Gucci Guilty Absolute – winny absolutnie

Kto jest winny? Niejaki Alessandro Michele – dyrektor kreatywny Gucci, który w 2015 roku zastąpił tak nielubianą przez koneserów perfum Fridę Giannini, za której „panowania” marka Gucci zaczęła kojarzyć się z zapachami miałkimi i pozbawionymi charakteru. Michele – mam wrażenie – wziął sobie do serca krytykę, jaka regularnie spadała na jego poprzedniczkę i postanowił osobiście dopilnować, by ten zapach Gucci zdmuchnął trampki ze stóp wszelkiej maści perfumaniaków, koneserów zapachów i samozwańczych „znawców” perfumowej tematyki, do których zalicza się także niżej podpisany. Czy zdmuchnął? Hmmm… Patrząc na reakcje wyżej wymienionych, tak. W każdym razie co najmniej zaskoczył, jeżeli nie zaszokował.

Mnie Gulity Absolute wprawił przede wszystkim w zdumienie i natychmiast wygenerował cyniczną opinię o tym, że jego dni w perfumeriach są policzone. Tym bardziej, że podobno niektóre panie sprzedawczyni w sieciowych perfumeriach w naszym kraju nie chcą go w ogóle prezentować potencjalnym klientom, by przypadkiem nie pachnieć później przykro (że użyję eufemizmu) przez resztę dnia…

Alberto Morillas 2016_2
Alberto Morillas

Nad Guilty Absolute Alessandro Michele współpracował osobiście z perfumiarskim mistrzem Alberto Morillasem. Ten (tak sobie to wyobrażam) – na podstawie lektury briefu i sformułowanych przez projektanta oczekiwań – sięgnął głęboko do szuflady ze swymi zapachowymi projektami. Na samym jej końcu znalazł fiolkę z napisem „sever leather”. Na jej bazie postanowił popracować nad propozycją dla Michele…

Miała być skóra. W końcu to Gucci. Więc jest. Ale nie taka grzeczna i elegancka, jak torebka tej zacnej marki. O nie! Dominujący, nieokrzesany akord skóry z zaskakująco odważnym elementem w postaci nuty rozgrzanego asfaltu, tudzież smoły nie pierwszy raz pojawia się w perfumerii (Tar Comme des Garcons, Lonestar Memories Tauer Perfumes). Nuta ta została tu oryginalnie zestawiona z aromatyczną wonią iglastą (cyprys) i wetywerią, które odpowiadają za ładny, drzewny wstęp. Strukturę zapachu w istotnym stopniu buduje też niezawodna w takich sytuacjach paczula. Zapach jest mocny i od początku do końca bezkompromisowy.

Gucci oficjalnie podaje, że Guilty Absolute składa się z czterech zasadniczych ingrediencji – stworzonych w laboratoriach Firmenich aroma-molekuł: WoodLeather® i GoldenWood®, wetywerii oraz trzech różnych esencji z paczuli. Piątą i – wg mnie – nie mniej istotną, jest naturalny ekstrakt z cyprysu nutkajskiego.

Gucci-Guilty-Absolute_Landscape-

Choć zamierzeniem autorów było stworzenie pachnidła linearnego, nie zmieniającego się na skórze z upływem czasu, to jednak Gulity Absolute siłą rzeczy odrobinę ewoluuje, choć faktycznie trudno tu mówić o klasycznej strukturze piramidy. Faktem jest, że pojawiająca się nieco później nuta smoły narasta i jakby osusza się z czasem stając się coraz bardziej wytrawną i gorzką, a obecna na początku wetyweria i cyprys zanikają w olfaktorycznym spektrum. I tyle. Więcej faktycznie nic się tu nie dzieje i dziać się nie musi. Nie jest tu więc stuprocentowo linearnie, bo tak być nie może. Wszak krzywe ulatniania się (evaporation curve)  poszczególnych ingrediencji nigdy nie będą się na siebie idealnie nakładać, choć tu są bardzo blisko siebie i to czuć.

Alessandro Michele
Alessandro Michele

Zapach jest niewątpliwie bezkompromisowy, co w zestawieniu z marką brzmi cokolwiek nieprawdopodobnie. Ale tak właśnie jest. Podzielam zdanie wielu internautów, że trochę szkoda, iż Gucci nie wypromował tego pachnidła jako zupełnie nowego, poza linią Guilty, w ramach której dotąd marka proponowała zapachy raczej łatwe do zapomnienia lub pomylenia z innymi. Absolute zapada głęboko w pamięć. Pachnie mocno, zdecydowanie i niszowo – w tym sensie, że mógłby spokojnie znaleźć się w portfolio jednej z niszowych marek. Emanuje przy tym wyczuwalnie, ale nieprzesadnie mocno, za to trwa na skórze wiele godzin. Zadowala koneserski nos. Pod każdym względem.

Jednak czy to nie jest aby zbyt mocno, zbyt odważnie, zbyt „po bandzie”, zbyt mocno w kierunku niszy – jak na designerską markę perfumeryjną?

Nawet uwielbiane przez koneserów brązowe, drzewne Pour Homme Michela Almairaca, czy orientalne Envy for Men Danieli Andrier to w zestawieniu z Guilty Absolute zapachy z jasnej strony mocy. Ten jest typem spod ciemnej gwiazdy. To nie może na dłuższą metę się udać, no chyba, że w ramach linii butikowej, ekskluzywnej. Ja nie narzekam. Raczej martwię się. I radzę wszystkim, którzy ulegli nieokrzesanemu skórzanemu urokowi Guilty Absolute, by – bez najmniejszego poczucia winy – jak najszybciej zrobili spory jego zapas.

A wszystkiemu winny jest Alessandro Michele. Absolutnie.

Gucci Guilty Absolute

główne nuty: cyprys nutkajski, smoła, paczula, skóra, wetiwer, nuty drzewne

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 (za charakter!)/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Szyprowe białe kruki (3) – „Gucci Pour Homme” (vintage)

Gucci Pour Homme z 1976 roku. Mało kto pamięta te perfumy. Trudno się temu dziwić, choć nazwa wydaje się bardzo znajoma, a na jej dźwięk wielu perfumowych entuzjastów dostaje gęsiej skórki z podniecenia i żalu jednocześnie. Tyle że odbywa się to w kontekście innego pachnidła o identycznej nazwie (z 2003 roku). Obaj perfumowi „bracia” mają zresztą – prócz koloru –  kilka cech wspólnych, z których dwie najważniejsze to: uzurpowanie sobie prawa do bycia zapachem mężczyzny Gucciego swych czasów oraz fakt, że zostały wycofane z oferty firmy. O przepraszam…zapomniałem o jeszcze jednym niewycofanym zapachu, noszącym niemal identyczną nazwę (Gucci By Gucci Pour Homme), ale przez przyzwoitość nie będę rozwijał tego wątku…

Wprowadzone na rynek jako pierwsze męskie pachnidło Gucciego w 1976 roku Gucci Pour Homme zostało wycofane wiele lat temu jako absolutnie niemodne. Fakt. Zapach ten to przykład oldskulowego skórzanego chypre, który dziś pachnie bardzo „niedzisiejszo” i teoretycznie nie ma prawa zainteresować nikogo poza sentymentalistami i perfumomaniakami. A że sprawdziłby się spokojnie jako pachnidło niszowe – to już inna kwestia.

Gdybym miał w jakiś sposób bez wąchania przybliżyć ten zapach czytelnikowi operując nazwami pachnidłem wciąż dostępnych, to napisałbym, że jest on połączeniem Hermes Belami i Hermes EquipageJuż pierwszy z nim kontakt spowodował w mej pamięci skojarzenia także z takimi zapachami, jak Guerlain Derby (tu podobieństwo jest naprawdę duże) czy niedawno opisywany przeze mnie Lauder For Men i pierwszy DavidoffInnymi słowy Gucci Pour Homme to gratka dla fanów zapachów z lat 60-tych, 70-tych i ewentualnie 80-tych zeszłego stulecia, choć nie wyczujemy w nim charakterystycznego dla tego ostatniego okresu przeładowania składnikami. Mimo że jest kompozycją dość złożoną, to jednocześnie bardzo zrównoważoną.

Dziadziuś Gucci zaczyna się nieco kwaśnym akordem cytrusowym w starym stylu, z dodaną wyraźnie zieloną bazylią. Lawenda stanowi tu tło i czuję ją, gdy się naprawdę mocno postaram. W każdym razie początek przywołuje u mnie właśnie skojarzenia z nielubianym przeze mnie Xeryusem Givenchy. Ale już po kilku minutach  do głosu dochodzą przyprawy, choć nie dominują oni niby-skórzanego klimatu kompozycji. Serce zapachu jest drzewno-pikantne (ale nie w sposób współczesny), z delikatną zielonością geranium, zaś w bazie wyczuwam najprawdziwszy mech dębu. Jestem pewien, że jest on tu w naturalnej formie, bo choć 36 lat temu IFRA już istniało, to nie miało jeszcze zakusów ograniczania użycia naturalnych składników w perfumach. Gucci ma dość grzeczną projekcję i dobra trwałość ok. 9 godzin. 

Co uderzające w Gucci Pour Homme, to bardzo subtelny mix wielu przecież z natury niepokornych składników. Nie udało mi się niestety dotąd dowiedzieć, kto stworzył  ten zapach, ale czuję w nim ten pełen umiaru i harmonii styl godny Guya Roberta, Henri Roberta lub Edmonda Roudnitski (ale on akurat na pewno nie jest tu autorem). Czuć w każdym razie starą dobrą szkołe lat 60-tych i 70-tych XX wieku.

Wadą zapachu jest jego niemal zerowa osiągalność. Jeśli już się zdarzy – kosztuje krocie absolutnie jego nie warte. No ale w końcu biały kruk to biały kruk. Osobiście traktuję go raczej jako olfaktoryczną i historyczną ciekawostkę, bo sam zapach nie porwał mnie.

nuty górne: bergamotka, lawenda, cytryna, bazylia

nuty środkowe: goździk, irys, jaśmin, geranium, drewno sandałowe, paczula, cedr, pieprz, inne przyprawy

nuty bazy: piżmo, labdanum, mech dębu, ambra, tonka, wanilia, skóra

twórca: b.d.

rok wprowadzenia: 1976

moja klasyfikacja: oldskulowy „skórzak” z aromatyczną, zielono-pikantną nutą; zapach dla koneserów stylu lat 60-tych, 70-tych i 80-tych; dla mężczyzn dojrzałych, potrzebujących perfum podkreślających ich stateczność;

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4/ projekcja: 3,5/ trwałość: 4/ flakon: 4

Kilka zapachowych nowości wartych odnotowania

Sezon ogórkowy w perfumowym biznesie chyba nie istnieje. Każda pora roku przynosi współcześnie ogrom nowości. Wyłapanie ich wszystkich, a później zaprezentowanie na blogu czy serwisie internetowym jest zadaniem gigantycznym, stąd mój ogromny podziw dla bloga Now Smell This, a także bardzo „żywego” serwisu Fragrantica.com. To właśnie z tego ostatniego dowiadujemy się, że:

Gerald Gishlain – twórca zapachów pod marką Histoires des Parfums – szykuje na jesień trzy premiery, albo raczej potrójną premierę, pod wspólną egidą Rare Editions. Zwierzęcy Ambrarem, roślinny Rosam i syntetyczny Petroleum mają obrazować trzy typy woni wszechobecnych w życiu człowieka. Jako że to edycja specjalna, perfumy dostępne będą w mniejszych niż zwykle u Gishlaina pojemnościach (50 ml zamiast 100 ml), a ich ceny będą odpowiednio wysokie, bowiem artysta nie żałował budżetu na rzadkie, wyselekcjonowane składniki. Cóż…

 

Marka L’Artisan z kolei uraczy nas zapachem Brazylii. Batacuda ma być bardzo orzeźwiający, pełny nut owocowych, kwiatów i drinków, idealny na brazylijski upał i karnawał. Karine Vinchon-Spehn, która zdaje się dziedziczyć tron głównego nosa L’Artisana po Bertrandzie Duchaufourze, stworzyła ten zapach we współpracy z brazylijską koleżanką Elizabeth Maier. Ten uniseksowy zapach otwiera się nutami drinka Caipirinha (limonka, cachaca, liść mięty), by w sercu pachnieć słodkimi kwiatami (tiara, ylang ylang), a w bazie wodą kokosową i słonymi nutami morskimi. Brzmi doprawdy orzeźwiająco, nieprawdaż?

Wreszcie, Panie i Panowie drodzy, Gucci Gulity w wersji Intense! Obie wersje: dla pań i dla panów już lada tydzień zagoszczą na półkach perfumerii! Uwaga – ponoć edycja damska jest dosłownie wzmocnioną wersją swego protoplasty z zeszłego roku. Męska natomiast – i to nas interesuje najbardziej – ma jednak nieco różnić się składem przez obecność kolendry i ambry.

głowa: cytryna, kolendra, lawenda

serce: neroli, kwiat pomarańczy

baza: paczula, cedr, ambra

Nie wiem jak wersji damskiej, ale męskiej wzmocnienie z pewnością się przyda i może będzie z tego w końcu jakieś sensowne pachnidło??  Wiem – jestem niepoprawnym optymistą 😉

Last but not least YSL L’Homme Libre. Kolejne wcielenie w głównej i chyba jedynej współczesnej męskiej linii zapachowej szacownego domu Yves Saint-Laurent. W nutach górnych znajdziemy bergamotkę, gałkę muszkatołową, różowy pieprz. W środku kwiat fiołka, bazylia, anyż gwiaździsty. Bazę tworzą paczula, wetiwer, skóra. Osobiście nie byłem przekonany do poprzednich wersji L’Homme i mam wrażenie wejścia YSL w zapachowy ślepy zaułek. Co napawa mnie nadzieją w przypadku Libre, to lista płac: Oliveir Polge i Carlos Benaim, czyli młody i bardzo utalentowany oraz niezwykle doświadczony Mistrz. Czy stworzyli coś na miarę swych możlwiości?? Powąchamy, poczujemy.

Gucci „Guilty Pour Homme”

W moich recenzjach perfum na blogu staram się być możliwie obiektywny. Uważam, że w wielu dostępnych dziś w perfumeriach zapachach można znaleźć coś interesującego i nawet jeżeli dana kompozycja nie jest do końca w moim typie, to bywa, że obiektywnie jest udanym pachnidłem. Staram się to zawsze zaznaczyć, a przykładem tego niech będzie Bleu de Chanel, który mimo mainstreamowego, masowego charakteru jest świetnie skomponowany, ma doskonałą projekcję i satysfakcjonującą trwałość.  Niezwykle rzadko zdarza się, bym nie mógł napisać zupełnie nic pochlebnego o jakichś perfumach. No i w końcu trafiłem na taki „przypadek”, co zresztą wcale mnie nie cieszy…

Guilty for Men to doskonały przykład na to, że szacowna marka o ogromnym dorobku w świecie dóbr luksusowych, zaczyna równać do najgorszych wzorców masowych. Firma – znak ekskluzywnej jakości, znana na całym świecie jako producent najwyższej jakości konfekcji skórzanej i nie tylko, mająca także w swym portfolio bardzo dobrej jakości perfumy, w tym pachnącym sektorze mierzy obecnie w najmniej wymagających klientów. Drogeryjna dolna półka to w przypadku Guilty w miarę dyplomatyczne określenie, choć cisną się na klawiaturę znacznie mocniejsze słowa. Dla mnie – i dla wielu perfumistów –  Guilty był chyba ostatnim promykiem nadziei na to, że po bardzo miernych Gucci By Gucci Pour Homme i jego nieco lepszej wersji Sport, Gucci przedstawi pachnidło przynajmniej na miarę Envy for Men lub Pour Homme II (bo na detronizajcę Pour Homme I nie ma co liczyć i może to nawet dobrze). Tak się jednak nie stało. W zamian za to otrzymaliśmy pachnidło na miarę naszych czasów. Kolejne korporacyjne perfumy męskie, które facet ma użyć, a potem o nich zapomnieć. Na „domiar dobrego” nikt w otoczeniu nie posądzi nas o to, że czymś pachniemy, więc możemy być spokojni. Nic nam nie grozi. My wiemy swoje. Używamy Gucci Guilty. Bo Guilty to „zapaszek” pozwalający cieszyć się raczej stojącym na półce flakonem z ładnym logo, niż jego zawartością. Syntetyczny do granic możliwości, ledwo wyczuwalny i okrutnie nietrwały. Nie wiem, czy komukolwiek ten zapach przypadnie do gustu. Nawet tzw. masowy odbiorca może ulec konfuzji…

Tego pachnidła nie da się wdzięcznie opisać. Trudno zauważyć jakieś interesujące niuanse, nutki czy akordy. To tak kompletnie nijaki zapach, że….. Początek przywołuje mi na myśl woń plastikowych owoców, jeśli takowe istnieją… Później owoce nikną i pojawia się plastikowy kwiat pomarańczy. Po półgodzinie pozostaje już tylko plastik. I tak jest do końca. Szybkiego końca, bo Guilty niknie na mojej skórze po 5-6 godzinach, nawet po solidnej kilkunastokrotnej aplikacji. Niby penetruje lekko owocowy, lekko ambrowy, lekko skórzany obszar olfaktoryczny, jednak nie ma do zaproponowania dosłownie nic prócz nijakiej, szarej i smutnej „plastikowości”. Doprawdy nie wiem, co tu więcej można dodać…

Szumnie zapowiadana premiera nowego męskiego zapachu dla panów marki Gucci Guilty Pour Homme kończy się niestety – jak dla mnie – zatrważająco, zastanawiająco, a przede wszystkim smutno. Jeśli tak ma pachnieć mężczyzna Gucciego w XXI wieku, to ja nie chcę być tym mężczyzną 🙂 Trzeba pamiętać, że – wbrew pozorom – perfumy to, obok torebek (i generalnie galanterii skórzanej), bardzo istotny element przychodów marki Gucci i zaniżanie ich jakościowego poziomu nie może wróżyć nic dobrego. To tylko moje skromne zdanie. Innego zdania z pewnością jest pani Frida Giannini – obecny dyrektor kreatywny (czy aby na pewno?) domu Gucci – która chlubi się najnowszą linią zapachów pod szyldem Guilty. Być może ma ku temu powody, ja jednak ich nie znam. Dodam, że o ile wersja damska wydaje się być nawet przyzwoita (i tylko tyle), o tyle Guilty Pour Homme to olfaktoryczny gniot.

nuty górne: cytryna, lawenda

nuty środkowe: kwiat pomarańczy

nuty głębi: paczula, cedr

twórca: nikt nie chce się przyznać 😉

rok wprowadzenia: 2011

moja klasyfikacja: nijaki, skrajnie syntetyczny, słaby i nietrwały; może spodobać się głównie osobym czerpiacym satysfakcję z posiadania rzeczy z logo luksusowej marki

ocena w skali 1-6: kompozycja: 2/ moc: 2/ trwałość: 3/ flakon: 4 (dot. wersji travel spray)

Gucci „Guilty Pour Homme”

Na styczeń zapowiadana jest premiera nowego męskiego Gucci pod nazwą Guilty Pour Homme. Jednocześnie dość głośno ostatnio jest nt. rzekomego wycofania z oferty Gucci Pour Homme (brązowego). Jeżeli to prawda i zamysł jest taki, by nowy zastąpił stary (w związku z tym nowy już się czuje „winny” 🙂 ), to lepiej żeby Guilty był rewelacją. Ja jednak po cichu wierzę, że brązowy Gucci bedzie wciąż dostępny, zaś co do Gulity, to chciałbym się mylić, ale coś mi się zdaję, że czeka nas kolejny wielki olfaktoryczny zawód ze strony tej szacownej marki, która zaczyna coraz mocniej schelbiać masowym gustom zapatrzonym w jej logo i „luksus dla mas”. Poza tym przecież Tom Ford jest już od dawna na swoim…

No ale poczekamy – powąchamy. Tymczasem Guilty podobno ma składać się z następujących nut:

góra: lawenda, cytryna amalfi

środek: afrykański kwiat pomarańczy

głębia: paczula, cedr z Wirginii

A flakon ma wyglądać tak:

Gucci Rush For Men

Tym razem zacznę od końca. Jeden z najbardziej charakterystycznych flakonów w historii perfumerii. Biały pleksiglasowy prostopadłościan z plastikowym pojemniczkiem umieszczonym wewnątrz, zawierającym właściwą „treść”, czyli pachnącą mieszankę molekuł rozprowadzonych w alkoholowym nośniku. Śnieżnobiała „mydelniczka”. Rozpoznawalność flakonu chyba stuprocentowa. Męski Gucci Rush. Pośpiech. Pogoń. Szybkość. Dynamika. Wg twórcy to zapach „wolny, bezpośredni, instynktowny, penetrujący i nowoczesny, prosty, precyzyjny i spontaniczny“. Wiele słów, a ile treści?

Rush to wzorcowy wręcz przykład perfum drzewnych (w sensie drewnianych – to określenie choć bardziej precyzyjne, to jednak nie przyjęło się w polskiej nomenklaturze perfumowej). Kilka drzewnych ingrediencji „układa” tę kompozycję w sposób zdeterminowany. Cyprys, cedr, sandał i …. Okoume. Rush to jedyne znane mi perfumy zawierające w swym spisie nut drewno Okoume, niezmiernie rzadkie w perfumerii (częste za to np. w produkcji mebli, łodzi i… gitar) . Potwierdza to zresztą Sabbath w swojej drewnianej typografii na blogu Sabbath Of Senses. Być może to właśnie żywica tego drewna nadaje ten specyficzny charakter Rush. A może to zagrywka marketingowa, a tak naprawdę w środku mamy aromamolekuły, które w lepszy lub gorszy sposób imitują tę drewnianą nutę? Tego nie wiem, ale i to jest możliwe. Dlaczego tak uważam? Mianowicie miałem okazję poznać swego czasu Kephalis. Pod tą tajemniczą nazwą kryje się całkowicie syntetyczna, nie występująca w naturze, aromamolekuła o charakterystycznym drzewnym, jakby pieprzowo-iglakowo-drzewno-ambrowym zapachu, przypominającym nieco suche cedrowe wiórki. Doprawdy magicznie pachnąca. Właśnie ta nuta dominuje w pierwszej fazie Rush i jest właściwie jego kwintesencją. Stanowi o jego charakterze. Więc może coś jest na rzeczy. Baza Rush jest ciepła, sandałowo- piżmowa.

Całość ma oryginalny i na swój sposób niszowy charakter. Zapach przywodzi na myśl skojarzenia z Tumulte Pour Homme Ch. Lacroix, jednak wypada przy nim dość blado i stanowczo bardziej syntetycznie. Rush jest raczej liniowy, nieskomplikowany i jednoznaczny, trochę prymitywny, ale ma swój urok. To zapach odważny i śmiały, biorąc pod uwagę czas jego powstania. Gwoli uzupełnienia warto dodać, że stworzył go duet perfumiarski: Danieli Roche-Andrier (dziś Prada) i Antoine’a Maisondieu (dziś m.in. niszowy Etat Libre D’Orange). Co dwa nosy to nie jeden? Nie jestem przekonany. Ciekawostką może być też fakt, że ten sam Maisondieu stworzył kilka lat później Hinoki dla Comme des Garcons – jak dla mnie – drewniaka absolutnego i genialnego. Tutaj, mam wrażenie, przymierzał się do tematu, tam zaś go w pełni zrealizował.

Trwałość zapachu niestety nie powala – w granicach 6 godzin, przy czym to co najlepsze rozgrywa się w ciągu pierwszych 2-3 godzin. Moc określiłbym jako średnią.

Rush jest dziś obiektem westchnień większości perfumomaniaków, szczególnie że został już dość dawno temu wycofany z półek perfumerii (chyba zresztą nie tylko polskich). Na szczęście od czasu do czasu można go jednak „złowić” na allegro i to nie zawsze w niebotycznej cenie, więc jego amatorzy przy odrobinie cierpliwości powinni zostać zaspokojeni.

nuty głowy: lawenda, cyprys

nuty serca: drewno sandałowe, drewno cedrowe, drewno Okoume, kadzidło

nuty bazy: paczula, drewno sandałowe, białe piżmo

twórca: Daniela Roche-Andrier/ Antoine Maisondieu

rok wprowadzenia: 2000

moja klasyfikacja: intrygujący, oryginalny, męski, uniwersalny, drzewny, lekko pikantny z cedrową dominantą,

ocena w skali 1-6: kompozycja: 4/ moc: 4/ trwałość: 3/ flakon: 4

Gucci by Gucci Pour Homme

Po pierwsze fatalna, nijaka nazwa. Szczególnie, że wcześniejsze propozycje Gucciego też szermowały marką firmy. Klasyczny już cedrowy Gucci Pour Homme i jego herbaciano-fiołkowy następca Gucci Pour Homme II, no a teraz dla odmiany i ułatwienia Gucci By Gucci Pour Homme. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy natrafiłem na te perfumy na półce z nowościami  zacząłem się zastanawiać, o co chodzi? Po co taka dziwna, mało charakterystyczna nazwa? Cóż to za zapach? No właśnie… niestety nijaki to zapach (i to jest po drugie). Poprzednie męskie propozycje Gucciego miały (i mają) swój niezaprzeczalny charakter i są w mojej ocenie bardzo udane. Obie jednak są chyba zbyt „charakterne”, zbyt złożone, zbyt bogate. Być może dlatego nie zrobiły oczekiwanej sprzedaży. Tak podejrzewam. Stąd postawiono na nijakie pachnidło w charakterystycznym flakonie, które – z moich obserwacji – sprzedaje się naprawdę dobrze. Paradoks? Wcale nie, prawda? Takich zapaszków – śmiem twierdzić – jest na kopy. Staram się być obiektywny i znaleźć cokolwiek interesującego w tych perfumach,ale….Nic nie znajduję. Po trzecie bardzo kiepska moc i słaba intensywność tego pachnidełka powodują, że nosiciel – nawet o dość czułym węchu (a za takiego się uważam) – ma problem z zauważeniem, że go użył. Wreszcie po czwarte fatalna trwałość, nie przekraczająca kilku godzin. Ogólny bilans jest…totalnie ujemny. Wypuszczając ten zapach Gucci zanotował porażkę w moich oczach i nic nie zmieni tego zdania. Te perfumy są beznadziejne.

Na uwagę zasługuje właściwie jedynie flakon. Ciemne szare, grube szkło ukoronowane charakterystyczną srebrną zatyczka zwieńczoną imitacją wędzidła.  Taki trochę hermesowy akcencik, to nawiązanie do koników. Ale niech tam. Gucci też może. Zresztą ma to swoje historyczne podstawy.  Srebrna sygnatura Guccio Gucciego (założyciela firmy), a także wędzidło nawiązują do początków firmy, gdy specjalizowała się ona w wyrobie produktów skórzanych. W latach 30-tych XX w. klienci Gucciego zażyczyli sobie kolekcji zawierającej elementy związane z jeździectwem konnym. Tak oto wędzidło i strzemię stały się znakami rozpoznawczymi marki. Tak oto flakon przerósł jego zawartość. Kto wie, czy tak nie miało być. Taki ładny, lanserski, nawiązujący do historii gadżet na półkę.

Pani Frida Giannini – obecny dyrektor kreatywny domu Gucci (na zdjęciu obok – rocznik 1972) – ma widocznie pomysł na rozwój marki poprzez powrót do korzeni (w sensie symboliki). Także w dziedzinie perfum pani Frida ma pomysł. Przede wszystkim zrywa ze spuścizną po kontrowersyjnym Tomie Fordzie. Znamienne jest to, że na oficjalnej stronie Gucciego wśród męskich zapachów nie ma już brązowego Gucciego PH (dziecko Forda, które można już nabyć w sieciowych drogeriach po wyprzedażowych cenach). Pozostał jedynie PH II oraz opisywany tu By Gucci i jego sportowa wersja. Widzę, że odejście Toma Forda nie wychodzi marce na dobre w sensie artystycznym i jakościowym, natomiast nie wykluczone, że podniesie wyniki sprzedaży. A o to w biznesie przecież chodzi. Wtedy pani Giannini zachowa swój lukratywny kontrakt. A że zapachy Gucciego będą miały urok odświeżaczy do powietrza  – no cóż… Jakoś to przeżyję…

nuty górne: bergamotka, cyprys, fiołek

nuty środkowe: jaśmin, liście tabaki

nuty dolne: paczula, ambra, nuta kadzidlano-skórzana

twórca: Givaudan

rok wprowadzenia: 2008

moja klasyfikacja: świeży, uniwersalny, bez „osobowości”, nijaki, porażka…

ocena w skali 1-6: kompozycja: 2/ moc: 2/ trwałość: 2/ flakon: 4