Ona i on, czyli Clinique „Aromatics Elixir” i Aramis „900”

„Wąchamy naszym umysłem. Nasz nastrój wpływa na sposób, w jaki odczuwamy zapachy. (…) Zapachy zmieniają nasz nastrój. Nie jest dobrze, gdy jesteś zmęczony. Twój umysł musi być świeży.”

Bernard Chant (1927–1987)

bernard-chant

Te słowa wypowiedział jeden z największych i najważniejszych perfumiarzy wszech czasów, którego bez wahania postawiłbym obok takich tuzów perfumiarstwa jak Jean Carles, Ernest Beaux, Edmond Roudnistka czy Jean Paul Guerlain. Bernard Chant stworzył takie perfumowe arcydzieła, jak Estee (1968), Azuree (1969), Cinnabar (1978) i Beautiful (1985) dla Estee Lauder, Aramis (1969), JHL (1982), 900 (1973) i Devin (1977) dla Aramis (męskiej marki Estee Lauder),  Gres (1958) dla Cabochard, Halston (1974), Antonia’s Flowers (1985) wreszcie Aromatics Elixir (1971)  dla Clinique. Chant był „tajną bronią” Estee Lauder. Pracując dla wiodącej amerykańskiej marki kosmetycznej tworzył perfumy do szpiku francuskie, klasycznie skonstruowane, ale i bardzo oryginalne. Jego bogaty, francuski, jednocześnie indywidualny styl można dziś spokojnie uznać za kanon. Szyprowy akord Aromatics Elixir to absolutna klasyka gatunku, doceniania nie tylko przez pokolenia eleganckich amerykańskich kobiet, ale także przez współczesnych krytyków perfum, m.in. Lucę Turina i Chandlera Burra.

 

Ona czyli Clinique Aromatics Elixir

Clinique-AromaticsElixir9s_enl

Aromatics Elixir (1971) to perfumy, które – w jakimś sensie – zna niemal każdy. Nie znaczy to, że każdy miał okazję wąchać je w oryginale. Aromat ten stał się jednym z najchętniej kopiowanych, gdy chodzi o klasyczne perfumy damskie. Stąd nawet, jeśli dzieło Chanta nigdy nie miało okazji olśnić nas w swej pierwotnej, oryginalnej formie, z pewnością znamy tę woń z jednej z niezliczonych kopii. Efekt podobny do tego, jaki generuje od dziesiątek lat Chanel No. 5. Tyle, że nie ma to jak oryginał. Tak jest również w tym przypadku. Aromatics Elixir – mimo upływu lat – wciąż zachwyca. Trzeba jednak do niego dojrzeć. To nie są perfumy dla początkujących. To ponadczasowy, sztandarowy szyprowy klasyk, w którym najważniejsze role grają: mech dębu, paczula oraz białe kwiaty (jaśmin, tuberoza, ylang), a także róża, cytrusy i zioła. Ale po kolei.

Otwarcie jest upojne, cytrusowo-ziołowe (cytryna i bergamota oraz werbena, rumianek i szałwia) z subtelną, niemęczącą nutką zmywacza do paznokci. W sercu niepodzielnie rządzi bogaty, kwiatowo-drzewny akord w uroczej, klasycznej odsłonie. Bardzo ważną rolę pełni tu miodowa nuta ylang ylang, która pięknie łagodzi kwaśność paczuli i wetiweru. Nie ma tu mowy o retro nutach pudrowych, szminkowych czy aldehydowych. Jest całkiem soczyście i… coraz bardziej drzewnie, gdyż na tym etapie już całkiem wyraźnie ujawnia się kluczowa dla całej kompozycji paczula ożeniona z nie mniej ważnym mchem dębowym. Jakby tego było mało, akord bazy wzmacnia esencja wetywerii oraz drewno sandałowe. Czy można wyobrazić sobie bardziej klasyczne połączenie? Chyba nie. Ale wcale nie pachnie ono banalnie. Nie w tej genialnej kompozycji, której nadano jakże odpowiedni tytuł. Aromatyczny eliksir. Genialne!

Zapach jest wyrazisty, „nie bierze jeńców”, ma konkretną moc. Czuć, że formuła nie powstała współcześnie, aczkolwiek oczywiście przeszła zmiany, które zresztą wyszły zapachowi – jak sądzę – na dobre. Wersja vintage (a miałem okazję ją testować) ma tak obezwładniającą moc, że współcześnie jednak chyba trudno było by jej używać bez wzbudzania kontrowersji. Aktualna woda perfumowana jest owszem mocna i intensywna, ale nie „trąci myszką”, co jednak w wersji vintage jest wyczuwalne. Dodam, że obecnie Aromatics Elixir występuje w dwóch koncentracjach: wody toaletowej (eau de toilette) oraz wody perfumowanej (perfume spray). To właśnie tę drugą wersję poddałem testom.

Aromatics Elixir to ponadczasowe szyprowe perfumy dla dojrzałych i pewnych siebie kobiet, która stronią od współczesnych, nudnych, banalnych, słodko-kulinarnych pachnideł. Ich nieco wytrawny charakter akceptują także niektórzy mężczyźni, szczególnie zaś bazę zapachu można spokojnie nazwać męską. I pewnie panowie sięgaliby częściej po dzieło Bernarda Chanta, gdyby nie… inne dzieło Bernarda Chanta… Ale o tym za chwilkę.

clinique-aromatics-elixir-perfume

nuty głowy: bergamotka, cytryna, werbena, szałwia, rumianek

nuty serca: geranium, róża, ylang ylang, jaśmin, tuberoza

nuty bazy: paczula, mech dębu, wetiwer, drewno sandałowe

twórca: Bernard Chant

rok premiery: 1971

moja ocena:

zapach: ******/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

On czyli Aramis 900

Gdyby jednak dla panów Aromatics Elixir okazał się być zbyt kobiecy (czyt. przede wszystkim zbyt kwiatowy), znajdą dosłownie tę samą, tylko że bardziej surową i okrojoną wersję w postaci 900 Herbal Cologne – pachnidła marki Aramis z 1973 roku, którego autorem jest… Bernard Chant.

Pochodząca z 1973 roku „dziewięćsetka” z pewnością powstała na osnowie Aromatics Elixir. Nazwałbym ją nawet męskim rodzeństwem. Wyraźnie czuć, że perfumiarz pomajstrował przy formule tak, by osiągnąć bardziej męski efekt. Zapach stał się bardziej surowy, wytrawny, ale nie zatracił tego niezwykłego sygnaturowego akordu, który czyni z Aromatics Elixir i z 900 aromaty tak trudne do zapomnienia. Otwarcie nie jest tak cytrusowe (akord zmywacza zniknął), zaś nuty biało kwiatowe jaśminu i ylang ylang zostały tu ściszone. Pojawił się za to nieco bardziej męski duet goździka i geranium. Paczula ponownie odgrywa niezwykle ważną rolę, wzmocniona przez wetiwer i mech dębu stanowi o szyprowym charakterze 900. Baza jest najbardziej zbliżona do Aromatics Elixir, aczkolwiek odrobina cywetu czyni ją bardziej męską. 900 jest ogólnie delikatniejszy od damskiego pierwowzoru, choć i tak, jak na eau de cologne, jest całkiem trwały i dobrze wyczuwalny przy założeniu liberalnego użycia (nie jest to bowiem tradycyjna, ulotna cytrusowa kolońska). Co bardzo istotne, to pachnidło wymaga skóry, by je w pełni docenić. Testy na papierze robią mu po prostu krzywdę.

Jedno mogę powiedzieć z czystym sumieniem – aktualna wersja 900 pochodząca z Aramis Gentleman’s Collection – pachnie po prostu fenomenalnie. Nie miałem pojęcia, że to jest tak niesamowite pachnidło. Bardzo charakterystyczne (na miarę Eau Sauvage, Fahrenheit czy Habit Rouge). Klasyczne, nieco oldskulowe, męsko zniewalające.

Jak powiedział Chant, wąchamy naszym umysłem oraz czujemy perfumy emocjami. Dla mnie 900 to właśnie pozytywne emocje, których nie potrafię wyjaśnić. Być może jakieś przyjemne podświadome wspomnienia, skojarzenia z przeszłości…

Za sprawą 900 wróciłem do klasycznego Aramisa (1966) tego samego perfumiarza i przypomniałem sobie, jaki jest świetny. Choć tamten to inny typ – także szypr, ale już nie kwiatowy, tylko skórzany. Bardziej wytrawny, surowy, bardziej męski. Chyba równie genialny, co 900. Oczarowały mnie pachnidła Bernarda Chanta. Może to kwestia mojego wieku? A może znudzenia współczesną perfumerią mainstreamową? Trochę także pewnie efekt obcowania z Monsieur. Frederica Malle, który właśnie do takiej estetyki mocno nawiązuje. Jestem pewien, że Bernard Chant doskonale czułby się nosząc Monsieur.

Tak czy inaczej w kolejce na testy czekają jeszcze Aramis Devin i JHL. Zgadnijcie, kto je skomponował?

 

aramis 900

nuty głowy: kolendra, nuty zielone, cytryna, bergamotka, drewno różane

nuty serca: goździk, irys, jaśmin, konwalia, róża, geranium

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, mech, paczula, wetiwer, cywet

twórca: Bernard Chant

rok premiery: 1973

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ***

Reklamy

Il Profvmo – niszowe skarby z Italii (2)

Black Dianthus – czarny goździk

Mocny, kręcący w nosie początek łączy w sobie nuty zielone oraz lekko owocowe z przyprawowymi. Tytułowy goździk –  kwiat (a nie przyprawa) pachnie zielono i subtelnie kwiatowo. Całość przypomina kwiatowe szypry z przeszłości, przy czym nie znajdziemy tu ani róży, ani jaśminu, ani tuberozy, ani też aldehydów. Jest za to kilka współczesnych i w sumie bardzo nietypowych ingrediencji (czarne jagody, wilcze jagody, lukrecja, rabarbar), które jednakowoż „pracują” na szyprową aurę Black Dianthus. Wg mnie nie jest on jednak typowo kobiecym zapachem i pierwiastek męskości jest w nim zdecydowanie obecny. Perfumy są wyraziste i bardzo trwałe, a ich ewolucja na skórze jest minimalna. Black Dianthus mimo swego niewątpliwego melancholijnego retro uroku sprawia jednak wrażenie zapachu nieco nudnego i przewidywalnego.

black_dianthus

Nuty głowy: czarny goździk, czarne jagody, belladonna (pokrzyk wilcza jagoda)

Nuty serca: czereśnie, korzeń rabarbaru, lukrecja

Nuty bazy: tymianek, wetiwer

Rok premiery: 2013

 

Aria Di Mare – morskie powietrze

Jedno z dwóch – obok Pioggia Salata – pachnideł określanych  w ofercie Il Profvmo jako morskie. Rzeczywiście już samo intro zapachu nie pozostawia w tym zakresie wątpliwości. Ten akord o słodko-słonej, mocno detergentowej naturze ma faktycznie morski charakter, o ile za wyznacznik morskości przyjmiemy przełomowy New West Aramis i jego mniej lub bardziej udanych spadkobierców (m.in. fenomenalne Kenzo Homme). Morski oznacza więc w tym przypadku syntetyczną świeżość złożoną z molekuł Calone i/lub Dihydromyrcenolu, akordów wodnych kwiatów (lilia) i sporej dawki białych piżm. I taki jest Aria Di Mare – w swej morskości uroczo konserwatywny, czerpiący z samych początków tego zapachowego gatunku. Żadnej rewolucji, tylko całkiem poprawnie (choć można tez odnieść wrażenie, że mało finezyjnie, bardzo w stylu lat 90-tych) zrealizowany temat, idealnie wszakże pasujący do niedawnej upalnej aury. Na skórze Aria Di Mare rozwija się w kierunku lekko słonej i lekko mydlanej woni znanej z wersji Fraiche słynnego Kenzo Homme, choć z pewnością nie jest jego kopią. Zapach zadowala przy tym solidną projekcją i wielogodzinną trwałością.

Aria Di Mare

Nuty głowy: nuty morskie

Nuty serca: żarnowiec, lilia, nuty kwiatowe

Nuty bazy: piżmo, gardenia tahitańska

Rok premiery: 2002

 

Chocolat – 100% kakao

Testując tę jedną z najbardziej znanych kompozycji Il Provmo nie można uciec od porównań z jego ewidentnym protoplastą, jakim jest Angel Thierry Muglera. Jednak Chocolat to coś więcej, niż jego bezmyślna kopia. Jest to bowiem twórcze rozwinięcie tematu zapoczątkowanego przez Oliviera Crespa jego przełomowym i genialnym dziełem z 1992 roku. W otwarciu Chocolat wprost powala niesamowitą, tłustawą i jednocześnie lekko drzewną wonią gorzkiej czekolady lub jak kto woli kakao. Wyrazistość czekoladowego akordu zasługuje tu na szczególne uznanie. Z czasem oczywiście ta wspaniała czekoladowa nuta łagodnieje, zaokrągla się i bardziej upodabnia do Angel, ale nigdy nie staje się jego kopią. Przyznać jednak trzeba, że w miarę rozwijania się na skórze nabiera pewnych piżmowo-pudrowych cech zarezerwowanych dla estetyki kobiecych perfum. Niemniej zwracam szczególną uwagę na to pachnidło wszystkim fanom Muglerowskiego Angela, a także A*mena. Zostaną – jak sądzę – urzeczeni pięknem Chocolat. To mocne, wyraziste i bardzo trwałe pachnidło dla prawdziwych perfumowych łasuchów.

la_il_profvmo_chocolat

Nuty głowy: tangerynka, galbanum, gałka muszkatołowa, sandałowiec

Nuty serca: śliwka, jaśmin, róża, kakao

Nuty bazy: wanilia

Rok premiery: 1998

cdn.

 

Puredistance M – zapach Astona Martina?

PUREDISTANCE to dla mnie podróż wgłąb esencji. A w esencji leży piękno. Ten rodzaj piękna, które jest ponadczasowe.

Tak do świata perfum Puredistance zaprasza jego twórca Jan Ewoud Vos.  A jest to świat rzeczywiście wyjątkowy, prawdziwie ekskluzywny i ponadczasowo piękny.

Jan Ewoud Vos jest fotografem, filmowcem, podróżnikiem, koneserem sztuki. Przez lata pracował w luksusowej branży podróżniczej. W latach 1993-2000 był właścicielem John Foxx Images – jednej z wiodących agencji fotograficznych na świecie. Po jej sprzedaniu zainteresował się fotografią artystyczną, stworzył kolekcję własnych fotografii, które sam określa jako zainspirowaną koncepcją „prostego i cichego piękna” (można ją obejrzeć tu).  W pewnym momencie swego życia postanowił zrealizować swoje marzenie – zbudować od podstaw ekskluzywną markę perfumeryjną, która zaoferuje klientom nie tylko wyjątkowej jakości pachnidła, ale także coś więcej – kompleksowy produkt luksusowy na wzór wspaniałych perfum powstających w latach 20-tych i 30 -tych XX wieku. 

 jan-edwoud-vos2

Puredistance znajduje się pośród najbardziej luksusowych marek perfumeryjnych świata. Ta zlokalizowana w Holandii firma posiada obecnie w ofercie pięć pachnideł wyjątkowej jakości (Puredistance I (2007), Antonia, M (oba z 2010), Opardu (2012), Black (2013)) celujących w gusta najbardziej wymagającego i najbardziej zamożnego klienta. Zarówno w kwestiach perfum, jak i flakonów, opakowań i akcesoriów z nimi związanych (np. skórzane futerały na flakony, statywy czy ekskluzywne kryształowe kolumny wytwarzane ręcznie przez Swarovskiego) panuje w Puredistance zasada bezkompromisowej jakości, ale także minimalizmu. Jan Ewoud Vos hołduje bowiem zasadzie „less is more”. Stąd póki co zaledwie piątka pachnideł, z których najnowsze Black miało swoją premierę w listopadzie bieżącego roku, a także oryginalne flakony: proste i stylowo eleganckie. Same zapachy dalekie są jednak od prostoty. Czuć wyrafinowanie, bogactwo składników i klasyczność kompozycji. Wszystkie występują w jednej koncentracji – perfum (25%-32% ekstraktu).

puredistance mini bottles

Wspomniana wcześniej słabość Vousa do wielkich pachnideł ery Haute Parfumerie musiała prędzej czy później doprowadzić do jego spotkania z Roja Dove. W wyniku współpracy obu panów w 2010 roku powstał Puredistance M – zapach dedykowany mężczyznom, a stworzony przez Roja Dove właśnie. Ciekawostką jest, że M został skomponowany z myślą o twórcy marki Puredistance, który od 30-tu lat wierny jest jednemu zapachowi (Chanel Antaeus), a który chciał mieć alternatywę skrojoną wg swojego gustu. Podsunął więc Roja Dove inspiracje m.in. w postaci szarej skórzanej tapicerki Astona Martina, a także sylwetki Jamesa Bonda.

Puredistance_2009_H054

Na opakowaniu pod nazwą Puredistance M widnieje napis „A Master Perfume”. Testy, jakie przeprowadziłem na własnej skórze, pozwoliły mi skonfrontować z rzeczywistością tą sporo obiecującą, ale i mocno zobowiązującą frazę.

M  zbudowane są wg tradycyjnej konstrukcji szyprowej (bergamotka, labdanum, mech dębu). Intro jest bardzo znamienne dla gatunku chypreMieszanka wyraźnych cytrusówkwiatów i przypraw, które w tradycyjnych szyprach nieco rażą nutą „zmywacza do paznokci”, tu została przepięknie zrównoważona dając wspaniały magnetyczny wręcz efekt. Serce jest zaskakujące – przyprawowo-dymno-ziemiste. Kwartet cynamon-paczula-wetiwer-mech dębu gra tu przepięknymi konsonansami. Szczególnie mech dębu nadaje tej niesamowitej głębi, jaką miały niegdyś klasyczne pachnidła, zanim pojawiły się obostrzenia IFRA każące najpierw zminimalizować, a później całkowicie wyrugować całkowicie użycie ekstraktu Evernia prunastri w formule (niektóre zapachy nigdy się już nie podniosły – np. pierwszy i jedyny prawdziwy Heritage Guerlain). Ale wróćmy do M. Kwiaty tworzą tu raczej tło, współbrzmiący i wypełniający, zaokrąglający całość akord, bez wyraźnej nuty różanej czy jaśminowej. Baza nadchodzi leniwie, ale gdy już do niej dotrzemy, jest bardzo elegancka i głęboka. Nieco drzewna, przede wszystkim zaś balsamicznażywiczna i piżmowa

Choć M często kategoryzowany jest jako zapach skórzany, wg mnie to jednak pewne uproszczenie. Owszem, tworzy on wokół noszącego jakby skórzaną aurę, ale jest to raczej efekt osiągnięty przez synergię zastosowanych balsamicznych ingrediencji, aniżeli z premedytacją użyte typowo skórzane składniki jak np. smoła brzozowa czy syntetyczne imitatory woni wygarbowanej skóry czy zamszu. Zresztą bardzo podobny efekt Roja Dove osiągnął w Fetish Pour Homme Roja Parfums, tyle że M jest bardziej ułożony, wysmakowany, zniuansowany, wielowymiarowy i bardziej tradycyjnie szyprowy.

Puredistance big bottles

Puredistance M to perfumy, który dzięki nagromadzeniu doskonałych składników i mistrzowskiej formule mienią się różnymi odcieniami. Odnajdziemy tu zarówno aurę skórzaną, jak i wibrującą przyprawowość, odrobinę dymności, wreszcie akcenty drzewne i ziemiste oraz balsamiczne. A wszystko to urzeka swa naturalnością i wyrafinowaniem. M pachnie klasycznie i to jest jego wielki atut. Ale znów – podobnie jak w zapachach Roja Parfums – tak i tu nie ma mowy o nutach przebrzmiałych, rażących przesadną retro stylistyką. M to doskonała w każdym calu stylizacja stworzona wg najlepszych klasycznych wzorców przy użyciu doskonałej jakości składników (co czuć od początku do końca), ale jednocześnie to perfumy zdecydowanie współczesne, stworzone przy wykorzystaniu obecnie osiągalnych ingrediencji i z dbałością o aktualny sznyt i charakter.

Po wielokrotnych testach mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że pachną one jak – co najmniej – sto milionów dolarów. Emanują wyrafinowanym luksusem, ale jednocześnie absolutnie nie przytłaczają. Przeciwnie – fascynują zbalansowaniem i odurzają swym klasycznym pięknem. Warto wspomnieć, że perfumy te mają idealną, nienarzucająca się, ale wyczuwalną projekcję i doskonałą, ponad 24 godzinną trwałość (koncentracja pachnącego wkładu jest tu wysoka, bo aż 25%, więc wg klasycznych prawideł mamy tu do czynienie z czystymi perfumami, zwanymi czasem także ekstraktem). Jakość użytych tu ingrediencji nie pozostawią wątpliwości. Nie oszczędzano tu na niczym i mogę to z czystym sumieniem podkreślić. Także i opakowanie – doskonale wykończony, średnio ciężki, metalowy flakon w kształcie probówki, z nazwą nadrukowaną na znajdującym się pod masywną zatyczką pierścieniu oraz eleganckie, wykonane z bardzo grubej tektury pudełko, wręcz futerał, wyściełany miękkim materiałem, w którym – obok flakonu – znajdziemy certyfikat autentyczności z własnoręcznym podpisem Jana Ewouda Vosa. Wszystko to są znamiona autentycznego wysublimowanego luksusu. 

Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że Puredistance M to Mistrzowskie Perfumy. To nie tylko wspaniałe pachnidło z najwyższej półki, ale i prawdziwie luksusowy produkt podany w odpowiedniej do tego oprawie. Coś, co z dużą pewnością możemy znaleźć na tylnym siedzeniu Astona Martina, o ile będziemy mieli szansę kiedyś się tam znaleźć…  

 Puredistance M

nuty górne: bergamotka, cytryna

nuty środkowe: róża, jaśmin

nuty dolne: cynamon, paczula, mech, czystek, wetiwer, wanilia, piżmo, nuty skórzane

twórca: Roja Dove

rok wprowadzenia: 2010

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: dobra, wyraźna, komfortowa
  • trwałość: ponad 24 godz

Grossmith London – niezwykłe perfumy z niezwykłą historią (1)

Brytyjczycy nie są narodem, który kojarzy się nam w pierwszej, drugiej czy nawet trzeciej kolejności, gdy słyszymy słowo perfumy. Francuzi, Włosi – jak najbardziej, nawet Niemcy (głównie dzięki Eau de Cologne), ale gdzie tam Wyspiarzom do pachnących mikstur. Jednak gdy bardziej zainteresować się tematyką okazuje się, że Anglicy mają nie tylko kilka historycznych i wciąż aktywnych perfumowych marek (Truefitt & Hill, Yardley, Floris, Penhaligon’s, Atkinsons, Creed), ale mają także swoją długą perfumową tradycję sięgającą jeszcze pierwszej połowy XIX wieku, kiedy to wręcz konkurowali na tym polu z Francuzami!.

Jednym z najstarszych i najbardziej utytułowanych w tamtym czasie producentów pachnideł był John Grossmith. Stworzył on w 1825 roku w Londynie firmę zajmującą się wytwarzaniem perfum, mydeł i innych produktów toaletowych. Grossmith funkcjonowało jako firma rodzinna przez kolejne 100 lat i stało się wizytówką oraz chlubą brytyjskiej perfumerii, zdobywając uznanie na Wyspach, a także poza nimi. Bezcenne w tamtych czasach rekomendacje dworów królewskich Anglii, Grecji i Hiszpanii działały podobnie, jak współczesny endorsement z udziałem celebrytów. W latach 20-tych XX wieku firma znacząco podupadła – po śmierci dwóch członków rodziny będących szkolonymi w Grasse perfumiarzami. Własność firmy weszła w obce ręce, a w 1940 roku zniszczeniu uległa londyńska siedziba firmy. Nowym właścicielom nie udało się po wojnie odbudować renomy marki, ani rozwinąć biznesu. Na początku lat 80-tych firma zupełnie zaprzestała działalności, choć jeszcze w latach 70-tych siłą rozpędu sprzedawała najpopularniejsze perfumy Phul-Nana wraz z uzupełniającymi je kosmetykami.

grossmith classics

W 2009 wydarzyło się coś niezwykłego. Niejaki Simon Brooke badający drzewo genealogicznego swej rodziny odkrył, że jest praprawnukiem Johna Grossmitha. Podczas rozmowy na ten temat ze swym kuzynem, ten wręczył mu dwa zapisane notatniki – rękopisy receptur perfum i innych kosmetyków autorstwa Johna Lipscomba Grossmitha, syna założyciela i perfumiarza, który nauki fachu pobierał w Grasse. Simon udał się do niejakiego Roja Dove’a z zamiarem zainteresowania go tym odkryciem. Dove to człowiek instytucja, londyński pasjonat perfum, znawca historii perfum, autor książek, właściciel zupełnie niezwykłej perfumerii zlokalizowanej na ostatnim piętrze londyńskiego Harrodsa, wreszcie twórca własnej marki perfum. Oczywiście znał on dzieje marki Grossmith i bardzo podekscytowała go wizja przywrócenia jej do życia. Korzystając z szerokich znajomości w branży pomógł małżeństwu Brooke’ów w jak najwierniejszym odtworzeniu trzech najważniejszych historycznych pachnideł o egzotycznie brzmiących nazwach: Hasu-no-Hana, Phul-Nana i Shem-el-Nessim. W tym celu uruchomił współpracę ze znajdującą się w Grasse firmą Robertet – jednym z najbardziej znanych producentów naturalnych ingrediencji perfumowych oraz opartych kompozycji zapachowych. Tamtejsi perfumiarze z pietyzmem odtworzyli autentyczne receptury, bazując na dostarczonych rękopisach oraz będących w posiadaniu Simona wiekowych próbkach. Do pracy zaprzęgnięto najnowszą technologię – fotochromatograf, dokonujący molekularnej analizy próbek. Dość powiedzieć, że przedsięwzięcie reaktywacji marki i jej historycznych pachnideł zakończyło się sukcesem (spotkały się ze szczególnym zainteresowaniem wśród arystokratów i naftowych krezusów Zatoki Perskiej) i za pierwszymi trzema – nazwanymi Classic Collection – poszły kolejne dwa: Betrothal i Diamond Jubilee Bouquet (czyli Royal Collection, jako że pierwotnie były dedykowane Rodzinie Królewskiej). Jakby tego było mało Brookowie postanowili pójść za ciosem i zaprezentować zupełnie nowe kompozycje w serii Black Label Collection. Z pewnością nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Wiele marek perfumowych tworzy uwiarygodniające historie na temat ich rzekomego wielowiekowego i szlachetnego pochodzenia, ale Grossmith to stuprocentowy autentyk. Szczęściarze! Tę historię – tak niezwykłą, że aż nieprawdopodobną – w ogromnym skrócie przedstawia trzyczęściowy film Perfume zrealizowany ok. 2 lata temu przez BBC.

Dziś – dzięki uprzejmości perfumerii Quality Missala, która zapachy Grossmith ma od niedawna w swej ofercie – mogę podzielić się wrażeniami na ich temat.

Simon_and_Amanda_Brooke_of_Grossmith__credit_BBC_

Classic  Collection

Testowanie tych perfum to prawdziwa wycieczka w odległą przeszłość –  taki olfaktoryczny wehikuł czasu. Pod koniec XIX w. – gdy pierwotnie powstały – dominowały szypry. Wszystkie trzy pachnidła to właśnie kwiatowe szypry skonstruowane w bardzo podobny sposób – najpierw kosz pełen cytrusów, później kwiatowe bukiet w bardzo klasycznym wydaniu (kombinacje jaśminu, róży, ylang -ylang oraz irysa, a w przypadku Phul-Nana tuberozy i geranium), wreszcie drzewna baza (obowiązkowy mech dębu lub paczula, sandałowiec, czasem wetyweria i benzoes, a nawet wanilia). Nie znaczy to oczywiście, że zapachy są identyczne. Nie, choć trzeba powiedzieć, że klasyczna perfumeria nie miała zbyt szerokiego pola manewru. Stąd stylistka Classic Collection jest bardzo spójna. To perfumy zupełnie nie pasujące do współczesnych trendów. I takie właśnie miały być – na tym polega ich siła. Na potężnym ładunku sentymentu i melancholii oraz czysto klasycznego piękna. Jednocześnie w najlepszy możliwy sposób pokazują one, jak pachniały perfumy 100 lat temu.

Hasu-no-Hana wyróżnia piękne i świeże cytrusowe intro, subtelnie kwiatowe serce i ciepły, lekko suchy drzewny finisz z dominującym na tle mchu dębowego cedrem. Jest wzorcowym chypre. Phul-Nana z kolei ma pomarańczowe otwarcie i głośniejszy, głębszy, cieplejszy oraz nieco ziołowy charakter. W sercu dominuje geranium, z tuberozą i słodkim ylang-ylang w tle. Ze względu na subtelną ziołowość kompozycji, Phul-Nana uznawana jest za hybrydę chypre i fougere. Coś w tym faktycznie jest, bo w sercu zapach wyraźnie nawiązuje do najbardziej pierwotnej stylistyki aromatycznego fougere. Wreszcie Shem-el-Nessim, który to w tej kolekcji stanowi opcję orientalną, choć nie ma nic wspólnego ze współcześnie pojmowanymi zapachami orientalnymi. Rdzeniem tej kompozycji jest irys, a konkretnie esencja droższego od złota irysa florenckiego. To ona praktycznie od razu dociera do nozdrzy w towarzystwie klasycznego kwiatowego bukietu, którego jest dominantą. Zapach finiszuje miękko, ciepło i zmysłowo dzięki wanilii, piżmu i heliotropowi. 

Wszystkie trzy klasyki są zaskakująco dobrze wyważone i mimo wyraźnego retro charakteru nie przytłaczają, co jest z pewnością efektem zastosowania wysokiej jakości ingrediencji, z których słynie Robertet oraz perfumiarskiego kunsztu podporządkowanemu wizji możliwie najwierniejszego oddania historycznych pachnideł. Simon Brooke twierdzi, że naczelnym założeniem było właśnie możliwie jak najwierniejsze oddanie autentyków. Jeśli tak, to przyznam, że zapachy te są zdumiewająco ponadczasowe.

Wkrótce przybliżę duet Royal Collection oraz serię Black Label Collection.

grossmith classic collection

Hasu-no-Hana: bergamotka, gorzka pomarańcza, róża, jaśmin, ylang-ylang, irys, wetiwer, paczula, mech dębowy, drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, tonka

Phul-Nana: bergamotka, pomarańcza, neroli, geranium, tuberoza, ylang-ylang, paczula, benzoes syjamski, drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, opoponaks, fasola tonka, wanilia burbońska

Shem-el-Nessim: bergamotka, neroli, geranium, róża, jaśmin, ylang-ylang, irys (kosaciec), piżmo, paczula, drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, heliotrop, wanilia

cdn.

Lorenzo Villoresi – „Theseus”

Mający premierę w 2011 roku Theseus Lorenzo Villoresiego jest kolejnym dowodem na niepowtarzalny i bardzo indywidualny styl tego florenckiego perfumiarza. Urzeczony swego czasu jego pierwszą męską kompozycją Uomo (która ma już 19 lat!), utwierdzony w tym zachwycie przez kolejne poznawane przeze mnie pachnidła sympatycznego i utalentowanego Włocha (Incensi, Garofano, Wild Lavender, Musk, Patchouli, Vetiver, Piper Nigrum, Yerbamate) z radością sięgnąłem po próbkę Theseusa.

lorenzo villoresi

Theseus to, jak zwykle u Villoresiego, bardzo naturalny, aromatyczny, pełen szlachetnych i wonnych składników zapach. Co wyróżnia go od większości wcześniejszych kompozycji, to dość lekki – jak na standardy, do których ten perfumiarz nas przyzwyczaił – charakter. Jego pachnidłom nigdy nie brakuje mocy, projekcji czy trwałości. Mają też zwykle dosadny charakter. Na tym tle Theseus wypada dość subtelnie i delikatnie, co nie znaczy, że brakuje mu „parametrów”. Zarówno projekcja jaki i trwałość są na dobrym poziomie.

villoresi atelier

Kompozycja rozpoczyna się mieszanką nut cytrusowych i zielonych. Otwarcie jest naturalne i  odświeżające, a nawet nieco kolońskie. Mieszanka bergamotki i szałwii z pewnością odpowiada za ten początkowy – nieco także ziołowy – efekt. Już po pierwszych kilku minutach do moich nozdrzy dobiegają pierwsze molekuły zielono i jasno pachnącej wetywerii, która – jak się później okaże – jest jedną z najważniejszych ingrediencji Theseusa. Po czasie pojawia się wkomponowana w tło, minimalnie wyczuwalna paczula, które jak zwykle dodaje zapachowi elegancji oraz labdanum, które wygładza kompozycję, nadając jej ciepłej głębi i szlachetnego połysku (działa niczym lakier kładziony na drewno – konserwuje, pogłębia barwę i wygładza powierzchnię). Źródła wymieniają tu także składniki kwiatowe i przyprawowe, a nawet drewno agarowe (!). Cały ten spis uważam za mocno mylący. Natura Theseusa jest zupełnie inna niż można by sądzić po spisie składników. Dużo prostsza i zdecydowanie bardziej zielona. Im bliżej finiszu, tym – zaskakująco – Theseus staje się coraz bardziej wetiwerowy, finiszując na mojej skórze delikatną zielono-wetiwerową nutą subtelnie oplecioną ambrową aurą. 

wiosna

W Theseusie czuję wiosnę. Ten zapach pięknie wpisywałby się w pierwsze oznaki tej jakże zawsze wyczekiwanej pory roku. Ma on w sobie dość zielonej świeżości, by współgrać z budzącą się do życia naturą i jednocześnie tę odrobinę żywicznego ciepła, by ogrzać chłodne wczesnowiosenne wieczory. Theseus jest piękny w swym naturalnym, prostym i jednoznacznym przesłaniu. Mimo, że – śmiem twierdzić – perfumiarz tym razem z rozmysłem nie komplikował formuły, tworząc zapach uroczo łatwy i przyjemny, to jednak nie wyparłby się Theseusa – tak bardzo ten naznaczony jest jego stylem. Stylem pod którego urokiem pozostaję niezmiennie odkąd pierwszy raz zetknąłem się z perfumami marki Lorenzo Villoresi Firenze.

Parfum_Theseus_Lorenzo_Villoresi

Nuty głowy: cytrusy, świeże zielone nuty, bergamotka, czarny pieprz, szałwia, gałka muszkatołowa, odrobina kwiatowów

Nuty serca: kwiaty, irys, jaśmin, odrobina cenny drzew, paczula, wetiwer, czystek (labdanum)

Nuty bazy: skóra, wetyweria, paczula, drewno agarowe, tonka, ambra, piżmo

twórca: Lorenzo Villoresi

rok wprowadzenia: 2011

moja klasyfikacja: zielony, świeży, bardzo naturalnie pachnący uniseks na ciepłe pory roku

moja ocena:

  • zapach: dobry +
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 8 h

D.S. and DURGA (3) – „Freetrapper” i „Cowboy Grass”

Freetrapper – zapach bergamoty, drewna i …. bobra

Wg D.S. & Durga ta kompozycja osnuta została na kanwie dzikiej bergamoty, ciemnego cedru, syntetycznego kastoreum oraz niecodziennego składnika – esencji wydobytej z rośliny o tajemniczej nazwie  Snakeroot (Ageratina) – rośliny występującej w chłodniejszych regionach wschodnich USA.

Mimo intrygujących składników sam zapach początkowo nie zrobił na mnie wrażenia. Przy pierwszych kilku testach wydał mi się delikatny, dość subtelny, pozbawiony wyrazu. Nie wiedziałem, jak go „napocząć”, jak opisać słowami. Za każdym razem wymykał się moim myślom, moim skojarzeniom. Ot zwykły cytrusowo-drzewny szypr, do tego dziwnie słabo pachnący. Dopiero solidny, dość obfity test zmienił mój ogląd na Freetrapper i uruchomił ciąg myśli i skojarzeń. Ucieszony, że znalazłem klucz do tego dość minimalistycznego pachnidła usiadłem i wreszcie napisałem tę recenzję…  Pachnidło nabrało wyrazu, zaskakując soczystym, bardzo naturalnym, cytrusowym otwarciem, podczas którego praktycznie do razu poczułem drewniane tło. Cedrowa treść nabierała mocy wraz z upływem czasu, choć bergamota zdawała się z chwili na chwilę brzmieć donioślej. Zapach coraz bardziej intrygował, przypominając woń drewnianej, nielakierowanej kolby Winchestera zakonserwowanej specjalnym środkiem tzw. gunstock oil aromatyzowanym bergamotką. Broni, której mogli używać amerykańscy traperzy – przodkowie kowbojów – polując na bobry. Pozostawiali sobie ich ogony, a resztę zwierza dostarczali kapelusznikom, lekarzom i perfumiarzom. Zastosowane w składzie syntetyczne kastorem nie znalazło się tu więc przypadkiem i jest nawiązaniem do tematu zapachu. Podobnie jak cedr – symbol amerykańskiego lasu, który dla traperów był domem.

Miłośnicy takich klasycznych pachnideł jak Ungaro Pour L’Homme IIEau d’Hermes, w których cytrusy spotykają się ze składnikami odzwierzęcymi (cywet, kastoreum właśnie) oraz drewnianą bazą odnajdą w Freetrapper, jak sądzę, satysfakcję. Niestety baza zapachu jest najsłabszym jego punktem, a i projekcja już po upływie pierwszej godziny pozostawia sporo do życzenia. Przez to ten zapachowy portret trapera, mimo że obiecująco się zaczyna, szybko traci barwy i staje się mało wyraźny.

główne nuty:  dzika bergamota, Ageratina, kastoreum, ciemny cedr

moja klasyfikacja: subtelny męski szypr z drewnianą bazą, dla dojrzałych mężczyzn

ocena w skali 1-6: kompozycja: 3,5/ moc: 3,5/ trwałość: 4/ flakon:5

 

Cowboy Grass – wetiwerowe (?) arcydzieło

Ten zapach to perfumowa ciekawostka. Jeśli wierzyć informacjom zawartym na stronie D.S. & Durga kompozycja ta ma ziołowo-drzewny charakter i składa się głównie z amerykańskiej bylicy, białego tymianku oraz …. prosa rózgowatego (łac. Panicum virgatu), czyli rosnącej na preriowych terenach Ameryki Północnej trawy kwitnącej (co niejako wyjaśnia nazwę tego pachnidła). Z punktu widzenia czysto olfaktorycznego esencja z tego trawska pachnie do złudzenia podobnie do mojej ukochanej wetywerii. Stąd dla mnie Cowboy Grass to bardzo urokliwa, „leniwa”, skondensowana i dość intensywna interpretacja wetywerii doprawionej ziołami, głównie tymiankiem. Lekko brązowy, nieco fermentujący wetiwer dominuje zapach od początku do końca, choć zmienia subtelnie swoje oblicza od kręcącego w nozdrzach, intensywnego, wyraźnie ziołowego wstępu (wspomniany fantastyczny tymianek), poprzez delikatniejsze, nie tak agresywne, lekko jakby słone serce,  (skojarzenia z Sel Vetiver The Different Company są tu jak najbardziej na miejscu) aż po czysto już wetiwerową bazę, która siedzi na skórze wiele godzin.

Cowboy Grass to krewny legendarnego Fumidusa Profvmvm, choć zdecydowanie mniej dymny, lżejszy i bardziej „ściółkowy”. Nieco zbliżony także w klimacie i mocy do Sycomore z ekskluzywnej linii Chanela. Gdybym na moment zapomniał, jak pachnie wetiwer, opisałbym pewnie Cowboy Grass jako bardzo sugestywny zapach palonych jesienią liści (mimo że nutka dymna nie jest tu znacząca). Ta pełna nostalgii i tęsknoty za słonecznym latem woń sygnalizuje rychłe i nieodwołalne nadejście zimy.

Pięknie, ślicznie, poruszająco i bardzo sugestywnie pachnie Cowboy Grass… To w tej chwili jeden z najpiękniejszych wetiwerowców, jakie znam i kolejny dowód dla mnie samego na moje bezkresne zakochanie w wydobywanej z korzeni tego (lub podobnego) trawska woni. To także kompozycja bardzo wysokich lotów, bez kompleksów stojąca obok wielu znanych podobnych tematycznie pachnideł. Tę doskonałą całość dopełnia dobra projekcja i potężna trwałość (ponad 14 godzin!).

Cowboy Grass to – póki co – obok Burning Barbershop – moje ulubione pachnidło D.S. & Durga. A to przecież jeszcze nie koniec tej jakże fascynującej retro-amerykańskiej przygody…

główne nuty:  amerykańska bylica, kwitnący biały tymianek, proso rózgowe

moja klasyfikacja: genialna wetyweria z ziołowym „zakrętem”; dla obu płci; zapach niezmiernie elegancki i jednocześnie tajemniczy; kwintesencja perfumerii niszowej

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5,5/ moc: 4,5/ trwałość: 6/ flakon: 5

cdn.

D.S. and DURGA (2) – „Sir” i „Burning Barbershop”

Sir – szyprowa elegancja, szyk i dostojeństwo

Kompozycja utrzymana w tradycji szyprowej, klasycznie i bardzo męsko pachnąca, zbudowana na trzech akordach: cytrusowym (głowa), następującym po nim korzenno-drzewnym z dominująca paczulą i gałką muszkatołową (serce) oraz żywicznym – z wysuniętą na czoło ciepłą żywicą styrax (baza). Zapach od początku zwraca uwagę gęstością, intensywnością i rzadko spotykaną naturalnością. Jest w tym zapachu coś rustykalnego, surowego, nieokiełznanego. Początek – za sprawa współistnienia wszystkich składników w jednym czasie – pachnie bardzo winnie, a minimalnie zaznaczająca się paczula dodaje specyficznego, kamforowego charakteru. Ta paczula w sercu wysuwa się na pierwszy plan. Uzupełnia ją korzenna nuta gałki muszkatołowej. Wraz z nią w tle pojawia się żywiczny, ciepły akord, który buduje wielogodzinną bazę tych perfum, nabierając z czasem lekko skórzanego charakteru. Sir w sposób nieunikniony kojarzy mi się z klasykiem Gentleman od Givenchy, choć Sir ma bardziej surowy i mniej ugłaskany charakter. Pachnidło trwa na mojej skórze dobre osiem godzin, przy początkowo średniej, a później dość blisko skórnej projekcji, pozostawiając naprawdę dobre wrażenie. Jakoś tak kojarzy mi się z panem na fotografii…

główne nuty:  cytrusy, indonezyjska paczula, jaśmin wielokwiatowy, gałka muszkatołowa, styraks

moja klasyfikacja: męski, klasyzycujący, tradycyjny, bardzo naturalnie pachnący szypr z przewodnią nutą paczuli,

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 4,5/ flakon: 5

 

Burning Barbershop – oldskulowy fougere w wersji… spalonej

Ze względu na intrygującą nazwę, związaną z nią historię oraz wyrazistość i charakter zapachu, ma on wszelkie cechy kultowego niszowego bestsellera i ciekaw jestem, czy się nim stanie. Zacznijmy więc od owej historii. Otóż w 1891 roku w zakładzie fryzjerskim Curling Bros. w Westlake w Nowym Yorku wybuchł pożar. Po jego ugaszeniu w pogorzelisku znaleziono do połowy jeszcze pełną, okopconą butelkę z fryzjerskim specyfikiem. Jej zawartość pachniała właśnie tak, jak Burning Barbershop...

Rozpoczyna się słodko-dymnie, płoną balbierskie kosmetyki. Smoła brzozowa odciska wyraźne piętno. Z czasem dym uchodzi i pozostaje wciąż tlący się, gorący, wprowadzający powietrze w drganie flakon z balsamem po goleniu. Piękny, głęboki, aromatyczny akord łączący subtelną ziołowość lawendy ze słodkawym charakterem wanilii. I tak to trwa przez wiele kolejnych godzin…

Nazwa zapachu zawiera pewien klucz. W Stanach Zjednoczonych Ameryki tradycyjne męskie fougere, którego wzorcem jest nieśmiertelny Brut Faberge – określa się współcześnie jako zapach zakładu fryzjerskiego (amer. barbershop, czyli fryzjer-golarz). Tradycyjna mieszanka lawendy, kumaryny oraz mchu dębowego wzbogacona czasem kilkoma innymi składnikami stała się na przestrzeni dekad niemalże wzorcem męskiego pachnidła. Na stałe w męskiej pamięci zapisały się takie klasyki gatunku, jak Azzaro Pour Homme, Paco Rabanne Pour Homme czy polski specyfika o jakże sugestywnej nazwie – Brutal. Choć dziś wzorce obowiązują inne, to po klasyczne fougere wciąż sięgają rzesze mężczyzn przywiązanych do tradycyjnych kanonów męskości. Sam jestem wielbicielem tego gatunku, a w mojej kolekcji miejsce po wsze czasy zapewnione mają Rive Gauche Pour Homme YSL czy wspaniały Sartorial Penhaligon’s.

Burning Barbershop wyraźnie i z powodzeniem nawiązuje do klasyków gatunku, ale jednocześnie puszcza do nas oko. Jest bowiem jeden element, który wyróżnia pachnidło D.S. & Durga spośród wcześniej wymienionych. To korespondujący z nazwą i całą koncepcją tego zapachu efekt smolisto-dymny, uzyskany za pomocą smoły brzozowej. To akcent, który powoduje, że ten barbershop jest zdecydowanie burning, a ja do listy skojarzeń dopisuję znany z solidnego użycia smoły (choć w skórzanym kontekście) Lonestar Memories Andy Tauera. Oba zapachy wydają mi się podobne, przy czym Burning Barbershop jest jednak łagodniejszy i bardziej komfortowy w noszeniu. Reasumując – bardzo intrygujące i udane męskie pachnidło, przy tym mające solidna moc, konkretną projekcję i ponadprzeciętną trwałość.

główne nuty:  limonka, mięta, lawenda, wanilia, smoła brzozowa

moja klasyfikacja: supermęski, oparty na tradycyjnych wzorcach fougere z niecodzienna nutką spalenizny,

ocena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5