III Perfumowy Top Wszech Czasów wg Perfuforum.pl

perfuforum logo

Ten doroczny ranking stał się już chwalebną tradycją związanego z Perfumowym Blogiem forum Perfuforum.pl skupiającego entuzjastów perfum. Na moją prośbę Scorrpion – autor Perfumowego Topu Wszechczasów – zgodził się na publikację pierwszej dziesiątki rankingu na blogu, za co serdecznie mu dziękuję. Pozostałe 290 (!) miejsc można zobaczyć na forum pod TYM LINKIEM.

Zestawienie powstało na bazie ocen, jakich w skali 1-6 dokonali zarejestrowani użytkownicy forum od początku jego istnienia, czyli od 31.03.2011 roku. Ranking obejmuje pachnidła męskie i uniseks (tu głównie nisza) znajdujące się w bazie Perfuforum.pl.

A tak przedstawia się pierwsza dziesiątka:

10. Rasasi – La Yuqawam Pour Homme

Rasasi Yuqawam PH 2

9. Yves Saint Laurent – Opium Pour Homme

ysl-opium-ph

8. Amouage – Journey Man 

amouage-journey-man-

7. Olivier Durbano – Rock Crystal 

durbano-rock-crystal

6. Yves Saint Laurent – M7 

m7-m

5. Tom Ford – Oud Wood

tom-ford-oud-wood

4. Amouage – Jubilation XXV Man 

amouage-jubilation-man

3. Tom Ford – Tuscan Leather

tom-ford-tuscan-leather

2. Dior – Homme Parfum

dior-homme-parfum

1. Amouage – Interlude Man

amouage-interlude

W porównaniu z rankingiem z zeszłego roku aż siedem zapachów powtórzyło się w Top 10. Awansowały do tego zacnego grona trzy: YSL Opium PH (m. 9.), Rasasi La Yuqawam Pour Homme (m.10.) i Amouage Journey Man (m. 8.), „wyrzucając” poza dziesiątkę obecne w zeszłym roku Ambre Sultan Serge Lutens, Gucci Pour Homme i Tobacco Vanille Tom Ford. Olivier Durbano Rock Crystal zachował swoją 7. pozycję, M7 awansował z 9. na 6., Oud Wood awansował z 8. na 5., Amouage Jubilation Man spadł z 3. na 4., Tuscan Leather awansował z 6. na 3., a Dior Homme Parfum z 5. na 2.

Zwycięzca TOP Wszechczasów pozostał jednak ten sam:

Amouage Interlude Man!

W Top 10 mamy więc aż trzy zapachy Amouage, co nie powinno dziwić zważywszy na doskonałą jakość, jaką ta marka reprezentuje. Podobnie jest z Tomem Fordem – tu aż dwa pachnidła (a trzecie na 11 pozycji). Miłym zaskoczeniem są tak wysokie pozycje dwóch klasyków od YSL (w tym jeden powstały „za rządów” Toma Forda!). Innymi słowy, Tom Ford podzielił się z Christopherem Chongiem, gdyż każdy z nich odpowiada za trzy pozycje w Top 10. Cieszy stała obecność jedynego przedstawiciela niszy perfumowej w TOP 10 – Oliviera Durbano i jego Rock Crystal. Wysoka, bo aż 2, pozycja Dior Homme Parfum wskazuje, że forumowicze najwyżej cenią sobie właśnie tę najbardziej skoncentrowaną, głęboką i trwałą interpretację irysowo-pudrowo-skórzanego tematu Dior Homme. 10 lokata świetnego skądinąd pachnidła arabskiej marki Rasasi La Yuqawam Pour Homme może być zaskoczeniem tylko dla tych, którzy nie wiedzą, iż jest to de facto niemal kopia zajmującego 3 miejsce w rankingu Tuscan Leather Toma Forda. Niemal kopia, gdyż – jak twierdzą niektórzy – przerosła pierwowzór (z czym mogę się poniekąd zgodzić).

A oto jak w rankingu uplasowały się niektóre znane hity oraz pachnidła ponadczasowe:

Tom Ford – Tobacco Vanille – 11

Gucci – Pour Homme – 12

Olivier Durbano – Black Tourmaline  – 15

Dior – Homme – 20

Dior – Fahrenheit EDT – 22

Creed – Aventus – 24

Chanel – Platinum Egoiste – 27

Nasomatto – Black Afgano – 28

Hermes – Terre D’Hermes EDT – 29 

Ralph Lauren – Polo – 30 

Chanel – Egoiste – 33

Cacharel – Pour Homme – 39

Lalique – Encre Noire – 50 

Creed – Green Irish Tweed – 51

Chanel – Antaeus – 57

Cartier – Declaration – 58

Gucci – Pour Homme II – 62

Davidoff – Zino – 65

Givenchy – Gentleman – 67

Aramis – Aramis – 68

Kenzo – Pour Homme – 70

Gucci – Envy Men – 71

Chanel – Allure Homme Sport Cologne – 74

Dior – Eau Sauvage – 78

YSL –Kouros – 81

Chanel – Allure Homme Edition Blanche – 84

Guerlain – Vetiver – 90

Thierry Mugler – A*Men – 93

Guerlain – Habit Rouge – 95

Dior – Homme Sport – 97

Oscar de la Renta- Pour Lui – 116

Dolce & Gabbana – Pour Homme – 122 

Chanel – Allure Homme Sport – 134

Creed – Original Santal – 151

Adidas – Active Bodies – 156

Chanel – Allure Pour Homme – 164

Creed – Millesime Imperial – 172

Calvin Klein – CK One – 174

Jean Paul Gaultier – Le Male – 178

Guy Laroche – Drakkar Noir – 179

Hugo Boss – Bottled – 185

Guerlain – L’Homme Ideal – 190

YSL – L’Homme – 197

JOOP! – Homme – 203

Versace – Dreamer – 204

Giorgio Armani – Code – 221

Davidoff – Cool Water – 239

Chanel – Bleu de Chanel EDT – 246

Abercormbie&Fitch – Fierce – 247

Calvin Klein – Eternity for Men – 252

Amouage – Gold Man – 260

Geoffrey Beene – Grey Flannel – 267

Paco Rabanne – 1 Million – 275

Dior – Sauvage – 288

Paco Rabanne – Invictus – 297

L’Envol de Cartier – zapach ambrozji

Zaprezentowany publiczności latem tego roku L’Envol de Cartier, najnowszy męski zapach Cartiera, był dla mnie – obok nowej męskiej Prady L’Homme oraz Lalique L’Insoumis – jedną z najbardziej wyczekiwanych mainstreamowych premier tego roku. Już dziś mam ogromną przyjemność przedstawić go na łamach mojego bloga.

 

Inspiracja

Autorka perfum, Mathilde Laurent, ujawniła, że inspiracją dla ich powstania była ambrozja – mityczny nektar bogów zapewniający im nieśmiertelność. Perfumiarka chciała też, by było to pachnidło lekkie i świeże, ale jednocześnie ciepłe i komfortowe. Po wielokrotnym już przetestowaniu L’Envol muszę przyznać, że założenia te udało się zrealizować wprost perfekcyjnie. Zapach jest dokładnie taki, jaki miał być…

mathilde-laurent-20162

Zapach

L’Envol – oparty na kontraście pomiędzy lekko zieloną świeżością a subtelnie kulinarną, lekko słodką i drzewną zmysłowością – stanowi aromat z jednej strony jakby znajomy, z drugiej – nowatorski. Nawet jeżeli spotkałem się już z perfumami utrzymanymi w podobnej stylistyce, to z pewnością po raz pierwszy wącham aromat, w którym taki efekt osiągnięto przy użyciu takich, a nie innych środków.

Zapach wita nas nutą irysa daleką wszakże od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Irys jest tu lekki, świeży, ulotny, pozbawiony swej naturalnej ziemistości i drzewności. Tak jakby w formule użyto tylko pewnej – tej świeżej – części zapachowego widma irysowej esencji. W tle czuć nutę zieloną, przypominającą liść fiołkowa. Niemal od początku czuję także bardzo sugestywny aromat miodu. Zapach osadzony jest na niezawodnej paczuli, która przydaje mu „ciała” i zmysłowej drzewności, przedłużonej jakże licującym z nutą miodową gwajakiem. Piżma utrwalają, pogłębiają i zaokrąglają bardzo przyjemnie pachnącą całość. L’Envol jest zapachem niemal linearnym, zmienia się w czasie bardzo minimalnie, tracąc bardzo powoli na swej początkowej irysowo-zielonej świeżości (irys przyznam odzywa się całkiem długo) i stając się z czasem bardziej ciepły i słodkawo-drzewny.

cartier-2-lenvol

L’Envol – zakategoryzowany przez producenta jako eau de parfum – miał być wedle założenia twórców zapachem subtelnym. Faktycznie trzyma się raczej blisko skóry. Nie promieniuje na otoczenie, raczej otula noszącego komfortowym aromatem, wyczuwalnym jednak całkiem wyraźnie przez wiele godzin. Oczywiście jego wyczuwalność możemy regulować aplikowaną na skórę ilością. Co ważne, niezależnie od użytej ilości L’Envol siedzi na skórze całkiem długo – na jego trwałość nie można więc narzekać.

Marketing

Oglądając materiały promujące L’Envol – piękne fotografie i – w szczególności – film – nie sposób oprzeć się wrażeniu, że marketingowy team Cartiera wzoruje się na Hermesie, próbując mu dorównać. Robi to z naprawdę dobrym skutkiem.

cartier-lenvol-2

Flakon

W przypadku L’Envol nie można pominąć flakonu. Jego opisanie może okazać się nawet większym wyzwaniem niż scharakteryzowanie samego zapachu. Na szczęście w sukurs idą wspominanie fotografie, które dają niezłe pojęcie o oryginalności designu butli. Ta składa się z dwóch części – szklanej kapsuły, w której znajduje się ciecz w kolorze miodu oraz otaczającej ją, wykonanej z tworzywa sztucznego, kopuły, którą ja określam jako klosz, gdyż mnie całość kojarzy się z pomarańczową żarówką umieszczona w przeźroczystym kloszu, ale chyba nie takie były zamierzenia projektantów…

Trzeba jednak przyznać, że jest to design niezwykły i nie mający chyba precedensu w świecie perfum. Przy odrobinie odwagi i manualnej sprawności oraz siły i znajomości sposobu, można odkręcić kapsułę (która de facto jest wymiennym wkładem) i zabrać ją ze sobą do podróżnej walizki. Jednak dla zachowania stabilność flakonu na półce konieczne jest ponowne połączenie kapsuły z kloszem. Możliwość wymiany wkładu nawiązuje do designu pierwszych flakonów Cartiera (zapachów Must i Santos). Atomizer ukryty jest w sporych rozmiarów nagwintowanej zakrętce, zespolonej z górną, metalową częścią flakonu. By go osłonić, wystarczy delikatny ruch zakrętką w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara (rozwiązanie znane z flakonu Terre D’Hermes). Nakrętka posiada wygrawerowany słynny motyw Cartiera wykonany w technice guilloche (rytownictwo).

Całość…

… stanowi naprawdę świetnie wykonany produkt, którego kreatywność zawiera się nie tylko we flakonie, ale także i w niezwykłym zapachu skomponowanym przez Mathilde Laurent. L’Envol de Cartier praktycznie nie może się nie spodobać, jest natychmiastowo przyjazny, zawiera wyłącznie przyjemne dla nosa nuty ułożone wszakże w intrygującą i oryginalną całość. Tak rzeczywiście mogłaby pachnieć ambrozja – świeżo, żywo, ciepło, smakowicie i zmysłowo. Jestem pewien, że L’Envol jest początkiem, pierwszy rozdziałem dłuższej zapachowej opowieści Cartiera i Mathilde Laurent, na której kolejne części nie będziemy musieli długo czekać…

cartier-lenvol

główne nuty: irys, miód,  gwajak, paczula, piżmo

perfumiarka: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 4,5/ oryginalność: 5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Cartier Declaration Fraiche

Tegoroczna świeża wersja klasyka Declaration z 1998 jest kolejną po wycofanej z oferty bardzo dobrej cytrynowo-imbirowej Declaration Cologne z 2010 oraz zeszłorocznej, także wartej uwagi, grejpfrutowej Declaration L’Eau.  Ze wszystkich świeżych wersji Fraiche zdecydowanie najbliżej jest do wersji pierwotnej, mimo jej mniejszej złożoności i bardziej transparentnej natury. Choć oficjalny, bardzo zresztą lakoniczny, spis nut tego nie podaje, obok sygnaturowego akordu „deklaracyjnego” (tu naprawdę bardzo bliskiego oryginałowi) znajdziemy mentol odpowiedzialny za świeżą i orzeźwiającą cześć zapachu. Nuta miętowa, którą Mathilde Laurent swego czasu w bardzo wyraźny sposób użyła w Cartier Roadster (2008), tu jest niemal równie prominentna – oczywiście głównie w początkowej fazie zapachu – do tego stopnia, że jej chłodzący efekt odczuwalny jest na skórze. Oficjalne zapowiedzi Cartiera dotyczące Fraiche zawierały zresztą obietnicę tzw. „cooling effect on the skin” i śpieszę potwierdzić, że jest to faktem.

Mathilde Laurent 2016
Mathilde Laurent

Fraiche pachnie więc jak lekko słodkawa wersja Declaration, pozbawiona kminu, za to zasypana świeżymi listkami mięty. Tym razem – w przeciwieństwie do zeszłorocznej L’Eau – lepsza jest trwałość zapachu, a jego projekcja także nie zostawia wiele do życzenia, choć jest oczywiście – jak sądzę – w zamierzony sposób delikatniejsza od klasyka. Nie sposób nie zauważyć lekkości i jednocześnie konsekwentnej „obecności” tego zapachu oraz jego minimalizmu, który jest cechą charakterystyczną wielu dzieł Laurent, co zbliża ją stylistycznie do Jean-Claude’a Elleny.

Cóż można więcej napisać o tym pachnidle? Jego centrum pozostaje sygnaturowy akord Declaration skomponowany niemal 20 lat temu przez Jean-Claude’a Ellenę, obecnie już niemal emerytowanego perfumiarza domu Hermes. Tym zapachem Ellena zapowiedział kierunek, w jakim podążał przez kolejne lata swej twórczości. Ta wibrująca, skrząca się, srebrzysta cytrusowo-przyprawowo-drzewna, natychmiast rozpoznawalna woń już zapisała się w historii perfumerii i z pewnością przyczyniła się do powstania Terre d’Hermes – jednego z najważniejszych męskich pachnideł XXI wieku. Podtrzymywanie zainteresowania Declaration poprzez wprowadzanie kolejnych wariacji na jej temat nie jest niczym nadzwyczajnym. To normalna praktyka na perfumeryjnym rynku. Nie mam w tym nic zdrożnego, o ile tylko kolejne wersje trzymają poziom i przyciągają interesującą interpretacją tematu, a tak – dzięki talentowi Mathilde Laurent oraz jej ogromnemu szacunkowi do dzieła Jean-Claude’a Elleny i jego samego jako artysty – jest w przypadku kolejnych wcieleń Declaration, także i tego najnowszego.

Declaration-Fraiche-Cartier-2016

główne nuty: bergamotka, cytrusy, kardamon, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Cartier „Declaration d’Un Soir Intense”, „Pasha Edition Noire”, „Eau de Cartier Essence de Bois”

© Gerard Uferas Mathilde Laurent 31_01_14 Fondation Cartier Paris

Mathilde Laurent przyznaje, że jest zwolenniczką krótkich formuł zapachowych, i że jej praca kompozycyjna zwykle polega na wybraniu trzech wyrazistych składników i stworzeniu pomiędzy nimi harmonii przy pomocy innych ingrediencji, a także ich wzajemnych proporcji.

„Często powtarzam, że w perfumerii mniej znaczy więcej. Jest niezwykle łatwo dodawać kolejne składniki, ponieważ na końcu i tak będziesz miał rodzaj harmonii wynikającej z ilości. Podobnie jest, gdy patrzysz z daleka na tłum ludzi. Nie widzisz nikogo naprawdę wyraźnie. Masz wręcz wrażenie, że wszyscy są do siebie podobni. Gdy jednak podchodzisz bliżej, widzisz różnych ludzi, różne osobowości. Dla mnie złożona formuła jest właśnie jak ten tłum. Wydaje się być harmonijna. W perfumerii dużo trudniej jest stworzyć harmonię pomiędzy dwoma, trzema czy nawet dziesięcioma składnikami, z których każdy gra jakąś istotną rolę. W ten sposób otrzymujesz coś osobistego i innego. Gdy tworzysz tłum, staje się on podobny do każdego innego tłumu. To jest to, co obecnie często widzimy na rynku perfum: tłumy w butelkach. Wszystkie one są mniej więcej takie same”. (fragment wywiadu, którego Mathilde udzieliła niedawno blogerowi Dariushowi Alavi Persolaise.blogspot.com)

Ta utalentowana perfumiarka, absolwentka elitarnej paryskiej szkoły perfumiarskiej ISIPCA, która po jej zakończeniu przez 11 lat pracowała w Guerlain tworząc dla tej marki takie pachnidła, jak Guet-Apens, No.68, Pamplelune z cyklu Aqua Allegoria czy Shalimar Eau Legere. Od 2005 roku zasiada w fotelu ekskluzywnego perfumiarza Cartier, gdzie początkowo odpowiedzialna była za komponowanie perfum na zamówienie (bespoke perfumes), ale dość szybko zajęła się także rozwojem całej perfumowej oferty tej marki. Jak sama deklaruje, tworzy około 10 nowych pachnideł każdego roku. To sporo. Oczywiście pracuje nad nimi równolegle, gdyż na stworzenie perfum potrzeba jej mniej więcej 12 miesięcy. Obok zupełnie nowych pachnideł (np. świetne szyprowe La Panthere z 2014 roku) Laurent regularnie rozbudowuje ekskluzywną, butikową linię Les Heures de Parfum (niestety bardzo trudno dostępną) oraz tworzy nowe wariacje na temat znanych zapachowych linii tej szacownej marki np. Eau de Cartier, Declaration czy Pasha. Dziś krótkie recenzje kilku z nowszych dzieł Laurent.

 

Declaration d’Un Soir Intense

Declaration d’Un Soir Intense jest, jak się łatwo domyśleć, intensywniejszą wersją protoplasty z 2012 roku, którego opisywałem tu. Różnice pomiędzy obiema wersjami nie są może porażająco wielkie, ale jednak całkiem wyczuwalne, szczególnie w pierwszych fazach obu zapachów (w bazie pachną praktycznie tak samo). Przede wszystkim z zapachowego spektrum zniknął kardamon oraz kmin – oba obecne w d’Un Soir i będące elementami łączącymi dzieło Laurent z pierwszą klasyczną Declaration Jean-Claude’a Elleny, w której oba te składniki grają absolutnie kluczową rolę, a które stanowią również o oryginalności sygnaturowego, przyprawowo-różano-drzewnego, a w praktyce niemal owocowo-różanego akord d’Un Soir. Gdy więc chodzi o przyprawową stronę Intense, zachowany został jedynie różowy pieprz w otwarciu, do którego dokooptowano jeszcze czarny, oraz gałka muszkatołowa w sercu. Stąd wspomniany przyprawowo-różano-drzewny akord D’Un Soir tutaj jest zdecydowanie bardziej skoncentrowany na róży i jej cudnym współistnieniu z esencją z drewna sandałowego.

Reasumując, tworząc Intense perfumiarka ewidentnie przykręciła potencjometr z napisem „przyprawy”, podkręciła natomiast ten z napisem „drzewa” oraz ten z napisem „róża”. Efekt to rzeczywiście ni mniej ni więcej tylko intensywniejsza wersja pierwowzoru z owszem nieco inną ornamentyką. To piękne, gęste, zmysłowe, różano-drzewne pachnidło, które świetnie zagra także na kobiecej skórze. Ma moim zdaniem charakter uniseksu jeszcze bardziej, niż wersja poprzednia. Mam też wrażenie, że wszystkie te zabiegi jeszcze bardziej zbliżyły d’Un Soir Intense do fenomenalnego Portrait of a Lady Frederica Malle i Dominique’a Ropiona. Często w takich sytuacjach zastanawiam się, która wersja bardziej mi przypada do gustu. Mimo całej niewątpliwej urody Intense, ja jednak wybieram d’Un Soir bez tego dopisku – za ten dodatkowy kardamonowo-kminowy akord.

declaration dunsoir intense

nuty głowy: czarny i różowy pieprz

nuty serca: róża, gałka muszkatołowa

nuty głębi: drewno sandałowe, piżmo

twórca: Mathilde Laurent

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Pasha Edition Noire

Oryginalną Pasha de Cartier zapamiętałem jako raczej nudny i sztampowy, choć pachnący naturalnie, typowy dla perfumerii z przełomu lat 80-90 zapach aromatyczno-zielony z wyraźną nutą mięty na wstępie oraz sporą dawką charakterystycznego kminu. Edition Noire jako „zniewalająca reinterpretacja” tematu z 2013 roku niestety także mnie nie zachwyciło, mimo że przecież podjęła się jej Laurent, której perfumowe zdolności oceniam bardzo wysoko. Dużo lepiej wychodzą jej jednak wariacje nt. Declaration czy Eau de Cartier. W tym przypadku mam wrażenie, że perfumiarka potraktowała protoplastę zapachu Jacquesa Cavalliera zbyt zachowawczo i niejako przetłumaczyła te woń na współczesny język, przy użyciu obecnie dostępnych i – uwaga – modnych i skrajnie syntetycznych środków wyrazu. Stąd Edition Noire, które otwiera się nutą rozgrzanego plastiku, przechodzi przez fazę zielono-ziołową, by skończyć na bardzo współczesnym, ale i o kilka lat spóźnionym akordzie ambrowo-drzewnym (nota bene całkiem ładnym, bardzo męskim i trwałym), robi na mnie wrażenie wyraźnego ukłonu Cartiera do mało wymagającej i raczej nie szukającej oryginalnego piękna klienteli, której znudziły się współczesne wynalazki opatrzone logo Hugo Boss, Paco Rabanne czy Davidoff. Ogólnie jest to bardzo poprawny i mainstreamowy męski zapach.

pasha cartier noire

główne nuty: cytrusy, nuty zielone, drzewna ambra, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

zapach: **/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Eau de Cartier Essence de Bois

Mathilde Laurent przyznaje, że gdy pracuje nad kolejnymi edycjami limitowanymi Eau de Cartier, na swój perfumiarski sposób „zanurza” w klasycznej Eau de Cartier pojedyncze składniki i czeka na efekt. W podobny sposób „zanurzyła” w tej wodzie oud, który – jak sama deklaruje – nie jest naturalnym oudem, a tylko jego perfumiarską rekonstrukcją. Efekt tej próby to Essence de Bois. To rzadki, o ile w ogóle nie jedyny przykład zapachu lekkiego, świeżego i ulotnego z wyczuwalną nutą oudu. Od kiedy pierwszy raz testowałem Essence de Bois wiem, że ta drzewna nuta, wyczuwalna praktycznie od razu po aplikacji zapachu, kojarzy mi się nieodparcie z M7 YSL. Stąd Essence de Bois to dla mnie takie nieistniejące przecież „w realu” M7 Cologne lub M7 L’Eau… 🙂 Ale nie tylko nuta oudu buduję tę ulotną woń. W początkowej fazie wyczuć można bardzo delikatne cytrusy i nuty zielone. Jednak trwają one krótko, a akord oudowy bardzo szybko daje o sobie znać i pozostaje na skórze do końca. Jak chyba każda woda z cyklu Eau de Cartier także i ta, mimo drzewnej bazy, pozostaje na skórze bardzo krótko, na poziomie wody kolońskiej, a jej moc jest bardzo niewielka. Ot drzewna, oudowa kolońska do użycia po wieczornym lub porannym prysznicu. Jej zaletą jest odmienność.

Eau-de-Cartier--Essence-de-Bois

nuty głowy: bergamotka, yuzu, liście fiołka

nuty serca: lawenda, liście fiołka

nuty głębi: oud, paczula, ambra

twórca: Mathilde Laurent

rok wprowadzenia: 2012

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: **/ projekcja: **

Letnie orzeźwienie (1) – Cartier „Declaration L’Eau”

Declaration L’Eau to nie pierwsza już próba nadania przyprawowo-drzewnemu klasykowi Jean-Claude’a Elleny bardziej rześkiego, letniego, kolońskiego oblicza. W 2010 roku marka zaprezentowała bowiem wersję Cologne. O ile jednak tamta zdominowana była przez słodko-cytrusową mieszankę cytryny, imbiru oraz kardamonu i pachniała – jak na zapach koloński – w dość kompleksowy sposób, o tyle w L’Eau perfumiarka Mathilde Laurent postawiła na gorzkawą rześkość i prostotę oraz na składnik, któremu już kiedyś poświeciła pewien zapach, stworzony jeszcze w czasach, gdy pracowała w Guerlain… Sygnaturowy akord „deklaracyjny” – tu w formie szczątkowej (ale nie na tyle, by stać się nierozpoznawalnym) – perfumiarka połączyła bowiem z orzeźwiającą nutą różowego grejpfruta, w wyniku tego powstało coś na kształt skrzyżowania Cartier Declaration z … Aqua Allegoria Pamplelune Guerlain (1999). Jakby tego było mało, całość pachnie w sposób kojarzący się z Terre d’Hermes Eau Tres Fraiche i ogrodową serią Hermesa.

grapefruit

Dodanie grejpfruta wyszło zapachowi zdecydowanie na „świeże zdrowie”, gdyż L’Eau jest wyjątkowo rześkie i odświeżające, lekkie, a przy tym całkiem donośne, gdy odpowiednio obficie użyte (przynajmniej przez pierwsze dwa – trzy kwadranse). Zapach ma ewidentnie krótką i bardzo przejrzystą formułę, co nie znaczy, że brak mu urody. Wprost przeciwnie uważam, że przewyższa nią wspomniane (i wszystko na to wskazuje, że wycofanej z oferty) Declaration Cologne. Jedyne, na co można tu narzekać, to niezbyt dobra trwałość, ale to cecha zdeterminowana przez taki a nie inny charakter tego pachnidła.

Reasumując Declaration L’Eau to nie tylko świeża, letnie wersja klasyka, ale przede wszystkim śliczny, oryginalny, orzęźwiający i zdecydowanie uniseksowy zapach koloński. Doskonały na obecną aurę!

cartier declaration eau

główne nuty: różowy grejpfrut, różowy pieprz, cedr

twórca: Mathilde Laurent

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Róża, męska rzecz…? (2)

Etat Libre d’Orange – Rossy de PalmaEau de Protection – różany tatuaż

Etienne de Swardt – twórca i właściciel Etat Libre d’Orange (szerzej o tej marce i jej niezwykłych zapachach będę z pewnością pisał na blogu za jakiś czas) – pokusił się o stworzenie czegoś, co w tzw. światku niszowych perfum jest praktycznie niespotykane, zaś w tzw. mainstreamie wręcz nadużywane. Celebrity scent. Zapach firmowany nazwiskiem znanej osoby. Z tym, że w przypadku ELdO – który dotąd „wydał” dwa, no powiedzmy że trzy, takie pachnidła – odbywa się to na nieco innych zasadach. Gwiazda faktycznie współpracuje przy rozwoju kompozycji pamiętając, że mają to być perfumy jej dedykowane i przez nią noszone, a więc faktycznie odpowiadające jej gustom. Tak było w przypadku wspaniałego Like This dla Tildy Swinton, The Afternoon of a Faun współtworzonej przez Justin Vivian Bond, a także w przypadku Rossy de Palma i Eau de Protection.

rossydepalma

Eau de Protection to różany zapach XXI wieku. Ze względu na połączenie z pieprzem i imbirem całkiem nieodległy od opisywanego przeze mnie poprzednio Rose Poivree The Different Company, jednak mniej gęsty, nie tak miodowy, ani ciepły. Za to nieco jaśniejszy, lżejszy i świeższy, ale wciąż orientalny. Zaskakuje połączeniem róży z żywiczną (benzoes, kadzidło) i nieco gorzkawą (kakao) bazą oraz niepodzielnym panowaniem królowej kwiatów od pierwszych sekund aż do ostatniego tchnienia zapachu na skórze. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udało się duetowi perfumiarzy Antoine Lie (o którym ostatnio znowu głośno ze względu na udział w awangardowym projekcie perfumowym Nu_be) i Antoine Maisondieu tak utrwalić różaną nutę… Eau de Protection jest zapachem niemal liniowym, nie wykazującym wyraźnej ewolucji. Ma pachnieć przede wszystkim różą i tak pachnie. Współczesny charakter zapachu czyni go różanym uniseksem. Uważam, że mężczyźni lubujący się w róży, powinni koniecznie go przetestować. Moim zdaniem, jest bardziej interesujący niż świetne skądinąd Lumiere Noire Francisa Kurkdjiana czy wspomniane Rose Poivree TDC. Jest coś żywego, wibrującego i fascynującego w sposobie, w jaki panowie połączyli poszczególne molekuły w całość. Świetne i naprawdę godne polecenia perfumy. Poza tym nienachalnie, ale dobrze projektujące i nieprawdopodobnie trwałe.

EAU DE PROTECTION CMJN

główne składniki: imbir, czarny pieprz, bergamotka, róża bułgarska, jaśmin, benzoes, paczula, kadzidło, kakao

rok premiery: 2009

autor: Antoine Lie/ Antoine Maisondieu

Le Labo Rose 31 – drewniana róża

Pozwolę sobie zacząć od wysokiego C. Rose 31 to fenomenalne pachnidło. Być może nawet najlepszy zapach różany z dotąd przeze mnie opisanych (nie licząc Lyric Man Amouage, którego pierwsza pozycja w moim różanym rankingu pozostaje niezachwiana). Jak zwykle w przypadku Le Labo tajemnica piękna tkwi w doskonałej jakości składnikach, innowacyjnym ich zestawieniu oraz mistrzowskiej formule. Ach, byłbym zapomniał… Otóż nie wyłącznie o różę tu tak naprawdę chodzi (ale czy kogoś to w przypadku tej marki dziwi?), mimo że – owszem – jest ona całkiem wyczuwalna. Przede wszystkim bowiem Rose 31 to nuty drzewne/drewniane – głównie cedr (paradoksalnie bardzo wyczuwalny na samym początku!) – oraz, co dotarło do mnie dopiero niedawno – wyraźna nuta wetiweru. Mam wrażenie, że to właśnie tercet róża-cedr-wetiwer stanowią trzon tej kompozycji.

dahne bugey 3

Nie znam – szczerze mówiąc – innych perfum,  które pachniałyby podobnie. Róża była dla cudownej Daphne Bugey – jak sądzę – zaledwie pretekstem do użycia 30 innych ingrediencji celem wprowadzenia użytkownika w stan radosnej konfuzji oraz kompletnego zauroczenia. Rose 31 to zdecydowanie najbardziej męska ze znanych mi róż, co oczywiście wynika z mocnego drzewnego kontekstu (zresztą takie było założenie twórców – podarować mężczyznom stricte kobiecą dotąd różę z Grasse). Poza cedrem – dla podkreślenia drzewnej natury zapachu – użyto oudu i gwajaka. Różanemu absolutowi oraz esencji z róży towarzyszy dobrze komponujący się z nimi kmin. Co bardzo istotne – głębi i „ciała” oraz zmysłowości dodaje zapachowi labdanum sparowane z niewyczuwalnym wszakże kadzidłem olibanum. Wszystko to perfumiarka powiązała piżmem. Efekt jest ni mniej ni więcej tylko doskonały. Zapach wskoczył na moją listę must have już jakiś czas temu (w recenzji bazuję na firmowej próbce). Niestety jego dostępność Polsce jest zerowa. Sklepu Le Labo nie doczekamy się w naszym kraju pewnie nigdy, więc pozostaje szukać go za granicą, także wirtualnie…

le labo rose

główne składniki: absolut róży, olejek różany, kmin, olibanum, cedr, czystek, gwajak, piżmo, oud, wetiwer

rok premiery: 2006

autor: Daphne Bugey

Cartier – Declaration d’Un Soir – nocna deklaracja

Na szczęście mężczyźni lubiący nutę róży w perfumach nie muszą już dłużej szukać. Zadbała o to Mathilde Laurent – in house perfumer firmy Cartier. Najnowsze wcielenie legendarnej męskiej Declaration to niebagatelny zapach z piękną różą w centrum. Choć Laurent terminowała całkiem długo u samego Jean-Paula Guerlaina, w jej pefumiarskim stylu wyczuwam jednak wyraźną fascynacje działami Jean-Claude’a Elleny (np. w cudnym Declaration Cologne czy damskim Cartier de Lune). Także nad Declaration d’Un Soir unosi się – mam wrażenie – duch tej fascynacji. Kompozycja jawi mi się jako skrzyżowanie świeżości i chłodnej, wibrującej kardamonem przyprawowości genialnego protoplasty z zieloną wilgotnością Rose Ikebana Hermesa. No, ale dosyć już tych skojarzeń…

mathilde-laurent_m

Declaration d’Un Soir rozpoczyna się pełnym wigoru akordem, w którym wyróżniają się nuty chłodnych przypraw oraz zielono i soczyście pachnąca róża. Róża jest tu nieco wilgotna, zielona, nieco mszysta, pikantna gałką i pieprzem, a do tego przyprawiona „na chłodno” kardamonem. Zapach ma jakby mentolową aurę. W pewnym momencie mam wręcz pewność użycia paczuli, choć nie jest ona wymieniana  w składzie. Być może to złudzenie, za które odpowiadają inne ingrediencje. Z czasem róża przejmuje dowodzenie, zapach nabiera ciepła i zmysłowości dzięki podbudowaniu drewnem sandałowym. W żadnym momencie jednak nie pachnie ciężko, orientalnie czy przytłaczająco. Nie – raczej lekko i świeżo. Męsko. Nie zaskakuje żadnymi woltami, przeobrażeniami. Trwa na mojej skórze dobre 8 godzin, po czym cichnie.

Najmłodsze dziecko Cartiera i Mathilde Laurent to bardzo udane i niebanalne perfumy dla współczesnego mężczyzny, mieszczące się w eleganckim stylu tej szacownej marki, a jednocześnie tak bardzo inne od niemal wszystkiego, co dziś mainstream proponuje panom. Ze względu na świeży i transparentny charakter, doskonale sprawdzą się w letnie dni.

Perfumowa oferta Cartiera poszerzyła więc się o kolejne świetne męskie pachnidło. To cieszy i szkoda, że ta marka to na perfumowym rynku – obok Lalique’a – jedna z najbardziej niedocenianych. Całkiem, a nawet bardzo niesłusznie… A może to i lepiej, że nie działa na zapachowe gusta mas?

declaration dun soir

główne składniki: kardamon, kmin, czarny pieprz, róża, gałka muszkatołowa, drewno sandałowe

rok premiery: 2012

autor: Mathilde Laurent

Cartier „Santos de Cartier”

Moja znajomość najważniejszych pachnideł lat 80-tych XX wieku, okresu barokowego wręcz przepychu olfaktorycznego, dla jednych złotej ery perfumerii, dla innych czasu, w którym powstawały prawdziwe perfumowe „potwory”, nie byłaby wystarczająca, gdybym nie poznał jednego z legendarnych pachnideł tamtego czasu – Santosa Cartiera. W końcu, ku mej uciesze, pojawiła się taka możliwość. Zaznaczyć jednak muszę, że egzemplarz, który testowałem, nosi wszelkie znamiona wersji vintage (flakon z przeźroczystego, ciemnobrązowego szkła, napisy i szczyt  flakonu w kolorze złotym, atomizer w kolorze srebrnym). Z jednej strony bardzo mnie to cieszy, bo zawsze bardziej interesują mnie wersje sprzed ewentualnych reformulacji (a taka w przypadku Santosa wg zorientowanych źródeł miała miejsce). Z drugiej – niestety trzeba mieć na uwadze, że wersja przez mnie opisywana nie będzie dokładnie tym, co aktualnie znajdziemy na półkach perfumerii.

By nie być gołosłownym – opisywany przez mnie egzemplarz wygląda tak:

Kouros, Antaeus i Santos. Brzmi to jak imiona trzech muszkieterów. 🙂 Wszystkie zapachy łączy rok powstania (1981) i charakterystyczne brzmienie nazw. Olfaktorycznie także mają sporo ze sobą wspólnego, choć dzisiejszy bohater okazał się być (zaskakująco!) najbardziej uładzonym i spokojnym z całej trójki. Niemniej jest zapachem dość osobliwym i nieco trudnym do zakwalifikowania. Wyczuwam w nim akcenty kulinarne (gourmand) – jest akord kawy (za to złudzenie odpowiada najprawdopodobniej połączenie wyraźnej lawendy z przyprawami i drewnem), jest także odrobina muszkatołowej ostrości, jest wreszcie mocno wypolerowany sandałowiec w duecie z cedrem. Pierwsze minuty, szczególnie na testowym blotterze, przywodzą na myśl Eau Noire z kolekcji Diora – w wyniku połączenia lawendy z pikantnością oraz słodkawym, kulinarnym tłem. Nie pokuszę się o jednak o tak daleko idące stwierdzenie, że Francis Kurkdjian inspirował się Santosem

Po pierwszych dwu kwadransach Santos zyskuje ambrową aurę z lekkim niby-skórzanym akcentem (ten charakter podkreśla zresztą kolorystyka starej wersji flakonu) i tak w zasadzie trwa on do końca, stając się z upływem czasu coraz cieplejszym, zaokrąglonym, komfortowym. Cytrusy obecne na wstępie są w mojej wersji Santosa niemal niewyczuwalne, co pozostaje zresztą w sprzeczności do znalezionych przeze mnie opisów współczesnej wersji zapachu, w której rzekomo nuty cytrusowe i zielone dużo mocniej zaznaczają swą obecność. Oczywiście można to częściowo położyć na karb (niewiadomego) wieku mojego egzemplarza (w miarę upływu lat maturacja kompozycji powoduje m.in. stopniowy zanik nut świeżych, lekkich, w tym cytrusowych, szczególnie jeśli perfumy nie są przechowywane w ciemnym i chłodnym miejscu). Niemniej wg mnie najciekawiej Santos prezentuje się przez pierwszą godzinę do półtorej. Gdy jednak docieramy do wstępnej fazy bazy zapachu, robi się nudno. Ewolucja Santosa jest zauważalna, ale bardzo „leniwa”. Zapach ma – szczególnie na początku – całkiem solidną moc, która po kilkudziesięciu minutach maleje, a Santos staje się dość blisko-skórny.

Podsumowując moje wrażenia na temat tego pachnidła posłużę się dotyczącym go krótkim, ale całkiem trafnym cytatem z książki autorstwa L. Turin & T. Sanchez „Perfumes – the A-Z guide”„A strange beast, in a style that has aged badly.” Coś w tym jest. Santos w wersji vintage pachnie dziś bardzo niemodnie. Co więcej, nie ma w sobie tych ponadczasowych cech, które znajdziemy w innych supermęskich pachnidłach z przeszłości (R. Lauren Polo, Oscar de la Renta Pour Lui, YSL Kouros czy Chanel Antaeus), a które wciąż, mimo upływu lat, zachwycają. Tak –  Santos zestarzał się i stanowi obecnie atrakcyjną propozycje chyba głównie dla wielbicieli gatunku z brodą i gęstym zarostem na torsie.

Poniżej – dla pełnej jasności – fotografia aktualnej wersji Santosa. Kto wie, może mocno uwspółcześnionej?

nuty górne: bazylia, lawenda, bergamotka

nuty środkowe: gałka muszkatołowa, kmin, jałowiec

nuty głębi: paczula, wetyweria, drewno sandałowe, cedr

twórca: bd.

rok wprowadzenia: 1981

moja klasyfikacja: retro klasyka dla dojrzałych mężczyzn, ceniących klasyczną, nieco wyrafinowaną elegancję i ciepłe, orientalne, ambrowo-skórzane tony; zapach wieczorowy, raczej na chłodne pory roku;

moja ocena:

  • zapach: średni+
  • projekcja: dobra-
  • trwałość: ponad 6-7 h