Zoologist Perfumes – „Civet”, „Nightingale” i „Macaque”

Minął nieco ponad rok od mojego poprzedniego wpisu nt. niezwykłych pachnideł kanadyjskiej marki niszowej Zoologist Perfumes. W tym czasie bardzo wiele się wydarzyło w perfumowym zoo. Twórca marki – Victor Wong, kreator zapachów (ale nie perfumiarz), wcześniej zaś perfumowy bloger, z powodzeniem dokooptował do swej uroczej trzódki kolejne zwierzęta (Makak, Skowronek i Cywet), oficjalnie przeformułował bobra* (jakkolwiek dziwnie to brzmi) oraz – dzięki międzynarodowej blogosferze i setkom perfumowych entuzjastów, a także zdobytym nagrodom (Art and Olfaction Award 2016 dla Bat oraz nominacja dla Civet w edycji 2017) i rozlicznym wywiadom udzielanym mediom elektronicznym i tradycyjnym, znacząco poprawił świadomość istnienia młodziutkiej marki.

Ze względu na powierzanie prac nad zapachami nieznanym szerzej perfumiarzom-amatorom (zwykle samoukom) i ujawnianie ich nazwisk przy okazji kolejnych premier, ktoś gdzieś – ze sporą dozą przesady – określił nawet Wonga „Fredericem Malle perfum rzemieślniczych (artisanal perfumes)”, którego to określenia używa się już od kilku lat, by odróżnić kameralne, często jednoosobowe przedsięwzięcia perfumowe, od działających na szeroką skalę marek niszowych, dawno niszowymi nie będących.

Victor Wong Zoologist

Ale imponującego sukcesu Zoologist Perfumes nie byłoby, gdyby nie frapujący koncept i -przede wszystkim – pachnidła – oryginalne, wyjątkowej urody, niezwykłe, pełne bezpretensjonalnej kreatywności, komponowane pod kierunkiem Wonga i na podstawie przygotowanych przez niego briefów, przez wybranych przez niego perfumiarzy wywodzących się spoza mainstreamu.

We wspomnianym poprzednim wpisie próbowałem oddać naturę pierwszych pięciu zwierząt Zoologist: pachnącego ściółką i geosminą Nietoperza (Bat), nektarowego Kolibra (Hummingbird), skórzanego Nosorożca (Rhinoceros), piżmowo-kastoreum-owego Bobra (Beaver) czy zielono-bambusowego misia Pandy (Panda). Dziś kilkanaście zdań o pozostałych trzech zwierzakach.

 

Nightingale (Słowik) – japońska wiosna

Jak wyjaśnia Tomoo Inaba – perfumiarz, który skomponował Nightingale – w Japonii początek wiosny zwiastują śpiewające słowiki i kwitnące kwiaty drzew śliwkowych (a także – rzecz jasna – wiśniowych). Jednak kwiecie śliwy ma zdecydowanie ciekawszy, pełniejszy i mocniejszy aromat, aniżeli słynna japońska wiśnia, a woń kwiatu śliwy jest w Japonii bardzo chętnie imitowana w postaci różnego rodzaju dezodorantów (np. do pomieszczeń, samochodów itp.), a także perfum. Każdy perfumiarz pracuje tam nad własną interpretacją tego akordu, podobnie jak we Francji każdy perfumiarz pochyla się nad zrekonstruowaniem woni konwalii.

tomoo-inaba-smelling-tuberose

Tomoo Inaba od lat para się zgłębianiem tajników perfumerii, także technik pozyskiwania składników perfum (w tym celu odwiedził już 25 krajów) oraz komponuje perfumy – do szuflady. Nightingale jest jego publicznym debiutem. W pierwotnej wersji przeleżał w szufladzie 3 lata. Gdy Victor Wong zgłosił się do niego z propozycją przygotowania perfum do kolekcji Zoologist, ten zdecydował się sięgnąć po jedną ze swych prywatnych mikstur, w której centralnym akordem jest właśnie kwiat śliwy. Dopracował recepturę i przedstawił Wongowi – ku jego zachwytowi, któremu osobiście wcale się nie dziwię.

Nightingale jest zapachem lekkim, kwiatowo-przyprawowym, o szyprowej i jakby niedopowiedzianej aurze. Czuć w nim japoński umiar. Może poza dość mocnym, szafranowym początkiem, cechuje go lekkość i transparentność oraz niezwykle urokliwa sygnatura, będąca wypadkową subtelnej woni kwiatowej, egzotycznej pikantności szafranu, zmysłowości subtelnie użytej paczuli i drzewnej, mszysto-wiórowej bazy. Odrobinę świeżości na początku perfumiarz nadał tradycyjnym akordem cytrusowym, a głębi i trwałości – piżmami, kadzidłem, ambrą i labdanum.

Nightingale ma w sobie niezwykły olfaktoryczny urok. Jest radosny, wiosenny, lekki, ciepły. Choć wydaje się być uniseksem, zdecydowanie lepiej zaprezentuje się na wiosennej, kobiecej skórze. Warto to sprawdzić.

 

nightingale-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, szafran

Nuty serca: kwiaty japońskiej śliwki, róża, fiołek

Nuty bazy: oud, paczula, drewno sandałowe, mech, kadzidło, białe piżmo, labdanum, ambra

twórca: Tomoo Inaba

rok premiery: 2015

 

Macaque (Makak) – jego (nie)dzika zieloność

To drugi – obok Pandy – zapach zielony w ofercie Zoologist, choć w porównaniu do poprzednika zdecydowanie bardziej uładzony, umiarkowany, nie tak mocno soczysty i nie tak nieokrzesany, co – ma wrażenie – chyba nie do końca pasuje do charakteru tej małpy. Okazuje się jednak, że takie, a nie inne nuty go budujące, mają z tym zwierzęciem pewne związki…

Sarah McCartney

Sarah McCartney – właścicielka londyńskiej pracowni perfumowej 4160 Tuesdays – skomponowała Macaque.

Autorka uwzględniła w kompozycji nuty kojarzące się z codziennym menu makaków, czyli owocami (jabłko, mandarynka). Oddała ukłon w kierunku japońskiej sztuki wyrabiania wonnych kadzideł, sprzedawanych przy tamtejszych świątyniach (przyprawy, kadzidło, cedr), do których to świątyń makaki bardzo chętnie zaglądają w celu znalezienia pożywienia (pozostawianego tam dla nich przez wiernych). Próbowała także uwzględnić osobniczy zapach małp, który – wedle jej słów – jest bardziej owocowy, aniżeli mocno zwierzęcy. Temu posłużyło użycie galbanum. To jedna z dominujących tu nut.

W owocowym początku dominuje nuta jabłka.  Serce jest bardziej zielone, z mocno wyczuwalnym galbanum, którego naturalnie gęsta zieleń została tu ujarzmiona nutami zielonej herbaty z odrobiną jaśminu, kapką miodu oraz odrobiną kadzidła. Baza zapachu jest delikatna, sucho-drzewna.

Macaque to obiektywnie bardzo przyjazne i przyjemne pachnidło, które może szczególnie przypaść do gustu wielbicielom woni herbacianych. Niemniej – jak dla mnie – nie tak ekscytujące jak opisany powyżej Nightingale, którego sygnatura ma w sobie coś uzależniającego, ani też nie tak frapujące jak Civet, któremu poświęciłem ostatnią, trzecią część niniejszego wpisu.

 

 

zoologist macaque-60-ml-edp

Nuty głowy: cedr, zielone jabłko, czerwona mandarynka

Nuty serca: kadzidło, galbanum, miód, palisander, ylang ylang, jasminowa herbata

Nuty bazy: mech cedrowy, zielona herbata, biały oud, piżmo

twórca: Sarah McCartney

rok premiery: 2016

 

Civet – ciemny szyprowy kociak

Zapach nominowany do tegorocznej Art and Olfaction Award w kategorii Twórca Niezależny (wyniki będą ogłoszone 6 maja podczas Gali z Berlinie) to prawdopodobnie już dziś wg wielu wielbicieli marki jedne z najlepszych perfum, jakie dotąd zaproponował Victor Wong. Rozumiem takie opinie i częściowo je podzielam. Częściowo, gdyż mi w Civet czegoś jednak zabrakło…

Civet-Poster-Square-_Man_880x

Nazwa zapachu z jednej strony zachęca, z drugiej wzbudza rezerwę. Wszak każdy, kto nieco bardziej interesuje się perfumami i budującymi je składnikami wie, że cywet to określenie na raczej cuchnącą substancję, pozyskiwaną z gruczołów analnych zwierzęcia przypominającego kota, żyjącego w Afryce i Azji Południowej (ten sam zwierzak żywi się ziarnami kawy, które częściowo nadtrawione wydala, ku uciesze koneserów kawy Kopi Luwak…). Tym bardziej wtajemniczonym wiadomo, że właściwe (czytaj – z wielkim umiarem) użycie cywetu w perfumach (ostatnio zwykle w postaci syntetycznie pozyskiwanego odpowiednika), może czynić olfaktoryczne cuda. Przydaje zapachowi „ciała”, obecności, projekcji, głębi i trwałości oraz podświadomie zwierzęcej zmysłowości…  Potrafi tchnąć życie w perfumową kompozycję. Nie w każdą – rzecz jasna – ale w taką jak Civet – absolutnie tak.

Civet – dzieło mieszkającej i pracującej w Portland, Oregon (USA) perfumiarki Shelley Waddington – to współczesny szypr zbudowany z dużej ilości naturalnych esencji, przez co pachnący bardzo klasycznie, niemal retro, w którym syntetyczny cywet użyto z niezwykłym wyczuciem. Nie ma mowy, byśmy w którymś momencie poczuli jego fekalną naturę. Ale na pewno czujemy jego cudowne działanie.

Zapach ma gęsty, ciepły i nieco zawiesisty, otulający, a przy tym melancholijny charakter. Otwiera się bogatą mieszanką ingrediencji, praktycznie od razu odsłaniając wiele składników z bazy, stanowiącej tu najistotniejszą treść. Obecne na początku nuty cytrusów mieszające się z bogactwem esencji kwiatowych zawartych w sercu, doprawionych goździkiem, są „tylko” oprawą dla niezwykle bogatej i jednocześnie bardzo harmonijnej głębi zapachu, w której autorka pomieściła całe mnóstwo perfumowych „dobroci” o wysokiej wadze molekularnej (żywice, balsamy, nuty drzewne, wanilię, skórę, kadzidło), dodając też element zaskoczenia w postaci wyrazistej nuty kawy. I to właśnie kawa stanowi o niezwykłości tego szypru. O tym, że nie nie pachnie on jak kolejna kopia Habanity Molinard. Warto podkreślić, że perfumiarka ustawiła tak proporcję nut bazy w stosunku do reszty, że w efekcie – mimo wspomnianej obecności nut kwiatowych – Civet trudno nazwać zapachem kwiatowym.

Shelley Weddington

Civet ma koncentrację czystych perfum (25% esencji), a więc wyższą o 5% od pozostałych pachnideł Zoologist. Podobno dopiero w tym stężeniu zaczął pachnieć wedle oczekiwań autorki. To także wg mnie dowodzi, że jest złożony w zdecydowanej przewadze z naturalnych esencji, które w takim bogactwie, jak tu, potrafią przytłoczyć, przytłumić aromat. Zręczne i świadome użycie niektórych magicznych aromamolekuł z pewnością dodało by całości przestrzeni i projekcji i nie wymagało aż tak wysokiej koncentracji. Ale Shelley Weddington znana jest z zamiłowania do perfumerii naturalnej i w ten właśnie sposób tworzyła Civet – ze wszystkimi tego mocnymi i słabymi stronami. I choć nie przebił on swoją urodą stylistycznie pokrewnego Salome Papillon Perfumes, które mnie niedawno wprost oczarowało, a charakteru ma zdecydowanie mniej niż osławione MAAI Bogue Profumo, to nie mogę odmówić mu oryginalnej, choć mocno ugładzonej urody i bardzo komfortowego, otulającego, zmysłowego oraz – co ważne – absolutnie uniseksowego charakteru.

Przy czym Civet jest zupełnie niegroźnym zwierzakiem. To ciemno umaszczony, futerkowy, przymilny kociak. Rozleniwiony, bo dobrze nakarmiony kawą. Ale brak mu pazurów. I to moja jedyna uwaga.

 

zoollogist civet-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz, cytryna, pomarańcze, estragon

Nuty serca: goździk (kwiat), frangipani, heliotrop, hiacynt, kwiat lipy, tuberoza, ylang-ylang

Nuty bazy: cywet, kawa, kadzidło, labdanum, piżmo, mech dębowy, żywice, rosyjska skóra, wanilia, wetiwer, nuty drzewne

twórca: Shelley Waddington

rok premiery: 2016

 

*) Wedle słów Victora Wonga: „W 2016 roku poprawiliśmy formułę (Beavera) poprzez przeprojektowanie akordu kwiatu lipy, usunięcie nut dymnych i popiołowych oraz wzmocnienie bazy, poprzez dodanie piżm o wyższej jakości. Do tego wpletliśmy lekką nutę skórzaną – jako hołd dla prawdziwego kastoreum”.

 

PS. Perfumy marki Zoologist są w Polsce dostępne wyłącznie w perfumerii Lulua w Krakowie. 

 

Blood Concept – tętnice pełne perfum (1)

Blood Concept zadebiutował w 2011 roku jako materializacja pomysłu Antonio Zuddasa i Givanniego Castelliego na perfumy inspirowane ludzkim ciałem, a konkretnie życiodajnym płynem płynącym w ludzkich żyłach i tętnicach. Cztery pierwsze pachnidła nazwano stosowanie do grup krwi: A, B, AB i O (zero), a ich stworzenie zlecono gotowemu na najbardziej niecodzienne olfaktoryczne wyzwania perfumiarzowi Antoine’owi Lie’owi. Zapachy z założenia pozbawione były jakichkolwiek nut kwiatowych, a łączyła je metaliczna nuta krwi. Kolekcja została w 2012 roku uzupełniona o dwa zapachy specjalne: pozbawiony jakichkolwiek nut metalicznych +MA (PlusMA=Plasma) oraz symbolizujący krew i mleko RED+MA.

Antione_Lie
Antione Lie

RED+MA zwraca uwagę połączeniem woni dwóch pierwotnych płynów organicznych: krwi i mleka. W zapachu zestawiono nuty metaliczne z owocowymi i mlecznymi. Efekt jest bardzo interesujący, zbliżony do słynnego (i równie kontrowersyjnego) Secretions Magnifiques Etat Libre d’Orange. Oba zapachy wyszły zresztą z laboratorium tego samego twórcy, Antoine’a Lie’a, i penetrują te same olfaktoryczne rejony. RED+MA jest jednak, mimo dość trudnego, metaliczno-mlecznego początku, wdzięczniejszy i przyjemniejszy, a jego baza to już zupełnie „normalny” akord złożony z liścia fiołka, cedru i mlecznego drewna sandałowego. Prawdopodobnie w wyniku użycia aldehydów zapach ten jest wyrazisty, mocno obecny, a początkowo nawet dość agresywny. Do tego stopnia, że sam osobiście trudno znoszę ten etap RED+MA. Później jest już znacznie lepiej. Pośród całej „krwawej” kolekcji ta zdecydowanie wyróżnia się swą nowatorskością i śmiałością.

Blood concept RED plus MA

nuty: aldehydy, nuty metaliczne, akord mleka, cedr, liść fiołka, piżmo, drewno sandałowe

W 2013 roku pojawiła się Black Series, seria czterech zapachów bazujących na wersjach pierwotnych, ale uwypuklających tym razem ciemną, czarną stronę „nas” (cokolwiek to oznacza). Ot taki kolejny koncept w ramach Blood Concept, który ochoczo zrealizował Antoine Lie. Co znamienne, litery na flakonach umieszczono – dla odmiany – „do góry nogami”…

Black Series A to intrygująco brzmiąca mieszanka nut kulinarnych podana w raczej mainsteramowy sposób. Imbir i nuta kawy wzmocnione korzeniem arcydzięgla i mandragory osadzonymi na bazie ambrowo-drzewnej. Black Series A to tak naprawdę „mała czarna”, a ta – jak wiadomo – potrafi płynąć w żyłach niektórych z nas (np. w mojej)… Nie jest to może najlepsza kawa we flakonie, jaką wąchałem, ale w sumie pachnie nieźle. Zresztą z czasem moc tej kawy spada, a wzmacnia się drzewna strona zapachu.

nuty: kawa, imbir, arcydzięgiel, mandragora, drzewo sandałowe, benzoes, ambra

Black Series B to zapach raczej subtelny i bliskoskórny, z dominującym na wstępie akordem posłodzonej herbaty, który stopniowo przechodzi w cichy finisz gwajakowo-skórzany. B jest wg mnie najmniej interesujący w czarnym kwartecie.

nuty: proch strzelniczy, herbata Earl Grey, Rooiboos, akord Inoki, Ambroxan, drewno gwajakowe, skóra

blood concept black series

Black Series AB intryguje pieprzowo-zielonym, „elektrycznym” wstępem na tle akordu grejpfrutowo-mineralnego. Zapach sprawia wrażenie zabawy konwencją zapoczątkowaną przez Jean-Claude’a Ellenę w Terre d’Hermes, a rozwijaną później przez wielu perfumiarzy w różnych kierunkach. Jednak brak wetywerii w formule gwarantuje, że nie może być mowy o kolejnym klonie Terre. Pieprzowo-drzewna natura AB wyczerpywałaby jego temat, gdyby nie zaskakujące użycie heliotropiny w sercu, przydającej całości subtelnie słodkiej, migdałowej aury. Suchość i pieprzność Black AB oraz jego finalna wyraźna mineralność czyni zeń zapach raczej męski, aniżeli uniseks. Moim zdaniem zresztą najciekawszy w tym czarnym kwartecie.

nuty: bergamotka, zielony pieprz, heliotropiny, Metyl-pamplemousse, nuty mineralne, drewno, piżmo

Black Series O jest osobliwie skonstruowanym zapachem skórzanym o bardzo współczesnym i oryginalnym charakterze – zresztą jak wszystkie propozycje Blood Concept. Nietypowe ingrediencje (konopie, nasiona marchwi) współbudują roślinno-mineralną stronę tej kompozycji, choć nuta skóry jest tu obecna praktycznie od początku, a od pewnego momentu zaczyna dominować i trwa na pierwszym planie do samego końca, nabierając z czasem dziwnej, lekko jakby tłustej konsystencji…

nuty: czerwona pomarańcza, yuzu, konopie, nasiona marchwi, drewno, ambra, skóra

Przyznać trzeba, że wszystkie zapachy Black Series intrygują, mają niebanalną treść, są oryginalne, pachną awangardowo i osobliwie oraz w nienarzucający się sposób. Sprawiają też wrażenie oszczędnie zbudowanych. Nie sądzę, by każda z nich zawierała więcej niż dziesięć ingrediencji. Te cechy jednoznacznie potwierdzają minimalistyczny i awangardowy oraz poszukujący styl Antoine’a Lie’a. W żadnym z tych zapachów nie odnajdziemy już nuty metalicznej, która łączyła pierwsze cztery pachnidła Blood Concept, oraz która tak mocno zaakcentowana została w RED+MA. Widać więc, że w przypadku Black Series twórcy marki porzucili – było nie było – dość ciasną „krwistą” konwencję i pozwolili dobie i perfumiarzowi na dużo szersze zapachowe eksploracje. Ale to nie wszystko. Bieżący rok przyniósł informację, że panowie Zuddas i Castelli postanowili porzucić także niemal wszystkie dotychczasowe pachnidła Blood Concept (w tym opisywaną tu Black Series) i zastąpić je zupełnie nowymi… Ale o tym już w drugiej części opowieści…

Tym samym wpis ten ma już raczej charakter archiwalny, choć „stare ” Blood Concept wciąż dostępne są w sprzedaży, pewnie do wyczerpania zapasów (w Polsce sprzedaje je wciąż perfumeria Lulua w Krakowie).

 

Fascynujący świat perfum Thierry Muglera/ „A*Men Pure Leather”

Zapachy marki Thierry Mugler to zjawisko nie mające w świecie perfum precedensu. Wyróżniają się nie tylko oryginalnością i nowatorstwem, ale także designem flakonów, opakowań, niezwykłymi nazwami i entourage marki, a także tworzeniem swoistych zapachowych cyklów. Stanowią odrębny olfaktoryczny i produktowy świat, pozostając nieco z boku mainstreamu, konsekwentnie przesuwając granice tego, co nazywamy perfumami i inspirując nowe trendy w tej dziedzinie, wręcz „infekując” rynek niesamowitymi pomysłami. Dość powiedzieć, że damski Angel (1992) okazał się być absolutnie przełomowym (i jakże pięknym!) damskim pachnidłem, które zapoczątkowało gigantyczną modę na perfumy kulinarne z nutą czekolady czy karmelu. Przeszło ono do klasyki i jest dziś wymieniane jednym tchem z takimi dziełami perfumerii jak Chanel No.5 czy Shalimar Guerlain. Z kolei dużo młodsze Womanity (2010) zaszokowało odbiorców niezwykłym połączeniem nut figi i … kawioru. Co więcej – pachnie niesamowicie!

thierry_mugler_fragrances_20122

Obok kolejnych zapachowych premier artystyczny management marki od lat konsekwentnie realizuje koncepcję tzw. flankers, czyli kolejnych wersji – edycji swoich pachnideł: kobiecych Alien i Angel oraz męskiego A*Men (1996), po którym był  B*Men (2004) – drzewny i równie niecodzienny, jak jego starszy brat (finalnie wycofany z oferty). Później A*Men Pure Coffee (2008) z dodaną do klasyka nutą kawy arabica. Następnie A*Men Pure Malt (2009) z nutą szkockiej whiskey, Pure Havane (2011) z nutą tabaki oraz A*Men w wersji przyprawowej z dodaną papryką, w ramach cyklu The Taste of Fragrance. Rok 2012 przyniósł aż dwie „wariacje” na znany temat: świeży Pure Shot (jak dotąd chyba najodleglejszy swą miętowo-przyprawową naturą od protoplasty) oraz skórzany Pure Leather (w ramach cyklu The Fragrance of Leather). Należy też wspomnieć o kilku letnich edycjach A*Mena (Summer Flash, Ice*Men). Sporo tego i można się pogubić (albo kolekcjonować ;-)).

a-men-thierry-mugler-1500

Cały ten cykl, oparty na rewolucyjnym, pełnym słodyczy karmelowo-drzewnym „dziwadle” A*Men autorstwa Jacquesa Hucliera, wydaje się być doskonałym konceptem biznesowym. Zapachy A*Men we wszystkich odsłonach to kompozycje o ogromnej indywidualności, bardzo rozpoznawalne, mocne, a wręcz bezpardonowe, zapakowane w podobny, charakterystyczny i futurystyczny flakon, sam w sobie będący przedmiotem sporej urody. Wprowadzając kolejne limitowane edycje Mugler przywiązuje fanów do marki, budząc w nich kolekcjonerską żyłkę. Któż by nie chciał mieć ich wszystkich ustawionych równo na półeczce? Pure Leather to dla zwolenników A*Mena z pewnością kolejny must have. Także ze względu na sam zapach, dość mocno nawiązujący do pierwowzoru, choć zgodnie z nazwą „oprawiony” w skórę (podobnie jak flakon), albo raczej w materiał skóropodobny.

Leather

Wg przedstawicieli marki, zapach ten został stworzony poprzez dojrzewanie oryginalnego A*Mena przez 4 tygodnie w skórzanych zbiornikach w Clarin’s Strasbourg. Dzięki temu oryginalny A*Men przeszedł skórzanym aromatem. Dla potencjalnego klienta to interesująca historyjka. Jednak dla osoby zorientowanej w tematyce perfum oraz współczesnych metodach ich wytwarzania to marketingowa bajka, jakich – przyznam – mało. Pure Leather to rzeczywiście pachnący skórą (lub raczej smołą, ale o tym za chwilę) A*Men, ale efekt ten z pewnością osiągnięto w dużo bardziej prozaiczny sposób, niż zostało to pokazane w – swoją drogą sugestywnym – clipie na stronie internetowej marki.

Najpierw jednak troszeczkę skórzanej historii…

birch tar

Jednymi z pierwszych zapachów skórzanych były Caron Tabac Blond Ernesta Daltroffa (1919), Chanel Cuir de Russie z 1924 roku Ernesta Beaux oraz powstały także w latach 20-tych Knize Ten (duetu Coty-Roubert). W 1944 roku powstał legendarny Bandit Roberta Pigueta stworzony przez Germaine Cellier. W tamtych czasach perfumiarze osiągali efekt skórzany poprzez użycie albo chinoliny (quinoline) lub – częściej – smoły brzozowej (birch tar). Związki te nadawały perfumom charakterystyczną chemiczną nutę przypominającą zapach substancji używanych do garbowania skóry. Te klasyki perfumerii wciąż porażają pięknem i skórzaną głębią, choć często nie jest woń skóry, jakiej można by się spodziewać. Rozwój syntezy chemicznej doprowadził do powstania/odkrycia wielu nowych aroma-molekuł, które bądź pachną w sposób przypominający wygarbowaną skórę bądź służą do budowania tak pachnących akordów. Dzisiejsi perfumiarze mają więc dużo większe możliwości, przez co współczesne perfumy skórzane pachną ciekawiej, czasem ocierając się o skórzaną doskonałość (Cuir Ottoman Parfum d’Empire, DZING! L’Artisan Parfumeur, Lonestar Memories Andy Tauer, Cuir Mauresque Serge Lutens).

Tu wróćmy do A*Men Pure Leather.

Oszałamiające i kręcące w nosie ziołami otwarcie, zaraz potem mocna kawa i nowoczesny akcent skórzany przypominający bardziej techniczną wręcz nutę smoły znaną mi ze – skądinąd fenomenalnego – TAR Comme des Garcons, aniżeli skórzane klasyki z przeszłości bądź współczesne aksamitne skórzaki Lutensa czy Perfum d’Empire. Z czasem tytułowa skóra wycisza się, a wyraźniejsza staje się kulinarna, lekko karmelowa, a bardziej kawowa baza. 

Reasumując, to co czuję w Pure Leather, to mieszanka klasycznego A*Mena i jego wersji Pure Coffee (nuta kawy jest wyraźnie wyczuwalna przez niemal cały czas) przyozdobiona rzeczoną molekułą niby-skórzaną.

Zapach ma konkretną moc i dobrą projekcję, a trwa na mojej skórze ponad 12 godzin. 

pierre-aulas

Pierre Aulas – dyrektor artystyczny departamentu perfum marki Thierry Mugler – zaproponował woń niewątpliwie intrygującą i wcale nie łatwą, zupełnie niekomercyjną, a wręcz niszową. Chwała mu za to. Chwała za wciąż świeże spojrzenie na perfumy, za zaskakiwanie nowymi i odważnymi koncepcjami. Jak sam twierdzi to, co czyni zapachy tej marki wyjątkowymi, to potęga niespodziewanego, siła śmiałości i nieokiełznana pomysłowość.”

Trudno się z nim nie zgodzić.

 amen pure leather 1

nuty górne: bergamotka, kolendra, lawenda, mięta pieprzowa

nuty środkowe: cedr, skóra, paczula

nuty bazy: kawa, piżmo, styraks, tonka

twórca: Pierre Aulas

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 12 h

L’Artisan Parfumeur – pastelowe pejzaże zapachowe (IV) – „L’Eau du Navigateur”

L’Eau du Navigateur to jeden z najstarszych zapachów marki L’Artisan Parfumeur. Pochodzi z 1979 roku, z czasów, gdy firmą kierował jej założyciel Jean Laporte (R.I.P.). Co ciekawe, nad zapachem tym pracował on w duecie z niejakim Jean-Claudem Elleną. Co mniej ciekawe, zapach został wycofany z oferty marki i jest obecnie coraz trudniejszy do zdobycia…

Luca Turin w swym przewodniku Perfumes The A-Z Guide napisał na temat L‚Eau du Navigateur kilka wartych przytoczenia rzeczy. Po pierwsze – że  pachnie on już dziś przestarzale. Rzeczywiście czuć, że zapach ten powstał ponad 30 lat temu, gdy paleta perfumiarza była nieporównanie uboższa od dzisiejszej. Stąd nie poczujemy w tej wodzie żadnych ekstremalnie wyraźnie pachnących i pozbawionych „brudów” izolatów czy mocnych ingrediencji syntetycznych, które zdobyły rynek w latach 90-tych, a które dziś wypełniają także duży procent produkcji niszowych. Biorąc to pod uwagę tym bardziej trzeba oddać talent panom Laporte’owi i Ellenie, bowiem L’Eau du Navigateur musiał zdecydowanie wyprzedzać czasy, w których powstał. Jak trafnie stwierdza Turin – zapach ten był wówczas czymś pomiędzy klasycznymi aromatycznymi fougere w typie Azzaro Pour Homme czy Paco Rabanne Pour Homme, a mającą dopiero powstać rodziną zapachów kulinarno-przyprawowo-drzewnych, których – w opinii Turina – najdoskonalszym przykładem wciąż pozostaje nieodżałowany Yohji Homme (dopiero co perfumową siecio-sferę obiegła dość sensacyjna, ale sprawdzona informacja o przywróceniu do produkcji i sprzedaży tegoż zapachu, czekamy zatem). 

Rudder

W L’Eau du Navigateur od samego początku czuję dość wyraźnie nutę kawy oraz – zdecydowanie mocniej – najprawdziwszą lawendę, której zresztą „oficjalne źródła” nie podają, ale wg mnie jest tu ona na pewno.  W tle czai się alkoholowa nuta rumu. Z czasem – w sercu zapachu – czuć nuty drzewne oraz brudnawo pachnący tytoń (podobny do tego w Havana Aramis, zupełnie nie przypominający tej miodowo-owocowej woni opisywanej we współczesnych pachnidłach jako tobacco). Baza kompozycji jest najmniej odkrywcza, tradycyjnie męska, kojarząca się z dobrej jakości kremem do golenia. Jest więc raczej typowa dla gatunku fougere, choć w tym przypadku – gdy zostaje podgrzana wzrastającą temperaturą skóry, od czasu do czasu uwalnia wspomnienie kawy z otwarcia. Baza ma dość subtelny i komfortowy charakter. W ogóle zapach jest raczej średnio intensywny, nie przytłacza noszącego, ani tym bardziej otoczenia. Czuć naturalność zastosowanych w nim składników oraz brak olfaktorycznych „wzmacniaczy”.

addon

Zarówno nazwa jak i charakter tych perfum sugerują skojarzenia historyczno- morskie, egzotyczne, związane ze statkami transportującymi onegdaj kulinarne dobra z nowego świata – przyprawy, kawę, tytoń. Towarzyszy temu obowiązkowa woń rumu, pokładowych desek, skóry, żywic. Ten sam temat doskonale odświeżyła w 2005 roku Olivia Giacobetti tworząc kultowy, orientalny Idole de Lubin.

Reasumując, L’Eau du Navigateur – przy całym swoim niewątpliwym męskim uroku – odstaje on obecnej estetyki, jaką prezentuje marka L’Artisan i oferowane przez nią pachnidła, których twórcy w sposób swobodny korzystają z dobrodziejstw współczesnej techniki pozyskiwania wonnych molekuł, tworząc perfumy prawdziwie nowatorskie i wytyczające nowe ścieżki. W 1979 roku L’Eau du Navigateur była dokładnie takim wizjonerskim zapachem, zrobionym przy użyciu wówczas dostępnych środków. Dziś jest raczej zapisem chwalebnej historii tej marki. Nie ukrywam, że chętnie powąchałbym L’Eau du Navigateur ver. 2.0, którego formułę odświeżyłby Bertrand Duchaufour albo może nawet sam Jean-Claude Ellena…?

lartisan eau-du-navigateur

nuty głowy: kawa, przyprawy

nuty serca: drewno, kwiaty, rum,

nuty bazy: żywica, kadzidło, tytoń, skóra, cedr, mirra

twórca: Jean Laporte/ Jena-Claude Ellena

rok wprowadzenia: 1979

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: średnia
  • trwałość: ok. 7h

Armani „Attitude”

Od czasu do czasu testując perfumy ulegam konsternacji. Rzadko bo rzadko, ale jednak. Moje zdumienie w przypadku jednego z popularnych i bardzo dobrze ocenianych zapachów marki Armani Attitude jest tym większe, że stoi  za nim tercet absolutnie wybitnych perfumiarzy: Annick Menardo, Alberto Morillas, Olivier Cresp. Toż to istny dream team! Jednak, jak powszechnie wiadomo, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. W tym przypadku materii chyba nie było zbyt wiele… Zapach rozczarowuje mnie na całej linii. Niestety. A mogło być dużo lepiej, bo jest tu zrealizowany świetny pomysł połączenia nut kawy (którą uwielbiam) i lawendy (jeden z moich ulubionych składników). W bazie cedr, czyli drewienko, a ja drewienka w perfumach bardzo cenię. Jednak efekt jest zaskakująco mizerny. To, co mogło być bardzo dobrym i niebanalnym pachnidłem z kawą i lawendą w rolach głównych (a tak naprawdę zmaterializowało się w postaci świetnego New Haarlem Bond No. 9), zostało tu rozcieńczone do bardzo słabej, miałkiej, płaskiej i nijakiej, nieco szorstkiej, głównie jednak cedrowej woni. W tle snuje się paczula, albo raczej popłuczyny po niej. Przy kolejnych testach globalnych konsekwentnie zwiększałem „dawkę”, ale nie wpływało do znacząco ani na poprawę kiepskiej projekcji, ani treści tego zapachu. Sytuacji nie ratuje całkiem przyzwoita, ponad 8 godzinna trwałość. Niestety – ten zapach nie trafił w mój gust mimo, że jestem dość tolerancyjny. Sprawia na mnie wrażenie niedokończonego i taniego, w sensie niskich kosztów poniesionych na składniki. O co więc tyle szumu? Może o to:

„Ona: Przepraszam, czym pachniesz?

On: Armanim.

Ona: Wow! Suuuper!”

Tu każdy może dopisać sobie dalszy ciąg wg własnego uznania…

Flakon. To chyba najlepsza część tego produktu. Z odchylaną na zawiasach zatyczką stanowi imitację bardzo przecież męskiego przedmiotu, jakim jest zapalniczka. Tak – butla robi dobre, solidne i męskie wrażenie. Doceniam.

nuty górne: cytryna, kawa

nuty środkowe:  kardamon, lawenda

nuty głębi: cedr, paczula, opoponax, ambra

twórcy: Annick Menardo, Alberto Morillas, Olivier Cresp

rok wprowadzenia: 2007

moja klasyfikacja: uniwersalny, przyprawowo-drzewny zapach dla młodych facetów ceniących sobie logo Armaniego;

ocena w skali 1-6: kompozycja: 3,5/ moc: 3/ trwałość: 4/ flakon: 5

Perfumowe podróże (2): Nowy Jork z Bond No. 9 „New Haarlem”

Dziś udajemy się do miasta, które nigdy nie śpi. Big Apple. Nowy York. W czołówce mojej prywatnej listy marzeń – miejsc do odwiedzenia. Kiedyś. Może. Póki co, dzięki magii perfum, mogę „poczuć” zapachy tej słynnej metropolii nie ruszając się z miejsca…. Ale ta magia nie ziściłaby się, gdyby nie francuska perfumiarka mieszkająca w Nowym Jorku, Laurice Rahmé, która postanowiła wskrzesić tradycję nowojorskiego perfumiarstwa i jednocześnie oddać hołd temu niezwyklemu miastu tworząc wciąż rozwijającą się kolekcję perfum Bond No. 9 inspirowanych jego dzielnicami i znanymi ulicami. Jestem pewien, że te perfumy sprzedają się w USA świetnie. Mają coś w sobie. Poznałem już kilka z nich i powiem szczerze – wg mnie są bardzo dobre.

Najpierw wstąpimy na kawę do New Haarlem. To szczerze mówiąc jedne z najlepszych perfum kulinarnych, jakie dotąd poznałem. Kupiły mnie dwoma genialnymi składnikami – lawenda (oj tak) i…. kawa. Napój artystów, intelektualistów i ludzi czynu. No i mój, rzecz jasna 😉 Mała czarna w Nowym Jorku, najlepiej w Starbucksie. A co tam. Na dodatek z odrobiną wanilii – w bazie. Wanilia i idealnie ją uzupełniający tonka. Całość zbudowana na cedrze, ambrze i – jakże bliskiej nutom czekoladowo-waniliowym – paczuli. Mniam. Początek nieco rozjaśniają bergamotka i nuty zielone, ale później szybciutko robi się ciepło i zmysłowo. Jakby tego było mało, składniki te w sposób absolutnie mistrzowski wymieszał wielki „smakosz perfumerii”, facet robiący najbardziej zmysłowe perfumy na świecie, lubujący się w akcentach kulinarnych, niejaki Maurice Roucel (ten od Musc Ravageur dla Frederica Malle – kto próbował, ten wie, co ten zapach robi z ludźmi ;)). Roucel przyznaje w jednym z wywiadów, że jest sybarytą i czerpie z życia garściami. I to czuć w jego kompozycjach. Także w New Haarlem. Tu musi pojawić się sam On:

Ten zapach pomaga rozpocząć aktywny dzień niczym filiżanka doskonałej czarnej arabiki. Jest doskonały tak jak ona. No i jest ze mną przez większość dnia w sposób subtelny dając o sobie znać. To doprawdy świetne pachnidło.

W podróżniczym cyklu pozostajemy w Nowym Jorku…

nuty górne: lawenda, bergamotka, zielone liście

nuty środkowe: kawa, drzewo cedrowe

nuty dolne: ambra, wanilia, paczula, tonka

twórca: Maurice Roucel (m.in. Hypnose for Men Lancome,  KenzoAir, Lalique Lion Pour Homme, Hermes 24, Faubourg)

rok wprowadzenia: 2003

moja klasyfikacja: fougere, uniwersalny co do okazji, na chłodniejsze pory roku, uniseks, pełen zmysłowej kulinarnej głębi; dla smakoszy i wielbicieli czarnej kawy

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5