Olivier Durbano #13 – Labradorite – szczęśliwa trzynastka?

Dwa tygodnie temu w Domu Perfumeryjnym Quality Missala odbyła się polska premiera najnowszego pachnidła Oliviera Durbano: Labradorite.

IMG_20171125_125410

To już trzynasta zapachowa kompozycja tego artysty, który – przypomnijmy – mieszka i pracuje w Grasse, a więc kolebce europejskiej perfumerii, gdzie od niedawna można także odwiedzić jego malutki butik zlokalizowany w samym sercu starego miasta – na Place Aux Aires. Olivier przybył do Polski, by przy okazji przeprowadzenia warsztatów poświęconych nutom kadzidlanym w swoich perfumach, zaprezentować właśnie Labradorite, którego trzynasty numer artysta określił jako szczęśliwy… Hmm…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-077

Przyznam, że z przyjemnością przypomniałem sobie po kolei niezwykłe, unikatowe pachnidła Oliviera i niezwykłe kamienne i duchowe inspiracje, jakie za nimi stoją. Powróciło moje wcześniejsze przekonanie, że Perfume Stone Poems to jedna z najbardziej niesamowitych kolekcji perfumerii artystycznej, w której od dawna mam swoich faworytów (Black Tourmalin, Heliotrope, Rock Crystal, Pink Quartz, Lapis Lazuli), a pachnidła ją tworzące nie mają sobie równych i są trochę jakby nie z tego świata…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-017

Labradorite #13 składa się z dwunastu składników. Wedle słów twórcy brakującym trzynastym jest człowiek.

Tak więc perfumy te są kompletne tylko wówczas, gdy naniesione na skórę (swoją drogą myślę, że to tyczy się każdych perfum). Jak wyjaśnił Olivier, pachnidło to ma dwie strony, tak jak kamień, który posłużył za inspirację. Jedna jest gładka i błyszcząca, druga – surowa i szorstka. Te dwie natury kamienia artysta oddał poprzez kontrast akordu tuberozy i nut animalnych – cywetu i kastoreum. W otwarciu zapachu znajdziemy akcent ziołowy w postaci majeranku i kardamonu, który zdaje się potwierdzać, że Olivier od pewnego czasu chętnie umieszcza w swych kompozycjach wonne zioła (koper w Promethee #10, kmin i szałwia w Chrysolithe #11, tymianek w Lapis Lazuli #12).  W składzie nie zabrakło oczywiście kadzideł, tym razem w postaci żywic olibanum i opoponaksu. Ich rola w Labradorite nie jest wiodąca, ale z pewnością to właśnie one tworzą ciepły i otulający klimat tego zapachu. W jego centrum pozostaje wszakże bardzo oryginalne ujęcie tuberozy z podkreślonym jej zwierzęcym aspektem. Kwiat ten osadzony został w żywiczno-ziołowym kontekście, co powoduje, że nie przypomina żadnych znanych mi – zwykle kobiecych – perfum z akordem tuberozy. Co więcej – jak wszystkie perfumy Oliviera – nie daje się zaszufladkować także w aspekcie płci.

Labradoryt

Szczerze mówiąc, gdyby nie towarzyszący premierze opis nut zapachowych, nie zidentyfikowałbym tu tuberozy… Owszem jest w tych perfumach pewna nuta, ujawniająca się w sercu i trwająca dość długo, którą można by z pewną dozą dobrej woli nazwać kwiatową, choć na pewno nie typową. No ale pamiętajmy, że to autorska, całkowicie artystyczna interpretacja tej woni. Niestety drażni mnie ona jakimś przebijającym się z niej syntetykiem, jakby użytym tu w przesadnej ilości. No ale to wyłącznie mój subiektywny i indywidualny odbiór, niemniej zakłócony właśnie przez tę nutę. Czy to jest owa tuberoza, czy nie – nie ma znaczenia. Ze względu na tą nutę właśnie 13-te dzieło Oliviera przypadło mi do gustu najmniej ze wszystkich.

Niezależnie od moich osobistych wrażeń i ocen, Labradorite jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że Olivier Durbano nie przestaje zaskakiwać oryginalnością swych olfaktorycznych pomysłów, i że konsekwentnie od 13 lat podąża swoją własną ścieżką, nie oglądając się na innych. I to dosłownie. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Olivier nie testuje żadnych innych perfum poza własnymi, by pozostać wolnym od jakichkolwiek, nawet nieświadomych wpływów. Promuje swoje pachnidła w perfumeriach zlokalizowanych w całej Europie, ale nigdy nie wącha żadnych dostępnych w nich perfum innych marek. Zadziwiające i – jak dla mnie – niemal niewyobrażalne… Z drugiej strony taka postawa z pewnością pomaga w koncentracji na własnych pomysłach i może owocować unikalną stylistyką, z czym w przypadku Durbano z pewnością mamy do czynienia. Trzynasty kamienny zapach dowodzi tego tak samo, jak wszystkie pozostałe. Pachnie wyjątkowo, unikatowo i stylistycznie spójnie z pozostałymi dwunastoma. I choć z wyżej opisanego względu nie dołączył do grona moich faworytów, to obiektywnie rzecz biorąc oceniam go jako wart uwagi, jak każdy zapach z tej niezwykłej kolekcji. Choć znajdziemy w niej rzeczy moim zdaniem dużo, dużo lepsze, jak na przykład poprzedni Lapis Lazuli czy wcześniejszy naprawdę uroczy Chrysolithe.

Durbano Labradorite
fot. Fragrantica

nuty głowy: drewno gwajakowe, majeranek, kardamon

nuty serca: tuberoza, ambra, olibanum (kadzidło frankońskie)

nuty bazy: żywica agarowa (oud), sandałowiec, cyweta, kastoreum, opoponaks, piżmo

moja ocena:

zapach: 3,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Olivier Durbano „Lapis Lazuli” czyli błękit ultramarynowy

To już dwunasty kamień w pachnącej interpretacji Oliviera Durbano, co z pewnością cieszy fanów talentu tego niezwykłego twórcy, w tym mnie osobiście. Niejednokrotnie już podkreślałem wyjątkowość i unikatowość perfumowej kolekcji Parfums de Pierres Poemes. Każdy miłośnik perfum o niebanalnym i wysublimowanym pięknie powinien ją znać. Kropka.

olivier-durbano

Tym razem inspiracją był lazuryt – kamień o przepięknej błękitnej barwie. Słowo „błękit” nie do końca oddaje niezwykłości koloru tego kamienia, który w epoce Renesansu używany był do pozyskiwania niezwykle cennego pigmentu – naturalnej ultramaryny. Ta inspiracja oczywiście znalazła odbicie w przepięknej barwie perfum.

Znawcy kamieni szlachetnych lazurytowi przypisują własności wspierające w walce melancholią, pozytywny wpływ na pogodę ducha, na harmonię w kontaktach z innymi ludźmi, na poczucie bezpieczeństwa. Lazuryt ma wzmacniać silną wolę, koncentrację, intuicję, wiarę we własne siły, kreatywność, odwagę i zdolności przywódcze (za http://pozytywnaenergiakamieni.blogspot.com/).

lazuryt

Lapis Lazuli to Durbano, jakiego lubię najbardziej. Chłodny, mineralny, mistyczny, niepokojący i absolutnie inny od wszystkiego. 

Zapach jest połączeniem suchej, drzewnej bylicy (znanej nam dobrze w bardzo wyrazistym i surowym wydaniu z French Lover Frederica Malle), z iglakowo pachnącym cyprysem, nutą drzewa herbacianego oraz zieloną ziołowością tymianku i eugenolową wonią goździka. Tym składnikom nadano – z pomocą tlenku różanego  – nieprzesadnie, ale wyraźnie wyczuwalnie różano-metalicznej poświaty (którą w mocniejszym i bardziej różanym wydaniu znajdziemy w fenomenalnym Opus X Amouage.) Tutaj ów tlenek odciska swe piętno, ale nie na tyle, byśmy mieli do czynienia z aromatem róży, jedynie z jej metalicznym, zielonym wspomnieniem. Serce zapachu jest bardziej ziołowe, z dominującym tymiankiem. Bardzo niecodzienne nuty w postaci „mleka roślinnego” czy „orkiszu„, dla mnie nie możliwie do zidentyfikowania, z pewnością dodają niezwykłości. Finisz ma drzewny charakter i w bardzo naturalny sposób wypływa z reszty kompozycji, zachowując wciąż jej przewodni temat. To ważne, gdyż wg mnie Lapis Lazuli do samego końca pachnie w dużej mierze tak, jak na początku, a następujące w nim zmiany – choć obecne – są minimalne.

Perfumy przyjemnie projektują, trzymając się skóry ponad osiem godzin, co dopełnia moją ich wysoką ocenę. Wg mnie to jeden z najciekawszych o najlepszych zapachów w ofercie Oliviera Durbano. Im dłużej go testuję, tym bardziej mnie zachwyca…

durbano-lapis-lazuli

nuty głowy: bylica, cyprys, drzewo herbaciane, goździk, tlenek różany

nuty serca: tymianek, mleko roślinne, orkisz, irys

nuty bazy: wetyweria, drzewo cedrowe, ambra, żywica elemi, żywica tolu, piżmo

perfumiarz:  bd.

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 6,0 / projekcja: 4,0 / trwałość: 4,5

PS. Perfumy Oliviera Durbano można przetestować i nabyć wyłącznie w perfumerii Quality Missala.

Olivier Durbano „Promethee”

Najnowsza perfumowa propozycja Oliviera Durbano powstała przy okazji jubileuszu 10 lecia istnienia marki i jest dziesiątym pachnidłem w kolekcji Parfum de Pierres Poemes. Mogłaby być więc czymś na kształt podsumowania dotychczasowego dorobku twórcy, jednakowoż nim nie jest. Jest za to stuprocentowym dowodem na to, że Durbano zmienił kierunek olfaktorycznych poszukiwań, czego zapowiedzią był już zresztą poprzedni zapach – Lapis PhilosophorumMniej więcej rok temu recenzowałem go na blogu. Wedle deklaracji Oliviera zamykał on kamienną kolekcję i miał stanowić jednocześnie początek czegoś nowego, swoiste tematyczne przejście. Zastanawiałem się wówczas, co też takiego Durbano szykuje na przyszłość, w jakim kierunku podąży i jakiego typu pachnidło zaproponuje nam w następnej kolejności. Promethee jest odpowiedzią na te pytania.

www_slajder_Promethe_01

Zapach – jak się można łatwo domyśleć – powstał z inspiracji mitem o Prometeuszu. Ten mityczny bohater zasłynął nie tylko ukradzeniem Atenie mądrości, ale przede wszystkim stworzeniem człowieka z gliny i łez. Tchnął w niego duszę z boskiego ognia, którego kilka iskier skradł wcześniej z rydwanu boga Heliosa. Ten święty ogień Prometeusz ukrył w kawałku drewna (rzekomo w łodydze kopru), by przekazać go później ludzkości.

koper_kozieradka1

Lapis Philosophorum był pachnidłem o żywiczno-balsamiczno-„wegetalnym” charakterze (unikam jak ognia określenia „warzywny”, bo w kontekście perfum brzmi ono nieco dziwnie, choć skoro mamy przecież perfumy owocowe, to – szczególnie do niszy – jak najbardziej pasują perfumy warzywne!). Promethee zdaje się rozwijać tę estetykę poprzez poszerzenie jej o nowy wymiar. Z jednej strony wyrazista obecność nawiązującej do prometejskiego mitu nuty kopru oraz kozieradki – zioła znanego i stosowanego już w starożytności. Z drugiej zaś towarzysząca im w fazie serca,  oryginalna i niespotykana w perfumach, mineralna, lekko słona i jednocześnie jakby nieco dymna, czy raczej płomienista woń, podobna do tej, jaką wydzielają palone zimne ognie. Jakby rozgrzany krzemień. Ta nuta szybko staje się centrum zapachu i w towarzystwie wspomnianego duetu kopra i kozieradki, podbudowana subtelnymi nutami drzewnymi i żywicami tworzy charakterystyczną woń Promethee, która trwa na skórze przez większość czasu. W ten sposób prometejski mit z przewodnimi motywami ognia, koprowej łodygi i gliny znajduje odzwierciedlenie w zapachu, który jest błyskotliwą i prawdziwie artystyczną jego ilustracją. Oto więc przykład perfumerii koncepcyjnej, prawdziwie niszowej i artystycznej właśnie. Pod tym względem Durbano więc tradycyjnie już nie zawodzi. To charakterystyczna cecha jego stylu, polegającego na zadziwiająco czytelnym przekuwaniu inspiracji w konkretne nuty i akordy zapachu.

zine-ogin-gif

Jednocześnie jednak nie czuję się do Promethee w pełni przekonany. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że „patrzę” na niego przez pryzmat wcześniejszych dzieł Oliviera. Szanuję jego twórczy niepokój i chęć eksplorowania nowych estetyk, ale jednocześnie mam poczucie, że nie jest to kierunek dla mnie tak ekscytujący, jak ten wyznaczony przy pomocy tak niesamowitych pachnideł jak Rock Crystal, Black Tourmaline, Amethyste, Jade, Turquoise czy Heliotrope. Bo te są moim zdaniem najjaśniejszymi – póki co – punktami jego niezwykłej perfumowej kolekcji. Niemniej byłbym nieuczciwy wobec samego siebie i osób czytających moje opinie, gdybym nie stwierdził, że absolutnie doceniam Promethee jako kolejne bardzo interesujące i bardzo oryginalne pachnidło (nie znam nic podobnego!), stworzone przez artystę, którego poczynania śledzę z wielką uwagą, a który jak mało kto w tej dziedzinie zasługuje na to właśnie określenie. Niewielu jest bowiem perfumiarzy, którzy swymi zapachami tak intrygują, poruszają, zmuszają do wręcz intelektualnego wysiłku, by je w pełni poznać i docenić. Na tym polu Olivier Durbano niemalże nie ma konkurencji. Choć artysta zmienił kierunek (do czego ma prawo, a może nawet artystyczny obowiązek, by nie popaść w autoplagiat!), to wciąż nie tyle podąża znanymi ścieżkami, ile wyznacza nowe w miejscach, w których – wydawać by się mogło – nie mają one prawa powstać. Jest więc twórcą awangardowym w pełnym tego słowa znaczeniu, czego Promethee jest przekonującym dowodem. To także fascynujący przykład prawdziwie niszowej perfumeryjnej sztuki i zapach, na który trzeba zwrócić uwagę. Koniecznie. Jest tego wart.

Durbano Promethee

nuty głowy: koper, różowy pieprz, gałka muszkatołowa, mirt, olibanum, czystek

nuty serca: narcyz, kaukaska lilia, absolut z lawendy, kozieradka, rosyjska szałwia, styrax

nuty głębi: cedr, wetiwer, mirra, labdanum, szara ambra, piżmo

twórca: Olivier Durbano

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: 4+
  • projekcja: 4 
  • trwałość: 5

Z archiwum bloga “Per Fumum dla mężczyzn”: Olivier Durbano “Turquoise”

Uwaga: Wpis archiwalny przeniesiony z perfumum.blox.pl z 24.01.2010 roku stąd niektóre dane mogą być już nieaktualne.

Ostatni jak dotąd kamienny poemat Oliviera Durbano nosi tytuł TURQUOISE. Tym razem perfumiarski mistyk wziął na warsztat turkus, który „(…) jest kamieniem ochronnym, który obdarza pogodą umysłu, opanowaniem, siłą psychiczną i strzeże przed upadkiem. Niektórzy twierdzą, że wzmacnia refleks ludzi za kierownicą i chroni przed wypadkami. Podobno zapewnia powodzenie w sprawach materialnych i szczęście rodzinne. Pomaga w rozwikłaniu problemów.”

turkusik

Zapachowo to rzeczywiście najbardziej kamienny i zarazem najmniej kadzidlany z poematów utalentowanego Oliviera. Oprócz turkusowej barwy cieczy ta pachnie – rzecz ujmując najbardziej oględnie – jak wilgotny kamień wyciągnięty z chłodnej morskiej wody. Wrażenie jest niebywałe i po raz kolejny muszę oddać Durbano, że jego dzieło pachnie jak nic, co dotąd dane mi było poznać. Spójrzmy na nuty: morszczyn, trzcina, drewno mirry? Pierwszy raz widzę coś takiego i pierwszy raz coś takiego wącham. Mamy tu do czynienia z kolejnym niezwykle unikatowym dziełem. Durbano zabiera nas tym razem nad chłodny ocean i każe nam wąchać słonawe morskie powietrze, wilgotne morskie kamienie i przywierające do nich glony i wodorosty. Zapach morski? Brzmi może i znajomo, ale jeżeli dotąd miałem do czynienia z perfumami, o których mówiło się, że imitują zapachu morskiej bryzy, to przy TURQUOISE zrozumiałem, że były one kiepskimi żartami. Turkus daleki jest od tych niby-morskich, wodnych wynalazków. Jest naprawdę realistyczny i sugestywny. No i nie ma nic wspólnego z upalnymi wakacjami na tropikalnych plażach!  Wąchając go mam przed oczami skaliste, morskie wybrzeże w pochmurny i wietrzny dzień. Fale rozbijają się o skały i rozbryzgują wodę, której najlżejsze cząsteczki docierają w postaci subtelnej mgiełki na sam szczyt wybrzeża, gdzie stoję. Niezwykły to doprawdy zapach. Na początku jest wyraźnie słony, lekko kwaśny i lekko iglasty (mamy więc zarówno drobiny jodu zawartego w morskim powietrzu, jak i lekko wapienną i kwaśnawą woń morskich skorupiaków, a wszystko to zmiksowane z zapachem iglaków, porastających wysokie nabrzeże). Z czasem iglaste wonie znikają na rzecz nut suchych, słonawych, lekko drewnianych i bardzo subtelnie kadzidlanych. Teraz pachnie to jak morski wilgotny kamień lub kawałek drewna wyrzuconego przez ocean, które przez lata pławienia się w zimnych oceanicznych odmętach przesiąkło nie tylko morską solą, ale wszystkim tym, czy pachnie zimna oceaniczna głębia. Brrrr! Dreszcz przechodzi po plecach. Trzeba sięgnąć po kurtkę przeciwwiatrową! TURQUOISE to kompozycja od której po prostu wieje. Wieje oceanicznym chłodem! Jest intensywna i mocna, bardzo trwała. Sądzę, że podczas upalnego lata w pełni objawi swe chłodne oblicze, a kto wie może i odsłoni swą inną stronę?….

Turkusem Olivier Durbano po raz kolejny dowodzi, że jego perfumy to niezwykłe, unikatowe dzieła sztuki. Po raz kolejny też jego olfaktoryczne koncepcje trafiają w sam środek mego zapachowego serca. Jest mi z nimi bardzo po drodze. Podziwiam wyobraźnię i kunszt tego artysty. Jeżeli miałbym pokusić się o prywatny ranking niszowych perfum, jego dzieła zajęłyby chyba pierwsze miejsce. Liczę, że kolejnymi kompozycjami – na które niecierpliwie czekam (do kompletu siedmiu kamieni brakuje jeszcze dwóch…) – potwierdzi swój kunszt i utwierdzi mnie w przekonaniu o swojej absolutnej unikalności w świecie kreatorów perfum.  

Interpretacja: Starożytni uważali turkus za „skamieniałą wodę” lub „skamieniały fragment nieba”. Zapach Durbano w tym duchu łączy nuty wodne, ozonowe i mineralne, kamienne jak żadne inne znane mi perfumy. Kolejne dzieło Mistrza z „podwójnym dnem”? Owszem. Coś więcej niż perfumy? A jakże…

turkus

Nuty głowy: terpentyna, jagoda róży, żywica elemi, somalijskie kadzidło olibanum, kolendra, jałowiec,

Nuty serca:  trzcina, lotos, lilia, niezapominajka, morszczyn (wodorosty),

Nuty bazy: nieśmiertelnik, miód, drewno mirry, ambra

twórca: Olivier Durbano

rok wprowadzenia: 2009

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 godzin

Z archiwum bloga “Per Fumum dla mężczyzn”: Olivier Durbano “Jade”

Uwaga: Wpis archiwalny przeniesiony z perfumum.blox.pl z 8.11.2009 roku stąd pewne dane mogą być już nieaktualne.

Tym razem Durbano odszedł od nut kadzidlano-dymnych, by stworzyć coś równie niezwykłego, jednak o odmiennym charakterze. Trudno doprawdy opisywać mi ten zapach. Jego unikatowość zbija mnie z tropu. Muszę to podkreślić: JADE jest NIEZWYKLE unikatowym i specyficznym, niezmiernie pięknym zapachem. Powala mnie za każdym razem, gdy go poczuję. Pamiętam pierwszy test – papierkowy – w perfumerii. Testowałem ROCK CRYSTAL i właśnie JADE. Kryształ górski zbladł w zielonym towarzystwie nefrytu. Bo JADE jest zielony (to przecież widać) i pachnie zielono, choć ta zieleń złamana jest… no właśnie. O tym za chwilę. Przyznam, że obcowanie z JADE to dla mnie przeogromna frajda. Odkrycie nowej jakości w perfumach. To olfaktoryczny szok podobny do tego, jakiego doznałem, gdy pierwszy raz poczułem „Lonestar Memories” Andy Tauera. Lubię takie doznania 🙂

Na początku JADE jest soczysty, owocowy. Ta owocowość złamana jest jednak przez przyprawy (anyż, mięta, kardamon). W liście nut wymieniona jest tu zielona herbata. Wiadomo jednak, że zielona herbata sama w sobie nie pachnie, a tzw. nuta zielonej herbaty to tak naprawdę syntetyczne o niej wyobrażenie. Tak czy inaczej akord otwarcia jest niesamowity, przykuwający uwagę. JADE rozwija się na skórze bardzo powoli, pozwalając cieszyć się każdym jego stadium. Po pewnym czasie JADE staje się nieco cierpkie, jakby suche, ziołowo-herbaciane i lekko kwiatowe. Choćbym szukał teraz na siłę jakichś porównań (np. YERBAMATE Villoresiego), to są one bezcelowe i pozbawione sensu. JADE jest z innego wymiaru. Jest magiczne. Akord bazy trwa niemal wiecznie (trwałość powalająca) i ma charakter sucho-ziołowy z wciąż obecną przewodnią nutą znaną z otwarcia i akordu serca. JADE nie wykonuje więc żadnych zapachowych wolt i przez cały czas pozostaje zieloną tajemnicą Oliviera Durbano. Nieskończenie piękną tajemnicą.

Interpretacja: Nefryt to kamień symbolizujący nieśmiertelną potęgę miłości. Wprowadza wewnętrzny spokój, sprawiedliwość i harmonię. A co mamy w składzie JADE? Przewodnie nuty to zielona herbata, mięta, mate. Zioła od wieków znane są ze swych uspokajających i harmonizujących właściwości…

  

Nuty głowy: zielona herbata, anyż gwiaździsty, mięta, kardamon,

Nuty serca: irys, jaśmin, chiński cynamon,

Nuty bazy: ambra, paczula, wetiwer, mech, piżmo, nieśmiertelnik, mate

twórca: Olivier Durbano

rok wprowadzenia: 2008

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 10 godzin

 

Z archiwum bloga “Per Fumum dla mężczyzn”: Olivier Durbano “Amethyste”

Uwaga: Wpis archiwalny przeniesiony z perfumum.blox.pl z 13.10.2009 roku stąd niektóre dane mogą być już nieaktualne.

W swej chronologicznie drugiej kompozycji pod tytułem AMETHYSTE Olivier Durbano mocno zmienił kierunek poszukiwań znany z debiutanckiego ROCK CRYSTAL i odszedł od kadzidlano-dymnych nut na rzecz świeżych, ulotnych nut owocowych i kwiatowych. To zdecydowanie najlżejsza, najbardziej zwiewna kompozycja z kamiennej czwórki, jaką dotąd poznałem. Również chyba najmniej męska (choć rzecz jasna facet może ją z powodzeniem nosić!) i najbardziej letnia, w sensie pory roku, aury najbardziej odpowiedniej do noszenia. To mocno inny Durbano, szczególnie mając na uwadze charakter jego pozostałych kompozycji, jednak niemniej fascynujący. W ametystowym otwarciu dominują świeże, lekkie nuty owocowe. Czujemy miksturę cytrusów (bergamotka), malin (ale nie ulepkowatych) i słodkich czerwonych winogoron, niezwykle delikatnie obsypanych pieprzem. Początek przykuwa uwagę, jak zawsze w przypadku arcydzieł Durbano. W miarę upływu czasu z pomiędzy owocowych nut wyłania się (a jednak!) niezwykle subtelne (!) durbanowskie kadzidło wplecione w drewniane nutki palisandru. Ten kadzidlano-palisandrowy konglomerat nie jest jednak obecny bez przerwy, a raczej pojawia się i znika co pewien czas, „wymieniając się pozycjami” z kwiatową częścią akordu serca (jaśmin plus irys, jak domniemam, choć typowego odurzającego jaśminu tu nie czuję). Ta swoista gra akordów nie trwa jednak długo, a kompozycja dość szybko zmierza w kierunku bardzo, ale to bardzo delikatnej piżmowo-waniliowej bazy.

 

A teraz uwaga:

Interpretacja: Ametyst – kamień wstrzemięźliwości – wg Wikipedii: :”Nazwa pochodzi z greckiego i oznacza „trzeźwy” (a – nie, méthystos – pijany), bo według greckich wierzeń, picie wina z czar ametystowych zabezpieczało pijącego przed upiciem się” albo nawet więcej – pijaństwem. Czyżby tym razem Durabano „puszczał do nas oko” i w zamierzony sposób umieścił w swej kompozycji nutę winogrona (grape) – podstawowego przecież surowca winiarskiego – by w sposób historyczno-magiczny połączyć zapach z ametystem – kamieniem, który wg antycznych wierzeń zabezpieczał m.in. przed upijaniem się winem i niepożądanymi skutkami picia go w nadmiernych ilościach? Niedorzeczne? Przypadkowe? Nie wierzę. Idąc dalej – czyż delikatny i ultrasubtelny charakter AMETHYST – nie licuje z inną cechą przypisywaną temu kryształowi wstrzemięźliwością?

Durbano funduje mi swymi „Parfums De Pierres  Poemes” wspaniałą olfaktoryczno-intelektualną zabawę. Kolejny raz zachwyca mnie. Tym razem nawet bardziej tymi skrytymi znaczeniami i powiązaniami, niż samym zapachem, choć nie potrafię odmówić AMETHYSTE uroku i oryginalności.  Jest w sumie piękny, aczkolwiek nie narobił w mej głowie takiego rumoru jak BLACK TOURMALINE czy JADE i nie zachwyca mnie aż tak jak ROCK CRYSTAL. Jeżeli jednak ktoś ceni zapachy niebanalne, ale jednocześnie delikatne i nienarzucające się, z tendencją do szybkiego zmieniania się w ledwo wyczuwalną acz intrygującą mgiełkę, AMETHYST jest dla niego. Choć ja jestem zdania, że mimo wszystko jest bardziej dla niej…

Nuty głowy: bergamotka, pieprz, winogrono, malina,

Nuty serca: kadzidło, drewno palisandrowe, jaśmin, irys,

Nuty bazy: ambra roślinna, drewno sandałowe, piżmo, wanilia

twórca: Olivier Durbano

rok wprowadzenia: 2006

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra-
  • trwałość: ponad 10 godzin

Z archiwum bloga “Per Fumum dla mężczyzn”: Olivier Durbano “Tourmaline Noir”

Uwaga: Wpis archiwalny przeniesiony z perfumum.blox.pl z 8.10.2009 roku stąd pewne dane mogą być już nieaktualne.

Trudne to przeżycie dla każdego chyba perfumomaniaka, gdy ni stąd ni zowąd trafia na perfumy, które wydaja mu się w 100% odpowiadać jego wyobrażeniom o jego zapachu idealnym. Czy to w ogóle możliwe? Do czasu poznania BLACK TOURMALINE uważałem, że nie. Dziś zmieniam zdanie. Znalazłem coś na kształt perfumowego Świętego Graala. Byłbym jednak nieuczciwy wobec samego siebie, gdybym na Czarnym Turmalinie zakończył. Otóż cała seria Durbano „Parfumes De Pierres Poemes” wydaje mi się być ideałem tego, na co w moich olfaktorycznych poszukiwaniach oczekiwałem (biorąc pod uwagę póki co trzy z pięciu kompozycji i z niemałą ekscytacją czekając na poznanie pozostałych dwóch). Wiem – brzmi to wszystko doniośle, ale tak właśnie czuję i nie obawiam się tego napisać. Emocje są dla mnie z perfumami nierozłącznie związane. Inaczej to wszystko nie miałoby przecież sensu… Ale do rzeczy:

BLACK TOURMALINE to chronologicznie trzecia kompozycja w cyklu Oliviera Durbano. Z tych, które dotąd poznałem, to ta najbardziej mroczna, niesamowita, powalająca, zapierająca dech. Majestatycznie piękna. BLACK TOURMALINE potwierdza, że Durbano tworzy zapachy trafiające w sam środek mego serca… Za Wikipedią: „Turmaliny to szereg minerałów należących do grupy krzemianów. Oprócz szerlu, należą do minerałów rzadkich lub bardzo rzadkich. Nazwa pochodzi od syngaleskiego turmali określającego zdolność do przyciągania, po podgrzaniu, popiołu z ognia.” Turmaliny różnią się kolorami. Interesujący nas czarny to: „Schörl (szerl, szerlit, skoryl) – czarny, nazwa od wyrażenia z dawnej gwary górniczej. Używany do wyrobu biżuterii żałobnej – rzadko stosowany w jubilerstwie.” (źródło: Wikipedia). Ale turmalin to także kamień, któremu przypisuje się moc chronienia, stąd jego żałobny charakter. Wykonana z niego biżuteria miała chronić dusze zmarłych przed złem.Tyle teorii. A jak pachnie BLACK TOURMALINE krok po kroku?

Początek to woń starych drewnianych mebli i pastowanej z pieczołowitością drewnianej podłogi. To jak podróż w czasie i przestrzeni do jednego z miejsc mego dzieciństwa. Ale to tylko przednuta, spowodowana – jak podejrzewam – obecnością ziół: kardamonu, kolendry i kminu, które tworzą to olfaktoryczne złudzenie.  Dosłownie po kilkudziesięciu sekundach ten aromat niknie, by ustąpić miejsca słodkawemu zapachowi dymu i popiołu pochodzącego z drewna palącego się w ognisku. Nie jest to jednak ta kwaśna woń, która pozostaje na ubraniu po wieczorze spędzonym przy ognisku. Jest ona uszlachetniona słodkawym kadzidłem i skórą oraz doprawiona pieprzem. Tak powstaje genialny akord serca, który trwa i trwa….i poraża swą szlachetnością i sugestywnością. Naturalnie z czasem jego ostrość i dymność maleje, on sam łagodnieje i jakby wysusza się, ale do samego końca na skórze wyczuwam wytrawną dymną nutę. Żadnych kompromisów, żadnego wysładzania się, piżmowania, ambrowania. Dym do samego końca. Piękne. Trwałość BLACK TOURMALINE jest więcej niż zadowalająca, zaś jego intensywność większa niż ROCK CRYSTAL. Należy więc roztropnie posługiwać się atomizerem, by się nie spalić żywcem 😉

BLACK TOURMALINE ma tę cechę, którą cenię w perfumach najbardziej. Podczas pierwszego wąchania doznałem efektu „wow”, lekkiej konsternacji połączonej z zafascynowaniem. Element zaskoczenia i w jakimś sensie poszerzenia olfaktorycznych horyzontów ma dla mnie niebagatelne znaczenie. Najbardziej nie lubię, gdy jedyne, co przychodzi mi do głowy po pierwszym zawąchaniu czegoś nowego, to słowa: „To już było.” Co równie ważne – w miarę rozwoju zapachu na skórze nie dzieje się z nim nic, co mogłoby mnie rozczarować. To już bardzo dużo. Zapach nie traci niezwykłego charakteru na rzecz „oklepanych” perfumiarskich akordów. W Czarnym Turmalinie spotykają się ogień, kadzidło i dym w proporcjach idealnych. Czego więcej mogę oczekiwać? Kontakt z absolutem bywa druzgocący w swych skutkach, a spełnione marzenie powoduje poczucie pustki i braku sensu. Dlatego nie będę brnął w te emocjonalne dywagacje. Jestem po prostu zachwycony.

Interpretacja: zdolność do przyciągania, po podgrzaniu, popiołu z ognia, to charakterystyczna cecha minerałów zwanych turmalinami. Jakże sugestywnie oddał to Durbano w swej kompozycji, która pod wpływem podgrzania na skórze zaczyna wydzielać woń dymu i popiołu!  Arcydzieło to jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy. Arcydzieło nie tylko olfaktoryczne, ale i koncepcyjne. Kłaniam się nisko, Panie Durbano.

Nuty głowy: kardamon, kolendra, kmin,

Nuty serca: kadzidło frankońskie, pieprz, odymione drewno, drewno oud, skóra, drogocenne drewna,

Nuty bazy: piżmo, ambra, mech, paczula

twórca: Olivier Durbano

rok wprowadzenia: 2007

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 10 godzin