Atelier Cologne – „Collection Orient” oraz „Bergamote Soleil” „Citron d’Erable” i „Clementine California”

Lato w pełni. To czas, w którym zawsze chętnie wracam do zapachów Atelier Cologne. Tym razem ten „powrót” ma zapach nowości, których przez ostanie półtora roku marka zaprezentowała całkiem sporo.

O Atelier Cologne pisałem już na blogu wielokrotnie. Nie ustaje ona w rozbudowywaniu swej oferty „kolońskich absolutów” – jak nazywają je kreatorzy – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel. Dla miłośników aromatów świeżych, orzeźwiających, przepełnionych najróżniejszymi aromatami cytrusowymi (choć nie wyłącznie) Atelier Cologne to prawdziwe perfumowe El Dorado. Ale nie tylko. Marka nie stroni od innego rodzaju aromatów. Szczególnie upodobała sobie wonie orientalne, drzewne i przyprawowe, uciekający od szeroko rozumianych kwiatów (nawet Rose Anonyme jest bardziej drzewne niż kwiatowe).

Atelier Cologne founders
Christophe Cervasel i Sylvie Ganter

W roku 2016 Atelier Cologne zaprezentowało kilka nowych zapachów, w tym całkiem nową kolekcję Collection Orient. To z niej pochodzi opisany przez mnie przy okazji „Małej pieprzowej antologii” Poivre Electrique autorstwa Bruno Jovanovica. Pozostałe zapachy tej kolekcji także zasługują na uwagę. Zachwycają pięknymi, pastelowymi akordami, subtelnie orientalnym i jednocześnie lekkim oraz nieskomplikowanym charakterem, choć żaden z nich nie jest aromatem stricte kolońskim.

 

Philtre Ceylan – herbatka z bergamotką i miętą na zielonym drzewie

Aromat złożony z nut czarnej i zielonej herbaty, aromatyzowanych bergamotką, niczym rasowe earl grey. Prócz tego poczujemy w nim z początku odrobię indyjskiej mięty oraz kardamon. W składzie znalazł się także chiński irys (!), kmin, gwajakowe drewno i indyjski papirus. Składniki te budują subtelną, ale trwałą, zielono suchą bazę (w klimacie zbliżonym do Timbuktu L’Artisan) tej naprawdę prześlicznej i bardzo sugestywnej kompozycji. Warto dodać, że Philtre Ceylan nie jest pierwszym zapachem herbacianym w ofercie Atelier Cologne. Wcześniejszy jest Oolang Infini z 2010.  

atelier-cologne-philtre

główne nuty: czarna herbata cejlońska, bergamotka kalabryjska, mięta indyjska, papirus

 

Mimosa Indigo – świeża kwiatowa skórka

Uroczy, kobiecy, lekki zapach kwiatowo-skórzany,  w którym subtelnie kwiatowa woń indyjskiej mimozy, odświeżona esencją mandarynki, osadzona została na wyczuwalnym praktycznie od początku do samego końca lekkim akordzie skórzanym, opisanym jako „akord białej skóry”, cokolwiek to znaczy. Wraz z dość szybkim zniknięciem aromatu cytrusowego na skórze zaczyna dominować wiodący akord tej kompozycji – kwiatowo-skórzany, subtelnie szminkowy, jednoznacznie kobiecy, kojarzący się z zapachem wnętrza skórzanej damskiej torebki. Skóra nabiera w nim lekkiej kremowości, a całość pachnie bardzo luksusowo. Śliczne.

Atelier Cologne Mimoza

główne nuty: mimoza Indygo, mandarynka, akord białej skóry

 

Tobacco Nuit – przyprawowy kadzidlak z nutką tytoniu

Nazwa tego zapachu jest myląca. Tytułowy tytoń występuje tu bowiem raczej w domyślnej, aniżeli fizycznej formie. Ale sam zapach nic na tym nie traci. Piękne, przyprawowe otwarcie z wyróżniającą się kolendrą, w sercu kwiat tytoniu w kadzidlanej oprawie (kadzidło i labdanum), a wszystko to na bazie z paczuli, cedru i tonki. Całość jest więc przyprawowo-żywiczno-drzewna i tylko odrobinę słodka (tonki jest tu w sam raz). Owszem, takich zapachów powstało już wiele, ale Tobacco Nuit jest – jak zresztą wszystkie zapachy Atelier Cologne – bardzo kompetentnie wykonany i nosi się z go z prawdziwą przyjemnością. Dzięki takim, a nie innym składnikom, wyróżnia się też trwałością. Świetny na te chłodniejsze dni oraz letnie wieczory.

Atelier Tobacco

główne nuty: kwiat tytoniu, kolendra, klementynka, labdanum

 

Encens Jinhae – koreańskie kadzidło z kwitnącą wiśnią

Obok Philtre Ceylan to mój ulubiony zapach z Collection Orient. Kadzidło inne niż wszystkie, lekkie, rześkie, transparentne, nieco także mineralne, podane w – było nie było – konwencji kolońskiej, rozumianej jako lekki i odświeżający zapach. Z początku doprawione cytryną i gałką muszkatołową oraz wprawione w ruch molekułami różowego pieprzu. W sercu ożenione ze zwiewną nutą kwiatu wiśni i odrobiną róży (kapką!), w bazie podbudowane drewnem sandałowymi i elemi, ale przede wszystkim środkową frakcją esencji z indonezyjskiej paczuli, tej samej, która tak niesamowicie prezentuje się w Mistral Patchouli tej samej marki. Stąd pewne podobieństwa obu zapachów, ale także całkiem wyraźne powinowactwo do fenomenalnego Hermann a mes cotes… Etat Libre d’Orange.

Atelier Cologne Encens

główne nuty: kadzidło z  Samarkandy, cytryna, kwiat wiśni z Jinhae

 

Kolejne dwa zapachy Atelier Cologne zasiliły w 2016 roku stricte kolońską kolekcję Joie de Vivre.

Bergamote Soleil – gdzie cytrusy i jaśmin spotykają kardamon,…

… tam powstaje przyjemnie znajomy aromat. Połączenie prowansalskiego akordu znanego z diorowskiego klasyka Eau Sauvage (bergamota, gorzka pomarańcza, jaśmin, lawenda, wetyweria, mech dębu – to wszystko buduje tu szkielet), doprawione kardamonem, który w takim zestawieniu natychmiast powoduje jednoznaczne skojarzenia z innym klasykiem francuskiej perfumerii – Declaration Cartiera (fakt, że bardziej w wersji Cologne). Tak oto dwie perfumeryjne legendy (uosabiane przez dwóch legendarnych perfumiarzy – Edmonda Roudnitskę i Jean-Claude’a Ellenę) spotykają się w jednym współczesnym zapachu. Bo dodać należy, że przy wszystkich podobieństwach do klasyki, Bergamote Soleil jest absolutnie współcześnie, rzesko i dynamicznie pachnącą kolońską, stworzona z wykorzystaniem aktualnie dostępnych, bardzo czysto pachnących składników (np. środkowa frakcja wetywerii, którą wcześniej już poznaliśmy choćby w Vetiver Fatal). Ze względu na wszystkie te cechy Bergamote Soleil to jeden z moich ulubionych zapachów Atelier Cologne.

atelier-cologne-bergamote-soleil-918x538

główne nuty: bergamotka, jaśmin, kardamon, ketmia piżmowa

 

Clementine California – słodkie cytrusy z anyżem oraz kwiaty-widmo

Śliczne, soczyste, słoneczne, słodko cytrusowe intro (troszkę kojarzące mi się z Pomelo Paradise tej samej marki, w którym także zastosowano esencję z mandarynki, tu obok klementynki i jagód jałowca) przechodzące w serce – lekko przeprawowe (anyż, bazylia, pieprz syczuański), lekko jakby kwiatowe (bo kwiatów w składzie nie wymieniono), czyniące z Clementine California jeden z bardziej kobiecych zapachów Atelier Cologne, mimo drzewnej bazy złożone z wetywerii, sandałowca i cyprysu. Jest jednak coś w sercu tej kompozycji, w jej przewodnim temacie, co przechyla ją ku płci pięknej (choć zasadą Atelier Cologne jest uniseksowość ich perfum).

Atelier Cologne Clementine

główne nuty: klementynka, anyż, cyprys

 

Ostatnia propozycja z 2016 roku weszła w skład kolekcji Bon Voyage zwanej też Collection Azur.

 

Citron d’Erable – klonowe cytrusy, czyli kanadyjska kolońska 

Cytrusowa esencja na drzewnej bazie to formuła znana od dawna, ale Atelier Cologne reaktywuje ją ze znaną sobie ekspertyzą i wdzięcznością oraz w dość oryginalnej formie. Niespotykany mariaż cytryny (i mandarynki) z akordem syropu klonowego na solidnie drzewnej, bardzo kanadyjskiej bazie (drewno klonowe, sekwoja, cedr), a pomiędzy nimi przyprawowe serce (pieprz syczuański i eukaliptus) oraz esencja ze słynnych burgundzkich czarnych porzeczek. Choć składnikowy opis brzmi dużo ciekawiej od faktycznego olfaktorycznego efektu (któremu po interesującym otwarciu brakuje treści), to nie można odmówić Citron d’Erable swoistego uroku. Plasuje się on po tej bardziej męskiej stronie zapachowego spektrum Atelier Cologne.

Atelier-Cologne-Citron-dErable-628

 

główne nuty: cytryna, syrop klonowy, drewno klonowe

Pieprzone perfumy, czyli mała (i niepełna) antologia pachnideł z pieprzem w roli głównej

Czarny pieprz to składnik stosowany w perfumach znacznie rzadziej od tańszego w produkcji pieprzu różowego. Ale różni się od niego nie tylko ceną. Zapach esencji z czarnego pieprzu jest znacznie bardziej intensywny i zdefiniowany. Jest także lepiej nam znany z racji bycia jedną z najpowszechniejszych kuchennych przypraw. Niemniej, jego stosowanie  w perfumerii sprowadzało się dotąd do wykorzystania jego własności modyfikujących. Czarny pieprz potrafi bowiem wprawić w ruch inne molekuły, nadając im wibracji, a zapachowi – życia, projekcji, obecności, przede wszystkim zaś przyprawowości. Pięknym przykładem wykorzystania czarnego (a także różowego pieprzu) jako modyfikatora akordu cytrusowo-drzewnego jest Terre d’Hermes Jean-Claude’a Elleny. Innym, w którym użyto sporej dawki czarnego pieprzu w akordzie otwarcia, jest genialne w swym minimalizmie Bois d’Encens Michela Almairaca z linii Armanii Prive.

Black peppercorns

Kreatorzy perfum niechętnie obsadzają czarny pieprz w roli głównej. Jeżeli już to robią, to dotyczy to zwykle pachnideł z tzw. niszy perfumowej i perfumerii artystycznej. Dobrymi przykładami są tu Piper Nigrum L.Villoresiego z 1999 roku, Poivre Piquant L’Artisan Parfumeur z 2002 roku czy Poivre 23 Le Labo. Kto wie, czy nie jedynym przykładem pieprzowego zapachu marki mainstreamowej jest BANG! Marca Jacobsa (2010).

Perfumiarzem, któremu niezwykłe własności zapachowe pieprzu są bardzo bliskie, jest wspomniany Jean-Claude Ellena. Jeszcze jako twórca perfum dla niszowej marki The Different Company Ellena zmiksował pieprz z esencjami różanymi i cywetem tworząc niezwykły Rose Poivree (2000). Później, już jako nadworny perfumiarz Hermesa, przedstawił Poivre Samarcande (2004) w ramach butikowej kolekcji Hermessences. Co ciekawe, inspiracją dla jego powstania wcale nie była sama przyprawa, a drzewo, stary dąb rosnący w pobliżu domu J.C.Elleny, który przez lata zasłaniał mu widok na morze. Pewnego dnia zachorował i został ścięty. Perfumiarz zapamiętał zapach tego świeżo ściętego drzewa jako mieszankę pieprzu, piżm i dymu i to wrażenie starał się zrekonstruować w Poivre Samarcande. Stąd obecność w formule dużej ilości czarnego pieprzu wzmocnionego dodatkowo papryką oraz zastosowanie sążnistej dawki Iso E Super (mówi się, że stanowi ono ponad 70% formuły Poivre Samarcande!), odpowiadającej za aksamitne, trochę drzewne i odrobinę piżmowe tło zapachu. Na nie Maestro rozsypał zmielone drobinki pieprzu i ozdobił całość subtelnie dymną nutką, uzyskując doprawdy osobliwy efekt. Zresztą tę minimalistyczną całość można z powodzeniem nazwać akordem, gdyż składa się ona z zaledwie kilku ingrediencji.

jean-claude-ellena-new

Poivre Samarcande było do niedawna (dlaczego – o tym później) chyba najlepszym zapachem z pieprzem w roli głównej, także pod względem wyraźnej projekcji i zaskakującej – jak na ulotną pieprzową nutę – trwałości. Jestem przekonany (to wyraźnie czuć), że doświadczenia z pracy nad tym zapachem-akordem perfumiarz wykorzystał w opublikowanym dwa lata później Terre d’Hermes, uzupełniając formułę o nuty grejpfruta, cedru i wetywerii. Może więc być Poivre Samarcande swoistą zapachową fotografią postępu prac nad jednym z najwybitniejszych współczesnych męskich pachnideł. Jest jednak poza wszystkim bardzo wdzięcznym w noszeniu, oryginalnym, przyprawowo-transparentnym, wibrującym i bardzo intrygującym zapachem. Olfaktoryczne haiku na najwyższym poziomie, wymagające doskonałych składników i wyjątkowej maestrii.  Mniej znaczy więcej? Nie zawsze, ale tu akurat owszem, tak.

poivre-samarcande

Hermes Poivre Samarcande

główne nuty: czarny pieprz, papryka, kmin, nuty drzewne

rok premiery: 2004

perfumiarz: Jean-Claude Ellena

 

Dziesięć lat po ukazaniu się Poivre Samarcande znana z oudowych pachnideł marka Montale zaproponowała swoją wizję perfum z nutą pieprzu i – oczywiście – oudu. Intense Pepper to absolutnie w zgodzie z nazwą bardzo intensywny i mocny zapach, zupełnie odmienny od ulotnej, transparentnej urody Poivre Samarcande.  W pierwszej fazie pieprz zmieszany został z cytrusami dając przyjemny, świeży i naturalnie, niemal kuchennie pachnący wstęp do mocniej pikantnego serca, w którym do głosu dochodzi nieco gorzka, mocna nuta która mi kojarzy się z gałką muszkatołową. Pieprz po całkiem długim czasie ustępuje miejsca drzewnej, suchej i nieco zbyt jak na moje gusta chemicznej bazie. Nie sądzę, by był to naturalny oud, zaś użyte tu składniki mające budować oudową nutę dają dość bezkompromisowy, ale też niezwykle trwały efekt. Intense Pepper wgryza się w skórę i tkwi w niej ze dwie doby albo lepiej, z tym, że na tym etapie zapach nie ma już nic wspólnego z pieprzem.

Nie znajdziemy tu finezji Hermesa, to oczywiste. Ale jest moc! Do tego gargantuiczna trwałość, również nuty pieprzowej, co może się podobać. Jeżeli więc szukamy naprawdę mocnego pieprzu na równie mocnej drzewnej podbudowie i nie przeszkadza nam, że pachniemy tym tak ze dwa dni – koniecznie spróbujmy Intense Pepper. Ten zapach ma coś w sobie.

montale-intense-pepper

Montale Intense Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, cytrusy, oud, piżmo

rok premiery: 2014

perfumiarz: bd.

 

Zeszły rok przyniósł dwie warte wspomnienia „pieprzowe” premiery. Pierwsza to Elektryczny Pieprz (Poivre Electrique) od Atelier Cologne, skomponowany przez Bruno Jovanovica. Zapach jest częścią Collection Orient i łączy dwa rodzaje pieprzu – czarny i różowy – z pikantnym pimento. W otwarciu znajdziemy – obowiązkowe dla gatunku cologne – cytrusy, a w sercu płatek róży i całkiem wyczuwalne kadzidło olibanum. Drzewna, cedrowo-sandałowa baza z dodatkiem mirry dopełnia naprawdę dobrej całości. Niestety mam wrażenie, że Elektryczny Pieprz równie gwałtownie i atrakcyjnie się zaczyna, co szybko cichnie na skórze. Być może odpowiednio zwiększone dozowanie poprawi ten aspekt. Niemniej, zapach sam w sobie zdecydowanie wart jest uwagi. Lekki, jak na kolońską konwencję przystało, energetyzujący, wibrujący, rześki i przede wszystkim mocno pieprzowy.

atelier-cologne-poivre

Atelier Cologne Poivre Electrique

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra,

rok premiery: 2016

perfumiarz: Bruno Jovanovic

 

Drugą i zdecydowanie głośniejszą była premiera najnowszego zapachu Comme des Garcons Black Pepper. Oprawiony w klasyczny, obły, leżący flakon nawiązuje – nie tylko tym elementem – do najlepszych czasów marki. Nie mam wątpliwości, że dzieło Antoine’a Maisondieu (tak jest!)  zasługuje na miano jednego z najlepszych zapachów Comme des Garcons oraz zdecydowanie najlepszego pachnidła pieprzowego, z jakim miałem styczność. I to pod każdym względem.

antoine-maisondieu-full

U podstaw tak doskonałego efektu leży bezprecedensowe przedawkowanie czarnego pieprzu (ok. 20%) i dodatkowe wzmocnienie go za pomocą molekuły Pepperwood (ok. 10%), tej samej, która nadała pieprzowego impetu wspomnianemu BANG! Nie bez znaczenia jest także użycie, doskonale wpisującej się w temat, molekuły Akigalawood, która łączy ze sobą dwa aspekty Black Pepper – przyprawowy i drzewny. Ten drzewny został tu zbudowany za pomocą cedru i sandałowca. Zaskakującą głębię i ciepłe tło buduje tonka, piżma zaś utrwalają całość we wzorowy sposób, w wyniku czego zapach zdaje się nie mieć kresu.

Black Pepper pachnie lekko i wibrująco, ale projektuje potężnie. Jego wibrujące molekuły potrafią zakręcić w nosie nie tylko osobie go noszącej. Możemy być pewni reakcji zaintrygowanych osób z otoczenia. Czy będą one pozytywne czy negatywne, w głównej mierze zależeć będzie od ich gustów i upodobań. Ale będą na pewno.

Black Pepper to dowód na wciąż wielki i z sukcesem wykorzystywany potencjał działu kreacji perfum Comme des Garcons. Firmie należy się uznanie za poziom kreatywności i wykonania.

Black Pepper – zapach, który w swym przyprawowym gatunku jest dziełem doskonałym. Pachnidło doprawdy solidnie popieprzone….

cdg-black-pepper

Comme des Garcons Black Pepper

główne nuty: czarny pieprz, różowy pieprz, papryka, cytrusy, olibanum, mirra

rok premiery: 2016

perfumiarz: Antoine Maisondieu

 

Atelier Cologne „Ambre Nue”, „Mistral Patchouli”,”Santal Carmin”, „Blanche Immortelle”, „Oud Saphir”

Penetrując rozrastającą się w iście mainstreamowym tempie kolekcję zapachów Atelier Cologne (na 2016 rok zapowiedziano właśnie kolejnych kilka premier) zatrzymałem się przy kilku obecnych już w ofercie od pewnego czasu, ale stanowiących tę mniej lub zupełnie nie-kolońską jej cześć…

Collection Materies: Ambre Nue

Czy można wyobrazić sobie współczesną kolekcję pachnideł bez zapachu ambrowego? Pewnie można, ale po co? Amatorów ciepłych, otulających, bursztynowych woni nigdy nie brakuje, więc Atelier Cologne zadbało także i o nich. Ambre Nue to miły dla nosa aromat, kompetentnie poskładany ze składników tradycyjnie tworzących akord ambrowy (benzoes, labdanum) oraz kilku innych nadających mu nieco bardziej indywidualnego charakteru. Mowa ty przede wszystkim kwiatowych nutach aksamitki i orchidei oraz o duecie cynamonu i tonka, który przydaje całości subtelnej aury gourmand. Zapachy ambrowe to nie mój świat, ale przyznać trzeba, że ten od Atelier Cologne bardzo miło się testowało. Byłbym zapomniał – sam początek zasługuje na miano alkoholowego, a ściślej rumowego, co dobrze się wpisuje w kulinarną aurę Ambre Nue.

Atelier Cologne ambre 2

nuty górne: zielona mandarynka, bergamotka, aksamitka

nuty środkowe: orchidea, cynamon, benzoes

nuty bazy: labdanum, ambra, tonka

Collection Materies: Mistral Patchouli

Paczula wg Atelier Cologne z pewnością zaskoczy wszystkich wielbicieli tej ingrediencji. Oto bezprecedensowo świeże, nieco morskie ujęcie jednego z najpopularniejszych i najważniejszych składników perfumerii, użytego tu w formie tzw. izolatu. Stąd w oficjalnym spisie nut „serce paczuli”, a więc środkowa frakcja paczulowej esencji o bardzo konkretnym zapachu, pozbawionym ciężkości, nutek pleśniowych czy kamforowych, ale zachowująca swą zmysłowość i unikalny charakter, który trudno pomylić z czymkolwiek innym. Ów izolat połączony został w akordzie głowy ze świeżym soczystym pomelo i wyczuwalnym szczególnie właśnie na początku i trochę także w sercu zapachu anyżem. Mocy i projekcji w otwarciu dodają molekuły pieprzu. Serce to przed wszystkim geranium stanowiące świetny łącznik pomiędzy akordem głowy a paczulowo-wetiwerową bazą pogłębioną przez benzoes. Mistral Patchouli namalowany został lekką, pastelową kreską. Nie sposób odmówić mu uroku, sygnaturowego tematu i oryginalności. Poprzez połączenie anyżu i wetywerii może nico kojarzyć się z unikalnym Kenzo Air, choć dzięki sercu paczuli zapach Atelier Cologne jest zdecydowanie ciekawszy. Wibrująca i jednocześnie zmysłowa oraz niebanalna świeżość to określenia, które pierwsze przychodzą mi do głowy. To jeden z najciekawszych kolońskich absolutów od Atelier Cologne. Zdecydowanie wart polecenia.

 Atelier Cologne mistral

nuty górne: pomelo, czarny pieprz, anyż gwiaździsty

nuty środkowe: irys, kadzidło, geranium

nuty bazy: serce paczuli, benzoes, wetiwer

Collection Metal: Santal Carmin

Rzecz zaczyna się wyraźną, słodko-gorzką nutą szafranu, spod której szybko wyłania się prawdziwe bogactwo nut drzewnych. Czego tu nie ma? Mamy i cedr i gwajak i papirus. Na bogato. Tak przynajmniej jest napisane, ale … Czy ja czuję te nuty? Nie specjalnie… Z pewnością wyczuwam cypriol (papirus), na który jestem wyczulony i który bardzo lubię  w perfumach. Musi on jednak być powiązany z jakąś inną nutą, która nadaje mu treści, bo sam gwarantuje jedynie efekt – wspaniałej skądinąd – wytrawnej suchości. Tu jednak z braku dobrego towarzystwa pachnie jak papier… Santal Carmin pachnie właśnie trochę papierowo, sucho i szorstko. Nieciekawie. Przy tym bardzo delikatnie i … nie przekonująco, gdy o mnie chodzi. Siedzi blisko skóry i sprawia wrażenie jednowymiarowego. To jeden z najgorszych zapachów Atelier Cologne…

Atelier Cologne santal 2

nuty górne: bergamotka, limetka, szafran

nuty środkowe: drewno sandałowe, drewno gwajakowe, białe piżmo

nuty bazy: papirus, cedr, wanilia

Collection Metal: Blanche Immortelle

Nieśmiertelnik to jeden z najbardziej wyrazistych i najłatwiejszych do zidentyfikowania naturalnych zapachów perfumeryjnych. Jego woń będącą mieszanką zapachu syropu klonowego, lawendy i curry bardzo trudno jest przebić w kompozycji perfumeryjnej. Zwykle można ją jedynie ozdobić, wzmocnić pewne jej aspekty. I tą drogą zdaje się poszedł perfumiarz tworząc Blanche Immortelle. Z nazwy wnioskować można, że chciał przy tym uzyskać efekt bieli, wybielić żółte z natury kwiaty nieśmiertelnika. Czy mu się to udało, nie umiem ocenić. Dość jednak powiedzieć, że składnik ten, mimo że wyraźny, został zmodyfikowany innymi ingrediencjami decydującymi o jego kształcie. Perfumiarz zręcznie połączył go bowiem z klasycznymi nutami kwiatowymi (jaśmin i róża) tworząc urocze perfumy kwiatowe z odrobiną cytrusów w otwarciu i mimozą jako pomostem pomiędzy głową a sercem oraz klasyczną drzewną bazą. Ale jedno jest pewne – to immortelle gra tu na pierwszym planie. Inaczej być przecież nie może.

atelier cologne immortelle

nuty górne: bergamotka, mandarynka, mimoza

nuty środkowe: nieśmiertelnik, jaśmin, róża

nuty bazy: paczula, wetiwer, drewno sandałowe

Collection Metal: Oud Saphir

Znając już bardzo intrygującą i oryginalnie pachnącą oudową kolońską Acqua Di Parma Cologne Oud (recenzja będzie…) bardzo byłem ciekaw, w jaki sposób Atelier Cologne zaprezentuje temat oudowy w swej kolońskiej. Już pierwsze testy ujawniły, że twórcy poszli w znanym i bardzo (także przeze mnie) lubianym kierunku, który jednakowoż z oudem niewiele ma wspólnego. Oud Saphir to bowiem lżejsza i świeższa wersja Tuscan Leather Toma Forda, czyli zapachu owocowo-skórzanego, tyle że tu z dodatkowymi wyraźnymi cytrusami w otwarciu, jakby uprawniającymi do użycia określenia cologne… Gdyby twórcy chcieli być tu zupełnie szczerzy, zapach ten powinien zostać ochrzczony czymś na modłę Saphir Leather, tyle że wówczas byłoby to już ewidentne odniesienie do pierwowzoru. Tak czy inaczej jest o bardzo piękny aromat (no i znajomy), a przy tym – jak zwykle w przypadku Atelier Cologne – czuć w nim wysokiej jakości składniki i zręczną, profesjonalną kompozycję. Jakość i klasa wprost emanują ze spryskanej nim skóry. Może on stanowić świetną, lżejszą alternatywę dla miłośników Tuscan Leather czy Rasasi La Yuqawam Homme. Ale może też być po prostu jednym z ulubionych zapachów w ogóle. Tyle że skórzanych, a nie oudowych. Wciąż więc czekam na prawdziwy oud od Atelier Cologne…

Atelier Cologne oud

nuty górne: bergamotka, ketmia piżmowa, różowy pieprz

nuty środkowe: liść fiołka, jaśmin, akord zamszowy

nuty bazy: akord ciemnego oudu, drewno brzozowe, wanilia

Letnie orzeźwienie (8) -Atelier Cologne – „Pomelo Paradis” i „Cedrat Enivrant”

Nie mam wątpliwości, że oferta Atelier Cologne, a konkretnie jej zasadnicza część zwana Collection Originale, to raj dla miłośników wszelkiej maści cytrusów i zbudowanych na nich kolońskich tematów. Pracujący nad tymi pachnidłami perfumiarze korzystają z efektów najnowszych zdobyczy techniki pozyskiwania pachnącej substancji, przez co kolońskie Atelier Cologne wprost porażają intensywnością, soczystością i esencjonalnością, ale i nowoczesnym brzmieniem. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego Pomelo Paradis oraz pochodzącego sprzed dwóch lat Cedrat Enivrant. Oba zapachy zachwycają realizacją tematów i jakością. Myślę, że to nie przypadek, gdyż oba skomponował Ralf Schwieger – autor nagrodzonego FIFI 2012 Orange Sanguine, dzięki której o Atelier Cologne zrobiło się naprawdę głośno.

 

Pomelo Paradis

atelier cologne pomelo

Najnowsza tegoroczna premiera w Collection Originale to wyjątkowej urody pachnidło słodko-cytrusowe z jak dla mnie bezprecedensowo soczystym i intensywnym, niesamowicie naturalnym początkiem stanowiącym mieszankę doskonałej jakości (to czuć!) esencji z mandarynki, pomelo oraz pączków czarnej porzeczki – cennego składnika, z którego produkcji słynie Burgundia. Kwiatowe (!) serce nie jest w swej kwiatowości jednoznaczne. Róża i kwiat pomarańczy pogłębiają i przedłużają akord słodko-cytrusowy, nie ujawniając się solo. Pomelo Paradis ładnie projektuje i trzyma się skóry całkiem długo, w bazie wysyłając nowoczesne, zgoda – syntetyczne, drzewno-ambrowe sygnały. Nie umniejsza to absolutnie uroku całości. Przeciwnie – dodaje fajnego współczesnego pazura do tej niezwykle esencjonalnej i pełnej słonecznego uroku kompozycji (nie wiem, czy nie najlepszej w Collection Originale). Wiem coś o tym, bowiem pozwoliła mi przetrwać największe upały tego lata, sprawdzając się wprost fenomenalnie.

Atelier Cologne pomelos-paradis

nuty głowy: różowe pomelo z Florydy, mandarynka z Kalabrii, pączek czarnej porzeczki z Burgundii

nuty serca: kwiat pomarańczy z Maroka, róża z Bułgarii, mięta z Chin

nuty głębi: wetiwer z Haiti, irys z Toskanii, ambra

rok premiery: 2015

nos: Ralph Schwieger

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

 

Cedrat Enivrant

Atelier Cologne cedrat

Zapach zainspirowany został koktailem French 75, złożonym z ginu, szampana, soku cytrynowego i cukru. Połączenie gorzko-cytrynowej woni cedratu, kolońskiej zieloności bergamoty i kwaśności limonki tworzy zaiste rześkie, zielono-cytrusowe, pięknie wibrujące, dzięki jagodom jałowca, intro. Po kilku minutach zapach osiada na skórze w stylu neo-kolońskim, za co niewątpliwie odpowiada wchodząca w reakcję z bergamotą mięta i dodająca zielonych soków bazylia. Pogłębiony i utrwalony tonką i żywicą elemi wetiwer stanowi solidną bazę dla całkiem trwałej całości. Cedrat Enivrant to naprawdę świetna kolońska, wyraźnie nawiązująca do klasyki, ale pachnąca absolutnie współcześnie. Kolejna bardzo udana pozycja w kolońskiej ofercie Atelier Cologne i jednocześnie jedna z moich ulubionych.

Atelier Cologne cedrat2

nuty głowy: cedrat z Maroka, limonka z Meksyku, bergamotka z Kalabrii

nuty serca: mięta z Chin, bazylia z Egiptu, jagody jałowca z Macedonii

nuty głębi: tonka z Brazylii, wetiwer z Haiti, elemi z Filipin

rok premiery: 2013

nos: Ralph Schwieger

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Letnie orzeźwienie (5) – Atelier Cologne „Collection Azur”

Marka Atelier Cologne zadebiutowała w 2010 roku i od tego czasu bardzo dynamicznie rozwija swą pachnącą ofertę, a wraz z nią dystrybucję swych pachnideł (całkiem niedawno pojawiła się w jednej z największych perfumerii sieciowych). Pomysł jest, wydawać by się mogło, skazany na sukces. Połączenie przekonującego, spójnego designu (proste ale charakterystyczne flakony, towarzyszące im historyjki spisane na kartkach pocztowych z ilustrującymi każdy zapach fotografiami, będącymi swoistymi kolażami rozmaitych przedmiotów, skórzane futerały na flakony itp.), łatwych w odbiorze zapachów, zwykle oscylujących wokół szeroko pojętej konwencji modern cologne, z warsztatem najlepszych perfumiarzy i starannie dobranymi, wysokiej jakości składnikami. Całości obrazu dopełnia stosunkowo wysoka cena wskazująca na towar luksusowy. Intuicja podpowiada mi, że Atelier Cologne to przedsięwzięcie już notujące rynkowy sukces…

Twórcy marki – Sylvie Ganter i Christophe Cervasel (ex L’Oreal) – od początku oferują zapachy nazwane przez nich Cologne Absolue, czyli wysoko skoncentrowane (15%) i trwałe kolońskie, bazujące głównie na cytrusach, ale rozwijające kolońską konwencję w wielu nowych kierunkach. Obecnie oferta marki dzieli się na kolekcje:

  • Collection Originale, opisywana jako „wysoko skoncentrowane cytrusy”. To w niej znajdują się opisywane niegdyś przeze mnie na blogu: Orange Sanguine, Oolang Infini, Grand NeroliTrefle Pur czy Bois Blonds, a także tegoroczne, fantastycznie soczysto-owocowe Pomelo Paradis. Te zapachy to faktycznie prawdziwy raj dla wielbicieli pachnideł świeżych, cytrusowych, które od tradycyjnych kolońskich różnią się większą głębią i lepszą trwałością;
  • Collection Metieres kolekcja poświęcona popularnym niecytrusowym składnikom perfum (np. Vetiver Fatal, Rose Anonyme, Vanille Insensee czy Mistral Patchouli);
  • Collection Metal – zapachy zupełnie nie-kolońskie, łączące najcenniejsze perfumowe składniki (np. irys) z cytrusami (Silver Iris, Gold Leather, Blanche Immortelle);
  • Collection Azur – najnowsza, tegoroczna kolekcja, której towarzyszy hasło: „gdzie morze i niebo staje się jednym”. O niej to właśnie w niniejszym wpisie.

atelier cologne azur

Składają się na nią cztery zapachy: Mandarine GlacialeSud Magnolia, Figuier Ardent i Cedre Atlas. Kolekcja wyróżnia się flakonami w kolorze weneckiego błękitu i skórzanymi etykietami. Same zapachy – raczej luźno związane z kolońską konwencją – są bez wyjątku świeże i orzeźwiające, wprost doskonałe na upalną pogodę. Ich silną stroną są z wysokiej jakości składniki (co marka podkreśla wskazując pochodzenie każdego z nich w oficjalnych spisach na stronie internetowej i w materiałach promocyjnych), oraz same kompozycje, sprawiające wrażenie prostych, ale bardzo kompetentnie zbudowanych. Trzy z nich popełnił pracujący w Robertet Jerome Epinette (m.in. zapachy dla Byredo), jedną zaś perfumiarz Mane Ralf Schwieger (autor m.in. doskonałego Lipstick Rose dla Frederica Malle, fenomenalnego Iris Nazarena Aedes de Venustas czy intrygującego Fils de Dieu, du riz et des agrumes Etat Libre d’Orange). Obaj perfumiarze znani są już z wcześniejszej współpracy z Atelier Cologne (Orange Sanguine Ralfa Schwiegera została nawet uhonorowana nagrodą FIFI 2012).

jerome epinette
Jerome Epinette – zdjęcie Deidre Schoo dla The New York Times

 

Mandarine Glaciale

Dopiero co opisywałem dwie mandarynkowe kolońskie: Eau de Mandarine Ambree i Mandarino di Amalfi, więc mam jeszcze świeży punkt odniesienia. Mandarine Glaciale ulokowałbym olfaktorycznie dokładnie pomiędzy nimi. Mają początkowo cytrusową rześkość podobną do tej znanej z perfum Toma Forda. Mandarynka jest tu bowiem, podobnie jak u Forda, jednym z kilku cytrusowych składników, które budują bardziej złożony cytrusowy akord. Jednak faktycznie zaczyna ona dominować zaraz po tym, jak początkowa cytrusowa feeria nieco przygaśnie. Z mandarynką ładnie współgra w sercu zapachu słodkawy imbir – drugi bohater tej kompozycji. To właśnie połączony z nią imbir oraz ambrowo-drzewny akord bazy budują zasadniczy, najdłużej trwający aromat, któremu przez słodkawe mandarynkowe ciepło bliżej już do Eau de Mandarine Ambree Hermesa aniżeli Mandarino di Amalfi.

atelier cologne mandarine

nuty głowy: mandarynka z Kalabrii, cytryna z Sycylii, bergamotka z Kalabrii

nuty serca: imbir z Chin, jaśmin z Egiptu, liść gorzkiej pomarańczy z Paragwaju

nuty głębi: wetiwer z Haiti, mech dębu ze Słowenii, biała ambra

nos: Jerome Epinette

 

Sud Magnolia

Lekki, przyjemny, idealny na lato, raczej kobiecy zapach kwiatowy z – jak się można domyślać – centralnie umieszczoną nutą magnolii. Początek to soczysty i pięknie świeży akord owocowy złożony z dominującego pomelo, uzupełnionego o nutę czarnej porzeczki, okraszony gorzką pomarańczą. Kilka minut po aplikacji na skórze wyłania się centralny akord kwiatowy – lekki, świeży, bardzo „letni”. Dominuje magnolia subtelnie wsparta przez różę. Drzewno-piżmowe tło utrzymuje ładną kwiatową woń na skórze przez kolejne kilkadziesiąt minut. Żadnej odkrywczości, bo i po co, za to zawodowa egzekucja tematu i po prostu miłe dla nosa, lekkie pachnidło dedykowane raczej płci pięknej…

at

nuty głowy: gorzka pomarańcza z Sewilii, pomelo z Florydy, czarna porzeczka z Burgundii

nuty serca: magnolia z Luizjany, absolut różany z Bułgarii, kwiat szafranu z Indii

nuty głębi: drewno cedrowe z Maroka, drewno sandałowe z Nowej Kaledonii, piżmo

nos: Jerome Epinette

Figuier Ardent

Temat figi był już wielokrotnie realizowany na różne sposoby przez rożnych perfumiarzy (sztandarowe Premier Figuier dla L’Artisan Parfumeur i Philosykos dla Diptyque – oba autorstwa niepokojąco milczącej w ostatnim czasie Olivii Giacobetti, Figuier Jamesa Heeleya, Hermes Un Jardin En Mediterranee Jean-Claude’a Elleny, by wymienić kilka). Szczególnie kompozycje Giacobetti ustaliły kanon perfum figowych, jako zielono-mlecznych, soczystych i świeżych. Dzieło Ralfa Schwiegera prezentuje się na ich tle całkiem oryginalnie: oto doprawiony kardamonem, anyżem i pieprzem akord figi na drzewnej bazie.

Ralf Schwieger 3
Ralf Schwieger

Intrygująca i wibrująca mieszanka kardamonu oraz anyżu rozcieńczona w bergamotkowej esencji otwiera zapach, by dość szybko przejść w zielone serce z centralną nutą figi. Nie jest to figa mleczna, jak u Giacobetti czy Heeleya, bliżej jej do zieloności figowca z Un Jardin en Mediterranee Hermesa. Figowe serce emanuje świeżą, odrobinę mydlaną wonią, a finisz jest zaskakujący, drzewny z elementem morskim. Figuier Ardent pozytywnie wyróżnia się na nie tylko na tle pozostałych „kolońskich” Collection Azur, ale także i innych znanych mi pachnideł figowych. Potwierdza on nietuzinkowy talent Ralfa Schwiegera.

atelier cologne fig

nuty głowy: bergamotka z Kalabrii, anyż z Turcji, kardamon z Gwatemali

nuty serca: liść figi z Prowansji, słona figa, czarny pieprz z Madagaskaru

nuty głębi: drewno cedrowe z Wirginii, irys z Toskanii, tonka z Brazylii

nos: Ralf Schwieger

 

Cedre Atlas

Ten zapach to – obok Figuier Ardent – mój faworyt z niebieskiej czwórki. Łączy cytrusy z drzewnym, cedrowym tłem i nowoczesnym ambrowo-drzewnym finiszem. Podoba mi się to zestawienie. Zapach jest rześki, energizujący w sposósb podobny do świetnego Duel od Annick Goutal. Poprzez swą chwilami nieco szorstką drzewność najbardziej chyba męski z całej czwórki. Początkowo cedrowe wiórki mienią się w cytrusowej (konkretnie cytrynowej) poświacie dając niezwykle orzeźwiający efekt. Pachnie to jak doskonałej jakości musująca lemoniada. Z czasem drzewny, cedrowy aspekt bierze górę. Tworząca akord głębi mieszanka syntetycznej ambry, papirusu i wetywerii podkreśla nowoczesność i męskość pachnidła, dodatkowo czyniąc Cedre Atlas najtrwalszą pozycją Collection Azur.

atelier cologne cedre

nuty głowy: cytryna z Sycylii, bergamotka z Kalabrii, czarna porzeczka z Burgundii

nuty serca: cedr z Maroka, jaśmin z Egiptu, morela

nuty głębi: biała ambra, papirus z Indii, wetiwer z Haiti

nos: Jerome Epinette

 

Po zastanowieniu stwierdzam, że dwa zapachy Collection Azur równie dobrze mogłyby zasilić istniejące już w ofercie Atelier Cologne kolekcje (Madarine Glaziale idealnie pasuje do Collection Originale, zaś Cedre Atlas aż prosi się o umieszczenie w Collection Metieres). Faktem jest natomiast, że już pozostałe dwa nie mieszczą się w konwencji żadnej z istniejących kolekcji (woń figi czy magnolii to twory perfumiarzy, a nie naturalne esencje, no i ani Figuier Ardent ani Sud Magnolia nie maja charakteru cytrusowych kolońskich). Ale to przecież tak naprawdę nie ma większego znaczenia…

Collection Azur to zbiór uroczych, świeżych, orzeźwiających zapachów „post-kolońskich” o wydłużonej trwałości. Każdy z nich ujmuje niewątpliwą urodą akceptowalną dla bardzo szerokiej publiczności. Innymi słowy – te pachnidła chyba nie mogą się nie podobać. Zarówno ich charakter jak i parametry skrojone są bardzo na miarę naszych czasów, gdy dobrze jest pachnieć, byle przyjemnie i byle nie za mocno…

Atelier Cologne „Gold Leather” i „Silver Iris”

W zeszłym roku marka Atelier Cologne, znana ze swych „kolońskich absolutów z charakterem”, przedstawiła pierwsze dwa pachnidła z nowego cyklu Collection MétalGold Leather i Silver Iris. Oba wykraczają już na tyle daleko poza nawet szeroko pojętą estetykę wody kolońskiej, że uprawionym będzie stwierdzenie, iż właściciele marki, Sylvie Ganter i Christopher Cervasel, poczuli się uwięzieni w stworzonej przez nich samych konwencji i postanowili wyjść poza nią i penetrować zupełnie inne olfaktoryczne rejony.

atelier cologne owners
Christopher Cervasel i Sylvie Ganter

Oba kolońskie absoluty są tak naprawdę pełnoprawnymi wodami toaletowymi (18% koncentracji) o dużo cięższym niż koloński charakterze i zupełnie niekolońskiej tematyce, przy czym widniejący w nazwie kolekcji oraz na flakonach metal nie znajduje odzwierciedlenia w samych pachnidłach. Jedno z nich jest bowiem skórzane, drugie… wg mnie także skórzane, mimo że nazwa wskazywałaby na co innego (każdy kto miał do czynienia z zapachem kłącza irysa wie, że nie jest on typowo kwiatowy).

Gold Leather

Otwarcie jest owocowo-alkoholowe. Czuję w nim bardzo sugestywny, przepiękny akord rumu, w którego tle majaczy nutka fermentującego moszczu winnego otoczona wonią dębowej beczki. To najbardziej realistyczny akord rumowy, jaki dotąd spotkałem (ten z Idole de Lubin może się… schować). W sercu króluje tytułowy akord zamszowo-skórzany, bardzo ładny, subtelny i elegancki, na wskroś nowoczesny. Nie od razu, ale po pewnym czasie wysuwa się naprzód nutka suszonej śliwki. Wówczas całość zaczyna przypominać wspaniałe Egoiste od Chanela. Baza Gold Leather jest subtelnie skórzana z elementami drzewnymi. Zapach jest niekrzykliwy, bardzo finezyjnie skonstruowany i naprawdę śliczny. Czuć tu delikatny i jednocześnie wyrafinowany styl Jerome’a Epinette’a (odpowiedzialnego m.in. także za pachnidła Byredo), który w sposób mistrzowski wykorzystuje nowoczesne ingrediencje m.in. izolaty. Gold Leather to warta uwagi propozycja Atelier Cologne.

atelier cologne gl

głowa: gorzka pomarańcza, szafran, rum

serce: śliwka, dawana, eukaliptus

baza: drewno gwajakowe (frakcja), drewno cedrowe (frakcja), akord skórzano-oudowy

nos: Jerome Epinette

rok premiery: 2013

 

Silver Iris

Doskonałej jakości esencja z toskańskiego irysa (Iris Pallida) nie jest oczywiście gwarancją doskonałych perfum. Mało tego. Irys to bardzo trudny do użycia składnik. Łatwo dominuje kompozycję i z równą łatwością w niej przepada. Wymaga wiedzy i doskonałego warsztatu. Jerome Epinette zdaje się mieć i jedno i drugie, bowiem Silver Iris lśni irysową nutą niczym tytułowe srebro. Charakterystyczna chropawa, trochę korzenna, trochę ziemista woń esencji z kłącza irysa wymaga jednak odpowiedniej oprawy. Tu – abstrahując na chwilę od poszczególnych nut i wymienianych w opisie ingrediencji – jest to oprawa skórzana. Jest więc Silver Iris miękkim zapachem skórzanym, w odróżnieniu od Gold Leather pozbawionym wyrazistych nut alkoholowych i owocowych (wspomina się porzeczkę, której jednak ja nie wyczuwam), za to ozdobionym przez wibrujący pieprz w fazie głowy, zieloną nutę fiołkowego liścia w sercu oraz osadzonym na orientalnej, przypominającej nieco zapach palonego cukru bazie, skonstruowanej z paczuli, białej ambry i tonka. Silver Iris nie zmienia się na skórze tak ewidentnie, jak Gold Leather, choć owszem subtelnie dryfuje od intensywnie irysowego intro, poprzez karmelowe serce aż po ambrowy finisz. Zapach ten z pewnością wart jest uwagi i to nie tylko miłośników charakterystycznej irysowej woni, która tu została przedstawiona w bardzo wyrazisty i piękny sposób.

atelier cologne si

głowa: tangerynka, różowy pieprz, czarna porzeczka

serce: liść fiołka, kłącze irysa, mimoza

baza: paczula, biała ambra, tonka

nos: Jerome Epinette

rok premiery: 2013

P.S. Oba zapachy dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality.

Atelier Cologne „Rose Anonyme” i „Vétiver Fatal”

Technologia pozyskiwania zapachów z naturalnych substancji wciąż ewoluuje. Także w tej dziedzinie (obok chemicznej syntezy) dokonuje się innowacja i postęp. Daje to ogromne nadzieje na rozwój sztuki perfumeryjnej, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę coraz szersze obostrzenia w zakresie dopuszczonych do użytku komponentów (działalność IFRA).  W porównaniu do lat 80-90-tych XX w. ostatnio dużo rzadziej pojawiają się nowe syntetyczne aroma-molekuły. Prawdziwie innowacyjne prace prowadzone są nad składnikami naturalnymi w laboratoriach firm takich jak Robertet czy Laboratoire Monique Remy. Jedną z dynamicznie rozwijanych tam technologii jest destylacja frakcyjna (frakcjonowanie), w której – wykorzystując pewien przedział temperatur wrzenia danej substancji naturalnej – uzyskuje się do kilku frakcji molekularnych o czasem bardzo różnych charakterystykach zapachowych. (Innym zagadnieniem jest ko-destylacja dwóch ekstraktów, która w efekcie daje zupełnie nową zapachową jakość, nieosiągalną w wyniku prostego wymieszania tych samych, ale wcześniej osobno wydestylowanych olejków).

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że oba pachnidła będące przedmiotami niniejszego wpisu, powstały właśnie przy użyciu m.in. składników pochodzących z frakcjonowania. Perfumiarz firmy Robertet, Jerome Epinette (autor m.in. niektórych perfum Byredo), wykorzystując je stworzył dla Atelier Cologne dwie nieprawdopodobnie charakterystyczne, piękne, oryginalne i niezwykle współczesne kolońskie absoluty (Cologne Absolue – zgodnie z przyjętym przez firmę nazewnictwem): Rose Anonyme z frakcją ekstraktu z Ylang Ylang oraz Vétiver Fatal z – rzecz jasna – frakcją ekstraktu haitańskiej wetywerii. Oba zapachy w jakimś sensie podążają drogą wyznaczoną już wcześniej przez Jean-Claude’a Ellenę, który składniki pochodzące z frakcjonowania już od dość dawna wykorzystuje na szeroką skalę w ekskluzywnej linii Hermessence. Oba są też prawdziwymi manifestami współczesnej perfumerii. Tak pachną perfumy XXI wieku, bazujące na współczesnych zaawansowanych technologiach wykradania wonności naturze.

Rose Anonyme – bezimienna róża?

Mocne, intensywne intro przedstawia nam różę z towarzyszeniem paczuli oraz szczypty imbiru. Początkowo soczystości zapachowi nadaje bergamotka. Później zapach nieco łagodnieje, a nozdrzom ujawnia się turecka róża w pełnej krasie. Zastosowany tu ekstrakt z róży pochodzi z własnych upraw firmy Robertet zlokalizowanych w Senir w Turcji. Trzon Rose Anonyme to akord, który z czasem zaczyna dominować, pozostawiając różę wciąż wyraźnie wyczuwalną. Tajemna, mistyczna mieszanka kadzidła, paczuli i papirusu żywcem wyjęta z mojego ukochanego Timbuktu L’Artisan Parfumeur autorstwa Bertranda Duchaufoura. Drzewno-zielona. Nie do pomylenia z niczym innym. Perfumiarz umieścił w formule także akord ewokujący oud oraz benzoes, z tym że zrobił to z ogromnym wyczuciem, gdyż mimo wielości składników oraz ich dużej często wagi gatunkowej Rose Anonyme pozostaje w swej naturze Cologne Absolue, czyli zapachem z założenia lekkim, orzeźwiającym i niezobowiązującym, choć dzięki wysokiej koncentracji składników (18% esencji) wyrazistym i trwałym daleko bardziej, niż tradycyjna kolońska. Rose Anonyme jest szczególnie trwałym zapachem, pozostającym na skórze dobre kilkanaście godzin.

„Prostota to mój styl. Kocham naturę, jedzenie, przyprawy… i lubię często przedobrzyć z jakimś składnikiem, by osiągnąć element zaskoczenia. Kocham czuć zapachowy ogon (fr. sillage). Użyłem imbiru, róży, kadzidła. Esencja z róży jest złożona niczym miód, jednocześnie owocowa jak osmantus. Lubię używać ciemnych, korzennych nut, jak papirus, a później np. właśnie imbiru, by dodać świeżości. To dlatego użyłem kalabryjskiej bergamotki zamiast petitgrain.”

Jerome Epinette o Rose Anonyme

Różę – jako składnik doskonale łączący się z każdym innym – perfumiarze na przestrzeni dekad przedstawiali już na setki sposobów. Z reguły w dość ciężkich kompozycjach kwiatowych kierowanych do kobiet. Kilka lat temu przełomowy zapach z tym względzie popełnił (a jakże) wizjoner Jean-Claude Ellena tworząc Rose Ikebana, kompozycję różaną, jednocześnie świeżą, zieloną, lekką, orzeźwiająca i doskonale letnią. Rose Anonyme to ten sam obraz, choć stworzony przy pomocy nieco innych kolorów. Fascynująco piękny i naprawdę wyjątkowy. Poprzez połączenie wilgotnych płatków róży z tym niezwykłym „afrykańskim” akordem Rose Anonyme zachwyciło mnie bez dwóch zdań. To róża, jaką z przyjemnością mógłbym nosić na co dzień. Zapach zdecydowanie uniseksowy, żywy, charakterystyczny i doskonale skomponowany. Arcydzieło!

nuty: kalabryjska bergamotka, chiński imbir, turecka róża, frakcja z ekstraktu z Ylang Ylang, somalijskie kadzidło, oud, indonezyjska paczula, indyjski papirus, benzoes z Laosu

twórca: Jerome Epinette

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra +
  • trwałość: pow. 12 h

Vétiver Fatal – śmiertelna wetyweria?

Ten zapach to kolejne miłe zaskoczenie w wykonaniu Atelier Cologne. Wetyweria na świeżo, zielono i… kremowo. Spora ilość składników nie jest tu od razu wyczuwalna, ale w miarę jak pachnidło rozwija się na skórze, poczuć można jego niezwykle harmonijną złożoność. Oczywiście nutą przewodnią zapachu jest mój najulubieńszy wetiwer, a konkretnie jego środkowa frakcja, zielona, trawiasta, pozbawiona drzewności i ziemistości wetywerii w pełnym spektrum.

Sposób potraktowania cudnego trawska jako żywo przypomina mi to, co zrobił mistrz Jean-Claude Ellena w swoim Vetiver Tonka, w którym połączył wybraną, pozbawioną charakterystycznej ostrości i ziemistości, frakcję wetiwerowej esencji z fasolą tonka, osiągając efekt gorzkiej, niemal orzechowej bazy. Także tu zapach jako całość robi wrażenie niemal kulinarnego. Haitańska wetyweria zanurzona została w niezwykle aksamitnej, wręcz kremowej masie złożonej z wielu składników (wg opisu). Wspomniana wcześniej kremowość, pojawiająca się w tle zielonej wetywerii zaraz po tym, jak ze skóry uleci bukiet bardzo naturalnie pachnących cytrusów wzmocniony esencją z gorzkiej pomarańczy, pochodzi prawdopodobnie od kwiatu pomarańczy i akordu czarnej śliwki. Ewolucja postępuje w kierunku drzewnej bazy, w której umieszczono m.in. akord imitujący oud (choć wg twórcy nieco inny aniżeli ten w Rose Anonyme).

Vétiver Fatal wydaje się być aksamitny, świeży, orzeźwiający i zmysłowy jednocześnie. Lata świetlne daleki od banału. Obok Vettiveru CdG to na ten moment najlepsza znana mi kolońska z tym składnikiem w roli głównej. Choć właściwie to już eau de toilette (zawiera 15% esencji). Co za tym idzie, zapach ma solidną projekcję i naprawdę dobrą trwałość (wyczuwalny spokojnie 8 godzin, a kolejne kilka godzin tkwi na naskórku bez projekcji).

Tak – ta wetyweria jest śmiertelna. Albo ściślej: śmiertelnie urocza. Vétiver Fatal to mój wybór na przyszłoroczne lato. Zdecydowanie!

nuty głowy: kalabryjska bergamotka, sycylijska cytryna, paragwajska gorzka pomarańcza

nuty serca: tunezyjski kwiat pomarańczy, liście fiołka, czarna śliwka,

nuty głębi: frakcja z ekstraktu haitańskiej wetywerii, teksański cedr, akord ciemnego oudu

twórca: Jerome Epinette

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: 8-10 h

*              *              *

Obie nowe porpozycje Atelier Cologne to wg mnie najciekawsze i najbardziej wyraziste zapachy w ofercie marki. Dowodzą tego, że Sylvie Ganter i Christophe Cervasel (właściciele firmy) postanowili mocniej zakcentować swoją obecność w perfumowym świecie i postawić na charakterystczność i nowoczesność. Oba zapachy odróżniają się (w moim odczucia na korzyść) od poprzednich propozycji Atelier. Są sporym krokiem naprzód. Dla mnie jeszcze jeden element jest tu niezwykle ważny – to sylwetka perfumiarza Jerome’a Epinette’a, który popełniając oba zapachy wyrasta w moich oczach na czołowego perfumiarza młodego pokolenia.

Muszę koniecznie sprawdzić, cóż takiego Epinette zgotował dla Bena Gorhama i jego Byredo…