Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Etat Libre d’Orange „Remarkable People”

Remarkable People (autor… nieznany, choć z pewnych względów podejrzewam Violaine Collas…) miał premierę w zeszłym roku. Prezentuje on odmienne oblicze marki Etat Libre d’Orange, która do niedawna znana była jako z jedna z najbardziej eksperymentalnych i odważnych niszowych marek współczesnej perfumerii. Artystyczne ambicje twórcy marki, Etienne’a de Swardta, realizowane były przez świetnych perfumiarzy w postaci kultowych dziś pachnideł, mi.in. Tom of Finland, Charogne, Rien, Jasmin et Cigarette, Fat Electrician, Je Suis un Homme czy Seceretions Magnifiques.

Remarkable People to sprawnie wykonany, bardzo aktualny, zważywszy na zapoczątkowaną przez Hermesa modę na pachnidła transparentne, zapach uniseksowy, w którym wiodącą rolę kardamonu połączono z całkiem udanym akordem szampana. Całość doprawiono bardzo subtelnie pieprzem i osadzono na drzewnej bazie. W składzie wymieniany jest też pachnący drewnem, ambrą i skóra Lorenox, o którym wspominałem już przy okazji innego zapachy tej marki: Dangerous Complicity.

champagne

Remarkable People to lekki, transparentny zapach przyprawowo-drzewny z ładną, choć krótkotrwałą nutką szampana, który nie może się nie spodobać.  To osobliwa wariacja nt. Declaration Cartiera, w której kardamon zrównoważono nutka szampana i oryginalnym współczesnym akordem ambrowym.

Jest w Remarkable People nutka oryginalności, ale całość jest bardzo mocno „uładzona” i nastawiona na natychmiastowe spodobanie się. Zapach jest delikatny, nie narzucający się, bezpieczny, idealnie uniseksowy, bez elementów ciążących w kierunku żadnej z płci. Politycznie poprawny, idealny „biurowiec”, wyróżniający się subtelną sygnaturą. To nie jest złe czy nieudane pachnidło. Absolutnie nie. Dalekie jest jednak – jak sądzę – od ideałów Etienne’a De Swardta, które przyświecały mu, gdy tworzył i prowadził ELdO przez pierwsze lata jego istnienia. Cóż – ELdO idzie widać z duchem czasu i biznesu.

Eldo Remarkable-People

główne nuty: grejpfrut, akord szampana, kardamon, jaśmin, curry, czarny pieprz, labdanum, drewno sandałowe, Lorenox

twórca: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: ***/ trwałość: ***/ projekcja: ***

Etat Libre d’Orange „La Fin du Monde”

Jak będzie pachniał koniec świata? Tu pewnie każdy z nas – gdy puści wodzę fantazji – będzie miał inne wyobrażenia (zgadnę, że wiele z nich będzie opartych na filmach z Hollywood). Niejaki Quentin Bisch wyobraża sobie zapach końca świata bardzo nietypowo, a swoją wizję przelał na perfumy, które w 2013 roku niszowa marka Etat Libre d’Orange włączyła do swego portfolio. Bisch to młody i świetnie zapowiadający się perfumiarz, postać znana tym, którzy obejrzeli 4 odcinkowy serial BBC pt. Perfume. Tam pojawił się jako młody adept szkoły perfumiarskiej Givaudan ze łzami w oczach opowiadający o tym, jak właśnie spełniają się jego marzenia, by zostać perfumiarzem. Ta chwytająca za serce scena z filmu pięknie pokazuje, jak wrażliwymi i pełnymi bezgranicznej pasji są twórcy perfum i jak ważne są to cechy w tej niezwykłej profesji. Twórca Etat Libre d’Orange – Etienne de Swardt – znał Bischa jeszcze zanim ten wstąpił do Givaudan. Bisch regularnie odwiedzał flagowy sklep ELdO w Paryżu i deklarował się jako wielki fan marki i perfumowej koncepcji de Swardta. Gdy więc ten postanowił stworzyć pachnidło zainspirowane książką Blaise’a Cendrarsa zatytułowaną „The End Of The World Filmed By The Angel Of Notre-Dame”, Quentin Bisch był pierwszym perfumiarzem, o jakim de Swardt pomyślał. La Fin du Monde jest pierwszą w pełni samodzielną skomercjalizowaną kompozycją Quentina. Za jej pomocą artysta udowadnia swój bezsprzeczny talent. Powiem więcej – zaczyna z bardzo wysokiego pułapu – to bardzo mocny debiut!

quentin-bisch
Quentin Bisch

Początek La Fin du Monde oszałamia przepiękną i jednocześnie bardzo współczesną odsłoną irysa (przypominającą tą z Dior Homme), który został tu bardzo umiejętnie „podrasowany” przy pomocy ziarna marchwi, które współgra z irysem fenomenalnie, czego dowiedli już Rosine Courage w swoim Nirmal dla Laboratorio Olfattivo oraz Bertrand Duchaufour w Bois d’Ombrie dla Eau D’Italie. Kmin i sezam doskonale uzupełniają nowatorski i bardzo sugestywny akord popcornu przydający zaskakującej i intrygującej aury (jest też charakterystyczna popcornowa nutka maślana). Akord popcornu był pierwszym pomysłem Quentina Bischa, gdy pracował nad koncepcją tego zapachu. W jednej z rozmów z de Swardtem przekonywał go, że wszelkie wizje końca świata znamy głównie z filmu, z kina i to amerykańskiego. Popcorn idealnie więc wpisywał się w tę przewrotną koncepcję… Pomysłowe, prawda? Lubię i doceniam takie pomysły w perfumerii.

popcorn

W miarę upływu czasu początkowo bardzo intensywny zapach oczywiście nieco traci na mocy i projekcji, ale w ciągu następnych godzin jest bardzo dobrze wyczuwalny. Nabiera ciepłej zmysłowości dzięki sandałowcowi i ambrette, które pięknie podbudowują zmysłowy, cielesny wymiar bazy zapachu („sympatię” esencji z ziarna ambrette do irysa wykorzystał wcześniej James Heeley w chłodnym jak jesienny deszcze Iris de Nuit). Baza zapachu, w której na sandałowo-piżmowym tle wciąż słychać „echa” popcornu, uzupełniona jest o niecodzienną, pachnącą krzemieniem nutę prochu strzelniczego. Baza jest sygnaturowa, charakterystyczna i – by użyć filmowego porównania – trzyma w napięciu niemal tak dobrze, jak wcześniejsze etapy zapachu. Jak więc widać La Fin du Monde złożony został w dużej części z bardzo niecodziennych składników, nut i akordów. Mimo to jako całość pachnie zaskakująco przyjaźnie, a przy tym niezwykle intrygująco, bo znajomo i jednocześnie zupełnie obco.

irys

La Fin du Monde przekonuje mnie od pierwszej do ostatniej (odległej zresztą o dobrych kilkanaście godzin) sekundy trwania na skórze. Jest fantastycznym pachnidłem, z którego wprost bije perfumiarska pomysłowość. Dawno nie miałem okazji obcować z zapachem, który zostałby zrobiony z taką pasją, inwencją i świeżym spojrzeniem. Bisch mądrze wykorzystał w nim wydeptane perfumiarskie ścieżki i jednocześnie zaznaczył nowe. Odważnie połączył niecodzienne nuty w jedną absolutnie przekonującą całość, która stanowi pełnoprawne i – co niezwykle ważne – absolutnie noszalne perfumy, dalekie od niszowych „freaków”, ale jednocześnie doskonałe wpisuje się w styl marki Etat Libre d’Orange znanej z oryginalnych pomysłów i odważnego przesuwania granic tego, co nazywamy perfumami. Quentin Bisch stworzył w pełni oryginalny, nowoczesny i ze smakiem awangardowy zapach, którego nosi się z wielką przyjemnością i satysfakcją, jaką ma się z noszenia zapachu wyjątkowego.

La Fin du Monde nie jest według mnie ani jednoznacznie kobiecy, ani męski. Przyparty do muru stwierdziłbym, że jest w nim może nieco więcej męskości, ale to tylko dlatego, że brak w nim archetypicznych damskich nut, a irys podany został totalnie uniseksowo. Powiedziałbym, że pod tym względem pierwiastek kobiecy bardziej obecny jest w Dior Homme, a szczególnie w wersji Intense, aniżeli w La Fin du Monde, który zresztą uważam za pozycję obowiązkowa do przetestowania nie tylko przez wielbicieli Dior Homme.

LaFinduMonde

główne składniki: popcorn, ziarno marchwi, kmin, sezam, czarny pieprz, frezja, wetiwer, drewno sandałowe, ambrette, irys, styrax, proch strzelniczy

twórca: Quentin Bisch

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra+
  • trwałość: ponad 10 h

Etat Libre d’Orange „Cologne” i „Rien Intense Incense” czyli dzień i noc w Wolnym Stanie Pomarańczy.

Wiele miesięcy temu opublikowałem na blogu serię recenzji pachnideł paryskiej niszowej marki Etat Libre d’Orange. Zapachy ELdO zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie jako odważne, nowatorskie, czasem zmuszające do intelektualnego wysiłku, ale także i zabawne, chwilami nawet „dziwaczne”, a przy tym wszystkim absolutnie „noszalne” (no może poza jednym… osławionym Sécrétions Magnifiques). Uważam ELdO za jedną z najwartościowszych i najciekawszych marek niszowych współczesnej perfumerii. Ale także i chyba najbardziej niedocenianą (obok wszakże zupełnie innej stylistycznie Parfums de Nicolai). A szkoda. Nie ukrywam, że swymi recenzjami chciałbym skierować nieco więcej światła na tę markę, bowiem to co oferuje, to prawdziwa współczesna sztuka perfumowa. Przypomnę, że na jej czele od początku stoi bezkompromisowy w swym podejściu do perfum Etienne de Swardt.

etienne_de_swardt
Etienne de Swardt

Od czasu mych poprzednich recenzji ELdO pod tym szyldem miały miejsce trzy zapachowe premiery: La Fin Du Monde (2013), Cologne (2014) i Rien Intense Incense (2014). Pierwszy z nich zrobił sporo szumu pośród perfumowych entuzjastów oraz branżowych znawców głównie w wyniku swej oryginalności (nuty popcornu i masła!) i odkrywczości oraz faktu, że popełnił go pewien młody perfumiarz – Quentin Bisch (kto oglądał trzyodcinkowy dokument BBC o perfumach, ten wie o kim piszę). Ale także i kolejne premiery zapachowe ELdO nie przeszły bez echa. Cologne zaskoczył wszystkich podjęciem skrajnie popularnej tematyki i zrealizowaniem jej na swój własny sposób, Rien Intense Incense natomiast udaną próbą wzmocnienia i zagęszczenia tego, co już mocne i gęste. I właśnie te dwa ostatnie pachnidła mam dziś przyjemność zaprezentować. Pod względem zapachowym okazały się one równie przeciwstawne co dzień i noc. Zresztą charaktery oby zapachów podkreśla kolorystyka flakonów, które nota bene otrzymały nowy design. Są masywne, z odpowiednio ciężkimi, „klikającymi” przy zamykaniu zatyczkami, z charakterystycznie umieszczonymi narożnymi etykietami. Na znajdującej się na przeciwległej stronie, sfrezowanej krawędzi wtłoczono wielkimi literami nazwę marki. Ten nowy desing prezentuj się znakomicie.

 

Cologne czyli dzień

„Daliśmy Ci dekadenckie,

Daliśmy Ci skandaliczne, 

Teraz dajemy Ci miłe.”

Takim hasłem Etat Libre d’Orange przygotowuje odbiorców na najbardziej „normalny”, najmniej niezwykły i absolutnie poprawny politycznie zapach w swej ofercie, czyli Cologne. Niemniej wciąż jest to Cologne dalekie od typowego pojęcia…

„Od ELdO zawsze możemy spodziewać się czegoś niespodziewanego. Łamiemy zasady, czasem także swoje własne.”

Cologne jest efektem takiego właśnie złamania własnej zasady polegającej na dostarczaniu niebanalnych olfaktorycznych wrażeń, na przesuwaniu granic, na prowokowaniu, eksperymentowaniu, a czasem wręcz szokowaniu. Cologne jest dokładną odwrotnością tej zasady. Jest tym, co wynika z nazwy. Perfekcyjnie wykonana współczesna kolońska, w której zasadnicze nuty to cytrusy z przewagą soczystej i słodkiej czerwonej pomarańczy oraz kwiatowe serce z duetem dominującego kwiatu pomarańczy i jaśminu. Bazę dla kompozycji stanowią piżma oraz subtelny, schowany akord skórzany. W zapachu czuć wyraźnie dużą dozę drzewnego cashmeranu, który łącząc się idealnie z białymi kwiatami pogłębia i utrwala jednocześnie zapach. Całość pachnie świeżo, ale nie rześko, tylko raczej kremowo, miękko, puszysto i otulająco.

Testy Cologne przekonały mnie, że jest to rzeczywiście „najjaśniejszy” i najłatwiejszy w odbiorze i noszeniu zapach ELdO. Kolońska zrobiona na współczesny sposób i skoncentrowana do postaci wody perfumowanej, przez co intensywna i całkiem trwała. Skojarzenia? Jest ich oczywiście wiele, ale większość z nich sprowadza się do do Neroli Portofino Toma Forda oraz Orange Sanguine Atelier Cologne. To ten sam typ nowoczesnej, intensywnej, „czystej” kolońskości, w którym zamiast dużej ilości bergamotki, tradycyjnych ziół (np. rozmaryn, szałwia) oraz zielono-terpenowego neroli zastosowano pomarańczę, białe piżma, neroli oraz utrwalające całość nuty drzewne. Cologne to woń ciepła, lekko biało-kwiatowa, emanująca aurą czystości. Zapach z gatunku uroczych, świetnie zrobionych i niezwykle przyjemnych w noszeniu. Prawdopodobnie mój wybór na lato 2015.

eldo cologne

główne nuty: pomarańcza, bergamotka, jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, skóra

twórca: Alexandra Kosinski

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 4/ trwałość: 4/ flakon: 5

 

Rien Intense Incense czyli noc

Oryginalny Rien powstał w 2006 roku. Miałem okazję opisywać go na blogu w zeszłym roku tymi słowy: „Oto (…) jedno z najmocniejszych i najbardziej wyrazistych pachnideł ELdO – współczesna, odważna i bezkompromisowa interpretacja zapachu skórzanego. (…) Dla mnie jeden z najlepszych zapachów w obszernej ofercie ELdO i jednocześnie jedno z najlepszych dzieł Antoine Lie’a, jakie dotąd testowałem. Rien to wirtuozerskie arcydzieło współczesnej perfumerii.” 

Jakież było moje zaskoczenie, gdy niedawno pojawił się news o nowej premierze – Rien Intense Incense! Pikanterii całości dodawały wyraziste materiały reklamowe obwieszczające m.in., że „Oud jest passe. Przyszłością jest kadzidło.” (podoba mi się!), oraz że mamy przygotować się na „ciemniej, intensywniej, mocniej”, a także by „aplikować z rozwagą”. Wow. Znając „zwykłą” wersję Rien byłem gotów na olfaktoryczne trzęsienie ziemi połączone z jednoczesną eksplozją molekularną…

I rzeczywiście. Pierwszy kontakt z Rien Intense był niemal obezwładniający. Najpierw (dla bezpieczeństwa) kartka papieru spryskana zapachem, który natychmiast wypełnił całe pomieszczenie budząc reakcje zaintrygowanych (mimowolnych) świadków tego wydarzenia. Kartka szybko wylądowała w szufladzie, bo moc zapachu była wręcz gargantuiczna. Wystarczyło na chwilę dosłownie uchylić szufladę, by molekuły wystrzeliły w przestrzeń pokoju i dotarły na odległość kilku metrów.

eldo rien incense

Tym razem Etienne de Swardt i perfumiarz Antoine Lie poszli na całość. Naprawdę. Nic ich nie ograniczało. Z pozornych wad pachnidła (potężna gęstość, moc, projekcja to cechy dla wielu osób współcześnie dyskwalifikujące zapach) uczynili jego najsilniejsze strony. I udało im się. Rien Intense zachwycił mnie swą mroczną potęgą, gęstością zastosowanych składników i sposobem, w jaki Lie nadał im – z natury ociężałym i nieskorym do unoszenia w przestrzeni (kadzidło, skóra, labdanum, mech dębu, ambra, kmin) ten niesamowity impet, z którym rażą wszystkich i wszystko z promieniu kilku metrów. Lie to mistrz aldehydów, które z lubością stosuje. Tu w połączeniu z czarnym pieprzem stały się paliwem dla mknących w przestrzeń potężnych molekuł. Oczywiście nie muszę dodawać, że Rien Intense Incense nie jest zwyczajnym pachnidłem. O nie. Bardzo trudno je opisać. W swej zasadniczej treści oczywiście podobne jest do protoplasty. To na pewno. Ale przecież są między nimi istotne, „intensywne” różnice. Rien II (nazwijmy go tak w skrócie) ma w sobie więcej zapachowej treści. Jest – mam wrażenie – wręcz wypełniony olfaktoryczną istotą po same brzegi. Jest bardziej nasycony, mniej wytrawny, bardziej słodki w aldehydowo-kadzidlano-żywiczny sposób. O ile w Rien można poczuć tę specyficzną, sucho-dymną, nieco gryzącą nozdrza nutę, którą Antoine Lie zaadaptował i „wypolerował” przy okazji na użytek późniejszego, odpowiednio „grzecznego” Puredistance Black, o tyle w wersji Intense została ona zaokrąglona, straciła swą ostrość na rzecz nasycenia. Intense Incense w zgodzie z nazwą zawiera dużo więcej kadzidła aniżeli Rien, które przecież też nie jest go pozbawione.

Antoine-Lie2014
Antoine Lie

Z pewnością pierwsze wrażenie jakie robi zapach po aplikacji na skórę (na której nota bene zachowuje się nieco bardziej „cywilizowanie”, aniżeli na papierku testowym) to skojarzenie z zapachem gumy zmieszanej z czarnym jak smoła atramentem. To chyba najbardziej sugestywna znana mi atramentowa woń perfum, obok Comme des Garcons 2 EDP i Byredo M/Mink. Odpowiadają za nią z pewnością po części zastosowane w formule aldehydy połączone z kadzidłem i labdanum. Ten zniewalająco mocny początek przechodzi stopniowo, bardzo powoli w kadzidlano-labdanowe serce, by zakończyć niezwykle magnetycznym, wyrazistym, sygnaturowym, quasi-skórzanym finiszem. Naprawdę trudno jest wyłuskać z tego zapachu pojedyncze nuty czy składniki. To nader złożona kompozycja o niezwykle oryginalnym zapachu. Jedno z najgęstszych i najintensywniejszych znanych mi pachnideł. Coś dla wielbicieli tzw. powerhouses lub bezkompromisowej niszy. I uwaga – nie ma tu ani miligrama tzw. oudu…

Trwałość Rien II jest – jak się można było spodziewać – potężna, bo ponad 20 godzinna. Zapach bardzo długo utrzymuje moc i wyrazistość, a sama baza jest magnetycznie piękna i pozostająca w pamięci. Rien II może spodobać się fanom mocnych współczesnych woni skórzanych w typie Tom of Finland ELdO, Lonestar Memories Andy Tauera czy Tar Comme des Garcons.

Rien II potwierdza, że Antoine Lie jest jednym z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych oraz nietuzinkowych żyjących twórców perfumowych – obok Bertranda Duchaufoura, Christophe Laudamiela, Gezy Schöna i Bruno Jovanovica. Jego kompozycje zdają się deklarować, że perfumeria nie ma granic i że wciąż jest w niej miejsce na prawdziwie oryginalną i bezkompromisową kreację. A za taką uważam Rien Intense Incense. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa dla każdego entuzjasty perfum i jednocześnie propozycja dla wszystkich tych, którzy szukają w perfumach mocnych i bardzo indywidualistycznych wrażeń.

eldo Rien-Intense

główne nuty: kadzidło, róża, skóra, labdanum, mech dębu, paczula, ambra, kmin, czarny pieprz, aldehydy

twórca: Antoine Lie

rok wprowadzenia: 2014

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ projekcja: 6/ trwałość: 6/ flakon: 5

Etat Libre d’Orange – perfumy na nowo (7) – “Malaise of the 70’s″, „Charogne”, „Secretions Magnifiques”

W ostatnim wpisie dotyczącym absolutnie niezwykłych pachnideł niszowej marki Etat Libre d’Orange postanowiłem dozować wrażenia i napięcie. Rozpoczynam od „ciszy przed burzą”, czyli od dość nijakiego jak na standardy marki Malaise of the 70’s, by w drugiej kolejności powąchać padlinę (Charogne), a zakończyć cykl moimi wrażeniami nt. tego, jak pachną płyny ustrojowe wg Antoine’a Lie’a i jego Secretions Magnifique… Zaczynajmy więc.

Malaise of the 70’s czyli nic specjalnego…

… w wykonaniu Mathilde Bijaoui – podobnie jak Bijou Romantique tej samej autorki – niestety pozostawia mnie zupełnie obojętnym. Nie ma w tym zapachu rewolucyjnego ducha ELdO. Jest za to zwyczajność, zachowawczość, w sumie mizeria… Cytryna i pieprz. Później suszona śliwka i odrobina nut kwiatowych. Drzewna baza ze spora ilością Iso-E-Super. Wszystko to podane w sposób ograny, zwyczajny do bólu, innymi słowy – mainsteramowy. Tego typu pachnidła zasiedlają dzielnie i gęsto półeczki sieciowych perfumerii, krzycząc do zdezorientowanych klientów chwytliwymi nazwami, marketingowymi sloganami i kolorowymi flakonami. Wszystko po to, by przyciągnąć i przekonać do zakupu. Malaise of the 70’s nie przyciąga uwagi nawet flakonem… Pomyłka. Zupełnie niepotrzebna. Plotka głosi, że ten sam zapach firma wydała dwa lata wcześniej pod nazwą Sex Pistols. Można go było nabyć właśnie w sieciowych perfumeriach. Jeśli to prawda, to wszystko co opisałem wyżej, przestaje dziwić…

eldo malaise

głównie składniki: cytryna  czarny pieprz, suszona śliwka, elektryczne aldehydy, heliotrop, paczula, orcanox, skóra

nos: Mathilde Bijaoui

rok premiery: 2012

Charogne – ścierwo…

Mocna nazwa jak na pachnidło, oj mocna. Można by się spodziewać jakiegoś traumatycznego przeżycia olfaktorycznego. Poniekąd słusznie. Wbrew lakonicznej recenzji Luca Turina z jego Perfumes. The A-Z Guide, Charogne to coś więcej, niż tylko „przyjemny, ale mało interesujący akord przyprawowo-balsamiczny” (!). Taką „recenzję” można napisać bazując chyba jedynie na oficjalnym spisie nut podawanym przez producenta. Jak można nie zauważyć dominującej przez pierwsze godziny nuty lilii, z całym jej potężnym ładunkiem kojarzącego się jednoznacznie fekalnie indolu lub pokrewnego skatolu? Pojęcia nie mam. O to przecież właśnie chodzi w tej kompozycji! To czarny, zdechły kwiat. Padlina. Ścierwo, które – mimo w pewnym stopniu odrażającego charakteru – dziwnie przyciąga dzięki faktycznie przyprawowo-balsamicznej oprawie. Charogne to zapach kwiatowo-orientalny w doskonałym, przejmującym wydaniu. Jest jak olfaktoryczne epitafium. Czyż lilia nie jest kwiatem popularnym przy okazjach ostatnich pożegnań? Czyż to wszystko nie spina się tu „pięknie” w jedną koncepcyjną całość? Padlina, trup, ścierwo. Nuta fekaliów wpisana w naturę pogrzebowego kwiatu. Zapach przemijania. Ostatecznego rozwiązania, które czeka każdego z nas. Shyamala Maisondieu (małżonka Antoine’a) doskonale zrealizowała powierzony jej temat tworząc jedno z najmocniejszych w przekazie, najlepszych ale i jednocześnie najbardziej wymagających pachnideł Etat Libre d’Orange. Charogne to rzecz dla koneserów.

eldo charogne

głównie składniki: lilia, bergamotka, skóra, kardamon, imbir, ylang ylang, jaśmin, kadzidło, wanilia

nos: Shyamala Maisondieu

rok premiery: 2008

Secretions Magnifiques – czyli cudowne wydzieliny…

Metaliczny, aldehydowy, mleczny, fizjologiczny, słony. Na początku faktycznie odstręczający mdlącymi spermo-podobnymi aldehydami. Nieco później zadziwiający mocną metaliczną nutką krwi. Z czasem nabierający przyjaznej mleczności, by po kilku godzinach pachnieć już tylko którymś z popularnych syntetyków. Secretions Magnifiques – legendarne debiutanckie pachnidło Etat Libre d’Orange – miało szokować. Miało obrzydzać lub oczarowywać. Miało zapadać w pamięć, a wręcz zapisywać w pamięci nazwę marki. Bardzo mocny debiut marki Etienne de Swardta do dziś pozostaje jednym z najbardziej szokujących i głośnych zapachów niszowych. Antoine Lie poszedł w nim na całość. Skonstruował go w przeważającej ilości z syntetycznych aromamolekuł, które przyporządkował jednemu celowi – oddaniu pomysłu De Swardta na perfumy pachnące ludzkimi wydzielinami. Lie tą stylistykę kontynuuje dziś w zapachach robionych dla Blood Concept. Jeśli jednak ktoś miał do czynienia z Secretions Magnifiques, dla niego żaden z „krwawych” zapachów nie będzie już zaskoczeniem.  

sécrétions magnifiques

Secretions Magnifiques to prawdziwie awangardowe dzieło sztuki olfaltorycznej. Abstrakcyjny, nienaturalny byt, który wzbudza skrajne emocje odbiorców – niczym kontrowersyjny film, rzeźba czy malowidło. O tym zapachu się mówi, pisze, czyta. On jako pierwszy kojarzy się z Wolnym Stanem Pomarańczy. Słusznie. Jest niejako credo marki i jej najdalej posuniętym oraz najbardziej szokującym dziełem. Z mojego punktu widzenia nienadającym się do noszenia jako perfumy, niestety. Mimo że z upływem czasu zapach staje się nieco bardziej przyjazny niż w pierwszych kwadransach, to jednak nie potrafiłbym go nosić. Jego nuty po prostu mnie odpychają i nic na to nie poradzę. Przy tym potężna projekcja i bardzo solidna trwałość, które w tym konkretnym przypadku mogą stać się przyczyną udręki. Ale cieszę się, że mogłem go poznać. Wiem już przynajmniej, jak daleko można się w perfumerii posunąć i wciąż być komercyjnym. Bowiem wg Etat Libre d’Orange Secretions Magnifiques to podobno bestseller…

eldo secretions

głównie składniki: akord jodowy, akord adrenaliny, akord krwi, akord mleka, irys, kokos, drewno sandałowe, opoponax

nos: Antoine Lie

rok premiery: 2006

*    *    *

Po zapoznaniu się i opisaniu na blogu niemal wszystkich pachnideł Etat Libre d’Orange jedno mogę stwierdzić z pełnym przekonaniem – warto było. Nie mam wątpliwości, że to jedna z najciekawszych i najbardziej odkrywczych oraz najodważniejszych marek współczesnej perfumerii. Proponuje pachnidła dla osób poszukujących, dla indywidualistów, outsiderów, wreszcie osób ceniących sobie pomysłowość i doskonałe wykonanie. Obok zapachów bazujących na tradycyjnych wzorcach (lawendowy Antiheros, szyprowy Je Suis Un Homme, wetiwerowy Fat Electrician, czy konwaliowe Don’t Get Me Wrong Baby…), znajdziemy przede wszystkim pachnidła współczesne, zwykle bardzo intrygujące i niesztampowo wykonane (Divine Enfant, Nombril Immense, Like This, The Afternoon of A Faun, Vraie Blonde, Noël au Balcon, Delicious Closet Queen, Dangerous Complicity, Bijou Romantique, Bendelirious, Eau de Protection, Malaise of the 70’s). Istotną częścią portfolio marki są pachnidła awangardowe (Rien, Tom of Finland, Vierges et Toreros, Eloge du Traitre, Fils de dieu, du riz des agrumes, Archives 69, Charogne) oraz olfaktoryczny eksperyment (Jasmin et Cigarette, Encens et Bubblegum, Secretions Magnifiques). Poznawanie ich po kolei to dla perfumowego entuzjasty prawdziwa frajda, której towarzyszy dziecięca wręcz radość obcowania z przysłowiowym „pudełkiem czekoladek”, z którego co rusz wyjmuje się inny smakołyk. Gwoli ścisłości dodam, że wszystkie te zapachy bez wyjątku mają świetną trwałość oraz dobrą lub bardzo dobrą projekcję (w zależności od typu). Niemal wszystkie robią wrażenie przemyślanych i dopracowanych. Gdybym miał wybrać swoich faworytów, to byłyby to (w kolejności przypadkowej):

Antiheros – za 100% lawendy w lawendzie bez wchodzenia do babcinej szafy;

Je Suis Un Homme – za wskrzeszenie tematu męskiego szypru we współczesnej oprawie,

Fat Electrician – za ciepły i głęboki wetiwer, sporo zawdzięczających wzorcowi od Givenchy;

Divine Enfant – za cudowny, podany nieco kulinarnie kwiat pomarańczy (a ja ten składnik wprost uwielbiam);

Nombril Immense – za paczulę i nuty balsamiczne czyli podobieństwo do Coromandel Chanela,

Eau de Protection – za niezwykle oryginalne i uniseksowe ujęcie róży połączonej z kadzidłem i kakao,

Rien – za bycie współczesną wersją Knize Ten (czyli skóra,  jakich mało),

Vierges et Toreros – za to, że Kouros nie jest już sam;

Eloge du Traitre – za bardzo męskie połączenie iglaków i wawrzynu w aromatyczną, wibrującą, zielono-pikantną całość,

Archives 69 – za zupełnie niecodzienne połączenie nut tworzących razem coś, czego nigdy wcześniej nie czułem, a co jednocześnie intryguje, zachwyca i zastanawia, a przy tym doskonale sprawuje się na skórze.

Etat Libre d’Orange – perfumy na nowo (6) – „Archives 69”

Gdy wziąć pod uwagę nowsze kompozycje Etat Libre d’Orange (czyli powstałe po 2006-2007 roku) Archives 69 wypada pośród nich jako jedno z najbardziej frapujących i tkwiących mocno w duchu perfumowej rewolty, jakiej hołduje Etienne de Swardt. Zresztą już sama nazwa – będąca w istocie adresem flagowego sklepu Etat Libre d’Orange w Paryżu – podkreśla wyjątkowość tego pachnidła i jego reprezentatywność dla filozofii marki. De Swardt określa go esencją Wolnego Stanu Pomarańczy…

Christine Nagel

Warto zwrócić uwagę na perfumiarkę, która stworzyła ten zapach. Christine Nagel to prawdziwa gwiazda perfumiarskiej branży. Bardzo doświadczona artystka mająca na swoim koncie dziesiątki pachnideł designerskich (m.in. dla Cartiera, Choparda, Narciso Rodrigueza, Diora, Fendi, Lalique’a, Kenzo, Guerlaina, Thierry Muglera), ale także i cudne zapachy dla niszowej marki Joe Malone. Uczennica Michela Almairaca wielokrotnie dowiodła swojego kunsztu. W Archives 69 puściła wodzę wyobraźni. Wyczuwam w nim dokładnie to, o czym mówi de Swardt – totalną swobodę realizacji pomysłu i wyobraźnię twórcy. Niezwykły to zapach, w którym połączono pikantną nutę czarnego pieprzu i liścia pieprzu (wyczuwalne w ostrym intro) z nutą suszonej śliwki i orchideą oraz niecodziennym sucho-słonym akordem złożonym kadzidła i kamfory, które wspólnie tworzą serce tego zapachu. Głębi w bazie nadaje benzoes i paczula, a utrwalają wszystko piżma. Całość jest zupełnie unikatowa i w jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób zmysłowa.

eldo archives

Archives 69 jest wspaniałym przykładem perfumerii jako sztuki, czyli tworzenia olfaktorycznej iluzji, czegoś czego natura dotąd nie stworzyła, po to by wywołać u odbiorcy emocje. I one tu zdecydowanie są. Na każdym etapie trwania zapachu na skórze (czy testowym papierku) odczuwam pozytywną konfuzję i zastanawiam się, czym to właściwie pachnie, co mi to przypomina i… nic. Nie znajduję odpowiedzi. Czegoś takiego po prostu nigdy wcześniej nie wąchałem, co w moim przypadku jest już naprawdę rzadkością. Przy tym Archives 69 to zapach zupełnie noszalny, wcale nie dziwaczny, wg mnie zmysłowy i bardzo intrygujący uniseks, godny polecenia wszystkim tym, którzy szukają pachnidła zupełnie wyjątkowego. Doskonała awangardowa robota perfumiarska i jeden z moich ulubionych zapachów tej marki. To pewne.

Etat-de-Libre-69

głównie składniki: mandarynka, różowy pieprz, liść pieprzu, orchidea, suszona śliwka, kadzidło, kamfora, benzoes, paczula, piżmo

nos: Christine Nagel 

rok premiery: 2011

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ok. 10 godzin

cdn.

Etat Libre d’Orange – perfumy na nowo (5) – “Vierges et Toreros”, „Eloge du Traitre”, “Don’t get me wrong baby, I don’t swallow”, “Fils de dieu, du riz des agrumes”

Vierges et Toreros czyli Dziewica i Torreador…

…kompozycja duetu Antonie’ów: Maisondieu i Lie to jedna z najjaśniej świecących gwiazd na firmamencie Wolnego Stanu Pomarańczy. Niezwykłe, unikatowe i niesamowite połączenie symbolizującej kobiecość zmysłowej tuberozy – jednego z najmocniej pachnących w naturze kwiatów – z supermęskimbezkompromisowo mocnym akordem …. macho, poskładanym ze sporej ilości esencji korzenia kostowca (osobno składnik ten pachnie jak niemyte włosy „z okolic innych niż głowa”, a z jego sowitego zastosowania znany jest choćby Kouros YSL), mnóstwo piżma, drewno oraz bazy zapachowej pod tajemniczą nazwą Animalis (zwierzęco pachnąca mieszanka – gotowa baza zapachowa produkowana przez firmę Synarome).

costus

Kolejny dowód na to, że najbardziej intrygujące są w ELdO zapachy oparte na niecodziennych kontrastach. Vierges et Toreros to – podsumowując – pachnidło w swej większości skórzane z animalnym finiszem. Takie połączenie fenomenalnego Lonestar Memories Andy Tauera (tyle że w mroczniejszym wydaniu, bez tauerowskiej „benzynowej” nutki) z brudnawo-piżmowo-zwierzęcym Kousorem YSL. Jedynie otwarcie pozwala poczuć woń akordu tuberozy, ale już od samego początku czuć obecną zaraz obok agresywną nutę animalno-skórzaną. Dość powiedzieć, że akord bazy, odsłaniający się po wielu godzinach od użycia, to zwierzęce, nieco gorzkie i do bólu bezkompromisowa woń, która na skórze nabiera tajemniczego i pociągającego charakteru, a która bezwzględnie nawiązuje do Kourosa i z pewnością zainteresuje wielbicieli klasyka Pierre’a Bourdona.

Vierges et Toreors to z pewnością jeden z moich faworytów w ofercie ELDO. Prawdziwie bezkompromisowa i prawdziwie niszowa propozycja dla mężczyzn nie oglądających się na to, co powiedzą inni. Świetne, mocne, trwałe jak jasna cholera i charakterne to pachnidło. Thumbs up!

eldo vierges

głównie składniki: bergamotka, gałka muszkatołowa, pieprz, kardamon, ylang ylang, tuberoza, skóra, Animalis, kostus, paczula, wetyweria

nos: Antoine Lie & Antoine Maisondieu

rok premiery: 2007

Eloge du Traitre – Pochwała Zdrajcy

Zapach zainspirowany sławnymi zdrajcami historii – Ablem, Brutusem, Judaszem, Romulusem, Dalilą – jest współczesnym przyprawionym fougere, zapatrzonym jednak w stare dobre wzorce. Dominują w nim dwie nuty: iglakowa (sosna) oraz ziołowa (bylica i wawrzyn – laur) czyniąc z niego osobliwą i bardzo męską mieszankę legendarnego Polo R. Lurena, Yatagana Carona i … Laurel Comme des Garcons. To ostatnie nie dziwi o tyle, że oba zapachy zrobił ten sam perfumiarz Antoine Maisondieu i wydają się być one bardzo udanymi wariacjami na ten sam temat.

BayLeafLaurus_nobilis

W pierwszym etapie dominuje nuta esencji sosnowej, z czasem ustępując gorzkiej, wytrawnej bylicy. Wspomniany laur obecny jest niemal przez cały czas trwania zapachu na skórze aż do samego końca. Dla porządku wspomnę, że trwałość zapachu jest – jak zawsze w przypadku tej marki – bardzo dobra, a projekcja solidna. Zapach ukontentuje wielbicieli mocnych woni ziołowych, nieco kuchennych i wytrawnych. Mnie się bardzo podoba i staje w szranki z Laurelem CdG, na którego flakon „czaję” się już dość długo. Eloge du Traitre to kolejne bardzo udane pachnidło ELdO ze „starego”, najlepszego sortu (rok powstania 2007).

eldo veloge

głównie składniki: sosna, wawrzyn, bylica, goździk, geranium, jaśmin, paczula, skóra, piżmo

nos: Antoine Maisondieu

rok premiery: 2006

Don’t get me wrong baby, I don’t swallow – czyli…

Pod chyba najbardziej prowokacyjną i ewidentnie pornograficzną nazwą w całej zapachowej bibliotece ELdO kryje się – przewrotnie – zaskakująco urocza, współczesna lekka i świeża kompozycja białokwiatowa z wyraźna dominantą konwalii. Antione Maisondieu umieścił ją tu na tle świeżo-piżmowym, dodał jaśminowej goryczki i zrobił małe kwiatowe arcydzieło. Dla fanek Diorissimo poszukujących jego współczesnego wcielenia Don’t Get Me Wrong będzie przemiłym zaskoczeniem. Zapach może niezbyt oryginalny, o dość banalnym temacie, w sumie zupełnie zwyczajny, ale zrobiony z wirtuozerią godną mistrza. Urocza propozycja dla kobiet, choć pewnie nie każda będzie chciała nosić perfumy o tak sprośnej nazwie, co jestem wstanie zrozumieć.  Gdyby jednak i gdyby już jakiś zaintrygowany kwiatową wonią mężczyzna zapytał: czym pani pachnie, lepiej (i romantyczniej) będzie odpowiedzieć lilly of the valley, aniżeli: kochanie nie zrozum mnie źle, ale nie połykam. Przynajmniej na pierwszej randce ;-))

I chyba na tym polega tym razem dowcip – na zestawieniu  zaskakująco zwyczajnej natury tych stricte kobiecych perfum z ich prowokacyjną nazwą, bo gdyby ją zmienić na coś „normalnego”, zapach ten mógłby zasilić ofertę jakiejś znanej marki designerskiej.

yes i do

głównie składniki: jaśmin, konwalia, kwiat pomarańczy, ambra, paczula, kakao, piżmo, ptasie mleczko

nos: Antoine Maisondieu

rok premiery: 2007

Fils de dieu, du riz des agrumes – Syn Boży, ryż i cytryny…

…znów prowokacyjny tytuł i dość oryginalna mikstura z gatunku świeżych, a nawet lepiej: egzotycznych, w której w intrygujący sposób zmieszano cytrusy, kokos, nutę ryżową (!), kardamon, kolendrę, cynamon, a nawet kastoreum, by uzyskać coś na kształt Virgin Island Water Creeda w wersji science fiction. Charakterystyczna nutka węglowodanowa (ryż) otacza akord egzotycznego drinka (limonka, shiso, imbir,kokos) powodując efekt zapachu niby znanego, ale w jakiś dziwny sposób innego. Wydaje się, że Ralph Schwieger nieźle wpisał się w awangardową stylistykę ELdO, choć z drugiej strony mam wrażenie, że być może oto któregoś dnia przyniósł on Etienne de Swardt-owi do powąchania próbkę swego dzieła, po czym usłyszał: „ładny świeży zapach, ale nie będzie do nas pasował, Ralphie, bo jest nazbyt zwyczajny. Udziwnij go proszę i wróć do mnie.”

exotic beach

Tak więc Fils de dieu… to lekko (zaznaczam słowo „lekko”) udziwniony zapach egzotyczny, relaksujący, przyjemny, mający niecodzienny twist, który zresztą z czasem znika i – koniec końców – na finiszu i tak staje się zwyczajnym przyjemniaczkiem. Propozycja dla tych, którym Virgin Island Water bądź Tommy Bahama Set Sail St. Barts znudziły się i potrzebują czegoś w podobnym klimacie, ale nieco bardziej charakterystycznego. Zapach niezły, ale – jak większość najnowszych propozycji Etat Libre d’Orange – mało odkrywczy.

eldo fils de deiu

głównie składniki: imbir, liście kolendry, limonka, shiso, kokos, kardamon, jaśmin, cynamon, róża majowa, tonka, wetiwer, piżmo, ambra, skóra, kastoreum

nos: Ralf Schwieger

rok premiery: 2012

cdn.