Olfactive Studio „Woody Mood” – powrót do korzeni

Najnowsze pachnidło Olfactive Studio ma duże szanse, by stać się hitem tej marki, czego zresztą życzę twórczyni marki Céline Verleure. Woody Mood docenią nie tyko fani pachnideł drzewnych i kadzidlanych, ale także entuzjaści talentu Bertranda Duchaufoura z okresu, gdy pracował dla Comme des Garcons i L’Artisan Parfumeur. O perfumiarzu tym już dość długo nie pisałem na blogu. Tym zapachem przypomina on o sobie w naprawdę świetnym stylu.

Jakoś nie było nam ostatnio po drodze (mimo, że przecież spotkałem Mistrza w 2016 roku w Mediolanie). Dopiero Woody Mood spowodował, że nasze olfaktoryczne drogi znów się skrzyżowały. Uznany niegdyś przez mnie (ale przecież nie tylko!) za jednego z najwybitniejszych żyjących perfumiarzy, po raz kolejny udowodnił, że w pełni zasługuje na to miano.

Zapytacie: jest aż tak dobrze? Tak. Jest. Jest doskonale!

B.Duchaufour 01
Bertrand Duchaufor, fot. dita.com

Nazwa sugeruje drzewny charakter tego pachnidła. Ale to zaledwie część prawdy i nim. Jak zwykle u Duchaufoura zapach jest złożony z wielu odcieni, które stopniowo i pięknie odkrywa je na skórze. Już wyrazisty akord otwarcia zapowiada coś niezwykłego. Nuty drzewne  i kadzidlane kontrastują tu z nutą owocową (imbir), prowadząc swoistą grę światła i cienia, by z czasem osiąść na skórze w postaci unikatowego, drzewno-herbacianego i jednocześnie kadzidlanego, dość mrocznego serca, niepokojącego niczym fotografia sekwojowego lasu autorstwa Rogera Steffensa, która posłużyła za inspirację dla tego zapachu. W sercu użyto także egzotycznej nuty jatamansi. Ciepła i głęboka skórzana baza z drzewnym akcentem wieńczy to fascynujące pachnidło o wyraźnej, intrygującej sygnaturze i stopniowej ewolucji na skórze.

Olfactive Studio Woody Mood 1
Woody Mood – Roger Steffens

„Coraz więcej pracuję w abstrakcji. Projektuję formułę z użyciem 40 lub 50 składników. Nie mam pojęcia, jak to będzie pachniało, ale wiem, że będzie to precyzyjne. Nie staram się mieć wszystkiego pod kontrolą. Moim marzeniem jest pracować nad czymś i uzyskać akceptację klienta nigdy tego nie wąchając.”

B. Duchaufour

Ciekaw jestem, czy tak właśnie powstał Woody Mood. Bez względu jednak na to przyznaję:

Bertrand Duchaufour znów to zrobił ! Po długim okresie penetrowania aromatów kulinarnych, gdy nieco zwątpiłem w jego moce twórcze, stworzył arcydzieło w swoim najlepszym stylu, za który fani perfum tak go uwielbiają.

Jeszcze kilkanaście lat temu spokojnie mogłoby ono znaleźć się w podróżniczym cyklu L’Artisan Parfumeur lub drzewnej kolekcji Comme des Garcons. Tymczasem gratuluję Céline Verleure, że wydała ten niesamowity zapach w ramach swojego Olfactive Studio. To w tej chwili jedno z najlepszych pachnideł w generalnie stojącej na wysokim poziomie ofercie tej marki, a także jedno z najbardziej udanych w wykonaniu Duchaufoura. Jeżeli nie w ogóle, to już na pewno w ostatnich latach.  Woody Mood to moim zdaniem także jedna z najciekawszych premier 2017 roku. Naprawdę warto zwrócić na nie uwagę. Testy obowiązkowe!

Olfactive Studio Woody Mood 04

 

nuty głowy: bergamotka, imbir, szałwia, szafran

nuty serca: akord sekwoi, jatamansi, czarna herbata, kadzidło

nuty bazy: paczula, styrax, akord skórzany, puder kakaowy

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 5,0/ projekcja: 4,0

„Twilly d’Hermès” – buntownicze dziewczęta Hermèsa

Najnowsza perfumowa propozycja Hermèsa to Twilly d’Hermès. Nazwa pochodzi od hermesowskiej wzorzystej chusty –  eleganckiego dodatku do garderoby. Co ciekawe, Twilly w wersji mini-opaski owinięte zostało wokół każdego flakonu tych perfum. Stanowi więc oryginalny bonus przy ich zakupie. A skoro już jestem przy flakonie, to o nim kilka słów. Kształt stylizowany na retro, zatyczka w kształcie hermesowego melonika, znana z klasycznych flakonów tego brandu – to wyraźne nawiązania do tradycji Hermèsa. To ważne, bowiem Twilly d’Hermès to pierwsze w historii tej firmy perfumy dedykowane młodym kobietom. Wyraz chęci zainteresowania tej grupy marką kojarzoną dotąd raczej ze stateczną francuską arystokracją. To właśnie współczesne dziewczęta, ich styl życia i bycia posłużyły jako inspiracja dla twórców perfum. Jak głosi slogan:

„Wolne, odważne, połączone, psotne i lekceważące, stawiają oczekiwania na głowie, płyną pod prąd, narzucają własny rytm, wymyślają nowe tempo.”

To one mają być docelowymi nabywczyniami Twilly d’Hermès, a zapach ma, jak domniemam, toczyć walkę o ich portfele konkurując z kolejnymi flankerami Coco Madmoiselle Chanel, Miss Dior czy La Petite Robe Noire Guerlain.

Twilly d'Hermes

Twilly d’Hermès moim zdaniem świetnie oddaje ducha zacytowanego wyżej sloganu. Poprzez zupełnie niecodzienne połączenie energicznej przyprawowości imbiru w otwarciu, zmysłowości tuberozy w sercu i ciepłego, kremowego akordu drewna sandałowego w bazie zapach uwolnił się od obowiązujących we współczesnej perfumerii reguł, płynie pod prąd wobec aktualnych trendów z niechcącym odejść do lamusa owocowymi słodziakami na czele. Jest w swej kontrastowości poniekąd psotny, a już na pewno odważny. Zdecydowanie też narzuca swój rytm i własne tempo.

Ekipa Hermèsa – wraz z Christine Nagel jako perfumiarką – zadbała o nowatorskość tej kreacji. Zaskoczyła zestawieniem nut i jej niecodzienną urodą: lekką, energiczną, zwiewną, z delikatną dozą kobiecości w postaci subtelnej białokwiatowej nuty tuberozy, podanej wszakże w bardzo zgrabny i zupełnie niedominujący sposób. Nie nazwałbym więc Twilly zapachem kwiatowym. To raczej mariaż subtelnej nuty kwiatowej z akcentem gourmand na drzewnej podstawie.

twilly d hermes

Twilly d’Hermès został skrojony z wdziękiem i w bardzo zgrabny sposób. Robi wrażenie opartego na krótkiej, ale efektownej i kontrastowej formule, czym kontynuuje styl, który do perfekcji doprowadził Jean-Claude Ellena, poprzednik Christine Nagel. Tu muszę wspomnieć, że parametry zapachu zostały zaprojektowane na bardzo bezpiecznym poziomie. Twilly owszem – trzyma się skóry całkiem długo, jednak – poza fazą otwarcia i kwiatowego serca – promieniuje z niej bardzo subtelnie, uwalniając się od czasu do czasu, jakby prowokował do ruchu, podniesienia tętna, szybszego pulsu, by móc w pełni zakwitnąć. Pozostawia za sobą raczej intrygującą i niedopowiedzianą impresję niż klasyczny perfumowy ogon. Uważam, ze to celowy zabieg.

Młode pokolenie nie lubi mocnych perfum. Zbyt dominujący aromat mógłby spłoszyć hermesowski narybek. Mocne perfumy kojarzą się mu ze… starszym pokoleniem mam, babć. A młodzież robi przecież wszystko, by stać się przeciwieństwem swych rodziców, by – gdy już dojrzeje – bezwolnie upodobnić się do nich bardzo lub „mniej bardzo”….

Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Twilly d’Hermès. To interesująca, inna, oryginalna propozycja. W zestawieniu ze słodkimi i owocowymi La Petite Robe Noire Guerlain, Miss Dior Cherie czy La Vie Est Belle Lancome Twilly d’Hermès wypada jako zapach zupełnie…. rebeliancki.

1 - twilly-d-hermes-pack+85ml @quentinbertoux

główne nuty: imbir, tuberoza, drewno sandałowe

twórca/nos: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

Nishane Istanbul – stworzone by zachwycać

Po tym, jak obwieściłem, że Sultan Vetiver to najlepsze perfumy wetyweriowe, jaki dane mi było poznać (i zdania nie zmieniłem), z zaciekawieniem i sporym apetytem przystąpiłem do testów innych pachnideł tureckiej marki Nishane. Jak się później okazało, utwierdziły mnie one w wysokiej ocenie tego, co proponują Mert Güzel i Murat Katran.

Nishane to w mojej ocenie jedna z najbardziej wartych uwagi współczesnych niszowych marek perfumowych. Cechują ją: prymat zapachowej zawartości nad marketingiem oraz gwarancja doskonałej jakości, świetnych parametrów i intensywnych olfaktorycznych przeżyć, przy użyciu akordów, które niejednokrotnie już w perfumerii występowały, ale tu zostały podane w iście koneserski sposób.

Twórcy marki przyznają, że powołali do życia Nishane po to, by zaoferować perfumy, które zachwycą perfumowych koneserów na całym świecie. Cóż, w Polsce na pewno już zachwyciły przynajmniej jednego, a wiem, że jest nas dużo, dużo więcej.

 nishane bottles

Munegu

to pełnokrwisty oriental ze spora dawką paczuli, która dominuje w intro i w sercu, a którą otoczono całym bogactwem składników: od słodkich cytrusów i cedru (!) na wstępie, poprzez bukiet przypraw (kmin, kardamon, gałka) oraz geranium i ylang w sercu, aż po głęboką, ciepłą, zmysłową – można rzec – klasycznie niszową bazę złożoną z labdanum, ambry, kadzidła i tytoniu. Baza jest żywiczna, balsamiczna, a paczula pachnie w niej dużo subtelniej, niż na wcześniejszych etapach. Munegu pachnie przez niemal cały czas mocno, gęsto, intensywnie i zdecydowanie męsko. Przypomina klimatem klasyczną męską perfumerię lat 70-tych i pierwszej połowy 80-tych (np. Givenchy Gentleman, pierwszy męski zapach Van Gilsa czy Giorgio for Men od Giorgio Beverly Hills). Stąd rekomenduję go przed wszystkim wielbicielom tego typu oldskulowych męskich aromatów, ale także oczywiście wielbicielom zapachów z paczulową dominantą. To naprawdę mocna, świetnie pachnąca rzecz o doskonałych parametrach!

NishaneMuneguUseMe_1024x1024

nuty głowy: pomarańcza, cedr

nuty serca: kmin, kardamon, gałka  muszkatołowa, geranium, ylang-ylang

nuty bazy: paczula, labdanum, kadzidło, tytoń, ambra

perfumiarz: Sylvain Cara

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

 

 

Spice Bazaar

– jak łatwo się domyśleć – traktuje o przyprawach. Wypełniają one praktycznie całe spektrum zapachowe tej kompozycji, co czyni ją naprawdę unikatową. Czegoż tu nie ma? Jest imbir, jest cynamon, kmin, czarny pieprz, szafran. Jest też użyta oszczędnie wanilia. Ale „cichym” bohaterem Spice Bazaar jest esencja z jałowca, która dominuje nieco dłużej niż tylko w otwarciu. Nuta ta jest zdecydowanie mocniejsza i bardziej długotrwała od tej w Juniper Sling Penhaligon’s.  By intro było jaśniejsze, zastosowano subtelnie wyczuwalne cytrusy (rześkość yuzu idealnie pasuje do charakteru zapachu). Pomostem między jego owocowością, a przyprawowym charakterem wielu użytych tu ingrediencji jest imbir. W ten suchy, sypki klimat świetnie wpisany został cedr, który zdaje się pracować tu w charakterze solidnego trzonu kompozycji.

Spice Bazaar dominuje suchy, wytrawny typ przyprawowości, reprezentowany tu przez wspomniany jałowiec, czarny pieprz i szafran. Kontrastem jest obecna w tle nutka owocowa. Całość pachnie bardzo naturalnie, przy tym dość lekko i zwiewnie, całkiem długo zachowując przyprawowy charakter, co nie jest oczywiste w tego typu aromatach.

Faktem jest jednak, że po kilku godzinach Spice Bazaar gwałtownie gaśnie na skórze, co zdaje się potwierdzać moje domniemanie, że nie użyto tu żadnych syntetyków – choćby w celu poprawienia parametrów zapachu. I to chyba dobrze, bo dzięki temu nie naruszono naturalnej aury tego świetnego zapachu.

nishane-istanbul-spice-bazaar-extrait-de-parfum-50-ml

nuty głowy: jałowiec, yuzu, rozmaryn, imbir

nuty serca: cedr, cynamon, kmin

nuty bazy: czarny pieprz, szafran, wanilia

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4,0

 

Pachuli Kozha

ma dość przewrotną nazwę. W przeciwieństwie do Munegu paczulowa nuta jest tu zdecydowanie mniej ewidentna, a kompozycja ciąży wyraźnie w kierunku żywiczno-kadzidlanym z mocnym udziałem labdanum w bazie, podlanego gęstym miodem. Bardzo delikatne akcenty kwiatowe, obecne na początku (hiacynt, ylang, rumianek), oraz – umownie – skórzana aura (kozha znaczy skóra) lokują Pachuli Kozha – obiektywnie piękne i poruszające, ciepłe, otulające pachnidło – gdzieś pomiędzy Sahara Noir Toma Forda, Lonestar Memories Andy Tauera (gdyby pozbawić go brzozowej smoły) i Absolue Pour Le Soir Francisa Kurkdjiana (do którego zresztą pachnidło Nishane jest najbardziej podobne, a które jest – nota bene – najgorzej sprzedającym się zapachem MFK, więc sami wiecie, o co chodzi…).

Pachuli Kozha to po prostu pachnidło dla koneserów perfumowej niszy, wielbicieli aromatów oscylujących w dolnych rejestrach olfaktorycznych. Jestem przekonany, że nie będą oni ani odrobinę zawiedzeni. Ja nie jestem. Przeciwnie – jestem nim zachwycony.

Pachuli-Kozha21

 

nuty głowy: hiacynt, ylang, rumianek

nuty serca: paczula, czarny pieprz

nuty bazy: skóra, miód, kadzidło

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,5

 

Suede et Safran

francuska nazwa podpowiada, czego możemy się po tym zapachu spodziewać. Zamsz i szafran. Ale w moim przypadku nie obyło się jednak bez zaskoczenia. Nie spodziewałem się bowiem, że Nishane uraczy nas własną wersją Tuscan Leather Toma Forda. Cóż – muszę dać mały minus marce za naśladownictwo, choć fakt, że jednak stylowe i z bardzo indywidualnym szlifem. Na czym on mianowcie polega? Głównie na nadaniu znanemu aromatowi większej lekkości i na zminimalizowaniu aspektu skórzanego kosztem nuty owocowej (tu uzyskanej za pomocą naturalnie i subtelniej pachnącego imbiru zamiast malinowej, lekko syropowatej, syntetycznej nuty znanej z pachnidła Forda). Zupełnie nowym elementem jest tu akcent wodny, pojawiający się w sercu zapachu i tworzący bardzo osobliwy efekt, którego nie spotkałem ani w Tuscan Leather ani w żadnym z jego klonów. Obowiązkowy w tej estetyce szafran został tu sparowany z nutą faktycznie bardziej zamszową niż skórzaną, jeżeli przyjąć, że zamsz w perfumach pachnie delikatniej i bardziej kremowo, aniżeli skóra. Ta z kolei w swej mocniejszej formie faktycznie wyłania się tu w bazie zapachu i to wtedy zapach najbardziej zbliża się do Tuscan Leather.

Ale Suede et Safran w zestawieniu z protoplastą wypada generalnie mniej słodko-malinowo i delikatniej, gdy chodzi o skórzany aspekt. Jest w nim więcej powietrza. Zapach nie przytłacza, no i nie pachnie tak syntetycznie, jak propozycja Toma Forda.

Tak jest. To kolejny zapach Nishane o bardzo naturalnym aromacie, nie trącącym nachalną chemią (choć zgoda, że bazowa skóra zdaje się być jednak „zdjęta z Forda”). To także kolejne pachnidło – obok Sultan Vetiver, Pachuli Kozha i Spice Bazaar – skomponowane przez perfumiarza Jorge Lee, któremu należą się słowa uznania, bo ma facet talent niezaprzeczalny.

suede-et-safran-nishane

nuty głowy: ziarno ambrette, szafran

nuty serca: zamsz, imbir

nuty bazy: piżmo, skóra

perfumiarz: Jorge Lee

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

 

Na koniec dodam, że nie jest to na pewno ostatnie spotkanie z pachnidłami Nishane na Perfumowym Blogu. Będę czynił starania, by poznać i opisać pozostałe zapachy tej marki. Jestem pewien, że będzie warto.

Givenchy „Gentlemen Only” – dżentelmen naszych czasów

Gdy w 2013 roku Givenchy zaprezentował nowy męski zapach Gentlemen Only, obwieścił, że będzie to hołd złożony o 40 lat (!) starszemu Givenchy Gentleman (1974). To nawiązanie było dla mnie – przyznam – ruchem zaskakującym . Próbą ożywienia wciąż żywej przecież legendy, albo może raczej bardzo spóźnioną próbą zdyskontowania sukcesu klasyka (Gentleman nigdy wcześniej nie doczekał się żadnego flankera, aż tu nagle po 40 latach taka niespodzianka!). Ten cytrusowo-drzewny klasyk jest wciąż dostępny jest na półkach perfumerii, dzielnie stojąc na straży tego, co w perfumach było niegdyś wielkie i wspaniałe. Co ciekawe, jako jedne z zaledwie kilku, może kilkunastu męskich pachnideł z tamtej epoki wytrzymał próbę czasu. Nie bez przyczyny. Jest z pewnością jednym z najwspanialszych kiedykolwiek skomponowanych męskich pachnideł. Ponadczasowe i bardzo pięknie zrównoważone połączenie cytrusów, miodu, wetywerii, paczuli i mchu dębowego to prawdziwy kanon perfumerii, do którego wciąż chętnie nawiązują współczesne marki niszowe. Gentleman był z pewnością emanacją gustów i stylistyki tamtych czasów.  Jego estetyka tak mocno wpisała się w męskie gusta, przekazywane z ojca na syna, że zapach ten trwa do dziś. I niech trwa wiecznie, bo – jak ktoś kiedyś słusznie zauważył  – „trwa mać”.

givenchy-gentleman-perfume-edt

Obecny Gentlemen Only można śmiało nazwać reprezentatywnym przedstawicielem współczesnej męskiej estetyki perfumowej. I to jest moim zdaniem główna analogia pomiędzy klasyczną a współczesną wersją. Nie byłoby go jednak, gdyby nie YSL L’Homme (2006), w którym połączono zieloną nutę liścia fiołka z przyprawami i akordem ambrowym tworząc coś na kształt współczesnego wzorca męskiego akordu, wykorzystywanego, a wręcz nadużywanego od tego czasu dość powszechnie nie tylko w perfumerii, ale i w męskich kosmetykach. Z kolei nie byłoby L’Homme, gdyby nie Fahrenheit (1988). Ten zaś pewnie nie powstałby, gdyby nie Grey Flannel G. Beene (1975).  I tak wróciliśmy do lat 70-tych, gdy powstał klasyczny Gentleman. Tak się to w perfumerii wszystko łączy, a jedno wynika z drugiego…

Gentlemen Only ma wibrujący, pieprzowy, krótkotrwały początek. W chwilę po nim pojawia się zielona nuta liścia brzozy połączona z subtelnym muszkatem. Jest lekko słodko, lekko zielono i raczej delikatnie. Z czasem ujawnia się składnik łączący zapach ze swym starszym o 40 lat protoplastą – paczula. Choć nie tak wyraźna i nie tak ewidentna, to jednak odgrywa istotną rolę w budowie całości. Tak trwa to przez dłuższy czas, który można śmiało określić sercem zapachu. Trzeba przyznać, że jest to serce długotrwałe, a zapach początkowo jakby rozmyty, z czasem powoli nabiera wyrazistości. Bazowy akord ujawnia się dopiero po kilku godzinach i jest to przyjemna woń piżmowa połączona z lekko mydlaną, słodkawą nutą kadzidła, kompletnie pozbawioną jakichkolwiek konotacji religijnych (co oczywiste, gdy weźmiemy pod uwagę mainstreamowy, nastawiony na szeroką klientelę charakter tego pachnidła). Muszę przyznać, że ewolucja, jaką przechodzi Gentlmen Only na skórze oraz ten intrygujący, całkiem niebanalny finisz okazały się dla mnie miłym zaskoczeniem.

coolsty-givenchy-04-1400x700

Gentlemen Only jest skrojony na miarę współczesnego przeciętnego męskiego gustu. Ma przy tym przyzwoitą jakość. Cierpi jednak na brak oryginalności. Nie dla każdego będzie to wada. Ratuje go wszakże ciekawy, niesztampowy finisz, który skłonił mnie do dodania jednej gwiazdki w końcowej ocenie. 

Jednego jestem pewien – opisywanie tego zapachu przez pryzmat oficjalnego spisu nut/ składników mija się w tym przypadku z celem. Jeżeli nawet bowiem np. wetyweria czy cedr zostały tu użyte (a nie mam podstaw sądzić, że było inaczej), to wszystkie te ingrediencje budują główny, zielono-drzewny motyw przewodni, nie ujawniając się indywidualnie w sposób, do jakiego przyzwyczaiła nas perfumeria sprzed dekad (przecież paczulę, miód, mech dębu, wetywerię – wszystko to przy odrobinie wysiłku poczujemy w klasycznym Gentlemanie!). Oczywiście wiem, że paczula użyta w Gentlemen Only nie jest tą samą, pełnowymiarową paczulą z Gentleman. Podobnie jest z innymi składnikami, nierzadko będącymi efektem współczesnych wyrafinowanych laboratoryjnych metod pozyskiwania, o jakich nawet nie śniło się Paulow Legerowi, gdy pracował nad formułą oryginalnego Gentlemana.

givenchy gentlemen-only-bottlesjpg

Współczesne składniki perfumowe są oczyszczane z wszelkich potencjalnych alergenów i innych niechcianych substancji. Wiele z nich traci przez to swoje cechy charakterystyczne, ale jednocześnie daje się lepiej modelować przy pomocy innych składników. Innymi słowy – gdy kiedyś do formuły dodawano olejek paczulowy, wiadomo było , że „wyjdzie on na wierzch” i w którymś momencie zdominuje kompozycję, emitując charakterystyczne cechy swej naturalnej woni. Dziś esencję z paczuli można rozłożyć na kilka części w destylacji frakcyjnej, wykorzystać jedną (albo więcej) z nich i wymodelować ją przy pomocy innych ingrediencji, tworząc w ten sposób niespotykane dotąd akordy (świetnym przykładem Mistral Patchouli Atelier Cologne). Paczula taka odegra istotną rolę, ale nigdy nie ujawni się w sposób ewidentny, taki jaki znamy z przeszłości. Z jednej strony daje to współczesnym perfumiarzom nieograniczone możliwości twórcze, z drugiej paradoksalnie może powodować, że zapachy stają się do siebie podobne, gdyż pewne zbitki składników- akordy – dobrze przyjmują się wśród klientów i są eksploatowane do granic możliwości. Gentlemen Only wpisuje się w to zjawisko, będąc z jednej strony przyzwoitym współczesnymi męskimi perfumami, którym wszakże brak indywidualnego sznytu, gdyż podobne (co nie znaczy, że identyczne) aromaty znaleźć możemy w wielu zapachach innych marek.

Obliczony na zdobycie popularności Gentlemen Only ma wszelkie ku temu zadatki. Będzie je miał zresztą każdy podobny zapach, tak długo, jak długo przeciętny klient perfumerii sieciowej będzie kierował się wyłącznie tym co modne i „bezpieczne” i nie będzie poszukiwał czegoś, co podkreśli jego indywidualność i charakter. Taki to „masowy dżentelmen”. Ale chyba lepszy taki, niż żaden…

Givecnhy G Only

nuty głowy: zielona mandarynka, różowy pieprz, gałka muszkatołowa, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, wetyweria

nuty bazy: kadzidło, nuty zwierzęce

rok premiery: 2013

perfumiarz: Jean Jacques/ Francis Kurkdjian

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Wersja Gentlemen Only Intense weszła na rynek w 2014 roku. Jest w swej istocie kopią swego poprzednika z dodanym współczesnym akordem skórzanym i okrutnie już wyeksploatowaną ambrowo-tonkową bazą. Intense od początku prezentuje się bardziej zachęcająco, niż pierwowzór. Jest głębszy, bardziej zmysłowy. Innymi słowy – takie wieczorowe wcielenie dżentelmena. Ale i w tym przypadku nie ma mowy o oryginalności. Mało tego – uważam, że Intense jest nawet bardziej wtórny, niż pierwowzór, który przynajmniej zaskakuje intrygującą woltą z oklepanej drzewnej zieloności w kierunku zaskakującego i dość unikatowego mydlano-kadzidlanego finiszu. Intense – poprzez dodanie aspektu ambrowego – jeszcze bardziej zbliżył się do L’Homme YSL, a współcześnie ujęta nuta skórzana (w niczym nie przypominająca skóry znanej z klasyki perfum czy współczesnej niszy; innymi słowy wierzymy, że skóra jest, ale jej nie czujemy…) w połączeniu z przewodnią zieloną nutą liścia brzozy zbliża całość do Fahrenheit Parfum Diora. Z tym, że Dior pachnie klasę lepiej… Fakt, miłym akcentem okazała się dla mnie baza Intense, ale to z kolei poprzez jej spore podobieństwo do Prady i jej Amber Pour Homme Intense. Tak więc znów – nic oryginalnego. Całość zasługuje jednak obiektywnie na cztery gwiazdki, gdyż Gentlemen Only Intense jest zapachem pod każdym względem dobrym. Ale nic ponad to.

givenchy gentlemen-only intense

nuty głowy: zielona mandarynka, czarny pieprz, liść brzozy

nuty serca: cedr, paczula, skóra

nuty bazy: tonka, ambra, kadzidło,

rok premiery: 2014

perfumiarz: Jean Jacques

moja ocena: 

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic-

Póki co Givenchy nie wprowadziło wersji Gentlemen L’Eau lub Fraiche, ale Casual Chic z 2015 roku praktycznie pełni taką rolę lżejszej, świeższej, letniej, casualowej wariacji nt. Gentlemen Only. Zapach jest wyraźnie mniej złożony, oszczędny w środkach wyrazu. Na uwagę zasługuje fakt, że świeżości nie przydano tu w sztampowy sposób –  wyłącznie cytrusami. Posłużono się za to całym zestawem wibrujących i świeżych w swej naturze nut przyprawowych. I tak w akordzie głowy znajdziemy energizującą niczym doskonałej jakości lemoniada mieszankę cytrusowo-pikantnego kardamonu, wibrującego, rześkiego jałowca i dominującego tu słodkawego i pikantnego zarazem imbiru. Ten pikantny i chłodny jednocześnie koktajl ma zdecydowanie odświeżający charakter i ładnie wprowadza motyw przewodni linii Gentlemen Only –  duet zielonego liścia brzozy i cedru, który tym razem więcej ma w sobie suchej drzewności, niż liściastej zieloności i jako całość jest mniej wyrazisty niż to było w obu poprzednich wersjach. Cedr – mimo że obecny we wszystkich opisywanych tu wcieleniach zapachu – tu ujawnia się najwyraźniej, dobrze łącząc się z jałowcem z otwarcia i drewnem sandałowym ulokowanym w bazie. Z czasem zapach staje się suchy i drzewny, dryfując w kierunku estetyki reprezentowanej przez Juniper Sling Penhaligon’s i jemu podobne jałowocowoambroxanowych mikstur. Słowem – bardzo na czasie. Casual Chic wypada na tle pozostałych wersji zupełnie poprawnie, choć w sumie najmniej spektakularnie. Mimo to warto – uważam – dać mu szansę.

Givenchy-Gentlemen-Only-Casual-Chic bottle-

nuty głowy: kardamon, imbir, jałowiec

nuty serca: liść brzozy, cedr

nuty bazy: drewno sandałowe, Ambroxan

perfumiarz: Jean Jacques

rok premiery: 2015

moja ocena: 

zapach: ***/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Saga Gentlemen Only trwa w najlepsze. W bieżącym roku premier miały dwa kolejne flankery: zrywający z motywem przewodnim linii przyprawowo-orientalny Absolute  oraz lekki, zielono-miętowy Parisian Break. Jestem pewien, że to nie koniec…

 

Bentley For Men Absolute

Ten wpis nie może zacząć się w innym sposób…

Gucci Pour Homme

W roku 2003 Gucci pod dowództwem Toma Forda wypromowało nowy męski zapach o jakże znaczącej nazwie: Pour Homme. Tak. To były perfumy Gucciego dla mężczyzny wchodzącego w XXI wiek. Pachniały jak nic nigdy wcześniej. Niezwykle elegancko i wyrafinowanie, bardzo męsko i bardzo enigmatycznie. Złożona przez mistrza Michela Almairaca mieszanka nut przyprawowych, kadzidlanych, drzewnych i skórzanych o ambrowej aurze stała się synonimem nowej męskości – nieco zdystansowanej, nieco uduchowionej, a jednocześnie ciepłej i zmysłowej. Zapach zdobywał swą popularność powoli, ale skutecznie. Gdy ktoś już pokochał Pour Homme, nie potrafił bez niego żyć. To nie było pachnidło na jeden sezon. To były perfumy na całe życie. A przynajmniej miały takimi być… Niestety, w 2004 roku Ford rozstał się z Guccim w wyniku rozbieżności pomiędzy nim a kierownictwem w zakresie artystycznej wizji marki. Efektem zmian personalnych i nowej wizji marki było m.in. przemeblowanie oferty perfumowej, w tym wycofanie Pour Homme ze sprzedaży. Zniknął z półek perfumerii kilka lat później (nie pamiętam dokładnie kiedy, ale obstawiam gdzieś 2010 rok). Później nastąpiły jeszcze wyprzedaże ostatnich flakonów w sieciowych apteko-drogeriach. I tyle. Dziś można go wciąż kupić na nielicznych aukcjach od prywatnych sprzedawców w niebotycznych cenach. Niektórzy – ci najbardziej od Gucciego uzależnieni – i tak je płacą. Pozostali – w tym niżej podpisany – testowali przez lata zapachy innych marek w poszukiwaniu czegoś podobnego. Jakiejś dobrej alternatywy. Nawet jeżeli coś znaleźli, coś co nieco przypominało Gucciego, to jednak nigdy nie było to na tyle, by wypełnić pustkę, jaką po sobie pozostawił. „Brązowy Gucio” był jeden jedyny.

Michel-Almairac 5
Michel Almairac

Wiele razy zastanawiałem się, czy Gucci przywróci kiedyś do życia Pour Homme. I choć rozum podpowiadał, że te fenomenalne i niezwykle oryginalne perfumy paradoksalnie zakończyły swój żywot z prozaicznych przyczyn – nierentowności i nieprzystawania do nowego wizerunku marki, to jednak serce buntowało się przeciw tej decyzji, nie bacząc na wszystkie racjonalne przesłanki. Myślałem sobie, że to nie dopuszczalne, żeby ten fantastyczny aromat tak po prostu przepadł i został zapomniany. Wszak istnieje w perfumerii designerskiej coś takiego, jak reaktywacja (chlubnymi przykładami są klasyki YSL, m.in. M7 w nowej wersji Oud Absolu, Rive Gauche Pour Homme czy pachnidła Aramisa, jak choćby fantastyczna Havana, ostatnio także klasyczne zapachy Hermesa).

Ostatecznie liczyłem po cichu, że skoro nie Gucci, to może ktoś inny doceni ten zapach, porozumie się z Michelem Almairac’em i wprowadzi go na rynek pod swoją marką…

Zupełnie niepodziewanie moje mrzonki zmaterializowały się w zeszłym roku praktycznie w stu procentach…

bentley-absolute-1

11 lat po premierze Gucci Pour Homme znana marka samochodowa Bentley, która rok wcześniej zadebiutowała na rynku perfum całkiem udanymi kreacjami For Men i For Men Intense, wyemitowała pod swoim zacnym logo kolejny męski zapach For Men Absolute. Czarny flakon ze złotą nakładką początkowo dostępny był jako ekskluzywna edycja wyłącznie z londyńskim Harrodsie. Szczęśliwcy, którzy mogli go przetestować, już wówczas sygnalizowali ogromne podobieństwo do Gucci Pour Homme.  Ekscytację zwiększał fakt o kluczowym znaczeniu – jako autor nowego pachnidła Bentleya podawany był właśnie Michel Almairac! Pomyślałem: A więc jednak!?

Michel-Almairac 2

Od premiery w Harrodsie minął dobry rok i, ku mojemu zaskoczeniu, nowy Bentley, w nieco innej kolorystyce flakonu (całość czarna), zaczął pojawiać się tu i ówdzie w szerszej dystrybucji. Nie zastanawiałem się ani chwili przed zakupem flakonu.

Już pierwsze testy potwierdziły wszystko, co o tym zapachu czytałem…

Rześka, bardzo efektowna mieszanka pieprzu i soczystego imbiru otwiera ten zapach i praktycznie od razu powoduje efekt olfaktorycznego deja vu. Stopniowo ujawnia się główny temat, jakim jest akord kadzidlano-drzewno-ambrowy, do złudzenia przypominający ten znany z Gucci Pour Homme. Trwa on na skórze długo, bardzo powolutku gasnąc i stając się z czasem bardziej suchy i drzewny. To wszystko. Na szczęście. 

No właśnie? Na ile oba pachnidła są podobne, a czym się różnią?

Bentley For Men Absolute jest – podobnie jak Gucci – zapachem niemalże linearnym, tzn. pachnie niemal tak samo od początku do końca poza wspomnianym krótkotrwałym intro. Temat przewodni zapachu jest praktycznie identyczny z Guccim. Różnice owszem są, ale bardzo subtelne i tkwią w szczegółach. Są wyczuwalne wyłącznie przy wnikliwych testach porównawczych. Z dystansu oba zapachy są identyczne i nie wierzę, żeby ktokolwiek mógł je rozróżnić na noszącej je osobie. No dobrze, to czym się właściwie różnią? W akordzie głowy Bentley ma więcej pieprzu, a imbir jest bardziej soczysto -zielony. Baza Bentleya jest za to mniej ambrowa i mniej skórzana, za to bardziej sucho-drzewna. I to właściwie tyle.

Wrażenia z noszenia obu zapachów są praktycznie identyczne, również pod względem projekcji (oba mają stonowaną, ale mile wyczuwalną projekcję, szczególnie podczas poruszania się pozostawiają krótki, ale wyraźny „ogon”). Natomiast Bentley przewyższa zapach Gucciego pod względem trwałości (dobrze ponad 12 godzin). Wynika to prawdopodobnie z wyższej koncentracji wody perfumowanej.

Na koniec muszę oddać Michelowi Almairacowi to co mistrzowskie i przyznać, że Bentley to zapach lepszy od Gucci! Jest wg mnie jego „udoskonaloną wersją”. I to jest naprawdę niesamowite! To spełnienie marzeń wszystkich wielbicieli Gucci Pour Homme o powrocie ich ukochanego zapachu. Tak. To jest fakt. ON powrócił. Jakby tego mało, w nowszym i jeszcze piękniejszym wcieleniu. Czegóż można chcieć więcej? Szczerze? Chyba tylko tego, by nigdy nie zniknął z perfumeryjnych półek.

bentley-absolute-3

nuty głowy: imbir, różowy pieprz, kadzidło frankońskie

nuty serca: papirus, drewno cedrowe, drewno sandałowe

nuty głębi: oud, ambra, mech

twórca: Michel Almairac

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: ****

Letnie orzeźwienie (5) – Atelier Cologne „Collection Azur”

Marka Atelier Cologne zadebiutowała w 2010 roku i od tego czasu bardzo dynamicznie rozwija swą pachnącą ofertę, a wraz z nią dystrybucję swych pachnideł (całkiem niedawno pojawiła się w jednej z największych perfumerii sieciowych). Pomysł jest, wydawać by się mogło, skazany na sukces. Połączenie przekonującego, spójnego designu (proste ale charakterystyczne flakony, towarzyszące im historyjki spisane na kartkach pocztowych z ilustrującymi każdy zapach fotografiami, będącymi swoistymi kolażami rozmaitych przedmiotów, skórzane futerały na flakony itp.), łatwych w odbiorze zapachów, zwykle oscylujących wokół szeroko pojętej konwencji modern cologne, z warsztatem najlepszych perfumiarzy i starannie dobranymi, wysokiej jakości składnikami. Całości obrazu dopełnia stosunkowo wysoka cena wskazująca na towar luksusowy. Intuicja podpowiada mi, że Atelier Cologne to przedsięwzięcie już notujące rynkowy sukces…

Twórcy marki – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel (ex L’Oreal) – od początku oferują zapachy nazwane przez nich Cologne Absolue, czyli wysoko skoncentrowane (15%) i trwałe kolońskie, bazujące głównie na cytrusach, ale rozwijające kolońską konwencję w wielu nowych kierunkach. Obecnie oferta marki dzieli się na kolekcje:

  • Collection Originale, opisywana jako „wysoko skoncentrowane cytrusy”. To w niej znajdują się opisywane niegdyś przeze mnie na blogu: Orange Sanguine, Oolang Infini, Grand NeroliTrefle Pur czy Bois Blonds, a także tegoroczne, fantastycznie soczysto-owocowe Pomelo Paradis. Te zapachy to faktycznie prawdziwy raj dla wielbicieli pachnideł świeżych, cytrusowych, które od tradycyjnych kolońskich różnią się większą głębią i lepszą trwałością;
  • Collection Metieres kolekcja poświęcona popularnym niecytrusowym składnikom perfum (np. Vetiver Fatal, Rose Anonyme, Vanille Insensee czy Mistral Patchouli);
  • Collection Metal – zapachy zupełnie nie-kolońskie, łączące najcenniejsze perfumowe składniki (np. irys) z cytrusami (Silver Iris, Gold Leather, Blanche Immortelle);
  • Collection Azur – najnowsza, tegoroczna kolekcja, której towarzyszy hasło: „gdzie morze i niebo staje się jednym”. O niej to właśnie w niniejszym wpisie.

atelier cologne azur

Składają się na nią cztery zapachy: Mandarine GlacialeSud Magnolia, Figuier Ardent i Cedre Atlas. Kolekcja wyróżnia się flakonami w kolorze weneckiego błękitu i skórzanymi etykietami. Same zapachy – raczej luźno związane z kolońską konwencją – są bez wyjątku świeże i orzeźwiające, wprost doskonałe na upalną pogodę. Ich silną stroną są z wysokiej jakości składniki (co marka podkreśla wskazując pochodzenie każdego z nich w oficjalnych spisach na stronie internetowej i w materiałach promocyjnych), oraz same kompozycje, sprawiające wrażenie prostych, ale bardzo kompetentnie zbudowanych. Trzy z nich popełnił pracujący w Robertet Jerome Epinette (m.in. zapachy dla Byredo), jedną zaś perfumiarz Mane Ralf Schwieger (autor m.in. doskonałego Lipstick Rose dla Frederica Malle, fenomenalnego Iris Nazarena Aedes de Venustas czy intrygującego Fils de Dieu, du riz et des agrumes Etat Libre d’Orange). Obaj perfumiarze znani są już z wcześniejszej współpracy z Atelier Cologne (Orange Sanguine Ralfa Schwiegera została nawet uhonorowana nagrodą FIFI 2012).

jerome epinette
Jerome Epinette – zdjęcie Deidre Schoo dla The New York Times

 

Mandarine Glaciale

Dopiero co opisywałem dwie mandarynkowe kolońskie: Eau de Mandarine Ambree i Mandarino di Amalfi, więc mam jeszcze świeży punkt odniesienia. Mandarine Glaciale ulokowałbym olfaktorycznie dokładnie pomiędzy nimi. Mają początkowo cytrusową rześkość podobną do tej znanej z perfum Toma Forda. Mandarynka jest tu bowiem, podobnie jak u Forda, jednym z kilku cytrusowych składników, które budują bardziej złożony cytrusowy akord. Jednak faktycznie zaczyna ona dominować zaraz po tym, jak początkowa cytrusowa feeria nieco przygaśnie. Z mandarynką ładnie współgra w sercu zapachu słodkawy imbir – drugi bohater tej kompozycji. To właśnie połączony z nią imbir oraz ambrowo-drzewny akord bazy budują zasadniczy, najdłużej trwający aromat, któremu przez słodkawe mandarynkowe ciepło bliżej już do Eau de Mandarine Ambree Hermesa aniżeli Mandarino di Amalfi.

atelier cologne mandarine

nuty głowy: mandarynka z Kalabrii, cytryna z Sycylii, bergamotka z Kalabrii

nuty serca: imbir z Chin, jaśmin z Egiptu, liść gorzkiej pomarańczy z Paragwaju

nuty głębi: wetiwer z Haiti, mech dębu ze Słowenii, biała ambra

nos: Jerome Epinette

 

Sud Magnolia

Lekki, przyjemny, idealny na lato, raczej kobiecy zapach kwiatowy z – jak się można domyślać – centralnie umieszczoną nutą magnolii. Początek to soczysty i pięknie świeży akord owocowy złożony z dominującego pomelo, uzupełnionego o nutę czarnej porzeczki, okraszony gorzką pomarańczą. Kilka minut po aplikacji na skórze wyłania się centralny akord kwiatowy – lekki, świeży, bardzo „letni”. Dominuje magnolia subtelnie wsparta przez różę. Drzewno-piżmowe tło utrzymuje ładną kwiatową woń na skórze przez kolejne kilkadziesiąt minut. Żadnej odkrywczości, bo i po co, za to zawodowa egzekucja tematu i po prostu miłe dla nosa, lekkie pachnidło dedykowane raczej płci pięknej…

at

nuty głowy: gorzka pomarańcza z Sewilii, pomelo z Florydy, czarna porzeczka z Burgundii

nuty serca: magnolia z Luizjany, absolut różany z Bułgarii, kwiat szafranu z Indii

nuty głębi: drewno cedrowe z Maroka, drewno sandałowe z Nowej Kaledonii, piżmo

nos: Jerome Epinette

Figuier Ardent

Temat figi był już wielokrotnie realizowany na różne sposoby przez rożnych perfumiarzy (sztandarowe Premier Figuier dla L’Artisan Parfumeur i Philosykos dla Diptyque – oba autorstwa niepokojąco milczącej w ostatnim czasie Olivii Giacobetti, Figuier Jamesa Heeleya, Hermes Un Jardin En Mediterranee Jean-Claude’a Elleny, by wymienić kilka). Szczególnie kompozycje Giacobetti ustaliły kanon perfum figowych, jako zielono-mlecznych, soczystych i świeżych. Dzieło Ralfa Schwiegera prezentuje się na ich tle całkiem oryginalnie: oto doprawiony kardamonem, anyżem i pieprzem akord figi na drzewnej bazie.

Ralf Schwieger 3
Ralf Schwieger

Intrygująca i wibrująca mieszanka kardamonu oraz anyżu rozcieńczona w bergamotkowej esencji otwiera zapach, by dość szybko przejść w zielone serce z centralną nutą figi. Nie jest to figa mleczna, jak u Giacobetti czy Heeleya, bliżej jej do zieloności figowca z Un Jardin en Mediterranee Hermesa. Figowe serce emanuje świeżą, odrobinę mydlaną wonią, a finisz jest zaskakujący, drzewny z elementem morskim. Figuier Ardent pozytywnie wyróżnia się na nie tylko na tle pozostałych „kolońskich” Collection Azur, ale także i innych znanych mi pachnideł figowych. Potwierdza on nietuzinkowy talent Ralfa Schwiegera.

atelier cologne fig

nuty głowy: bergamotka z Kalabrii, anyż z Turcji, kardamon z Gwatemali

nuty serca: liść figi z Prowansji, słona figa, czarny pieprz z Madagaskaru

nuty głębi: drewno cedrowe z Wirginii, irys z Toskanii, tonka z Brazylii

nos: Ralf Schwieger

 

Cedre Atlas

Ten zapach to – obok Figuier Ardent – mój faworyt z niebieskiej czwórki. Łączy cytrusy z drzewnym, cedrowym tłem i nowoczesnym ambrowo-drzewnym finiszem. Podoba mi się to zestawienie. Zapach jest rześki, energizujący w sposósb podobny do świetnego Duel od Annick Goutal. Poprzez swą chwilami nieco szorstką drzewność najbardziej chyba męski z całej czwórki. Początkowo cedrowe wiórki mienią się w cytrusowej (konkretnie cytrynowej) poświacie dając niezwykle orzeźwiający efekt. Pachnie to jak doskonałej jakości musująca lemoniada. Z czasem drzewny, cedrowy aspekt bierze górę. Tworząca akord głębi mieszanka syntetycznej ambry, papirusu i wetywerii podkreśla nowoczesność i męskość pachnidła, dodatkowo czyniąc Cedre Atlas najtrwalszą pozycją Collection Azur.

atelier cologne cedre

nuty głowy: cytryna z Sycylii, bergamotka z Kalabrii, czarna porzeczka z Burgundii

nuty serca: cedr z Maroka, jaśmin z Egiptu, morela

nuty głębi: biała ambra, papirus z Indii, wetiwer z Haiti

nos: Jerome Epinette

 

Po zastanowieniu stwierdzam, że dwa zapachy Collection Azur równie dobrze mogłyby zasilić istniejące już w ofercie Atelier Cologne kolekcje (Madarine Glaziale idealnie pasuje do Collection Originale, zaś Cedre Atlas aż prosi się o umieszczenie w Collection Metieres). Faktem jest natomiast, że już pozostałe dwa nie mieszczą się w konwencji żadnej z istniejących kolekcji (woń figi czy magnolii to twory perfumiarzy, a nie naturalne esencje, no i ani Figuier Ardent ani Sud Magnolia nie maja charakteru cytrusowych kolońskich). Ale to przecież tak naprawdę nie ma większego znaczenia…

Collection Azur to zbiór uroczych, świeżych, orzeźwiających zapachów „post-kolońskich” o wydłużonej trwałości. Każdy z nich ujmuje niewątpliwą urodą akceptowalną dla bardzo szerokiej publiczności. Innymi słowy – te pachnidła chyba nie mogą się nie podobać. Zarówno ich charakter jak i parametry skrojone są bardzo na miarę naszych czasów, gdy dobrze jest pachnieć, byle przyjemnie i byle nie za mocno…

Amouage The Library Collection „Opus VIII”

Amouage The Library Collection to dla mnie synonim perfum najwyższej próby. Pachnideł z najwyższej półki, podczas testowania których mam zawsze tą samą refleksję – że lepiej po prostu nie można – można jedynie inaczej…

Właśnie ukazał się ósmy już tom niezwykłej zapachowej opowieści rozpoczętej przez Christophera Chonga i Amouage cztery lata temu. Opowieści o tym, jak niebywale piękne mogą być pachnidła powstające z inspiracji arabską estetyką, gdy tworzone są przez pochodzących z Europy zawodowych perfumiarzy z najwspanialszych dostępnych ingrediencji bez jakichkolwiek ograniczeń budżetowych. Z radością stwierdzam, że i tym razem nie ma mowy o obniżeniu lotów. Autorzy Opus VIII zaproponowali nam kolejne doskonałe orientalne pachnidło w charakterystycznym hybrydowym, arabsko-europejskim stylu, w którym Amouage po prostu nie ma sobie równych.

CHRISTOPHER_CHONG1
Christopher Chong

Oto perfumy kwiatowo-drzewne skonstruowane w dość nieszablonowy sposób. Obecny od pierwszych sekund bukiet klasycznych nut białych kwiatów (jaśmin, ylang ylang i kwiat pomarańczy) wcale nie pachnie tu klasycznie. Został bowiem obficie obsypany przyprawami z drogocennym, suchym pyłem szafranowym na czele, który pięknie uzupełnia się tu z imbirem. W efekcie nuty kwiatowe nie dominują, co więcej – pozostają nieco wycofane wobec chwilami dość agresywnego akordu złożonego ze wspomnianych przypraw oraz – niezbędnego przecież u Amouage – kadzidła frankońskiego, któremu w sercu towarzyszy lekko dymna nutka gwajaka. Nuta jaśminu wielkolistnego (Sambac) pozostaje tu wyczuwalna przez pierwsze kilkadziesiąt minut trwania zapachu na skórze. Z początku rozjaśniona innym kwieciem i doprawiona przyprawami, w sercu ujawnia swe animalne, gorzkie, indoliczne oblicze. Gdzieś w tle majaczy lekko pikantna nutka esencji z liścia laurowego, która wraz z nutami drzewno-żywicznymi budują zmysłową bazę tych perfum. Z upływem czasu Opus VIII przechodzi więc transformację z pachnidła kwiatowo-przyprawowego w kadzidlano-drzewno-żywiczne, o lekko suchej i pylistej bazie.

opus VIII 1

Najnowszy tom bibliotecznej kolekcji Amouage jest dla mnie kolejnym dowodem na doskonałe porozumienie, na swoistą twórczą chemię, jaka zapanowała pomiędzy artystycznym dyrektorem marki Christopherem Chongiem, a perfumiarzem Pierre Negrinem.  Potwierdzeniem tego, że panowie doskonale się rozumieją, może być fakt, że Opus VIII to już kolejny zapach popełniony przez tego perfumiarza dla Amouage (wcześniej „zrobił” m.in. przyprawowo-drzewny Interlude Man, ambrowo-drzewny Opus VI i zielono-żywiczno-drzewny Opus VII, a także świetny najnowszy przyprawowo-tabakowy Journey Man). Wszystkie te zapachy uważam za stylistycznie pokrewne (choć każdy jest inny) i wyróżniające się w ofercie Amouage (a pamiętajmy, że przecież poziom wszystkich perfum omańskiej marki jest bardzo wysoki). Wszystkie posiadają unikalny, ekskluzywny, wyrazisty, chwilami wręcz ostry charakter, wynikający ze stylu Negrina, który nie szczędzi ingrediencji i lubi mocne przyprawowe, kadzidlane oraz drzewne nuty nadające jego kompozycją wyraziste, pyliste i suche sygnatury. Nie raz już podkreślałem, że preferuję perfumy mocne, wyraźne, mające charakter. Gdy do tego dominują w nich kadzidła, drzewa i przyprawy, stają się perfumami idealnymi. Takie są właśnie „Amłaże” Negrina. Nie do pobicia.

Normą w przypadku Library Collection są doskonałe parametry użytkowe, więc wspomnę o nich tylko z recenzenckiego obowiązku. Opus VIII absolutnie zadowala swoją wyczuwalną, mocną projekcją i doskonałą ponad dwunastogodzinną trwałością. Całość to dzieło przez wielkie D. Bez dwóch zdań.

opus VIII

nuty głowy: kwiat pomarańczy, jaśmin, ylang ylang

nuty serca: kadzidło, szafran, imbir, drewno gwajakowe, wetiwer

nuty głębi: żywice, benzoes, laur z Jamajki

twórca: Pierre Negrin i Rochard Herpin

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 12 h