Etat Libre d’Orange „Les Fleurs du Déchet” – przydatny śmieć…

„To co brudne, musi być też piękne”

Etienne de Swardt

ELdO Les Fleurs du Dechet banner

Les Fleurs du Déchet (dosłownie: „Kwiaty odpadów”) to w swej istocie bezprecedensowa perfumowa deklaracja Etat Libre d’Orange, Etienna de Swardta, perfumiarki Danieli Andrier oraz współpracującej przy tym projekcie firmy Ogilvy (potęga w dziedzinie marketingu, reklamy i PR) wartościująca odpady i w jakimś sensie gloryfikująca ich przydatność.

W czasach, gdy ludzkość wyrzuca na śmieci zatrważające ilości produktów, często wciąż zdatnych do użycia, gdy na wysypiskach lądują miliony ton odpadów z tworzyw sztucznych, z których spora część kończy niestety w oceanach, i gdy ekolodzy coraz głośniej wzywają do opamiętania się i podjęcia kroków mających na celu ograniczenie ilości odpadów i lepsze ich zagospodarowanie, wieszcząc – nie bez słuszności – katastrofalne konsekwencje obecnych praktyk dla przyszłości naszej planety i rodzaju ludzkiego,  Les Fleurs du Déchet wydaje się być bardzo na czasie, szczególnie że także przemysł perfumeryjny generuje potężne ilości specyficznych odpadów, których dalsze wykorzystanie w perfumach przynajmniej w części mogłoby być możliwe, czego zresztą najnowsze pachnidło Eta Libre d’Orange ma dowodzić.

Życie każdego produktu, czy to przemysłowego, czy żywnościowego, ale także rośliny, warzywa czy owocu nie kończy się po jego wyrzuceniu na śmieci. Wszystkie te rzeczy wciąż mają przecież wciąż pewną wartość, a sam fakt ich wyrzucenia tej wartości ich nie pozbaia. Tak przynajmniej uważają twórcy najnowszego zapachu Etat Libre d’Orange. Co więcej, odpady stać się mogą tworzywem dla stworzenia nowej jakości.

A więc:

Trash but never waste.

ELdO Les Fleurs du Dechet visual

Les Fleurs du Déchet to zaskakująco lekki i dość delikatny zapach sprawiający wrażenie minimalistycznego w formule, ale dość efektywnego w przekazie. Nie zwraca uwagi żadnym oryginalnym akordem czy jakąś niespotykaną dotąd nutą i jako całość lokuje się gdzieś pomiędzy Rose Ikebana Hermesa i Kashan Rose The Different Company. Róża – powiecie. Owszem, też, ale nie tylko. Jest też jabłko…

W otwarciu nuta zielonego jabłka, za nim róża podana w lekki, przyjemny, nieco zielony sposób. Później intrygujący i trudny do opisania całkowicie abstrakcyjny akord ni to owocowy, ni to drzewny, zdecydowanie uniseksowy, jak zresztą całe pachnidło.  Kilka składników mających dodać głębi i utrwalić zapach na skórze, a które nie wyodrębniają się jako indywidualne nuty. Marka wymienia cedr, przypominającą zapach drewna sandałowego aromamolekułę Sandalore, użyte w sporych ilościach w poprzednim zapachu Une Amourette od-paczulowe Akigalawood oraz niezastąpione ISO E SUPER, gwarantujące projekcję i mieniącą się aurę. Po raz kolejny „za kolbami” w perfumowych laboratorium zasiadłą Daniela Andrier. Efektem jest minimalistyczny zapach, który w doskonały sposób ilustruje to, czym od strony technicznej są w swej większości współczesne perfumy: zbiorem składników po części naturalnych, w większej zaś części pochodzenia laboratoryjnego połączonych w kompozycję, której końcowy aromat jest nowym olfaktorycznym tworem, nieobecnym 1:1 w naturze, choć częściowo do natury nawiązującym. Kluczowymi zaś elementami dla jego efektowności i efektywności, dla wyrazistości i trwałości są produkowane w laboratoriach wielkich koncernów aroma-molekuły, produkujące – jak już wiemy – potężne ilości chemicznych odpadów…

Jak głosi marketingowy brief:

„Les Fleurs du Déchet symbolizuje przejście od Sécrétions Magnifiques do dorosłości. To kontrrewolucja dla Etat Libre d’Orange, marki wciąż głośnej i destruktywnej, ale ostatecznie – funkcjonalnej.”

Rodzi się więc pytanie, czy Les Fleurs… to faktycznie cezura i jednoczęsnie symbol końca olfaktorycznych przygód, wyzwań i eksperymentów, jakie marka serwowała od momentu swego debiutu w 2006 roku i zdeklarowany już skręt w stronę zapachów owszem obleczonych oryginalnym marketingiem i intrygującą wizją, ale już przyjemnych i łatwych w odbiorze, pozbawionych elementów olfaktorycznego zaskoczenia? Cóż – poczekamy, powąchamy. Ja w jo jakoś nie potrafię uwierzyć i wciąż liczę na to, że Etienne de Swardt zaskoczy mnie czymś na miarę Le Fin du Monde lub Hermann a Mes Cotes...

„A więc, zanim będzie zbyt późno, pomódlmy się do boga odpadów, naszego drogiego lorda pozostałości.”

Les-Fleurs-du-Déchet-–-I-Am-Trashdominujące nuty: zielone jabłko, neo-róża, akord neo-drzewny

nos: Daniela Andrier

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

Etat Libre d’Orange „Une Amourette” – wonna miłostka

Roland Mouret, francuski projektant mody, już 8 lat temu spotkał się z Etiennem de Swardtem w jego biurze w butiku Etat Libre d’Orange przy 69 rue des Archives, w Paryżu. Rozmawiali wówczas o możliwości stworzenia perfum dla marki Rolanda. Wcześniej, w artykule w brytyjskiej gazecie, zatytułowanym “Little Black Book: Roland Mouret” napisał on o ELdO: “unikalna marka perfumeryjna produkująca najlepsze „zakręcone” zapachy ekskluzywne.” Niemniej wówczas na rozmowach się skończyło. Pozostały dobre wrażenia ze spotkania i zasiane ziarno, które wykiełkowało dopiero teraz, gdy we współpracy z Rolandem Mouretem i Etiennem de Swardtem Daniela Andrier – perfumarka Givaudan – skomponowała „Une Amourette”.

roland-mouret
Roland Mouret

„Une Amourette” powstało przez przypadek, jak wyjaśnił Etienne de Swardt w udzielonym mi niedawno wywiadzie. Daniela Andrier – znana z fantastycznych pachnideł tworzonych dla domu Miucci Prady – pracowała nad perfumami z paczulą w roli głównej. Obok jej naturalnej esencji w formule znajdowała się Akigalawood – frakcja paczulowego olejku, wydobyta z niego laboratoryjnie w procesie destylacji frakcyjnej. Dzieło arcy-zdolnych chemików z Givaudan.

Akigalawood pozbawiona jest brudnych i nieprzyjemnych nut pleśni, stęchlizny i nut fizjologicznych, jakie występują w naturalnym olejku. Drzewny, nieco pikantny i nieco kwiatowy – tak opisywany jest aromat tej substancji. Dzięki tym walorom ma ona dużo szersze zastosowanie, niż pełnowymiarowy olejek paczulowy. Znajdziemy ją w perfumach wydawanych w ostatnich 2-3 latach („Black Pepper” Comme des Garcons, Mont Blanc „Legend Midnight”, Azzaro „Chrome Pure”, John Varvatos „Dark Rebel”, Parfums de Marly „Nisean” czy Boucheron „Quatre Pour Homme Absolu de Nuit”). Co jeszcze łączy te zapachy? Wszystkie powstały w pracowniach perfumiarzy pracujących dla Givaudan. Akigalawood został bowiem opatentowany przez tą firmę i obecnie mogą go używać wyłącznie jej perfumiarze, a więc także m.in. Daniela Andrier, która – nota bene – zastosowała go już w 2015 roku komponując perfumy „Miu Miu” dla Coty.

Któregoś dnia podczas pracy nad perfumami dla Moureta i de Swardta Daniela Andrier użyła kremu marki Nuxe o zapachu kwiatu pomarańczy. Tego samego dnia testowała na skórze wczesną wersję „Une Amourette”. Poczuła intrygującą woń będącą połączeniem obu aromatów. Uznała to za interesujący przypadek i postanowiła dodać do ówczesnej formuły perfum esencję neroli. Tak powstał sygnaturowy akord „Une Amourette”. W składzie perfum znajdziemy też absolut z wanilii i irys, do którego – jak wiemy – Daniela Andrier ma wielką słabość.

une amorette Eldo

Tak więc w „Une Amourette” Akigalawood oraz paczulowy ekstrakt występują obok siebie tworząc wyrazistą drzewno-pikantną część zapachu, podczas gdy neroli „zderza się” z nią tworząc absolutnie unikatową, niezwykłą, jakby musującą świeżość.

Ten zapach nie rozwija się jak klasyczne perfumy, bo to nie jest klasyczna kompozycja. To raczej efekt „incydentu w laboratorium”, w wyniku którego pozornie nieprzystające do siebie elementy połączyły się w jedną całość, choć nie zatraciły swej odrębności. To ich wzajemne oddziaływanie, iskrzące napięcie między nimi panujące stanowi treść „Une Amourette”.

Oczywiście upływ czasu redukuje natężenie nuty neroli na korzyść ultra trwałej Akigalawood, która de facto pozostaje na skórze jako finisz, ocieplona nieco wanilią. „Une Amourette” pachnie więc owocowo-kwiatowo-drzewnie, raczej abstrakcyjnie niż konkretnie i namacalnie. Mruga okiem w kierunku klasycznej kolońskiej estetyki, a  jednocześnie używa dużej ilości produktu wysokiej technologii. Tworzy niezwykłą, pulsującą aurę wokół noszącego. Nie znam innych perfum, które pachną podobnie. To w moich ustach zawsze komplement, bo nie cierpię wtórności.

Na ile „Une Amourette” są spójne z filozofią Etat Libre d’Orange? Jest w nich przypadek, eksces – jest więc niespodzianka, rodzaj ekscytacji. Jest zapadająca w pamięć sygnatura, efekt wspomnianego przypadku i użycia molekuły póki co dostępnej tylko dla wąskiej grupy perfumiarzy Givaudan. Jest wreszcie obiektywna jakość – dobra projekcja i dobra trwałość. Nie mam więc wątpliwości, że „Une Amourette” to kolejna udana propozycja Etienna de Swardta, należącą przy tym do tych łatwiejszych w odbiorze, mniej wymagających i od pierwszych nut przyjemnych, nawet jeśli zaskakujących.

UNE AMOURETTE

 

 

Dominujące nuty: neroli, paczula, wanilia

Twórca/nos: Daniela Andrier/ Roland Mouret

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: nie znam

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Prada L’Homme czyli sen spełniony

 

 

Prada-Lhomme-2

 

L’Homme, które miało niedawno swa premierę łącznie z wersją damską La Femme, jest kwintesencja perfumowego stylu marki Prada, od samego początku realizowanego z powodzeniem przez niezastąpioną Danielę Andrier.

W centrum zapachu  znalazł się „pradowski” irys. Nie pierwszy raz zresztą. To właśnie wilgotna i drzewna nuta kłącza irysa jest tym, co czuję zaraz po aplikacji L’Homme na skórę. Początkowo „podbita” pieprzem i ładnie zaokrąglona neroli. Z czasem – w sercu – zmiksowana z fiołkiem i geranium w piękny, emblematyczny dla perfum Prady akord „mydlany”, po raz pierwszy zaprezentowany w fantastycznym (i moim ulubionym) Prada Man, obecnie noszącym nazwę  Amber Pour Homme. Ów neo-koloński mydlany akord z czasem nabiera mocy dzięki obecności geranium i fiołka. Irys bowiem po pewnym czasie – jak zawsze – znika z zapachowego spektrum, a całość ewoluuje w kierunku komfortowego mydlano-ambrowego finiszu, w którym wyraźnie czuję niewymienioną w oficjalnym składzie tonka lub coś tonko-podobnego.

ansel-elgort-for-prada-lhomme-fragrance-3

Jeżeli irys i puder, to Dior Homme. Porównania z dziełem Oliviera Polge’a są oczywiście nieuniknione, ale też i wyjątkowo uprawnione. Oba zapachy są bowiem do siebie podobne nie tylko pod względem koncepcji (męskie perfumy ciążące ku damskiej estetyce), ale także budowy i użytych składników. Stąd moje graniczące z pewnością przekonanie, że L’Homme przypadnie do gustu wszystkim wielbicielom wspomnianych perfum Diora. Nie ma tu jednak mowy o kopiowaniu. L’Homme ma w sobie dość oryginalności, by nie pozostawać w cieniu sławnego poprzednika. Wszakże są między nimi różnice. Jakie? Otóż irys w Dior Homme jest bardziej „papierowy” i zupełnie niemydlany. Duże znaczenie mają użyte na wstępie ziołowe nuty szałwii lawendy. Dzięki nim początkowo jest bardziej aromatyczny. Z kolei intro w L’Homme – mimo obecnego pieprzu i neroli – jest cięższe, a istotną rolę od razu grają tu geranium i fiołek, które siłą rzeczy przydają wspomnianego mydlanego „pradowskiego” klimatu. Zbudowany z wetywerii i nuty skórzanej finisz Dior Homme jest nieco bardziej… męski (nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę!) niż mydlano-tonkowe zwieńczenie L’Homme

Swoją drogą ciekaw jestem, jaki wpływ mógł mieć na podobieństwo obu zapachów fakt, że Daniela Andrier na początku swej perfumiarskiej drogi terminowała u Jacquesa Polge’a – ojca Oliviera, twórcy Dior Homme. Pewnie żaden, ale…

daniela-andrier-5
Daniela Andrier

Niezależnie od sporych podobieństw obu pachnideł L’Homme zasługuje moim zdaniem na wysoką ocenę zarówno pod względem treści i jakości, jak i parametrów użytkowych. Przyjazna projekcja pozwala cieszyć się zapachem noszącemu i pozostawiać elegancki, przyjemny i „czysty” ogonek przez dobre osiem-dziewięć godzin. Zresztą na mojej skórze dzieło Danieli Andrier zdaje się sprawować lepiej niż Dior. Poza tym L’Homme nosi się po prostu bardzo komfortowo i piszę to z pełnym przekonaniem. Zapach przydaje szyku i zdecydowanie poprawia mi nastrój z czasem minorowego na serdeczny, a mój styl zmienia z porannego-byle jakiego na bardziej profesjonalny 😉

Mimo sugestywnej nazwy L’Homme jest idealnym uniseksem, nie przechylającym szali na żadną ze stron. I na tym m.in. polega jego urok. Jak dla mnie, to jedna z najważniejszych i najlepszych perfumowych premier tego roku. Sporo po niej oczekiwałem, obawiałem się rozczarowania, ale przyznam, że absolutnie się nie zawiodłem. Co więcej – L’Homme okazał się niemal dokładnie taki, jakiego się po Danieli Andrier spodziewałem. To się mi niemal nigdy nie zdarza. A jednak!

Prada did it again! 

prada-lhomme

Nuty głowy: pieprz, neroli

Nuty serca : irys, fiołek, geranium

Nuty bazy: ambra, paczula, cedr

perfumiarz:  Daniela Andrier

Rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 5,0 / oryginalność: 3,5 / projekcja: 4,5 / trwałość: 4,5

Prada „Amber Pour Homme Intense”

Miuccia Prada – od kiedy wspólnie ze znakomitą perfumiarką Danielą Andrier -zaproponowała mężczyznom Amber Pour Homme (2006) (wcześniej po prostu Prada Man) oraz Infusion d’Homme (2008), a kobietom znakomite Infusion d’Iris (2007) w kilku odmianach – ma we mnie cichego wielbiciela. I choć późniejsza męska linia Luna Rossa niespecjalnie mnie poruszyła, ten duet kreatorów znajduje się zawsze w centrum mojego zainteresowania. Prędzej czy później musiałem więc poznać pochodząca z 2011 roku Amber Pour Homme Intense (w niektórych źródłach funkcjonuje jako edycja limitowana). Szczególnie że oryginalne Amber Pour Homme uważam za jedne z najciekawszych współczesnych męskich perfum dostępnych w stacjonarnych perfumeriach. Niezwykła mieszanka m.in. labdanum, paczuli, kardamonu i szafranu, pachnąca niczym ekskluzywne mydło (a raczej wyobrażenie o nim, bo nie miałem okazji testować TAK pachnącego mydła) jest jednocześnie współczesnym i bardzo oryginalnym wcieleniem męskiego fougere. Ten niebanalny, intrygujący, oryginalny zapach o solidnej projekcji i doskonałej trwałości w mojej ocenie nie pozostawia nic do życzenia.

prada amber ph big

Wersja Intense różni się od klasycznej nie tylko koncentracją (jest to eau de parfum) i kolorystką flakonu, ale i charakterem samego zapachu. Różnice są na tyle znaczące, że można tu mówić o odrębnym pachnidle, w którym z naprawdę wielkim trudem można doszukać się nawiązań do poprzednika. Bo choć ciężar gatunkowy oba zapachy mają podobny, to jednak Intense jawi się bardziej jako pozbawiony konotacji fougere zapach orientalny.

Inne składniki grają w nim główne role, choć schemat jest podobny. Miast labdanum dominująca jest tu mirra, która chcąc nie chcąc z natury przytłacza trochę kompozycję. Stąd być może zastosowanie bergamoty, która co prawda nie jest możliwa do wyczucia jako cytrus, ale z pewnością nieco rozjaśnia i tak ciemną naturę Intense. Spod mirry wyłania się wspólna dla obu wersji zapachu indonezyjska paczula, bez której żadna z nich nie miałby tyle zmysłowej głębi. Obecne w „zwykłej” wersji nuty kulinarne kardamonu i szafranu w Intense zastąpiono równie smaczną wanilią, która bardzo ładnie i wyczuwalnie uwalnia się z bukietu w fazie bazowej.

Zapach projektuje nieco słabiej niż EdT, ale ma równie dobrą trwałość. Przy tym trudno go przedawkować, tzn. można użyć go obficie bez ryzyka migreny, co niestety może być udziałem oryginalnej Amber Pour Homme, jeżeli użyjemy jej o jeden „psik” za dużo.

Nie czuję w Intense sygnaturowej w poprzedniku nuty „luksusowo mydlanej”. Zamiast tego jest coś, co nazwałbym subtelną aurą gourmand z dominująca wanilią i odległym echem fougere. Ten sam efekt odnajduję (zresztą nie tylko ja) w Tom Ford Noir for Men EdP, który to zapach jest naprawdę bardzo podobny do Amber PH Intense. Nie jest więc to pachnidło aż tak oryginalne jak Amber PH, ale z pewnością nie odmówię mu urody i jakości. To wciąż Prada na bardzo dobrym poziomie, która sprawia mi niekłamaną przyjemność z noszenia. To także jedne z tych perfum, po które sięgam, gdy… nie mogę podjąć decyzji, jakiego zapachu użyć. Choć brzmi to niedorzecznie, to jednak perfumowi maniacy i kolekcjonerzy na pewno wiedzą, o czym piszę…

Prada Amber PH intense 1

nuty głowy: bergamotka

nuty serca: mirra, paczula

nuty bazy:  wanilia, ambra

twórca: Daniela Andrier

rok premiery: 2011

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Bottega Veneta Pour Homme Extreme

W zeszłym roku dość krytycznie opisałem pierwszy męski zapach znanej ze swych wyrobów skórzanych włoskiej marki Bottega Veneta (Pour Homme z 2013), zarzucając mu przede wszystkim zbyt małą wyrazistość i nie zadowalającą mnie trwałość, przy całkiem intrygującym i interesującym charakterze (sam zapach uznałem za dobry). Gdy w styczniu bieżącego roku marka wypuściła wersje Extreme, pomyślałem że to słuszny krok, mając nadzieję, że sosnowo-jałowcowo-labdanowy akord będzie w nim po prostu mocniejszy, bardziej wyrazisty i wyczuwalny.

Wedle oficjalnych deklaracji Bottega Veneta Pour Homme Extreme ma być trwalsza, a wzmocniono w niej nuty pimento i labdanum, zasadniczą woń pozostawiając bez zmian. Jednak moim zdaniem w efekcie tych zabiegów zapach uległ zasadniczym zmianom i to niestety na gorsze.

Bottega PH extreme

Wersja eau de toilette rozczarowywała mnie kiepską projekcją, poza wyraźnym i ładnym otwarciem i pierwszym kwadransem, w którym pachnie naprawdę dobrze. Niestety w Extreme ten parametr – z naturalnych przyczyn – uległ dalszemu pogorszeniu i nie pomogła tu wzmocniona nuta pimento (mocno wyczuwalna w pierwszych minutach po aplikacji), gdyż większa dawka ociężałego z natury rzeczy labdanum przytłumiła całość. Zapach jest więc gęsty, zawiesisty, skoncentrowany, a całkiem wyraźny w edt charakterystyczny akord sosnowych igieł oraz jałowca została tu zalany i zniwelowany labdanum. W efekcie Extreme wypada w zestawieniu z edt… niemrawo i jeszcze bardziej subtelnie, mimo naprawdę solidnej aplikacji.

Nie jest to oczywiście pierwszy przypadek, gdy wersja zwana extreme, concentree czy też eau de parfum różni się w ten sposób od pierwotnej. Z reguły bowiem tego typu wariacje na temat różnią się bardziej rozbudowanymi bazami, z zastosowaniem większej liczby i ilości ciężkich składników. Wszystko po to, by dodać perfumom długotrwałości i bardziej zmysłowego charakteru. To jednak pociąga za sobą zmniejszenie ekspansji zapachu. Niestety więc określenie extreme wcale nie oznacza w takich przypadkach większej wyczuwalności pachnidła i w sumie kto jak kto, ale ja powinienem się był tego spodziewać. Być może Pour Homme Extreme będzie się lepiej sprawować latem, gdy wysokie temperatury wpłyną na mocniejsze uwalnianie się zapachu ze skóry.

Przy porównaniu ręka w rękę wersja eau de toilette wypada moim zdaniem lepiej, wyróżniając się na tle Extreme większą obecnością, charakterystycznym i ładnym akordem iglakowym, po którym następuje labdanowo-skórzana baza (i ta skóra faktycznie jest tam wyczuwalna). Extreme jest za to bardziej pikantny, gryzący nozdrza,  z czasem mocno labdanowy, a mniej iglakowy i mniej skórzany. Choć gdzieś w tle majaczy sygnaturowy akord protoplasty, to jest on bardzo głęboko ukryty. Jest to wersja „cieplejsza”, gęstsza, ale też i bardziej „przyskórna”, subtelna, osiadająca na skórze. Niestety nie uległa poprawie trwałość, która jest moim zdaniem na poziomie edt. Czy Extreme jest gorsze czy lepsze od eau de toilette, to już oczywiście kwestia gustu. Na pewno inaczej rozłożono w niej akcenty. W mojej ocenie wersja pierwotna wypada lepiej.

Na osobną uwagę zasługuje flakon Bottega Veneta Pour Homme Extreme. Pięknie się prezentuje. Minimalistyczny, stylowy design, doskonała jakość wykonania, dbałość o detale, idealnie sprawujący się atomizer, pozwalający różnicować aplikowaną dawkę. Widać dbałość marki o wysoką jakość rzemiosła.

Bottega PH extreme bottle

nuty głowy: bergamotka, igły sosnowe, jałowiec

nuty serca: pieprz, szałwia, balsam jodłowy

nuty bazy: paczula, labdanum, skóra

twórca: Daniela Andrier/ Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

  • zapach: średni
  • projekcja: subtelna
  • trwałość:  ok. 8 h

Bottega Veneta Pour Homme

Moje spore oczekiwania wobec pierwszego w historii męskiego zapachu znanej z wyrobów skórzanych włoskiej manufaktury Bottega Veneta miały swoje racjonalne podstawy. Po pierwsze bardzo udany perfumowy debiut marki 2011 roku – przeznaczona dla pań woda perfumowana, przywołująca tradycję kobiecych kwiatowych szyprów, wzbogacona o akord skórzany, skomponowana przez samego mistrza Michaela Almiaraca. Po drugie – nad męską wersją pracował niezwykły duet absolutnie wybitnych perfumiarzy: Daniela Andrier (m.in. fenomenalne pachnidła dla Prady) i Antoine Maisondieu (m.in. zapachy dla Comme des Garcons, Burberry, Etat Libre d’Orange). Po trzecie składniki-nuty zapachowe, które zapowiadały świetną męską mieszankę: pieprz, szałwia, żywice iglaków, wreszcie główny bohater – skórzane labdanum. Czy więc mogło się nie udać?

BottegaVeneta

Pierwsza minuta, może dwie – to solidne, mocne uderzenie kręcącego w nozdrzach pieprzu wzmacnianego przez esencję z jagód jałowca. Podoba mi się ten wstęp. Kilka minut później pojawia się miks delikatnych nut iglakowych ze słodkawym, zmysłowym, żywicznym labdanum, które jest nota bene głównym tematem tego zapachu. To ono połączone z będącą w tle paczulą i subtelnym akordem zamszowym tworzy bazę tego pachnidła.

Bottega Veneta PH to ładna, charakterystyczna, męska woń, niestety jednak bardzo delikatna i nietrwała, a raczej sprawiająca wrażenie nietrwałej. Dlaczego? Mam wrażenie, że coś jest nie tak z wyważeniem tego zapachu, z jego lotnością, a co za tym idzie projekcją i trwałością na mojej generalnie bardzo dobrze traktującej perfumy skórze. Czuję go dość wyraźnie przez maksymalnie 3 pierwsze kwadranse. Po jakiejś godzinie mam problem z doszukaniem się go na moim naskórku. Jednak nawet po kilku godzinach od aplikacji, pod warunkiem solidnego ogrzania skóry (np. intensywny wysiłek fizyczny), zapach powraca, odzywa się całkiem wyraźnie swoim sygnaturowym akordem bazowym. No ale chyba nie o to chodzi, prawda? Te perfumy zbyt szybko osiadają na skórze i trzeba sporego wysiłku (dosłownie), by je z niej ponownie unieść. Kto wie, może wiosną i latem BV PH zabrzmi donioślej i lepiej? 

AL_Bottega_main_2-800x544

Troszkę dawać do myślenia może towarzystwo, w jakim pod szyldem Coty Prestige znalazły się perfumy Bottega Veneta: Adidas, Beyonce, CK, Guess, Hale Berry, Jennifer Lopez, JOOP!, Davidoff, Kylie Minoque, Lady Gaga, Pierre Cardin, Playboy, Tonino Lamborghini, Roberto Cavalli, ufff…. Czy mam wymieniać dalej? Nie piszę tego przez złośliwość, a jedynie po to, by zauważyć, że – podobnie jak współczesne perfumy wymienionych marek – tak i Bottega Veneta to massmarket, tyle że tu akurat podany w lepszym opakowaniu. Marketingowo aspirujący wyżej od tego, czym jest w istocie. Gdy go wącham, czuję przede wszystkim, zręcznie ukrywaną za niezłą kompozycją, taniość składników i całej receptury. Szkoda. 

Naprawdę bardzo chciałem zachwycić się tym zapachem. Liczyłem przynajmniej na solidne męskie pachnidło. Gdyby popracowano nad charakterem, mocą, projekcją i trwałością tego zapachu, Bottega Veneta Pour Homme mógłby sięgnąć wyżyn, jakich Michael Almairac sięgnął w nieodżałowanym Gucci Pour Homme. Niestety tak się nie stało. Pachnidło o dużym, ale nieprawdopodobnie zmarnowanym potencjale. Wielka szkoda, bo flakon prezentuje się naprawdę obiecująco. Ja chyba jednak obiecywałem sobie po Bottega Veneta Pour Homme zbyt wiele….

BottegaVeneta ph

nuty głowy: bergamotka, igły sosnowe, jałowiec

nuty serca: pieprz, szałwia, balsam jodłowy

nuty bazy: paczula, labdanum, skóra

twórca: Daniela Andrier/ Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: dobry-
  • projekcja: początkowo średnia, później słaba
  • trwałość: poniżej 6 h

Prada „Luna Rossa”

Perfumy Prady z pewnością pozytywnie wyróżniają się na tle propozycji innych designerów, co jest zasługą głównie niezwykle utalentowanej perfumiarki – Danieli Andrier, ale także i doskonałego gustu dyrektorki kreatywnej marki –  Miucci Prady, wnuczki założyciela firmy. Zapachowa oferta Prady przeznaczona dla męskiej klienteli, choć niewielka, jest zdecydowanie warta uwagi, bowiem oferuje  produkty oryginalne, nowatorskie i zachowujące doskonałą jakość zarówno samych perfum, jak i ich opakowania (zarówno gustowne, nowoczesne i bardzo solidnie zrobione flakony, jak i wykonane z wysokiej jakości materiałów kartoniki).

Daniela-Andrier-

Już pierwsze męskie pachnidło Prada Man z 2006 roku (przechrzczone później na Prada Amber Pour Homme) nie może pozostawiać obojętnym swą gęstą, słodkawą, mydlaną, przyprawowo-balsamiczną naturą. W dwa lata młodszym Infusion d’Homme ta mydlana świeżość nabrała lżejszej i śnieżnobiałej barwy, a złożony głównie z neroli, irysa, benzoesu i wetywerii zapach– stał się jednym z najbardziej oryginalnych i rozpoznawalnych pachnideł męskich XXI wieku. W 2010 roku pojawiła się kolejna męska infuzja, Infusion de Vetiver, w którym Andrier udowodniła, że wciąż można w sposób nowatorski przedstawić zielono-korzenną woń wetywerii, zestawiając ją estragonem i imbirem w zaskakująco kulinarną, wibrująca mieszankęWreszcie rok 2011 przyniósł Amber PH Intense –  zmysłowe, wieczorowe, gęste od żywic, paczuli i wanilii pachnidło orientalne. Wszystkie te zapachy łączy jedna cecha – są wyraziste i trwałe oraz mocno zaznaczają swą obecność – co zresztą dla mnie zawsze było ich atutem. Można więc powiedzieć, że w ofercie Prady brakowało dotąd męskiego zapachu, który przypadłby do gustu szerszej rzeszy klientów ceniących wonie subtelniejsze i cichsze.

ambrette seeds

Odpowiedzią na to zapotrzebowanie wydaje się być przedstawiona w zeszłym roku Luna Rossa, płynąca zresztą na fali trendu preferującego zapachy ciche, nieskomplikowane, jakby szepczące w tle (dobre przykłady z ostatniego czasu to Marc Jacobs BANG!, Penhaligon’s Juniper Sling, Parfums Divine L’Homme Infini, a wcześniej Serge Sutens L’Eau). Ewidentnie nieskomplikowana formuła Luna Rossa oparta na syntetycznej molekule piżmowej Ambroxan, która przedłuża i pogłębia piżmowy efekt uzyskany z ziarna Piżmianu właściwego (zwanego także ketmią piżmową (ang. ambrette)), czyli roślinki, z której ziarenek uzyskuje się wonną substancję o wybitnie piżmowym charakterze. Ta cicha, ciepła, czysta, pachnąca prasowanym prześcieradłem baza Luna Rossa nadbudowana została subtelnie ziołowym sercem (szałwia plus mięta w ilościach niemal niewyczuwalnych), które jest przedłużeniem akordu głowy, w którym to z kolei – podobno – umieszczono pomarańczę (choć pachnie mi to raczej kwiatem pomarańczy, aniżeli olejkiem z jej skórki) i lawendę (jeśli tak, to raczej jakiś jej mało charakterystyczny, nieziołowy izolat). Otwarcie pachnie więc świeżo, ale jednocześnie słodkawo, jakby migdałowo, a przede wszystkim – no właśnie – czysto nieco mydlany sposób. Mimo więc subtelnej i prostej natury Luna Rossa, Daniela Andrier nie zapomniała o uwzględnieniu w niej charakterystycznej pradowskiej nutki mydlanej czystości. Taki zabieg, wpływający na integralność zapachowej oferty marki, jest niewątpliwie dowodem kunsztu i wirtuozerii perfumiarki oraz spójnej wizji tego, czym mają być męskie perfumy Prady. Dla jasności dodam, że – wbrew temu, co można znaleźć na forach i w serwisach poświęconych perfumom – moim zdaniem Luna Rossa dużo więcej zawdzięcza oryginalnemu Prada Man, aniżeli Infusion d’Homme.

Jaka jest więc Luna Rossa? Cóż… Nie można odmówić jej swoistego uroku, uniwersalności i – ogólnie rzecz biorąc – przyjemnego charakteru. Jej subtelność będzie dla jednych wadą, dla innych zaś zaletą. Ja – zaliczając się raczej do tych pierwszych – pozostanę jednak przy fenomenalnym Infusion d’Homme…

PRADA-LUNA-ROSSA

nuty głowy: pomarańcza, lawenda

nuty serca: szałwia, mięta

nuty bazy: ziarno ambrette (ketmia piżmowa), ambroxan

twórca: Daniela Andrier

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

  • zapach: niezły
  • projekcja: początkowo średnia, w sercu i bazie subtelna
  • trwałość: 6-7 godzin