„Twilly d’Hermès” – buntownicze dziewczęta Hermèsa

Najnowsza perfumowa propozycja Hermèsa to Twilly d’Hermès. Nazwa pochodzi od hermesowskiej wzorzystej chusty –  eleganckiego dodatku do garderoby. Co ciekawe, Twilly w wersji mini-opaski owinięte zostało wokół każdego flakonu tych perfum. Stanowi więc oryginalny bonus przy ich zakupie. A skoro już jestem przy flakonie, to o nim kilka słów. Kształt stylizowany na retro, zatyczka w kształcie hermesowego melonika, znana z klasycznych flakonów tego brandu – to wyraźne nawiązania do tradycji Hermèsa. To ważne, bowiem Twilly d’Hermès to pierwsze w historii tej firmy perfumy dedykowane młodym kobietom. Wyraz chęci zainteresowania tej grupy marką kojarzoną dotąd raczej ze stateczną francuską arystokracją. To właśnie współczesne dziewczęta, ich styl życia i bycia posłużyły jako inspiracja dla twórców perfum. Jak głosi slogan:

„Wolne, odważne, połączone, psotne i lekceważące, stawiają oczekiwania na głowie, płyną pod prąd, narzucają własny rytm, wymyślają nowe tempo.”

To one mają być docelowymi nabywczyniami Twilly d’Hermès, a zapach ma, jak domniemam, toczyć walkę o ich portfele konkurując z kolejnymi flankerami Coco Madmoiselle Chanel, Miss Dior czy La Petite Robe Noire Guerlain.

Twilly d'Hermes

Twilly d’Hermès moim zdaniem świetnie oddaje ducha zacytowanego wyżej sloganu. Poprzez zupełnie niecodzienne połączenie energicznej przyprawowości imbiru w otwarciu, zmysłowości tuberozy w sercu i ciepłego, kremowego akordu drewna sandałowego w bazie zapach uwolnił się od obowiązujących we współczesnej perfumerii reguł, płynie pod prąd wobec aktualnych trendów z niechcącym odejść do lamusa owocowymi słodziakami na czele. Jest w swej kontrastowości poniekąd psotny, a już na pewno odważny. Zdecydowanie też narzuca swój rytm i własne tempo.

Ekipa Hermèsa – wraz z Christine Nagel jako perfumiarką – zadbała o nowatorskość tej kreacji. Zaskoczyła zestawieniem nut i jej niecodzienną urodą: lekką, energiczną, zwiewną, z delikatną dozą kobiecości w postaci subtelnej białokwiatowej nuty tuberozy, podanej wszakże w bardzo zgrabny i zupełnie niedominujący sposób. Nie nazwałbym więc Twilly zapachem kwiatowym. To raczej mariaż subtelnej nuty kwiatowej z akcentem gourmand na drzewnej podstawie.

twilly d hermes

Twilly d’Hermès został skrojony z wdziękiem i w bardzo zgrabny sposób. Robi wrażenie opartego na krótkiej, ale efektownej i kontrastowej formule, czym kontynuuje styl, który do perfekcji doprowadził Jean-Claude Ellena, poprzednik Christine Nagel. Tu muszę wspomnieć, że parametry zapachu zostały zaprojektowane na bardzo bezpiecznym poziomie. Twilly owszem – trzyma się skóry całkiem długo, jednak – poza fazą otwarcia i kwiatowego serca – promieniuje z niej bardzo subtelnie, uwalniając się od czasu do czasu, jakby prowokował do ruchu, podniesienia tętna, szybszego pulsu, by móc w pełni zakwitnąć. Pozostawia za sobą raczej intrygującą i niedopowiedzianą impresję niż klasyczny perfumowy ogon. Uważam, ze to celowy zabieg.

Młode pokolenie nie lubi mocnych perfum. Zbyt dominujący aromat mógłby spłoszyć hermesowski narybek. Mocne perfumy kojarzą się mu ze… starszym pokoleniem mam, babć. A młodzież robi przecież wszystko, by stać się przeciwieństwem swych rodziców, by – gdy już dojrzeje – bezwolnie upodobnić się do nich bardzo lub „mniej bardzo”….

Zdecydowanie warto zwrócić uwagę na Twilly d’Hermès. To interesująca, inna, oryginalna propozycja. W zestawieniu ze słodkimi i owocowymi La Petite Robe Noire Guerlain, Miss Dior Cherie czy La Vie Est Belle Lancome Twilly d’Hermès wypada jako zapach zupełnie…. rebeliancki.

1 - twilly-d-hermes-pack+85ml @quentinbertoux

główne nuty: imbir, tuberoza, drewno sandałowe

twórca/nos: Christine Nagel

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

Reklamy

Dior Homme Sport 2017 – sportowej sagi Diora ciąg dalszy

Tegoroczna premiera Dior Homme Sport niejednego pewnie wprowadziła w konfuzję. Jak to – kolejna, trzecia wersja tego samego zapachu? Owszem. I śmiem twierdzić, że nie ostania.

Konkretnie jest to już trzecia inkarnacja Dior Homme Sport. Pierwszą Dior zaprezentował w 2008 roku (tu moja recenzja z 2010). Drugą mieliśmy przyjemność poznać w 2012 roku (pisałem o niej tu). Minęło kolejne 5 lat i Francois Demachy po raz trzeci proponuje nam swoją wizję męskiego „sportowego” zapachu Diora. Określenie to biorę w cudzysłów, gdyż w praktyce przyjęło się, że perfumy z taką etykietką oznaczają zwykle aromat orzeźwiający, świeży, lekki, bogaty w nuty cytrusowe, ale nie będący typową kolońską. Faktem jest, że nowa propozycja Diora wręcz podręcznikowo mieści się w tym zakresie.

dior homme sport 2017 commercial

Ale po kolei. Pierwszy Dior Homme Sport (2008) – niestety już praktycznie niedostępny – zachwycał rześką mieszanką słynnych diorowskich cytrusów (z bergamotką i grejpfrutem w rolach głównych), pięknie wibrującym imbirem w sercu i mocną, trwałą, nieco zadziorną drzewną bazą.

Dior-Homme-Sport_2008

Drugi DHS (2012) najlepiej korespondował z nazwą linii, jaką reprezentował, poprzez sygnaturową (choć krótkotrwałą) nutę irysa umieszczoną w sercu (wyczuwalną jednak od samego początku), która czyniła z niego zapach nieco bardziej wyrafinowany, przez co odbiegający od typowej sportowej estetyki. Wciąż pobrzmiewała w nim nuta cytrusowa (tym razem głównie sycylijski cytryn/cedrat), a imbir dalej przydawał ciepłej przyprawowości w sercu. Drzewna baza była tym, co najbardziej zbliżało go do „jedynki”.

dior homme sport 2012

Jak wypada nowy DHS na tle poprzedników? Moim zdaniem najmniej ciekawie, ale nie znaczy to, że jest to kiepskie pachnidło. To wciąż solidny świeżak, który tym razem może nieco zbyt mocno zbliżył się charakterem do – moim zdaniem zapachowo niezbyt interesującego, choć komercyjnie doskonale przyjętego – Dior Sauvage (2015).

Najnowsze wcielenie Dior Homme Sport (2017) nie jest ani tak naturalnie i rześko pachnące, jak pierwsze, ani tak wyrafinowane jak drugie. Schlebia raczej bardziej masowym gustom, choć nie potrafię odmówić mu uroku, gdyż wciąż pozostaje zapachem co najmniej dobrym.

Otwarcie jest znów – podobnie jak w „dwójce” – zbudowane na esencji z cytronu (cedrat), tym razem jednak wzbogacone o pomarańczę i – obecny już w „jedynce” – grejpfrut. Za aspekt przyprawowy tym razem odpowiadają gałka muszkatołowa i różowy pieprz. Efektem jest nieco cytrusowo-owocowe, raczej ciepłe (miast rześkiego) intro i bardzo lekko przyprawowe, trochę jakby owocowo pachnące serce. To prawdopodobnie zasługa zastosowanej esencji z gałki. Baza jest subtelnie drzewna – na samym końcu na skórze pozostaje lubiany przez mnie suchy i lekko gryzący aromat (sandałowiec?), podobny do tego z obu poprzedniej wersji.

Trzeba przyznać, że Demachy potrafi niesamowicie żonglować tymi kilkoma składnikami, by zmieniać oblicze tego samego zapachu, pozostawiając jednak niezmienionym jego klimat. Szkoda, że nie są dostępne wszystkie jego wersje, bo każda ma coś w sobie.

Zapach – przy obfitej aplikacji, co jak zwykle ułatwia fenomenalny diorowski atomizer – jest dobrze wyczuwalny i trzyma się skóry całkiem długo, bo ponad 6-7 godzin. Od słodkawego cytrusowego początku przez lekko owocowe serce po drzewny, suchy finisz DHS daje o sobie przyjemnie znać. Za parametry więc daję mu wysokie noty.

Pozostaje pytanie – dlaczego Dior dokonuje tych zmian? Myślę, że ze względu na zmieniające się trendy i wchodzące w dorosłość nowe pokolenie młodych mężczyzn, do których zapach jest adresowany, o czym dobitnie świadczy przecież zatrudnienie do tej kampanii reklamowej (jak i wcześniejszej Dior Homme) idola niedawnych jeszcze nastolatków – Roberta Pattinsona, który zmienił nieco już jednak przebrzmiałego, łysiejącego Jude’a Lawa. Bazując na prawdopodobnie od dawna słabnących wynikach sprzedaży poprzedniej wersji Dior zdecydował, że należy odświeżyć sportowy temat, by w ramach niby-nowości zachęcić nowych konsumentów do zakupu. Pewnie mu się to uda. Osobiście wróżę bowiem nowej wersji Dior Homme Sport sporą karierę, bo zapach ma wszelkie cechy bestsellera. Co ciekawe, dostępny jest w smukłym flakoniku o pojemności 75 ml, co jest nowością w porównaniu do 50 ml butelek, w jakich dostępne były wersje poprzednie.

 

Dior Homme Sport 2017

nuty głowy: cedrat, pomarańcza, grejpfrut

nuty serca: różowy pieprz, gałka muszkatołowa

nuty bazy: wetiwer, drewno sandałowe

perfumiarz: Francois Demachy

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

Frederic Malle i Michel Roudnitska „Noir Epices”

Mogło to wyglądać tak:

Była końcówka lat 90-tych ubiegłego wieku. W prowansalskim miasteczku Cabris, położonym niedaleko słynnego Grasse, w pięknym domu otoczonym wielkim, pełnym wonnych kwiatów ogrodem, pracował Michel. Choć od dawna, z wielkimi sukcesami, parał się fotografią i tworzeniem prezentacji łączących obraz, dźwięk i zapach, a jego dzieła towarzyszyły pokazom najznamienitszych marek (np. Diora), to nad czym pracował przez ostatnie dwa lata, było czymś zgoła odmiennym. Złożone z wielu składników pachnidło najpierw dojrzewało w głowie Michela, później zaczęło przybierać fizyczną formę. Chciał dedykować te perfumy pięknej brunetce, niespełnionej miłości jego życia. Zapach uważał już praktycznie za skończony. Ostatnie poprawki dotyczące ilości użytej esencji z drewna sandałowego oraz olejku geranium, ale przede wszystkim dodania aldehydu pomarańczowego okazały się kluczowe dla finalnego efektu. Michel był zadowolony z tych zmian. Wcześniej przez długi czas tkwił w martwym punkcie i nie wiedział, w którą stronę podążyć. Zapachowi wyraźnie czegoś brakowało. Teraz jednak, gdy dokonał tych drobnych, ale jakże istotnych modyfikacji, czuł, że jego praca dobiegła końca. Był na tyle dojrzałym perfumiarzem, że wiedział, iż kolejne próby manipulowania proporcjami ingrediencji, choć kuszące, mogłyby zrujnować to, co już osiągnął. Sięgnął po papierowy blotter, spryskał go wonnym płynem o bursztynowo-żółtej barwie, odczekał kilkanaście sekund, aż odparuje alkoholowy nośnik, zbliżył blotter do nozdrzy, rozchylił minimalnie usta i wykonał głęboki wdech nosem… Poczuł, jak mieszanka wibrujących molekuł wpływa głęboko w jego kanały węchowe. Receptory zaczęły w szaleńczym tempie rejestrować poszczególne molekuły i przekazywać impuls elektryczny do ośrodka węchowego mózgu. Tu zaczynała się prawdziwa magia. Mózg Michela zaczął przywoływać obrazy z dzieciństwa, sylwetki bliskich, pełne kolorów obrazy. Zastawiony świąteczny stół, ozdobiona świeczkami choinka, ojciec siedzący na fotelu obok kominka z maleńką siostrą Michela na kolanach, matka krzątająca się w kuchni, dochodzące stamtąd zapachy cytrusów i świątecznego piernika…

Dzwonek do drzwi przerwał Michelowi tę niezwykła podróż w przeszłość. Odłożył wonny papierek, podszedł do drzwi i otworzył je. W drzwiach stał średniego wzrostu szczupły mężczyzna o wyrazistych oczach i pełnym pasji spojrzeniu. Jego głowę zdobiła nienagannie uczesana fryzura, z charakterystyczną falą nad czołem. Miał na sobie oliwkową, sportową marynarkę w kratę, białą koszulę z rozpiętym kołnierzykiem, jasno-brązowe chinosy i mokasyny w kolorze burgundy. W prawej ręce trzymał torbę z brązowej skóry, na której widniała logo w postaci wielkiej litery H zamkniętej w okręgu. Jak zwykle wyglądał elegancko, ale była to elegancja naturalna, niewymuszona. Michel zawsze podziwiał jego wyczucie i styl. 

– Witaj, Michel! – rzekł mężczyzna.

– Cześć, Frederic! Wejdź proszę. 

Michel wskazał gościowi miejsce na skórzanej sofie stojącej przy niskim szklanym stoliku, na którym porozrzucane były różne zdjęcia autorstwa Michela i czasopisma, w których je publikował. Sam usiadł na dużym fotelu stojącym na przeciw sofy.

Co u ciebie słychać? Jak twój perfumowy projekt? Znalazłeś już odpowiednie osoby? – zasypał gościa pytaniami wyraźnie zainteresowany Michel.

– Dziękuję, prace idą w dobrym kierunku… – opowiedział zawieszając głos.

– Opowiedz nieco więcej. Jestem bardzo ciekaw. Masz ambitny plan. Ojciec z pewnością by ci kibicował…

– Wiesz przecież, że twego ojca poprosiłbym w pierwszej kolejności.

– Tak, wiem…To już prawie 3 lata… – zamyślił się. –  Choć przecież mama zgodziła się, byś opublikował perfumy, które stworzył dla niej lata świetlne temu, więc w tym sensie on też jest w to  zaangażowany…

– Zgadza się. Nie wiesz, jaki jestem z tego powodu wdzięczny i szczęśliwy. To wspaniały zapach. Ma w sobie jego ducha…

– To prawda… 

Przez chwilę obaj milczeli, jakby zaskoczeni tym osobistym i trudnym dla Michela wątkiem rozmowy. Frederic chrząknął i postanowił przerwać milczenie:

– Wracam akurat od Jean-Claude’a. Jest bardzo chętny, a nawet podekscytowany. Pierre’a Bourdona nie musiałem długo przekonywać. Mówił, że wręcz czekał na taka okazję. Nawet Olivia Giacobetti zgodziła się coś przygotować. Właściwie to już przygotowała. Przepiękny lilak, dosłownie zwalił mnie z nóg. Nowatorski, minimalistyczny, z nutką ogórka. Mówię ci, genialny. Wymyśliłem już nawet tytuł: „Mijając się”…

– Ładnie. Poetycko. Podoba mi się. Pasuje do ulotnego stylu Olivii. 

– Rozmawiam jeszcze z Mauricem. Chciałbym, byśmy wspólnie stworzyli coś kulinarnego, zmysłowego i ponadczasowego. Facet ma niesamowity talent do takich rzeczy. Będę też – to już niemal pewne – pracował z wielkim Edouardem Flechierem!

– Wow! Doskonała wiadomość!

– Owszem. Strasznie się cieszę. Wszak to człowiek odpowiedzialny za Poison! Mam też akces Ralfa Schwiegera. Facet jest piekielnie zdolny i niesamowicie uniwersalny. Ma przed sobą wielką przyszłość.

– No i Dominique?

– Tak, mój drogi Dominique… Jest od początku zaangażowany. Wyjątkowo dobrze się zrozumiemy. Dominique to według mnie najlepszy znawca składników i ich wzajemnych relacji. Ma niesamowity warsztat. Czuję, że zrobimy razem niejedną wielką rzecz.

– Podziwiam Twój entuzjazm. Wszak czasy nie są łatwe dla takich ambitnych inicjatyw, a już w szczególności w perfumerii, która dawno przestała być haute, a stała się produktem dla mas… Czyli co,  wygląda na to, że twój plan stworzenia „super teamu” wszedł w fazę poważnej realizacji? Cieszę się ogromnie. Kibicuję ci!

– Daj spokój! Ale dziękuję za miłe słowa. Właściwie to przyjechałem do ciebie, by zapytać, czy ty także nie zechciałbyś dołączyć?

– Ja? Ależ moje perfumowe doświadczenie jest tak nikłe… Owszem coś tam komponuję, ale to raczej do szuflady… Bo kto byłby zainteresowany takim klasycznym stylem dziś w dobie dominacji syntetyki, aroma-molekuł, zapachów wodnych, powietrznych i co tam jeszcze…

– Ano właśnie ja jestem zainteresowany! Chcę przywrócić świetność artystycznej perfumerii i wyprowadzić z cienia prawdziwych twórców – takich jak ty, Michel.

– Naprawdę? Cóż…Czuję się zaszczycony, choć także nieco zakłopotany…

– To jak? Nie daj się prosić…

– Z ogromną przyjemnością. Wiesz ja nawet…

– Tak?

– Mam coś gotowego, co mogłoby cię zainteresować. Właściwie, to dziś to skończyłem, zanim przyjechałeś. Pokażę ci.

Michel wstał z fotela i podszedł do swoich perfumowych organów. Wziął stojącą z brzegu stołu buteleczkę i wraz z pękiem blotterów podał ją Fredericowi. Ten jednak sięgnął do swojej torby, z której wyciągnął czystą, wyprasowaną i złożoną w kostkę białą chusteczkę bawełnianą, rozłożył ją w powietrzu kilkoma potrząśnięciami ręki, po czym drugą ręką chwycił buteleczkę i kilkakrotnie spryskał jej zawartością śnieżnobiały materiał. Odczekał kilkanaście sekund i zaczął wymachiwać nią sobie przed twarzą. Z zamkniętymi oczami wdychał zaperfumowane i wprawione w ruch za pomocą chustki powietrze. Trwało to dobre kilkadziesiąt sekund. Michel przyglądał się z uwagą Fredericowi. Starał się nie dawać tego poznać po sobie, ale wewnątrz drżał z obawy przed oceną znajomego. Widział, że Frederic to we Francji największy znawca perfum i ich historii. Prawdziwy koneser tej tematyki. Dziadek Frederica stworzył i kierował działem perfum Christiana Diora. Byli nie tylko współpracownikami, ale i przyjaciółmi. Dior często gościł w domu Malle’ów,  a matka Frederica niejednokrotnie testowała powstające własnie pachnidła, zanim te trafiły do produkcji. Mały Frederic był od dziecka otoczony wonnymi miksturami i ludźmi z branży. 

– Doskonałe! – wykrzyknął Frederic otwierając oczy.- Michel, to jest doskonałe! To jak bożonarodzeniowy szypr! Pozwól, że zabiorę ze sobą kilka ml, by spokojnie przetestować to w domu.

– Ależ oczywiście Frederic! Możesz zabrać ten flakonik, który masz w ręku. 

– Wspaniale, dziekuję. 

Frederic schował buteleczkę w torbie, spojrzał na zegarek, który nosił na lewej dłoni na brązowym skórzanym pasku i zagaił:

– Mam jeszcze chwilę. Opowiedz mi może coś więcej o tym zapachu, Michel…

Sięgnął ponownie do swej torby, tym razem wyciągając mały notatnik oprawiony  w skórę. Otworzył go na pierwszej pustej kartce i zaczął notować słowa Michela:

– Chciałem stworzyć coś zmysłowego i kobiecego z przyprawami w roli głównej, pachnącego naturalnie i głęboko, ale jednocześnie lekko, nie przytłaczająco. Użyłem sporej dawki gałki muszkatołowej mieszając ją z cynamonem, goździkiem i czarnym pieprzem. By nadać całości lekkości, dodałem słodkie cytrusy, głównie pomarańczę. Zależało mi też na nawiązaniu do klasycznych szyprów, więc sięgnąłem po różę, ale – by nie było to zbyt ewidentne – sparowałem ją z geranium…

– Uwielbiam geranium – przerwał Frederic – Chcę kiedyś poświęcić mu osobny zapach… 

–  Baza jest klasycznie drzewna – kontynuował Michel – choć wcale nie typowo szyprowa. Zrezygnowałem z mchu dębowego i labdanum, bo to było by znów zbyt oczywiste i wtórne. Zamiast tego paczulę, bez której nie wyobrażałam sobie zmysłowych perfum,  połączyłem z wetywerią, co przydało całości drzewnej treści, ale ich przesadną kwaśność złagodziłem kremowym sandałowcem. Tę kremową nutę wzmocniłem za pomocą wanilii.  Starałem się z nią nie przesadzać, by nie popaść w orientalne klisze i nie wejść na tereny Shalimar… I chyba mi się udało, mimo że do końca nie jestem pewien, czy jest jej wystarczająco. Typowy dylemat perfumiarza… W każdym razie, indywidualnie nie sposób jej poczuć, jednak gra niezwykle ważną rolę w całości. Aha, jeszcze cedr… Jest genialnym budulcem, niczym drewniane rusztowanie. Stabilizuje całość, tak że zapach płynie gładko, nie drga. Lubię go używać niemal na równi z paczulą.  Ale przyznam ci się, że magicznym dodatkiem, który nadał całości życia, okazał się octanal. Dziś na to wpadłem i to była eureka. Przez większość czasu dominuje w tym zapachu mieszanka pomarańczy, geranium, róży i przypraw, która kojarzy mi się z okresem świątecznym. Przyprawy grają tu ważną, ale nie najważniejszą rolę. Róża owszem jest istotna, ale poprzez geranium przechyliłem ją w bardziej zieloną niż czerwoną stronę, jeżeli wiesz, o czym mówię…

– Jasne. Rozumiem to doskonale. To jednak nietypowe podejście, nowatorskie. Przez to zapach nie jest – mam wrażenie – ewidentnie kobiecy…. Podoba mi się…  Te perfumy nie mogą skończyć w szufladzie. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie ujawnił ich światu, Michel, naprawdę. Powiem ci coś jeszcze, ale nie gniewaj się… Czuję w nich styl Edmonda przefiltrowany przez twój talent i warsztat. Ta taki neoklasyczny szypr, jednak bardzo w stylu Roudnitski…

– Tak się przecież nazywam Frederic, prawda? Jego krew płynie w moich żyłach, to i może nosy mamy podobne?

Roześmieli się obaj głośno. Frederic podniósł się z sofy, chwycił torbę i skierował się do wyjścia.

– Dziękuję, Michel. To jest wielka rzecz, naprawdę. Odezwę się wkrótce co do dalszego ciągu. Prześlę ci też moje wrażenia z testów.  

– To ja dziękuję Frederic! Czekam na twój feedback.

– Jeszcze jedno. Masz już może jakąś nazwę? 

– Myślałem o „Epice Noir”…

 – To może „Noir Epices”?

– Jak najbardziej, może  być.

– Świetnie. Trzymaj się zatem. Pozostajemy w kontakcie – powiedział Frederic i zniknął za drzwiami.

Dwa tygodnie później Michel znalazł w swojej skrzynce e-mailowej taki oto list:

„Witaj Michel,

nie myliłem się co do Noir Epices. Są fenomenalne. Dziś nie robi się już takich perfum, przynajmniej w celach komercyjnych. Nosiłem je przez dwa tygodnie dzień w dzień i mam tylko jedną drobną uwagę – czuję, że warto by nieco zwiększyć udział wanilii, by jeszcze lepiej ułożyć i pogłębić zapach w jego końcowej fazie. Poza tym nic bym nie zmieniał. Jeżeli się zgadzasz, podeślij mi nową próbkę wraz z recepturą. Chcę, by Noir Epices był jednym z pierwszych zapachów opublikowanych w ramach Editions de Parfums.

PS. Odwiedziła mnie ostatnio w pracowni Catherine Deneuve. Zaprezentowałem jej twój zapach. Była absolutnie zachwycona. Błagała wręcz o flakon. Darowałem jej kilka ml i obiecałem, że jak tylko wystartujemy z produkcją, dostanie w prezencie flakon. Wiem, że komponując Noir Epices myślałeś o brunetce, ale – jak widać – jego przeznaczenie było zgoła odmienne!

Pozdrawiam

Frederic”

michel-roudnitskafmalle2

PS. Wszelkie podobieństwo wydarzeń i postaci jest tu nieprzypadkowe. Jest sporo faktów oraz odrobina fikcji.

malle-noir-epices

nuty głowy: pomarańcza, róża, geranium

nuty serca : gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, goździk

nuty bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczula, cedr, wanilia

perfumiarz:  Michel Roudnitska

rok premiery: 1999

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / oryginalność: 5,0 / projekcja: 5,0/ trwałość: 5,0

Orto Parisi „Seminalis” – czas siewu…

Alessandro Gualtieri dodał właśnie kolejny pachnący element do kolekcji Orto Parisi. Jak pamiętamy, zapachy te powstały z inspiracji ogrodem dziadka perfumiarza, Vincenzo Parisiego. Owe niezwykłe aromaty dość sugestywnie opisałem swego czasu tu:

Orto Parisi – w niezwykłym ogrodzie Vincenzo Parisi

Powróćmy zatem na chwilę do tego niezwykłego ogrodu…

garden-italy… Czymże bowiem byłby ogród Vincenzo bez wszechobecnych tu nasion produkowanych przez wszystkie jego ukochane rośliny? To one przecież warunkowały życie, to one – o ile trafiły na żyzne podłoże – dawały początek nowemu życiu. Życie… jakby zamknięte w tych małych nasionkach, czekające tylko by się rozpocząć… To zawsze fascynowało Vincenzo. Bardzo dbał o to, by życie w jego ogrodzie miało jak najlepsze warunki do powstawania. Wiele czasu i wysiłku poświęcał na to, by przygotować najbardziej wartościowy nawóz, wzbogacając go o produkty własnej przemiany materii. Chciał być pewien, że jego praca nie pójdzie na marne. Oddawał się swemu ogrodowi bez reszty. W rzadkich i niezwykle cennych chwilach, gdy widział i bardzo wyraźnie czuł, a wręcz chłonął całym sobą efekty swojej pracy i zaangażowania, doznawał poczucia niezwykłego, potężnego podniecenia, które nierzadko przechodziło w do głębi fizyczne, ekstatyczne, uwalniające przeżycie… Wiedział, że bez TEGO nasienia jego ogród nie byłby kompletny. Nigdy nie stałby się tym, czym był.  A był jego największą miłością i jedynym autentycznym obiektem namiętności. Cała reszta po prostu się nie liczyła… 

…S E M I N A L I S…

orto-parisi-seminalis

Alessandro Gualtieri:

„Seminalis (łac. nasienny) to zapach, który zdaje się odpowiadać za przyciąganie mężczyzn do kobiet.”

Oto przedziwna mikstura o gęstej woni, początkowo przez dosłownie kilka sekund paczulowej, a zaraz potem słodkawej, przypominającej zapach kruchych ciasteczek (patrz: Dries Van Noten par Frederic Malle), która leniwie, bardzo powoli osiada na skórze. Z czasem owa kremowo-sandałowa słodkość z powrotem oddaje nieco miejsca paczuli w postaci molekuły Clearwood, która na tym etapie nadaje gorzkiego kontrastu. Następuje kilkunastominutowa „walka” nut słodkich i gorzkich, w której zwyciężają te pierwsze, by na przestrzeni kolejnych godzin przejść w ambrowo-drzewno-piżmowy, bardzo długotrwały, z czasem dość ostro pachnący finisz (prawdopodobnie zdominowany przez Ambrocenide). Seminalis trwa bowiem na skórze ponad dobę (!), a jego składniki wgryzają się w skórę z nieprawdopodobną skutecznością, pozostając na niej i całkiem wyraźnie dając o sobie znać jeszcze następnego dnia po użyciu. Zapach początkowo niemal poraża swą mocą, ale z czasem układa się i projektuje w miarę spokojnie, choć jest dobrze wyczuwalny dla noszącego, więc pewnie także i dla otoczenia.

Co ciekawe, z formalnego punktu widzenia, Seminalis praktycznie nie posiada akordu głowy i serca, gdyż składniki je budujące stanowią zaledwie 7,5% formuły. Cała reszta to typowe ingrediencje budujące bazę tych perfum, w tym paczula (14%) i różnego rodzaju piżma (55%). Pozostałe składniki odpowiadają za drzewną (sandałowiec) i ambrową część pachnidła. A jednak przemiany, jakim podlega ten zapach na skórze są ewidentne. Zachodzą one wszakże powoli (poza nieco chaotycznym wstępem), gdyż wynikają ze – z natury rzeczy – powolnego ulatniania się ciężkich molekuł bazowych.

Alessandro Gualtieri zbudował tym razem dość jednoznaczną otoczkę wokół tego zapachu, sugerując jego feromonowe własności. Seksualny nimb wokół Seminalis nie jest jednak bezpodstawny. Sam zapach ma w sobie coś z gruntu erotycznego, zmysłowego w cielesny, niemal fizjologiczny sposób.

Kolorystyka cieczy i zatyczki (a szczególnie jej zwieńczenia) może budzić bardzo organiczne skojarzenia, szczególnie, gdy zestawimy ją z nazwą zapachu…

Nie bez znaczenia jest użyta w kompozycji paczula, niosąca ze sobą zmysłowość, szczególnie gdy połączona jest ze słodszymi nutami (najlepsze przykłady to Angel Thierry Mugler i Coromandel Chanel). Podobny schemat zastosował Gualtieri, ale zrobił to we właściwy sobie poszukujący i kwestionujący sposób, dzięki czemu Seminalis jest bardzo oryginalnym tworem. Niezmiernie istotny jest tu także spory ładunek piżm, chyba jedynych faktycznych afrodyzjaków pośród perfumowych ingrediencji.

Seminalis dowodzi coraz lepszego warsztatu perfumiarza. Jest jednym z jego najlepszych pachnideł i bardzo udanym uzupełnieniem kolekcji Orto Parisi – wyjątkowych, wizjonerskich i zupełnie niezwykłych zapachów. Wszystkich wielbicieli zapachów słodko-drzewnych i kulinarnych, także tych poszukujących w perfumach wyzwań oraz doznań niebanalnych, osoby chcące wyróżnić się przy pomocy wyjątkowego zapachu gorąco zachęcam do zapoznania się z Seminalis. Naprawdę warto.

seminalis-orto-parisi

główne nuty: paczula (Clearwood), drewno sandałowe (Javanol, Polysantol), ambra (Ambrocenide), wanilia (ethyl vanillin), sterydy (Aldrone), piżma (m.in. Ambrettolide, Muscone, Musk Ketone)

nos: Alessandro Gualtieri

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

Zapach: 4,0/ oryginalność: 6,0 / projekcja: 3,5 / trwałość: 6,0

 

P.S. Seminalis, jak i cała linia Orto Parisi, dostępne jest w ofercie krakowskiej perfumerii Lulua.

Amouage „Bracken Man”. Muskat kłania się Paryżowi.

Amouage znów zaskakuje. Nigdy bym nie przypuszczał, że wyda pachnidło tak inne od wszystkiego, co opublikowało dotąd i jednocześnie tak dobrze znane, tak znajome i tak wierne kanonom perfumerii… francuskiej.

Poprzedni zapach z cyklu The Midnight Flower Collection (skąd ta nazwa?) w jakimś sensie mógł już zapowiadać ten kierunek. Sunshine Man był bowiem śliczną odą do prowansalskiego krajobrazu pełnego skąpanych w słońcu krzewów nieśmiertelnika i lawendy. Był pierwszym tak śmiałym krokiem Christophera Chonga w rejony tradycyjnej perfumerii francuskiej. Całkowitym zarzuceniem orientalnej, arabskiej estetyki, jakiej dotąd hołdował Amouage. Sunshine okazał się być czymś na kształt współczesnej luksusowej wariacji nt. legendarnego Pour Un Homme de Caron (1924) autorstwa Ernesta Daltroffa.

christopher-chong1
Christopher Chong

Krok drugi, bardziej odległy w czasie, Chong wykonał w bieżącym roku prezentując Bracken Man. A bracken oznacza… paproć. Tak jest. Oto aromat dobrze znany. Historycznie rzecz biorąc jeden z najstarszych i jeden z najważniejszych męskich aromatów perfumowych. Fougere. Gatunek perfum niegdyś przekrojowo opisany przez mnie na blogu w Krótkiej historii fougere.  Przypomnę tylko, że zapoczątkowało go pachnidło Fougere Royale (1882) popełnione dla francuskiego domu Houbigant przez Paula Parqueta .

bracken

Christopher Chong z właściwym sobie perfekcjonizmem, choć tym razem bez charakterystycznej dla niego dozy eksperymentu i przesuwania granic, zaproponował Bracken Man – zapach będący kwintesencją gatunku fougere. Tym samym dwa obecnie najlepsze na rynku francuskie klasyki: Fougere Royale 2010 i Duc de Vervins (1985) (oba od Houbigant) doczekały się bardzo poważnego rywala. No i nie zapominajmy o równie doskonałym, bardzo tradycyjnym English Fern (1910) od brytyjskiego Penhaligon’s, do którego chwilami Bracken nawiązuje najwyraźniej (choć być może całkiem bezwiednie).

Amouage nigdy nie idzie na kompromis, gdy chodzi o jakość i ten zapach potwierdza tę regułę. Bracken Man jest wręcz modelowym przykładem stylistyki, którą reprezentuje, tyle że wykonanym na poziomie dostępnym jedynie dla nielicznych.

Aromatyczne intro natychmiast zdradza, z jakim zapachem mamy do czynienia. Mieszanka cyprysu i lawendy połączona z obowiązkowymi, choć tu nie dominującymi cytrusami, pachnie bardzo męsko, klasycznie, ale i całkiem współcześnie. Innymi słowy – nie trąci myszką, mimo że z pewnością nie rewolucjonizuje gatunku. Serce Bracken Man to już samo sedno fougere. Mieszanka kluczowego dla gatunku fougere geranium przyprawionego gałką muszkatołową , cynamonem i goździkiem, posadowiona na mocnym akordzie głębi, opartym na nutach drzewnych (kremowy sandałowiec, cedr i paczula, która w miarę czasu odzywa się coraz mocniej) utrwalonych i pogłębionych piżmem.Co ciekawe, oficjalny skład nie wymienia mchu dębowego ani kumaryny, co w przypadku fougere wydaje się wprost nie do pomyślenia. Przyznam jednak, że jeżeli faktycznie ich nie ma (mchu dębowego nie czuję, tonki chyba faktycznie także), mnie ich nie brakuje. Baza Bracken pachnie wystarczająco rasowo i jest absolutnie logiczną konsekwencją przyjętej konwencji. Być może to właśnie fakt pominięcia w formule tak kluczowych, zdawać by się mogło, składników jest owym nowatorskim elementem Bracken Man. Może to właśnie  w szczególności brak mchu dębowego powoduje, że pachnie on bardziej współcześnie niż wspomniane klasyki (poza Fougere Royale 2010 – gdyż to jednak mocno współczesna wersja i to wyraźnie czuć).

amouage-bracken-03

Bracken Man to bezdyskusyjnie zapach sentymentalny. Niezwykle męski, zapatrzony w klasyczny kanon. Roztacza woń elegancką i nieco dystyngowaną. Świeżą, choć nie jest to świeżość, jakiej hołduje się we współczesnej perfumerii. Czystą, choć nie jest to współczesna czystość detergentowa. Bez udziwnień i bez eksperymentów. Wiernie wobec wyobrażeń na temat tego jak powinien pachnieć klasyczny fougere.

Bracken Man jest bardzo „kanoniczny”, purystyczny, perfekcyjny w swej stylistycznej wierności najlepszym wzorcom. W niczym im zresztą nie ustępuje.

Pod względem parametrów Bracken zadowala, choć nie można mówić tu o poziomie, który reprezentują inne, te utrzymane bardziej w arabskiej estetyce zapachy omańskiej marki. Niemniej Bracken początkowo jest bardzo intensywny, mocno się rozprzestrzenia, by po kilkunastu minutach ułożyć się na skórze i emitować przyjemną, wyraźną, ale już nie tak mocną jak na początku woń przez mniej więcej 6-8 godzin. Przez kolejne dwie pachnie już blisko skóry.

Bracken Man to nie tylko doskonałe męskie pachnidło, ale także pełen elegancji ukłon arabskiej marki w kierunku klasyki perfumerii francuskiej. To – obok kilku wcześniej wymienionych zapachów – najlepsze, co można w tym gatunku współcześnie znaleźć.

Intryguje mnie ta neoklasyczna podróż Christophera Chonga rozpoczęta przez Sunshine Man i kontynuowana teraz w Bracken Man. Ciekaw jestem bardzo, czy będzie ciąg dalszy i jaki on będzie. Kto wie, może klasyczny, ale zrobiony po „amłażowsku” szypr w klimacie Chanel Pour Monsieur? A może coś skórzano-kwiatowego w typie Antaues Chanel?

Mogło by być bardzo ciekawie…

Co Pan na to, Panie Chong?

amouage-bracken-small

nuty głowy: cytryna, bergamotka, cyprys, lawenda,

nuty serca: geranium, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki

nuty bazy: cedr, drzewo sandałowe, paczula, piżmo

perfumiarz: Olivier Cresp i Fabrice Pellegrin

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 5,0/ oryginalność: 2,0/  projekcja: 4,5/ trwałość: 5,0

Bvlgari Man Black Cologne

Dwa lata po premierze Bvlgari Man in Black zapach doczekał się dwóch flankerów: świeższej wersji w postaci Black Cologne oraz oudowego Black Orient. Oba zapachy popełnił – podobnie jak wszystkie pozostałe z linii Bvlgari Man – niestrudzony i nieprawdopodobnie wprost pracowity i twórczy Alberto Morillas, które zdaje się przeżywać obecnie złote lata swej twórczości, przynajmniej gdy chodzi o liczbę premier, których jest autorem.

alberto_morillas

Cologne w nazwie nie wynika z tego, że mamy tu do czynienia z zapachem kolońskim, choć owszem znajdziemy tu pewne nawiązania do klasycznych kolońskich składników w postaci cytrusów czy kwiatu pomarańczy. Jednak Black Cologne to tak naprawdę świeższa i lżejsza wersja Man in Black. Perfumiarz „zremiksował” w niej aromat znany z Man in Black. Pozostawił w centrum zapachu charakterystyczną nutę rumu, ukierunkował jednak całość na świeższe obszary.

Nuta rumu znana z akordu otwarcia Man in Black (utrzymanego w klimacie Spicebomb Victor&Rolf), tam połączona z tytoniem i przyprawami, tu została ozdobiona nutami zielonymi i cytrusami. Poczujemy je przez krótki okres zaraz po aplikacji zapachu na skórze. Ten świeży początek chwilami budzi moje skojarzenia z klasycznym już Versace Pour Homme tego samego perfumiarza. W sercu kompozycji – obok wspólnej dla obu wersji tuberozy – znajdziemy koloński akcent w postaci kwiatu pomarańczy – miast irysa i skóry obecnych w wersji pierwotnej. Baza Black Cologne to połączenie ambry, piżm i dominującej drzewnej nuty sandałowca, podczas gdy w Man in Black znajdziemy cieplejsze rozwiązanie tematu: gwajak, tonka i beznoes. Baza jest tu bardziej wytrawna, lżejsza, sucha i bardziej lotna, niż Man in Black, ale jednocześnie – co ciekawe – dużo trwalsza, szczególnie na skórze (Man in Black wyjątkowo długo trzyma za to na odzieży, zaś na skórze krócej).

Musze podkreślić, że choć Black Cologne ogólnie bardzo przyjemnie układa się na skórze, to szczególnie akord bazy jest jego silną stroną. Jest zaskakująco intrygujący, ładnie projektujący i długotrwały. Mimo, że lubię rumowo-tytoniowo-gwajakowe Man in Black to  pod względem finiszu wersja Cologne przekonuje mnie bardziej.

Mimo więc różnic co do kierunku, w jakim rozwija się Black Cologne, oba zapachy są do pewnego stopnia do siebie podobne, mają bowiem ten sam motyw przewodni. Warto dodać, że – co charakterystyczne dla Morillasa – gra on tutaj składnikami w niezwykle zręczny sposób. Mamy do czynienia z od początku do końca zrównoważona kompozycją perfumową zrobioną wg wszelkich prawideł współczesnego perfumowego mainstreamu, w której wszystkie składniki „grają” na ostateczny efekt, bez dominowania nad resztą. Każdy, kto zna minimalistyczny styl Morillasa i jego niezwykły talent w tworzeniu zapachów świeżych, nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie, jak pachnie Black Cologne. Podobnie każdy, kto zna pozostałe zapachy Bvlgari z linii Man raczej wie, czego spodziewać się po Black Cologne. Solidnego, kompetentnie wykonanego, aczkolwiek bardzo bezpiecznego, nastawionego na masowego klienta pachnidła.

 

bvlgari-man-black-cologne

nuty głowy: cytrusy, nuty zielone, rum

nuty serca: tuberoza, kwiat pomarańczy

nuty bazy: drewno sandałowe, ambra, piżmo

perfumiarz: Alberto Morillas

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1 -6:

zapach: 3,5/ oryginalność: 3,5/  projekcja: 3,5/ trwałość: 4,5

Jeroboam Paris – ekstrakty perfumowe dla miejskich wędrowców (cokolwiek to znaczy…)

Wszystko rozpoczęło się od piżm.

Konkretnie od ich mieszanki, nad którą od dłuższego czasu w zaciszu swojego laboratorium pracowała Vanina Muracciole, perfumiarka włoskiego pochodzenia, absolwentka ekskluzywnej paryskiej szkoły perfumeryjne ISIPCA. Wyjątkowy akord, jaki był rezultatem tych prac, oczarował niejakiego Francoisa Henina, konesera perfum, właściciela jednej z najstarszych i najważniejszych paryskich perfumerii niszowych Jovoy Paris, twórcy doskonałej niszowej marki perfumowej pod tą samą nazwą. Bazując na tym akordzie Muracciole skomponowała Origino – pierwszy zapach nowej kolekcji perfumowych ekstraktów zamkniętych w w małych, uroczych 30 ml-owych flakonikach, którą Henin przekornie ochrzcił mianem Jeroboam (w przemyśle winiarskim jest to określenie na dużą 3 litrową butlę wina) i opatrzył hasłem: Perfumowe ekstrakty dla miejskich koczowników. Ów akord tajemniczych piżm łączy zapachy kolekcji, gdyż stał się bazą dla każdego z nich. Nazwy poszczególnych kompozycji wywodzą się z języka esperanto.

jeroboam teaser

Stanowiącą bazę Origino (Początek) piżmową miksturę Muarcciole ozdobiła pieprzowym, wibrującym otwarciem, która naturalnie przechodzi w przyprawowo-drzewne serce, w którym zarówno esencja z jagód jałowca, jaki gałka muszkatołowa idealnie wprost wynikają z pieprzowego otwarcia. Drzewny wymiar zapachu został znacząco wzmocniony poprzez esencję sandałowca. Ale istotą Origino jest to, co pojawia się na skórze półtora-dwa kwadranse po aplikacji. Trwające niemal w nieskończoność, hipnotyczne, zmysłowe, magnetyzujące piżmowe mini-arcydzieło z subtelną nutką owocową, które natychmiast zapada w pamięć i każe zadawać sobie co jakiś czas pytanie – co tak pięknie pachnie?

 

Jeroboam

nuty głowy: bergamotka, różowy pieprz

nuty serca: jałowiec, gałka muszkatołowa

nuty bazy: drewno sandałowe, tajemnicze piżma

 

Hauto (Skóra) to nic innego, jak dobrze znana z Origino piżmowa baza, tyle że nadbudowana akordem kwiatowym, zdominowanym przez woń tuberozy oraz przyprawy. Zanim jednak mocne, nektarowo-kwiatowe serce ukaże się w pełnej krasie, zapach zaczyna się akordem owocowym, z wiodącą nutą będąca mieszanką niby-ananasa i czegoś słodkiego, kulinarnego i miodowego. Stawiałem na ylang ylang, choć oficjalny skład go nie podaje. Jest też wyczuwalne coś w rodzaju wanilii. Niemniej doprawione tuberozowe serce może się podobać jako bardzo nasycone, gęste i pozbawione jakichkolwiek drażniących biało-kwiatowych akcentów. Hauto ma zdecydowanie kobiecy charakter, jest początkowo dość intensywny, by z czasem mocno osiąść na skórze i trwać na niej wiele godzin jako zmysłowy, biało-kwiatowy skin-scent.

nuty głowy: bergamotka, ananas

nuty serca: tuberoza, róża, przyprawy

nuty bazy: tajemnicze piżma

vanina_muracciole

Miksado (Mieszanie) to przyprawowo-drzewna kompozycja, w której pierwszych minutach pięknie współgrają ze sobą szafran i labdanum, początkowo odświeżone minimalnie wyczuwana bergamotką. Serce to wedle opisu domena nut drzewnych, ale ja wyczuwam tu przede wszystkim intrygującą nutę owocową,  w typie likieru porzeczkowego, która narasta wraz z upływem czasu budując hipnotyczny sygnaturowy akord Miksado. Kompozycja wsparta została paczulą i wanilią, a utrwalona znanym piżmowym motywem przewodnim kolekcji Jeroboam. Całość pachnie bardzo komfortowo, magnetyzująco, przyjemnie i powoli rozwijając się na skórze. Obok Oriento to mój ulubiony Jeroboam.

nuty głowy: bergamotka, labdanum, szafran

nuty serca: cedr, geranium, drewno gwajakowe

nuty bazy: paczula, wanilia, tajemnicze piżma

Francois Henin
Francois Henin

Oriento (Wschód) to – zgodnie z nazwą – mocna, orientalna mieszanka, w której głównymi bohaterami są szafran, róża, paczula oraz drewno sandałowe z obowiązkowym w kolekcji Jeroboam udziałem akordu tajemniczych piżm. Choć sam zapach nie odkrywa nowych horyzontów, to jednak nie można odmówić mu kompetentnego i bardzo solidnego wykonania. W kategorii pachnideł o arabskiej estetyce, które oparto na dobrze znanym zestawieniu esencji różanej z esencjami paczuli i sandałowca, Oriento prezentuje z pewnością najwyższą jakość. Przypomina mi genialną kompozycję Thierry Wassera Rose Nacree Du Desert Guerlain, którą w wersji skomercjalizowanej i rozcieńczonej marka ta niedawno przedstawiła jako Santal Royal. Niemniej zarówno kompozycyjnie, jak i jakościowo (także pod względem koncentracji składników), Oriento może śmiało stawać w szranki z tym pierwszym. Zapach jest piękny, głęboki i zmysłowy. Różana nuta ma barw szkarłatną, szafran zaostrza zapach na początku, przydając arabskiego sznytu, w sercu zaś do głosu dochodzi paczula, dodając całości zmysłowości. Baza jest bardzo długotrwała i ma drzewny charakter z dominująca sucho-drzewną nutą sandałowca.

Oriento rozwija się na skórze majestatycznie, powoli i trwa na niej długie godziny, pachnąc nienachalnie i elegancko, dając o sobie znać co jakiś czas zmysłową i intrygującą smużką. To prawdziwe Magnum Opus tej kolekcji. To także mój ulubiony Jeroboam.

jeroboam oriento

 

nuty głowy: cytryna, szafran, styrax

nuty serca: róża, ylang-ylang, jabłko

nuty bazy: drewno sandałowe, paczula, tajemnicze piżma

 

W Insulo (Wyspa) na bazę z tajemniczych piżm nałożono zmysłowy duet wanilii i jaśminu (duet, który przyczynił się do sukcesu Watch M.Micallef). Początkowo wanilia odminuje, z czasem uchylając nieco jaśminu. Insulo jest bardzo ciepły, blisko-skórny, puszysty, a jego kulinarna strona nie jest specjalnie dominująca. Składniki zostały tu dobrze zrównoważano, tak że tworzą jedną bardzo zwartą całość. Niemniej sprawia ona na mnie wrażenie nieco nijakiej, zbyt subtelnej, a Insulo wypada na tle pozostałych kompozycji Jeroboam najmniej interesująco.

Jeroboam insulo

nuty głowy: wanilia

nuty serca: jaśmin

nuty bazy: tajemnicze piżma

 

Jeroboam Paris to kolekcja rzadkiej urody esencjonalnych, oryginalnych i kompetentnie skomponowanych pachnideł orientalnych.

Na szczególnie uznanie i podkreślenie zasługuje oryginalność tych zapachów. Jeroboam nie próbują kopiować czy choćby naśladować znanych bestsellerów mainstreamu czy niszy i nadawać im luksusowego image’u, co jest – niestety – coraz bardziej powszechną praktyką w perfumerii zwanej – mniej lub bardzie trafnie – niszową czy luksusową.

Wszystkie tworzące kolekcję zapachy charakteryzują się harmonią, zmysłowym ciepłem, swoistą miękkością, bogactwem i wysoką koncentracją ingrediencji, a przez to długotrwałością i delikatną, aczkolwiek satysfakcjonującą projekcją, gwarantującą zmysłową smużkę snującą się za noszącym. Ze względu na wyczuwalną koncentrację ekstraktu, każde pachnidło Jeroboam rozwija się na skórze bardzo powoli, przechodząc kolejne fazy i czasem całkiem znacząco odmieniając swoje oblicze, ku zaskoczeniu i satysfakcji.

Bardzo ważne jest, by tych zapachów nie oceniać po pierwszych nutach i pierwszych minutach (choć i one są równie śliczne, co ciąg dalszy, o co twórcy – zdaje się – zadbali). Trzeba dać im czas, wwąchać się w nie, spróbować ich kilka razy, by odkryć ich prawdziwe piękno.

To spokojne zapachy. Nie krzyczą „oudem”, ani innymi sensacyjnymi składnikami czy kontrowersyjnymi akordami. Dają jednak sporą satysfakcję, jeśli tylko pozwolimy im rozwinąć skrzydła i rzucić na nas swój czar. Wrosną w nas i z czasem staną się częścią na samych.

Jako niekontrowersyjne, a przy tym niebanalne, urodziwe i nienachalne, zamknięte w śliczne, filigranowe flakoniki, wydają się też idealnym materiałem na bezpieczny pachnący upominek dla kogoś wyjątkowego…

 

PS. Zapachy Jeroboam dostępne są w warszawskiej perfumerii Quality.