Chanel „Boy” – powściągliwa elegancja

Co znaczy angielskie słowo boy, wie pewnie prawie każdy. Użyte w nazwie perfum niesie ze sobą konkretną sugestię. W przypadku nowych perfum Chanel z kolekcji Les Exclusifs ma ono jednak nieco inne pochodzenie, a jego zastosowanie jest też swoistą słowną grą. Inspiracją dla Oliviera Polge’a do skomponowania tego zapachu była postać Arthura Edwarda Capela, angielskiego gracza polo, swego czasu bliskiego przyjaciela, a nawet kochanka Coco Chanel, który będąc osobą zamożną, pomógł sfinansować jej pierwsze sklepy. Capel miał ksywkę Boy. Idąc tym tropem Polge skomponował urocze fougere o dwoistej męsko-kobiecej naturze, dodając tym samym swoje drugie po Misia (2015) perfumy do ekskluzywnej linii Chanela.

olivier-polge-chanel

Charakterystyczne otwarcie, w którym dominuje duet lawendy i geranium, lekko nasączony rześkimi cytrusowymi esencjami bergamotki i grejpfruta, natychmiast umiejscawia Boy w kategorii klasycznego aromatycznego fougere. Ale ta prowansalska ziołowa świeżość została tu złagodzona odrobiną kwiatu pomarańczy, który Olivier Polge połączył w sercu z różą. Dzięki temu zabiegowi to, co początkowo niemal klasycznie męskie, po dłuższej chwili nabiera subtelnej, miękkiej kobiecości, która nigdy już nie opuszcza Boya, ale nigdy go też nie dominuje, zawieszając zapach „pomiędzy płciami”. Po dłuższej chwili do gry wchodzi emblematyczna kumaryna, zgrabnie podbudowana absolutnie z nią kompatybilną heliotropiną, dając lekko migdałowy efekt, którego nadmiernej kulinarności zapobieżono dodając jakże gatunkowego mchu dębowego. Duet sandałowca i wanilii zatopiony w piżmach stanowi o miękkim, bardzo komfortowym, niezwykle przyjemnym, na poły kobiecym, na poły męskim finiszu Boya.

boy-chanel-fragrance-1170x629

Boy ma więc wszelkie cechy perfum uniseksowych. Pierwiastki tradycyjnie uznawane w perfumerii za damskie i męskie zostały tu w sposób bardzo precyzyjny zrównoważone, a zapach będący początkowo wyraźnie po męskiej stronie, im bliżej finiszu, tym w swej komfortowej miękkości coraz bardziej oddala się od męskich, balbierskich archetypów gatunku, nigdy nie przechodząc wszakże na ewidentnie kobiecą stronę.

I to jest właśnie w tym fougere specyficzne: jego jednoczesna klasyczność i nowoczesność. Złagodzona męskość i subtelna kobiecość. Zręczność i kunszt, z jakim udało się połączyć te elementy w jedną przekonującą całość, nie powinny dziwić, gdy przypomnimy sobie, że to własnie Olivier Polge skomponował Dior Homme – przeznaczone dla mężczyzn perfumy z dominującymi nutami irysa, szminki i pudru…

Boy jest zapachem o grzecznej projekcji, przyjemnie i długo wyczuwalnym przez osobę go noszącą oraz pozostawiającym za nią niedługi, ale stale obecny „ogonek”.

Ma w sobie to coś, co mają tylko niektóre pachnidła z najwyższej półki. Emanuje z niego wyczuwalna wysoka jakość składników, połączonych w doskonałą, bardzo elegancką kompozycję, której celem nie jest zaszokowanie, obezwładnienie czy przytłoczenie przepychem, ale raczej powściągliwe i bardzo wysmakowane podkreślenie wyrafinowanego gustu i wysokiego statusu. Kwintesencja Chanela w jego luksusowej istocie. Maksimum elegancji przy minimum formy. Boy to ma.

Sam twórca ma w kwestii „płciowej” Boya swoje odrębne, dość zaskakujące zdanie:

Nie próbowałem stworzyć zapachu uniseksowego, tylko raczej zapach męski i pokazać, że z powodzeniem może być noszony przez kobietę. Nie chodziło mi o skomponowanie perfum „pomiędzy płciami”, lecz perfum bardzo męskich.  A płeć – jak to z wieloma rzeczami bywa – nadawana jest przez osobę, która tę rzecz nosi.

Cóż, twórca wie przecież najlepiej. Ja jednak uważam, że panowie – tradycyjnie przyzwyczajeni do tego typu aromatów – natychmiast zaaprobują, a nawet pokochają Boya i luksusową aurę, jaką roztacza, podczas gdy dla pań jego męska dominanta może stanowić pewne wyzwanie. Na końcu jednak wszystko jest kwestią gustów i indywidualnych predyspozycji, a przecież wiele kobiet preferuje męskie perfumy i to nie tylko na skórze swych partnerów. Mnie Boy spodobał się bardzo i tylko jego „ekskluzywna” cena powstrzymuje mnie przed zakupem flakonu. Przynajmniej na razie…

chanel-boy

nuty głowy: grejpfrut, cytryna, lawenda

nuty serca: geranium, kwiat pomarańczy, róża

nuty bazy: kumaryna, heliotrop, drewno sandałowe, wanilia, mech dębu, piżmo

perfumiarz: Olivier Polge

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

A Lab On Fire – „L’Anonyme ou OP-1475-A”, „Sweet Dreams”, „What We Do In Paris Is Secret”

A Lab on Fire to młodziutka nowojorska niszowa marka perfumeryjna o dość skromnym, ale ostatnio dynamicznie rozrastającym się portfolio. Jej twórcą jest niejaki Carlos Kusubayashi, który w 2009 roku przejął stery w nieco starszej marce-matce S-Perfume, o której zapachach niejednokrotnie bardzo pozytywnie wypowiadała się sam Luca Turin. Obecnie oferta ALOF to 9 pachnideł, których twórcami są utytułowani i doświadczeni perfumiarze – głównie z firm International Flavors & Fragrances Inc oraz Firmenich (same wielki nazwiska: Olivier Polge, Dominique Ropion, Carlos Benaim, Bruno Jovanovic, Sophia Grojsman, Alberto Morillas, Laurent Le Guernec, a nawet obecny perfumiarz Guerlain – Thierry Wasser). Już choćby ta lista płac może świadczyć o poziomie, jaki reprezentują pachnidła A Lab on Fire. Dziś na blogu recenzje trzech z nich (chronologicznie pierwszych).

ALOF Line

Oliver Polge – L’Anonyme ou OP-1475-A

Pierwsza kreacja marki A Lab On Fire miała nie mieć nazwy. Taki przynajmniej był zamysł Carlosa Kusubayashiego. W celach stricte marketingowych jednak zdecydował się on jakoś nazwać to pachnidło. Tak powstało L’Anonyme ou OP-1475-A (OP to inicjały perfumiarza, numer 1475-A to numer referencyjny ALOF u jednego z ich dostawców). Zapach ten to studium perfumowego minimalizmu w wykonaniu Oliviera Polge’a. Poprzez połączenie sobie tylko znanych ingrediencji w sobie tylko znanych proporcjach perfumiarz uzyskał bardzo subtelne pachnidło, które mimo pozornej prostoty zaskakuje całkiem wyraźnymi zmianami na skórze, które nieuchronnie wiodą do bardzo zaskakującego finału. Ale zacznijmy od początku. A jest on zupełnie nietypowy, pozbawiony wyraźnych cytrusów czy przypraw (no dobrze – chwilami poczuć można ślad olejku z bergamoty), nieco chaotyczny, jakby sprawiał wrażenie bitwy molekuł o to, w jakim porządku się poukładają. Po kilku minutach powolutku wyłania się akord serca, w którym geranium oblane zostało syntetyczna ambrą i jakby mineralną aurą. Efekt jest zaiste intrygujący, ale dopiero kolejne minuty przynoszą prawdziwą niespodziankę, kiedy to zaczynam wyraźnie wyczuwać znajomy aromat…

ALOF LAnonyme 1

Oto pół godziny od aplikacji na skórze L’Anonyme  zaczyna pachnieć jak nowoczesna wersja Habit Rouge Guerlain! Coś niesamowitego! Czy to oko, które puszcza do nas Polge, czy niezamierzona koincydencja – pojęcia nie mam. Ale efekt jest niezaprzeczalny i bardzo zaskakujący. Musi więc tu być wanilia. I moim zdaniem jest i to wyraźna, mimo że oficjalny, enigmatyczny zresztą skład, jej nie wymienia. Jakby tego było mało, w bazie pojawia się jeszcze subtelna nuta skórzana, czy raczej zamszowa, która jest przecież także integralną częścią męskiego klasyka od Guerlain. Przyznam, że takiego obrotu sprawy po prostu się nie spodziewałem.

olivier_polge_01
Olivier Polge

Oczywiście skończyć opis na tym, że oto Olivier Polge zrobił swoją wersję Habit Rouge w postaci L’Anonyme ou OP-1475-A byłoby niesprawiedliwe. L’Anonyme ma własną „osobowość”, własną perfumową odrębność. Poza tym pachnie bardziej syntetycznie, nieco jednak eksperymentalnie, bardziej sucho, pozbawione jest niesamowicie soczystych cytrusów Habit Rouge. Inkorporuje za to całkiem wyraźne geranium. Pachnie też dużo ciszej, aniżeli klasyk. Według mnie nawet zbyt cicho i to mój największy zarzut do tego zapachu, aczkolwiek jest to wyłącznie kwestią gustu. Niemniej kilka stopni na skali głośności więcej i byłoby dużo lepiej. Patrząc jednak na to, że A Lab on Fire kierowane jest przez Japończyka z pochodzenia, można zrozumieć subtelność tego i innych zapachów marki. Tak czy inaczej L’Anonyme ou OP-1475-A zasługuje moim zdaniem na uwagę jako intrygujący, nowoczesny, raczej męski zapach, będący przykładem perfumiarskiej wirtuozerii zagranej piano z użyciem niewielkiej liczby charakterystycznych nut.

ALOF LAnonyme 2

nuty głowy: bergamotka

nuty serca: geranium

nuty bazy: cashmeran (blonde woods), biała ambra, zamsz

twórca: Olivier Polge

rok premiery: 2011

 

Thierry Wasser – Sweet Dreams 2003

„Pewien utalentowany perfumiarz z Nowego Jorku zapisał formułę jednego ze swych najbardziej cenionych dzieł i zostawił ją z przyjacielem, po czym uciekł do Paryża w poszukiwaniu nowego początku.”

sweet_dreams_2003-300x183

Te słowa znajdziemy na stronie A Lab on Fire w opisie Sweet Dreams. Ów utalentowany perfumiarz to nikt inny tylko Thierry Wasser, który opuścił koncern Firmenich, by w czerwcu 2008 roku zasiąść w zaszczytnym, ale i jakże wymagającym fotelu głównego perfumiarza Guerlain. Pozostawił po sobie gotową formułę pachnidła, którą podpisał Sweet Dreams. Enjoy! T., a które A Lab on Fire wydało cztery lata później.

ALOF Sweet Dreams 1

Śliczny, niemal wzorcowy cytrusowo-zielony początek zapachu, w którym swoistą grę prowadzą między sobą bergamotka, neroli i esencja liścia gorzkiej pomarańczy (petit grain) trwa dosłownie kilkanaście sekund i zapowiada kolońską naturę Sweet Dreams. Gładko przechodzi w subtelne białokwiatowe serce z delikatnym jaśminem w centrum. Doskonałym łącznikiem pomiędzy intro a sercem jest absolut z kwiatu pomarańczy, który z jednej strony koresponduje w oczywisty sposób z neroli, z drugiej zaś idealnie współgra poprzez swą biało-kwiatowość z jaśminem. Kilka minut od aplikacji na skórze konstytuuje się zapach przypominający Neroli Portofino Toma Forda, a raczej jego delikatniejszą wersję. Wzmocnienie dla nut kwiatowych stanowi – moim zdaniem – cashmeran (ostatnio z dużą łatwością wykrywam ten niemal wszechobecny składnik), tłem jest zaś akord ambrowy (ambroxan?). Wasser utrwalił kompozycję piżmami i – niecodziennie – kastoreum. Sweet Dreams to więc nic innego, jak modern cologne, tyle że w wersji light. Ładna, perfekcyjnie zrobiona. Z natury rzeczy jednak wtórna, delikatna i bardzo ulotna. Ulatuje równie szybko ze skóry co z pamięci.

ALOF Sweet Dreams

nuty głowy: bergamotka, neroli, petit grain

nuty serca: kwiat pomarańczy, jaśmin

nuty bazy: piżmo, ambra, kastoreum

twórca: Thierry Wasser

rok premiery: 2012

 

Dominique Ropion – What We Do in Paris Is Secret

dominique ropion 1
Dominique Ropion

Dominique Ropion dostarczył A Lab on Fire pachnidło bardziej wyraziste, głębokie, otulające i – przyznać trzeba – hipnotycznie piękne. Ochrzczone dość długim i nieco tajemniczym tytułem, pasującym raczej do książki aniżeli do perfum, What We Do… zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie, potwierdzając absolutną wirtuozerię tego perfumiarza, który wielokrotnie już udowodnił, że przy użyciu dostępnych środków potrafi stworzyć perfumową nową jakość.

ALOF WWD

What We Do… to zapach, który łączy w sobie nuty kulinarne (liczi, miód, wanilia, tonka) z kwiatowymi (róża i heliotrop) oraz balsamem tolu, ambrą i sandałowcem. Od pierwszych sekund zwraca uwagę wyrazistością i intensywną gęstością. Kulinarna słodkość przełamana została tu z początku świeżością bergamotki i owocu liczi, by w sercu zagęścić ją i wzmocnić migdałową nutą heliotropiny. Wszystko to dodatkowo przedłużone zostało jakże kompatybilną  z heliotropem esencją z fasoli tonkowca (kumaryna). Efektem jest bez wątpienia zmysłowe, a nawet seksowne pachnidło, które dobrze zagra na skórze – bez znaczenia damskiej czy męskiej, przy czym na tej drugiej zabrzmi bardziej intrygująco i oryginalnie. What We Do… jest idealnie wprost zbalansowane. Zarówno projekcja jak i trwałość znacząco wykraczają tu poza standardy ALOF wyznaczone przez perfumy wcześniej opisane, przy czym zapach ten wciąż pozostaje stosunkowo lekki i na swój oryginalny sposób świeży. Fani Dans Tes Bras Frederica Malle szukający jego delikatniejszej, świeższej wersji mogą zostać pozytywnie zaskoczeni.

ALOF WWD 1

nuty głowy: bergamotka, miód, liczi

nuty serca: esencja tureckiej róży, wanilia, heliotrop

nuty bazy: tonka, balsam tolu, drewno sandałowe, szara ambra

twórca: Dominique Ropion

rok premiery: 2012

 

Paco Rabanne „Invictus” – niezwyciężona bestia czy g. w amforze?

Nachalność telewizyjnych reklam tego zapachu w okresie przedświątecznym przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Ale że reklama dźwignią handlu, postanowiłem zainwestować w pakiet próbek najnowszego zapachu marki Paco Rabanne Invictus, by sprawdzić jaki to zapach i czy działa na kobiety podobnie, jak to widać w reklamie 😉 Poczułem też rzadki u mnie kronikarski obowiązek, by przetestować tę ciecz na własnej skórze, a następnie skrobnąć kilka zdań na blogu, by zwiększyć jego oglądalność (a jakże!), bo wciąż ta nudna i droga jak piorun „nisza”, a tu na około tyle się dzieje…

Ale po kolei. Marka Paco Rabanne nie znaczy dziś zbyt wiele, ale faktem jest, że kilka lat temu zdrowo namieszała na rynku perfum męskich za pomocą – jak się później okazało – absolutnego bestsellera 1 Million. Fenomen tego zapachu próbowało już zrozumieć i opisać wielu (ja niestety nie czułem się nigdy na siłach, ale może kiedyś? Pożyjemy – zobaczymy). Oto pięć lat po premierze jednego miliona, który przyniósł kolejne miliony (euro), nadszedł czas na zapach zwycięzcy lub raczej niezwyciężonego (w rankingach sprzedaży). To chyba oczywiste.

PACO-RABANNE_INVICTUS_MAKING-OF_5

Zespół mniej i bardziej szacownych perfumiarzy zasiadł do pracy nad Invictusem, który – czego jestem na 99% pewien – miał co najmniej powtórzyć komercyjny sukces One Million, jeśli go nawet nie przebić. Gdy patrzę na listę płac, zachodzę w głowę, co też tam robił utytułowany, doświadczony i piekielnie zdolny Dominique Ropion? Co utalentowany i już niedługo nadworny w Chanelu Olivier Polge?  A co robiła tam doświadczona i świetna Anne Flipo? Odpowiedź jest prosta – zarabiali na życie. Wygrali typowy w branży perfumowej przetarg, czy też konkurs ofert. W odpowiedzi na brief przesłany między innymi im (a konkretnie ich pracodawcy, firmie Inernational Flavors & Fragrances) przesłali próbki zapachu. Zostali wybrani. I stworzyli potwora. Inaczej nie potrafię bowiem nazwać tego, co wydobywa się z atomizera Invictusa… 

Plastikowa, odrażająca nuta, podobno morska, z początkowo bardzo wyraźną dawką kamfory (zapach znanej maści rozgrzewającej używanej gremialnie przez bywalców osiedlowych siłowni, co w sumie nieźle współgra z kampanią reklamową…) zatopiona w nieprawdopodobnie syntetycznej, mdlącej, słodkiej miksturze składników, z których żaden nie jest możliwy do rozpoznania (ten ulep ma być nutą gwajaku?!). Nie o to zresztą chodzi. Perfumy mają przede wszystkim pachnieć, a te…, przepraszam za kolokwializm, śmierdzą od początku do końca, przy czym jeden od drugiego niewiele się różni. Naturalnie z czasem uchodzi z niego kamfora, a całość staje się okrutnie mdła i tak trwa już do końca. Odległego końca, bo jak na złość Invictus ma naprawdę świetne parametry użytkowe – pachnie mocno, wyraźnie i bardzo długo. Wręcz nie chce zejść ze skóry!

invictusm

Kilkukrotne globalne użycie tego zapachu utwierdziło mnie też w przekonaniu, że Invictus zwraca uwagę otoczenia. Oj tak! Najpierw kolega z biura zauważył, że pachnę jakoś inaczej, niż zwykle (a kolega zna moje upodobania i często wyraża się pochlebnie o noszonych przez mnie perfumach). Innym razem – w ramach testowania odbioru Invictusa wśród kobiet – naraziłem na jego działanie moją żonę, otrzymując wczesnym wieczorem, po całodniowym przebywaniu w jej towarzystwie, komentarz, że tym razem ciężko znosi te moje perfumy. Muszę wszakże dodać, że moje absolutnie pierwsze testy Invictusa, jeszcze na papierku testowym, a później na skórze, były też pierwszymi znakami ostrzegawczymi. Nie wierzyłem, że to może aż tak cuchnąć, więc testowałem dalej. Ale już wystarczy. Dosyć. Stop!

Panowie! Jeżeli nie musicie, nie używajcie Invictusa. Jeżeli wyglądacie tak, jak ten pan z reklamy telewizyjnej, to po pierwsze gratuluję sylwetki, po drugie uważam, że zasługujecie na lepsze perfumy! Nie dajcie się złowić specom od marketingu i sprzedaży. Nie kupujcie tego paskudztwa, a zniknie ono z półek szybciej, niż się na nich pojawiło.

Drogie Panie! Nie kupujcie swoim mężczyznom tego zapachu. Jeżeli już skądś go mają i używają, nie chwalcie ich, że ładnie pachną (chyba, że mówicie to szczerze, bo szczerość jest przecież najważniejsza…). Zachęćcie ich raczej, by postawili sobie oryginalny flakonik na półeczce jako ozdobę i wybierzcie się razem do perfumerii w poszukiwaniu czegoś, co… pachnie.

Nie promujmy wśród nas samych paskudnej miernoty, gdy mamy wybór. Jest wiele wspaniałych pachnideł. Sięgajmy po nie. Bestię zaś spuśćmy do piekieł… A na Sylwestrowy bal użyjmy czegoś innego. Od biedy może być… 1 Million.

invictus

nuty górne: grejpfrut, akord morski

nuty środkowe: wawrzyn, drewno gwajakowe

nuty dolne: paczula, ambra

twórcy: Veronique Nyberg, Anne Flipo, Dominique Ropion, Olivier Polge

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: fatalny
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 10 godz

Viktor & Rolf „Spicebomb”

Spicebomb  – odpowiednik damskiego hitu Flowerbomb – był niewątpliwie jedną z bardziej wyczekiwanych premier zeszłego roku. Poprzedni i jednocześnie pierwszy w ogóle męski zapach holenderskiego duetu kreatorskiego Viktor&Rolf  – Anitidote – pojawił się dość dawno temu, bo w 2006 roku. Spore apetyty wobec Spicebomb wynikały pewnie także po części z faktu, że Antidote okazał się całkiem udanym i oryginalnym zapachem (choć mnie akurat nie urzekł). Napięcie  budowała niewątpliwie sama nazwa i bardzo jednoznaczny, pomysłowy flakon. Osoba stojącego za zapachem perfumiarza Oliviera Polge’a, autora kilku udanych nowoczesnych męskich pachnideł, w tym jednego przełomowego (Dior Homme), dopełniała rosnących oczekiwań wśród nieco bardziej zorientowanych.

Z reguły w takiej sytuacji dzieło nie jest w stanie sprostać napompowanym oczekiwaniom klienteli. Tak było i tym razem. Śledziłem tu i tam komentarze osób, które Spicebomb testowały. Wśród internetowej „braci perfumaniaków” spotkał się on z raczej chłodnym przyjęciem. Liczący na przyprawowy zawrót głowy zawiedli się. Dziś po osobistym przetestowaniu przyznaję, że mieli ku temu podstawy, bo przyprawy choć są obecne, to nie determinują charakteru zapachu. Nie znaczy to jednak, że Spicebomb jest zły. Absolutnie nie. To całkiem udane męskie perfumy spełniające wszystkie wymagania współczesnego rynku. Czy to dobrze, czy źle – nie chcę tego oceniać.

Olivier Polge

Spicebomb nie eksploduje przyprawami w stopniu, w jakim można by sądzić wedle nazwy czy flakonu. Przyprawy owszem są tu obecne. Ulatujący szybko pieprz w otwarciu oraz dużo trwalszy i wyraźniejszy cynamon z odrobiną kardamonu i papryki w fazie serca, którego słodkawą naturę współtworzy syntetyczny szafran. Jednak nie dominują one kompozycji. Nutą centralną, wyczuwalną niemal od samego początku, jest natomiast tabaka w formie podobnej do tej, którą znamy z CK One Shock for Him czy nawet Tobacco Vanille Toma Forda, choć w porównaniu do obu pachnideł Spicebomb jest ogólnie lżejszy, jaśniejszy, świeższy i mniej słodki.

Mocną stroną tego zapachu jest jego wibrujące cytrusowo-przyprawowe otwarcie oraz bardzo przyjemna cynamonowo-tabakowa faza serca. Największą wadą zaś niezbyt intrygująca i słabo wyczuwalna baza zapachu, która pojawia się kilka godzin po aplikacji. Zapach dość ładnie projektuje przez pierwsze 6 godzin, po czym stopniowo cichnie. Warto zresztą użyć większej ilościby dłużej i pełniej  cieszyć się nim w ciągu dnia.

Flakon Spicebomb jest szczególny. Kawał solidnej designerskiej i wykonawczej roboty. Oryginalny, bardzo dobrze wykonany, masywny i bardzo… męski. Zrobił na mnie pozytywne wrażenie.

Sam zapach z pewnością mnie nie powalił, ale daleki jestem od totalnej krytyki. Jest poprawny. Po prostu. A że nie spodziewałem się po nim trzęsienia ziemi, to tym bardziej miło mi się z nim obcowało.

Viktor-Rolf-SpiceBomb

nuty górne: bergamotka, grejpfrut, różowy pieprz, elemi

nuty środkowe: szafran, cynamon, papryka

nuty bazy: wetyweria, tabaka, skóra

twórca: Olivier Polge

rok wprowadzenia: 2012

moja klasyfikacja: nowoczesny zapach orientalny, bardzo uniwersalny, przyjemnie męski i nienarzucający się; sprawdzi się o każdej porze roku;

moja ocena:

  • zapach: dobry
  • projekcja: średnia+ (po pk. 6h od użycia słaba)
  • trwałość: 7-8 h

YSL „L’Homme Libre”

Premiera Libre – najnowszego wcielenia męskiego zapachu YSL L’Homme, potwierdza fakt, że linia L’Homme stała się „jedyną słuszną” męską linią zapachową tej marki. Libre to któryś z kolei sequel oryginalnego L’Homme, którego niedawno opisałem na blogu. Zastanawia mnie ta osobliwa strategia wprowadzania na rynek kolejnych tzw. flankerów zamiast perfum pod nową nazwa i z nowym designem. Oczywiście tak jest taniej – raz zaprojektowany flakon ulega jedynie kosmetycznym zmianom (głównie kolor szkła, kolor nadruku, kolor zatyczki), pozostając w jednym kształcie. Jednak z punktu widzenia klienta, czy szerzej rynku, premiery kolejnych wariacji zapachu nie są tak „wyraźne”, jak zupełnie nowy produkt i giną w zalewie premier innych marek. Robią wrażenie totalnej eksploatacji jednego pomysłu, choć bardzo często pod względem zapachowym są zupełnie inne od swych protoplastów. Tak też jest właśnie w przypadku Libre, którego flakon w znanym kształcie przybrał nowe, bardzo efektowne i obiecujące barwy, zaś zawarty w nim zapach wcale nie jest jedynie jego koniecznym uzupełnieniem.

Olfaktorycznie Libre bez wątpienia nawiązuje do L’Homme, ale mimo to jest zapachem o własnej, silnej indywidualności. Punktem wspólnym obu kompozycji jest fiołek, który w „starym” L’Homme w miarę upływu czasu, leniwie wyłania się z przyprawowej głębi, zaskakując swoim późnym apogeum w sercu zapachu. Libre fiołek sparowany z bazylią atakuje nozdrza od pierwszych sekund, zwielokrotniony przez wibrujące, tnące powietrze molekuły różowego pieprzu i gałki muszkatołowej. Muszę przyznać, że otwarcie zapachu jest bardzo udane i na wskroś nowoczesne. Od pierwszego momentu nie mam wątpliwości, że oto mam do czynienia z męskim pachnidłem casual naszych czasów, obliczonym na skuteczną konkurencję z Dior Homme Sport, Fahrenheit Aqua i Bleu de Chanel. Ten zielono-przyprawowy zestaw nut dominuje większość czasu, by dopiero pod koniec przejść znacząca transformację w kierunku ciepłych nut drzewnych.

Kompozycję stworzył nie lada duet: przedstawiciel młodego pokolenia, ale już o bardzo ugruntowanej pozycji, mający na swoim koncie już sporo zapachowych sukcesów Olivier Polge (Dior Homme, Kenzo Homme Boisee) oraz Carlos Benaim, czyli perfumiarz-legenda (autor np. zielonego Polo czy śliczne męskie Eternity), doceniony przez międzynarodowe środowisko perfumiarskie nagrodą za całokształt tworczości Lifetime Achievement Award. Rzeczywiście Libre jest skonstruowany wzorcowo. Wpadający w nos początek, nowoczesny szlif, energetyczne nuty, dobra, ale nie przygniatająca projekcja i ponad 8 godzinna trwałość. Niczego z wyjątkiem oryginalności mu nie brakuje. Libre nie otwiera żadnych nowych drzwi, nie wprowadza żadnej nowej estetyki i porusza sie w bezpiecznych rejonach olfaktorycznych. Jest to tzw. crowd pleaser (które to określenie użyte wobec jakiegoś innego pachnidła na forum Basenotes bardzo mi się spodobało). Typowy współczesny męski zapach typu świeżo-pieprzowo-zielonego, który finiszuje w bardzo ładny, ale równie typowy sposób (wetiwer plus paczula, czyli duet stary jak świat). Jednak wykonanie jest tu na najwyższym perfumiarskim poziomie. Duet Polge/ Benaim stanął zdecydowanie na wysokości zadania. Powiem krótko – Libre nosi się świetnie, a jeśli ktoś szczególnie gustuje w tego typu zapachach, ten zostanie Libre urzeczony. Jestem tego pewien. To kawał świetnej perfumiarskiej roboty i tym Libre wyróżnia się zdecydowanie na plus także spośród innych odmian L’Homme.

Nazwa Libre zastanawia mnie i – choć nie znalazłem nigdzie potwierdzenia – coś mi się wydaję, że nawiązuje do jednego  z pierwszych uniseksów, YSL Eau Libre z 1975 roku, który był zapachem świeżym i zielonym.

Charakterystyczny dla całej linii L’Homme, potężny, masywny flakon został poddany kolorystycznemu liftingowi i przedstawia się w tej odmianie naprawdę zachęcająco. Jest podobny jak sam zapach – nowoczesny, świeży, rześki.

nuty górne: anyż gwiaździsty, bazylia, liść fiołka

nuty środkowe: gałka muszkatołowa, różowy pieprz

nuty bazy: wetiwer, paczula

twórca: Olivier Polge i Carlos Benaim

rok wprowadzenia: 2011

moja klasyfikacja: uniwersalny, świeży, dynamicznym, nowoczesny, idealny do biura, dla dynamicznego i nowoczesnego mężczyzny;

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4,5/ moc: 4,5/ trwałość: 5/ flakon: 5

Van Cleef And Arpels „Midnight in Paris” EDT

Znana paryska firma jubilerska traktuje perfumy podobnie jak kreatorzy Haute Couture traktowali je jakieś 30 lat temu. Premiery nowych męskich zapachów tej marki mają miejsce raz na kilkanaście (!) lat. Mężczyźni nie są więc rozpieszczani przez VC&A. Przypomnijmy: 1978 – Pour Homme, 1989 – Tsar, 1998 – Eau de Tsar, 2001 – Zanzibar.  Na kolejną pachnącą propozycję dla panów przyszło czekać aż 9 lat, bowiem dopiero we wrześniu 2010 roku premierę miał Midnight in Paris. Choć sam producent tego nie ujawnia na swojej stronie internetowej, perfumy dostępne są w dwóch wersjach – eau de toilette i eau de parfum. Ja testowałem wersję EDT.

Na początku zaznaczę, że Midnight in Paris to perfumy naprawdę udane. Zapach wyróżnia się może nie tyle oryginalnością (o tym za chwilę), ile precyzowanym tematem i solidnym charakterem. Robi wrażenie pachnidła przemyślanego i dopracowanego bez pośpiechu. MiP reprezentuje raczej niepopularną grupę olfaktoryczną – perfum skórzanych. Nowoczesna, syntetyczna nuta skóry lub skai jest jej sygnaturą. Nie mam pojęcia, czy Domitille Bertier (główna autorka wspomagana przez Oliviera Polge’a) inspirowała się legendarnym Bvlgari Black, ale obie kompozycje pachną – zresztą nie tylko wg mnie – bardzo podobnie. Obie mają lekko herbaciane serce (choć w Black jest ono wyraźniejsze) i podobny klimat skai. MiP jest dość linearny, nie ewoluując znacząco i pozostawiając swój charakter przez cały czas. Projekcję określiłbym jako współczesną, zrównoważoną, grzeczną, ale wcale nie słabą, zaś trwałość – solidną, ok 8-9 godzin.

Na uwagę zasługuje bardzo ładny flakon, nawiązujący kształtem, kolorem i grafiką do nocnego, gwiaździstego, paryskiego nieboskłonu. Zatyczka jest idealnie dopasowana i zamyka się z subtelnym „klikiem”, zaś atomizer pracuje nienagannie, choć zaskakująco głośno (!), dozując dość solidne chmury pachnącej mgły.   Całość robi bardzo, ale to bardzo solidne wrażenie. Widać, że zadbano szczgóły, o wysoką jakość materiałów i wykonania. Flakon nie tylko nawiązuje do nazwy, ale jest też spójny z bardzo dobrą jakością samego zapachu.

Jeżeli miałby wziąć pod uwagę poziom i charakter wielu współczesnych męskich premier, Midnight In Paris oceniłbym jako zdecydowanie wyróżniające się na plus. Zapach ma swój styl, charakter i jest skończony, doprecyzowany. Może nie padam z zachwytu, bo aż takiej rewelacji tu nie ma, jednak cieszy mnie nie tylko jakość tych perfum, ale nawet sam fakt reaktywacji tak rzadkiego wśród perfum tzw. designerskich skórzanego tematu. Na podstawie Midnight in Paris widać, że czasem designerskie marki próbują pozytywnie wyróżnić się pośród konkurencji, zamiast ślepo do niej równać.

Zapomniałem dodać – nosi sie go całkiem dobrze 🙂

nuty górne:  rozmaryn, cytryna, bergamotka

nuty środkowe: yerba-mate, konwalia, skóra

nuty bazy: ambra, kadzidło, tonka

twórca: Domitille Berthier/ Olivier Polge

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: nowoczesny, syntetyczny zapach neo-skórzany, uniwersalny i dość dyskretny; dla dojrzałego mężczyzny, jako świetne uzupełnienie eleganckiego ubioru; absolutnie nie sportowy i niezbyt też casual.

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 4,5/ projekcja: 4/ trwałość: 4 flakon: 5

Kilka zapachowych nowości wartych odnotowania

Sezon ogórkowy w perfumowym biznesie chyba nie istnieje. Każda pora roku przynosi współcześnie ogrom nowości. Wyłapanie ich wszystkich, a później zaprezentowanie na blogu czy serwisie internetowym jest zadaniem gigantycznym, stąd mój ogromny podziw dla bloga Now Smell This, a także bardzo „żywego” serwisu Fragrantica.com. To właśnie z tego ostatniego dowiadujemy się, że:

Gerald Gishlain – twórca zapachów pod marką Histoires des Parfums – szykuje na jesień trzy premiery, albo raczej potrójną premierę, pod wspólną egidą Rare Editions. Zwierzęcy Ambrarem, roślinny Rosam i syntetyczny Petroleum mają obrazować trzy typy woni wszechobecnych w życiu człowieka. Jako że to edycja specjalna, perfumy dostępne będą w mniejszych niż zwykle u Gishlaina pojemnościach (50 ml zamiast 100 ml), a ich ceny będą odpowiednio wysokie, bowiem artysta nie żałował budżetu na rzadkie, wyselekcjonowane składniki. Cóż…

 

Marka L’Artisan z kolei uraczy nas zapachem Brazylii. Batacuda ma być bardzo orzeźwiający, pełny nut owocowych, kwiatów i drinków, idealny na brazylijski upał i karnawał. Karine Vinchon-Spehn, która zdaje się dziedziczyć tron głównego nosa L’Artisana po Bertrandzie Duchaufourze, stworzyła ten zapach we współpracy z brazylijską koleżanką Elizabeth Maier. Ten uniseksowy zapach otwiera się nutami drinka Caipirinha (limonka, cachaca, liść mięty), by w sercu pachnieć słodkimi kwiatami (tiara, ylang ylang), a w bazie wodą kokosową i słonymi nutami morskimi. Brzmi doprawdy orzeźwiająco, nieprawdaż?

Wreszcie, Panie i Panowie drodzy, Gucci Gulity w wersji Intense! Obie wersje: dla pań i dla panów już lada tydzień zagoszczą na półkach perfumerii! Uwaga – ponoć edycja damska jest dosłownie wzmocnioną wersją swego protoplasty z zeszłego roku. Męska natomiast – i to nas interesuje najbardziej – ma jednak nieco różnić się składem przez obecność kolendry i ambry.

głowa: cytryna, kolendra, lawenda

serce: neroli, kwiat pomarańczy

baza: paczula, cedr, ambra

Nie wiem jak wersji damskiej, ale męskiej wzmocnienie z pewnością się przyda i może będzie z tego w końcu jakieś sensowne pachnidło??  Wiem – jestem niepoprawnym optymistą 😉

Last but not least YSL L’Homme Libre. Kolejne wcielenie w głównej i chyba jedynej współczesnej męskiej linii zapachowej szacownego domu Yves Saint-Laurent. W nutach górnych znajdziemy bergamotkę, gałkę muszkatołową, różowy pieprz. W środku kwiat fiołka, bazylia, anyż gwiaździsty. Bazę tworzą paczula, wetiwer, skóra. Osobiście nie byłem przekonany do poprzednich wersji L’Homme i mam wrażenie wejścia YSL w zapachowy ślepy zaułek. Co napawa mnie nadzieją w przypadku Libre, to lista płac: Oliveir Polge i Carlos Benaim, czyli młody i bardzo utalentowany oraz niezwykle doświadczony Mistrz. Czy stworzyli coś na miarę swych możlwiości?? Powąchamy, poczujemy.