Tom Ford „Fucking Fabulous” – doprawdy?

Gdy mniej więcej w połowie 2017 pojawiły się w internecie informacje nt. nowych perfum Toma Forda o nazwie Fucking Fabulous uznałem to za fake news.

TF FFabulous

Nie wierzyłem, że Ford mógłby aż tak daleko posunąć się w prymitywnym marketingu. Owszem dał się nie raz nie dwa poznać jako projektant lubiący zwrócić uwagę na swój produkt niemal wulgarną kampanią reklamową, ale miałem wrażenie, że w ostatnich latach nieco zbastował i poszedł w kierunku bardziej eleganckich treści w materiałach promocyjnych. Gdy jednak jakiś czas później okazało się, że to faktyczna nazwa limitowanego zapachu, który swą premierę miał podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody w 2017 roku, byłem – przyznam – zniesmaczony. A nie jestem zbytnim purystą. Po prostu wydało mi się to wyjątkowo pretensjonalne, a nawet prostackie, jak na tak wyrafinowanego projektanta. Kolejna granica została przekroczona… Znów przez Toma Forda… Do tego ta napompowana cena, wyższa od „typowego” zapachu z kolekcji Private Blend o ok. 30%… Na długi czas zapomniałem o tym pachnidle – aż do września br., gdy miałem okazję powąchać je w perfumerii na lotnisku w Monachium. A flakon wyglądał tak….

TF FFabulous 3

 

O co chodzi z tą cenzurą w nazwie? – pomyślałem. Polityczna poprawność w Europie? A może kolejny sprytny chwyt marketingowy speców z Tom Ford Beauty?

Butla wyróżniała się pośród innych z kolekcji modnym matowym wykończeniem. Aromat z papierowego blottera natomiast zaskoczył mnie najpierw parafinową nutą. Trochę świecy, trochę skóry, trochę słodkości. Takie było moje pierwsze wrażenie. Hmmm…. Nie zachwycił, ale i nie rozczarował. Na pewno zaintrygował tą niecodzienną zbitką nut… Owszem spodziewałem się czegoś daleko bardziej spektakularnego, ale… Zdecydowałem, że w nieodległym czasie zdobędę materiał do głębszych testów i tak niedawno uczyniłem.

Dziś po kilku próbach jedno wiem na pewno. Zapach nie ma nic wspólnego z nazwą. Ogłaszam więc kolejne spektakularne zwycięstwo marketingu nad produktem jako takim. Niemniej zdecydowanie wart jest uwagi, bo nie można odmówić mu oryginalności i unikatowego charakteru.

Fucking Fabulous otwiera się przedziwnym akordem z którego wyłania się na pewno tonka oblana zielonym sokiem – tu szałwią (gdzieś to u Forda już czułem – wiem – Vert d’Encens). Początkowo aura jest zielono-słodko-gorzka i ta zbitka totalnych przeciwieństw działa na ośrodek węchowy nieco dezorientująco. Do tego w tle majaczy nuta skóry, ale nie ta znana z Tuscan Leather czy Ombre Leather. Tu skóra jest jakby woskowana, tłusta, błyszcząca. Wraz z upływem czasu zapach zaczyna tracić na zieloności i pojawia się nutka drzewna (z opisu wynika cashmeran), choć mi przypominająca mi bardziej esencję cedrową. Mocy nabiera aromat słodkawo-gorzko-woskowy. To co pozostaje na skórze na koniec – czyli tzw. głębia, baza – niestety jest najmniej udanym elementem zapachu. Nieco gorzka, nieco drzewna, nieprzekonująca.

tom-ford-fucking-fabulous.jpg

Mam pewne uwagi do parametrów, bo o ile Fucking Fabulous trzyma się na skórze całkiem długo, to jego ekspresja i projekcja pozostawia do życzenia. Mogłaby być nieco bardziej wyrazista, choćby na poziomie wspomnianego Vert d’Encens nie wspominając o Oud Wood czy Tobacco Vanille.

Reasumując – Fucking Fabulous (i zapomnijmy na chwilę o dyskusyjnej nazwie) to perfumy, które wymykają się znanym klasyfikacjom. Intrygują pomysłowym i odważnym zestawieniem nut, ale rażą brakiem zdecydowania i wrażeniem… niedokończenia. Jakby studium, projekt w trakcie… Perfumowa ciekawostka dla najbardziej zainteresowanych i… nie żałujących pieniędzy. Tak na marginesie, to wydaje mi się, że Fucking Fabulous mógł powstać przy okazji opracowywania zapachów z mini-serii Vert z 2016 (Vert Boheme, Vert d’Ensens,  Vert de Fleur i Vert de Bois), a być może nawet nie zmieścił się w głównej czwórce, więc został odłożony na później. Idealna opcja na limitowaną edycję, prawda? Ach, ten fordowski marketing…

Tom Ford FFabulous 2

główne nuty: szałwia, gorzki migdał, tonka, kłącze irysa, skóra, cashmeran

nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Serge Lutens -„Dent de lait”, czyli ząb mleczny…

Styl perfum Serge’a Lutensa wyewoluował na przestrzeni lat od bardzo dosłownego, skoncentrowanego na składnikach, nutach i ich kombinacjach oraz korelacjach do niemal całkowicie abstrakcyjnego. Stało się to mniej więcej wraz z opublikowaniem w 2006 roku Gris Clair, którego tytułową „jasną szarość” twórca osiągnął przy użyciu lawendy, tonki i białych piżm. Odtąd oryginalne, pełne inwencji nazwy kolejnych pachnideł towarzyszyły równie oryginalnym, niekiedy bardzo nowatorskim, ale zawsze niezwykle „noszalnym” aromatom. Apogeum abstrakcji duet Lutens/Sheldrake osiągnął w ramach zapoczątkowanego przez L’Eau w 2009 roku cyklu „wodnego”. L’Eau, L’Eau Froide, Laine de Verre, L’Eau de Paille to czystem perfumowe abstrakty penetrujące temat nut wodnych w perfumach. Zapachy minimalistyczne, intrygujące, wykorzystujące aromamolekuły dla osiągnięcia bardzo konkretnego artystycznego celu. Publikowane w tym samym czasie kolejne pachnidła głównej linii Lutensa także nie przypominają jego naturalistycznych klasyków. Przedziwne, kulinarne Jeux de Peau, totalnie abstrakcyjne i nieuchwytne L’Orpheline, oszczędne, jaśminowo-piżmowe La Religieuse, pachnące słonym karmelem i piernikiem Bapteme du Feu. Zeszłoroczna premiera Dent de Lait wpisuje się w ten nurt, plasując się jednak w górnej stawce perfumowej abstrakcji, ex equo z cyklem wodnym i L’Orpheline.

Lutens Dent de Lait

Inspiracja transformacją z małego chłopca w dorosłego mężczyznę, której symbolem jest mleczny ząb. Pożegnanie z wilczkiem, przywitanie wilka. Wejście w brutalny, dorosły świat, w którym czuć krew i mimowolne pozostawienie ciepłego kokonu dzieciństwa, pachnącego migdałami i ciepłym mlekiem. Jakże uniwersalny temat, zamknięty we flakonie z zapachem Dent de Lait. 

Początkowy akord, migotający chłodnymi, metalicznymi aldehydami, szybko odkrywa nutę migdałową z subtelnym dodatkiem jakiejś nie do końca zdefiniowanej i bardzo delikatnej  mentolowości. Oblany ciepłym mlekiem migdał dominuje w sercu, pozbawiony symbolizujących krew aldehydów ze wstępu. Słodkawa, ciepła, pudrowa baza wieńczy ten zapach. Na papierku testowym Dent de Lait trwa pewnie z tydzień albo dłużej. Skóra obchodzi się z nim dużo mniej łaskawie, niwecząc plany twórców i ograniczając zauważalną jego obecność do kilku godzin. Dent de Lait jest – poza oryginalnym, donośnym i przykuwającym uwagę początkiem – zapachem raczej delikatnym, zwiewnym i blisko-skórnym. Brakuje mu przekonująco zwieńczenia, perfumowego ogona, sillage… Swoim generalnie ciepłym, kulinarnym, mleczno-migdałowym charakterem zdecydowanie bardziej pasuje do kobiecej, niż męskiej skóry.

To intrygujący olfaktoryczny abstrakt, ciekawie zrealizowany koncept, ale czy to wciąż są perfumy? To określenie coraz mniej pasuje do takich kompozycji, o ile przyjąć, że słowo perfumy niesie za sobą kolejne integralne elementy: akordy, nuty, piramida, ewolucja, projekcja, ogon, trwałość. W przypadku Dent de Lait lepiej będzie po prostu użyć słowa „zapach”. Oto ciekawa pachnąca historia, wonna opowiastka, zaskakująca, abstrakcyjna, nowatorska. Jako taka z pewnością warta uwagi. Kolejny rozdział niezwykłej opowieści, snutej przez Serge’a Lutensa i Christophera Sheldrake’a – wiernego towarzysza w tej olfaktorycznej wędrówce.

 Dent de Laiy bottle

 

dominujące nuty: aldehydy, mleko kokosowe, migdał, akord krwi

twórca/nos: Christopher Sheldrake/ Serge Lutens

rok premiery: 2017

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0-3,5

Guerlain „Tonka Imperiale”

„Tonka Imperiale” to perfumy mające uwypuklić olfaktoryczną urodę esencji z nasion tonkowca wonnego. Ta użyta tu w sporej, ale nie przesadnie obfitej ilości, została otoczona kilkoma innymi kompatybilnymi składnikami, które w sumie tworzą przyjemną, choć dość wtórną całość.

Tonka-Beans_190640_MC

Zapach otwiera akord migdałowy, lekko rozjaśniony bergamotą i rozmarynem. Po nim ujawnia się bohater kompozycji – esencja z nasion tonki, pachnąca ciepło i migdałowo. Towarzyszy jej idealnie się z nią komponująca nuta tytoniowa, przypominająca tę z „Tobacco Vanille” Toma Forda, jednak tu nie jest ona zalana słodką wanilią, tylko sparowana z tonką właśnie. Subtelny, ciepły i blisko-skórny finisz bazuje na równowadze pomiędzy olibanum, cedrem a sosną, przy czym żadnego z tych składników nie czujemy indywidualnie. Tworzą przyjemny, spokojny i delikatny akord żywiczno-drzewny wieńczący to olfaktoryczne dzieło. Szkoda, że nie z przedrostkiem „arcy”, ale „Tonka Imperiale” na nań moim zdaniem nie zasługuje. Owszem, jest bardzo ładne, przyjemne, subtelnie otulające, z wyczuwalną jakością składników. Ale skomponowane w bardzo mainstreamowy, bezpieczny i zachowawczy sposób, co ma prawo rozczarowywać – szczególnie, że to pachnidło wchodzące w skład butikowej kolekcji Guerlain „L’Art et La Materie”, która adresowana jest do przede wszystkim do koneserów perfum. Przydało by się trochę więcej charakteru, pazura, kontrastu i… mocy.

thierry-wasser-guerlain_2849_medium

Nie wiem dlaczego, ale liczyłem, że Thierry Wasser wyczarował tu coś zapadającego w pamięć, coś niezwykłej urody, a jest… – po prostu – średnio. Jeśli jednak dla kogoś „Tobacco Vanille” są zbyt tytoniowe lub zbyt waniliowe albo w ogóle są „zbyt”, wówczas „Tonka Imperiale” mogą okazać się idealną opcją. Ich niezwykła lekkostrawność, drażniąca polityczna poprawność to cechy charakterystyczne dla stylu Thierry’ego Wassera. Mając go w roli głównego perfumiarza Guerlain, koncern LVMH (właściciel marki) może być spokojny o mass-marketowy (czyt. komercyjny) poziom perfum z logo szacownej i – było nie było – legendarnej, a niegdyś nawet wyśmienitej marki perfumowej. Szkoda tylko, że zasada komercyjności dotyczy także tych perfum, które marka pozycjonuje w swym portfolio na najwyższej półce, także cenowej i które przecież ochrzciła zobowiązującym tytułem „Sztuka i materia”.

Tonka Imperiale

Dominujące nuty: słodkie przyprawy, migdały, tytoń, tonka, żywice

Twórca/nos: Thierry Wasser

Rok premiery: 2010

Podobne zapachy: Dior „Feve Delicieuse”, Victor & Rolf “Spicebomb”, Tom Ford „Tobacco Vanille”, Odin „Semma”, Parfums de Marly “Herod”, “Oajan”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

Guerlain „L’Homme Ideal Cologne”

guerlian ideal cologne

Guerlain kontynuuje nową męską linię zapachową  L’Homme Ideal zapoczątkowaną w zeszłym roku wodą toaletową, której – przypomnijmy – centralnym akordem jest amaretto złożony z migdała, wanilii i tonka. Wersja kolońska zapachu, L’Homme Ideal Cologne, specjalnie przygotowana na sezon wiosenno-letni 2015, nawiązuję do poprzednika właśnie nutą migdała, którą tym razem perfumiarz Thierry Wasser umieścił w świeżym, rześkim, cytrusowo-drzewnym kontekście. Stąd obowiązkowy w otwarciu akord cytrusowy złożony przede wszystkim z grejpfruta i bergamotki (przypominający otwarcie Dior Homme Cologne (2013)), z którym centralna nuta gorzkiego migdała połączona została za pomocą neroli. Drzewna baza to przede wszystkim wetiwer. Całości nadano współczesny koloński sznyt poprzez utrwalenie kompozycji białymi piżmami. Efekt jest uważam naprawdę dobry, a L’Homme Ideal Cologne to udana wariacja na temat i jednocześnie jedna ze zdecydowanie najlepszych współczesnych designerskich męskich kolońskich, obok Dior Homme Cologne i Chanel Allure Homme Cologne. Jej oryginalność polega na połączeniu rześkich (bergamotka) i gorzkich (grejpfrut) cytrusów z gorzkim migdałem i powiązaniu tego wszystkiego drzewną wetywerią. Receptura wydaje się więc być prosta, ale jest zarazem efektowna i świetnie wyegzekwowana.

Kolońska Wassera ma de facto koncentrację eau de toilette, dzięki czemu charakteryzuje się przyzwoitą kilkugodzinną trwałością – lepszą niż tradycyjne wody kolońskie o koncentracji eau de cologne. Projekcję oceniam jako nieco słabszą niż L’Homme Ideal edt i sugeruję raczej obfitą aplikację, co ułatwia znany z edt atomizer dozujący sowite chmury.

thierry-wasser-black-and-white1

Fenomenalny flakon, który wyjątkowo udał się Guerlainowi, a który opisywałem już przy okazji recenzji L’Homme Ideal edt, tu występuje w białym wydaniu, z niebieskim napisem Cologne i takimiż grafikami na odwrocie etykiety. Ten „czysty” design świetnie współgra z kolońskim charakterem zapachu, choć – przyznajmy to – wygląda na ewidentnie skopiowany z Dior Homme Cologne. Taką estetykę możemy także zaobserwować u innych marek przy okazji pachnideł kolońsko-podobnych, choćby w zeszłorocznym Terre d’Hermes Eau Tres Fraiche, czy u Kiliana Hennessy’ego w jego najnowszym, tegorocznym, świeżym i kolońskim trio Sophie Matisse Art Edition.

L’Homme Ideal Cologne udało się Wasserowi lepiej aniżeli Homme L’Eau (2010) czy nawet nieco lepsze L’Eau Boisee (2012) – oba zresztą niedawno wycofane z oferty Guerlain. Podobnie zresztą uważam, że L’Homme Ideal edt to lepsze pachnidło aniżeli Homme edt. Taka tendencja cieszy i pozwala domniemać, że Thierry Wasser coraz lepiej radzi sobie w trudnej sztuce dostosowywania oferty szacownej francuskiej marki do realiów współczesnego rynku perfum przy jednoczesnym zachowaniu statusu należnego Guerlain. Uważam bowiem, że oba zapachy L’Homme Ideal są pod każdym względem o półkę wyżej od Homme, co budzi spore nadzieje na przyszłość.

Co więc będzie następne? Guerlain, chcąc dalej konkurować z markami designerskimi, tak naprawdę nie ma wyjścia. Kolejną wersją L’Homme Ideal będzie – to niemal pewne – eau de parfum nazwana intense albo extreme. I wcale mnie to nie martwi. Powiem więcej –  bardzo jestem ciekaw mocniejszej i gęstszej wersji tematu amaretto…

Ideal-cologne

nuty głowy: pomarańcza, grejpfrut, bergamotka

nuty serca: migdał, kwiat pomarańczy

nuty bazy: białe piżma, wetiwer

twórca: Thierry Wasser

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Kobiece pachnidła M. Micallef – orientalna, kwiatowo-kulinarna uczta zmysłów

Martine Micallef Ylang in Gold
Martine Micallef z flakonem Ylang in Gold

M. Micallef to wśród zapachów luksusowych i niszowych marka wyjątkowa. Jako wspólne dzieło managera finansowego Geoffreya Nejmana i artystki plastyczki Martine Micallef od 1997 roku zachwyca koneserów perfum nie tylko wyjątkowo pięknymi pachnidłami, które pod czujnym nosem Nejmana od początku tworzy w Grasse perfumiarz Jean-Claude Astier, ale i wyjątkowymi flakonami, które projektuje Martine. Warto wiedzieć, że perfumy M.Micallef są sprzedawane w ponad 900 miejscach na całym świecie (jednym z tych miejsc jest warszawska perfumeria Quality Missala). Co interesujące, dopiero w 2013 roku marka otworzyła swój pierwszy butik w Dubaju, rozpoczynając tym samym ofensywę w ZEA oraz na rynkach Państw Zatoki Perskiej. Niemniej M.Micallef to firma, która osiągnęła niewątpliwy sukces komercyjny, do którego przyczyniły się z pewnością artystyczne, perfumiarskie i – co niemniej ważne – menadżerskie talenty jej twórców oraz ich dbałość o niezmiennie doskonałą jakość produktów.

Jean Claude Astier
Jean-Claude Astier

Od momentu powstania M.Micallef wypuściła ponad dziewięćdziesiąt pachnideł. Oczywiście wiele z nich zostało już z oferty wycofanych, ale każdego roku pojawiają się nowe, zawsze intrygujące i zawsze warte uwagi, nigdy nie schodzące poniżej bardzo wysokiego poziomu jakości, ustalonego przez twórców wiele lat temu. Domeną marki są perfumy dla kobiet, choć znajdziemy w ich ofercie także kilka godnych uwagi pachnideł „targetowanych” na mężczyzn (Style, Jewel for HimEmir, Avant-Garde, Aoud, Royal Vintage, Le ProfessionnelLe Sportiff, Le Seducetur).

Testowanie pachnideł M.Micallef to, podobnie jak w przypadku Amouage, dla mnie zawsze ogromna przyjemność, czasem wręcz olfaktoryczna rozkosz, szczególnie że są to z zasady perfumy „malowane grubą kreską”, złożone, bogate w doskonałej jakości składniki, mocne, intensywne i bardzo trwale, a przy tym doskonale skomponowane, harmonijne i zwykle bardzo zmysłowe, utrzymane w orientalnej stylistyce, choć bazujące na europejskiej tradycji perfumeryjnej. Testy kilku zapachów M. Micallef stworzonych z myślą o kobietach uświadomiły mi, że artystka stawia na perfumy zdecydowane, mocne, bogate w składniki, w których niezbędne są nuty kwiatowe, zwykle połączone z nutami kulinarnymi – np. wanilią, toffi, kokosem, migdałami i owocami. Są to propozycje dla pań lubiących pachnieć mocno, zdecydowanie i bardzo kobieco.

GEOFFREY-NEJMAN
Geoffrey Nejman

W 2009 roku M.Micallef przedstawiła zapach dla niej zupełnie wyjątkowy. Mon Parfum – jak sama nazwa wskazuje – osobiste, ulubione perfumy Martine. Ta kwiatowo-orientalna kompozycja, w której odnajdziemy m. in. nutę passiflory oraz toffi, spotkała się z tak dobrym przyjęciem wśród klienteli, że znalazła swój ciąg dalszy w postaci Mon Parfum Cristal (2013) i Mon Parfum Gold (2014).

 

Mon Parfum Cristal – pudrowa róża

Przyprawowy początek (pieprz plus cynamon) dosłownie zatyka dech w piersiach swą intensywnością, zapowiadając całkiem śmiało to, co nastąpi za chwilę. Bowiem już po jej upływie zapach układa się na skórze prezentując zmysłową mieszankę złożoną z róży i znanego już z Mon Parfum toffi oraz wanilii. Ten miękki, ciepły i niesamowicie kobiecy aromat jest kwintesencją tych niezwykle bardzo esencjonalnych perfum. Interesujące i udane kwiatowo-kulinarne połączenie okazało się doskonałym sposobem na uzyskanie zmysłowego, na wskroś kobiecego zapachu. Baza złożona z akordu ambrowego podtrzymuje akord serca przydając całości nieco oldskulowej kobiecości poprzez swą pudrowość, a co za tym idzie, skojarzenie z zapachem szminki. Tak – woń szminki jest ewidentna w ostatniej fazie zapachu. Niezbędne w perfumerii piżma także i tu zapewniają głębię i trwałość perfum na skórze, a ta jest – jak zwykle w przypadku perfum M.Micallef – fenomenalna. Mon Parfum Cristal to pachnidło, w którym klasyczny różany temat poddany został pomysłowej kulinarnej „obróbce”, czego efektem są perfumy wyjątkowej urody, wprost idealnie nadające się na prezent dla ukochanej kobiety. Niewiele jest chyba bowiem pań, którym taki aromat nie przypadł by do gustu, choć faktem jest, że ze względu na swój ciężar gatunkowy Mon Parfum Cristal to raczej perfumy na szczególne okazje.

micallef mon parfum cristal

nuty głowy: cynamon, różowy pieprz

nuty serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru

nuty bazy: toffi, ambra, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Mon Parfum Gold – zmysłowo drzewny

Zaskakujący, mocny, orientalny zapach z elementami szypru, w którym zasadniczą rolę grają znana z wszystkich wersji Mon Perfum wanilia oraz nuty drzewne, z paczulą na czele, a także – zaskakująco – tytoń. Także i tu nie brakuje co prawda nut kulinarnych, bo poza wspomnianą wanilią, w składzie znajdziemy cytrusy, gruszkę, brzoskwinie i malinę. Chociaż oczywiście trudno wyczuć którąś z nich indywidualnie, to jednak z pewnością jest w Mon Parfum Gold obecna nuta – nazwijmy ją oględnie – owocowa. Jednak ona jedynie uzupełnia całość i raczej pozostaje w tle, bowiem z przodu rządzi zmysłowa paczula, której drzewność ograniczona została gęstą wanilią, jednak nie na tyle, by stłamsić jej charakter. Jest coś jeszcze w formule Mon Parfum Gold, co przydaje całości nieco szorstkiego i męskiego pierwiastka. To całkiem wyraźna nuta tytoniu, która chcąc nie chcąc zaostrza całość i powoduje, że moi z daniem Mon Parfum Gold spokojnie może nosić mężczyzna lubiący orientalne klimaty.

micallef mon parfum gold

nuty głowy: gruszka, bergamotka, grejpfrut

nuty serca: róża, brzoskwinia, paczula

nuty bazy: wanilia, piżmo, tytoń, malina

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ananda Dolce – słodkie konwalie

W dziesięć lat po premierze Anandy M.Micallef zaproponowała… jej wersję słodką Ananda Dolce. Praktycznie od pierwszych docierających do nozdrzy molekuł jest słodko, niemal „słodyczowo”, a brzoskwiniowy syrop miesza się tu z aromatem migdałów. Słodkie nuty nie zdąża jednak zemdlić (choć gdyby trwały dłużej, to kto wie…), gdyż nozdrzom objawia się klasycznie skonstruowany, niemal podręcznikowy (przez co niestety dość banalny) akord konwalii o subtelnie kulinarnym zabarwieniu. Ten białokwiatowo-kulinarny, mocny i nieco „dziewczęcy” aromat osadzony jest na sygnaturowej dla Astiera bazie z ambry i piżm, która gwarantuje nie tylko głębię i ciepło tego zapachu, ale także i jego długotrwałość. Utrzymuje on przez wiele godzin centralny konwaliowy akord, z czasem ujawniając się coraz wyraźniej. Ananda Dolce mimo swego cukrowego ładunku okazuje się być pachnidłem dość lekkim – jak na standardy M.Micallef.

micallef ananda dolce

nuty głowy: migdały, brzoskwinia, liście migdałowca

nuty serca: kwiaty migdałowca, białe kwiaty

nuty bazy: ambra, bób tonka, białe piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Royal Rose Aoud – arabska klasyka

Mój faworyt spośród testowanej piątki to już popis klasycznej estetyki arabskiej, w której duet Astier/ Nejman czują się doskonale, a w której kluczową nutą jest oud (pamiętajmy, że swoje pierwsze stricte oudowe perfumy Aoud panowie przedstawili już w 2003 roku, a więc na długo przed początkiem trwającej po dziś dzień „oudomanii”). Zestawienie woni żywicy agarowej z esencją różaną jest niemal tak stare, jak stare są kraje arabskie, a wspomniana zachodnia „oudomania” rozpowszechniła i przy okazji (głównie w wyniku dyskusyjnego poziomu wielu pachnideł ze słowem oud w nazwie) nieco zdeprecjonowała ten akord w perfumerii.

Oudomania zdaniem Michaela Edwardsa – znanego autorytetu w dziedzinie perfum – paradoksalnie wynikła z kryzysu finansowego w Europie, w wyniku którego wiele zachodnich marek perfumeryjnych postanowiło poszukać szczęścia (czytaj: klienta) na rynkach krajów arabskich. A tam tradycyjnie perfumy bez oudu niemalże nie mają racji bytu.

Jednak Royal Rose Aoud to akurat przykład moim zdaniem bardzo udanego i przekonującego mariażu róży i oudu, zrobionego z klasą, elegancją i umiarem. Zresztą nie po raz pierwszy tandem Astier i Nejman wziął się za ten temat. Już w 2004 roku bowiem przedstawili oni Rose Aoud. Jednakowoż tym razem wzmocnili oni arabski charakter Royal Rose Oud poprzez dodanie szafranu. Intro zapachu rozjaśniono soczysto-zieloną nutą czarnej porzeczki. Poza tym – można by powiedzieć – standard, czyli drzewno-piżmowa baza z dodatkiem paczuli, która świetnie wpisuje się pomiędzy różę a oud.

Pomimo że znam już sporo tego typu perfum (poza kilkoma różnie udanymi „Montalakami” m.in. świetny Oud Silk Mood Francisa Kurkdjiana, uroczy Agarwoud Jamesa Heeleya czy fenomenalne i chyba najbliższe arabskim pierwowzorom Rose Nacree du Desert Guerlain), to jednak Royal Rose Aoud ujął mnie eleganckim, pełnym umiaru, bezpretensjonalnym, harmonijnym i wyważonym, bardzo przyjemnym dla nosa (po prawdzie bardziej europejskim niż arabskim) potraktowaniem tematu, chyba najbliższym właśnie wspomnianemu Agarwoud Heeleya. Jak na oudowca jest bowiem dość subtelny (co nie znaczy, że brak mu mocy, o nie!), a proporcje pomiędzy różą i oudem zostały tu doskonale dobrane. Jednym zdaniem: Royal Rose Aoud to pozycja obowiązkowa dla wielbicielu oudu, szczególnie tych, którzy cenią sobie jego umiarkowane zastosowanie w perfumach.

micallef royal rose oud

nuty głowy: czarna porzeczka, szafran

nuty serca: róża, oud

nuty bazy: paczula, sandałowiec, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Ylang in Gold – miodowe kwiaty

Bardzo przyjemne, gęste od wonnych molekuł pachnidło owocowo-kwiatowo-kulinarne, w którym bogate w kwiatowe składniki serce (ylang, róża, konwalia, magnolia) ozdobiono wyraźną nutą kokosa, rozjaśniono słodko-owocowym otwarciem i osadzono na orientalnej bazie z wanilii, sandałowca i piżma. Z początku więc nieco owocowe, przechodzi przez fazę zabarwionych złocistym miodem kwiatów i kokosa, by finiszować słodką wanilią. Ylang in Gold to kolejna w kolekcji M.Micallef kompozycja, w której w zmysłową i bardzo kobiecą całość połączono kwiaty i nuty kulinarne (tradycyjna już wanilia oraz tu wyjątkowo kokos). Nie tak może ekscytująca jak Mon Parfum czy Royal Rose Oud, ale nie można odmówić jej konkretnego charakteru i słonecznego uroku. Dopisek Gold w nazwie wynika z pływających w pachnącej cieczy drobinek tworzących na skórze złocisty film. Ten sam zapach jest także dostępny w „czystej” wersji, czyli Ylang.

micallef ylang in gold

nuty głowy: tangerynka, pomarańcza, geranium, bylica

nuty serca: ylang-ylang, róża, konwalia, magnolia, kokos

nuty bazy: wanilia, drewno sandałowe, piżmo

twórca: Jean-Claude Astier/ Geoffrey Nejman

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****