Christian Dior „Fahrenheit”

FahrenheitFahrenheit! Fahrenheit? Fahrenheit!!! Fahrenheit…..

I od czegóż ja mam zacząć? Od jakich słów rozpocząć opis tej mega-legendy wśród męskich pachnideł? Jak ubrać w słowa wrażenia nt. – nie boję się stwierdzić – najbardziej rozpoznawalnych męskich perfum? Chyba najlepiej będzie spuścić z tonu, wypuścić powietrze z tej pachnącej bańki i po prostu zwyczajnie powąchać….

Kompozycja złożona jest z trzech zasadniczych akordów: otwierającego słodko-cytrusowego (sycylijska mandarynka w roli głównej), zielono-kwiatowego (liście fiołka) oraz akordu skórzanego. Przewodnią nutą w całym okresie trwania zapachu na skórze jest liść fiołka. Z początku okraszony słodkim cytrusem, po piętnastu minutach otoczony przez równie oryginalną „chemiczną” nutę zwaną często „petrol note” (nuta paliwowa), mającą w założeniu charakter skórzany, bardzo mocny i nieco drażniący. Jednak to właśnie ten fiołkowo-skórzany duet jest znakiem rozpoznawczym Fahrenheita*. W miarę rozwoju akordu środkowego, ostra paliwowa nuta ulatuje, pozostawiając fiołki nieco już bardziej stonowane w towarzystwie ciepłych nut żywicznych i balsamicznych. Ten etap trwa wiele godzin i jest tym „właściwym” akordem Fahrenheita, tym, do którego emulacji ograniczali się liczni imitatorzy tego arcydzieła. Zapach powolutku wygasa na skórze, jakieś 10-11 godzin po aplikacji. Jest więc bardzo trwały, zaś  jego moc jest zdecydowana. Bez wątpienia rozsądna aplikacja to klucz do sukcesu. Nie chcemy przecież, by rozbolała nas (lub naszych sąsiadów) głowa. Ufff.. Poszło w miarę gładko 😉

Właściwie to Fahrenheit to zapach bardzo wdzięczny do opisywania. Jest wyrazisty, ma pewną ewolucję i działa na otoczenie. Oj tak. Przekonałem się o tym także dziś. Wystarczyło, że użyłem go do pracy, a już spotkałem się z uwagą sympatycznej skądinnąd koleżanki z biura (bez cienia pejoratywności), że „pachnę jak jej mąż”. Po czym musiałem szybko wyjawić, czym to ja właściwie pachnę. Hmmm… No cóż. Wciąż duża popularność i powszechna rozpoznawalność to jednocześnie największe wady tych perfum. Gustują w nich szczególnie mężczyźni dojrzali, dla którychFahrenheit był „tym pierwszym” markowym pachnidłem, z którym wiążą wiele dobrych wspomnień, bądź którzy po prostu cenią sobie jego zdecydowany, męski i bezkompromisowy charakter.

Owszem – jest oklepany. Owszem – jest wciąż niezmiernie popularny. Owszem – noszenie go nie ma nic wspólnego z byciem oryginalnym. Owszem – to nie jego wina, że spryskują się nim panowie, z którymi nie zawsze chciałoby się utożsamiać (choć to tendencja już chyba w zaniku). Owszem – często, niestety, podrabiany. Zbyt często. Hektolitry nierzadko śmierdzących, zalewających drogerie i sklepy osiedlowe podróbek typu „Firenight”, „Hitfire” czy „Red Spirit” (czerwony spiryt?! 😉 w pewnym sensie zabiły, a już na pewno zdewaluowały tę genialną – moim zdaniem – kompozycję. Jednak cóż z tego? Abstrahując od tych wszystkich kwestii Fahrenheit to męskie pachnidło doskonałe. To synonim elegancji i lekkiej oldskulowości – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Warto zaopatrzyć się we flakon, choćby po to, by od czasu do czasu móc do niego wrócić i przywołać olfaktoryczne wspomnienia z nim związane.

Dwa zdania o flakonie. Kształt „obtoczonego walca” z kolorowego, cieniowanego szkła (od barwy pomarańczowej u podstawy, aż do głębokiej czerwieni u góry) z granatową (czarną?) zatyczką, to przykład prostoty i elegancji. Swoją drogą ciekawie prezentują się wariacje na temat flakonu (głównie jego zabarwienia) przy różnych odmianach Fahrenheita (limitowane wersje letnie Summer0 Degree, wersja Fahrenheit 32, czy wreszcie piękny brunatno-czarny Absolute). Wrażenia jak najbardziej pozytywne.

Obecny już 22 lata na rynku Fahrenheit stał się klasykiem i okupuje górną półkę „zasłużonych” męskiej, samczej perfumerii, wspólnie z takimi tuzami jak Old Spice, Eau Sauvage czy Cool Water.  Oby jak najdłużej ten klasyk Diora był dla nas dostępny, Panowie! Nigdy nie wiadomo, kiedy do niego dojrzejemy. Ja czasem mam wrażenie, że ten moment jest już tuż, tuż. Tymczasem z pełnym przekonaniem daję mu najwyższą notę. Zasługuje na nią bez dwóch zdań.

*) Tę samą nutę, pozbawioną jednak zieloności fiołka, odnajdziemy w pierwszym zapachu Ferrari Uomo i przyznać muszę, że ten wart głębszego popróbowania zapach może być niezłą alternatywą dla Fahrenheita, jeżeli ktoś lubi ten typ olfaktorycznej imitacji zapachu skóry. Protoplastą tego gatunku jest opisany przez mnie wcześniej Knize Ten, w którym akord skórzany miał już podobny „benzynowy” odcień.

akord głowy (cytrusowy): sycylijska mandarynka, bergamotka

akord serca (zielony): liście fiołka, kapryfolium, głóg, drewno sandałowe, gałka muszkatołowa

akord bazy (skórzany): cedr, paczula, tonka

twórca: Jean-Louis Sieuzac

rok wprowadzenia: 1988

moja klasyfikacja: jedyny w swoim rodzaju, nieprawdopodobnie oryginalny, niezmiernie elegancki, z ukrytą nutką tajemniczości, raczej na formalne okazje, doskonały do pracy i na wieczór, klasyk nad klasykami, niestety zdewaluowany poprzez przesadną popularność i „podróbkogenność”

ocena w skali 1-6: kompozycja: 6/ moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 5

Advertisements

28 thoughts on “Christian Dior „Fahrenheit”

  1. bardzo trafnie ująłeś charakterystykę i niestrudzoną popularność tego zapachu. jest nie do zdarcia. podobnie jak czarny adidas, również nadużywany i namiętnie podrabiany. niestety z podróbkami występuje taka zależność, że podrabia się rzeczy pożądane i popularne. na oryginał nie każdego stać a kady chciałby pachnieć dobrze, zrobić wrażenie, choć z tym drugim w obliczu użycia tandetnej podróbki bywa różnie, czasem groteskowo 😉 faktycznie zalew mniej lub bardziej udanych imitacji lekko obrzydził mi tego króla męskich pachnideł i stosuję go nader rzadko, jednak zawsze będzie stałą pozycją w mojej kolekcji. po prostu na to zasługuje za całokształt. podobnie jak popularniutki czarny adidas. chyba się robię sentymentalny 😉

  2. Dziękuję za fajną recenzję tego pachnidła – król jest jeden 😉 Kluczem jest to coś, co słusznie wywęszyłeś w Ferrari Uomo (ale co to jest (za syntetyk) ?).
    Marzę o powstaniu nowej rzeczy kalibru Fahrenheita 🙂

  3. Dla mnie, w Twoim opisie fqjciorze, zabrakło jednego,
    za to arcyważnego składnika, jakim jest głóg.
    Nadaje tej wodzie gorzki posmak.
    Jest połączony najprawdopodoniej z lawendą.

  4. moze i klasyk, moze i charakterystyczny ale ja go zdzierżyć nie mogę.
    zresztą taka sama sytuacja jak z le male, co drugi typ na ulicy tym wypsikany chodzi, zapach tak powszechny aż do wyrzygania

  5. takie same mam odczucia jak Kuba, jedyny zapach z Diora oraz Highery ktore kompletnie nie leza mi, dzis udalem sie sprawdzic odswiezona wersje zdecydowanie bardziej mi odpowiada lecz nie jest to zapach ktory musze miec.
    Czekam na recenzje: Eau Sauvage Extreme

  6. aleksander ma rację – motyw główny fahrenheit’a to głóg. gorzki i suchy przez co perfuma jest tak wytrawna w odbiorze 😉 i ta nuta trwa od początku do końca trwania zapachu na skórze

    1. Oczywiście na tę kompozycję składa się wiel nut. Jest tu owszem głóg, jest kapryfolium, bergamotka, drewno sandałowe, gałka muszkatołowa, fiołek, cedr, paczula i tonka.

  7. nuta głogu oraz drzewo sandałowe to dominujący trzon opisanej kompozycji. Jednak przy całej trafnej treści, składniki to mniejsza wartość. Pzdr

    1. on_kolorowanka, masz w zupełności rację.
      Zarówno co do drzewa sandałowego
      (o którym przypomniałem sobie jak już wysłałem post,
      a nie chciałem nikogo drażnić dokładaniem kolejnych refleksji)
      jak i trafności opisu.

      Wydawało mi się, że głóg (i sandał) są na tyle istotne,
      że warto o nich nadmienić.
      Nie chodziło mi o wyliczenie wszystkich składników.

      Skoro już się naraziłem, dopiszę, że według mnie,
      nie ma tu żadnej paliwowej nuty.
      Olejek fiołkowy tak pachnie.
      Już o tym pisałem na poprzednim blogu fqjciora,
      ale nikt mi nie wierzył.

      1. aleksander – wierzę, że chciałeś napisać, że „nie czujesz żadnej paliwowej nuty”, a nie, że jej „nie ma”. Moim zdaniem (i nie tylko moim) ona jest i nie wynika z obecności fiołka, tylko jest efektem częściowowo skórzanego charakteru Fahrenheita. Definitywność Twoich osądów nieco mnie niepokoi….Mam także nadzieję, że swojej opinii nt. zapachu olejka fiołkowego nie czerpiesz z jednego z olejków zapachowych dostępnych w ogólnej sprzedaży. Może to być bowiem bardzo mylące, bo nie wiem, czy wiesz, ale tego typu olejki to z reguły kompozycje zapachowe, a nie pojedyncze ingrediencje. Pozdrawiam.

      2. Napisałem „moim zdaniem”, co neguje definitywność.

        Powiedz mi, co paliwo ma wspólnego ze skórą?
        Przecież to odległe od siebie zapachy.

        Olejek fiołkowy miałem z powszechnej dystrybucji.
        Wydaje mi się, że był jednoskładnikowy.
        Pachniał bardzo podobnie do tej frakcji z Fahrenheita,
        o której piszemy.

  8. pierwszy mój prawdziwy zapach to był Minotaure Palomy Picasso, wiesz coś o nim drogie fgjciorze? 🙂 czętnie przeczytałbym Twoją recenzję lub chociaż coś o historii zapachu. pozdrawiam

    1. Kiedyś miałem tego miniaturkę. Opisałem swoje wrażenia na moim poprzednim blogu. Nie były zbyt entuzjastyczne. Dziś dość trudny do kupienia, ale od czasu do czasu można go znaleźć na Allegro. Ceny niestety wysokie.

  9. to był mój pierwszy „prawdziwy” zapach. Około 1991r. Używałem go przez lat parę i – prawdę powiedziawszy – znudził mi się już ok. 1996r. Podczas pobytu w Paryżu, w Muzeum Perfum Fragonard bodaj przy blvd des Capucines (można sprawdzić w google) okazało się, że Fahrenheita, jak i kilka innych znanych klasyków (np. Opium, Jazz) robi na zlecenie właściwych domów mody firma Fragonard w Eze na płd. Francji. Zresztą, w sklepie przy tym muzeum można kupić (pod inną nazwą i w zestandaryzowanych, prostych flakonach) te i inne zapachy w b. korzystnych cenach. Polecam przy okazji pobytu w stolicy Francji.
    Pozdrawiam.

    1. Jak się nazywa ten zapach od Fragonarda przypominający Fahrenheita.Szkoda,że nikt nie wspomniał tutaj o 2 reformulacjach. Pierwsze wydanie było najlepsze i najtrwalsze, dzisiejsza wersja jest bardzo słaba w porównaniu z Vintage.

      1. Dzisiejsza wersja Fahrenheita jest świetna i bardzo trwała. Mam także poprzednią wersję, która wyraźnie odstaje trwałością i ma dość marną bazę. Wersji pierwzej nie znam. Wg mnie akurat ostatnia reformulacja Fahrenheita absolutnie mu nie zaszkodziła, a nawet pomogła. Unikam bezrefleksyjnego potępiania w czambuł reformulacji. Każda jest inna i nie zawsze niweczy ona kompozycję.

  10. lubię ten apach na meżczyznach (naturalnie nie wszystkich..) Dla mnie jednoznacznie koarzy sie z drewnem, stolarką, rcinami..za czorta nie wiem dlaczego, ale takie mam skojarzenia..powoduje, ze meżczyna wydaje sie być czlowiekiem opiekunczym, dobrym, nieagresywnym…lekko szalony przystojniak pachnący dyskretnie fahrenhaitem klasyfikuje się jako idealny kandydat na prtnera – tez zapach nadaje stablinosci meskiem charakterowi..owszem-złudne, ale takie we mnie budzi skojarzenia..na mlodych facetach (powiedzmy, ze dla mnie lodzi to tacy do 40stki mniej wiecej) ta oldschoolowośc jest b.interesująca..to jak z kobietami: mlodziutkie mogą nosic retro ciuchy i wgladać oryginalnie, starsze wygladaja staroświecko..take sobie przemyslenia..fajny blog:)

    1. Fahrenheit to jeden z najdoskonalszych męskich zapachów, jakie kiedykolwiek powstały. Czas się go nie ima, a noszenie go to czysta przyjemność. Pal diabli jego popularność (ostatnio jednak chyba mniejszą) i podróbkogennoość. Kobieta lubiąca te perfumy na mężczyźnie po prostu zna się na rzeczy 🙂 Pozdrawiam!

  11. Chyba nie wiecie co piszecie tutaj, silny i esencjonalny to był Fahrenheit produkowany do 1995 roku.Moja znajomość tematu perfumiarskiego sięga 1970 roku i w owym czasie już prowadziłem perfumerię,także obserwowałem co działo się i dzieje do dziś dnia w świecie perfumiarskim.Pamiętam jak w 1988 wąchałem pierwszy raz dzieło Diora i wierzcie mi to zupełnie inna bajka.Jak jesteście ciekawi tego zapachu to go kupcie,ale cena może was zabić bo jest to około 800zł za 100ml (piszę oczywiscie o Ebay-u.) i tam trzeba uważać bo można trafić na podróbke.
    Dziś na szczęście nie mieszkam już w Polsce a moi ukochani przyjacie podobnie jak ja pasjonaci perfum tęsknią za starym dobrym Fahrenheitem jednym z najmocniejszych zapachów wszechczasów i co ważne ciągnącym się długim ogonem za właścicielem . A odnośnie Eau Sauvage Extreme to też nie zadaliście sobie trudu by odróżnić Eau de toilette concentre czyli wersji vintage (a jest to opisane na flakoniku) od Eau Savage Extreme eau de toilette intense-to ta nowa paskudna i bezpłciowa wersja.Śmiem twierdzić,że wąchanie za dużej ilości zapachów niektórym nie służy.

    Fabrizio co do Fahrenheita to masz tutaj rację, były 2 reformulacje które zabiły ducha tej pięknej kompozycji.

    1. Wpadłem przypadkiem na ten blog, jak widzę opinia sprzed ponad roku, ale w pełni uzasadniona.
      Pamiętam, jak na początku lat 90. „reformulację” przeszedł Empik i obok salonów prasowych otworzyły się perfumerie. Jako uczeń przeszedłem się do takiej perfumerii właśnie po to, aby powąchać Fahrenheita Diora, bo pisali o nim mimochodem w „Świecie Młodych”. Po latach wąchania wynalazków w stylu Brutal, Kanion czy (w najlepszym wypadku!) Old Spice, aplikacja Fahrenheita była wycieczką do wielkiego świata. Głęboki, złożony zapach, korzenne otwarcie.. To było coś. Obecna wersja to smętny cień po pierwowzorze.

      1. Z przyjemnością zauważam, że prawdopodobnie Fahrenheit przeszedł kolejną reformulację, która zbliżyła go do oryginału sprzed lat. Zarówno nuta otwarcia, jak również późniejsze akordy przypominają w dużej mierze to, co było przed laty :).

      2. I to miło słyszeć, bo reformulacja zwykle kojarzy się z pogorszeniem jakości czy też wierności pierwowzorowi. Podobnie pozytywne opinie słyszę o najnowszym wypuście Dior Homme – że bardzo podobny do pierwszego, tego ze srebrną rurką. O tym, że niektórzy perfumiarze wkładają dużo wysiłku w faktyczne poprawianie zapachów niech świadczy najnowsza reformulacja Mitsouko by Thierry Wasser – podobno bardzo zbliżona do tej sprzed laty.

  12. Nie potępiam w czambuł reformulacji, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że również przemysł perfumeryjny działa w zmiennym środowisku, do którego musi się dostosować.
    Niezmiennie uważam, że obecny Fahrenheit jest słabszą kompozycją od pierwowzoru, przede wszystkim spłaszczoną jeżeli chodzi o złożoność akordów. Ale też biorę pod uwagę i to, że być może trudno byłoby w dzisiejszych czasach udźwignąć złożoność pierwszej wersji. No i kwestia ekonomiczna – w 2004 roku 30 ml EDT F. kosztowało 142 PLN, czyli około 1/5 minimalnego wynagrodzenia brutto. Obecnie za 1/5 minimalnej płacy brutto można kupić 4 flakoniki 100 ml EDT (399 PLN – obie ceny z Douglasa), a jak się trafi na okazjonalny rabat 20%, to i na 5 flakoników starczy. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s