Etat Libre d’Orange „Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”- perfumy intelektualne

Każdy z nas rzuca cień, nawet nocą w lesie. Możemy określać go jako naszego kompana, może być emanacją naszej duszy albo naszego ego. Możemy nadać mu imię, tak jak zrobił to bohater poematu Victora Hugo A quoi songeaient les deux cavaliers …:

„Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre”, 

„Hermann po mej stronie wydawał się być cieniem”,

który stał się kanwą i inspiracją dla niezwykłych perfum. Bo perfumy to przecież także w pewnym sensie nasz cień, niewidzialny kompan, którego zabieramy ze sobą, na sobie, by nie czuć się samotni. Prowokujemy nimi, próbujemy na różne sposoby, testujemy granice swoje i otoczenia. O tym właśnie jest ten zapach. O poszukiwaniu swojego drugiego ja, o roli perfum jako elementu nas kreującego, o zapachu jako naszej masce. O olfaktorycznym cieniu, który za nami podąża.

eldo-hermann

Hermann A Mes Cotes Me Paraissait Une Ombre

to zapach zaiste niezwykły. Popełniony przez młodą gwiazdę perfumerii Quentina Bischa (autora m.in. świetnego La Fin du Monde ELdO, Angel Muse Thierry Mugler czy Swiss Army Rock) został zaprezentowany w 2015 roku i przeszedł – niestety – bez większego echa. Cóż, nie ma on wdzięku i komercyjnego potencjału Like This, brak mu hipnotycznej urody Eau de Protection, nie ma też skandalizującego charakteru Secretions Magnifiques, ale…

…podobnie jak fenomenalny La Fin du MondeHerman A Mes Cotes… jest pachnidłem koncepcyjnym, intelektualnym, przemyślanym, nowatorskim. Co ważne, istota perfum nie została tu zatracona w imię li tylko realizacji koncepcji. Dzięki temu, przy całym swoim wyrafinowaniu i niezwykłym intelektualnym podkładzie, Hermann to perfumy świetnie się noszące.

Oto potwierdzenie, że kreatywna perfumeria wciąż ma się świetnie, w dużej mierze dzięki młodemu pokoleniu perfumiarzy, z których część nie obawia się poszukiwać nowych środków wyrazu miast tworzyć kolejne kopie komercyjnych sukcesów starszych kolegów z branży. Quentin Bisch wciąż poszukuje i robi to z ogromnym wdziękiem. Facet ma po prostu niesamowity talent. Brak mu może zdolności autopromocyjnych, jakich aż nadto ma np. jego pokoleniowa rówieśniczka Cecile Zarokian. Jestem jednak przekonany, że o Bischu usłyszymy jeszcze wielokrotnie i to w jak najlepszym kontekście.

quentin bisch 2016

Quentin Bisch to wykształcony w szkole Givaudana zawodowy perfumiarz, który z ogromną zręcznością posługuje się wieloma syntetycznymi aroma-molekułami tworząc zupełnie nowe olfaktoryczne byty. Przypomnijmy, że w La Fin Du Monde z sukcesem połączył w „noszalne” perfumy woń irysa z akordem popcornu i nutą masła. Hermann… to równie doskonały przykład talentu Bischa, choć to zupełnie inne pachnidło. W jego formule znajdziemy pachnącą płatkami róży i piwonią, lekko owocową Petalię, ozonowe i melonowe Calypsone, pieprzowo-drzewne Pepperwood (o którym niedawno pisałem przy okazji fenomenalnego Black Pepper CdG) oraz pachnąca wilgotną ziemią po deszczu Geosminę, wreszcie zmysłowy piżmowo-ambrowy Ambroxan, niemal niezbędny składnik współczesnych perfum.

Charakter Hermann A Mes Cotes…, który w skrócie określiłbym jako wodno-mineralno-owocowo-kadzidlany klarownie odzwierciedla wspominanie nuty. Początek jest chłodny, jak woda z leśnego strumyka (połączenie pieprzu z Pepperwood i ozonu Calypsone) i owocowo-kwiatowy (duet czarnej porzeczki i róży – Petalia oraz melon z Calypsone i absolut z róży). W tle majaczy woń trochę ziemista, trochę owocowa, niczym leśna ściółka pełna jagód i jeżyn (Geosmina i paczula). Im głębiej w las, tym aromat robi się mniej owocowy a bardziej… suchy i mineralny. Zaczyna dominować coś, co opisałbym jako transparentne kadzidło olibanum, zupełnie wszakże pozbawione konotacji religijnych, mające za to aspekt mineralny. Na tym i tylko na tym etapie Hermann A Mes Cotes… przypomina mi inne perfumy: Turquoise Oliviera Durbano. Na finiszu ta nuta jest najwyraźniejsza. Inna niż zwykle. Chłodna, odrealniona. Niesamowita. Cały ten zapach jest przedziwny i niesamowity, trudny do opisania ze względu na brak klasycznych „punktów zaczepienia” typu cytrusy, jaśmin, róża, wetyweria, paczula, sandałowiec czy cedr.

Etienne-de-Swardt-portrait-officiel1.jpg
Etienne de Swardt

Hermann A Mes Cotes… to doskonały przykład perfumerii całkowicie abstrakcyjnej. W naturze nie znajdziemy takiego aromatu. Owszem, odnajdziemy jego elementy, ale nigdy w takiej konstelacji. To także przykład perfumerii intelektualnej i koncepcyjnej, u podstaw której stoi literacka i filozoficzna inspiracja.

Dorabianie ideologii do pachnącego płynu? Może. A może to dobrze, że nie zawsze chodzi o to, by jak najwięcej Kowalskich, Smithów i Mullerów kupiło coś w owczym pędzie, ekscytując się wyłącznie logiem znanego kreatora na flakonie, podnosząc sobie w ten sposób samoocenę i zwiększając w ten sposób ilość zer na koncie i tak już bogatych inwestorów branży beauty? Niechże perfumy powstają z najbardziej nawet elitarnych i wymyślnych inspiracji, niech perfumiarze będą artystami, niech realizują swoje najbardziej nawet oderwane od rzeczywistości wizje, nawet jeśli na końcu ktoś gdzieś po prostu polubi dany zapach i „tylko” dlatego będzie go używał, nie wnikając zupełnie w całą otoczkę.

Bo tak właśnie jest w tym przypadku. Mimo całej swej abstrakcyjności i koncepcyjności, mimo niewątpliwego artyzmu, mimo niezwykłej inspiracji i intrygującego przesłania, Hermann A Mes Cotes… to przede wszystkim perfumy przeznaczone do noszenia, a nie wyłącznie podziwiania. Mają wyraźną, raczej męską sygnaturę, wyrazistą projekcję, więcej niż dobrą trwałość. Subtelnie ewoluują na skórze – w sposób, który nie wywraca całości do góry nogami, tylko trwa nie pozwalając nam zapomnieć, o czym jest ten zapach. Koncepcyjnie są bardzo interesujące, unikatowe i frapujące, a użytkowo – świetnie zrobione. Oto pachnidło kreatywne – na miarę XXI wieku. Tandemowi Etienne de Swardt i Quentin Bisch po raz kolejny należą się słowa uznania.

ELDO hermann flakon.jpg

główne nuty: pączki czarnej porzeczki, czarny pieprz, galbanum, Calypsone, geosmina, kadzidło frankońskie, Pepperwood, Petalia, absolut różany, paczula, Ambroxan

perfumiarz: Quentin Bisch

rok premiery: 2015

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,5/ trwałość: 4,5

 

Beaufort London „Lignum Vitae” i „Fathom V” – od słodkich ciasteczek po morską toń

Beaufort London – jedna z moim zdaniem najciekawszych i najbardziej twórczych nowych marek niszowych, stworzona i kierowana przez Leo Crabtree – muzyka brytyjskiej formacji Prodigy – konsekwentnie rozbudowuje swoją ofertę. Ostatnie dwa zapachy – Lignum Vitae i Fathom V – miały swoją premierę w ubiegłym roku i wzbogaciły kolekcję Come Hell or High Water o dotąd w niej nieobecne pod względem charakteru pachnidła. Przy okazji któregoś z wywiadów Crabtree zdradził, że pachnidła komponują dla niego i wg jego wskazówek dwie mało znane (jeszcze) perfumiarki: Julie Marlow i Julie Dunkley.

Lignum Vitae to mieszanka nut kulinarnych i drzewnych. Aromat otwarcia należy bez wątpienia od najbardziej oryginalnych i sugestywnych woni, jakie znajdziemy w perfumerii. Określony jako akord magdalenek (francuskich ciasteczek w muszelkowatym kształcie w smaku i konsystencji przypominających biszkopt), mi bardziej kojarzy się ze słodkim i lekko waniliowym zapachem lukru na serniku. Tak czy inaczej, ma się niemal takie wrażenie, jakby wąchało się świeżo upieczoną babkę, pachnącą aromatycznym olejkiem do ciast i masłem.

magdalenki

Początek jest więc bardzo kulinarny, cukierniczy i naprawdę smakowity. Wraz z upływem czasu  większą rola zaczyna odgrywać drzewna, a konkretnie gwajakowa natura tego pachnidła (wszak jego nazwa to łacińskie określenie gwajakowca właśnie). Dalej zapach układa się na skórze jako przyjemny, lekko wciąż słodki, blisko skórny i przyjemnie otulający drzewno-waniliowo-piżmowym ciepłem. By jednak nie przesłodzić (nomen omen) zbytnio mojego opisu, dodam, że Lignum Vitae to jeden z tych zapachów, które po bardzo obiecującym początku niestety nieco rozczarowują w kwestii dalszego ciągu.beaufort-london-lignum-vitae

nuty głowy: czarny pieprz, drewno pieprzowe, akord magdalenek

nuty serca: jagody jałowca, imbir, limonka

nuty bazy: Lignum Vitae (gwajakowiec), akord maślany, sól morska

rok premiery: 2016

 

Ostatnia premiera Beaufort London to pachnidło zupełnie odmienne od wywołującego miłe skojarzenia i poczucie komfortu Lignum Vitae. Niepokojący Fathom V to woń morska, jednak bardzo odmienna od tego, co dotąd w tym gatunku zaprezentowano. Bardzo intensywny początek ma w sobie mroczność głębin Morza Północnego. Słona i zimna morska woda oblewa wilgotną ziemię, kamienie i wodorosty. Dominujące nuty zielone (liść czarnej porzeczki) łączą się z ziemistą geosminą, solą morską, jałowcem i lilią. Serce zapachu jest już mniej zielone, a bardziej przyprawowe – pieprzem, imbirem i tymiankiem. Mech, cedr i wetyweria tworzą mszysto-drzewną bazę, o tyle osobliwą, że dodatkowo jeszcze posoloną morską solą. Skojarzenia z lekko butwiejącym, wilgotnym, oblepionym algami kadłubem statku są tu jak najbardziej na miejscu…

sea

Zapach jest – szczególnie na początku – bardzo ekspansywny, nieokrzesany, niezwykle oryginalny i – jak sądzę – wywołujący polaryzujące opinie. Po względem bezkompromisowego charakteru bliżej mu do pierwszych propozycji Beaufort (1805 Tonnerre i Vie Et Armis), ale poprzez swój zielono-wodny charakter zasłużył na miano chyba najbardziej wymagającego spośród dotychczasowej piątki. Przynajmniej dla mnie.

Jeśli chodzi o nazwę, to jak zwykle w przypadku Beaufort, ma ona swoje istotne znaczenie i nie wzięła się znikąd. Otóż Fathom to jednostka miary stosowana głównie w odniesieniu do głębokości wody. Jeden Fathom jest równy sześciu stopom.

 

beaufort-london-fathom-v

 

nuty głowy: nuty ziemiste, zielone liście, jagody jałowca, nuty morskie

nuty serca: kmin, tymianek, imbir, lilia, czarny pieprz

nuty bazy: wetyweria, mech, sól morska, cedr

rok premiery: 2016

 

W Lignum Vitae i Fathom V Beaufort London potwierdza kierunek, jaki obrał w swych olfaktorycznych poszukiwaniach przy okazji pierwszych pachnideł.  To kolejne intrygujące, oryginalne, niezwykłe kompozycje, które mają szansę spotkać się z uznaniem osób poszukujących w perfumach niezwykłości, wyzwania i niesztampowości, ale także opowieści, jaką niosą ze sobą wonne molekuły. Oczywiście koniec końców to „tylko” zapach i liczy się to, czy nam się spodoba, czy nie. Niemniej cała otoczka, jaką proponuje Beaufort London, robi naprawdę świetne wrażenie. Jest oryginalna, spójna i sugestywna. Mnie osobiście przekonuje, tym bardziej, że same zapachy bronią się znakomicie.

Kolekcja Come Hell or High Water to już obecnie pięć pachnideł o bardzo silnych indywidualnościach, jednocześnie tworzących pewną koncepcyjną całość. Dla tych, którzy chcieliby dobrze poznać je wszystkie, bez konieczności zakupu pełnych flakonów, firma niedawno wprowadziła do oferty tzw. zestaw poznawczy (discovery set), w którym znajdziemy pięć buteleczek po 7,5 ml każda. Na to – przyznam – ostrzę sobie zęby.

beaufort-london-discovery-set-vials-1

Dla przypomnienia dodam, że zapachy Beaufort London dostępne są w krakowskiej perfumerii Lulua i choć powyższego zestawu tam nie widziałem, to mam nadzieję, że wkrótce się pojawi.