Tauer Perfumes „Lonesome Rider” – na tropie wędrowca

Idąc śladami współczesnych traperów, pośród gór i lasów Kolorado, nad jeziorem napotykamy na ślady pozostawione przez wędrowca. Czuć jeszcze zapach kwaśnego dymu wydobywającego się z niedokładnie dogaszonego ogniska. Woń skórzanych siodeł  i rozgrzanej końskiej skóry unosi się wciąż w powietrzu. Musiał dopiero co odjechać… Samotny jeździec.

Kolorado USA

Kowbojskie fascynacje Andy’ego Tauera, którym ten dał upust ponad dekadę temu komponując fenomenalny „Lonestar Memories”, powróciły w zeszłorocznym „Lonesome Rider”.  Z wnętrza starego Buicka, w którym unosi się zapach smarów, benzyny i skórzanej tapicerki przenieśliśmy się w otwarte przestrzenie, pełne dzikiej przyrody i traperskich aromatów.

W pierwszej fazie dymno-skórzana nuta, będąca sygnaturą tego zapachu, ubrana jest w całkiem wyraźny i bardzo naturalnie pachnący akord cytrusowy. W miarę jej zaniku aromat staje się bardziej wytrawno-skórzany i dymny z wyraźną nutą kastoreum. Taki mniej więcej charakter zapachu utrzymuje już się przez resztę czasu jego obecności na skórze, subtelnie i powoli gasnąc.

Autor podkreśla, że dla niego „Lonesome Rider” to świeża i unikatowa interpretacja irysa. Cóż, zaskakująca to konstatacja, ale wypada mu uwierzyć, bowiem on najlepiej wie, z czego ułożył tę uroczą opowieść i jaka miała być jej puenta. Ja irysa – jakiego znam – tu nie wyczuwam, w przeciwieństwie do róży, użytej w sercu kompozycji. Słabość Tauera do tego kwiatu jest dobrze znana fanom jego talentu. Jej aromat przemycił także tu i to z powodzeniem – łagodząc dość surowy klimat tego pachnidła.

Jako całość „Lonesome Rider” zdecydowanie mnie przekonuje. Ma swoja dramaturgię, swój przebieg i własną opowieść. Trafia w me gusta, bo lubię aromat skóry i drzewnego dymu zarówno w perfumach jak i w naturze. Faktem jest, że zapach ten nie obezwładnia mocą, z jakiej znane są niemal wszystkie wcześniejsze pachnidła Andy’ego, ale nie stanowi to dla mnie problemu, gdyż jego wyczuwalność jest wciąż na bardzo dobrym poziomie, bliższym po prostu „branżowej średniej”. Wciąż jednak możemy liczyć na legendarną trwałość pachnideł od Andy’ego. Kolejny więc raz napiszę: chapeau bas wobec talentu i warsztatu szwajcarskiego perfumiarza-samouka.

lonesomerider20160213_1

Dominujące nuty: cytrusy, nuta dymna, skóra, kastoreum

Twórca/nos: Andy Tauer

Rok premiery: 2016

Podobne zapachy: Mona di Orio „Cuir”

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

 

 

 

Reklamy

„L’Eau” Tauer Perfumes – kwitnące drzewo cytrynowe

Jestem fanem świeżości w perfumach. Ktoś powie – banalne. Może. Ale ja po prostu bardzo lubię kompetentnie wykonany świeży zapach, czy to w formie perfum do ciała, czy zapachu do pomieszczeń. Dlatego m.in. tak cenię autorskie kreacje Francisa Kurkdjiana, który w ramach swej własnej marki Maison FK co rusz przedstawia kolejne, nie mające sobie równych interpretacje świeżości. O ile więc po tym sławnym paryskim perfumiarzu spodziewam się takich właśnie pachnideł, o tyle po – może mniej znanym, ale nie mniej utalentowanym – Andym Tauerze już raczej nie. Szwajcar znany jest raczej z esencjonalnych, gęstych, orientalnych, drzewnych, skórzanych i kwiatowych pachnideł. Tym bardziej zaskoczyła mnie jego najnowsza kreacja pod jakże wiele mówiącą nazwą L’Eau. Cieszą mnie takie inicjatywy.

andy-tauer

Pomyli się jednak ten, kto podejrzewa, że L’Eau to zapach wodny lub też cytrusowy, choć inspiracją do jego powstania było drzewo cytryny rosnące na werandzie perfumiarza.

Tzn. nuty cytrusowe owszem są tu obecne i wyczuwalne, ale bardzo delikatnie i to tylko na samym początku, w postaci słodkiej cytrusowej mgiełki. Istota L’Eau nie są jednak wcale cytrusy. Kwiatowy akord serca zbudowany z kwiatu cytryny oraz nuty kwiatu (!) irysa (co musi być olfaktoryczną interpretacją, bowiem nie wyczuwam tu wprost irysowej esencji, rozumianej jako ekstrakt z kłącza tej rośliny) stanowi trzon L’Eau, przesuwając go w rejony lekko biało-kwiatowe. Wciąż jednak to nie wszystko. Ambrowe tło – przywołujące echa innych pachnideł Tauera – jest tu także obecne, choć oczywiście w subtelniejszej wersji, przy czym zostało tym razem zatopione w bardzo obfitej dawce białych piżm, pachnących w sposób, który zwykłem opisywać jako woń prasowanej pościeli (ta sama woń dominuje obok lawendy i tonki w Gris Clair Serge’a Lutensa). Nie bez wpływu na zaskakująco ciepły charakter tego pachnidła pozostaje nuta sandałowca i coś jeszcze (przywołany przez autora timber? Wietrzę tu jakąś aromamolekułę…), co przydaje zaskakującej nutki pikantnej, drzewno-przyprawowej w sercu zapachu.

lemontree

Andy przemycił do tego z założenia lekkiego aromatu swoją sygnaturę, swój autorski podpis (tauerade), który najdobitniej poczujemy w legendarnym już L’Air du Desert Marrocain. Przez to L’Eau wcale nie jest typowo świeży w rozumieniu rześkości, lekkości, orzeźwienia. Jest raczej świeżo-ciepły, lekki, ale zmysłowy oraz subtelny (jak na standardy tego perfumiarza), przy tym trwały – dzięki ambrowo-piżmowej fiksacji.

Czy wobec tego wszystkiego można L’Eau porównać do jakichkolwiek innych perfum? Owszem. Podobną słoneczną (solarna?) woń, przypominająca aromat wyimaginowanej emulsji do opalania znajdziemy w Aqua Vitae Francisa Kurkdjiana. Tyle że ten perfumiarz nigdy nie przedawkowałby tak wyraźnie białych piżm (jego perfumy są perfekcyjnie „skalibrowane” i „wypolerowane”, przez co niektórzy uważają je za mało interesujące). Inny pokrewny zapach – także pod względem nazwy – to L’Eau Serge Lutens, choć tamten jest jednak nieco bardziej kwiatowy.

Podsumowując, L’Eau to intrygująca i na pewno nietypowa woń z gatunku tych lżejszych i świeższych, choć w tym przypadku paradoksalnie wcale nie orzeźwiająca. Być może to zamierzony efekt, w co wierzę, a być może jest tak, że za cokolwiek nie weźmie się Andy Tauer, nabiera to jego ciepłego, tauerowskiego charakteru. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Dla mnie do dowód, że artysta ten ma wciąż wiele do zaproponowania i zawsze stara się „mówić własnym językiem”, zamiast próbować „papugować” innych.

 

Leau Tauer

nuty głowy – akord cytrusowy: bergamotka, cytryna, słodka pomarańcza

nuty serca: kwiat cytryny, kwiat irysa

nuty bazy: białe piżma, szara ambra, drewno sandałowe, timber

perfumiarz: Andy Tauer

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 4,5/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Tauerville – zapachowe szkice czyli Andy Tauer w uproszczeniu…

Andy Tauer to postać wyjątkowa na perfumiarskim firmamencie. Nie tylko ze względu na zupełnie wyjątkowe perfumy, które tworzy, ale także na jego wciąż poszukujący charakter jako twórcy, perfumiarza amatora, który lata temu porzucił swoją profesję szefa projektów dla swej największej pasji: tworzenia perfum. Andy lubi zaskakiwać nowymi pomysłami. Swego czasu zadziwił wielbicieli swych zwykle bardzo złożonych i rozbudowanych pachnideł cyklem prostych w konstrukcji zapachów Pentachords (White, Auburn i Verdant), z których każdy stworzonych został z zaledwie pięciu zupełnie syntetycznych składników. Innym razem zaproponowała pachnidła Tableau de Parfums zainspirowane trzema kobiecymi postaciami z filmu Briana Pera „Woman’s Picture” – Miriam, Loretta i Ingrid. Jednak niemniej, a może nawet najbardziej zaskakujący wydawał się jego ostatni ruch – stworzenie nowej marki Tauerville (w ten sposób artysta określa swoją perfumową pracownię,w której własnoręcznie tworzy pachnidła od ich skomponowania, przez maturację, rozlewanie do flakonów, pakowanie, itp. itd.).

Andy Tauer 2015tauerville

Tauerville powstało z miłości do perfum i pod hasłami: „Wspaniałe zapachy we wspaniałych cenach”  oraz „Kreatywność jest tu kluczem”. Powstało z myślą o miłośnikach perfum, którzy nie dbają o wymyślne, ozdobne flakony, o kryształy Svarowskiego i cały ten blichtr często towarzyszący perfumom luksusowym. Powstało dla tych, dla których liczy się wyłącznie zamiłowanie do perfum jako pachnących substancji. Tauerville funkcjonuje na innych zasadach niż Tauer Perfumes – poza normalnymi dla perfum niszowych kanałami dystrybucji, co także jest częścią koncepcji Andy’ego. W efekcie ich dostępność (Andy sprzedaje je za pośrednictwem strony http://www.tauerville.com) jest niestety mocno ograniczona do jego ojczystej Szwajcarii, UK oraz USA, gdzie Andy ma najwięcej fanów. Andy póki co nie wysyła tych perfum do pozostałych krajów EU, tłumacząc się skomplikowanymi przepisami unijnymi dotyczącymi eksportu perfum i gigantyczną biurokracją z tym związaną oraz kosztami, które na końcu spowodowałyby, że jego koncepcja great perfume for great price ległaby w gruzach. Tak więc jego europejscy, w tym także polscy, fani mogą całkiem słusznie czuć się opuszczeni i gorzej traktowani. Swego czasu perfumiarz tłumaczył mi to zjawisko: „Nie wysyłamy Tauerville do Polski z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że zapachy te produkowane są w USA. Wysyłka perfum z kraju nie będącego w UE (a więc z USA czy ze Szwajcarii) jest kłopotliwa, a w przypadku Polski wiąże się jeszcze z wypełnianiem dodatkowego formularza celnego.” Ja jednak sądzę, że jest jeszcze jedna ważna przyczyna takiego stanu rzeczy – otóż perfumy Tauera nie cieszą się w Polsce wzięciem, przez co nasz rynek jest dla Szwajcara po prostu nie wart jego starań. Szkoda. Na szczęście od pewnego czasu można zakupić zapachy Tauerville w jednej ze znanych internetowych perfumerii niemieckich, skąd zresztą pochodzą moje świeżutkie próbki.

Pierwszym zapachem pod nową marką był Rose Flash. Spotkał się z bardzo pozytywnym przyjęciem i zachęcił Andy’ego do pracy nad kolejnymi. Tauer znany jest ze słabości do róży, czego dowiódł już niejednokrotnie w swych pachnidłach z linii Tauer Perfumes. Jednakże tamte kompozycje (Une Rose Chypree, Une Rose Vermeille, Une Rose de Kandahar) wydają się być dużo bardziej złożone, wielowątkowe i wyrafinowane. W porównaniu z nimi Rose Flash jest jak różany błysk właśnie. To coś na kształt olfaktorycznego zdjęcia róży. Bardzo różana i bardzo prawdziwa, niezwykle naturalna róża oraz … niewiele więcej. A to już i tak bardzo dużo, gdyż użyty w formule w dużej ilości absolut różany to woń sama w sobie bardzo złożona i wielowątkowa. Ale w Rose Flash odnajdziemy także akcenty cytrusowe, przyprawowe, owocowe, zielone i ambrowe, wszystkie składające się na tą różaną treść. Zapach niewiele zmienia się na skórze. Raczej gaśnie w miarę upływu czasu, tracąc początkową intensywność i soczystość, stając się mniej różany,  a bardziej ambrowy. To najbardziej radosna i „jasna” róża stworzona Andy’ego Tauera, choć moim zdaniem nie najpiękniejsza. Przy tym przyjemnie mocna i dobrze trwała (koncentracja 20%), choć nie na poziomie gigantów Tauer Perfumes. Nic więc dziwnego, że zbiera pozytywne recenzje i znajduje wielu wielbicieli lub raczej wielbicielek, bo to jednak propozycja bardziej dla kobiet niż mężczyzn…

Choć czy ja wiem?

Rose-Flash-30ml-500x500

nuty: róża, cytrusy, nuty zielone, nuty owocowe, ambra

 

Incense Flash – nie da się tego zapachy rozpatrywać w oderwaniu od jednego z moich ulubionych kadzidłowców – Incense Extreme Andy Tauera. Oba zapachy łączy wykorzystanie specyficznie pachnącej esencji z kadzidłowca Boswellia Serrata i zestawienie jej z nutami drzewnymi, tu dodatkowo podbitej efektem skórzanym. Incense Flash nie jest tak poruszające jak w Incense Extreme, ale mimo to robi bardzo dobre wrażenie. Czyste, suche kadzidło, subtelnie, z umiarem doprawione tak, by nie tracić swego sakralnego charakteru. Incense Flash to z pewnością rzecz godna polecenie nie tylko wszystkim fanom zapachów kadzidlanych, ale także tym, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z tym gatunkiem. Dzieło Tauera jest dla niego tak reprezentatywne, że może spokojnie służyć jako wzorzec. Dobre wrażenie nt. Incense Flash uzupełnia jego wyraźna projekcja i bardzo dobra trwałość, przy linearnym charakterze.

tauerville incense

nuty: kadzidło, skóra, ambra, piżmowe nuty drzewne,

 

Odnoszę wrażenie, że mimo tego, co podaje oficjalny spis nut Vanilla Flash zaczyna się delikatnym, lekko mentolowym geranium, spod którego po czasie wyłania się subtelny akord złożony z róży i odrobiny paczuli, a także tytoniu. Wszystko to w bardzo zrównoważonych ilościach, także że żaden ze składników nie wyróżnia się na tle pozostałych. Całość nieuchronnie dąży do waniliowego finiszu, w którym istotną rolę odgrywa ekstrakt z naturalnej wanilii pochodzącej z wyspy Reunion (dawniej Bourbon). Zapach jest od początku do końca delikatny, mało inwazyjny, malowany subtelną kreską, jakby nie-tauerowski. Ciepły i aksamitny. Intrygujący, ale jak dla mnie zbyt mało wyrazisty. Nie jestem do niego w stu procentach przekonany. Jak zresztą do żadnego z serii Flash.

tauerville vanilla

nuty: przyprawy, róża, paczula, tytoń, wanilia

 

W kolekcji Tauer Perfumes Amber Flash byłby jednym z akordów tworzących bogate, intensywne i interesujące perfumowe dzieło. Tu stanowi odrębny zapach i ten element niedokończenia, „częściowości” rzuca się w mój nos od samego początku. A jest to całkiem ładny i przekonujący akord ambrowy, którego klasyczna konstrukcja oparta na labdanum i wanilii pogłębiona została benzoesem i drewnem sandałowym oraz wzbogacona różą i paczulą. Andy podkręcił zapach sporą dawką cashmeranu na tyle, że przez większość czasu dominuje on zapach. Chwilami Amber Flash kojarzy mi się z dużo ciekawszym i bardziej kompleksowym Kashnoir Laboratorio Olfattivo. Jednak jako nie-fan zapachów stricte ambrowych także i tym razem nie jestem przekonany. Wg mnie to najmniej ciekawy z wszystkich Flashów. Ale to tylko moja opinia.

tauerville amber

nuty: labdanum, wanilia, benzoes, róża, paczula, drewno sandałowe, cashemeran,

 

Testując pachnidła Tauerville nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że oto Andy Tauer postanowił dać upust mniej ambitnej, mniej wyrafinowanej, być może także bardziej komercyjnej stronie swojej twórczości.  Skomponował zapachy o krótkich formułach i jasnym, prostym przesłaniu.  Swoiste szkice zapachowe (Andy jest też utalentowanym rysownikiem i chętnie dzieli się efektami swojej twórczości na swoim profilu FB). Tak więc róża pachnie tu różą, kadzidło kadzidłem, wanilia wanilią, a ambra ambrą. Proste, bezpośrednie i mało wyrafinowane. Także ich intensywność i trwałość odbiegają od poziomu, do którego Andy nas przyzwyczaił. Każdy z tych zapachów jest bowiem zaledwie namiastką tego, co Andy potrafi wyczarować w swojej pracowni w Zurychu, gdy tworzy perfumy „pełnowymiarowe”. Każde z pachnideł Tauerville stanowi odrębną całość, ale jestem też pewien, że można je ze sobą z powodzeniem łączyć we własne kombinacje, co dodatkowo uatrakcyjnia cały pomysł. Zapachy te mogą też być bardzo dobrym wstępem nie tylko do właściwej twórczości Tauera, ale także do krainy perfum niszowych. I choć mogę już z pewnością stwierdzić, że to nie jest Tauer, jakiego lubię, to życzę mu powodzenia w realizacji tego projektu, w „międzyczasie” czekając na jego kolejne prawdziwe perfumy.

Andy Tauer „Sotto La Luna Gardenia” – trzyczęściowa oda do gardenii

Sotto La Luna to kolejny minicykl w coraz bardzie obszernej ofercie niezwykłych perfum Andy Tauera. Tym razem poświęcony białym kwiatom, które kwitną nocą, w blasku księżyca. W tym cyklu w 2014 roku artysta zaprezentował Gardenia, a w 2015 – Tuberose. Dziś moje wrażenia z testów pierwszym z nich.

Wedle autora Sotto La Luna Gardenia przedstawia  tytułowy kwiat w trzech odsłonach: gardenia pączkująca w świetle księżyca (pikantno-świeża – w akordzie głowy), gardenia w pełnym rozkwicie w towarzyszeniu subtelnej róży (zielona gardenia w akordzie serca), wreszcie gardenia dojrzała (pudrowo-mszysta w akordzie bazy) w towarzystwie odrobiny jaśminu na łożu z sandałowca, tonki i wanilii. Perfumy kwiatowe rzadko wzbudzają moje zainteresowanie, chyba że są to kwiaty od Frederica Malle, Le Labo czy właśnie Tauera. Wtedy sprawy mają się zgoła inaczej…

Gardenia

Początek zapachu to chyba jedna z najbardziej osobliwych woni, jakie Andy Tauer kiedykolwiek zaproponował. Prawdziwe wyzwanie nawet dla wytrawnego i zaznajomionego z dziwacznymi aromatami nosa. Zapach otwiera się w sposób wg mnie mocno kontrowersyjny, a nawet… nieprzyjemny. Mieszanka fetoru rozkładających się kwiatów, grzybo-podobnej, ostrej, gryzącej nos woni pieczarki z subtelnym tłem przypominającym aromat kwiatowego nektaru, wnętrza kwiatowego kielichu. Być może tak właśnie pachnie gardenia, gdy zanurzy się w nią nozdrza? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że ów niepokojący, mocny, iście baudelaire’owski aromat trwa – jak to u Tauera zwykle bywa – długie minuty, a konkretnie ich kilkadziesiąt. I gdyby sądzić o tym pachnidle wedle pierwszych kwadransów, należałoby flakonik wyrzucić do kosza tudzież odesłać do sympatycznego Szwajcara z reklamacją i prośbą, by wymienił flakon na zawierający świeże perfumy…

Szczęśliwie czas jest w tym przypadku sprzymierzeńcem i powoduje stopniowe, bardzo powolne łagodnienie wspomnianych nut trudnych na korzyść wysuwającego się naprzód akordu bazowego, w którym gardenii jest dużo mniej, a więcej balsamicznego, lekko nektarowego, waniliowo-tonkowego ciepła przełamanego odrobiną jaśminu. Zapach staje się cichszy i trwa na skórze zadowalająco długo.

Gardenia to perfumy białokwiatowe stworzone bez oglądania się na modę, czy komercyjny ich potencjał. Rzecz dla koneserów i wielbicieli perfum prawdziwie artystycznych i bezkompromisowych. Jak zawsze, gdy chodzi o twórczość Andy’ego Tauera. No… prawie zawsze, ale o tym już wkrótce…

Tauer Gardenia
zdjęcie: Fragrantica.com

nuty głowy: gardenia

nuty serca: gardenia, róża, zielone nuty

nuty bazy:  gardenia, jaśmin, drzewo sandałowe, bób tonka, wanilia.

twórca: Andy Tauer

rok premiery: 2014

moja ocena:

zapach: ****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

Andy Tauer „Phi – Une Rose de Kandahar”

Phi to drugie obok Zeta pachnidło o wyjątkowym statusie (Collectible) pośród niezwykłej przecież zapachowej oferty Andy Tauera. Jak wyjaśnia sam autor, do stworzenia Une Rose de Kandahar zainspirował go naturalny różany ekstrakt produkowany w Nangarhar – znanym z uprawy róż regionie Afganistanu. Ekstrakt ten jest unikatowy i charakteryzuje się najwyższą jakością. Jego dostępność jest jednak bardzo ograniczona, stąd Andy uprzedza, że Phi (podobnie jak pachnąca kwiatem lipy Zeta) są siłą rzeczy edycją limitowaną i ich obecność w ofercie nie jest bezterminowa.  I choć oczywiście dodaje to specjalnej, ekskluzywnej aury, to przyznać trzeba, że Une Rose de Kandahar i bez tego świetnie się broni, jest bowiem pachnidłem iście tauerowsko ślicznym, przejmującym, choć… wcale nie wyłącznie różanym. To nawet dobrze, bo Szwajcar ma już przecież w swym portfolio dwa bardzo udane perfumy z różaną dominantą (przypomnę: Une Rose Chypree i Une Rose Vermeille).

Tauer-working-in-factory-500
Andy Tauer w swej pracowni

Otwarcie zapachu jest bardzo w stylu Andy’ego – mocne, bogate, niemal obezwładniające intensywnością i naturalnym pięknem. Z początku zanim zapach osiądzie na skórze, jego nuty wibrują i zmieniają się niczym w olfaktorycznym kalejdoskopie. Na pierwszym planie mamy cynamon i naturalne geranium (ależ cudne!) podlane odświeżającym shotem bergamotki. Z tyłu czai się już tytułowa róża, która jest jednak tyleż urocza, co przytłoczona – najpierw przez wspomniane geranium, później przez przejmującą dowodzenie wyrazistą, miodową nutę tytoniu, którą dość schematycznie (nie znaczy to, że nieładnie) Andy sparował tu z marcepanową tonką. Obecny słodkawy tytoń nie ma jednak nic wspólnego z wyrazistą i nieco szorstką wonią zawartą w niedawno opisywanym przez mnie Amouage Journey Man. Całość pachnie raczej w klimacie – uwaga – Tobacco Vanille Toma Forda, gdyby dodać do niego geranium, różany absolut i uczynić go naturalniejszym. Róża z Nangarhar pozornie nieobecna, wciąż jednak tkwi na skórze i ujawnia się od czasu do czasu pod wpływem chwilowego podniesienia ciepłoty skóry. Towarzyszy jej z umiarem użyta paczula, niemal nieodłączny towarzysz królewskiego kwiatu w klasycznych perfumowych formułach, a nieco męskiej drzewności przydaje wetiwer. Phi finiszuje ciepłym, pluszowym, odrobinę kulinarnym i odrobinę „zwierzęcym” (ulubione przez perfumiarza ambergris) akordem waniliowo-tonkowo-ambrowo-piżmowym. Gdzieś kiedyś nazwałem go „tauerade” (na wzór Guerlainowskiej „guerlinade”). Jest bowiem swoistym podpisem perfumiarza, jego sygnaturową wonią, akordem który spotkamy w wielu innych jego kompozycjach, a który różnić się będzie proporcjami poszczególnych składników lub ich pochodzeniem, natomiast jego woń będzie zawsze podobna i będzie stanowić niemal nieodzowny element zapachowej układanki, charakterystyczną kanwę.

afgan rose

Swoją drogą nazwa tego pachnidła może być nieco myląca. O ile bowiem poprzednie dwa zapachy różane Tauera (Une Rose Chypree i Une Rose Vermeille) nie pozostawiają wątpliwości, co jest w nich dominantą, o tyle w przypadku Phi mamy do czynienia raczej z uwypukleniem faktu zastosowania w kompozycji rzadkiej esencji z róży pochodzącej z Afganistanu (obok użytej tu także i powszechnej w perfumach róży bułgarskiej), aniżeli potwierdzeniem dominującej nuty.

Rose de Kandahar ma klasyczną konstrukcję i wyraźnie ewoluuje na skórze. Ładnie projektuje i ma solidną, ponad 10-cio godzinną trwałość. Przyznam też, że jak na standardy Tauera, Phi jest całkiem współczesna i nie tak widowiskowo klasycyzująca, jak wiele poprzednich jego pachnideł. Ma przy tym zdecydowanie uniseksowy charakter.

Summa summarum śliczny to zapach. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że został stworzony z myślą o pięknie, harmonii i walorach artystycznych, nie zaś o słupkach sprzedaży. Andy Tauer potwierdza nim swój status artysty perfumiarza. Obcowanie z jego olfaktorycznymi dziełami to wciąż czysta przyjemność. Oby nigdy nie zmienił kursu.

tauer kandahar

nuty głowy: morela, cynamon, gorzki orzech, bergamotka

nuty serca: róża afgańska, róża bułgarska, geranium, absolut z liści tabaki

nuty głębi: paczula, wetiwer, wanilia, tonka, piżmo, szara ambra

twórca: Andy Tauer

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: 10 h

Andy Tauer Pentachords – „White”, „Auburn”, „Verdant”

Zapachy Andy’ego Tauera z jego głównego nurtu (tzw. Classics) czerpią z klasycznych wzorców i pachną, jakby powstały kilkadziesiąt lat temu, a następnie – na wzór starych płyt muzycznych – przeszły współczesny remastering. Nie znam obecnie żadnego innego perfumiarza, który z równym powodzeniem penetrowałby rejony klasycznej perfumerii i z taką dbałością dobierał składniki oraz ich proporcje, by efekt był nie tylko nieziemsko piękny i poruszający, ale i pachnący mocno oraz bardzo długo (z opisów domyślam się, że może to być Vero Kern, której zapachy pod marką Vero Profumo mają opinie neoklasycznych, niestety póki co nie udało mi się jeszcze poznać żadnego z nich). Tauer przyznaje, że jego klasyczne perfumy zawierają zwykle bardzo dużo ingrediencji w wysokim stężeniu, a ich formuły są bardzo złożone i skomplikowane. To faktycznie czuć. Andy niewątpliwie lubi wyzwania (jakże inaczej wytłumaczyć można jego niezwykle odważną decyzję sprzed kilku lat, by porzucić etat informatyka i w pełni oddać się tworzeniu własnej perfumowej marki?). Dużo mniejszym, ale jednak wyzwaniem było wprowadzenie do oferty trzech pachnideł zupełnie innych od tego, do czego Szwajcar już zdążył nad przyzwyczaić. Oto w 2011 roku na Targach Pitti Fragranze we Florencji Tauer zaprezentował linię Pentachords złożoną z trzech zapachów White, Auburn i Verdant stworzonych w oparciu o filozofię minimalizmu – z zastosowaniem składników wyłącznie pochodzenia syntetycznego. 

pentachords

Każda kompozycja składa się z pięciu ingrediencji najwyższej, wyselekcjonowanej jakości, wybranych z pieczołowitością przez Tauera. Warto wiedzieć, że tworzone w laboratoriach kilku zaledwie konkurujących ze sobą światowych koncernów aromamolekuły (te same – tyle że pod innymi nazwami handlowymi) różnią się jakością (m.in. stopniem zanieczyszczenia), a co za tym idzie niuansami olfaktorycznymi. Budując Pentachords Tauer bazował na – jego zdaniem – najlepszych ingrediencjach, często także bardzo kosztownych (wbrew obiegowej opinii, że składniki syntetyczne są nieporównanie tańsze od naturalnych).

Przy okazji lansowania linii Pentachords Andy poruszył interesujący temat często dyskutowany na forach perfumowych czy blogach: o wyższości składników naturalnych nad syntetycznymi i ich większej wartości, odzwierciedlanej również w cenie. Prz pomocy Pentachords Tauer burzy ten mit udowadniając, że z zaledwie pięciu składników można stworzyć przekonujące i bardzo ciekawie pachnące mikstury, pod trzema wszakże warunkami: że wybierze się właściwie składniki, zaopatrzy się w ich najlepsze dostępne na rynku wersje i dobierze się optymalne dla założonego efektu proporcje.  Ciekaw byłem niezmiernie Pięcio-akordów i tego jak znany z barokowych receptur Tauer poradził sobie z minimalistycznym wyzwaniem.

Andy Tauer

White 

Andy Tauer od czasu do czasu pracował nad swoim ulubionym irysowym akordem (obecnym w wielu jego kompozycjach), aż w pewnym momencie postawił sobie za zadanie stopniowo ograniczyć liczbę jego składników. Doszedł do zaledwie pięciu, uzyskując zadowalający go efekt. Tak powstał Pentachord White, który zresztą dał początek całemu trio. Centralnym punktem tej kompozycji jest magiczna aromamolekuła Alpha Irone produkcji Givaudana. Składnik nietani (w cenie równej połowie ceny absolutu różanego!), ale i wyjątkowy, bo doskonałej jakości, wielowymiarowy (nieco metaliczny, nieco drzewny, trochę ambrowy, z subtelną nutką maliny), a do tego nawet ewoluujący na skórze. Faktycznie White przedstawia niezwykle bujną irysowa nutę, z początku maślano-marchewkową, z czasem nabierająca subtelnej, niby-malinowej słodyczy. Zapach roztacza przy tym czystą świeżą aurę, stając się w ofercie Tauera tym czym L’Eau dla Serge’a Lutensa czy Aqua Universalis dla Francisa Kurkdjiana. Oczywiście dla wielbicieli woni kłącza irysa White jest pozycją obowiązkową i jednocześnie najbardziej przyjaznym, najcieplejszym i wg mnie najładniejszym zapachem z całej trójcy Pentachords.

white cloth small

pent-akordy: liść fiołka, korzeń irysa, vanilia Bourbon, szara ambra, ciepłe drewno

Auburn

Auburn to przyprawowa, rdzawa strona trio Pentachords. Dominujące nuty pyłu z cynamonowej kory i tabaki czynią z Auburn krewnego Eau d’Epices tego samego autora, choć w mniej złożonym wydaniu. Początkowo całość rozświetla świeża, rześka nuta opisywana jako zapachu kwiatu cytrusa. Później jednak zapach ciemnieje i wyostrza się. Staje się suchy, pylisty i wytrawny, wibruje pikantną nutą cynamonowej kory. Jest szorstki, męski i w liniowy sposób trwa na skórze całkiem długo. Bardzo charakterny i raczej wymagający wyrobionego nosa. Dla koneserów.

rust-texture--rust_19-128552

pent-akordy: kwiat cytrusa, ciepły cynamon, owocowa tabaka, sucha ambra, kremowe drewno sandałowe

Verdant 

Początkowo Verdant pachnie trochę jak charakterna i mocna wersja ulotnego Untitled Maison Margiela autorstwa Danieli Andrier. Wyrazista zielona, strączkowa nuta galbanum, która w Untitled ewoluuje w subtelne, zwiewne, wiosenne i bardzo kobiece biało-kwiatowe serce, tu z czasem nabiera nieco mentolowego charakteru geranium. Od spodu przebija się wytrawna nuta tabaki, a całość bazuje na nucie ambrowej. Zapach jest wyrazisty, charakterystyczny, bardzo oryginalny i ciekawy. To taka alternatywna, rzadko spotykana w perfumach zieleń. 

green

pent-akordy: zroszone liście, łagodna skóra, brązowa tabaka, słodka ziemia, wibrująca ambra

Pentachords to zapachy zaskakujące i wyróżniające się. Intrygują niecodziennymi zestawieniami nut, wyrazistością i niebanalną urodą. Mimo z premedytacją ograniczonej liczby ingrediencji – i to wyłącznie syntetycznych – pachną absolutnie przekonująco i jakościowo, choć oczywiście z natury rzeczy daleko im do wielowątkowych pachnideł, z których Tauer jest znany (co objawia się także w ich minimalnej ewolucji na skórze). Jednak zastosowana przez niego w tym przypadku minimalistyczna konwencja wcale nie okazała się dla niego przeszkodą w realizacji celu. Przeciwnie – artysta dowiódł, że nawet dysponując tak skromną paletą środków, jest w stanie stworzyć oryginalne i świetne pachnidła. White, Auburn i Verdant są bowiem trzema bardzo różnymi od siebie absolutnie i pełnowartościowymi zapachami, które w sposób idealny urozmaicają i wzbogacają unikatową przecież ofertę perfumową tego artysty.    

Andy Tauer „Zeta”

Zeta to w ofercie Andy’ego Tauera pachnidło wyjątkowe. Zapach zakwalifikowany przez niego jako tzw. Collectible (do niedawna jedyny taki w ofercie, od kilkunastu dni towarzyszy mu najnowsza kompozycja Une Rose de Kandahar) oznacza, że – wedle słów twórcy – stworzony został z najlepszych dostępnych ingrediencji, w tym takich, których dostępność jest ograniczona. Stąd „nakład” takich perfum może się kiedyś wyczerpać, a ich obecność w ofercie nie jest bezterminowa. Dodatkowo jest to pachnidło o bardzo wysokiej koncentracji składników naturalnych. Komu jak komu, ale Andy’emu Tauerowi wierzę i mam po temu swoje racjonalne powody. Zresztą sam zapach zdaje się potwierdzać jego słowa. Zeta pachnie niesamowicie naturalnie i wyjątkowo, nawet na tle przecież zupełnie niecodziennych pozostałych perfum tej marki.

linden blossom

Zapach otwiera się prześlicznym akordem słodko cytrusowym unoszonym wysoko wysoko przez lekko tłuste aldehydy. Woń ta trwa na skórze całkiem długo z czasem ujawniając przepiękne kwiatowe serce, które pachnie…. kolorem żółtym. Mamy tu mieszankę miodowego ylang, doskonałego absolutu z kwiatu pomarańczy wzmocnionego olejkiem neroli. W to wszystko Andy wplótł nutę głównego bohatera Zety – kwiat lipy (bułgarski ekstrakt CO2 z kwiatu lipy, użyty tu w bardzo dużej ilości) i uzupełnił miodowo-żółtą różą. Akord jest zaiste zniewalająco piękny, intensywny, przepełniony kwiatowymi nektarami. Nektarowy – to słowo, które doskonale pasuje mi do Zeta. Prześliczny, niezwykle słoneczny i ciepły zapach kwiatowego nektaru, w którym dominuje kwiat lipy. Z czasem naprzód wychodzi ciepła, jakże charakterystyczna woń kwiatu pomarańczy. Na tym etapie Zeta zaskakująco, ale jednak, wchodzi w rejony szlachetnie kolońskie penetrowane w podobny i jakże przykładny sposób przez chociażby Neroli Portfino Toma Forda. Jest to współczesne, gęste i trwałe ujęcie kolońskiego tematu. Andy Tauer wieńczy swoje dzieło naturalną wanilią, drewnem sandałowym z Mysore i kłączem irysa. Ta drzewna, pluszowa woń wybrzmiewa przez wiele godzina jako baza Zety.

Widać wiec, że perfumiarz osadził zapach na niezwykle cennych i szlachetnych składnikach. Już sama esencja sandałowca z Mysore jest obecnie bardzo trudna do zdobycia i osiąga bardzo wysokie ceny, by nie wspomnieć o esencji CO2 z naturalnej wanilii oraz esencji z kłącza irysa (naturalne esencje zapachowe uzyskiwane drogą ekstrakcji dwutlenkiem węgla należą to najczyściej i najpełniej pachnących, ale i do najkosztowniejszych).

Parametry użytkowe Zety są – jak zwykle u Tauera – na doskonałym poziomie. Zapach jest bardzo ogoniasty, niesie się za nosicielem pięknym woalem. Trwałość ponad 10-cio godzinna dopełnia wspaniałej całości. To wszystko plus bardzo zgrabna kompozycja czynią z Zety świetne pachnidło. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to małe arcydzieło szwajcarskiego perfumiarza. Ogromnie się cieszę, że mogłem je poznać. Było ze wszech miar warto

tauerzetaneu

nuty głowy: cytryna, bergamotka, słodka pomarańcza, aldehydy

nuty serca: ylang, absolut kwiatu pomarańczy, olejek neroli, kwiat lipy, miodowa żółta róża

nuty bazy: kłącze irysa, drewno sandałowe z Mysore, ekstrakt CO2 z naturalnej wanilii

twórca: Andy Tauer

rok wprowadzenia: 2011

moja ocena:

  • zapach: bardzo dobry
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 10 godzin