Clive Christian „Private Collection”

W zeszłym roku luksusowy brytyjski dom perfumowy Clive Christian przedstawił nową i bezprecedensową w swoim wykonaniu Private Collection – kolekcję 5 par pachnideł, z których każda para oznaczona została jedną z liter imienia kreatora. Nowa kolekcja zdaje się zastępować dotychczasową, także literową (choć złożoną ze – zdaje się – póki co 3 par zapachów: C,L,V), i także zamkniętą w brązowych flakonach. O ile jednak w tamtej pachnidła debiutowały parami z podziałem na męskie i damskie (podobnie jak zwykło to czynić Amouage), co było wyraźnie zaznaczone na flakonach, tak nowa kolekcja nie kontynuuje tego podziału w tak wyraźny sposób. Dopiero gdy wejdziemy na stronę marki i zajrzymy do opisów poszczególnych perfum, znajdziemy tam sugestie co do płciowe predestynacji (masculine lub feminine). Na flakonach umieszczono natomiast krótkie opisy rodziny zapachowej, do jakiej należą poszczególne perfumy, co zdaje się być ciekawym zabiegiem, skierowanym do coraz bardziej świadomej klienteli. Trzeba zaznaczyć, że Private Collection składa się z zupełnie nowych kompozycji, mimo zachowania jednoliterowych „nazw”. Oznacza to, że nowe L pachnie inaczej niż stare L itd.

C Christian private-collection-masculine-47905445

Kolekcja dostępna jest już od jakiegoś czasu w Perfumerii Quality Missala, dzięki uprzejmości której mam okazję zapoznać się z 3 parami pachnideł: L, I oraz E.

Wedle informacji znajdującej się na stronie internetowej marki, każde pachnidło zawiera od stu do trzystu (!) składników, co wydaje się być niemal niewiarygodne w czasach, gdy perfumy komponuje się z kilku, kilkunastu, w porywach kilkudziesięciu ingrediencji! Poziom ich koncentracji to 20%. Są to więc wody perfumowane, nawet nie ekstrakty. No dobrze, ale jak pachną tak rzekomo bogate w składniki kompozycje?

L (Feminine – Floral Chypre) – jak wynika z opisu jest to kwiatowy szypr i faktycznie tak jest. Takie określenie mogłoby nasuwać skojarzenia z estetyką klasycznego No 5 Chanela i tysięcy innych pachnideł, która powstały z inspiracji tym arcydziełem przypadku… Będą to oczywiście skojarzenia słuszne, ale tylko poniekąd. L Feminine to bowiem szypr pachnący jednocześnie tradycyjnie i współcześnie. Bije z niego precyzja i znajoma uroda. Nie zaskakuje treścią, ale oczarowuje formą. Przepiękne, niezwykle kobiece, mogące z powodzeniem stawać w szranki z Gabrielle od Chanel. Uwielbiam takie perfumy do tego stopnia, że sam chętnie bym je nosił…. Zresztą, zawsze gdy nachodzi mnie chęć na kwiatowy szypr, sięgam po Amouage Gold Men lub co najmniej Silver Man…. A jakie nuty znajdziemy w L Feminine? Przede wszystkim klasyczny duet jaśminu Sambac i róży, szczyptę irysa, który przepięknie odzywa się w sercu zapachu nadając akordowi kwiatowemu lekko szorstkiej, niesamowicie eleganckiej faktury, odrobinę kadzidła oraz budujące trwałą bazę piżma i wanilię o subtelnie animalnym sznycie. Owszem, powstało tysiące takich pachnideł, ale pewnie zaledwie kilkanaście z nich może pochwalić się taką urodą. Klasyczny i naprawdę ładny.

L (Masculine – Woody Oriental) – intrygujące połączenie przypraw (pieprz) z akordem fougere (lawenda i geranium) i subtelnymi nutami kwiatowymi (irys, magnolia, jaśmin) na ambrowo-tytoniowej bazie, utrwalonej i pogłębionej przez piżma. Oryginalny, męski i emanujący luksusem zapach wpisujący się w aktualnie panujący trend powrotu fougere do kanonu męskiej perfumerii (co mnie bardzo cieszy). Troszkę może zachowawczy, niemniej bardzo kompetentnie skomponowany.

I (Feminine – Woody Floral) – otwiera się świeżym, owocowo-przyprawowy akordem, by w sercu odsłonić klasycznie kobiece nuty kwiatowe róży i jaśminu, ale w lżejszym i bardziej dynamicznym wydaniu, niż choćby ten z opisywanego wyżej L Feminine. Baza zapachu jest ambrowo-drzewna i odrobinę gorzka. Początek intrygujący, serce ładne, reszta trochę nijaka.

I (Masculine – Amber Oriental) – ma dość niezwykły, pachnący lekko sfermentowanymi owocami i farbą emaliową, początek. Jest to aromat mocnej whiskey, dębowej beczki, jest też element iglakowej żywicy. W składzie znajdziemy m.in. nutę jabłka, suszonych owoców, ambrę i piżma, a także balsam jodłowy, mech i cedr z Atlasu. Całość jest męska, mocna i konkretna. Co ciekawe, nieco benzynowa baza przypomina mi trochę Lonestar Memories Andy’ego Tauera. Mimo to jest chyba najbardziej oryginalny z opisywanej szóstki, o mocnym charakterze i przykuwających uwagę zestawieniach nut, nie zawsze w 100% konsonansowych. Takie kontrasty zawsze dobrze robią perfumom i ta prawidłowość sprawdza się także i tu.

 

 

E (Masculine – Gourmande Oriental) – sypkie przyprawy na ambrowym tle z nutami rumu,  brzoskwini, labdanum, cynamonu i goździka w otoczeniu aromatu whiskey. Początkowo nieco bardziej słodkie, z czasem nabierając nieco bardziej słonego i suchego charakteru, szczególnie w bazie. Zapach sam w sobie świetny, ale jestem przekonany, że gdzieś czułem już coś bardzo podobnego… Mniejsza o to. Nie każde pachnidło musi być unikatowe i oryginalne. Zwykle wystarczy, jeżeli jest po prostu dobrze zrobione. Tak jest w tym przypadku. E Masculine to obok I Masculine ulubiony męski zapach z opisywanej szóstki.

E (Feminine – Green Fougere) – aromatyczno-zielony fougere z dość mocnym, zielono-ziemisto-kwiatowym akordem narcyza, aromatycznym lawendowym sercem i delikatnym finiszem, w którym echom wciąż obecnej zieleni towarzyszy sucha nuta drzewna i spora dawka białych, pachnących rozgrzanym żelazkiem białym prześcieradłem piżm. Intrygujący, inny, oryginalny.

 

Gdybym miał podsumować moje testy wybranych perfum Private Collection Clive Christian, to musiałbym stwierdzić, że przede wszystkim nie czuję w nich tej gigantycznej liczby składników (zresztą czym można to poczuć? raczej nie ma takiej możliwości), więc równie dobrze może to być chwyt marketingowy, mający na celu usprawiedliwienie grubo przesadzonych ceny tych perfum. Ale może to też być prawda, jeżeli np. przyjmiemy taki oto sposób liczenia, że sama esencja różna to pewnie dobrze ponad sto różnych aroma-molekuł… Mój zdrowy rozsądek i realna ocena podpowiadają zgodnie, że współcześnie nie komponuje się perfum z udziałem ponad 200 składników albo są to zupełnie marginalne przypadki. Z drugiej jednak strony, czy marka Clive Christian chce się kojarzyć ze zdrowym rozsądkiem, jeżeli wycenia jeden 50 ml flakon tych perfum na 275 brytyjskich funtów? Z pewnością nie.

Reklamy

Clive Christian „V for Men”

Najnowsze męskie pachnidło ekskluzywnej marki Clive Christian nazwane V for Men (od pierwszej litery imienia najstarszej córki twórcy – Victorii) należy do tzw. private line, linii zapoczątkowanej przez C for Men i C for Woman.

V for Men eksplorują obszar dobrze już znany miłośnikom perfumerii niszowej. Połączenie pieprzu, olibanum i nut drewnianych – trzech bardzo „mających się ku sobie” składników – było już w perfumerii „próbowane” kilkukrotnie, z różnym efektami, z których chyba najbardziej znanymi i udanymi pozostają Cristal de la Roche Oliviera Durbano oraz Bois d ‚Encens mistrza Almairaca z ekskluzywnej linii Armani Prive. Jednakże… V for Men już od pierwszych testów zrobiły na mnie kolosalne wrażenie i zdają się dystansować pod względem jakości wszystko, co dotąd znane mi było pod hasłem „kadzidlaki”. 

Oto perfumy absolutnie doskonałe w swym gatunku. Przykład perfumowego piękna skończonego, którego nie sposób poprawić. Zapachowy absolut.

Po aplikacji tego cuda na skórę najpierw obezwładnia gęsta i wibrująca mieszanka trzech gatunków pieprzu, swoiste pieprzowe opus magnum, w którego tle czuję wyraźnie miodową, złocistą nutę elemi. Z czasem wyczuwalne stają się olibanum i suche nuty drzewne – cedr (bardziej) i oud (mniej). Składniki te zostały doskonale zbalansowane i wspólnie tworzą synergię centralnego akordu. Zapach finiszuje czystym i pięknym olibanum w drzewnym wydaniu dzięki cedrowemu towarzystwu. To właściwie wszystko, bowiem V for Men to kompozycja bardzo prosta w odbiorze, łatwa w analizie, ale mimo wszystko dosyć złożona, jeśli za pewnik przyjąć deklarację producenta dotycząca zastosowanych ingrediencji.   

Premierze V for Men towarzyszył debiut jego przepięknego damskiego odpowiednika V for Woman, z centralnie umieszczonym kwiatem pomarańczy. Tradycyjnie już w swoiste tournée promocyjne po wybranych perfumeriach, w których sprzedawane są perfumy Clive’a Christiana (w Polsce jest to Quality Missala), wyruszyła czarująca ambasador marki – Victoria Christian. Poniżej przykład takiej prezentacji. Rzadko ma się okazję posłuchać kogoś, kto z takim wdziękiem opowiada o perfumach. Poza wszystkim Victoria jest przecież także niezwykle piękną kobietą.

A V for Men? Bez mrugnięcia okiem przyznaję mu najwyższą notę.

nuty górne: cytrusy, elemi

nuty środkowe:  różowy, czarny i biały pieprz, gałka muszkatołowa, irys

nuty głębi: ambra, cedr, drewno ambrowe, kadziło frankońskie (olibanum), wetyweria, wanilia, oud

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: intrygujący, mistyczny, enigmatyczny zapach dla wymagających; całoroczny; doskonały na formalne okazje; poza wszystkim to także must try dla fanów kadzidła w perfumach;

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 12 h

Clive Christian „C for Men Perfume”

Clive Christian to marka szczycąca się oferowaniem najdroższych perfum świata – No. 1. Ten dyskusyjny powód do dumy umiejscowił ich w Księdze Rekordów Guinessa (!). Oczywiście postrzegam to jako swoistą strategię marketingową mającą na celu wyróżnienie się spośród konkurencji, a raczej wręcz ulokowanie się wysoko ponad nią. Oferta marki skierowana jest do ludzi bardzo bogatych i kochających luksus przez duże L.

Sam Clive Christian stanął na czele brytyjskiej The Crown Perfumery w 1999 roku z zamiarem powrotu do świetności tej marki z ponad 130-letnią tradycją (wszak referencje królowej Wiktorii zobowiązują). Od tego czasu zapachy Clive Christian pojawiają się co kilka lat. Podobnie jak w przypadku innej ekskluzywnej marki perfumeryjnej, jaką jest omański Amouage, premierę mają zawsze dwie wersje zapachów o tych samych nazwach – damska i męska. Na najnowszą perfumową parę nazwaną po prostu C trzeba było czekać aż dekadę. Nasuwające się samo pytanie, czy było warto, jest w przypadku perfum Clive Christian po prostu niestosowne. Te zapachy, komponowane bez ograniczeń budżetowych, są bowiem jak najbardziej na serio i zawsze prezentują najwyższą jakość składników i kompozycji. Reszta jest kwestią gustu i głębokości kieszeni… A żeby nabyć flakon jakichkolwiek perfum tej marki kieszenie trzeba mieć wyjątkowo obszerne. Wszak to perfumy nad wyraz ekskluzywne i skierowane do bogatych tego świata.

Przejdźmy zatem do samego zapachu….

Nie są to w żadnym aspekcie perfumy zwyczajne. O ich niezwykłości, nawet jak na ofertę Clive’a Christiana, niech świadczy fakt, że dotąd znajdowały się one w jego prywatnej kolekcji i nie były znane szerszej publice. Jednak entuzjazm i oddanie z jakim marka spotyka się wśród bogatej klienteli, a także pośród perfumowych entuzjastów, skłoniły go do włączenia obu perfum do oficjalnej oferty.

O ile wersja damska (C for Woman), choć przepiękna, sprawia wrażenie dość tradycyjnie orientalno-kwiatowej i zachowawczej, o tyle dla panów Geza Schoen (tak, tak – ten od Escentric Molecules) przygotował pachnidło nieco bardziej intrygujące. Opisywane jako skórzano-orientalne w istocie takim jest. Wymieniane przez producenta składniki przyprawiają o istny zawrót głowy, jednak efekt jest bardzo spójny, sprecyzowany i konkretny. Kompozycja startuje ziołowo i żywicznie, by przejść fazę przyprawowo-kwiatową (z akcentem na to pierwsze), a zakończyć ultra męskim, suchym finałem skomponowanym z drzew, żywic (nie zabrakło oudu), tabaki i piżma. Ostatnia – wiórzasta, drzewna nuta trwa na skórze bardzo długo. Przy tym wszystkim od samego początku aura zapachu jest skórzana. Jest to skóra luksusowa i wykwintna oraz subtelnie doprawiona. To doskonałe pachnidło i nie mam co do tego żadnych watpliwości. Solidna projekcja, świetna trwałość (zapach trwa w nieskończoność), powolna ewolucja, mocny męski charakter. Wszyscy fani zapachów drzewnych, klimatów oudowych, znajdą w C for Men być może nawet swojego perfumowego Graala. Nie wykluczałbym tego, bo to pachnidło to naprawdę „górne C”, ale…

………podatek od luksusu………….

Gdybym miał ustawiać pułap swoich oczekiwań na podstawie ceny, mógłbym w przypadku C for Men poczuć się nieco zawiedziony (zwiedziony?). Jednak w perfumach nie obowiązuje zasada, że im drożej, tym lepiej. Uważam, że jest pewna granica jakości kompozycji perfumiarskiej (a także zastosowanych ingrediencji), ponad którą nie ma już nic więcej. Tę granicę wyznaczają dla mnie pachnidła Amouage. Potężna liczba najlepszych składników, duża koncentracja pachnącej esencji, wykwintny flakon oraz najlepsze „nosy”. Podobnie jest z ceną perfum. Wszystko ponad to, co wydaje mi się stosowne do zawartości (a w perfumach Amouage tę stosowność odnajduję), to już wyłącznie podatek od luksusu, opłata za markę. Oceniając perfumy C for Men z pozycji entuzjasty perfumiarskej sztuki, pomijając na chwilę ich cenę, uważam, że nic lepszego w tym gatunku (skóra-drewno) zrobić nie można. Są doskonałe, ale nie są one w żadnym aspekcie lepsze (jeżeli można użyć tak banalnego określenia) od propozycji Amouage.

Niemniej Clive Christian C for Men to prawdziwie ekskluzywne męskie perfumy w najlepszym wydaniu. Pachnąc w ten sposób nie da się pozostać niezauważonym…

Nuty głowy: biały tymianek, herbata, zielone liście, cytryna, żywica elemi, mandarynka

Nuty serca: jaśmin, róża, kardamon, truskawka, cynamon, klon, labdanum, szafran, irys

Nuty bazy: oud, ambra, drzewo cedrowe, tabaka, piżmo, wanilia, nuty skórzane, cyprys, mech drzewny, styrax, olejek kostusowy, fasola tonka, kadzidło (olibanum), drzewo gwajakowe

twórca: Geza Schoen

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: ultraluksusowe pachnidło o bardzo współczesnym, skórzano-drzewnym charakterze; zapach raczej wieczorowy, dobry na chłodniejsze pory roku; dla mężczyzn wymagających i … bogatych

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 6/ flakon: 5

Wszystkie zapachy marki Clive Christian znajdują się w ofercie warszawskiej perfumerii Quality.