Acqua Di Parma „Colonia Ebano”, „Colonia Ambra” i „Colonia Mirra”

Cykl „Ingredient Collection” włoskiej marki Acqua Di Parma rozrasta się w tempie, za którym trudno nadążyć. Mimo to nadążać za nim warto, bo perfumy te nie schodzą poniżej bardzo solidnego poziomu, przy zachowaniu wyjątkowej elegancji i łatwości w noszeniu.  Zresztą słowo „colonia” może być w nich bardzo mylące, bowiem – po pierwsze – nie mają one nic wspólnego z klasyczną kolońską estetyką (poza użyciem esencji cytrusowych jako nawiązaniem i w pewnym sensie uprawomocnieniem kolońskiej nazwy), realizowaną przez Acqua di Parma od lat, po drugie – to pełnoprawne wody toaletowe o zwykle nienachalnej, ale obecnej projekcji i dobrej trwałości. Po „Leather” i „Oud” (oba moim zdaniem świetne) przyszedł czas na przedstawienie kolejnych trzech.

Ebano

To aromatyczny zapach drzewny, w którym drzewnemu akordowi hebanu przeciwstawiono rześkie nuty cytrusowe. Heban to wyczuwalna w sercu i głębi zapachu słodko-drzewna nuta, będąca tu efektem przekucia wyobrażeń perfumiarza nt. tego drewna w zapachowy akord zbudowany z dostępnych mu ingrediencji (m.in. miód i elemi – cytrusowo pachnąca żywica). Z naturalnego hebanu nie pozyskuje się bowiem zapachowej esencji. Początkowi nadano wibrującego impetu za pomocą różowego pieprzu, a bazę wzmocniono w drzewnym aspekcie za pomocą wetywerii i paczuli. I choć nie wymienia się tu cedru, ja mam wrażenie jego dość ewidentnej obecności. Co ciekawe, „Ebano” jest moim zdaniem utrzymane w tej samej eleganckiej drzewnej estetyce co „Terre d’Hermes”. Nie jest jednak w żadnej mierze jego kopią, a jedynie podobnie skonstruowanym zapachem, znacząco różnym w zakresie dominanty. „Terre” jest mineralny, aromatyczny geranium, wibrujący pieprzem, gorzki grejpfrutem, drzewny wetiwerem i cedrem, trochę zadziorny, niewątpliwie zwracający uwagę. „Ebano” jest za to cieplejszy i łagodniejszy, wciąż aromatyczno drzewny, ale mniej „egocentryczny”. Spragnieni delikatnej odmiany fani „Terre d’Hermes” mogą śmiało sięgnąć po „Ebano” jako „opcję wieczorową”. Mam tylko jedną uwagę do tych perfum – na mojej skórze zbyt szybko tracą impet, stając się subtelne do tego stopnia, że mam problem z ich percepcją już po trzech godzinach od użycia. Może to kwestia indywidualna. A może tak zostały pomyślane – jako owszem eleganckie, ale i intrygująco subtelne?

AdP colonia ebano

nuty głowy: bergamotka, petit grain (liść gorzkiej pomarańczy)

nuty serca: heban, różowy pieprz, elemi

nuty bazy: wetyweria, paczula, miód

twórca/nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,5/ trwałość: 4,0/ projekcja: 3,5

 

Ambra

Otwiera się dość intensywnym akordem, w którym efemeryczne cytrusy towarzyszą bardzo oryginalnie pachnącemu akordowi, który nazwałabym ambrowo-morskim, a który ukazuje się w pełni kilka minut po aplikacji. Jest w tym aromacie coś niezwykłego, kompletnie innego od klasycznie pojmowanego akordu ambrowego w perfumerii – jako dość ociężałego, żywiczno-waniliowego.  Tu mamy do czynienia z iście kolońskim ujęciem ambry – lekkim, ale o sporej emanacji, pachnącym czysto, nieco nawet mydlanie i zmysłowo zarazem. Nie znajdziemy tu wszakże charakterystycznych dla naturalnej ambry akcentów animalnych czy słonych. Z czasem woń pogłębia się i ociepla, a w akordzie bazy skręca – zaskakująco – w kierunku „Colonia Leather” z tej samej linii (niby nie ma tu tej skórzanej nutki, ale mimo to oba zapachy mają coś wspólnego, jakby ten sam charakterystyczny i dość dominujący składnik). O jakości tej kompozycji (jaki wszystkich tego cyklu) niech świadczy fakt, że na próżno szukać tu wymienionych składników – budują one bowiem zupełnie nowy, unikalny aromat, charakterystyczną sygnaturę zapachową. Po tym poznać doskonałe perfumy – co podkreśla Frederic Malle w swej książce „On Perfume Making”. W „Colonia Ambra” ten efekt jest bardzo wyraźny, co czyni z tego zapachu kunsztowne perfumiarskie dzieło. Przede wszystkim jednak nosi się to z przyjemnością i to liczy się najbardziej.

AdP Colonia ambra

nuty głowy: bergamotka, pomarańcza

nuty serca: cedr, róża, paczula

nuty bazy: ambra, drewno sandałowe, wanilia,

twórca/nos: bd.

rok premiery: 2015

moja ocena:

zapach: 5,0/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,5

 

Mirra

Trzeba przyznać, że sposób podania tytułowych nut/ składników w cyklu „Ingredient Collection” jest bardzo wdzięczny i – z premedytacją, jak sądzę – przyjemny dla odbiorcy, a przy tym zupełnie niebanalny. Oud, skóra, heban, ambra – to trudne nuty do podania w atrakcyjny i nie skrajnie niszowy sposób perfumerii. Na skórę sposób znalazł wcześniej Tom Ford lansując bestseller „Tuscan Leather” (do którego zresztą wyraźnie nawiązuje „Colonia Leather” z opisywanej tu kolekcji) . Z kolei zapach z mirrą w centrum mógłby przecież być przysadzisty, gęsty, o wyraźnych konotacjach sakralnych i wtedy nijak miałby się do post-kolońskiej i – mimo wszystko – lekkiej konwencji „Ingredient Collection” i marki Acqua di Parma jako takiej. Mógłby taki być, ale tu jest inny – lekki, przyjemny, ciepły i intrygujący, choć – fakt – dość linearny i siłą rzeczy blisko-skórny, choć trwały. „Colonia Mirra” to – rzecz jasna – nie sama mirra. Choć użyto tu zarówno jej esencji jaki i rezynoidu (o chyba wysokim stopniu oczyszczenia, na co wskazuje nie tylko aromat, ale i idealnie bezbarwna ciecz), to połączono je w – prócz obowiązkowych na wstępie cytrusów – esencję z kwiatu pomarańczy (jakże logiczne skojarzenie!) i – fakt, że niewyczuwalną indywidualnie – paczulę, a ekspresji dodano esencją z gałki muszkatołowej. Znów – połączone składniki zaowocowały czymś więcej, niż tylko ich sumą w wyniku czego „Colonia Mirra” zwraca uwagę ładnym, harmonijnym i zupełnie „niesakralnym” charakterem. Przypomina przy tym nieco „Amber Pour Homme Intense” od Prady, co może wynikać z występującego w obu pachnidłach połączenia mirry i paczuli, a może jeszcze czegoś więcej?

AdP Colonia Mirra

nuty głowy: cytrusy

nuty serca: kwiat pomarańczy, gałka muszkatołowa, mirra (esencja)

nuty bazy: paczula, mirra (rezynoid)

twórca/nos: bd.

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0 trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5

Paco Rabanne „Pure XS” – powrót sexu…

Mniej więcej wiadomo, czego aktualnie można się spodziewać po męskich perfumach z logo Paco Rabanne. Mocne, wyraziste akordy, zwykle z kulinarnymi odniesieniami. Aromaty w pewnym sensie – jak na główny nurt – odważne i mające potencjał tzw. „game changerów”. Takim okazał się „One Million”. Z „Invictusem” chyba już się tak nie udało, ale trzeba dodać, że przedziwne to pachnidło. Jak na ich tle wypada najnowsza, intensywnie obecnie reklamowana, jako niezwykle skuteczny środek na utratę przytomności wszystkich znajdujących się w pobliżu kobiet ;), propozycja dla mężczyzn – „Pure XS”?

PacoRabanne-Pure-XS-hendriques-635x501

Słodki waniliowy początek ożywiony imbirem, rozjaśniony nutą zieloną i przybrany schowanym w tle  tymiankiem dość szybko nabiera słodkiej, trochę owocowej, trochę waniliowej mocy. Intryguje pojawiająca się (nie od razu) lekko gorzka, gęstą nuta mirry. Delikatny akcent wędzonej śliwki w sercu tworzy intrygujący kontrast z cukierniczym tłem. Ten centralny akord i jednocześnie zasadniczą treść „Pure XS” zbudowana jest na przeciwieństwie właśnie – pomiędzy kulinarną, wręcz żarłoczną słodyczą wanilii, pewną majestatycznością mirry oraz akcentem dymnym, który można także umownie nazwać skórzanym. Co ciekawe, po kilkunastu minutach, gdzieś w tle, można wyczuć ziołowe, aromatyczne echa szacownego protoplasty z 1994 roku. Tak jakby pozostałą jego resztkę we flakonie zalać likierem, wanilią, esencją z wędzonej śliwki i z umiarem to wszystko posłodzić. I tylko szkoda, że zbudowane na wstępie naprawdę intrygujące olfaktoryczne napięcie dość szybko opada, a zapach staje się coraz mniej interesujący, finiszując dość oklepaną współczesną bazą złożoną ze słodyczy, piżm i drzewnego tła. Niemniej „Pure XS” ma rozpustną i dość frywolną naturę… Zadziałać może skutecznie jako perfumy na wieczorną rankę – tak sądzę. Olfaktorycznie ciekawszy niż „One Million”, słabszy zaś pod względem parametrów, prawdopodobnie jednak nie dorówna mu pod względem potencjału komercyjnego.

Ładny flakon kształtem nawiązuje do klasyka, ale jest większy, masywniejszy, z ciemnogranatowego szkła, z odchylaną, bardzo niestety utrudniająca aplikację zatyczką. Kartonik powleczony granatowym aksamitem (takim jak niegdyś D&G „Pour Homme”), ze złotymi literami, świetnie wpisuje się w marketingową otoczkę zapachu. Zwycięstwo designu i marketingu nad treścią? Raczej doskonały przykład, jak to się dzisiaj robi. Sam zapach warto poznać. Nie jest wybitny, ale na swój sposób na pewno oryginalny. No i ma coś w sobie, mimo nieco nachalnej współczesności…

Paco rabanne Pure XS

Dominujące nuty: słodka, dymna, żywiczna, drzewna

Twórca/nos: Anne Flippo, Caroline Dumur, Bruno Jovanovic

Rok premiery: 2017

Podobne zapachy: –

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,0/ projekcja: 4,0 trwałość: 3,5

Stephane Humbert Lucas „777 – Black Gemstone” – zapach magmy

SHL 777 to kolejny po NEZ A NEZ i SoOud perfumowy projekt Stephane’a Humberta Lucasa, postaci obecnej w perfumowym światku od mniej więcej dekady. W ramach kolekcji 777, w gustownych, eleganckich flakonach, zwieńczonych masywną zatyczką, przypominającą kształtem kopułę meczetu, artysta zamyka efekty swojej rosnącej fascynacji perfumową tradycją Bliskiego Wschodu. Już zapachy SoOud są w dużej mierze jej odzwierciedleniem, ale w 777 artysta zdaje się jeszcze głębiej penetrować arabską estetykę.

stephane-humbert-lucas
Stephane Humbert Lucas (fot. fragrancerussia.com)

Kolekcja oznaczona 777 składa się obecnie z 12 pachnideł. To propozycje dla wielbicieli woni masywnych, ciężkich, orientalnych, wypełnionych po brzegi balsamami, przyprawami, kadzidłami i żywicami. Pachnidła te mają bardzo wysoka koncentrację 25%, co lokuje je na poziomie ekstraktów perfumowych. Jeden z nich zwraca szczególną uwagę czarnym jak węgiel flakonem. Jest to Black Gemstone.

777-shl
fot. frangrancerussia.com

Black Gemstone został zainspirowany legendą Hadżaru, Czarnego Kamienia.

Za Wikipedią:

Czarny Kamień, wbudowany na wysokości 1,5 metra w południowo-wschodnim narożniku świątyni Kaaba w Mekce. Hadżar jest największą świętością muzułmanów, celem pielgrzymek milionów wyznawców islamu (tzw. hadżu). Składa się ze scalonych obręczą trzech kawałków meteorytu lub lawy i połyskuje czarno-czerwonawym odcieniem. Według legendy ten święty kamień został przyniesiony przez archanioła Gabriela i przekazany Abrahamowi; pierwotnie miał być nieskalanie białym i zmienił barwę na czarną pod wpływem wchłaniania grzechów i zmazywania win składających mu hołd pielgrzymów.

Czegóż tu nie ma? Są aż trzy gatunku cedru. Jest kadzidło, jest mirra i jest opoponax. Jakby tego było mało, w formule znajdziemy labdanum, drewno tekowe, brzozę i akord kamforowy, złożony z eukaliptusa i rozmarynu. Ale na tym nie koniec. Kompozycję wzmacnia i pogłębia niezawodna paczula. Jest też tonka, której obecność w takim towarzystwie wcale nie wydaje się być oczywista. Wszystko to spróbowano – przynajmniej na wstępie – odświeżyć esencją z włoskiej cytryny. Ale nie łudźmy się – cytrusów tu nie poczujemy. To nie ten „dział” perfumerii…

shl-black_gemstone

Jak może pachnieć tak zaiste niecodzienna mieszanka? Bardzo, ale to bardzo ciężko, smoliście, popiołowo, nieco dymnie, nieco węglowo, trochę też miodowo zawartym w nim labdanum. Początkowo nad wszystkim góruje specyficzna, gryząca, jakby stęchła nuta (paczula?), która z czasem słabnie, oddając miejsce aromatowi żywiczno-kadzidlano-miodowo-drzewnemu, który de facto snuje się przez kolejne godziny, początkowo wzmagając się, po czym bardzo powoli wyciszając, by później niemożliwie wręcz długo emitować subtelny dymno-węglowy temat. W ciągu wielu godzin pozostawania na skórze Black Gemstone ulega tylko nieznacznym zmianom. Jest zapachem niemal linearnym, zbudowanym wbrew zasadzie piramidy, niezwykle leniwie uchodzącym w przestrzeń.

To pachnidło z gatunku love it or hate it. Trudne, monumentalne, zawiłe, mroczne, zbudowane z bardzo charakternych ingrediencji. Pachnie jak gorąca magma.

Jak przystało na perfumowy ekstrakt Black Gemstone trzyma się raczej blisko skóry i to przez długie godziny. Ale jest wystarczająco ekspansywny, by noszący mógł go czuć przez większość dnia na sobie. Co więcej, trzeba bardzo uważać z jego dozowaniem, gdyż zyskuje na mocy z czasem, i to co czujemy na początku, zaraz po aplikacji, ulega znacznemu wzmocnieniu w ciągu kolejnych godzin. To efekt tak wysokiej koncentracji składników, ekspresji których sprzyja czas i ciepłota skóry. Zbyt odważne użycie może w efekcie spowodować nawet pewien dyskomfort szczególnie w pierwszych godzinach noszenia, o czym przekonał się niżej podpisany. Bowiem Black Gemstone to naprawdę charakterna perfumowa rzecz dla oczekujących prawdziwie mocnych wrażeń.

shl-black_gemstone-2

główne składniki: cytryna, cedr, kadzidło, mirra, opoponax, labdanum, drewno tekowe, brzoza, eukaliptus, rozmaryn, paczula, tonka

perfumiarz: Stephane Humbert Lucas

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

 

 

PS. Pachnidła SHL 777 można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.

 

Prada „Amber Pour Homme Intense”

Miuccia Prada – od kiedy wspólnie ze znakomitą perfumiarką Danielą Andrier -zaproponowała mężczyznom Amber Pour Homme (2006) (wcześniej po prostu Prada Man) oraz Infusion d’Homme (2008), a kobietom znakomite Infusion d’Iris (2007) w kilku odmianach – ma we mnie cichego wielbiciela. I choć późniejsza męska linia Luna Rossa niespecjalnie mnie poruszyła, ten duet kreatorów znajduje się zawsze w centrum mojego zainteresowania. Prędzej czy później musiałem więc poznać pochodząca z 2011 roku Amber Pour Homme Intense (w niektórych źródłach funkcjonuje jako edycja limitowana). Szczególnie że oryginalne Amber Pour Homme uważam za jedne z najciekawszych współczesnych męskich perfum dostępnych w stacjonarnych perfumeriach. Niezwykła mieszanka m.in. labdanum, paczuli, kardamonu i szafranu, pachnąca niczym ekskluzywne mydło (a raczej wyobrażenie o nim, bo nie miałem okazji testować TAK pachnącego mydła) jest jednocześnie współczesnym i bardzo oryginalnym wcieleniem męskiego fougere. Ten niebanalny, intrygujący, oryginalny zapach o solidnej projekcji i doskonałej trwałości w mojej ocenie nie pozostawia nic do życzenia.

prada amber ph big

Wersja Intense różni się od klasycznej nie tylko koncentracją (jest to eau de parfum) i kolorystką flakonu, ale i charakterem samego zapachu. Różnice są na tyle znaczące, że można tu mówić o odrębnym pachnidle, w którym z naprawdę wielkim trudem można doszukać się nawiązań do poprzednika. Bo choć ciężar gatunkowy oba zapachy mają podobny, to jednak Intense jawi się bardziej jako pozbawiony konotacji fougere zapach orientalny.

Inne składniki grają w nim główne role, choć schemat jest podobny. Miast labdanum dominująca jest tu mirra, która chcąc nie chcąc z natury przytłacza trochę kompozycję. Stąd być może zastosowanie bergamoty, która co prawda nie jest możliwa do wyczucia jako cytrus, ale z pewnością nieco rozjaśnia i tak ciemną naturę Intense. Spod mirry wyłania się wspólna dla obu wersji zapachu indonezyjska paczula, bez której żadna z nich nie miałby tyle zmysłowej głębi. Obecne w „zwykłej” wersji nuty kulinarne kardamonu i szafranu w Intense zastąpiono równie smaczną wanilią, która bardzo ładnie i wyczuwalnie uwalnia się z bukietu w fazie bazowej.

Zapach projektuje nieco słabiej niż EdT, ale ma równie dobrą trwałość. Przy tym trudno go przedawkować, tzn. można użyć go obficie bez ryzyka migreny, co niestety może być udziałem oryginalnej Amber Pour Homme, jeżeli użyjemy jej o jeden „psik” za dużo.

Nie czuję w Intense sygnaturowej w poprzedniku nuty „luksusowo mydlanej”. Zamiast tego jest coś, co nazwałbym subtelną aurą gourmand z dominująca wanilią i odległym echem fougere. Ten sam efekt odnajduję (zresztą nie tylko ja) w Tom Ford Noir for Men EdP, który to zapach jest naprawdę bardzo podobny do Amber PH Intense. Nie jest więc to pachnidło aż tak oryginalne jak Amber PH, ale z pewnością nie odmówię mu urody i jakości. To wciąż Prada na bardzo dobrym poziomie, która sprawia mi niekłamaną przyjemność z noszenia. To także jedne z tych perfum, po które sięgam, gdy… nie mogę podjąć decyzji, jakiego zapachu użyć. Choć brzmi to niedorzecznie, to jednak perfumowi maniacy i kolekcjonerzy na pewno wiedzą, o czym piszę…

Prada Amber PH intense 1

nuty głowy: bergamotka

nuty serca: mirra, paczula

nuty bazy:  wanilia, ambra

twórca: Daniela Andrier

rok premiery: 2011

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: ****/ projekcja: ****

Guerlain „Les Deserts D’Orient” – poruszające piękno orientu

Są pachnidła, które testuje się z drżeniem rąk i niemal palpitacją serca. Wynika to zwykle z ich unikatowości, doskonałej jakości, a czasem jedynie z… niebotycznej ceny (bo oczywiście te dwie ostatnie cechy nie muszą iść w parze). Jeżeli jednak zdarza mi się testować perfumy łączące w sobie wszystkie te cechy, a do tego jeszcze – co najważniejsze – poruszające do głębi swym trudnym do opisania pięknem, wówczas jest ryzyko wpadnięcia w niemy zachwyt i zastygnięcia w takim stanie na długi czas. Dokładnie tak przydarzyło mi się dobrych kilka miesięcy temu, gdy dotarły do mnie próbki ekskluzywnej kolekcji pustynnej – trójki zapachów Les Deserts D’Orient Guerlain. Skrywane pod pięknie i jakże tajemniczo (ach ten francuski!) brzmiącymi tytułami pachnidła: Encens Mythique D’OrientRose Nacrée du DésertSonge d’Un Bois d’Ete pozostawały długo jedną z tych tajemnic, które od dawna pragnąłem odkryć. Zanim podejmę mniej lub bardziej udane próby ich opisania, kilka dosłownie zdań o całkiem moim zdaniem interesującej historii ich powstania.

Guerlain Les Desert des Orients 2

Przyznaje, że miał ogromną radość podczas ich komponowania. Sam pomysł wyniknął częściowo z sugestii poczynionej przez jego przyjaciół z Dubaju, których odwiedza co najmniej raz w roku. Stwierdzili oni, że europejscy perfumiarze nie wiedzą, jak robić prawdziwie arabskie perfumy, ponieważ koncentrują się na tym, by pachniały dobrze na skórze, podczas gdy mieszkańcy Bliskiego Wschodu aplikują perfumy raczej na ubranie. Thierry Wasser oceniał więc i testował wszystkie trzy pachnidła Les Deserts D’Orient na bawełnianych chusteczkach, co uczyniło proces twórczy dodatkowo interesującym i przyjemnym.

Przetestowałem już sporo perfum i jedno mogę stwierdzić z pełną odpowiedzialnością – takich jak Les Deserts D’Orient dotąd nie spotkałem. Zabiły mi tzw. „ćwieka”. Do napisania tej recenzji zabierałem więc się od co najmniej pół roku, a chyba nawet i dłużej. Dlaczego? Trudno mi to wytłumaczyć. Mając tak doskonałe i niesamowite obiekty do testów zwyczajnie zacząłem się obawiać, że nie będę w stanie ubrać w słowa ich doskonałości. Co więcej – Thierry Wasser tymi perfumami już nieodwołalnie przekonał mnie, że jest absolutnym mistrzem swego fachu, którego kunszt – by w pełni zabłysnąć – potrzebuje wolności, nieograniczonej budżetem czy planowanymi słupkami sprzedaży.

Thierry Wasser 3
Thierry Wasser

Niezwykle trudno wyróżnić jeden zapach z całej trójki. Wszystkie są absolutnie doskonałymi kompozycjami inspirowanymi arabskim stylem, w których dominują gęste, balsamiczne żywice i nuty drzewne zdobione przyprawami. Wszystkie trzy zawierają wspólną nutę szafranu, którą Thierry Wasser opracował specjalnie z myślą o „pustynnym” trio. W opinii Sylvaine Delacourte, zapachowej dyrektor kreatywnej marki Guerlain, są one perfumami w swej istocie bardzo francuskimi, które raczej zapożyczają pewne charakterystyczne dla orientu ingrediencje (szafran, mirra, oud), aniżeli kopiują tamtejszy styl. Być może dlatego mój europejski nos znalazł je tak łatwymi do akceptacji i tak zachwycającymi.

Wbrew wspomnianym obyczajom arabskim ja testowałem Les Deserts D’Orient przede wszystkim na skórze, a dodatkowo – na papierkach testowych. Na skórze wszystkie zapachy zachowują się podobnie, tzn. pachną średnio-mocno, nie są bardzo ekspansywne, ale są wyraźne, ciągle obecne i trwałe. Sam czułem je na sobie przez kilkanaście godzin po ostrożnej aplikacji, przy czym miały one tendencję do swoistego rozkwitania na skórze. Z początku nieco cichsze z czasem stawały się bardziej wyraziste i wyczuwalne. Zastosowane w nich niemal wyłącznie „ciężkie” ingrediencje potrzebowały więc ciepłoty i chemii skóry oraz czasu, by zaprezentować się w pełni. Wszystkie trzy pachnidła rozwijały się więc na skórze bardzo powoli i polegało to na tym, że główny temat danego zapachu dominował od początku do końca, zmieniał jedynie nieznacznie swoje odcienie, stając się z czasem coraz bardziej głębokim, ciemnym i hipnotycznie pięknym.

 guerlain dessert collection

 

Prosty i elegancki design flakonów Les Deserts D’Orient – znany już z guerlainowskiego cyklu L’Art & la Matière – przyozdobiony został orientalnymi wzorami w kolorze złota, które wraz z arabskimi literami podkreślają bliskowschodni styl pachnideł (a także wskazują na główny rynek, na który zapachy zostały początkowo skierowane).

 

Rose Nacrée du Désert

Rose Nacrée du Désert wyróżnia się niezwykłym, niespotkanym dotąd przeze mnie ujęciem róży. W tej kompozycji Thierry Wasser użył jako pierwszy w historii esencji z uprawianej w Iranie róży perskiej, a wiec innej od bułgarskiej, z której stosowania Guerlain słynie od dziesiątek lat. Perfumiarz opisuje jej woń jako bardziej „dziką i ciemną”, charakteryzująca się szafranowym odcieniem. Doskonale współgra ona z mrocznym klimatem zapachu zbudowanym z nut drzewnych, balsamicznych i szafranu właśnie. Paczula pełni tu role doskonałego lepiszcza. Łączy ona nuty górne z przyprawami i drewnami serca. Wszystko to zbudowane jest na gęstej żywicznej „mazi” złożonej z mirry i benzoesu.  Róża jest najwyraźniejsza w pierwszych kwadransach, z czasem zostaje jednak przykryta niemal zupełnie przez niesamowity, głęboki akord oudowy o wyraźnej nucie animalnej (która nota bene jest tym, co pozostaje na kołnierzyku koszuli aż do jej wyprania). Zresztą ta agarowa woń rozkwita na skórze szczególnie mocno dopiero 3-4 godziny po użyciu zapachu. Całość pachnie dystyngowanie, orientalnie, głęboko, hipnotycznie pięknie, po prostu zachwycająco. Doprawdy powalający pięknem zapach. Warto zaznaczyć, że w kompozycji nie ma naturalnego oudu, tylko „akord oudowy”, który Wasser stworzył łącząc paczulę, drewno gwajakowe i nutę suchej ambry. To oficjalna informacja, którą znaleźć można na stronie internetowej Guerlain. To także godny naśladowania dowód uczciwości marki, która nie deklaruje użycia w formule czegoś, czego nie użyła.

guerlain rose nacree

nuty głowy: szafran, perska róża, paczula

nuty serca: kardamon, kurkuma, drewno cedrowe, akord oudowy

nuty głębi: mirra, benzoes

rok premiery: 2012

perfumiarz: Thierry Wasser

moja ocena:

  • zapach: 6
  • projekcja: 4
  • trwałość: 6

 

Songe d’Un Bois d’Été

Zapach ten opisywany jako drzewno-skórzany w istocie takim jest i to właściwie od samego początku, który choć nieco rozjaśniony esencją z laurowego liścia oraz olejkiem neroli, od razu odkrywa prawdziwą naturę tego pachnidła. Ewoluuje minimalnie poprzez drzewne serce aż po głęboką, majestatyczną skórę w bazie. Podobnie jak w Rose Nacree… także i tu istotną rolę gra charakterystyczna, orientalna nuta szafranu wpleciona przez Wassera w iście mistrzowski sposób, która dodaje całości arabskiego charakteru. Ale poza wszystkim dominuje tu gęsta żywiczno-drzewno-skórzana woń, która stapia się ze skórą na wiele długich godzin pięknie z niej emanując.

Szukając w pamięci czegokolwiek, co pachniałoby choć trochę podobnie, trafiłem jedynie na Oud Leather Diora, przy czym w Songe… – według mnie szczęśliwie – nie znajdziemy charakterystycznej dla dzieła Demachy’ego nuty animalnej, która dla mnie osobiście była sporym utrudnieniem w odbiorze tamtego zapachu. Pachnidło Guerlain jest natomiast doskonale wyważone i w żadnym momencie nie razi, nie przekracza granic, które mój europejski nos miałby problem zaakceptować, co jest charakterystyczne dla stylu perfumiarskiego Thierry Wassera. Songe… jest też moim zdaniem najbardziej męskim z całej trójki.

guerlain songe

nuty głowy: liść laurowy, neroli

nuty serca: paczula, szafran, jaśmin, drewno cedrowe

nuty głębi: skóra, mirra

rok premiery: 2012

perfumiarz: Thierry Wasser

  • zapach: 6
  • projekcja: 4
  • trwałość: 6

 

Encens Mythique d’Orient

Choć w tytule i także w składzie wymienione jest kadzidło (frankońskie), to nie odnajdziemy go tu w formie indywidualnej nuty, do jakiej przyzwyczaiły nas rozliczne marki niszowe. Zresztą wg źródeł użyto go tu w ilościach śladowych. Kluczowymi składnikami są róża, szafran i najprawdziwsza nowozelandzka szara ambra, której zastosowaniu w tym zapachu Wasser poświęcił szczególnie dużo uwagi, segregując kawałki ambry na kilka grup w zależności od niuansów zapachowych i wybierając najodpowiedniejsze dla koncepcji Encens Mythique d’Orient. I to właśnie esencja z najprawdziwszej naturalnej szarej ambry jest kwintesencją tego pachnidła, co już samo przez się czyni je unikatowym.

Amber_australian

Zanim jednak ambra dojdzie do głosu, wita nas niecodzienny akord głowy przypominający woń plastiku, topionego tworzywa sztucznego, co jak sądzę wynika z zastosowania tu aldehydów, które dodają mocy duetowi róży i szafranu. Ale nie trwa to długo i po chwili zapach osiada na skórze. Przez jakiś czas można poczuć obecność różanej esencji, ale Encens Mythique d’Orient dość szybko zmierza do ambrowego akordu bazy. A ta jest cudownie ciepła, głęboka, słodkawa i jednocześnie piżmowa, przy tym bardzo zmysłowa. Pachnie zaskakująco donośnie i bardzo długo – otaczając noszącego prawdziwie luksusową aurą. Naprawdę trudno jest opisać, jak pachnie prawdziwa ambra. Trzeba się o tym samemu przekonać, co obecnie jest bardzo trudne, bo poza nielicznymi wyjątkami nie stosuje się jej już w perfumerii ze względu na jej odzwierzęce pochodzenie. Na szczęście wciąż jeszcze odnaleźć ją możemy w najbardziej luksusowych perfumach Roja Dove czy choćby właśnie Guerlain. W Encens Mythique d’Orient lśni ona pełnym blaskiem.

guerlain encens

nuty głowy: róża, aldehydy, szafran

nuty serca: różowy pieprz, wetiwer, paczula

nuty głębi: drewno cedrowe, mech, piżmo, szara ambra, kadzidło frankońskie

rok premiery: 2012

perfumiarz: Thierry Wasser

  • zapach: 6
  • projekcja: 4
  • trwałość: 6

 

Współczesne mainstreamowe perfumy Guerlaina nierzadko wzbudzają moje i nie tylko moje wątpliwości co do tego, czy są aby godne noszenia tak zacnego imienia. Trzeba jednak zrozumieć, że marka ta jako własność koncernu LVMH musi nadążać za rynkowymi trendami i zarabiać m.in. także po to, by w ramach ekskluzywnych kolekcji prezentować nam olfaktoryczne dzieła na miarę Les Deserts D’Orient. Tu już wszystko jest najwyższej próby. Składniki, formula, kompozycja, wykonanie. To kwintesencja guerlainowskiego wyrafinowania i jakości. Dla mnie osobiście najbardziej poruszające i najbardziej przekonujące pachnidła inspirowane Arabią, z jakimi miałem dotąd do czynienia. To także jedne z najpiękniejszych pachnideł, jakie w ogóle miałem szczęście poznać. Absolutnie doskonałe arcydzieła perfumiarstwa, które dowodzą niezbicie, że gdzieś tam obok komercyjnego przemysłu perfumeryjnego, zasypującego sieciowe perfumerie setkami nowych, nic niewnoszących zapachów, współcześnie wciąż tworzone są prawdziwe Perfumy. A że ich dostępność jest skrajnie ograniczona? Cóż – na tym m.in. polega luksus, że pozwolić sobie na niego mogą tylko wybrani…

Jovoy Paris czyli krótka powtórka z niszy

Obcowanie z zapachami Jovoy Paris to prawdziwa frajda dla perfumisty. Dlaczego? Dużo znanych skądinąd nut, akordów i tematów, ale podanych w bardzo solidny, kompetentny, uroczy i przekonujący sposób. Pachnidła te bez wątpienia złożono z wysokiej jakości składników, w dużej mierze naturalnych. Testując poszczególne zapachy marki mam wrażenie, jakbym na nowo wchodził w świat perfumowej niszy. Niby przewąchałem już całkiem sporo (choć gdzie mi tam do pionierów perfumowego blogowania!), a jednak odnajduję w zapachach Jovoy jakąś niewytłumaczalną świeżość. I nie chodzi tu bynajmniej o świeżość rozumianą dosłownie (choć ta też niektóre z nich cechuje), ani też o jakąś szczególną pomysłowość (choć owszem są wyjątki). Raczej o wrażenie, że te pachnidła są świeżo zinterpretowanymi tematami, które od lat podejmują niszowe marki, poczynając od pionierów w postaci Diptyque, Serge’a Lutensa, L’Artisan Parfumeur czy Annick Goutal.

jovoy paris

To nie powinno dziwić, gdy już znajdziemy nieco informacji nt. Jovoy Paris. Była to efemeryczna marka perfumowa, którą w 1923 roku powołała do życia Blanche Arvoy. Zaraz po wydaniu czterech pachnideł przemianowała ją na Corday i pod tym brandem wydawała perfumy aż do początku lat 60-tych (zaraz po wybuchu II Wojny Światowej Arvoy przeniosła się z Paryża do Stanów Zjednoczonych, gdzie później Corday odniosło największe sukcesy). W 2006 roku siostra, brat oraz kuzyn Blanche Arvoy postanowili przywrócić markę Jovoy do życia. Pod kierownictwem niejakiego Francoisa Henina – wielkiego entuzjasty pachnideł – powstało najpierw siedem pachnideł na klasyczne tematy (Les 7 Parfums Capitaux).  Następnie w 2010 roku otworzył on w Paryżu – pod tą samą marką – perfumerię oferującą rzadkie, niszowe pachnidła. Miejsce to obecnie aspiruje do roli głównej i najważniejszej perfumerii niszowej i artystycznej w Paryżu. Stworzona i prowadzona przez prawdziwych miłośników perfum, oferująca niszowe i artystyczne marki. Nic więc dziwnego, że ich własna, zupełnie nowa linia perfum, zaprezentowana w 2011 roku, jest tak udana i stała się bliska miłośnikom niszy na całym świecie. Od niedawna zapachy wskrzeszonego Jovoy Paris można testować i nabyć także w warszawskiej perfumerii Quality Missala.

Z tego co zdążyłem się dowiedzieć, warsztatowym zapleczem dla Jovoy jest słynne Robertet – francuska firma znana z produkcji doskonałej jakości ingrediencji naturalnych, a także pozyskiwania z nich coraz szerzej stosowanych w perfumerii izolatów. Naturalną konsekwencją profilu firmy jest zatrudnianie doskonale wykwalifikowanych perfumiarzy, nie tylko po to, by oceniali jakość produkowanych substratów, ale by pracowali nad kompozycjami perfumeryjnymi na zamówienia zewnętrznych zleceniodawców, np. właśnie Jovoy Paris.

Dziś mam nie lada przyjemność opisania pięciu pachnących kompozycji Jovoy Paris, które okazały się na tyle udane i interesujące, że polecam je nie tylko znawcom niszy, ale także tym osobom, które chciałyby rozpocząć swoją fascynującą przygodę z perfumami niszowymi i artystycznymi. Te zapachy mogą być doskonałym i całkiem „bezbolesnym” wprowadzeniem w świat pachnideł niezwykłych, tematycznych, rozbudzających wyobraźnię, budzących prawdziwe emocje. Nie należą one do woni trudnych w odbiorze. Przeciwnie – są bardzo wdzięcznym materiałem do testów.

La Liturgie des Heures – Liturgia Godzin

Ukochany przez wielbicieli niszowych pachnideł temat kadzideł, tak niesamowicie i wielowymiarowo przedstawiony swego czasu przez Comme des Garcons (a także niezwykle twórczo rozwijany przez Oliviera Durbano), tu potraktowany został z arcymistrzowską inwencją. Powiem krótko – od pierwszych do ostatnich sekund trwania La Liturgie des Heures na skórze czuję, że to dzieło bardzo kompetentnie zrobione. Jacques Flori – odpowiedzialny m.in. za pachnidła marki Etro – to fachowiec pierwszej klasy. Połączył on kadzidło olibanum oraz mirrę z nutą iglakową (cyprys – tu niesamowicie naturalnie pachnąca esencja), uzyskując w ten sposób zapach zaskakująco lekki, świeży – mimo kadzidła przecież. Zrobił to w podobny sposób, jak Christopher Sheldrake w fantastycznym L’Eau Froide Serge’a Lutensa. Chłodna, lekko cytrusowa natura żywicy olibanum w sposób naturalny połączyła się tu z pinenami obecnymi w żywicy cyprysa, podobnie jak połączyła się z mentolem u Lutensa. W efekcie Liturgia pachnie bardzo wyraźnie i długo cyprysem, spod którego naprawdę leniwie wyłania się kadzidlane centrum, któremu ciepła dodaje labdanum. Perfumiarz utrwalił zapach piżmami, dzięki którym akord kadzidlano-żywiczny trwa na skórze przez długie godziny finiszując ciepłą, żywiczną wonią mirry. Mimo bardzo dosłownej nazwy, La Liturgie… to typ kadzidlaka wcale nie tak bliski liturgicznym skojarzeniom, przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Poza tym to najjaśniejszy punkt opisywanej kolekcji Jovoy.

Jovoy Liturgie

nuty głowy: świeże, zielone, cyprys

nuty serca: kadzidło (olibanum), czystek (labdanum), mirra

nuty bazy: piżmo

twórca, rok: Jacques Flori, 2011

L’Enfant Terrible – orientalny niszowiec

Kompozycja znana już co do treści z dzieł m.in. Serge’a Lutensa (Feminite du Bois) czy Parfum d’Empire (Aziyade). W wykonaniu Jacquesa Flori’ego pięknie i harmonijnie zrównoważona (dużo lepiej niż wspomniane pachnidło Marca-Antonio Corticchiato), z idealnie dobranymi proporcjami przypraw (gałka, kolendra, kminek) i nut owocowych, w tym daktyla. Całość – nad którą w pierwszych kwadransach unosi się świeża, lekko mentolowa aura – zbudowana została na solidnym drewnianym rusztowaniu złożonym z esencji sandałowej i cedrowej. Dzięki piżmu woń nabrała głębi i spaja się pięknie oraz na długo ze skórą. Ewolucja zapachu jest dość ewidentna – od wibrującego przyprawami akordu głowy, przez akord serca suszonych owoców, aż po drzewną bazę. L’Enfant Terrible jest po idealnym niszowym zapachem z gatunku orientalno-drzewnego, a jego noszenie to czysta rozkosz. Doprawdy świetna rzecz. Zapach tak doskonały, że naprawdę nie ma się tu do czego przyczepić, no może poza tym, że to już było. Ale co z tego? Pięknych pachnideł nigdy dość. Wiem coś o tym! 🙂

jovoy L Enfant

nuty głowy: gałka muszkatołowa, kolendra, kminek

nuty serca: drzewo pomarańczowe, daktyle

nuty bazy: piżmo, sandałowiec, cedr

twórca, rok: Jacques Flori, 2011

Les Jeux sont Faits – mieszanka bardzo męskich aromatów…

Rozpoczyna go mocny, bogaty, wieloskładnikowy, zatykający dech akord, w którym obok dość oczywistych cytrusów wyczuwam nutę pachnącej lekko miodowo tabaki, czy raczej lekko wilgotnych liści szlachetnego tytoniu. Tu przyznam, że to jedna z najlepszych nut tytoniowych, jakie dotąd spotkałem. Otwarcie jest zaiste piękne i przez pierwsze kilkadziesiąt sekund kojarzy mi się z klimatami w typie klasycznego Dolce & Gabbana Pour Homme, ale to nie trwa długo. Już po kilku minutach zapach przeobraża się w bardziej niszowym kierunku, a wzbogacona kminem i suszonymi owocami (na wzór Arabie S. Lutensa) tabaka zaczyna grać pierwsze skrzypce. Ten centralny akord pachnie bardzo męsko, rzekłbym samczo i dość długo. Finisz to głównie słodkawo i skórzanie pachnące labdanum. Zapach zdecydowany, esencjonalny, ciepły i otulający, na którym unosi się tytoniowa aura. Idealny kandydat na męskiego towarzysza słotnych jesiennych dni, które już za pasem…

Jovoy Les Jeux

nuty głowy: angielski gin, dzięgiel, kandyzowane i suszone owoce, akord kubańskiego rumu

nuty serca: liście brązowej tabaki, kmin

nuty bazy: drewno sandałowe, labdanum, skóra, wanilia i paczula

twórca, rok: Dorothée Piot, 2012

Ambre Premier – ambra… po prostu ambra

Każda szanująca się kolekcja niszowej marki powinna zawierać zapach ambrowy. Piszę to z przymrużeniem oka, bowiem znam kilka kolekcji, które tematu ambrowego nie podjęły, a na miano szanujących się jak najbardziej zasługują. Ale trzeba przyznać, że Michèle Saramito postarał się, by Ambre Premier nie nudził, co wcale nie jest takie oczywiste. Temat bursztynu w perfumach został już wg mnie dawno temu wyeksploatowany, choć ambra w tym rozumieniu ma przecież szerokie grono wielbicieli. Tu dzięki wzbogaconemu w cytrusy intro oraz inkorporowaniu evergreena w postaci duetu róży i paczuli udało się uzyskać pewną żywość, wibrację. Musze dodać, że ja już gdzieś wąchałem taką „wariację molekuł”, nie pomnę jednak, cóż to było. Może i lepiej. Poza tym nie oszukujmy się – robiąc zapach ambrowy nie sposób mimo wszystko uniknąć ewidentnych powtórzeń i skojarzeń, podobnie jak to jest w przypadku eau de cologne. Mało jest z kolei tak niesamowitych przypadków gdy zapach ambrowy zachwyca unikatowością – ja na szybko kojarzę tylko trzy – Ambre Sultan S. Lutensa, Ambre Fetiche Annick Goutal (twórca: Isabelle Doyen) oraz L’Air du Desert Marrocain Andy’ego Tauera. Jeżeli ktoś lubi ten gatunek – będzie z Ambre Premier co najmniej zadowolony. Dla mnie to to po prostu kolejna ambra…

Jovoy-AmbroPremier-1

nuty głowy: akord cytrusowy, akord przypraw

nuty serca: róża

nuty bazy: paczula, ambra, wanilia

twórca, rok: Michèle Saramito, 2011

Private Label – dymny, wetiwerowy

Dla mnie wetyweria to typowy niszowy temat. Szczególnie gdy przedstawiony w sposób gęsty, dymny, lekko wilgotny – tak jak zrobił to swego czasu słynny Lorenzo z Florencji zwany Villoresim lub jak uczynili to rzymscy mistrzowie z Profvmvm w postaci Fumidusa czy amerykański duet D.S.&Durga w swym niebywale pięknym Cowboy Grass. Właśnie temu ostatniemu zapachowi najbliższy jest moim zdaniem Private Label. Piękne, nostalgiczne i mocno naturalne ujęcie esencji korzenia wetywerii, lekko dymne, lekko wilgotne, roślinne. Znajduję tu jego połącznie z innym składnikiem, który bardzo lubię – papirusem. To on dodaje tej suchej dymności, goryczki. Z kolei paczula przydaje egzotycznej, orientalnej – no dobrze – indyjskiej głębi. Umieszczenie w bazie labdanum dodatkowo wzmaga efekt skórzanej aury zapachu, zaś sandałowiec przytwierdza go do skóry na długie godziny. Piękny, snujący się, nieco wzniosły i tajemniczy zapach dla wielbicieli woni palonej, lekko nadgniłej jesiennej ściółki leśnej, do których ja absolutnie i bezwzględnie się zaliczam (tzn. nie palę (nic!), ale jak już ktoś pali, to i powącham chętnie…). Mam jednak jedno ale. Ogromna szkoda, że Private Label dużo lepiej pachnie na papierku testowym, niż na mojej skórze. Szczerze mówiąc naprawdę mnie to zmartwiło, ale cóż zrobić – widocznie nie jesteśmy sobie pisani.

Jovoy-PrivateLabel-2

nuty głowy: papirus, turzyca (absolut)

nuty serca: wetiwer, skóra, paczula

nuty bazy: czystek (labdanum), sandałowiec

twórca, rok: Cecile Zarokian, 2011

Dior „Eau Sauvage Parfum”

Nowina, która gruchnęła mniej więcej rok temu, była sporego kalibru. Wspaniały klasyk, jedna z największych męskich legend perfumeryjnych, zapach wymykający się upływowi czasu i modom (oraz zręcznie na przestrzeni lat dostrajany…), synonim męskiej, dojrzałej elegancji, Eau Sauvage od Christiana Diora doczekał się wersji eau de parfum – o Pardon!parfum. Trzeba jednak pamiętać, że to nie pierwsza wariacja na temat Dzikiej Wody. W latach 80-tych wprowadzono wzbogaconą o solidny bukiet prowansalskiej lawendy i cedrową bazę wersję Extreme (wciąż w ofercie, choć podobno i do niej niesforny Demachy-„poprawiacz” się dobrał), a w 2007 roku wersję Fraicheur Cuir, w której ten sam Demachy ubrał starego dobrego dzikusa w „skórzane portki” dodając akord skóry. Wkrótce potem objął funkcję dyrektora odpowiedzialnego za potężny dział perfum w koncernie LVMH oraz został tzw. in house perfumer Diora. Trzeba przyznać, że od początku nie próżnował, grał bardzo odważnie i z rozmachem. Śmiałe – uwzględniające obostrzenia IFRA – reformulacje klasyków (zarówno damskich jak i męskich,) odtworzenie wciąż przecież młodziutkiego Homme (Dior nie jest bowiem właścicielem oryginalnej formuły autorstwa Oliviera Polge’a, więc Demachy musiał zabawić się w jej odgadnięcie), flankery ikonicznego Fahrenheita w postaci Absolute oraz Aqua, dynamiczny rozwój linii butikowej La Collection Couturier Parfumeur. Wreszcie to zaskakujące wcielenie Eau Sauvage w wersji wody perfumowanej, a i to przecież nie wszystko…

sauvage parfum 1

W Eau Sauvage Parfum perfumiarz ze znaną sobie finezją oprawił przewodni cytrusowo-jaśminowy temat Eau Sauvage za pomocą doskonale wpisującej się w szyprową konwencję wetywerii oraz zaskakującej mirry (tej samej, za pomocą której – obok oudu i olibanum – przekształcił Fahrenheita w wersję Absolute). Dzięki wetywerii zapach nabrał szyprowej głębi, zaś mirra dodała mu żywicznego ciepła, ale i goryczy, wzmagając w ten sposób subtelną gorzkość cytrusowo-jaśminowego akordu znanego z wersji edt. Mimo śmiałego potraktowania legendarnego tematu, Eau Sauvage Parfum zasługuje na swą nazwę – wyraźnie nawiązując do protoplasty (zdecydowanie bardziej, aniżeli jest to w przypadku Fahrenheit Absolute) i zachowując charakterystyczny retro-sznyt

Zapach w sposób niespotykanie klarowny i wyraźny ewoluuje od gęstego cytrusowo-balsamicznego intro przez gorzkie żywiczne rozwinięcie aż po wetiwerowe outro. Poszczególne fazy zapachu trwają długo i są niezwykle łatwe do wyodrębnienia, a kompozycja jest niesamowicie uporządkowana. Nie ma mowy o chaosie, natłoku nut/ składników. Mistrzowsko poukładane proporcje poszczególnych ingrediencji zachwycają i – nawet jeśli nie każdemu przypadnie do gustu tak daleka od niezrównanej subtelności protoplasty moc i bezpośredniość wersji Parfum – to przyznać będzie musiał, że Demachy poukładał to wszystko absolutnie mistrzowsko. Rzadko spotykam się z tak perfekcyjnie uporządkowanym przekazem, z taką niesamowicie klarowną konstrukcją zapachu. Techniczny majstersztyk przemyślany w najdrobniejszym szczególe. Szanowni adepci perfumiarskiego fachu – wąchajcie i uczcie się!  

Na koniec dodam, że gdybym – nie znając zapachu Eau Sauvage Parfum – miał sobie go wyobrazić, pachniałaby mniej więcej właśnie tak, jak pachnie.

A pachnie naprawdę dobrze.

sauvage parfum

główne nuty: bergamotka, mirra, wetiwer

twórca: Francois Demachy

rok wprowadzenia: 2012

moja rekomendacja: dla mężczyzn dojrzałych, ceniących klasyczny koloński styl; doskonała jesienno- zimową alternatywą dla fanów Eau Sauvage; doskonały także jako pachnidło wieczorowe;

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ok. 10 h