałem się testując White – nie jest tak awangardowa jak jego czerń w Black. Właściwie to nie jest awangardowa w ogóle. Jest zdecydowanie bardziej klasyczna, wręcz tradycyjna w swym charakterze, choć oczywiście podana na współczesny sposób. Innymi słowy współczesna kompozycja w oparciu o bardzo klasyczne składniki, która w efekcie pachnie neo-klasycznie. Przejdźmy zatem do szczegółów.

Antoine Lie
Antoine Lie

Antoine Lie postanowił stworzyć biały zapach z dominującą rolą białych piżm. Że mało oryginalnie? Cóż, ważne jest, czego użył prócz piżm i jak to zrobił, a także to, czego nie użył. By zachować luksusowy charakter perfum Puredistance, perfumiarz sięgnął po absolutnie szlachetne ingrediencje z najwyższej, także cenowej półki: włoską bergamotę, francuską różę majową, włoski irys, indonezyjską paczulę, haitański wetiwer, absolut z tonka z Wenezueli, wreszcie prawdziwy skarb czyli esencje z drewna sandałowego z Mysore. Już same składniki brzmią jak perfumowa poezja, a Lie poukładał je w zaiste mistrzowski sposób, tworząc piękną, sygnaturową i ultra kobiecą woń. Tak – te perfumy to jak dotąd chyba najładniejszy pachnący prezent Jana Ewouda Vosa dla kobiet. Warto zauważyć, że w formule nie ma białych kwiatów (jaśmin, neroli, konwalia, tuberoza itp.), a przecież sięgnięcie po nie byłoby najbardziej oczywiste w kontekście bieli. Jednak Antoine Lie to perfumiarz absolutnie nieoczywisty…

Puredistance-WHITEjpg

Na pierwszym planie White jest duet szlachetnego sandałowca z Mysore ze sporą dawką piżm. Ta para pozostaje do samego końca. Zmienia się natomiast – choć w sposób bardzo minimalny – plan drugi. A na nim nuty kwiatowe, przede wszystkim irys, później zaś róża, a z nią paczula wmiksowana zręcznie jako budulec zmysłowego akordu. Drzewną część natury White wzmacnia wetiwer, zaś tonka pogłębia zmysłowy finisz zapachu – wspomniane połączenie białych piżm z esencją sandałowca. Szczerze mówiąc próby wyławiania poszczególnych nut z kompozycji White są szczególnie nie na miejscu, bowiem to pachnidło to przykład bardzo zbalansowanej perfumowej kompozycji, w której wyraźna jest synergia składników, o której czasem wspominam w swoich recenzjach. Wtedy gdy grupa ingrediencji połączonych w akordy tworzy nową, bardzo spójną i zapadającą w pamięć całość, z której trudno wyodrębnić konkretne składniki-nuty.

Puredistance-white

Mimo subtelnej ewolucji, White nie zmienia się zbytnio w czasie, pozwalając noszącemu delektować się głównym, bardzo pięknym, niezwykle kobiecym i zarazem subtelnym akordem. Nie jest to akord nowatorski, nieznany czy odkrywczy. Jest za to doskonale skonstruowany. Mimo klasycznych składników White pachnie współcześnie i jako takie idealnie pasuje do dzisiejszej kobiety. Posiada przy tym cechy perfum ponadczasowych, które tak samo dobrze pachnięć będą za kilka lat, jak choćby i za pół wieku. Wieszczę White sporą karierę, tym bardziej, że od przedstawicielki marki Puredistance dowiedziałem się, że zapach już stał się bestsellerem. Nie dziwi mnie to ani trochę.

Czy więc White jest równie przekonujący, co Black? Owszem. Uważam, że Antoine Lie wspaniale oddał w swej kompozycji biel, jej jasność, czystość i świeżość. Zrobił to wszakże inaczej, niżbym się tego po nim spodziewał, bowiem nie wszedł na ulubione przez siebie tereny olfaktorycznego eksperymentu, stawiając tym razem na przekaz klasyczny, a przy tym bardzo, bardzo kobiecy.

White – podobnie jak pozostałe perfumy marki Puredistance – jest pachnidłem wysoko skoncentrowanym (38%), co gwarantuje jego wybitną trwałość, przy czym moc zapachu jest – w sposób jak sądzę zamierzony – umiarkowana.

Jeszcze jedno. Zarówno biel flakonu, jak i charakter zapachu, a także towarzyszące mu tzw. wizuale (fotografie i grafiki) oraz hasło „A Dream in Gold and White” zdają się jednoznacznie wskazywać idealną użytkowniczkę Puredistance White. Spójrzmy na tę zadumaną kobietę w białej sukni, na te białe, niby-świątynne nawy, wreszcie na tą złotą niczym obrączka zatyczkę flakonu. Co widzimy?

Zadziwiająco konserwatywnie jak na markę o holenderskim rodowodzie, prawda?

Puredistance-WHITE-17.5ml-A

nuty głowy: bergamotka z Włoch

nuty serca: róża majowa z Francji, absolut kłącza irysa z Włoch, paczula z Indonezji

nuty głębi: wetiwer z Haiti, absolut tonka z Wenezueli, sandałowiec z Mysore, piżmo

twórca: Anthoine Lie

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Puredistance „Black”

Luksusowa holenderska marka Puredistance, o której mniej więcej rok temu pisałem przy okazji recenzji zapachu M, w listopadzie roku 2013 powiększyła swą ofertę o zapach o jakże obiecująco brzmiącym tytule: Black. Niespodzianką był wówczas fakt, że właściciel marki Jan Ewoud Vos tym razem wybrał na autora pachnidła Antoine’a Lie – perfumiarza znanego przede wszystkim z nowoczesnych, niejednokrotnie awangardowych projektów zapachowych dla Comme des Garcons, Etat Libre d’Orange czy Nu_Be. Już ten fakt zapowiadał odmienność Black od pozostałych pachnideł holenderskiej marki, stworzonych przez Annie Buzantian oraz Roja Dove w neoklasycznymi stylu – bazujących na klasycznych wzorcach, ale podanych we współczesnej estetyce (zielono kwiatowy szypr Antonia, kwiatowo-ambrowe Puredistance I oraz kwiatowy Opardu czy skórzany szypr M). I rzeczywiście Black różni się od nich znacząco, także pod względem towarzyszącej mu narracji, która – podobnie jak sama woń – jest nieco tajemnicza, spowita czernią mistycyzmu. To jedyny zapach Puredistance, którego składniki i nuty zapachowe nie zostały przez Jana Ewouda Vosa ujawnione…

Antione_Lie
Antoine Lie

Wyrafinowana elegancja w nowoczesnym, subtelnym stylu, hołdująca naczelnej zasadzie Jana Ewouda Vosa „less is more” to najkrótsze podsumowanie tego zapachu. Black to pachnidło czysto abstrakcyjne, wykonane przez wirtuoza aromamolekuł w oparciu o koncept wynikający stricte z nazwy zapachu.

Ale czy zapach może mieć kolor (i nie chodzi tu o fizyczną barwę cieczy)? Oczywiście że tak i by to poczuć, nie potrzeba wcale synestezyjnych umiejętności. By nadać zapachowi koloru, trzeba odpowiednio dobrać składniki i ich proporcje, tak by woń budziła skojarzenia z rzeczami materialnymi o oczekiwanej barwie. Najprościej zobrazować to można na na przykładzie koloru zielonego. Składniki takie jak bazylia, galbanum, cis-3-Hexen-1-ol doskonale nadają się do nadawania zapachowi zielonego kolorytu, gdyż pachną zielonymi roślinnymi sokami. Biel? Nie ma sprawy. Wszystkie ingrediencje kojarzące się z czystością, czyli przede wszystkim kwiat pomarańczy i tzw. białe piżma (pachnące czystością, detergentami). Niebieski? Nuty wodne. Czerwony? Przyprawy – papryka, cynamon. Wreszcie czarny? Popiół, kadzidło, guma, asfalt. Te nuty – jak najbardziej osiągalne we współczesnej sztuce perfumeryjnej – gdy inkorporowane do perfum, nadadzą im skojarzeń z czernią. Antoine Lie chcąc osiągnąć czerń w Black stworzył woń pachnącą magmą, popiołem, kadzidłem, węglem…

W pierwszych Black minutach oczarowuje mieszanką suchych nut przyprawowych (jakby pieprz), drzewnych (jakby cedr) i balsamicznych (jakby benzoes) dających w sumie ten niecodzienny, nieco ostry, niemal popielisty aromat. Ten jednocześnie bardzo harmonijny początek szybko przechodzi w serce zapachu, w którym dominuje woń ciepła, żywiczna, coś jak labdanum z odrobiną kadzidła. Wciąż jest sucho i „sypko”. Od czasu do czasu pojawia się i znika niczym „nuta-duch” zaskakująca woń niby-owocowa, przypominająca mi – z braku lepszych porównań – zapach malinowego syropu. Ale nie jest to coś wyraźnego i namacalnego, jak choćby w Tuscan Leather Toma Forda. To raczej płatający figle i wirujący w powietrzu „owocowy abstrakt”. Cichutki aczkolwiek długo obecny na skórze finisz subtelnie projektuje ciepłą piżmowo-drzewną wonią zamykając ten przedziwny, oryginalny i enigmatyczny zapach.

11

Black to w założeniu perfumy eleganckie i subtelne, niekrzyczące, lecz szepczące. Mimo deklarowanej i podkreślanej przez Puredistance 25% zawartości pachnącego ekstraktu poza pierwszymi dwoma wyrazistymi kwadransami Black lokuje się blisko skóry i pozostaje delikatnie wyczuwalny głównie dla osoby noszącej, pozostawiając wszakże za nią delikatny i intrygujący ogonek.

Black przez swą szorstkość, wytrawność, dymność i  popielistą, suchą drzewność pasuje mi bardziej jako pachnidło męskie i jako takie bym je zakwalifikował. Penetruje te same rejony olfaktoryczne co np. Black Cashmere Donna Karan, Casbah Roberta Pigueta, Ormonde Man Ormonde Jayne czy Serge Noire S.Lutensa, ale robi o na swój indywidualny, bardzo wyrafinowany i pełen niedopowiedzeń sposób. Testując go nie mam wątpliwości, że oto mam do czynienia z wybitnym dziełem współczesnej perfumerii, którego estetyka trafi jednak jedynie w gusta najbardziej wyrafinowane.

Na przyszły rok Predistance szykuje kolejną premierę: White. Autorem zapachu będzie ponownie Antoine Lie. Spodziewam się więc olfaktorycznej gratki z drugiej strony kolorystyczno-zapachowego spektrum. Nie muszę dodawać, że bardzo jestem ciekaw, w jaki sposób ten perfumiarz zinterpretuje biel w zapachu…

13

główne nuty: pieprz, szafran, róża, fiołek, cedr, wanilia, labdanum, beznoes, piżmo, paczula, ambra, drewno sandałowe

twórca: Antoine Lie

rok wprowadzenia: 2013

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 4/ trwałość: 5/ flakon: 5

 

Osobną i wartą uwagi częścią doświadczania perfum Puredistance jest ich niezwykłe, luksusowe opakowanie, do którego marka ta przywiązuje szczególną wagę. Poczynając od pięknie zawiązanej na zewnętrznym pudełku wstęgi, poprzez eleganckie, wykonane z bardzo grubej tektury pudełko-futerał (wyściełany miękkim materiałem), w którym – obok flakonu – znajdziemy certyfikat autentyczności z własnoręcznym podpisem Jana Ewouda Vosa, aż po niezwykły, sygnaturowy flakon. Masywny, czarny, z masywną metalową z zatyczką w złotym kolorze, doskonale wykończony, w kształcie próbówki, z nazwą nadrukowaną złotymi literami i dodatkowo na znajdującym się pod zatyczką pierścieniu. Poniżej kilka fotografii obrazujących flakon i sposób jego opakowania:

01

02

040506

08

1709

10

12

14

15

1618

19

 

 

Puredistance M – zapach Astona Martina?

PUREDISTANCE to dla mnie podróż wgłąb esencji. A w esencji leży piękno. Ten rodzaj piękna, które jest ponadczasowe.

Tak do świata perfum Puredistance zaprasza jego twórca Jan Ewoud Vos.  A jest to świat rzeczywiście wyjątkowy, prawdziwie ekskluzywny i ponadczasowo piękny.

Jan Ewoud Vos jest fotografem, filmowcem, podróżnikiem, koneserem sztuki. Przez lata pracował w luksusowej branży podróżniczej. W latach 1993-2000 był właścicielem John Foxx Images – jednej z wiodących agencji fotograficznych na świecie. Po jej sprzedaniu zainteresował się fotografią artystyczną, stworzył kolekcję własnych fotografii, które sam określa jako zainspirowaną koncepcją „prostego i cichego piękna” (można ją obejrzeć tu).  W pewnym momencie swego życia postanowił zrealizować swoje marzenie – zbudować od podstaw ekskluzywną markę perfumeryjną, która zaoferuje klientom nie tylko wyjątkowej jakości pachnidła, ale także coś więcej – kompleksowy produkt luksusowy na wzór wspaniałych perfum powstających w latach 20-tych i 30 -tych XX wieku. 

 jan-edwoud-vos2

Puredistance znajduje się pośród najbardziej luksusowych marek perfumeryjnych świata. Ta zlokalizowana w Holandii firma posiada obecnie w ofercie pięć pachnideł wyjątkowej jakości (Puredistance I (2007), Antonia, M (oba z 2010), Opardu (2012), Black (2013)) celujących w gusta najbardziej wymagającego i najbardziej zamożnego klienta. Zarówno w kwestiach perfum, jak i flakonów, opakowań i akcesoriów z nimi związanych (np. skórzane futerały na flakony, statywy czy ekskluzywne kryształowe kolumny wytwarzane ręcznie przez Swarovskiego) panuje w Puredistance zasada bezkompromisowej jakości, ale także minimalizmu. Jan Ewoud Vos hołduje bowiem zasadzie „less is more”. Stąd póki co zaledwie piątka pachnideł, z których najnowsze Black miało swoją premierę w listopadzie bieżącego roku, a także oryginalne flakony: proste i stylowo eleganckie. Same zapachy dalekie są jednak od prostoty. Czuć wyrafinowanie, bogactwo składników i klasyczność kompozycji. Wszystkie występują w jednej koncentracji – perfum (25%-32% ekstraktu).

puredistance mini bottles

Wspomniana wcześniej słabość Vousa do wielkich pachnideł ery Haute Parfumerie musiała prędzej czy później doprowadzić do jego spotkania z Roja Dove. W wyniku współpracy obu panów w 2010 roku powstał Puredistance M – zapach dedykowany mężczyznom, a stworzony przez Roja Dove właśnie. Ciekawostką jest, że M został skomponowany z myślą o twórcy marki Puredistance, który od 30-tu lat wierny jest jednemu zapachowi (Chanel Antaeus), a który chciał mieć alternatywę skrojoną wg swojego gustu. Podsunął więc Roja Dove inspiracje m.in. w postaci szarej skórzanej tapicerki Astona Martina, a także sylwetki Jamesa Bonda.

Puredistance_2009_H054

Na opakowaniu pod nazwą Puredistance M widnieje napis „A Master Perfume”. Testy, jakie przeprowadziłem na własnej skórze, pozwoliły mi skonfrontować z rzeczywistością tą sporo obiecującą, ale i mocno zobowiązującą frazę.

M  zbudowane są wg tradycyjnej konstrukcji szyprowej (bergamotka, labdanum, mech dębu). Intro jest bardzo znamienne dla gatunku chypreMieszanka wyraźnych cytrusówkwiatów i przypraw, które w tradycyjnych szyprach nieco rażą nutą „zmywacza do paznokci”, tu została przepięknie zrównoważona dając wspaniały magnetyczny wręcz efekt. Serce jest zaskakujące – przyprawowo-dymno-ziemiste. Kwartet cynamon-paczula-wetiwer-mech dębu gra tu przepięknymi konsonansami. Szczególnie mech dębu nadaje tej niesamowitej głębi, jaką miały niegdyś klasyczne pachnidła, zanim pojawiły się obostrzenia IFRA każące najpierw zminimalizować, a później całkowicie wyrugować całkowicie użycie ekstraktu Evernia prunastri w formule (niektóre zapachy nigdy się już nie podniosły – np. pierwszy i jedyny prawdziwy Heritage Guerlain). Ale wróćmy do M. Kwiaty tworzą tu raczej tło, współbrzmiący i wypełniający, zaokrąglający całość akord, bez wyraźnej nuty różanej czy jaśminowej. Baza nadchodzi leniwie, ale gdy już do niej dotrzemy, jest bardzo elegancka i głęboka. Nieco drzewna, przede wszystkim zaś balsamicznażywiczna i piżmowa

Choć M często kategoryzowany jest jako zapach skórzany, wg mnie to jednak pewne uproszczenie. Owszem, tworzy on wokół noszącego jakby skórzaną aurę, ale jest to raczej efekt osiągnięty przez synergię zastosowanych balsamicznych ingrediencji, aniżeli z premedytacją użyte typowo skórzane składniki jak np. smoła brzozowa czy syntetyczne imitatory woni wygarbowanej skóry czy zamszu. Zresztą bardzo podobny efekt Roja Dove osiągnął w Fetish Pour Homme Roja Parfums, tyle że M jest bardziej ułożony, wysmakowany, zniuansowany, wielowymiarowy i bardziej tradycyjnie szyprowy.

Puredistance big bottles

Puredistance M to perfumy, który dzięki nagromadzeniu doskonałych składników i mistrzowskiej formule mienią się różnymi odcieniami. Odnajdziemy tu zarówno aurę skórzaną, jak i wibrującą przyprawowość, odrobinę dymności, wreszcie akcenty drzewne i ziemiste oraz balsamiczne. A wszystko to urzeka swa naturalnością i wyrafinowaniem. M pachnie klasycznie i to jest jego wielki atut. Ale znów – podobnie jak w zapachach Roja Parfums – tak i tu nie ma mowy o nutach przebrzmiałych, rażących przesadną retro stylistyką. M to doskonała w każdym calu stylizacja stworzona wg najlepszych klasycznych wzorców przy użyciu doskonałej jakości składników (co czuć od początku do końca), ale jednocześnie to perfumy zdecydowanie współczesne, stworzone przy wykorzystaniu obecnie osiągalnych ingrediencji i z dbałością o aktualny sznyt i charakter.

Po wielokrotnych testach mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pachną one jak – co najmniej – sto milionów dolarów. Emanują wyrafinowanym luksusem, ale jednocześnie absolutnie nie przytłaczają. Przeciwnie – fascynują zbalansowaniem i odurzają swym klasycznym pięknem. Warto wspomnieć, że perfumy te mają idealną, nienarzucająca się, ale wyczuwalną projekcję i doskonałą, ponad 24 godzinną trwałość (koncentracja pachnącego wkładu jest tu wysoka, bo aż 25%, więc wg klasycznych prawideł mamy tu do czynienie z czystymi perfumami, zwanymi czasem także ekstraktem). Jakość użytych tu ingrediencji nie pozostawią wątpliwości. Nie oszczędzano tu na niczym i mogę to z czystym sumieniem podkreślić. Także i opakowanie – doskonale wykończony, średnio ciężki, metalowy flakon w kształcie probówki, z nazwą nadrukowaną na znajdującym się pod masywną zatyczką pierścieniu oraz eleganckie, wykonane z bardzo grubej tektury pudełko, wręcz futerał, wyściełany miękkim materiałem, w którym – obok flakonu – znajdziemy certyfikat autentyczności z własnoręcznym podpisem Jana Ewouda Vosa. Wszystko to są znamiona autentycznego wysublimowanego luksusu. 

Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że Puredistance M to Mistrzowskie Perfumy. To nie tylko wspaniałe pachnidło z najwyższej półki, ale i prawdziwie luksusowy produkt podany w odpowiedniej do tego oprawie. Coś, co z dużą pewnością możemy znaleźć na tylnym siedzeniu Astona Martina, o ile będziemy mieli szansę kiedyś się tam znaleźć…  

 Puredistance M

nuty górne: bergamotka, cytryna

nuty środkowe: róża, jaśmin

nuty dolne: cynamon, paczula, mech, czystek, wetiwer, wanilia, piżmo, nuty skórzane

twórca: Roja Dove

rok wprowadzenia: 2010

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: dobra, wyraźna, komfortowa
  • trwałość: ponad 24 godz