Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

Voyage d’Hermes – jedyna taka podróż

Obok Terre d’Hermes i Ogródków Hermesa Voyage d’Hermes to dla mnie wciąż największe osiągnięcie Jean-Claude’a Elleny z czasu, gdy pracował dla tej francuskiej marki. Właściwie, to po Voyage (głównie w wersji edp, aczkolwiek także edt) sięgam równie chętnie i często, co po Terre.

Voyage d’Hermes 

Voyage w wersji eau de toilette łączy w sobie elementy bardzo charakterystyczne dla J.C. Elleny, które ten zawarł w swych wcześniejszych – skądinąd znakomitych – dziełach. Delikatne nuty zielonej herbaty znane z Bvlgari Eau Parfumee au The Vert, chłodna przyprawowość kardamonu, znana z genialnego Declaration Cartiera oraz drzewno-piżmowy finisz, oparty na przedawkowaniu aksamitnego transparentno-drzewnego Iso-E-Super, którego maksymalistycznym użyciem mistrz popisał się wcześniej choćby we wspomnianym Declaration, ale także i w Terre czy w niszowym Poivre Samarcande. To wszystko połączone i „zremiksowane”, dodatkowo całkiem wyraźnie pokropione cytryną znajdziemy w Voyage – olfaktorycznej  podróży po arcydziełach Mistrza. Voyage eau de toliette jest lekki i zwiewny, ma nienachalną projekcję, trzyma na skórze dłużej, niż się wydaje, co jest za pewnie zasługą Iso E Super.

Charakterystyczny, wibrujący, rześki, świeży, niezwykle przyjemny i jednocześnie zupełnie niebanalny Voyage d’Hermes wydaje się w najpełniejszy sposób oddawać stylistykę i sygnaturę J.C. Elleny i jego przekonanie o tym, że perfumy nie mają płci. Oto uniseks doskonały, z którego zarówno perfumiarz, jak i marka, mogą być dumni. To także jedno z najbardziej słonecznych i pozytywnie oddziałujących na mnie pachnideł. Absolutnie niezbędny element mojej perfumowej kolekcji.

chapter_Voyage_d_Hermes_4

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2010

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Voyage d’Hermes Pure Parfum

Pure Parfum to bardziej skoncentrowane, pełniejsze i bogatsze w nuty wcielenie Voyage d’Hermes. Otwiera się znanym z eau de toilette akordem pieprzowo-kardamonowym, tyle że wyraźnie zagęszczonym, z przytłumionymi w stosunku do protoplasty cytrusami. Od pierwszej chwili czuć też coś, czego nie znajdziemy w poprzedniku – różę. Charakterystyczna dla obu wersji chłodna przyprawowość ma tu w sobie dodatkowo lekko słoną poświatę. Zapach ewoluuje dość subtelnie, przechodząc od głównego, przyprawowo-kwiatowego tematu do drzewno-ambrowej bazy, do samego końca utrzymując swoją sygnaturową nutę.

Voyage d’Hermes Pure Parfum to idealny zapach całoroczny, raczej formalny, niezwykle elegancki, oszałamiający natychmiast wyczuwalną jakością składników, luksusem i nutą transparentnej czystości. Nie narzucający się, ale z pewnością zwracający uwagę. Piękny, bardzo Ellenowski i bardzo Hermesowy.

To jedno z niewielu pachnideł, w których czuję się doskonale od pierwszej do ostatniej sekundy trwania na skórze, i po które regularnie sięgam. Co mnie w nich urzeka? Unikatowa i zapadająca w pamięć woń – połączenie elegancji z intrygującą oryginalnością – oraz absolutnie fenomenalne parametry, co w przypadku zapachów Hermesa nie jest – niestety – regułą. Voyage d’Hermes Pure Parfum ma więc raczej niezagrożoną pozycję w moim prywatnym rankingu Top 10.

HERMES - VDH parfum 1 Temitchellfeindberg

nuty głowy: cytryna, przyprawy, kardamon

nuty serca: róża, Hedione, herbata, nuty zielone, nuty kwiatowe

nuty bazy: nuty drzewne, piżmo, ambra

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

rok premiery: 2012

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Beaufort London „Vi et Armis”

Za sprawą marki Beaufort London, o której pisałem już swego czasu tu, pozostajemy w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo – nie dalej jak przedwczoraj, 23.06.2016 – postanowiło „wypisać się” z Unii Europejskiej głosami 52% biorących udział w referendum, co jest wydarzeniem bezprecedensowym i historycznym o ogromnym znaczeniu zarówno politycznym jak i gospodarczym. Właśnie. Ale co to ma wspólnego z perfumami? Otóż Vi et Armis (łac. Siła Ramion), opisywane dziś przeze mnie pachnidło Beaufort London, to zapach mający wiele wspólnego z brytyjską gospodarką. Przechrzczony z wcześniejszej nazwy (East India) powstał z inspiracji  wielowiekową potęgą brytyjskiej floty handlowej i chwalebną historią angielskiej wymiany handlowej, bez której Anglicy nie mieli by nigdy szansy stać się wielbicielami m.in. herbaty, a ich kuchnia pozbawiona byłaby orientalnych przypraw, zaś sztuka nie byłaby tym, czym była bez szmuglowanego przez piratów opium. W Vi et Armis znajdziemy więc nuty bezpośrednio nawiązujące do popularnych wówczas towarów handlowych (przyprawy, herbata, whisky, kadzidło, tytoń, opium).

Vi-Et-Armis-vibe-shot-500x500

„Herbata, tytoń, opium, whisky i religia dostarczają mężczyźnie emocjonalnego podekscytowania.”

Georg Bernard Shaw

 

Jeżeli za symbol religii w perfumach przyjąć kadzidło (przecież słusznie), to Vi et Armis jawi się jako olfaktoryczne przedłużenie słów słynnego pisarza i noblisty. Stylistycznie zaś jest bardzo spójny z pozostałymi zapachami marki Beaufort London. Bezkompromisowy i zdecydowany, a przy tym bardzo męski. Już pierwszy akord nie pozostawia wątpliwości co to charakteru zapachu. Połączenie wibrującego czarnego pieprzu z subtelnie cytrusowym kardamonem za pomocą zielonej nuty liści herbaty tworzy bardzo wyrazistą woń, w której poszczególne składniki są całkiem mocno zauważalne. Z czasem lekka nuta herbaciana ustępuje miejsca mocniejszym „używkom” w postaci nuty whisky wymieszanej z kadzidłem (!)  i – przede wszystkim – tytoniu.  Aromat tytoniowy jest tu bardzo sugestywny, aczkolwiek nie ma nic a nic wspólnego ze słodkim i miodowym tytoniem  w typie Tobacco Vanille Toma Forda, Feuilles de Tabac Miller Harris czy Tabac Aurea Sonoma Scent Studio. W zapachu Beaufort jest on brudny, męski, wytrawny. W bazie Vi Et Armis przeobraża się w zdominowany przez brzozowy dziegieć akord dymny w rodzaju Black Tourmaline Oliviera Durbano połączony z suchą popiołową znana mi z Serge Noire Serge’a Lutensa. Całość pachnie naprawdę niesamowicie i bardzo… mrocznie.

Bez względu na porównania czy skojarzenia, które są naturalnym aspektem recenzowania zapachów, Vi Et Armis w mojej opinii potwierdza, że Beaufort London to marka zdecydowanie warta uwagi szczególnie ze strony wielbicieli zapachów mrocznych, dymnych, popiołowych i wytrawnych. A że sam do nich należę, z pewnością będę śledzić kolejne poczynania pana Leo Crabtree.

Vi-Et-Armis-bottle-and-Pack

nuty głowy: kardamon, czarny pieprz, liście herbaty

nuty serca: whisky, kadzidło, opium

nuty bazy: tytoń, brzoza, oud

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy Beaufort London można przetestować i nabyć w perfumerii Lulua w Krakowie.

Bvlgari Pour Homme – niedoceniany męski klasyk

Jest mi trochę wstyd, że choć prowadzę bloga o – głównie męskich – perfumach od niemal sześciu lat, dopiero ostatnio zabrałem się za testowanie klasycznego już zapachu Bvlgari Pour Homme, który miał swą premierę w 1995 roku. W bieżącym roku mija 21 lat, od kiedy ukazał się na rynku, więc jest to niezła okazja, by… docenić ten trochę jednak niedoceniany, przede wszystkim przez koneserów, zapach. Szczególnie, że zaraz może go zabraknąć na perfumeryjnych półkach, nawet jeśli są to obecnie głównie półki perfumerii internetowych. Na oficjalnej stronie Bvlgari nie ma już bowiem Pour Homme, co oznacza prawdopodobnie zaprzestanie jego produkcji. Są natomiast wciąż obecne dwie wariacje na jego temat: Pour Homme Extreme i Pour Homme Soir. O nich także w niniejszym artykule.

Jacques Cavallier Belletrud
Jacques Cavallier

Przypomnijmy – zupełnie pierwszy zapach Bvlgari powstał w 1992 roku w pracowni Jean-Claude’a Elleny z myślą o perfumowaniu nim flagowego salonu marki w Paryżu. Klientom butiku tak bardzo spodobał się ten zielony, herbaciany aromat, że Bvlgari poprosiło perfumiarza o przygotowanie wersji perfumowej. Tak powstało słynne Eau Parfumee Au The Vert. Nuta herbaty jest więc wpisana w zapachowe DNA marki. Pierwsze pachnidło męskie Bvlgari Pour Homme z 1995 roku (stworzone przez Jacquesa Cavalliera) nie mogło więc nie zawierać herbacianych odniesień. Znajdziemy w nim wyraźną nutę herbaty Darjeeling. To właśnie ona, w połączeniu z bergamotką oraz bardzo subtelnymi nutami kwiatowymi (pomarańczy, czarnej porzeczki, lilii wodnej i konwalii) buduje pierwsze wrażenie, którym jest delikatny, transparentny, lekko zielony, herbaciany akord, zupełnie nie wskazujący na jego – wynikająca ze spisu składników – złożoność.

Bvlgari Pour Homme to przykład wirtuozerskiego minimalizmu perfumowego. Zapach w którym dominuje magia olfaktorycznych molekuł i ich sprytnych połączeń, których siłę i sens znać może tylko tak wytrawny perfumiarz, jak Jacques Cavallier.

O tym zapachu można powiedzieć wiele, tylko nie to, że jest ewidentny. Co więcej – jako całość nie jest próbą odwzorowania jakiegoś naturalnego aromatu. Przeciwnie. To małe arcydzieło perfumiarskiej sztuki samo w sobie tworzy nowy olfaktoryczny byt. Jego sygnaturowość jest wręcz wzorcowa.

Pour Homme należy do tych pachnideł, których nie można oceniać po akordzie otwarcia, który jakkolwiek bardzo przyjemny, a jednocześnie bardzo delikatny, zupełnie nie zapowiada tego, co stanie się za chwilę. Nie powinno się go też oceniać na podstawie testu papierkowego. Byłby to błąd porównywalny ze słuchaniem dynamicznej muzyki przy pomocy radyjka kieszonkowego. Dopiero skóra i czas uwypuklają to, co w tym zapachu najlepsze. I warto na to poczekać.

Bowiem gdy już zielone aromaty odparują, na czoło wydobywa się charakterystyczna woń, która stanie się chwilę później prawdziwą sygnaturą Pour Homme. Minimalistyczna mieszanka nut przyprawowych (mniej) i drzewnych (zdecydowanie więcej), lekko gorzka, lekko szorstka, jakbyśmy od liści herbaty przeszli gładko do pnia krzewu. Dopiero na tym etapie zapach zaczyna wyraźnie projektować. Upływający czas pozwala na ulotnienie się aspektów przyprawowych, pozostawiając na skórze hipnotycznie męską, sucho-drzewną, gwajakowo-ambrową bazę, która utrzymuje się na skórze kolejne długie godziny. Tak – Bvlgari Pour Homme to pachnidło, którego trwałość przekracza 12 godzin (!). Ale rachityczny, zielony i – wydawać by się mogło – miałki początek zupełnie na to nie wskazuje. Zapach nie jest sam w sobie bardzo ekspansywny, ale wystarczy użyć go w obfitej ilości, by jego moc znacznie wzrosła. Wówczas możemy być spokojni, że nie tylko my sami będziemy go czuć na sobie, ale także i otoczenie poczuje snująca się za nami intrygującą drzewną smużkę.

Muszę przyznać, że Bvlgari Pour Homme okazał się być bardzo miłą niespodzianką. Z niepozornego zapachu zielono-herbacianego ewoluuje on w ostry, drzewny, bardzo męski aromat trwający na skórze niemal bez końca. Przyznam, że szukałem zapachu o takim charakterze. Jest idealnym office scent. Podkreśla profesjonalizm i dodaje poczucia pewności siebie. Zdecydowanie należy do zapachów dziennych. Emanuje subtelną siłą. Jest doprawdy zaskakująco świetny! Odtąd będzie w mojej kolekcji – po wsze czasy.

bvlgari ph

nuty głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy, kwiat czarnej porzeczki, herbata Darjeeling, lilia wodna, konwalia

nuty serca: kardamon, palisander, pieprz, czerwony irys, drewno gwajakowe

nuty bazy: transparentna ambra, piżmo

twórca: Jacques Cavallier

rok premiery: 1995

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

Pour Homme Extreme

W roku 1999 marka wypuściła wersję Pour Homme Extreme. Charakter zapachu idealnie pokrywa się z jego przydomkiem w tym sensie, że zasadnicze akordy z Pour Homme zostały tu po prostu wzbogacone i zintensyfikowane, choć o żadnych „ekstremizmach” nie można tu mówić. Zapach pozostaje bowiem mainstreamowo subtelny, choć ładnie wyczuwalny. Obecny w akordzie głowy aspekt zielony i herbaciany oraz przyprawione serce brzmią tu pełniej, bardziej wyraźnie, ale i mniej transparentnie. Natomiast moja ulubiona w wersji Pour Homme sucho-drzewna, ostra jak brzytwa baza sprawia tu wrażenie stępionej i bardziej subtelnej, choć – podobnie jak w przypadku protoplasty – trwa na skórze dobre kilkanaście godzin, dając o sobie znać w delikatny acz stanowczy sposób.

BvlgariPourHommeExt

Pour Homme Extreme jest więc z jednej strony pełniejszą, ale z drugiej – co zaskakujące – łagodniejszą (w rozumieniu – mniej ostrą i mniej agresywną) wersją klasyka. Można by rzec, że jest bardziej wyrafinowana. Jest też na pewno nieco mniej projektująca, bardziej przyskórna. Samo otwarcie zdecydowanie bardziej przykuwa uwagę swą zielonością. Praktycznie od razu „czujemy” ten zapach, nie musimy – tak, jak w przypadku Pour Homme – czekać, aż usadowi się na skórze i zacznie projektować fazą serca. Pod tym względem wersja Extreme jest bardziej otwarta i może bardziej zachęcać do sięgnięcia po nią, aniżeli wymagająca pewnej cierpliwości Pour Homme. Jest w niej więcej esencji, więc siłą rzeczy nie jest to zapach tak transparentny, minimalistyczny i zaskakujący, jak wersja klasyczna, którą osobiście preferuję. I tak sobie myślę, że idealnie byłoby połączyć obie wersje dla uzyskania pełniejszego i soczystszego aromatu herbaciano-przyprawowego bez tracenia tej zjawiskowej, suche, ostrej, męskiej bazy. Pozostaje więc użyć obu pachnideł na raz, co zrobię na pewno przy najbliższej okazji. Niemniej Pour Homme Extreme jest zdecydowanie warte polecenia, szczególnie jeżeli ascetyzm i surowość Pour Homme są dla kogoś przeszkodą. Ja oceniam ten zapach oczko niżej od protoplasty, ale to tylko po to, by pokazać różnicę pomiędzy obiema wersjami. Równie dobrze mógłbym dać mu 5 gwiazdek…

BVLGARI POUR HOMME EXTREME 100ML

nuty głowy: herbata Darjeeling, lilia wodna

nuty serca: drewno gwajakowe, czarny pieprz

nuty bazy: transparentna ambra, piżmo

twórca: Jacques Cavallier

rok premiery: 1999

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: ****

 

Pour Homme Soir

Przedstawiony 10 lat premierze klasyka Pour Homme Soir dopełnia tercet, proponując wszakże inne ujęcie eleganckiej męskości. Także i tym razem motywem przewodnim jest herbata Darjeeling, z tym że tu została ona przyobleczona w spora dawkę drzewnego cashmeranu. Efektem jest zapach owszem przyjemny, świeży, o ładnym akordzie otwarcia i miłym aromacie w fazie serca. Baza jest jednak nie tylko krótkotrwała, ale i – jak dla mnie – dość nijaka. Odległa od intrygującej, zapadającej w pamięć bazy pierwszego Pour Homme, który – tego jestem już pewien – będzie moim ulubionym spośród wszystkich trzech opisanych. Soir to wg mnie niestety najmniej przekonująca cześć trójcy.

 

bvlgari ph soir

nuty głowy: herbata Darjeeling

nuty serca: drewno papirusowe

nuty bazy: ambra, piżmo

twórca: 

rok premiery: 2006

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ****

Masque Fragranze Milano (1) – „Tango” i „Russian Tea”

Masque Milano Tedeschi and Brun

Masque Fragranze Milano to nowa mediolańska niszowa marka perfumowa, która z impetem wdziera się do branżowej i konsumenckiej świadomości. Stworzona i prowadzona przez duet włoskich gentlemanów Alessandro Brun i Riccardo Tedeschi 2010 roku pokazała się branży na targach Esxence 2011 w Mediolanie jako Masque Cosmetics. Wówczas panowie prezentowali pierwszą, wycofaną już linię kosmetyków i perfum dla kobiet (zapachy Dolceacqua i Petra). Jednak właściwy debiut marki perfumowej Masque Fragranze Milano miał miejsce dopiero podczas targów Pitti Fragranze ze Florencji w 2013 roku. To podczas tej imprezy zaprezentowano cztery nowe pachnidła zamknięte w nowo zaprojektowanych flakonach : Tango, Terralba, Montecristo oraz Luci ed Ombre. Twórcy od początku postawili na jawność w zakresie autorstwa pachnideł, stąd na opakowaniach i flakonach znajdziemy pełną informację nt. perfumiarza, który „zinterpretował” dany temat w formie perfum. A nazwiska to nie byle jakie, których wspólnymi mianownikami są talent i względnie młody wiek. Alessandro i Riccardo – sami będąc wschodzącą gwiazdą perfumowej branży – postawili na wschodzące gwiazdy perfumeryjnej sztuki: Delphine Thierry, Cecile Zarokian, Meo Fusciuni i Julien Rasquinet. Poza Fuscinim pozostali twórcy znani są perfumistom z prac wykonanych dla takich marek, jak Lubin (Thierry), Majda Bekkali, Jovoy Paris, Parfums MDCI, Amouage, Laboratorio Olfattivo (Zarokian), Naomi Goodsir, MiN New York, Irié Wash (Rasquinet).

Masque Milano

Kolekcja zapachów obecnie składa się z pięciu pozycji (w 2014 dołączono Russian Tea Rasquineta) i jest podzielona na cztery akty:

I – doświadczenia, odkrycia, miejsca i podróże (Terralba, Montecristo, Russian Tea);

II – wewnętrzne monologi, uczucia, głębokie myśli i refleksje – światła i cienie ludzkiej natury (Luci ed Ombre);

III – relacje sentymentalne, romanse, miłości, namiętności i zdrady (Tango);

IV – marzenia, kraina najbardziej dziwacznych, nieprawdopodobnych i fantastycznych zamyśleń;

Każda kompozycja jest efektem pracy perfumiarza oraz panów Alessandro i Riccardo nad uchwyceniem osobliwej sceny opisanej niczym didaskalia w sztuce teatralnej. Te opisy odnajdziemy na oficjalnej stronie Masque Fragranze Milano oraz na dołączanych do próbek ozdobnych czarnych kartonikach, obok spisu nut i autora danej kompozycji.

Niedawno opisałem na blogu jeden z najciekawszych zapachów tej marki – Montecristo autorstwa Delphine Thierry. Dziś kolejne dwa moim zdaniem zdecydowanie warte uwagi pachnidła: Tango Cecile Zarokian oraz Russian Tea Juliena Rasquineta.

 

Tango – upojny taniec kwiatów i ambry

Już pierwszy dolatujący nozdrzy aromat robi obiecujące wrażenie i zapowiada mniej więcej to, co nastąpi i będzie trwało do końca. Mieszanka ciepłej, zmysłowej, lekko słodkiej balsamiczności początkowo doprawiona jest czarnym pieprzem i kardamonem, które tworzą intro do gęstego, mazistego serca tych perfum, w którym klasyczny duet róży i absolutu jaśminowego pachnie zupełnie nieklasycznie. Obecny w sercu kmin dodaje specyficznej, cielesnej zmysłowości, a niezawodna paczula łączy serce z kompleksową, ambrowo-skórzano-kulinarną bazą. W niej to mieszanina tonka, benzoesu i wanilii, tworząca ambrowy akord, połączona jest z akordem skórzanym oraz absolutem ze słodkiego goździka (Melilotus), zwanego nostrzykiem, który znany jest z dużej zawartości kumaryny (tej samej, która znajduje się w fasoli tonka). Całość pogłębiają, wiążą se skórą i utrwalają niemal obowiązkowe we współczesnych perfumach syntetyczne piżma.

Cecile Zarokian 3
Cecile Zarokian

Tango to bardzo oryginalnie pachnące perfumy kwiatowo-balsamiczno-ambrowe ze sporym udziałem kumaryny, dającej kulinarny, słodki i zmysłowy efekt. Mimo najwątpliwiej oryginalności zapachu, wyczuwam w nim znamy mi, charakterystyczny akord, który autorka wplotła do dużo bardziej złożonych i mocniejszych pod względem przekazu perfum autorstwa Cecile Zarokian – Mon Nom Est Rouge Majda Bekkali. Tu jest on bardziej schowany, nie tak potężny, pozbawiony też m.in. aldehydów, nuty metalicznej i kadzidła, ale za to mocno doprawiony kumaryną. Troszkę przywodzi też na myśl Kashnoir Laboratorio Olfattivo, mimo że tam miast kumaryny Zarokian zastosowała heliotropinę. Obecność tego akordu nie pozostawia wątpliwości co do autorstwa zapachu. Cecile Zarokian po raz kolejny udowadnia, że ma swój styl, a kunszt i talent połączone z warsztatem skutkują w prawdziwie ekscytujących i nowatorsko pachnących miksturach. Tango to nie tylko bardzo mocna pozycja w ofercie Masque Milano, ale także doskonałe, oryginalne, sygnaturowe perfumy niszowe warte uwagi zarówno kobiet jak i mężczyzn.

masque tango

nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz, kardamon

nuty serca: absolut z jaśminu wielkolistnego (Sambac), róża damasceńska, kmin, paczula,

nuty bazy: wanilia, tonka, absolut ze słodkiego goździka (Nostrzyk – Melilotus), akord ambrowy, akord skórzany, benzoes, piżma

twórca: Cecile Zarokian

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

 

Russian Tea – wieczór z herbatą z samowaru

Russian Tea to najnowszy zapach Masque Milano. Jego premiera miała miejsce w 2014 roku. Według mnie to także – obok Tango i Montecristo – najjaśniej świecąca gwiazda na firmamencie włoskiej marki. To za sprawą absolutnie poruszającej, wręcz powalającej interpretacji niezwykłego, zainspirowanego poezją Puszkina tematu parzonej w samowarze rosyjskiej herbaty, zwanej czajem. Moim pierwszym testom Russian Tea towarzyszyły podobne doznania jak te, które miałem poznawania legendarnego Tea for Two L’Artisan Parfumeur – zachwytu nad sugestywnością oddania woni herbaty – napoju, którego – nie ukrywam – jestem miłośnikiem. Dziś muszę przyznać, że choć ciesze się, iż L’Artisan wznowił Herbatkę dla dwojga, to jednak Russina Tea „przebiła” w mojej ocenie dzieło

teetrinker-am-samowar

„Dzień zniknął; na stole, lśniąc, wrzący samowar wieczoru…” (A. Puszkin)

Russian Tea to przede wszystkim niezwykle sugestywne i wyraziste połączenie nut gęstych tanin czarnej herbaty z subtelną dymnością tlącego się brzozowego polana, Ta esencjonalna i dymna woń, na wzór herbaty Lapsang Souchong, została tu na początku pięknie odświeżona wyraźną miętą i przyozdobiona owocową nutką maliny. Zwieńczono ją wyrazistym w bazie akordem skórzanym. Całość perfumiarz połączył ze sobą idealnie wkomponowaną i niezwykle tu istotną, dodającą charakterystycznej słodyczy miodu i curry esencją z nieśmiertelnika oraz gęstym, mazistym labdanum. W rękach innego perfumiarza te składniki mogłyby nie ułożyć się w TAKIE pachnidło, ale Julien Rasquinet – mam wrażenie – czego się nie tknie, zamienia w perfumowe złoto. Sporo tu jednak wyjaśnia to, skąd wziął się perfumiarz Rasquinet…

Julien Rasquinet 3
Julien Rasquinet

Julien Rasquinet nie planował zostać perfumiarzem. To jego spotkanie z perfumiarską legendą – Pierrem Bourdonem, podczas którego ten instynktownie wyczuł w młodym mężczyźnie wrażliwość i potencjał dla tej trudnej sztuki, zaowocowało trzyletnim, intensywnym stażem u boku mistrza, który w tym czasie przekazał młodemu adeptowi swą filozofię tworzenia perfum, techniki oraz pasję. Ta znajomość wywróciła życie Juliena do góry nogami. Kolejne dwa lata spędził pracując z Christine Nagel (od niedawna – Hermes), po czym rozpoczął samodzielną praktykę, stając się perfumiarzem na zlecenie. Tworzył pachnidła – razem z Bourdonem – dla niemieckiej marki sygnowanej imieniem i nazwiskiem śpiewaczki operowej i gwiazdy telewizji, prezenterki Judith Williams. Jest autorem wszystkich jak dotąd jedenastu pachnideł niszowej marki MiN New York oraz trzech zapachów dla Irié Wash. Przede wszystkim jednak zasłynął w światku perfumowych entuzjastów swymi fantastycznymi, charakternymi, niebanalnie pięknymi zapachami tworzonymi dla Naomi Goodsir – Cuir Velorous i Bois d’Ascese. Tworząc Russian Tea dla Masque Milano potwierdził, że jest jednym z najzdolniejszych perfumiarzy młodego pokolenia i trzeba zdecydowanie śledzić jego olfaktoryczne poczynania.

MMasque-Fragranze-Act-I-III-Russian-Tea-Eau-de-Parfum

nuty głowy: mięta, czarny pieprz, malina

nuty serca: czarna herbata, magnolia, nieśmiertelnik

nuty bazy: akord skórzany, kadzidło, brzoza, labdanum

twórca: Julien Rasquinet

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Oriflame „Sir Avebury”

Rozkoszując się wyuzdanymi podniebnymi olfakorycznymi orgiami, serwowanymi przez niszowe marki, których flakony nierzadko kosztują ponad tysiąc złotych, lubię od czasu do czasu stanąć twardo na ziemi i chwilę po niej postąpać. W takich kategoriach traktuję zwykle testy pachnideł massmarketowych, bo wiem, że od czasu do czasu można pośród nich trafić na perełkę wartą poznania. Tym razem – podobnie zresztą jak swego czasu w przypadku zapachu Architect Oriflame – do sięgnięcia po testowy flakon zachęciły mnie pozytywne opinie forumowiczów perfuforum (szczególnie jednego, którego zdanie bardzo sobie cenię.) Ale nie tylko. Bardzo ważnym elementem zachęcającym mnie do przetestowania Sir Avebury  – bo o tym pochodzącym z 2013 roku męskim zapachu marki Oriflame tu mowa – był fakt, że został on stworzony przez Franka Voelkla, odpowiedzialnego m.in. za Santal 33 i Benjoin 19 dla niszowego Le Labo, przede wszystkim zaś autora innej „budżetowej” hiper-niespodzianki zapachowej z przeszłości – IKON Zirh z  2010 roku.

Frank Voelkl
Frank Voelkl

Frank Voelkl na spółkę z Oriflame rzeczywiście pozytywnie zaskoczyli. Sir Avebury to w swej tematyce niemalże niszowy zapach, który określiłbym jako zielono-drzewny z wyraźną nutą suszu mate i herbaty oraz czymś na kształt subtelnego drzewno-kadzidlanego tła. Wszystko to podlane jest sporą dawką cashmeranu, który przydaje tej niecodziennej, nieco niszowej natury. Realizacja tematu jest jednak ściśle mainstreamowa, bezpieczna, zachowawcza, co z pewnością wynika z charakterystyki docelowego klienta szwedzkiej marki i przyjętej przez niej strategii proponowania zapachów powszechnie akceptowalnych. Nie można oceniać tego zapachu nie mając tego na względzie.

Minimalna ewolucja od soczystego zielonego początku z dość wyraźnym grejpfrutem poprzez herbaciane serce aż po delikatny drzewny, cedrowy finisz robi naprawdę niezłe wrażanie. Szczególnie efektownie wypada otwarcie i pierwsza godzina trwania na skórze. Później zapach niestety dość gwałtownie traci impet, a najgorzej wypada sama baza, która cierpi na brak wyrazistości i mocy. Jest zbyt słabo wyczuwalna i to jest mój główny zarzut wobec Sir Avebury. Wracając jednak do materii stricte zapachowej, gdy wącham Sir Avebury, na myśl przychodzą mi przede wszystkim dwa porównania, które mogą zaskakiwać – Coeur de Vetiver Sacre oraz – szczególnie – Timbuktu – oba od niszowego L’Artisan Parfumeur. Oczywiście Sir Avebury pachnie bardziej płytko i syntetycznie od obu wymienionych. Z kolei one wcale nie należą do niszowych „dziwadeł”. Wprost przeciwnie – stanowią jaśniejszą i bardziej akceptowalną stronę perfumowej niszy. Mam wrażenie, że Voelkl czerpał z tych świetnych i wdzięcznych niszowych wzorców i przetłumaczył je na szeroko akceptowalny i ogólnie zrozumiały język. Wszystko można bowiem o Sir Avebury powiedzieć z wyjątkiem tego, że pachnie nieładnie. A jednak – jak na standardy Oriflame – jest propozycją z pewnością niecodzienną.

Sir Avebury 3

Nie mam wątpliwości, że bardzo istotną rolę w formule Sir Avebury odgrywa spora doza drzewno-piżmowego cashemranu, aromamolekuły odpowiedzialnej za specyficzną nutę opisywaną jako nuta drewna kaszmirowego zwana też nutą blonde woodsCashmeran wyczuwam tu praktycznie od samego początku. W połączeniu ze składnikami zielonymi, herbacianymi i mate ma on kluczowy wpływ na charakter tych perfum i tworzy coś, co przypomina właśnie sygnaturowy akord wspomnianego Timbuktu (ta specyficzna mieszanka soczystych nut zielonych i kadzidła), które wciąż należy do moich ulubionych pachnideł.

W perfumiarskiej teorii cashmeran to woń zaliczana do piżmowych, ale jako molekuła wynaleziona w laboratorium, ma zdecydowanie szerszy i abstrakcyjny charakter. Tyle jej opisów, ile opisujących. Jednym z moim zdaniem trafniejszych jest: woń rozgrzanego betonu skropionego deszczem. Z pewnością jest to zapach wyrazisty, nieco gorzki, nieco nawet pleśniowy, jakby wilgotny, do tego trwały i mocno projektujący. Doskonale sprawdza się w współczesnej perfumerii i jest bardzo powszechnie używany. Nota bene cashmeran odgrywa istotną rolę we wspomnianym Ikon Zirh. Widać więc, że jest jednym z ulubionych składników w palecie Franka Voelkla. Ale nie tylko. Słabość do tej aromamolekuły ma m.in. także Frederic Malle (np. Dans Tes Bras) oraz Mathilde Laurent, czemu dała szczególnie spektakularny wyraz łącząc go z różą w prześlicznym Declaration d’Un Soir dla Cartiera.

Sir Avebury cechuje niestety wspomniana słaba projekcja (szczególnie po pierwszej godzinie od użycia) oraz słaba trwałość na skórze, a to już niestety cechy charakterystyczne dla pachnideł Oriflame. I wielka szkoda, bo gdyby dodać mu nieco mocy, projekcji i trwałości, znacząco poprawiłoby to moją ocenę (ale być może wówczas stałoby się nieakceptowalne dla docelowego klienta tej marki, co oczywiście jestem w stanie zrozumieć). Wg mnie niezbędna jest tu więc naprawdę solidna aplikacja, która poprawi nieco projekcję i trwałość, choć oczywiście tylko do pewnego stopnia.

Sir Avebury można więc z pewną dozą ostrożności nazwać ubogim krewnym Timbuktu, jednak to tylko na potrzeby recenzji i ulokowania kompozycji Voelkla gdzieś w olfaktorycznym spektrum. Ubogi w tym przypadku nie powinno zabrzmieć pejoratywnie. Pragnę bowiem podkreślić, że Sir Avebury broni się świetnie jako indywidualne pachnidło. Cieszy mnie też niezmiernie, że marka Oriflame obrała tak interesujący i zaskakujący kierunek swej olfaktorycznej realizacji. Tak trzymać!

Sir Avebury

nuty głowy: grejpfrut, cyprys 

nuty serca: czarna herbata, ostrokrzew paragwajski (mate)

nuty głębi: cedr, drewno kaszmirowe (cashmeran)

twórca: Frank Voelkl

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: początkowo dobra, później średnia, w bazie słaba
  • trwałość: ok. 6-7 h

 

Sekrety Ramona Molvizara

Zgodnie z tytułem dziś trzy sekrety (albo sekretna trójca) marki Ramon Molvizar.

Zaczynamy – rzecz jasna – od sekretu królowej…

.…Queen Secret – dedykowany paniom urzeka bardzo zmysłową nutą kwiatowo-przyprawowo-herbacianą . Woń herbaty (rzekomo zielonej, ale ja czuję dobrze sfermentowaną czarną) – troszkę przypominająca Five O’Clock Au Gingembre Segre’a Lutensa – pojawia się już na samym wstępie. Dominuje ona przez pierwszy okres trwania zapachu na skórze, ale jest wyraźnie otoczona bardzo zrównoważonym, orientalnym bukietem kwiatów i przypraw. Nowoczesne bezaldehydowe nuty kwiatowe biorą górę w drugiej części fazy serca. Finisz jest już bardziej typowy, piżmowo-balsamiczny i trzyma się skóry naprawdę długo (ponad 12 godzin). Queen Secret to pachnidło bardzo współczesne w charakterze oraz ładne w powszechnym tego słowa znaczeniu. Choć nie czuję się specjalistą w zakresie perfum damskich, nie miałbym nic na przeciw, by tak pachniała bliska mi kobieta.

Nuty głowy: geranium, zielona herbata, bergamota, liście fiołka, magnolia, róża

Nuty serca: płatki róży, kwiat pomarańczy, imbir, orchidea

Nuty bazy: piżmo, biały bursztyn, wanilia, cedr, nuty korzenne

King Secret

To perfumy nieco jakby mniej zdecydowane od Queen Secret. Mniej tu kwiatów, mniej balsamów, więcej cytryny i kardamonu, szczególnie w pierwszej kilkunastominutowej fazie zapachu. Dla tego też King Secret przypomina mi wówczas (nie, nie Declaration….) L’Autre Diptyque. Z czasem skrzącą się kardamonową nutę miast cytryny wzbogaca ciepły miód. Zaczynają dać o sobie nieśmiało ingrediencje kwiatowe, aż w końcu zapach staje się drzewny i suchy. W tle wciąż pobrzmiewa kardamon (bohater tej kompozycji), zaś w bazie docierają do mnie smużki olibanum, które równie dobrze może być jedynie efektem przemieszania innych składników, bo o kadzidle w oficjalnym wykazie nut ani słowa.

Moje ogólne wrażenie jest w tym przypadku jednoznacznie pozytywne. Królewski sekret mógłby być moim sekretem, pod warunkiem, że…. byłbym królem. A że nim nie jestem i raczej nie będę – pozostawiam ten zapach wszelkiej maści królewskim mościom (cena!).

Nuty głowy: bergamota, cytryna, pomarańcza, nuty zielone

Nuty serca: róża, jaśmin, konwalia, geranium, irys, kardamon, miód

Nuty bazy: paczula, sandałowiec, wetiwer, piżmo, ambra, skóra

Oud Secret

Ostatni sekret to najcenniejszy z sekretów Ramona Molvizara. Zapach wymagający i przedstawiający agarową żywicę na swój dość specyficzny sposób. Z początku – mówiąc oględnie – balansujący na granicy ogólnie pojętego piękna i nieznacznie przechylający się na stronę turpistycznej brzydoty… Ufff… Gdyby nie to, że już wcześniej poznałem 4 Elements, mógłbym w tym momencie doznać dużego szoku. Wspólna z 4 Elements kompostowa nuta sfermentowanej zieleni jest obecna w Oud Secret przez pierwsze kilkanaście, a może i kilkadziesiąt minut. Do tego dochodzi dziwnie wmiksowany anyż. Efektem jest pachnidło grające w początkowych minutach mocno „po czarnych” (jak mawiał mój znajomy basista, gdy opowiadał o jazzowych improwizacjach). Grunt to przetrwać ten okres, bo później jest już dużo lepiej. Z czasem – na szczęście – pojawiają się najpierw nuty zielono-kwiatowe, by w ostatnim etapie przejść w dość mroczne nuty drzewne. Mam wrażenie obecnosci dziegciu brzozowego, przez co przypomina mi się chwilami Lonestar Memories Andy Tauera, ale niewykluczone, że to właśnie bejarowski oud tak pachnie, połączony z cedrem. W każdym razie wówczas to Oud Secret staje się zdecydowanie lepszym zapachowym bytem, niż początkowo mogłoby się wydawać. Mam wrażenie, że perfumiarz albo podjął spore ryzyko albo zwyczajnie nie dość mocno się postarał, by otwarcie zapachu nie zniechęcało do dalszych testów. A może zniechęcić, oj może… Jednak Bejar najwyraźniej nie przejmuje się tym. I dobrze. Wszak w perfumach najważniejsze jest serce oraz baza, z którą mamy do czynienia najdłużej, a te dwa etapy są w przypadku Oud Secret jak najbardziej godne uwagi. Szczególnie, że bejarowska interpretacja oudu różni się od innych dotąd przez mnie poznanych. 

 

Nuty głowy: pomarańcza, drewno sosnowe, anyż, geranium

Nuty serca: płatki róży, fiołek, jaśmin, kminek,

Nuty bazy: wanilia, oud, drewno cedrowe, paczula