Hermès „Eau de Citron Noir” – od południa do północy

Pierwsza tegoroczna zapachowa premiera marki Hermès (bo coś mi się zdaje, że nie ostatnia…) to kolońska Eau de Citron Noir, już druga w ofercie marki – po Eau de Rhubarbe Ecarlate – skomponowana przez Christine Nagel.

Perfumiarka przyznaje, że poszukiwała oryginalnej nuty cytrusowej (co z pewnością nie było łatwym zadaniem, biorąc pod uwagę stopień wyeksploatowania cytrusowego tematu kolońskiego). Jej uwagę zwróciła lekko dymno pachnąca esencja z czarnej limonki, która finalnie stała się centralnym elementem tej kompozycji. Perfumiarkę zainspirowała też klasyczna hermèsowska Eau d’Orange Verte, przy czym chciała ona stworzyć coś na miarę naszych czasów – współczesną, wibrującą i elegancką kolońską.

Kolońska od południa do północy.

Tyle ma trwać na skórze.

I tyle trwa.

Sprawdziłem wielokrotnie.

Wszystko dzięki niezwykłemu i bardzo efektownemu połączeniu nuty cytrusowej z subtelną nutą herbaty i osadzeniu zapachu na drzewnej bazie z suchym, dymnym gwajakowcem. W ten sposób Nagel zrealizowała też tytułowy temat „czarnej cytryny”, a więc aromatu jednocześnie cytrusowego i ciemnego, dymnego.

Eau de Citron Noir zaczyna się przepięknym, kwaskowym, rześkim, orzeźwiającym, niezwykle naturalnie pachnącym akordem cytrusowym, spod którego dość szybko zaczyna wyłaniać się suche i lekko dymne, lekko gorzkie, jakby herbaciane tło. Ten akord z czasem nabiera na sile i przejmuje pierwszy plan, przechodząc w smużkę gwajakowego dymu, stanowiącą długotrwałą i subtelnie projektującą bazę zapachu.

Przyznam, że dla mnie najnowsze dzieło Christine Nagel to najlepsza jak dotąd kolońska Hermèsa – obok Eau de Rhubarbe Ecarlate, które jest świetne, ale moim zdaniem skłania się bardziej ku kobiecej skórze. Eau de Citron Noir ma zaś w sobie – obok rześkiego cytrusowego – ten szorstki i drzewny aspekt, w wyniku którego pasuje mi zdecydowanie bardziej do mężczyzny. Podobne – oparte na kontraście – zestawienie znajdziemy w – moim zdaniem fantastycznym – Dior Homme Cologne 2013. To oczywiście moja subiektywna opinia, ale Christine Nagle tym zapachem bardzo trafiła w mój gust, gdy chodzi o tego typu zapachy. Lubię, gdy kolońska jest rześka i gdy ma ciąg dalszy w postaci intrygującego, innego niż szyprowy czy ambrowy finiszu. Tu jest on suchy, drzewny, męski. Do tego trwa na skórze wystarczajaco długo, by nie musieć go w ciągu dnia re-aplikować. Chyba, że chcemy się ponownie orzeźwić i poczuć ten niesamowity rześki cytrusowy aromat. Wtedy – czemu nie?

Ten zapach jest świetny. Nic dodać, nic ująć. I potwierdza on zasadę, że dobre perfumy powinny być oparte na wyważonym kontraście.

Napiszę teraz pewnie coś, co wielu hermèsowych purystów uzna za kontrowersyjne, ale w mojej ocenie najlepsze kolońskie marki Hermès to – oprócz obu dzieł Nagel (tak!) – klasyczne Eau d’Orange Verte. Co łączy te zapachy, prócz marki rzecz jasna? To, że żadnego z nich nie skomponował Jean-Claude Ellena. Żeby nie było niejasności. Prawie wszystkie kolońskie J.C. Elleny lubię i oceniam wysoko, głównie za ich poszukujący charakter i – uwaga – „nie-kolońskość”. Mam tu na myśli to, iż mistrz Jean-Claude poszukiwał aromatów poza cytrusami, które mógłby zaprezentować w formie kolońskiej. W efekcie powstały zapachy niezwykłe, inne, niebanalne i intrygujące. Niektóre świetne – jak Eau de Gentiane Blanche – inne mniej udane – jak choćby Eau de Nèroli Dorè. Natomiast tegoroczne Eau de Citron Noir to powrót do kolońskich korzeni w tym sensie, że centralną nutą są tu cytrusy. Tak, jak być powinno. Jednak charakter zapachu jest zdecydowanie współczesny, lekko zadziorny, elegancki, z drugim dnem. Przeciwieństwo klasycznej „nudnej” kolońskiej, ale także i eksperymentów w gatunku Eau De Narcisse Bleu (swoją drogą pięknego!).

Zawsze uważałem, że klasę i talent perfumiarza najlepiej poznać po tym, jak poradzi sobie z niby banalnym, a przez to wg mnie bardzo wymagającym tematem kolońskim. Przez lata wielu znakomitych perfumiarzy potwierdzało w ten sposób swój kunszt, m.in. (nie sposób wymienić wszystkich):

Pierre Guerlain – Guerlain Eau de Cologne Imperiale (1860)

Jean Paul Guerlain – Guerlain Eau de Guerlain (1974)

Francoise Caron – Hermès Eau d’Orange Verte (1979)

Jean-Claude Ellena – Frederic Malle Cologne Bigarade (2001)

Jacques Polge – Chanel Allure Homme Sport Cologne (2007)

Francois Demachy – Dior Homme Cologne (2013)

Dominique Ropion – Frederic Malle Cologne Indelebile (2015)

Z pełnym przekonaniem dopisuje do tej listy:

Christinie Nagel – Hermès Eau de Citron Noir (2018).

Już wiem, jaka kolońska będzie mi towarzyszyć tego lata. Eau de Citron Noir.

Koniec. Kropka.

40409_4000x4000_1.jpg

główne nuty: cytrusy (limonka), herbata, gwajak

premiera: 2018

nos: Christine Nagel

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fahrenheit „Cologne”

Zaprezentowana w 2015 roku kolejna świeża wersja klasycznego Fahrenheita była dla mnie zaskoczeniem, szczególnie że od wydania  o Fahrenheit Aqua minęło zaledwie (?) kilka lat. Przypomnijmy – Aqua był grejpfrut i galbanum nadające całości gorzko-zielonego charakteru, który naturalnie łączył się z obecną w bazie wetywerią. Zapach reklamowany był jako połączenie ognia i wody…

aqua_fahrenheit_dior

W Cologne zamiast grejpfruta mamy bukiet cytrusów, a zielone galbanum zastąpiono paczulą, gałką muszkatołową i kminem. To zupełnie niekolońskie składniki, bo i ten zapach nie jest absolutnie typową kolońską. To lżejsza, pozbawiona nuty benzynowo-skórzanej wersja klasyka, wciąż jednak zaskakująco mocna, dobrze projektująca i – jak na kolońską etykietę – trwała.

Znany z klasyka temat fiołkowy, obecny tu w formie bardzo zbliżonej do poroplasty (z wszystkich współcześnie dostępnych wersji Cologne wydaje się być mu najbliższa) został ozdobiony doskonałej jakości esencjami cytrusowymi, z których Dior od lat słynie. W wonnym koszyku znajdziemy więc mandarynkę z Sycylii, bergamotkę z Kalabrii oraz esencję z cytryny, które – poukładane ręką mistrza Francoisa Demachy’ego – budują intro Cologne. Akord cytrusowy ma charakterystyczny dla tego perfumiarza rześki, orzeźwiający i lekko gorzki charakter. Od pierwszych sekund czujemy także sygnaturową zieloną nutę fiołka, która natychmiast informuje nas o tym, z wersją jakiego zapachu mamy do czynienia.

Nie potrzebny jest tu nawet napis na flakonie, bo mimo, że nie znajdziemy tu słynnej nuty paliwowo-skórzanej, DNA Fahrenheita jest tu absolutnie czytelne, tyle że zostało zręcznie wkomponowane w cytrusowo-drzewne ramy znane z Eau Sauvage Cologne.

Fahrenheit Cologne jest wg mnie kolejnym bardzo udaną wersją klasyka. Jest też jego najświeższą i najlżejszą wersją, idealną na ciepłe, a nawet upalne dni, w których nawet także przecież świeża Acqua może okazać się zbyt ciężka.

Oby takie (no może nie aż takie…) dni nadeszły wkrótce…

fahrenheit-cologne

nuty głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna

nuty serca: paczula, francuski fiołek, gałka muszkatołowa, kmin

nuty bazy: wetiwer, cedr

rok premiery: 2015

moja ocena: Francois Demachy

zapach: 4,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

 

Helmut Lang – powrót legendarnej trójki

Powrót legendarnych pachnideł Helmuta Langa to branżowy ewenement. Bardzo rzadko bowiem ktoś zdobywa się na odwagę i reanimuje wycofane zapachy. Z tym, że w tym przypadku są to nie byle jakie zapachy. Perfumowa trójca Langa nosi bowiem w pełni zasłużone miano kultowej. Jeszcze niedawno zakup starego flakonu Eau de Cologne (2000), Eau de Parfum (2000) czy skórzanego Cuirona (2002) graniczył z cudem. Nie wspomnę tu o cenach, jakie osiągały flakony na eBay. To pachnidła, których pewnie nigdy bym nie poznał i nie opisał, gdyby nie zaskakujące przywrócenie ich do produkcji w październiku 2014 roku.

Wieść niesie, że zachowano oryginalne formuły, a zapachy zapakowano w ten sam prosty flakon – znany z pierwotnej wersji Eau de Cologne, opatrzony równie prostą białą etykietą z czarnym nadrukiem. Co jednak chyba najważniejsze, dwa z nich – Eau de Cologne i Eau de Parfum – reaktywował ich autor – perfumiarz Maurice Roucel, który tak oto wspomina proces powstawania Eau de Parfum w pierwotnym kształcie:

„(Helmut) Chciał stworzyć zapach przypominający woń potu jego kochanki/ kochanka…erotyczny, piżmowy, zapach jej/ jego skóry. Stworzenie go zajęło półtora roku. Helmut był bardzo zaangażowany jako dyrektor kreatywny. Miał jasną wizję, dobry brief i użył swej minimalistycznej estetyki w projekcie flakonu i marketingu produktu.” 

maurice-roucel-1
Maurice Roucel

Na początku Eau de Cologne oraz Cuiron adresowane były do mężczyzn, Eau de Parfum zaś do kobiet. Obecnie wszystkie trzy zapachy Langa opisane są jako uniseksy i rzeczywiście taki mają charakter.

helmut-lang-cologne-edp-and-cuiron

Eau de Cologne wita nas dość intensywnym bukietem ziół na białokwiatowym tle, jednak szybko przechodzi do meritum, stając się pachnącym czystością skin-scent. Śmiem twierdzić, że Neroli Portofino Toma Forda nigdy by nie powstało, gdyby nie Eau de Cologne Helmuta Langa. 

Eau de Cologne przypomina, że to Helmut Lang już w 2000 roku zaproponował wizjonerską nowoczesną i trwałą wersję zapachu kolońskiego, w którym poprzesuwano akcenty z tradycyjnych cytrusów na lekkie kolońskie nuty kwiatowe i zielone (kwiat pomarańczy i petit grain) i doprawiono jest subtelnie nutami ziołowymi, całość opierając na bazie obfitującej w tzw. białe piżma. W efekcie powstał subtelny zapach czystości. Piżma spełniają tu jeszcze jedna ważną rolę. Wiążą zapach na długo ze skórą, tak że Eau de Cologne staje się niejako „własną wonią” noszącego.

Nie jest to kolońska orzeźwiająca. Nazwałbym ją raczej otulającą subtelną, świeżą, zmysłową czystością. 

Sporo składników buduje ten pozornie prosty i robiący wrażenie minimalistycznego aromat. To jednak pozory, gdyż ciepłota skóry wydobywa z Eau de Cologne zaskakujące aromaty, których nie spodziewalibyśmy się testując zapach na papierku. To wszakże perfumy stworzone po to, by spryskiwać nimi ludzką skórę. I dopiero ona wydobywa z nich urodę w pełni. Proporcje ingrediencje zostały tu podporządkowane konkretnej wizji i to czuć. Eau de Cologne to bardzo spójny zapach, który poprzez swą harmonijność, zmysłowość i – co trzeba podkreślić –  w sumie „łatwą” urodę nie może się nie podobać. Przypadnie do gustu przede wszystkim osobom lubiącym pachnieć w sposób nieskomplikowany i przyjemny oraz niedominujący nad otoczeniem.

Jeszcze raz Maurice Roucel:

Czasem spotykam się z chybionymi opiniami, jakoby Musc Ravageur Fredercia Malle był moim piżmowcem. To nie prawda. W tym zapachu nie ma w ogóle piżma. To pachnidło orientalne z elementami zwierzęcymi. Helmut Lang Eau de Cologne za to jest jednym z najbardziej piżmowych zapachów na rynku i to on jest moim piżmowym arcydziełem.

helmut-lang-edc

Wersja Eau de Pafum pod względem użytych ingrediencji rzekomo nie różni się od Eau de Cologne.  Tak przynajmniej wynika z oficjalnych materiałów promocyjnych towarzyszących zapachom Helmuta Langa. Jednakowoż, jest zapachem nieco innym. Prawdopodobnie inne proporcje składników, a już na pewno odmienna ich koncentracja powodują, że Eau de Parfum jest cieplejsze, bardziej pudrowe, piżmowe, z mocniej podkreśloną wanilią i sandałowcem w bazie. Wysunięto tu naprzód nuty kwiatowe, mniej jest kwiatu pomarańczy i zielonego petit grain, a więcej jaśminu, konwalii i heliotropu. Przede wszystkim jednak mocno wyczuwalne są w tym zapachu – niemal od początku – piżma, czyniące całość pachnidłem blisko-skórnym, zmysłowym, niemal intymnym. Myślę, że Eau de Parfum z racji swego charakteru spełnić może także doskonale rolę bazy i utrwalenia każdej tradycyjnej wody kolońskiej.

Różnice pomiędzy oboma pachnidłami są na tyle istotne, że można śmiało potraktować Eau de Perfum jako wieczorową, a nawet nocną, „poduszkową” wersję Eau de Cologne, która z kolei przez swą względną jasność i lekkość kojarzy mi się z promieniami słońca o poranku.

helmut-lang-1

nuty góry: lawenda, rozmaryn, bylica, liść gorzkiej pomarańczy

nuty środka: jaśmin, róża, heliotrop, konwalia

nuty finiszu: cedr, drewno sandałowe, wanilia, paczula, akord skóry (skin), piżmo, ambra

rok premiery: 2000/ 2014

twórca: Maurice Roucel

moja ocena w skali 1 -6:

Eau de Cologne: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4

Eau de Parfum: zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3/ trwałość: 5

 

Cuiron to w tym zestawieniu najbardziej oryginalne pachnidło. Naprawdę niesamowite. Już sam początek powoduje tak oczekiwany przez perfumo-maniaków „wow factor„. W każdym razie u mnie. A to za sprawą akordu otwarcia, w którym – prócz obowiązkowych, aczkolwiek tu tylko odrobinę wyczuwalnych cytrusów i różowego pieprzu – centralną rolę odgrywa esencja z ziaren marchwi połączona ze słodko-przyprawowo pachnącym cassia oil (przypomina cynamon). Ten niezwykły, trudny do opisania aromat, mający w sobie coś z woni kłącza irysa, ale jakby w bardziej owocowym wydaniu, osadzony został na zmysłowej żywiczno-drzewno-piżmowo-skórzanej bazie zbudowanej m.in. z kadzidła olibanum, labdanum, drewna cedrowego, zamszu oraz – co bardzo ważne – esencji z ziarna ketmii piżmowej. To ona wprost genialnie łączy się z ziarnem marchwi budując wraz z nutą zamszu sygnaturę tego zapachu tyleż oryginalną, co trudną do opisania. To coś w rodzaju delikatnej woni piżmo-skórzanej ze słodkawym roślinnym rdzeniem. Zapach powstał w pracowni utytułowanej perfumiarki Francoise Caron.

francoise-caron-3
Francoise Caron

Podobnie jak pozostałe zapachy Helmuta Langa, także i Cuiron jest raczej subtelny (choć nieco bardziej zdecydowany niż Eau de Parfum), trzyma się blisko naskórka, z którym bardzo trwale wiąże się za pomocą piżma ambrette. Co ciekawe, jego percepcja z nieco większej odległości, bez wnikania w poszczególne nuty, daje wrażenie lekko mydlanej, a nawet lekko „balbierskiej” czystości a’la fougere, przez co Cuiron przechyla się w męską stronę. Oryginalna to mikstura, muszę to podkreślić, która – coś mi się zdaje – prędzej czy później znajdzie się w mojej kolekcji.

helmut-lang-cuiron

nuty góry: bergamotka, mandarynka, różowy pieprz

nuty środka: cassia, ziarno marchwi

nuty finiszu: cedr, olibanum, labdanum, ketmia piżmowa, akord zamszu

rok premiery: 2002/ 2014

twórca: Francoise Caron

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,5/ oryginalność: 6/  projekcja: 3,5/ trwałość: 5

 

Przywrócenie trzech legendarnych zapachów Helmuta Langa bardzo cieszy, szczególnie wielbicieli Eau de Cologne i Eau de Parfum, którzy byli wcześniej zdesperowani do tego stopnia, że kontaktowali się bezpośrednio z Maurice Roucelem, by prosić go o informacje, gdzie można jeszcze nabyć pozostałe flakony wycofanych pachnideł! Perfumiarz przyznaje, że rozdawał nawet resztki darmowych próbek, tak bardzo pożądane to były perfumy! Jak widać „konsumenci” zostali wysłuchani, perfumy przywrócono w niezmienionych formułach (co potwierdza Roucel), co jest ruchem bezprecedensowym. Chciałoby się, by takie rzeczy działy się częściej. Wiele bym dał za powrót męskiego Gucci Envy w niezmienionej wersji (wszak brązowy Gucci Pour Homme już powrócił w postaci Bentley for Men Absolute). Oby przywrócenie zapachów Helmuta Langa okazało się ruchem tyleż trafionym, co trwałym. Sadząc po ich przyjaznych i „politycznie poprawnych” charakterach, powinny znaleźć wielu nowych zagorzałych wielbicieli. Ja już jestem jednym z nich. Maurice Roucel ujawnia, że nawet teraz, gdy zapachy są już dostępne, wciąż otrzymuje zapytania, gdzie można je nabyć. Ich dystrybucja jest wciąż bardzo ograniczona, ale widać, że i to się zmienia na lepsze, gdyż dotarły one także do Polski. Wszystkie trzy możemy od niedawna przetestować i zakupić w warszawskiej perfumerii niszowej MoodScentBar. Wspaniale, prawda?

 

 

 

 

 

The Different Company „L’Esprit Cologne”

Lato za pasem, czas więc rozejrzeć się za kolońską, która licować będzie z wysokimi – mam nadzieję – temperaturami. A wybór jest naprawdę duży i wciąż się powiększa, bowiem zapachy kolońskie stały się ostatnio tematem bardzo chętnie podejmowanym przez znane marki ekskluzywne (Chanel, Hermes, Dior), a także niszowe (np. Tom Ford Private Blends, Etat Libre d’Orange, Francis Kurkdjian). Przy czym generalnie można zaobserwować, że określenie „zapach koloński” jest coraz pojemniejsze, a i moc oraz trwałość współczesnych cologne są przez producentów skutecznie poprawiane.The_Different_Company_LEspr

The Different Company – powołane niegdyś do życia przez Jean-Claude’a Ellenę zanim ten trafił do Hermesa – przedstawiło w 2012 roku swój cykl L’Esprit Cologne złożony początkowo z czterech zapachów (Sienne d’Orange, Limon de Cordoza, Tokyo Bloom i After Midnight), które w 2013 roku uzupełnione zostały o kolejne trzy: Kashan Rose, White Zagora i South Bay. Co ciekawe, marka powierzyła skomponowanie ich wszystkich jednej artystce: Emilie Coppermann. Muszę przyznać, że perfumiarka poradziła sobie znakomicie z nie lada wyzwaniem stworzenia siedmiu różnych zapachów kolońskich bez popadnięcia w autoplagiat czy nudę. Wszystkie zapachy L’Esprit Cologne są bardzo udanymi pachnidłami, a każdy jest inny i uroczy na swój sposób. Oczywiście łączy je estetyka wynikająca z realizowanej konwencji, ale także i stylu samej twórczyni. Choć trzeba tu zaznaczyć, że te zapachy wykazują „pełnoprawną”, trzy-etapową ewolucje na skórze i prezentują spektrum dużo szersze, aniżeli tradycyjnie pojęta eau de cologne (dotyczy to także ich lepszej niż standardowa trwałości na skórze). Każdy z nich prezentuje, że się tak wyrażę, inne oblicze „kolońskości”, co zresztą podkreślają tytuły poszczególnych kompozycji.

Emilie Copperman
Emilie Coppermann

Przy okazji tego typu kolekcji może paść pytanie o ich „płciowe” przeznaczenie. Są co najmniej dwie szkoły. Wedle pierwszej – zapachy nie mają płci, więc używajmy tego, co nam się podoba (orędownikami takiego podejścia jest wielu perfumiarzy m.in. Jean-Claude Ellena i Mark Buxton). Wedle drugiej – są pewne nuty, które tradycyjnie przypisuje się perfumom dla kobiet, inne z kolei tradycyjnie kojarzą się z męskim charakterem. W przypadku L’Espirit Cologne wszystkie zapachy z powodzeniem możemy potraktować jako uniseksy, głównie dlatego, że są lekkie, o świeżym charakterze, nie akcentują przesadnie tych zapachowych nut je budujących, które mogłyby nadawać im określony płciowo charakter. Ja jednak uważam, że niektóre z nich zostały skomponowane z myślą o kobietach (White Zagora, Kashan Rose), inne są uniseksami (Limon de Cordoza, Tokyo Bloom, Sienne d’Orange, After Midnight), zaś jedna ma jak dla mnie ewidentnie męski charakter i jest to South Bay.

 

South Bay – kalifornijskie plaże

To kolońska, w której główne role grają: rześka nuta grejpfruta (prawdopodobnie methyl pamplemousse) oraz drzewna baza oparta na drewnie sandałowym i wetywerii. To zestawienie z czasem zbliża zapach do estetyki ustanowionej niegdyś przez Jean-Claude’a Ellenę i jego Terre D’Hermes. Klasyczny już akord znany z tego arcydzieła jest tu zdecydowanie obecny, choć w łagodnej formie, gdyż ostry cedr zastąpiony został miękkim sandałowcem. Zresztą duet wetiweru i sandałowca wieńczy ten zapach delikatną męską bazą. Całość pachnie ślicznie, słonecznie, rześko i całkiem elegancko.

south_bay-z

nuty głowy: grejpfrut, liście mandarynki, tamarynd

nuty serca: drzewo grejpfrutowe, kwiat frezji, róża rdzawa

nuty bazy: drewno sandałowe, wetiwer, zamsz

 

White Zagora – marokańska oaza

Tu kluczem jest słowo white. Oto kolońska białokwiatowa, w której czujemy subtelne nuty neroli, kwiatu pomarańczy, tuberozy oraz kwiatu brzoskwini. Ten „przeładny” i bardzo kobiecy bukiet dochodzi do nozdrzy zaraz po tym, jak odfruną cytrusy z otwarcia. Im dalej w serce zapachu, tym wyraźniej brzmi tuberoza i to jej jest w tym bukiecie najwięcej. Przez moment można też poczuć subtelną brzoskwiniową nutę, zaś na etapie bazy, na ambrowo-piżmowym podłożu, którego główną rolą jest w tym przypadku utrwalenie zapachu na skórze, snuje się kwiatowo-owocowa nuta osmantusa. Interesujące, nietypowe zwieńczenie.

white_zagora-z

nuty głowy: neroli, cedrat, bergamotka

nuty serca: kwiat pomarańczy, tuberoza, kwiat brzoskwini

nuty bazy: osmantus, białe piżmo, ambra

 

Kashan Rose – arabska róża

Kashan Rose pozytywnie wyróżnia się na tle pozostałych kolońskich Coppermann magnetyzującym akordem zielonej, nieco owocowej i „herbacianej” jednocześnie róży. Kolejny raz moje skojarzenia wędrują w kierunku J.C. Elleny i tym razem jego Rose Ikebana z kolekcji Hermessence. Mamy tu podobne, świeże, zielone ujęcie różanego tematu. Owa zieleń pochodzi za pewne od szałwii i głogu. „Kwiaciarnianej” charakterystyki przydaje piwonia, zaś herbaciana i jednocześnie nieco owocowa aura to pewnie zasługa nuty liczi oraz kardamonu. Co ciekawe, zapach zachowuje swój świeży charakter niemal do końca trwania na skórze. Jego baza pełni role utrwalacza i nie wpływa zbytnio na całość kompozycji. Owszem przydaje pewnej głębi i wiąże bukiet ze skórą. Kashan Rose pachnie oryginalnie, nawet nowatorsko, przede wszystkim zaś dość intensywnie i naprawdę bardzo ładnie. Jest dedykowane raczej kobiecej skórze, co potwierdziły moje testy. Wprost doskonały zapach na wiosnę i lato!

kashan_rose-z

nuty głowy: szałwia, liczi, różowy pieprz, kardamon

nuty serca: perska róża, piwonia, głóg,

nuty bazy: ambrette, drewno sandałowe, piżmo

 

After Midnight – nocna kolońska

W tym zapachu Coppermann – obok obecnych nut biało kwiatowych neroli i jaśminu – postawiła na składniki bardziej ciepłe i zmysłowe. Stąd sporo tu żywic (mastyks, labdanum, benzoes), które przydają zapachowi zmysłowej głębi. Znajdziemy też ślad irysa oraz ekstrakt z ketmii piżmowej znany z doskonałych własności utrwalających, ale i sam w sobie stanowiący bardzo zmysłową, piżmową nutę. Efektem jest zapach, który opisałbym jako połączenie Prada Amber Pour Homme z Cologne T. Muglera w wersji light. Zmysłowość to słowo klucz w przypadku After Midnight – kolońskiej pomyślanej jako pachnidło na noc. Ja określiłbym je jako doskonałą propozycję na ciepłe, letnie wieczory.

TDC After Midnight

nuty głowy: neroli, bergamotka, bylica

nuty serca: irys, mastyks, biały jaśmin,

nuty bazy: labdanum, benzoes, ambrette

 

Sienne d’Orange – aromat Toskanii

Zapach pomarańczy ma to do siebie, że sam w sobie jest bardzo pospolity i przez to banalny. Tak niewiele przecież trzeba, by go poczuć. Obierany ze skórki owoc pachnie jak nic innego. Uroczo, ale przecież bardzo „zwyczajnie”. Stąd by perfumy z pomarańczową dominantą miały szanse wyjść poza ten banał, potrzeba im czegoś specjalnego…

Zaskakujące nowatorstwem połączenie esencji z pomarańczy pochodzącej z Toskanii z duetem irysa i ziarna marchwi w Sienne d’Orange zachwyciło mnie swą niezwykłą wonią. Oto pomarańcza pachnąca słodko, ale i nieco słono, nieco korzennie, zupełnie niebanalnie i bardzo intrygująco, w pierwszych minutach autentycznie marchwiowo! Idealnie zgrywający się z ziarnem marchwi korzeń irysa stanowią o głębi i oryginalności tego zapachu. Coppermann wykazała się tu sporą wyobraźnią i odważnymi połączeniami składników, a efekt tego jest naprawdę świetny! To pomarańczowa kolońska z „drugim dnem”, absolutnie nienudna – przeciwnie: ekscytująca, szczególnie na etapach otwarcia i serca. Baza niestety nie przedstawia się już tak interesująco. Jest bardzo subtelna i pełni głównie rolę utrwalacza akordu serca.

TDC sienne

nuty głowy: pomarańcza, zielony kardamon,

nuty serca: esencja z ziarna marchwi, irys

nuty bazy: drewno morelowe, biała skóra, piżmo

 

Limon de Cordoza – argentyńskie neroli

To kolejny przykład wychodzenia poza schematy i prawdziwej kreatywności w obrębie dość ograniczonej kolońskiej konwencji. Orzeźwiające gorzką pomarańczą i miętą intro naturalnie przechodzi w serce, w którym dominuje kwiat pomarańczy uzupełniony o nutę frezji. Z czasem uwypukla się początkowo zamaskowana innymi ingrediencjami, całkiem wyraźna paczula połączona z wetiwerem na podstawie z drewna gwajakowego. Paczula – tutaj pachnąca lekko, przejrzyście, „czysto”, bez naturalnych pleśniowych czy kamforowych elementów (podejrzewam zastosowanie izolatu) przydaje ślicznej, zmysłowej aury, dodaje głębi i trwałości. Limon de Cordoza to obok Kashan Rose najciekawsza, najmocniej i najdłużej pachnąca z kolońskich tego cyklu.

tdc_limon-de-cordoza_bottle90ml-z

nuty głowy: gorzka pomarańcza, skórka z mandarynki, mięta

nuty serca: białe neroli, frezja

nuty bazy: paczula, wetiwer, drewno gwajakowe

 

Tokyo Bloom – japońska wiosna

Kolor cieczy został idealnie dobrany do charakteru zapachu. Dominują w nim początkowo aromaty kojarzące się z zielenią – galbanum, bazylia i nuta mniszka polnego, uzupełnione o zieloną owocowość czarnej porzeczki. Serce to mieszanka subtelnych nut kwiatowych, zaś finisz to dominacja białych piżm pachnących na samym końcu jak… rozgrzane żelazko.

Wspomniana barwa cieczy oraz sam zapach budzą we mnie skojarzenia z Cologne od Thierry Muglera. Mamy to do czynienia z tym samym typem kolońskiej świeżości opartym na mieszance nut zielonych z subtelnymi białokwiatowymi oraz biało-piżmowym finiszem. Tokyo Bloom jest bardzo miły dla nosa, komfortowy, odświeżający, niezwykle przyjemny, idealnie wpisujący się w upalne letnie dni, ale jednocześnie najbliżej mu do tradycyjnych kolońskich, gdy chodzi o delikatną moc i krótką trwałość. Z całego cyklu L’Esprit Cologne ten zapach jest najbardziej ulotny. Zapewne tak samo, jak japońska wiosna…

TDC Tokyo Bloom

nuty głowy: bazylia, mniszek, czarna porzeczka, galbanum

nuty serca: jaśmin, cyklamen

nuty bazy: drewno gwajakowe, piżmo, ambra

 

L’Esprit Cologne The Different Company to kolekcja, która może z powodzeniem konkurować z kolońskimi Hermesa zarówno pod względem pomysłowości, jak i jakości wykonania. Coppermann udowadnia w niej, że współczesna kolońska to pojęcie bardzo szerokie, i że zapach koloński może cieszyć noszącego nieco dłużej niż tylko kilka godzin. Osobiście wyróżniłbym trzy najbardziej wg mnie interesujące, udane i dowodzące kreatywności kompozycje tego cyklu: Kashan Rose ze względu na świeże, zielone ujęcie różanej nuty, Limon de Cordoza dzięki oryginalnemu połączeniu neroli z paczulą oraz Sienne d’Orange z tytułu unikatowej, marchewkowej interpretacji owocowego zapachu pomarańczy.

Frederic Malle Editions de Parfums „Eau de Magnolia”

Frederic Malle bardzo starannie dobiera do swych perfumeryjnych projektów wszystko i wszystkich – czyli perfumiarzy. Dla każdego „nosa” zaproszenie od Malle’go to niewątpliwy dowód uznania szanowanego kreatora. Dla niektórych z nich może to być też nobilitacją (patrz młody Bruno Jovanovic i jego Dries van Noten Par Frederic Malle). Dla innych – głównie okazją do artystycznych poszukiwań bez skrępowania budżetem i często idiotycznym briefem (co jest ich codziennością). Carlos Benaim – któremu Malle powierzył pracę nad Eau de Magnolia – kolejnym pachnidłem do swej kolekcji – z pewnością uznania nie potrzebuje. To wszak żyjąca legenda perfumerii, zeszłoroczny laureat nagrody za całokształt twórczości przyznawanej przez brytyjską The Fragrance Foundation (odpowiednik Oscara za całokształt), twórca lub współtwórca wielu doskonałych i legendarnych już pachnideł, w tym bestsellerów i klasyków (sławne zielone Polo Ralph Lauren, Polo Blue, Calvin Klein Eternity for Men, Bvlgari Jasmin Noir, Dior Pure Poison, Flowerbomb Viktor&Rolf czy YSL L’Homme Libre). Benaim mógł więc pod troskliwą opieką konesera – szczególarza Frederica Malle rozwinąć swe perfumiarskie skrzydła. Ale czy to zrobił? Mam wątpliwości…

Carlos Benaim_3
Carlos Benaim

Eau de Magnolia ukazał się w zeszłym roku – jako ostatni premierowy zapach marki przed jej zakupem przez koncern Estee Lauder (nie liczę tu przeznaczonego na rynek arabski oudowego The Night, bo nie jestem pewien, czy jego premiera nie nastąpiła czasem tuż po sensacyjnym newsie). Jak wieść niesie Frederic Malle chciał stworzyć perfumy, które odwzorowywałyby woń kwiatu magnolii, którą w naturze trudno jest pozyskać tradycyjnymi metodami (ekstrakcja czy destylacja). Wykorzystano więc metodę Headpsace, by „złowić” zapach kwiatu magnolii, a następnie odwzorować go przy pomocy dostępnych składników. Jako że w naturze zapach magnolii jest bardzo subtelny, lekki, świeży, niezbyt „kwiatowy” w perfumiarskim pojęciu tego słowa, ciążący w kierunku estetyki kolońskiej, panowie Malle i Benaim postanowili umiejscowić stworzony przez Benaima akord magnolii właśnie w kolońskim kontekście. Stąd w formule użyto klasycznie kolońskiego składnika cytrusowego (bergamotka). By jednak zapach nie był li tylko zwyczajnym akordem kolońskim, dodano mu „treści” i głębi poprzez zastosowanie nut drzewnych – wetywerii i cedru – oraz ambry. Zmysłowości tradycyjnie nadaje subtelnie wtrącona paczula, zaś szyprowej aury – mech drzewny. W efekcie powstał zapach lekki, świeży, cytrusowo biało-kwiatowy z lekko chropawym ambrowo-drzewnym finiszem, który mimo niewątpliwej urody pozbawiony jest czegokolwiek, co przykułoby na dłużej uwagę.

magnolia

Eau de Magnolia wyraźnie ewoluuje na skórze od cytrusowego intro przez kwiatowy (magnolia) serce po drzewno-ambrowy finisz. Niezwykła czytelność tych zmian dowodzi tradycyjnego stylu kompozycji Benaima. Z powodzeniem można to pachnidło nazwać współczesnym szyprem, choć w zestawieniu z klasycznymi tego typu perfumami to …. zaledwie delikatnie pachnąca woda. Ale taki był zamysł autorów, co zaakcentowali nawet w nazwie (eau = woda). W efekcie kolekcja Frederica Malle wzbogacona została o kolejną – obok Cologne Bigarade i Bigarade Concentree – lekką, świeżą, współcześnie kolońską kompozycję. Zapach nie wnosi nic to znanej perfumowej estetyki, może poza faktem umieszczeniem w nim nieczęstego w perfumerii akordu magnolii, który jest moim zdaniem najładniejszym etapem tego pachnidła. Jest w nim coś ulotnie urodziwego i delikatnie kobiecego oraz zwiewnego zarazem. Zapach jako całość zachowuje się jak kolońska – jest subtelny i średnio trwały (choć bardziej niż przeciętne eau de cologne).

Można by stwierdzić, że w kolońskiej estetyce trudno o nowości, ale fakty zdają się temu przeczyć. Wystarczy przypomnieć fenomenalne kolońskie Hermesa autorstwa Jean-Claude’a Elleny czy Dior Homme Cologne z 2013 Francoisa Demachy’ego, żeby przekonać się, że także i w tej konwencji można z powodzeniem przesuwać granice, a nawet ją redefiniować. W tym kontekście Eau de Magnolia jest raczej zachowawcze i bezpiecznie, bardzo mainstreamowe. Warto może zauważyć, że z magnoliową tematyką zmierzyło się z lepszym lub gorszym skutkiem w ostatnich latach co najmniej kilku perfumiarzy: Mark Buxton w Message in a Bottle, Michael Roudnitska w Magnolia Grandiflora Michel, czy tragicznie zmarła Sandrine Videault w Magnolia Grandiflora Sandrine. Nutę magnolii na piedestał wysunięto także w zeszłorocznym Joyful Escady. Na myśl przychodzą jeszcze: Magnolia Romana Eau d’Italie (2008) Bertranda Duchaufoura i Magnolia Nobile Acqua Di Parma (2009) Antoine’a Maisondieu’a. Nie można więc uznać Eau de Magnolia za pod tym względem nowatorskie. Zapach nie proponuje nic nowego w perfumeryjnej estetce. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że Malle jednak stłamsił Benaima i bardzo mocno ukierunkował jego pracę na osiągniecie takiego a nie innego efektu olfaktorycznego. Powstał zapach przewidywalny. Lekki, łatwy i przyjemny. Monsieur Malle! Où allez-vous?

frederic-malle-en-carlos-benaim-700x381

Przeglądając Internet w poszukiwaniu informacji na temat Eau de Magnolia natrafiłem gdzieś na stwierdzenie, że Frederica Malle chciał mieć w swojej kolekcji swoją Eau Sauvage (znana jest słabość Frederica do twórczości Edmonda Roudnitski). Nie wiem, czy to prawda, czy tylko internetowa plotka, ale coś w tym stwierdzeniu jest, choć mimo wszystko w mojej ocenie jednak daleko Eau de Magnolia do arcydzieła Mistrza Edmonda.

P.S.

Ciekaw jestem, czy Carlos Benaim użył w formule molekuły Magnolione, która wedle fachowej chemicznej wiedzy jest analogiem Hedione i ma zapachowo wiele wspólnego z tą niegdyś rozsławioną przez Roudnitskę (poprzez Eau Sauvage właśnie!) molekułą?

malle magnolia

główne nuty: bergamotka, magnolia, wetiwer, paczula, cedr, ambra, mech drzewny

twórca: Carlos Benaim

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: średnia
  • trwałość: wyraźna – około 6 h, po tym czasie przez kolejne kilka godzin pozostaje na skórze już bardzo bliskoskórny akord ambrowo-drzewny

Etat Libre d’Orange „Cologne” i „Rien Intense Incense” czyli dzień i noc w Wolnym Stanie Pomarańczy.

Wiele miesięcy temu opublikowałem na blogu serię recenzji pachnideł paryskiej niszowej marki Etat Libre d’Orange. Zapachy ELdO zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie jako odważne, nowatorskie, czasem zmuszające do intelektualnego wysiłku, ale także i zabawne, chwilami nawet „dziwaczne”, a przy tym wszystkim absolutnie „noszalne” (no może poza jednym… osławionym Sécrétions Magnifiques). Uważam ELdO za jedną z najwartościowszych i najciekawszych marek niszowych współczesnej perfumerii. Ale także i chyba najbardziej niedocenianą (obok wszakże zupełnie innej stylistycznie Parfums de Nicolai). A szkoda. Nie ukrywam, że swymi recenzjami chciałbym skierować nieco więcej światła na tę markę, bowiem to co oferuje, to prawdziwa współczesna sztuka perfumowa. Przypomnę, że na jej czele od początku stoi bezkompromisowy w swym podejściu do perfum Etienne de Swardt.

etienne_de_swardt
Etienne de Swardt

Od czasu mych poprzednich recenzji ELdO pod tym szyldem miały miejsce trzy zapachowe premiery: La Fin Du Monde (2013), Cologne (2014) i Rien Intense Incense (2014). Pierwszy z nich zrobił sporo szumu pośród perfumowych entuzjastów oraz branżowych znawców głównie w wyniku swej oryginalności (nuty popcornu i masła!) i odkrywczości oraz faktu, że popełnił go pewien młody perfumiarz – Quentin Bisch (kto oglądał trzyodcinkowy dokument BBC o perfumach, ten wie o kim piszę). Ale także i kolejne premiery zapachowe ELdO nie przeszły bez echa. Cologne zaskoczył wszystkich podjęciem skrajnie popularnej tematyki i zrealizowaniem jej na swój własny sposób, Rien Intense Incense natomiast udaną próbą wzmocnienia i zagęszczenia tego, co już mocne i gęste. I właśnie te dwa ostatnie pachnidła mam dziś przyjemność zaprezentować. Pod względem zapachowym okazały się one równie przeciwstawne co dzień i noc. Zresztą charaktery oby zapachów podkreśla kolorystyka flakonów, które nota bene otrzymały nowy design. Są masywne, z odpowiednio ciężkimi, „klikającymi” przy zamykaniu zatyczkami, z charakterystycznie umieszczonymi narożnymi etykietami. Na znajdującej się na przeciwległej stronie, sfrezowanej krawędzi wtłoczono wielkimi literami nazwę marki. Ten nowy desing prezentuj się znakomicie.

 

Cologne czyli dzień

„Daliśmy Ci dekadenckie,

Daliśmy Ci skandaliczne, 

Teraz dajemy Ci miłe.”

Takim hasłem Etat Libre d’Orange przygotowuje odbiorców na najbardziej „normalny”, najmniej niezwykły i absolutnie poprawny politycznie zapach w swej ofercie, czyli Cologne. Niemniej wciąż jest to Cologne dalekie od typowego pojęcia…

„Od ELdO zawsze możemy spodziewać się czegoś niespodziewanego. Łamiemy zasady, czasem także swoje własne.”

Cologne jest efektem takiego właśnie złamania własnej zasady polegającej na dostarczaniu niebanalnych olfaktorycznych wrażeń, na przesuwaniu granic, na prowokowaniu, eksperymentowaniu, a czasem wręcz szokowaniu. Cologne jest dokładną odwrotnością tej zasady. Jest tym, co wynika z nazwy. Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska, w której zasadnicze nuty to cytrusy z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiatowe serce z duetem dominującego kwiatu pomarańczy i jaśminu. Bazę dla kompozycji stanowią piżma oraz subtelny, schowany akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala jednocześnie zapach. Całość pachnie świeżo, ale nie rześko, tylko raczej kremowo, miękko, puszysto i otulająco.

Testy Cologne przekonały mnie, że jest to rzeczywiście „najjaśniejszy” i najłatwiejszy w odbiorze i noszeniu zapach ELdO. Kolońska zrobiona na współczesny sposób i skoncentrowana do postaci wody perfumowanej, przez co intensywna i całkiem trwała. Skojarzenia? Jest ich oczywiście wiele, ale większość z nich sprowadza się do do Neroli Portofino Toma Forda oraz Orange Sanguine Atelier Cologne. To ten sam typ nowoczesnej, intensywnej, „czystej” kolońskości, w którym zamiast dużej ilości bergamotki, tradycyjnych ziół (np. rozmaryn, szałwia) oraz zielono-terpenowego neroli zastosowano pomarańczę, białe piżma, neroli oraz utrwalające całość nuty drzewne. Cologne to woń ciepła, lekko biało-kwiatowa, emanująca aurą czystości. Zapach z gatunku uroczych, świetnie zrobionych i niezwykle przyjemnych w noszeniu. Prawdopodobnie mój wybór na lato 2015.

eldo cologne

główne nuty: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

twórca: Alexandra Kosinski

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 4/ trwałość: 4/ flakon: 5

 

Rien Intense Incense czyli noc

Oryginalny Rien powstał w 2006 roku. Miałem okazję opisywać go na blogu w zeszłym roku tymi słowy: „Oto (…) jedno z najmocniejszych i najbardziej wyrazistych pachnideł ELdO – współczesna, odważna i bezkompromisowa interpretacja zapachu skórzanego. (…) Dla mnie jeden z najlepszych zapachów w obszernej ofercie ELdO i jednocześnie jedno z najlepszych dzieł Antoine Lie’a, jakie dotąd testowałem. Rien to wirtuozerskie arcydzieło współczesnej perfumerii.” 

Jakież było moje zaskoczenie, gdy niedawno pojawił się news o nowej premierze – Rien Intense Incense! Pikanterii całości dodawały wyraziste materiały reklamowe obwieszczające m.in., że „Oud jest passe. Przyszłością jest kadzidło.” (podoba mi się!), oraz że mamy przygotować się na „ciemniej, intensywniej, mocniej”, a także by „aplikować z rozwagą”. Wow. Znając „zwykłą” wersję Rien byłem gotów na olfaktoryczne trzęsienie ziemi połączone z jednoczesną eksplozją molekularną…

I rzeczywiście. Pierwszy kontakt z Rien Intense był niemal obezwładniający. Najpierw (dla bezpieczeństwa) kartka papieru spryskana zapachem, który natychmiast wypełnił całe pomieszczenie budząc reakcje zaintrygowanych (mimowolnych) świadków tego wydarzenia. Kartka szybko wylądowała w szufladzie, bo moc zapachu była wręcz gargantuiczna. Wystarczyło na chwilę dosłownie uchylić szufladę, by molekuły wystrzeliły w przestrzeń pokoju i dotarły na odległość kilku metrów.

eldo rien incense

Tym razem Etienne de Swardt i perfumiarz Antoine Lie poszli na całość. Naprawdę. Nic ich nie ograniczało. Z pozornych wad pachnidła (potężna gęstość, moc, projekcja to cechy dla wielu osób współcześnie dyskwalifikujące zapach) uczynili jego najsilniejsze strony. I udało im się. Rien Intense zachwycił mnie swą mroczną potęgą, gęstością zastosowanych składników i sposobem, w jaki Lie nadał im – z natury ociężałym i nieskorym do unoszenia w przestrzeni (kadzidło, skóra, labdanum, mech dębu, ambra, kmin) ten niesamowity impet, z którym rażą wszystkich i wszystko z promieniu kilku metrów. Lie to mistrz aldehydów, które z lubością stosuje. Tu w połączeniu z czarnym pieprzem stały się paliwem dla mknących w przestrzeń potężnych molekuł. Oczywiście nie muszę dodawać, że Rien Intense Incense nie jest zwyczajnym pachnidłem. O nie. Bardzo trudno je opisać. W swej zasadniczej treści oczywiście podobne jest do protoplasty. To na pewno. Ale przecież są między nimi istotne, „intensywne” różnice. Rien II (nazwijmy go tak w skrócie) ma w sobie więcej zapachowej treści. Jest – mam wrażenie – wręcz wypełniony olfaktoryczną istotą po same brzegi. Jest bardziej nasycony, mniej wytrawny, bardziej słodki w aldehydowo-kadzidlano-żywiczny sposób. O ile w Rien można poczuć tę specyficzną, sucho-dymną, nieco gryzącą nozdrza nutę, którą Antoine Lie zaadaptował i „wypolerował” przy okazji na użytek późniejszego, odpowiednio „grzecznego” Puredistance Black, o tyle w wersji Intense została ona zaokrąglona, straciła swą ostrość na rzecz nasycenia. Intense Incense w zgodzie z nazwą zawiera dużo więcej kadzidła aniżeli Rien, które przecież też nie jest go pozbawione.

Antoine-Lie2014
Antoine Lie

Z pewnością pierwsze wrażenie jakie robi zapach po aplikacji na skórę (na której nota bene zachowuje się nieco bardziej „cywilizowanie”, aniżeli na papierku testowym) to skojarzenie z zapachem gumy zmieszanej z czarnym jak smoła atramentem. To chyba najbardziej sugestywna znana mi atramentowa woń perfum, obok Comme des Garcons 2 EDP i Byredo M/Mink. Odpowiadają za nią z pewnością po części zastosowane w formule aldehydy połączone z kadzidłem i labdanum. Ten zniewalająco mocny początek przechodzi stopniowo, bardzo powoli w kadzidlano-labdanowe serce, by zakończyć niezwykle magnetycznym, wyrazistym, sygnaturowym, quasi-skórzanym finiszem. Naprawdę trudno jest wyłuskać z tego zapachu pojedyncze nuty czy składniki. To nader złożona kompozycja o niezwykle oryginalnym zapachu. Jedno z najgęstszych i najintensywniejszych znanych mi pachnideł. Coś dla wielbicieli tzw. powerhouses lub bezkompromisowej niszy. I uwaga – nie ma tu ani miligrama tzw. oudu…

Trwałość Rien II jest – jak się można było spodziewać – potężna, bo ponad 20 godzinna. Zapach bardzo długo utrzymuje moc i wyrazistość, a sama baza jest magnetycznie piękna i pozostająca w pamięci. Rien II może spodobać się fanom mocnych współczesnych woni skórzanych w typie Tom of Finland ELdO, Lonestar Memories Andy Tauera czy Tar Comme des Garcons.

Rien II potwierdza, że Antoine Lie jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych oraz nietuzinkowych żyjących twórców perfumowych – obok Bertranda Duchaufoura, Christophe Laudamiela, Gezy Schöna i Bruno Jovanovica. Jego kompozycje zdają się deklarować, że perfumeria nie ma granic i że wciąż jest w niej miejsce na prawdziwie oryginalną i bezkompromisową kreację. A za taką uważam Rien Intense Incense. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego entuzjasty perfum i jednocześnie propozycja dla wszystkich tych, którzy szukają w perfumach mocnych i bardzo indywidualistycznych wrażeń.

eldo Rien-Intense

główne nuty: kadzidło, róża, skóra, labdanum, mech dębu, paczula, ambra, kmin, czarny pieprz, aldehydy

twórca: Antoine Lie

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 6/ trwałość: 6/ flakon: 5

Phaedon Paris w nowej odsłonie: „Lentisque”, „Hesperys” i „Black Vetiver”

Phaedon Paris to jedna z marek niszowych prowadzonych przez pracowitego Pierre’a Guillaume’a, znanego przede wszystkim jako twórca i kreator wszystkich pachnideł kultowej już marki Parfumerie Generale (może kiedyś w końcu będzie okazja, by się im bliżej „przyjrzeć” i opisać na blogu), ale także i opisywanych już przez mnie pachnideł Huitieme Art Parfums (powstałych przy współpracy z renomowanym blogerem perfumowym Octavianem Coifanem). Phaedon Paris debiutowała w 2011 roku, a nie tak dawno przeszła swoistą rewitalizację (co było – jak sądzę – efektem marnych wyników sprzedaży).

pierre guillaume phaedon

Złożyły się na nią wedle słów Guillaume’a: reformulacje zapachów (w tym zwiększenie koncentracji składników), zmiana designu flakonów i opakowań, wycofanie z oferty perfum nie cieszących się zainteresowaniem i dodanie nowych. W sumie dziś Phaedon to 14 pachnideł (7 wywodzących się ze „starej oferty” w koncentracji wody toaletowe oraz 7 zupełnie nowych w koncentracji wody perfumowanej (30%), a także świece i zapachy do pomieszczeń. Czy zabieg rewitalizacji udał się Guillaume’owi – czas pokaże. Póki co o nowym Phaeodonie było głośno podczas targów Pitti Fragranze we Florencji, sporo się pisało i wciąż pisze w perfumowej blogosferze i na portalach tematycznych, a pachnidła dość szybko trafiły do wybranych punktów sprzedaży.

Ciekawostką jest fakt, że w przypadku Phaedon Paris Pierre Guillaume (który jest przecież utalentowanym perfumiarzem) samemu popełnił póki co jedynie dwa pachnidła: Rouge Avignon i AntiguaDo stworzenia pozostałych postanowił zaprosić nieznanych szerzej adeptów perfumeryjnej sztuki: Daniele Maniquant, Anne-Cecile Douveghan (której Tabac Rouge dopiero opisywałem) i Catherine N`Guyen. 

Dziś na blogu moje wrażenia na temat trzech zapachów skomponowanych przez owych „gościnnych” twórców: Lentisque, Hesperys i Black Vetiver.

Lentisque jawi się jako intrygujący, dość intensywny zapach zielony, z ostrym początkiem, w którym olejkowi mastyksowemu towarzyszy jakże charakterystyczna nutą galbanum (kojarzącą mi się z zapachem rozgniecionej łupinki strączka zielonego groszku). W sercu zapachu pojawia się mastyks w formie absolutu (żywica drzewa pistacjowego, którą w piękny sposób użyto w opisywanym przez mnie swego czasu Eau d’Ikar od Siselya) połączony z ciepłym labdanum i suchymi nutami drzewnymi. Wetiwer, cedr, piżma i ambra tworzą bazę tej kompozycji. Lentisque to przykład perfumerii niszowej, artystycznej, nieco nawet bezkompromisowej. Wyrazista zieloność i gryzące nozdrza nuty drzewne nie są cechami nadanymi zapachowi dla głośnego aplauzu mas. Zapach docenią raczej znawcy, osoby lubiące pachnieć „inaczej”. Dobra projekcja i trwałość oraz wyraźna ewolucja na skórze dopełniają udanej całości. 

phaedon lentisque

główne składniki: olejek mastyksowy, galbanum, absolut mastyksowy, labdanun, nuty drzewne, wetiwer, cedr, pizma, ambra

Hesperys – to bardzo delikatny, ciepły i zwiewny zapach słodkich cytrusów i delikatnych ziół połączonych z przyjemnym, czystym, delikatnym piżmowym finiszem. Nawiązujący do tradycyjnej kolońskiej estetyki, jest pachnidłem raczej „nieśmiałym” i bardzo tradycyjnym w swej treści. Z opisywanej trójcy zdecydowanie najmniej interesujący, a nawet – moim skromnym daniem – nieudany. Choć źródła podają tu całą rozmaitość różnorakich (dających się zamknąć w trzech rodzinach zapachowych) składników i nut, Hesperys brzmi bardzo jednowymiarowo i po prostu nudno. Przy tym jest subtelny i mało trwały. Choć w jego przypadku może i to zaleta. Ja nie widzę sensu wprowadzania do linii zapachowej takiego pachnidła, podczas gdy w okół setki dużo lepszych zapachów z typie herbal cologne. Jeżeli jednak zależało Guillaume’owi na tym, by w ofercie Phaedon była kolońska, to musiał wiedzieć, że konkurencja jest potężna. Hesperys jej niestety – w mojej ocenie – nie wytrzymuje. 

phaedon hesperys

główne składniki: masło irysowe, rumianek, cytryna, liść gorzkiej pomarańczy, szałwia, rozmaryn, lawenda, piżmo, paczula, czerwony tymianek, kolendra i gałka muszkatołowa)

Black Vetiver okazał się dla mnie sporą i w pewnym sensie miłą niespodzianką. W testowaniu zapachów oprócz tzw. zaskoczeń totalnych, gdy wącham coś zupełnie nowego, unikatowego, nie potrafiąc tego przypiąć do czegokolwiek w mej pamięci, a czemu towarzyszy ekscytacja (np. pierwsze testy Paper Passion) lubię także te momenty, gdy wącham i wiem, że dany zapach już bardzo, ale to bardzo dobrze znam, choć pod inna nazwą. Z reguły zajmuje mi to chwilę lub nawet trzy, zanim dojdę to tego, jakie to pachnidło. Czasem potrzeba kolejnych testów, by dociec. W przypadku Black Vetiver już w trakcie pierwszego testu wiedziałem, że jest on bardzo, ale to bardzo podobny do klasyka od Guerlaina. Przetestowałem już dużo wetiwerowców, ale nigdy nie trafiłem na rzecz tak wyraźnie zainspirowaną wiekopomnym dziełem młodego Jean-Paula Guerlaina (szczerze to ocierającą się niemal o… plagiat). Interesujące, że Pierre Guillaume przyznaje się otwarcie do tej inspiracji (w wywiadzie dla portalu Fragrantica.com):

Pierre Guillaume: (…) Chciałem stworzyć klasyczny zapach wetiwerowy (…). Klasycznym przykładem jest legendarny Vetiver od Guerlaina i zdecydowaliśmy się osiągnąć nieosiągalne przy obecnych warunkach. Zastanawialiśmy się co stworzylibyśmy, gdybyśmy byli Jean-Paul Guerlainem. Więc wzięliśmy wetiwer z Javy jako główny składnik, do tego liście cytryny, żywice i nutę asfaltu. Aromat przypominający chmurę czarnej smoły został osiągnięty za pomocą dwóch komponentów pochodzących z Jamajki: jagód pimento i wetiweru (…).

Cóż, podobieństwa są więcej niż ewidentne, ale znajdą się tez subtelne różnice. Obecna w otwarciu wspomniana nuta smoły, przesłaniająca początkowo uroczo zielono-cytrynową woń liścia drzewa cytrynowego i – a jakże – mocną nutę wetywerii (dokładnie takiej, jaką znamy z klasycznego zapachu Guerlaina). Jest też w Black Vetiver nieobecne w Guerlain Vetiver powietrze, tchnienie, powiew, nadające kompozycji lekkości i bardziej nowoczesnego szlifu. Ale koniec końców to naprawdę bliźniaczo podobne perfumy i jako takie wzbudziły moją sporą sympatię, bo jestem fanem zarówno Vetiver Guerlain, jak i wetywerii w ogóle. Znam aż trzy formulacje guerlainowskiego klasyka i stwierdzam, że najwyraźniej czuć podobieństwo do obecnej (tej w smukłym flakonie odziedziczonym po Habit Rouge). Pytanie jest tylko jedno: po co było kopiować istniejące perfumy i to TAKIE perfumy? Hmmm…

phaedon black vetiver

główne składniki: liście cytryny, wetiwer z Jawy, żywice, nuty asfaltu (smoła) – pimento i wetiwer