Bvlgari „Man in Black Essence” – esencja Afryki

Właśnie ukazała się limitowana edycja popularnego męskiego zapachu Bvlgari „Man In Black”. „Essence” –  bo tak została nazwana – jest kolejną wariacją na temat protoplasty, który  –  przypomnijmy – miał swoją premierę w 2014 roku. Podobnie jak wersję pierwotną i jej kolejne flankery (chłodny „Black Cologne” i oudowy, arabski w klimacie „Black Orient”), także i „Essence” skomponowana została przez niestrudzonego Alberto Morillasa.

Alberto Morillas 2014

W zapachu znajdziemy znajomy rumowo-drzewno-tonkowy temat, który został tu podany w nieco inny sposób, poprzez dodanie w sercu nuty ziarna kakaowca, a w bazie nuty hebanu. Dzięki tym zabiegom „Essence” nabrało odrobinę afrykańskiej kulinarności oraz egzotycznej drzewności, co umiejętnie koresponduje ze specjalnym designem grafiki na flakonie autorstwa  Laolu Senbanjo – wszechstronnego nigeryjskiego artysty – designera, grafika i muzyka – żyjącego w Nowym Jorku.

Laolu Senbanjo
Copywright of Laolu Senbanjo. All rights reserved.

„Essence” wyróżnia się bardzo sugestywną nutą kakao, która pojawia się zaraz po ustąpieniu rumowo-pomarańczowego akordu głowy, a po której następuje długotrwały słodko-drzewny finisz z głęboką czarną nutą hebanu. Zapach mości się blisko skóry, jest – mam wrażenie – najcichszy z całej linii, nadrabia za to świetną trwałością. Niewątpliwie ciekawa propozycja, szczególnie dla fanów pierwowzoru, których – zdaje się – jest całkiem sporo.

 bvlgari_man_in_black_essence 01

 

bvlgari_man_in_black_essence

nuty głowy: rum, gorzka pomarańcza

nuty serca: ziarno kakao

nuty bazy: absolut z irysa, tonka, heban

twórca/nos: Alberto Morillas

rok premiery: 2017

moja ocena:

zapach: 4,0 trwałość: 5,0/ projekcja: 3,5

Roja Dove „Britannia” – perfumowa arystokracja XXI wieku

Roja Dove znany jest z zamiłowania do Haute Parfumerie (w szczególności do domu Guerlain, dla którego przez wiele lat swej kariery pracował), czemu daje upust w swoich – co do tego nie mam wątpliwości – wyjątkowych pachnidłach.

Kto kiedykolwiek testował olfaktoryczne dzieła Dove’a ten wie, że ich bogactwo i wielowymiarowość oraz klasyczny styl nie mają sobie chyba równych we współczesnej perfumerii (może poza przywróconymi do życia – z pomocą Dove’a zresztą – pachnideł starej brytyjskiej marki Grossmith London). Co więcej,  są one w ogóle zaprzeczeniem tego, w jaki sposób dziś robi się perfumy. Stanowią współczesną apoteozę wysokiej perfumerii przełomu końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. Przy pachnidłach Roja Parfums wszystkie inne zdają się dziś być „szarymi myszkami”, zawstydzonymi Kopciuszkami na balu u króla. Jedno jest pewne – Roja Dove wie, jak tworzyć królewskie perfumy.

roje-dove-piter-2

Dove bowiem nie oszczędza na niczym. Jak róża – to majowa (z Grasse), jak jaśmin – to oczywiście ten z Grasse, jak irys – to florencki, a jak sandałowiec – to z Mysore. Tu nie ma taryfy ulgowej. Te najszlachetniejsze ingrediencje komponuje w perfumy pachnące jak gdyby zostały „wyjęte” ze złotej epoki perfum. Nadaje im zwykle stosowną, bardzo wysoką koncentrację (eau de parfum lub parfum). Tymi wonnymi miksturami napełnia piękne flakony wykonane z najwyższej jakości grubego szkła, z misternie zdobionymi, pozłacanymi zatyczkami i grawerowanymi etykietami. Za tym wszystkim podąża oczywiście też cena, która – siłą rzeczy – ogranicza klientelę Dove’a do tej najzamożniejszej. I tylko o tę mu chodzi. Przecież to prawdziwe Haute Parfumerie!

Zapachowy gust Dove’a ukształtowała w dużej mierze praca dla Guerlaina, a wspomnienia wielkich dzieł francuskiego domu perfumowego odnaleźć można w wielu pachnidłach Brytyjczyka.

Mająca swą premierę w bieżącym roku Britannia stanowi doskonały przykład stylu, talentu i pasji tego nietuzinkowego i nieco ekscentrycznego twórcy. To pachnidło orientalne, w którym odnajdziemy cała masę naturalnych ingrediencji budujących kalejdoskop nut, poukładanych wszakże w jedną bardzo sensowną całość. Zasadniczo Britannia składa się z trzech grup nut zapachowych: kulinarnych (cytrusy, kakao, cynamon, wanilia, goździk, brzoskwinia), które nadają mu apetycznej zmysłowości, kwiatowych (róża, jaśmin, heliotrop, magnolia champaca, cassia, irys), przydających pachnidłu kobiecości i drzewnych (paczula, wetyweria, sandałowiec), które z kolei równoważą kobiecy charakter elementami męskimi, ale także pogłębiają zapach i tworzą jego szkielet. Całości dopełnia obowiązkowa w perfumach Roja Dove’a niezwykle cenna naturalna szara ambra oraz piżma.

roja-dove-britannia-parfum

Na samym początku na pierwszy plan wybija się akord kulinarny z dominacją nuty kakao i słodkich cytrusów. Z czasem ujawniają się nuty kwiatowe, wciąż mocno podbudowane słodkimi przyprawami. Kakao schodzi na dalszy plan, a coraz wyraźniejszy stają się brzoskwinia i heliotrop, który odpowiada za spore podobieństwo Britanni – przynajmniej na tym etapie – do L’Heure Bleu Jacquesa Guerlaina. W tym sensie serce Britanni leży w Paryżu. Drzewno-kulinarna baza wieńczy to monumentalne dzieło, przy czym zmysłowy ślad ambry i piżm pozostaje na skórze do dnia następnego.

Sto mililitrów tego eliksiru zamknięte w eleganckim zdobionym flakonie z grubego szkła kosztuje 750 brytyjskich funtów. To prawdziwa arystokracja wśród perfum.

Britannia to czyste perfumy – najwyższa koncentracja zapachowa. Pachną blisko skóry i rozwijają się na niej bardzo powoli i dystyngowanie w klasyczny sposób, choć sprowadzenie ich li tylko do trzech akordów czy faz byłoby niesprawiedliwe. Każda faza ma tu pewnie co najmniej dwie „podfazy”, ale nie ma sensu dzielić włosa na czworo, bo można zatracić obraz całości. A ta jest majestatyczna i poruszająco piękna. Britannia nie tylko brzmi dumnie i królewsko, ale tak też pachnie. Zdaje mi się też, że ląduje głównie pod królewskimi choinkami…

 

 

britannia-parfum-100ml-pac

nuty głowy: cedrat, bergamotka, mandarynka

nuty serca : róża majowa, jaśmin z Grasse, magnolia champaca, heliotrop, cassia (cynamonowiec), fiołek, brzoskwinia

nuty bazy: cynamon, goździk, paczula, wetyweria, drewno sandałowe, wanilia, kakao, irys, szara ambra, piżmo

perfumiarz: Roja Dove

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

Slumberhouse – dom śpiocha, czyli perfumowy underground

Autorska, amatorska mikro-perfumeria artystyczna to zjawisko w ostatnich latach dynamicznie przybierające na sile, głównie za oceanem. Zapachy takich marek jak Sonoma Scent Studio, DS & Durga, Aftelier Perfumes, Olympick Orchids, Juniper Ridge, Anya’s Garden, Kerosene, MCMC, Smell Bent to dziś symbole powrotu do korzeni perfumerii, prawdziwego hand made, perfumerii jako sztuki nieskrępowanej ani wymaganiami rynku, ani narzucanymi przez kierunkowe wykształcenie perfumiarskie schematami myślowymi (z wszystkimi tego wadami i zaletami). Nie możemy też zapomnieć o europejskich przykładach: Tauer Perfumes, Vero Profumo czy Parfumerie Generale to prawdziwe oazy swobodnej perfumowej twórczości. Zjawisko to wydaje się być reakcją na obniżenie lotów i wzrost popularności oraz dostępności perfum niszowych oraz deprecjację estetyczną zapachów designerskich. Stąd pewnie coraz częściej będziemy mieli okazję testować i czytać o pachnidłach hand made, szczególnie że powolutku zaczynają się one pojawiać w nielicznych póki co polskich perfumeriach niszowych, co bardzo mnie cieszy. Przykładem Slumberhouse, którego polskim entuzjastom perfum niszowych oferuje krakowska perfumeria Lulua.

Slumberhouse

Slumber znaczy „drzemka”…

Amerykanin Josh Lobbtwórca marki Slumberhouse, perfumiarz – samouk, własnoręcznie tworzy swoje zapachy, bazując na bardzo oryginalnych składnikach, które pozyskuje z różnych, sobie tylko znanych źródeł. Co za tym idzie, jego pachnidła wyróżnia bardzo oryginalna estetyka, przemawiająca do koneserów i miłośników woni niebanalnych, nietypowych, ale i naturalnych. Lobb polega głównie na naturalnych absolutach (co skutkuje wielowątkowością i doskonałą trwałością jego pachnideł), nie odżegnując się oczywiście od wspomagania syntetykami (jest fanem Iso E Super, ale po prawdzie, kto nie jest?). Stara się nie używać olejków zapachowych, na których opiera się klasyczna perfumeria, gdyż uważa je za mało interesujące i jednowymiarowe. Jego perfumy z założenia pozbawione są składników uważanych jako tradycyjnie stosowane do konstruowania tzw. nut głowy (głównie cytrysy, niektóre zioła, pieprz), które artysta uważa za zbędne i nic nie wnoszące. Jego zdaniem nie ma sensu umieszczać w perfumach aromatów, które będą pachnąć zaledwie kilka minut, po czym znikną. Niemniej na podstawie przeprowadzonych testów naskórnych z przekonaniem stwierdzam, że pachnidła Slumberhouse wykazują niemal zawsze trójetapową ewolucję, co wg mnie wynika z faktu, iż są złożone z wielu naturalnych ingrediencji, samych w sobie złożonych z molekuł różnej wagi i lotności. Paradoks pachnideł Slumberhouse polega więc na tym, że choć w sposób zamierzony są pozbawione składników budujących zwykle akord głowy, to jednak nie są pozbawione trójfazowej konstrukcji. Początek każdego z nich to intensywna, zwykle soczysta woń będąca chaotyczną mieszanką setek molekuł. Ten chaos trwa zwykle kilka minut i w sposób naturalny przechodzi w już uporządkowany akord głowy, będący kwintesencją zapachu, choć wciąż nie tym, co zajmuje Lobba najbardziej. Przyznaje on, że to dopiero akord głębi (w przypadku jego perfum do określenie wyjątkowo adekwatne), pojawiający się po kilku godzinach, a obecny na skórze przez co najmniej kilka następnych, jest tym, na którego treści i jakości Lobbowi jako kompozytorowi perfum zależy najbardziej. Mikstury Lobba muszą mieć gigantyczną koncentrację, sądząc po ich intensywności, gęstości, barwie (oczywiście naturalnej!) i trwałości.

Zapachy Slumberhouse robią wrażenie środkowego palca pokazanego IFRA i innym tego typu organizacjom „dbającym o nasze zdrowie”.

slumberhouse old bottles
Wycofane (poza Jeke) zapachy Slumberhouse w starej wersji flakonu

Josh Lobb szuka inspiracji w różnych miejscach. Procesowi twórczemu zawsze towarzyszy ulubiona muzyka (nie klasyczna broń boże!). Jeden z jego zapachów (Norne) zainspirowany został muzyką black metalową, inny zaś (wycofany z oferty Brosse) skomponował w ramach eksperymentu pod wpływem środków halucynogennych i psychodelicznych.

Lobb to taki perfumowy self made man, który wszystko robi po swojemu. Uważa, iż brak perfumiarskiego wykształcenia ma tę zaletę, że umożliwia mu nowatorskie i nietypowe spojrzenie na tworzenie perfum. Trzeba mu oddać, że faktycznie ma swój styl. Ma też rosnącą bazę fanów. Jego pachnidła zyskują niemal kultowe uwielbienie. Wystartował z Slumberhouse w 2008 roku. Do dziś opublikował osiemnaście kompozycji, z których dwanaście zdążył wycofać z oferty tłumacząc się m.in. problemami z pozyskiwaniem kluczowych składników. Jego kolekcja obecnie składa się z sześciu pachnideł o bardzo oryginalnych nazwach: Kiste, Norne, Sadanne, Ore, Pear+Olive, Jeke. Obco brzmiące nazwy (z wyjątkiem jednej) zdaniem Lobba niczego nie oznaczają  i jest to zamierzone. Perfumiarz nie chce nazwami sugerować, w jaki sposób jego zapachy będą odbierane. Podobnie jest z ujawnianiem nut zapachowych, z tym że tu jednak wygrywa oczekiwanie klientów, by przed decyzją o zakupie poznać choć główne składniki aromatu. Co z pewnością nietypowe, Lobb sam stroni od używania perfum, również i własnych. Co więcej, zanim rozpoczął swą perfumiarską przygodę, także nie nosił perfum i nie tolerował ich u innych. Slumberhouse zrodził się w pewnym sensie jako wyraz buntu Lobba wobec nudnej maisntreamowej perfumerii, podobnie jak w latach siedemdziesiątych muzyka punkowa zrodziła się jako bunt przeciwko establishmentowi i muzyce popularnej.

Gdyby dostał propozycję współpracy od swych idoli: Christophera Sheldrake’a, Pierre’a Guillaume’a lub Calice Becker, natychmiast rzuciłby wszystko, by móc się od nich uczyć perfumiarskiego fachu.

Obcowanie z zapachami Lobba było dla mnie sporym wyzwaniem, a próba ich opisania jeszcze większym. Poczułem się jak meloman, przyzwyczajony do nie zawsze ambitnej muzyki, zwykle jednak granej przez wirtuozów, któremu nagle przyszło wysłuchać kilku utworów undergroundowego rocka, granego przez samouków z pomysłem i duszą, ale także z brakami warsztatowymi, którzy polegają na intuicji raczej, aniżeli na świadomie dobieranej harmonii i melodii. Jednak ta muzyka ma swoją niewątpliwą urodę, czasem wręcz magnetyczny czar. Bazując na przechowywanych z pietyzmem maleńkich próbkach perfum nie byłem w stanie ocenić, jak zachowują się one użyte „globalnie” (czego rzecz jasna żałuję). Miejscowe testy naskórne musiały wystarczyć i to na nich oparłem swoje opisane niżej wrażenia.

Jeke – 100% tytoniu w tytoniu

Pierwszy aromat jaki dociera do mych nozdrzy to najprawdziwszy absolut tytoniowy z cały swym przebogatym dobrodziejstwem budujących go nut mineralnych, ziemistych, wilgotnych i z wyraźnie krążącą w powietrzu nikotyną. Kto choć raz w życiu miał okazję go wąchać, ten nie zapomni tego nigdy. Oto Jeke – najprawdziwsze pachnidło tytoniowe na świecie! Jakże w swej naturalności i prawdziwości odległe od wszystkich innych perfum rzekomo pachnących tytoniem! Woń jest ciężka, gęsta, przysadzista, niesamowicie wyrafinowana i … bardzo męska. Tytoniowi towarzyszy olfaktorycznie bardzo z nim spójna paczula, a bezkresnej głębi i trwałości nadaje benzoes. Jak wszystkie zapachy Slumberhouse, tak i ten majestatycznie transformuje na skórze od wspomnianego tytoniu poprzez goździk w kierunku ciepłego bursztynowego dna, trwającego całą wieczność…

slumberhouse jeke

główne składniki/nuty: benzoes, paczula, tytoń, herbata Lapsang Souchong, wanilia, goździk

rok premiery: 2008

Norne – wilgoć leśnej ściółki i niedogaszone ognisko

Mój prywatny faworyt Slumberhouse i to zupełnie nie dlatego, że zainspirował go muzyczny gatunek zwany black metalem. Zapach ten wedle słów Lobba zmieszany został tylko i wyłącznie z naturalnych absolutów. Jest spełnieniem marzeń tych, którzy lubują się w woniach drzewnych, mszystych, dymnych, mrocznych. Norne to jedno z najbardziej mrocznych pachnideł, jakie znam. Niezwykle leniwie rozwijające się na skórze od iglastej jodły przez piękny akord żywiczny aż po dymny, pachnący niczym niedogaszone ognisko, trwający ponad dobę i opierający się detergentom akord bazy. Wszystko to zanurzone w mszystym kontekście. Norne spodoba się fanom Black Tourmaline Oliviera Durbano, Fumidus Profvmvm Roma, Bois d’Ascese Naomi Goodsir, Fireside Sonoma Scent Studio, czy Big Sur Juniper Ridge. Kawał bezkompromisowego, niszowego pachnidła o gargantuicznej wprost trwałości.

slumberhouse norne

główne składniki/nuty: jodła, porosty, paproć, mech, cykuta, kadzidło

rok premiery: 2012

Ore – pikantne kakao z drzewnym finiszem

Mieszanka suchego pylistego kakao z nutą ziołową (podejrzewam wspomnianą lebiodkę kreteńską) tworzy niezwykły, oparty na kontraście akord początkowy. Coś zupełnie niespotykanego i fascynującego. Po kilku minutach kakao zmniejsza swa obecność, a zapach staje się intrygująco przyprawowy. Akord bazy wyłaniający się na końcu trwania jest suchy i drzewny. Ore z każdą próbą przekonywał mnie do siebie bardziej. Lubię pachnidła oparte na kontrastach. Uważam, ze mają w sobie więcej życia, zwykle też są nowatorskie. Mistrzem kontrastów w perfumach jest Bertrand Duchaufour. Dziwie się, że Lobb nie powołuje się na fascynację tym perfumiarzem, bowiem w Ore czuć podobną filozofię. Bardzo intrygujący zapach.

slumberhouse ore

główne składniki/nuty: drewno dębowe, kakao, mahoń, gwajak, lebiodka kreteńska, wanilia, whiskey lactone, balsam Peru,

rok premiery: 2009

W wywiadzie z kwietnia 2012 roku Lobb zapowiedział, że pracuje nad kilkoma pachnidłami, którym chce nadać bardziej „noszalny” i uniwersalny charakter, przy jednoczesnym zachowaniu swojego unikatowego stylu. Josh tłumaczył to tym, iż chciałby, by ludzie sięgali po jego pachnidła częściej, a nie tylko na specjalne okazje, jak to było dotąd i wynikało z ich ewidentnie niszowego, bardzo indywidualistycznego charakteru. Na pierwszy rzut oka ta koncepcja wydaje się dość karkołomna. Bowiem jak się „uładnić” i wciąż pozostać oryginalnej urody? Kolejne trzy pachnidła (chronologicznie) są dokładną ilustracją tych zamierzeń perfumiarza i dowodem ich realizacji z sukcesem. Na tle pozostałych – jakże mrocznych – te ukazują jaśniejszą stronę twórczości Amerykanina, zachowując jednak jego specyficzny styl.

Pear+Olive – oryginalny gourmand, czyli ciasto gruszkowe

Nietypowa dla Lobba nazwa zapachu mówi nam bardzo wiele, a nawet zdradza nam jego istotę. Oto pachnidło z sugestywną, wręcz namacalną nutą gruszki, jakiej dotąd w perfumerii nie spotkałem. Przyznam, że Lobb zaskoczył mnie tu szczególnie pozytywnie, komponując akord do złudzenia przypominający woń owocu gruszki, choć przecież wiadomo, że z owocu gruszki nie jest możliwe pozyskanie pachnącej substancji. W Pear+Olive gruszka została podana w towarzystwie zapachu, który określiłbym jako kremowy, nieco waniliowy, nieco kokosowy, nieco przypominający proszek do pieczenia, ewidentnie spożywczy… Po namyśle stwierdzam, że Pear+Olive pachnie jak świeżo upieczone ciasto gruszkowe (!). Bardzo oryginalny i naprawdę świetny pomysł oraz przekonujące wykonanie. Nie bez przyczyny to bestseller Slumberhouse.

slumberhouse pearolive

główne składniki/nuty: gruszka, koniak, rumianek, aglaia, oliwa, drewno massoia, tatarak

rok premiery: 2014

Sadanne – truskawkowy syrop na skórze i drewnie

Miast znanych „lobbowskich” mszystych, drzewnych i balsamicznych nut tu znajdziemy owocową nutę syropu z truskawek połączoną z absolutem różanym i białym winem. Wszystko to utrwalone zostało ambrą i osadzone na nutach drzewnych. Co ciekawe, baza zapachu, która ujawnia się kilka godzin po aplikacji, gdy zniknie już główny syropowy temat, zaczyna przypominać mi Fuel for Men Donny Karan. Ma ona przyjemny, lekko skórzany, lekko też wciąż owocowy charakter, czego absolutnie nie spodziewałbym się po Sadanne, sądząc po tym, jak się rozpoczyna. Wreszcie na zakończenie wyłania się wspomniana w opisie nuta drzewna. Subtelna, ciepła, bardzo blisko-skórna. Reasumując bardzo ciepłe, pozytywne, przyjemne i ciekawie zmieniające się pachnidło Josha Lobba.

slumberhouse sadanne

główne składniki/nuty: truskawki z syropu, szara ambra, róża damasceńska, białe wino, nuty drzewne

rok premiery: 2014

Kiste – jasny tytoń o aromacie brzoskwini

Najnowsze dzieło Josha Lobba konsekwentne realizuje jego zapowiedź o budowaniu pachnideł bardziej „noszalnych”, mogących zdobyć szerszą publiczność, a co za tym idzie – klientelę. Po gourmandzie Pear + Olive i owocowo-skórzanym Sadanne tematem Kiste jest częsty zarówno w perfumerii niszowej jak i mainstreamowej tytoń, tyle że w tej ładniejszej, słodkiej i owocowej odsłonie, zupełnie przeciwnej do naturalizmu Jeke. Słodka nuta zwana tobacco, nie mająca wszakże nic wspólnego z ziemisto-sienną wonią prawdziwego tytoniowego absolutu obecnego w Jeke, znaleźć można w takich bestsellerach tak Tobacco Vanille Toma Forda, Spicebomb Victor&Rolf, 1899 Hemnigway Histoires de Parfums czy doskonałym Tabac Aurea Sonoma Scent Studio.

Słodka nuta tytoniu połączona to została z nutą owocową (brzoskwinia) i wyraźną miodową słodyczą. Lobb nadał zapachowi swój indywidualny szlif, w efekcie czego, pewnie też dzięki użyciu nietypowych składników (lawsonia bezbronna, wrzos, czarny bez) i unikaniu nieco już ogranego łączenia tytoniu z przyprawami (cynamon, wanilia), Kiste pachnie mimo wszystko nieco inaczej, niż wszystkie znane mi pachnidła słodko-tytoniowe. Jest bardzo okrągłe, miękkie, puszyste, ciepłe, otulające. Może się podobać. Zapach jest – jak na standardy Lobba – od razu przyjemny i z wyraźnymi ambicjami na bestseller. Zobaczymy…

slumberhouse kiste

główne składniki/nuty: tytoń, brzoskwinia, wrzos, tonka, kwiaty lawsonii bezbronna (henna), czarny bez, paczula, miód

rok premiery: 2015

Twórczość Josha Lobba to niewątpliwie unikatowe zjawisko w perfumerii. Perfumy Slumberhouse pachną zupełnie nie perfumowo, odmiennie, bardzo oryginalnie. Dlatego skierowane są raczej do tych osób, których tradycyjne pachnidła nudzą bądź im po prostu nie odpowiadają (tak jak to swego czasu było w przypadku samego twórcy). Poszukując indywidualnego zapachu dla siebie z pewnością warto je przetestować. To inny wymiar perfumerii. Warunkiem powodzenia będzie otwartość, a nawet swego rodzaju odwaga. Nie każdy bowiem będzie miał jej dość, by nosić choćby Norne czy Jeke. I całe szczęście. O to przecież w tym wszystkim chodzi…

Il Profvmo – niszowe skarby z Italii (2)

Black Dianthus – czarny goździk

Mocny, kręcący w nosie początek łączy w sobie nuty zielone oraz lekko owocowe z przyprawowymi. Tytułowy goździk –  kwiat (a nie przyprawa) pachnie zielono i subtelnie kwiatowo. Całość przypomina kwiatowe szypry z przeszłości, przy czym nie znajdziemy tu ani róży, ani jaśminu, ani tuberozy, ani też aldehydów. Jest za to kilka współczesnych i w sumie bardzo nietypowych ingrediencji (czarne jagody, wilcze jagody, lukrecja, rabarbar), które jednakowoż „pracują” na szyprową aurę Black Dianthus. Wg mnie nie jest on jednak typowo kobiecym zapachem i pierwiastek męskości jest w nim zdecydowanie obecny. Perfumy są wyraziste i bardzo trwałe, a ich ewolucja na skórze jest minimalna. Black Dianthus mimo swego niewątpliwego melancholijnego retro uroku sprawia jednak wrażenie zapachu nieco nudnego i przewidywalnego.

black_dianthus

Nuty głowy: czarny goździk, czarne jagody, belladonna (pokrzyk wilcza jagoda)

Nuty serca: czereśnie, korzeń rabarbaru, lukrecja

Nuty bazy: tymianek, wetiwer

Rok premiery: 2013

 

Aria Di Mare – morskie powietrze

Jedno z dwóch – obok Pioggia Salata – pachnideł określanych  w ofercie Il Profvmo jako morskie. Rzeczywiście już samo intro zapachu nie pozostawia w tym zakresie wątpliwości. Ten akord o słodko-słonej, mocno detergentowej naturze ma faktycznie morski charakter, o ile za wyznacznik morskości przyjmiemy przełomowy New West Aramis i jego mniej lub bardziej udanych spadkobierców (m.in. fenomenalne Kenzo Homme). Morski oznacza więc w tym przypadku syntetyczną świeżość złożoną z molekuł Calone i/lub Dihydromyrcenolu, akordów wodnych kwiatów (lilia) i sporej dawki białych piżm. I taki jest Aria Di Mare – w swej morskości uroczo konserwatywny, czerpiący z samych początków tego zapachowego gatunku. Żadnej rewolucji, tylko całkiem poprawnie (choć można tez odnieść wrażenie, że mało finezyjnie, bardzo w stylu lat 90-tych) zrealizowany temat, idealnie wszakże pasujący do niedawnej upalnej aury. Na skórze Aria Di Mare rozwija się w kierunku lekko słonej i lekko mydlanej woni znanej z wersji Fraiche słynnego Kenzo Homme, choć z pewnością nie jest jego kopią. Zapach zadowala przy tym solidną projekcją i wielogodzinną trwałością.

Aria Di Mare

Nuty głowy: nuty morskie

Nuty serca: żarnowiec, lilia, nuty kwiatowe

Nuty bazy: piżmo, gardenia tahitańska

Rok premiery: 2002

 

Chocolat – 100% kakao

Testując tę jedną z najbardziej znanych kompozycji Il Provmo nie można uciec od porównań z jego ewidentnym protoplastą, jakim jest Angel Thierry Muglera. Jednak Chocolat to coś więcej, niż jego bezmyślna kopia. Jest to bowiem twórcze rozwinięcie tematu zapoczątkowanego przez Oliviera Crespa jego przełomowym i genialnym dziełem z 1992 roku. W otwarciu Chocolat wprost powala niesamowitą, tłustawą i jednocześnie lekko drzewną wonią gorzkiej czekolady lub jak kto woli kakao. Wyrazistość czekoladowego akordu zasługuje tu na szczególne uznanie. Z czasem oczywiście ta wspaniała czekoladowa nuta łagodnieje, zaokrągla się i bardziej upodabnia do Angel, ale nigdy nie staje się jego kopią. Przyznać jednak trzeba, że w miarę rozwijania się na skórze nabiera pewnych piżmowo-pudrowych cech zarezerwowanych dla estetyki kobiecych perfum. Niemniej zwracam szczególną uwagę na to pachnidło wszystkim fanom Muglerowskiego Angela, a także A*mena. Zostaną – jak sądzę – urzeczeni pięknem Chocolat. To mocne, wyraziste i bardzo trwałe pachnidło dla prawdziwych perfumowych łasuchów.

la_il_profvmo_chocolat

Nuty głowy: tangerynka, galbanum, gałka muszkatołowa, sandałowiec

Nuty serca: śliwka, jaśmin, róża, kakao

Nuty bazy: wanilia

Rok premiery: 1998

cdn.