Amouage „Opus XI” – smoła na sterydach

Ile by nie napisać o wkładzie Christophera Chonga w rozkwit marki Amouage, trudno byłoby oddać mu w pełni jego zasługi.

Dziś – z perspektywy faktu, że kilka tygodni temu ogłosił rozstanie z marką – jego praca dla Amouage nabiera dodatkowego wymiaru. Chong stworzył – wraz ze współpracującymi z nim perfumiarzami – spektakularną kolekcję niezwykłych – w najlepszym tego słowa znaczeniu – perfum, pośród których dla mnie szczególną pozycję mają zapachy tworzące The Library Collection – najambitniejsze, najbardziej wizjonerskie i najbardziej wymagające.

Opusy to pachnidła nie tylko doskonałej jakości. Moim zdaniem to najodważniejsze i najciekawsze perfumy, jakie powstały w ostatniej dekadzie. Pierwszy Opus miał swą premierę w 2010 roku. Ostatni – Opus XI – w 2018. Czy będą kolejne? Czas pokaże.

„Nie uważam, aby którekolwiek z moich perfum były dziwne, może dlatego, że żyję z nimi w każdej sekundzie mojego życia. To jak posiadanie dziecka. Nawet jeśli twoje dziecko jest trochę dziwne, nie widzisz tego. Wydaje ci się normalne. Słyszałem wiele osób mówiących mi, że moje perfumy nie są takie łatwe do zrozumienia. Ale to właśnie chcę robić. Przynajmniej mam odwagę pchnąć paletę olfaktoryczną, jak to robili ludzie w ubiegłym stuleciu. I chcę, żeby klienci ciężko ze mną pracowali i poświęcili czas na zrozumienie tej podróży. ”

Christopher Chong
Christopher Chong

Żaden z Opusów nigdy nie mnie rozczarował. Są realizacją wszystkiego, co w niszowej perfumerii uważam za najlepsze. Niespotykane akordy, intrygujące kontrasty, nuty czasem wymagające zmiany zapachowych przyzwyczajeń, przestawienia osobistego „zapachowego kompasu”, poszerzające olfaktoryczną pojemność słowa „perfumy”. Do tego zawsze spektakularna intensywność, moc i niebywała, czasem wielodniowa trwałość. A wszystko to bez popadania w parodię, bez błyskotek i oślepiających uniformów, bez niestworzonych historii o królewskich dworach czy najcenniejszych składnikach świata. W oryginalnych flakonach o nowoczesnym designie, z minimalistycznymi etykietkami. Wszystko to w cenie stosownej do prezentowanej treści i jakości oraz do klienteli, do jakiej perfumy Amouage są kierowane (finansowo zasobnej, ale stroniącej od kiczu i banału, lubiącej zapachowe wyzwania, indywidualistycznej, chcącej swój charakter podkreślić perfumami).

Smoła zamiast drzew

Opus XI jest doskonałym przykładem stylu Chonga, który na przestrzeni lat stał się stylem Amouage. Już od pierwszych sekund czuć, że to aromat ambitny i wymagający. Otwierająca go nuta majeranku ma w sobie trochę zieloności i stosowną dozę ziołowości, nie przechylającą wszakże zapachu w kierunku kuchennej półki z przyprawami. Na myśl natychmiast przychodzi inny doskonały zapach Amouage Interlude Man z wyrazistą nuta oregano. Oba pachnidła łączy też perfumiarza – chyba ulubionego przez Chonga – Pierre Negrina. Majeranek nie fruwa to sobie swobodnie w powietrzu. Osadzony został bowiem na drzewnej nucie oudu, którą perfumiarz ulokował – co ciekawe – w sercu zapachu (zwykle oud buduje bazę). To co opisuję, dzieje się w pierwszym kwadransie od aplikacji na skórę. Podczas pierwszych testów do tego właśnie momentu Opus XI wydawał mi się kontynuacją kierunku obranego we wspomnianym Interlude Man, a także w innym wspaniałym dziele spółki Chong/ Negrin: w Opusie VII. Czułem, że jeśli w dalszej kolejności nastąpi drzewny finisz – polubimy się i to bardzo. Stało się jednak coś zupełnie innego… Nastąpiło zaskakujące „przełamanie” i aromat zaczął być w dość brutalny sposób okupowany przez coraz intensywniejszą nutę neo-skórzaną, brudną, jednocześnie drzewną i smolistą. Tyleż szokującą, co już mi znaną z… Gucci Guilty Absolute! To dokładnie ta sama nuta, śmiem podejrzewać, że ta sama aroma-molekuła, którą Amouage całkiem odpowiednio nazwał w oficjalnym wykazie nut jako woodleather. Dokładnie. Ta smolista nuta niepodzielnie już rządzi przez kolejne godziny, bardzo powoli tracąc na intensywności, siedząc na skórze zdecydowanie ponad dobę. Zapach jest tak nieprawdopodobnie mocny, że jago aplikacja musi być dosłownie minimalna. W przeciwnym razie powali noszącego i jego otocznie w promieniu 10 metrów.

To czy polubimy Opus XI zależy od tego, czy zaakceptujemy wspomniany akord woodleather, który w największym skrócie pachnie jak smoła na sterydach. To potężny i dominujący aromat, dodatkowo w Opus XI jest go moim zdaniem znacznie więcej, niż w Guilty Absolute (poza tym tam został połączony z nieco go łagodzącymi pinenowymi nutami iglaków i wetywerią, więc – mimo, że też drzewny – to jednak ma bardziej kamforową aurę, niż oudowo-skórzany, nieco animalny Opus XI). Oprócz wspomnianego Gucciego znam jeszcze jeden zapach o podobnej skórzano-smolistej, bezkompromisowej naturze – Rien Etat Libre d’Orange.

Christopher Chong zakończył kolekcję „biblioteczną” zdecydowanie mocnym akcentem, bezkompromisowym i bardzo trudnym pachnidłem. To zapach dla najsilniejszych indywidualności, dla osób nie obawiających się podejrzliwych i pełnych zniesmaczenia zmieszanego z zaskoczeniem spojrzeń. Dominujący i nie biorący jeńców. Nie jestem pewien, czy kreatorzy nie posunęli się tu jednak trochę za daleko…

Christophera Chonga w Amouage już nie ma, ale jego ostatni Opus będzie jeszcze pachniał długo, bardzo długo i bardzo mocno, nikogo nie pozostawiając obojętnym. Zamiast pięknych drzew, pozostawił nam przesączoną lepikiem spaleniznę. Dość mroczny to krajobraz, ale też – co za pożegnanie!

PS. Jestem niemal pewien, że choć Chong zakończył swoją misję w Amouage, wkrótce wróci z nowym zapachowym projektem…

Już nie mogę się doczekać…

nuty głowy: majeranek

nut serca: oud

nuty bazy: styrax, Woodleather

rok premiery: 2018

nos: Pierre Negrin

moja ocena: zapach: 5,0/ trwałość: 6,0/ projekcja: 5,0->4,0

Stephane Humbert Lucas „777 – Black Gemstone” – zapach magmy

SHL 777 to kolejny po NEZ A NEZ i SoOud perfumowy projekt Stephane’a Humberta Lucasa, postaci obecnej w perfumowym światku od mniej więcej dekady. W ramach kolekcji 777, w gustownych, eleganckich flakonach, zwieńczonych masywną zatyczką, przypominającą kształtem kopułę meczetu, artysta zamyka efekty swojej rosnącej fascynacji perfumową tradycją Bliskiego Wschodu. Już zapachy SoOud są w dużej mierze jej odzwierciedleniem, ale w 777 artysta zdaje się jeszcze głębiej penetrować arabską estetykę.

stephane-humbert-lucas
Stephane Humbert Lucas (fot. fragrancerussia.com)

Kolekcja oznaczona 777 składa się obecnie z 12 pachnideł. To propozycje dla wielbicieli woni masywnych, ciężkich, orientalnych, wypełnionych po brzegi balsamami, przyprawami, kadzidłami i żywicami. Pachnidła te mają bardzo wysoka koncentrację 25%, co lokuje je na poziomie ekstraktów perfumowych. Jeden z nich zwraca szczególną uwagę czarnym jak węgiel flakonem. Jest to Black Gemstone.

777-shl
fot. frangrancerussia.com

Black Gemstone został zainspirowany legendą Hadżaru, Czarnego Kamienia.

Za Wikipedią:

Czarny Kamień, wbudowany na wysokości 1,5 metra w południowo-wschodnim narożniku świątyni Kaaba w Mekce. Hadżar jest największą świętością muzułmanów, celem pielgrzymek milionów wyznawców islamu (tzw. hadżu). Składa się ze scalonych obręczą trzech kawałków meteorytu lub lawy i połyskuje czarno-czerwonawym odcieniem. Według legendy ten święty kamień został przyniesiony przez archanioła Gabriela i przekazany Abrahamowi; pierwotnie miał być nieskalanie białym i zmienił barwę na czarną pod wpływem wchłaniania grzechów i zmazywania win składających mu hołd pielgrzymów.

Czegóż tu nie ma? Są aż trzy gatunku cedru. Jest kadzidło, jest mirra i jest opoponax. Jakby tego było mało, w formule znajdziemy labdanum, drewno tekowe, brzozę i akord kamforowy, złożony z eukaliptusa i rozmarynu. Ale na tym nie koniec. Kompozycję wzmacnia i pogłębia niezawodna paczula. Jest też tonka, której obecność w takim towarzystwie wcale nie wydaje się być oczywista. Wszystko to spróbowano – przynajmniej na wstępie – odświeżyć esencją z włoskiej cytryny. Ale nie łudźmy się – cytrusów tu nie poczujemy. To nie ten „dział” perfumerii…

shl-black_gemstone

Jak może pachnieć tak zaiste niecodzienna mieszanka? Bardzo, ale to bardzo ciężko, smoliście, popiołowo, nieco dymnie, nieco węglowo, trochę też miodowo zawartym w nim labdanum. Początkowo nad wszystkim góruje specyficzna, gryząca, jakby stęchła nuta (paczula?), która z czasem słabnie, oddając miejsce aromatowi żywiczno-kadzidlano-miodowo-drzewnemu, który de facto snuje się przez kolejne godziny, początkowo wzmagając się, po czym bardzo powoli wyciszając, by później niemożliwie wręcz długo emitować subtelny dymno-węglowy temat. W ciągu wielu godzin pozostawania na skórze Black Gemstone ulega tylko nieznacznym zmianom. Jest zapachem niemal linearnym, zbudowanym wbrew zasadzie piramidy, niezwykle leniwie uchodzącym w przestrzeń.

To pachnidło z gatunku love it or hate it. Trudne, monumentalne, zawiłe, mroczne, zbudowane z bardzo charakternych ingrediencji. Pachnie jak gorąca magma.

Jak przystało na perfumowy ekstrakt Black Gemstone trzyma się raczej blisko skóry i to przez długie godziny. Ale jest wystarczająco ekspansywny, by noszący mógł go czuć przez większość dnia na sobie. Co więcej, trzeba bardzo uważać z jego dozowaniem, gdyż zyskuje na mocy z czasem, i to co czujemy na początku, zaraz po aplikacji, ulega znacznemu wzmocnieniu w ciągu kolejnych godzin. To efekt tak wysokiej koncentracji składników, ekspresji których sprzyja czas i ciepłota skóry. Zbyt odważne użycie może w efekcie spowodować nawet pewien dyskomfort szczególnie w pierwszych godzinach noszenia, o czym przekonał się niżej podpisany. Bowiem Black Gemstone to naprawdę charakterna perfumowa rzecz dla oczekujących prawdziwie mocnych wrażeń.

shl-black_gemstone-2

główne składniki: cytryna, cedr, kadzidło, mirra, opoponax, labdanum, drewno tekowe, brzoza, eukaliptus, rozmaryn, paczula, tonka

perfumiarz: Stephane Humbert Lucas

rok premiery: 2013

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0 / projekcja: 3,5/ trwałość: 6,0

 

 

PS. Pachnidła SHL 777 można przetestować i zakupić w perfumerii Quality Missala.

 

Beaufort London „Vi et Armis”

Za sprawą marki Beaufort London, o której pisałem już swego czasu tu, pozostajemy w Wielkiej Brytanii, której społeczeństwo – nie dalej jak przedwczoraj, 23.06.2016 – postanowiło „wypisać się” z Unii Europejskiej głosami 52% biorących udział w referendum, co jest wydarzeniem bezprecedensowym i historycznym o ogromnym znaczeniu zarówno politycznym jak i gospodarczym. Właśnie. Ale co to ma wspólnego z perfumami? Otóż Vi et Armis (łac. Siła Ramion), opisywane dziś przeze mnie pachnidło Beaufort London, to zapach mający wiele wspólnego z brytyjską gospodarką. Przechrzczony z wcześniejszej nazwy (East India) powstał z inspiracji  wielowiekową potęgą brytyjskiej floty handlowej i chwalebną historią angielskiej wymiany handlowej, bez której Anglicy nie mieli by nigdy szansy stać się wielbicielami m.in. herbaty, a ich kuchnia pozbawiona byłaby orientalnych przypraw, zaś sztuka nie byłaby tym, czym była bez szmuglowanego przez piratów opium. W Vi et Armis znajdziemy więc nuty bezpośrednio nawiązujące do popularnych wówczas towarów handlowych (przyprawy, herbata, whisky, kadzidło, tytoń, opium).

Vi-Et-Armis-vibe-shot-500x500

„Herbata, tytoń, opium, whisky i religia dostarczają mężczyźnie emocjonalnego podekscytowania.”

Georg Bernard Shaw

 

Jeżeli za symbol religii w perfumach przyjąć kadzidło (przecież słusznie), to Vi et Armis jawi się jako olfaktoryczne przedłużenie słów słynnego pisarza i noblisty. Stylistycznie zaś jest bardzo spójny z pozostałymi zapachami marki Beaufort London. Bezkompromisowy i zdecydowany, a przy tym bardzo męski. Już pierwszy akord nie pozostawia wątpliwości co to charakteru zapachu. Połączenie wibrującego czarnego pieprzu z subtelnie cytrusowym kardamonem za pomocą zielonej nuty liści herbaty tworzy bardzo wyrazistą woń, w której poszczególne składniki są całkiem mocno zauważalne. Z czasem lekka nuta herbaciana ustępuje miejsca mocniejszym „używkom” w postaci nuty whisky wymieszanej z kadzidłem (!)  i – przede wszystkim – tytoniu.  Aromat tytoniowy jest tu bardzo sugestywny, aczkolwiek nie ma nic a nic wspólnego ze słodkim i miodowym tytoniem  w typie Tobacco Vanille Toma Forda, Feuilles de Tabac Miller Harris czy Tabac Aurea Sonoma Scent Studio. W zapachu Beaufort jest on brudny, męski, wytrawny. W bazie Vi Et Armis przeobraża się w zdominowany przez brzozowy dziegieć akord dymny w rodzaju Black Tourmaline Oliviera Durbano połączony z suchą popiołową znana mi z Serge Noire Serge’a Lutensa. Całość pachnie naprawdę niesamowicie i bardzo… mrocznie.

Bez względu na porównania czy skojarzenia, które są naturalnym aspektem recenzowania zapachów, Vi Et Armis w mojej opinii potwierdza, że Beaufort London to marka zdecydowanie warta uwagi szczególnie ze strony wielbicieli zapachów mrocznych, dymnych, popiołowych i wytrawnych. A że sam do nich należę, z pewnością będę śledzić kolejne poczynania pana Leo Crabtree.

Vi-Et-Armis-bottle-and-Pack

nuty głowy: kardamon, czarny pieprz, liście herbaty

nuty serca: whisky, kadzidło, opium

nuty bazy: tytoń, brzoza, oud

rok premiery: 2016

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****

 

PS. Perfumy Beaufort London można przetestować i nabyć w perfumerii Lulua w Krakowie.

Comme des Garcons „Black”

Ci którzy śledzą mój blog, zauważyli z pewnością, że piszę na nim nie tylko o pachnidłach (choć przede wszystkim o nich), ale i o ich twórcach, a czasem także o tzw. ludziach z branży. O tak. Perfumy nie istniałyby, gdyby nie ludzie. Wyjątkowi ludzie. Przede wszystkim perfumiarze – ci niezwykle utalentowani i niebywale pracowici artyści, uparci, konsekwentni, o anielskiej cierpliwości, obdarowani nie tylko fenomenalną pamięcią zapachową, ale i cechami charakteru pozwalającymi im na metodyczną i często tytaniczną pracę nad dziesiątkami wariacji pachnących kompozycji.

Jestem wielkim fanem Frederica Malle. Nie tylko jego wspaniałej biblioteki perfumowej, ale także i jego filozofii kierowania strumienia światła na twórców, na perfumiarzy, wyciągania ich z mroków anonimowości.

Ale sami perfumiarze zwykle potrzebują przewodnika, kogoś kto będzie pierwszym obiektywnym weryfikatorem kolejnych prób zapachowych oraz osobą nadającą kierunek pracom artysty. To tzw. kreatorzy, których powierzchowne media często mylą z perfumiarzami (doskonały przykład to Ann Gottlieb, wymieniania jako autorka dziesiątek mainstreamowych pachnideł, w rzeczywistości „jedynie” kierowała pracami nad nimi, absolutnie nie dotykając pipet, fiolek czy wagi laboratoryjnej). Osoby te piastują często w firmach funkcje tzw. dyrektorów kreatywnych i zwykle mają istotny wpływ nie tylko na zapach, ale i na kształt flakonu, jego kolorystykę, design opakowania, praktycznie na wszystko, co wiąże się z zaprojektowaniem produktu, jakim koniec końców są perfumy.

Tu wreszcie pojawia się czas i miejsce na jedną z najbardziej tajemniczych i najbardziej pomijanych (nawet na najlepszych blogach perfumowych), ale i jednocześnie najbardziej wpływowych osób z branży perfum. Mam przyjemność przedstawić Christiana Astuguevieille’a, Dyrektora Kreatywnego Comme des Garcons Perfumes, człowieka o ogromnym olfaktorycznym dorobku, który bez wątpienia odcisnął swoje wyraźne piętno na współczesnej perfumerii. 

CdG_Christian_Astuguevieille

To jemu – a nie zwykle wymienianej (także i przeze mnie w przeszłości) Rei Kawakubo – zawdzięczamy przebogatą ofertę jakże unikatowych, często pionierskich, awangardowych, kultowych zapachów Comme des Garcons. To on stoi za pierwszą, jakże unikatową Comme des Garcons EDP, a także za niesamowitą CdG 2 EDP, czy CdG 2 Man (wszystkie zapachy autorstwa Marka Buxtona). To on wymyślił ideę serii tematycznych CdG: 1 Leaves, 2 Red, 3 Incense, 4 Cologne, 5 Sherbet, 6 Synthetic, 7 Sweet, 8 GuerillaTo jego wizjonerskie podejście zaowocowało m.in. takimi zapachowymi eksperymentami jak Odeur 51 czy Odeur 73, gdy przedstawiając perfumiarzowi koncepcję tych zapachów, kazał wąchać mu rozgrzany kserokopiarkę, żarówkę i inne rozgrzane elementy znajdujące się w jego biurze, by ten opracował perfumy inspirowane rozgrzanymi przedmiotami, które nas na co dzień otaczają. To wreszcie on stoi za – jeszcze do niedawna – najnowszym pachnidłem CdG Black, który wieszczony był jako wielki powrót do korzeni marki po – nie oszukujmy się – słabszym okresie, który zaowocował niezbyt przekonującymi Wonderwood, Amazingreen czy kolorową serią Play (choć to właśnie w tej serii pojawił się zapach Play Black sprawiający wrażenie przymiarki do tegorocznego Black).

Comme_des_Garcons_Parfum

Będąc już solidnie zaznajomionym z kompozycją Guillaume’a Flavigny chcę z pełną premedytacją zgodzić się z zapowiedziami. Black jest świetnym pachnidłem, a do tego w 100 procentach comme-des-garcons-owym i choć penetruje doskonale już przeczesany przez tę markę temat drzewny, czy lepiej – drzewno kadzidlany, robi to w sposób absolutnie doskonały. Jestem tym zapachem urzeczony i cieszę się, że marka zaproponowała tak fantastyczną rzecz szczególnie, że wg mnie są to perfumy z mocnym przechyłem w męską stronę. Dlaczego Black tak mi się podoba? Bo łączy w sobie trzy inne bardzo przeze mnie lubiane pachnidła, zachowując przy tym wyraźną indywidualność i sznyt a la Comme des Garcons. W Black spotykają się: Carbone de Balmain, Black Tourmaline Durbano i nieodżałowany Gucci Pour Homme. Ale po kolei…

Guillaume Flavigny

Otwarcie jest przepiękne z dominującym czarnym pieprzem, który sprawia wrażenie niemal soczystości i delikatnej zieloności. Intensywne, bardzo esencjonalne, kręcące w nosie pieprzowymi drobinkami. Ten krótki z natury rzeczy wstęp nazywam fazą „Carbone na sterydach”. W sercu zapachu do głosu dochodzi smolista nutka dziegciu brzozowego zbalansowana słodkawą esencją korzenia lukrecji. Robi się nieco dymnie, ale dzięki olibanum i lukrecji ani nie kwaśno, ani nie gorzko. To faza „czarnego turmalinu”, choć w wydaniu bardziej przyjaznym niż mroczne i naturalistyczne dzieło Oliviera Durbano. Wreszcie – po około dwóch godzinach od aplikacji na skórze – ujawnia się baza zapachu, trwająca najdłużej, bo kolejnych kilka godzin. Ten etap bardzo przypomina mi bazę wspomnianego Gucci Pour Homme. By uniknąć nieporozumień – nie uważam, że Black pachnie identycznie jak Gucci, ale z pewnością jest do niego bardzo podobny – szczególnie po 2-3 godzinach po aplikacji (uważam, że podobieństwo jest tu dużo większe, niż w przypadku CdG 2 Man). Mało tego – gdy ostatnio porównałem oba zapachy ręka w rękę, mój głos padł na Black

cdg black notes 1

Black ma idealną projekcję i doskonałą, ponad 10 godzinną trwałość. Podczas tego długiego czasu praktycznie nie daje o sobie zapomnieć i czaruje pięknymi przejściami pomiędzy poszczególnymi fazami. Jest idealnie wyważony i niesamowicie równy – od początku do końca. Nie potrafię znaleźć w nim słabych punktów, każda jego faza jest równie świetna i zapada w pamięć. Dla mnie to zapach na 6-kę i tak go oceniam. Świetny, rewelacyjny wręcz przykład arcydzieła współczesnej perfumerii.

Wiem, że ogromna rzesza mężczyzn poszukuje godnego następcy Gucci Pour Homme i wciąż nie może go znaleźć. Panowie – wierzcie mi – oto on. Comme des Garcons Black w całym swoim majestacie! Czyż nie jest to najlepsza rekomendacja? Ja już zachorowałem na własną butelkę…

cdg black 1

Nuty głowy: czarny pierz, kadzidło olibanum

Nuty serca: skóra, lukrecja, brzoza, jesion kolczasty

Nuty bazy: cedr, wetiwer

twórca:  Guillaume Flavigny

rok wprowadzenia: 2013

moja ocena:

  • zapach: doskonały
  • projekcja: bardzo dobra
  • trwałość: ponad 10 godzin

Le Labo (4) – „Patchouli 24″ i „Gaiac 10″

Annick Menardo –  twórczyni m.in. Azzaro Visit, YSL Body Kourous, Lolita Lempicka Au Masculin, Bvlgari Black, Diesel Fuel for Life for Him, Armani Attitude, Givenchy Xeryus Rouge

Annick Menardo cieszy się uznaniem w perfumiarskim środowisku, a o to wcale nie tak łatwo. Koledzy po fachu podziwiają jej talent oraz fakt, iż wypracowała sobie sygnaturę, własny, rozpoznawalny styl, o co w tym fachu niezwykle trudno. Jej pachnideł nie sposób pomylić z niczym innym. To fakt. Ja jednak – mimo całego szacunku, jaki mam do Menardo – nie zostałem nigdy do końca przekonany jej olfaktorycznymi wizjami, choć doceniam je niewątpliwie i z pewnością zostałem nimi  zaintrygowany. Oczywiście poznałem zaledwie kilka i to wyłącznie męskich perfum jej autorstwa, ale ten styl nie trafił w mój gust w 100% z jednym wyjątkiem…

Patchouli 24

Tworząc ten zapach Menardo musiała zostać dotknięta geniuszem. Odważne połączenie słodkawych nut kulinarnych i balsamicznych z dominującą przez większość czasu dymną nutą (głównie smoły brzozowej, zwanej dziegciem oraz olejku z drewna jałowcowego – cade oil), dało piorunujący efekt. Tytułowej paczuli próżno tu szukać jako dającej wyraźnie znać o sobie, ale nie jest to problem, mimo mojej sympatii dla tego składnika. Patchouli 24 nie ewoluuje zbyt wyraźnie, bowiem większość użytych ingrediencji to „podobna waga molekularna”. Mimo tego zapach ma dobrą projekcję (trzyma się na „średnim dystansie”), natomiast dzięki temu ma świetną, ok. 10 godzinną trwałość. Patchouli 24 to z pewnością pachnidło niecodzienne i bardzo oryginlane. Jeśliby szukać jakichś podobieństw, to znajdziemy je raczej jedynie pośród zapachów niszowych, takich jak np. Lonestar Memories Andy Tauera. Patrząc na portfolio Menardo można w nim doszukać się protoplasty Patchouli 24 w postaci Bvlgari Black. Nie znaczy to, że oba zapachy są mocno podobne. Mają raczej zbliżony styl i pomysł na niecodzienne połączenie nut dymnych z waniliową bazą.

Niniejsza recenzja została szczęśliwie napisana w oparciu o przed-reformulacyjną wersję tego zapachu. Od niedawna bowiem – o czym Le Labo lojalnie informuje na swej stronie internetowej – zmieniony został jeden niezmiernie ważny składnik – wspomniany olejek z drewna jałowca (cade oil). Konkretnie – olejek nieoczyszczony został zastąpiony oczyszczonym (czyżby IFRA?), co podobno nie ma wpływu na zapach (lub ma minimalny), zaś widoczne jest poprzez jaśniejszą barwę perfum.

Patchouli 24 to niezwykłe i przepiękne pachnidło z dużym „przechyłem” w męską stronę. Rozumiem, że może ono spodobać się kobietom, tak jak choćby Mitsouko podoba się mężczyznom, jednak dla mnie (wiem, że to schematyczne, ale cóż…) wonie dymne, ogniskowe, nawet jeśli połączone z apetyczną wanilią, nieodłącznie kojarzą się z męskim wizerunkiem.

Wśród trzymającej wysoki poziom oferty Le Labo Patchouli 24 jawi się jako wyjątkowo jasno lśniący diament. Nie umiałbym ograniczyć się do używania tylko jednych jedynych perfum (ani nawet dziesięciu ;-)). Załóżmy jednak, że stoję przed taki trudnym wyborem ograniczenia się do 10 pachnideł. Patchouli 24 byłoby wśród nich na pewno.

nuty: smoła brzozowa, paczula, wanilia, styraks, drewno jałowcowe

ocena ogólna: 6/6


Gaiac 10 (Tokyo exclusive) 

Zapach należy do cyklu City Exclusives i jest kolejną drzewną kompozycją w ofercie Le Labo oraz drugą stworzoną dla tej marki przez Annick Menardo. Właściwie to Gaiac 10 nie jest do końca zapachem drzewnym sensu stricto. Drzewny piżmowiec wydaje mi się najodpowiedniejszym określeniem na te trudne do zakwalifikowania perfumy. Jest to pachnidło jednocześnie transparentne, drzewne i subtelnie dymne. Menardo zastosowała w nim cztery różne molekuły piżmowe i to naprawdę czuć. Tytułowy gwajak gra jednak główną role, ze swą oryginalną, dymną i aksamitną naturą. Drzewny aspekt został tu wzmocniony wytrawnym cedrem, subtelny dymek unosi się z kadzidła frankońskiego, zaś syntetyczne, czyste, białe piżma przydają całości transparentnego „ciała”, odpowiadając także za trwałość zapachu. Co ciekawe powodują one także, że Gaiac 10 zachowuje się czasem jak sławetne Molecule 01 będąc na przemian wyczuwalnym i niewyczuwalnym dla noszącego, tląc się gdzieś w tle, na chwilę znikając, by przy najbliższej okazji pojawić się znowu. I wszystko byłoby naprawdę świetnie, gdyby nie jedno wielkie „ale” dotyczące wątpliwych „walorów użytkowych” tego zapachu. Koniec końców to mają być perfumy. A perfumy mają pachnieć. Pachnieć wyraźnie i długo. Ale, ale! To tylko mój subiektywny punkt widzenia, z którym nie każdy musi się zgodzić. A już na pewno nie zgodzą się z nim Japończycy, z myślą o których Gaiac 10 został stworzony! Możliwy do nabycia jedynie tokijskim sklepie Le Labo jest odzwierciedleniem dalekowschodniego, minimalistycznego podejścia do perfum. Znawcy rynku perfum nie od dziś wiedzą, że Japończycy preferują subtelne, transparentne i ulotne perfumowe wonie bądź brak perfum w ogóle! Gaiac 10 oceniony w tym, jakże istotnym, kulturowym aspekcie zyskuje, mimo że z moimi preferencjami ma niewiele wspólnego. Jako zwolennik perfum raczej intensywnych i gęstych (szczególnie w grupie „drewniaków”), choć doceniam oryginalny pomysł, kompetentne wykonanie i kulturowe dopasowanie, to jednak nie mogę ocenić Gaiac 10 na więcej niż na słabą czwórkę.

główne składniki: olibanum, drewno gwajakowe, absolut z drewna cedrowego, piżma (4 typy)

ocena ogólna: 4/6

cdn.