Le Labo (3) – „Vetiver 46″ i „Labdanum 18″

Dziś dwa pachnidła Le Labo, które zaskoczyły mnie najbardziej. Powodem zaskoczenia nie była (niestety?) ich oryginalność. Wprost przeciwnie – uderzająca wtórność…

Vetiver 46 (Mark Buxton) 

Pachnidło określane przez Le Labo jak najbardziej męskie w ich ofercie zdaje się być niczym innym jak doskonalszą wersją Comme des Garcons 2 Man. Czy to dobrze? Moim zdaniem i dla mnie osobiście: tak, bowiem bardzo lubię 2 Man, ale niestety zawsze brakowało mi w nim mocy, trwałości i głębi, które znalazłem właśnie w Vetiver 46. Gdy porównać oba zapachy, 2 Man wydaje się być rysowanym lekką kreską szkicem Vetiver 46. Nie muszę dodawać, ale zrobię to dla jasności, że za obiema kompozycjami perfumeryjnymi stoi ten sam perfumiarz – niejaki Mark Buxton. Rzadki gość mojego bloga, a szkoda, bo artysta to dużego kalibru i o rozpoznawalnym stylu, mający na koncie tak świetne i oryginalne pachnidła jak pierwsze Comme des Garcons, CdG 2, CdG 3, Ouarzazate z serii Incense, trzy kompozycje do niszowej kolekcji Thorstena Biehla, Amariage Mariage Givenchy, Kapsule Light Lagerfelda i wiele innych .

Kto zna CdG 2 Man (a uważam, że warto je poznać), ten wie, że poczujemy w nim wiele składników, ale nie wetiwer. Zgadza się. Tak też jest w przypadku Vetiver 46. Choć obecny w składzie, nie ujawnia się w żadnym momencie trwania zapachu. Przewaga nut drzewnych i słodko kadzidlanych (dominują labdanum, olibanum, gwajak i cedr oraz wanilia), zapach-sygnatura Buxtona, lądujący gdzieś pomiędzy Gucci Pour Homme a Palisander Comme des Garcons, czyli będacy wypadkową drzewnych woni i kaszmeranu z jednej strony oraz zapachu świecy woskowej z drugiej. Wszystko to daje jedyny w swym rodzaju efekt, który bardzo mi odpowiada.

Jako fan 2 Man umieszczam Vetiver 46 na swej liście must have. Są to perfumy o wyraźnym i niesamowicie oryginalnym zapachu, modernistyczne, tajemnicze i męskie. Ciepło-chłodne i dystansujące, nieco wyniosłe. Bardzo charakterystyczne i posiadające sygnaturę, czyli nutę rozpoznawalną i nie do pomylenia z niczym innym. No chyba, że Comme des Garcons 2 Man….

Swoją drogą to zadziwiające. Przecież Vetiver 46 to ewidentny (i nie ma tu mowy o przypadku) autoplagiat wykonany przez samego Buxtona (kolejny tego typu przypadek to wg mnie wspomniane Ouarzazate i mb03 Biehl Parfumkunstwerke tegoż samego autora). Czy zrobił to świadomie? Na pewno. Czy zrobił to na zamówienie właścicieli Le Labo? Najprawdopodobniej tak. Nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że panowie Penot i Roschi są wielbicielami 2 Man i chcieli mieć go w swojej ofercie, tyle że w lepszej wersji. Oto jest. Dla mnie obok Santal 33 i Patchouli  24 to póki co najlepszy zapach w ofercie Le Labo.

ocena ogólna: 5/6 (nie będzie szóstki za autoplagiat ;-))

główne składniki: wetiwer, olibanum, cedr, labdanum, ambra, bergamotka, wanila, czarny pieprz, drewno gwajakowe, goździk

Labdanum 18 (Maurice Roucel)

Maurice Roucel (m.in. Hypnose for Men Lancome,  KenzoAir, LaliqueLion Pour Homme, Hermes 24, Faubourg)

Tylko 18 składników i „tylko” jeden nos. Ale za to jaki! Maurice Roucel (ostatnio często wspominany przez mnie na blogu) popełnił Labdanum 18 dla Le Labo. Ale zaraz… Czy to obsesja czy urojenia, czy ja ten zapach już gdzieś kiedyś czułem? Oczywiście. Roucel poszedł w ślady Buxtona i podobnie jak tamten dał Le Labo ich własne 2 Men, tak Maurice zrobił dla nich bliźniaka Musc Ravageur z kolekcji Frederica Malle. Zaskoczenie? Niewątpliwe. Penot i Roschi w tych dwóch przypadkach zagrali na nosie niszowej konkurencji, podkupując jej nie tylko perfumiarzy (w końcu obaj są wolnymi strzelcami, no prawie…), ale i same kompozycje perfumiarskie. Oczywiście Labdanum 18 nie jest w 100% identyczny jak Musc Ravageur, ale podobieństwo jest tak wielkie, że nie do pomylenia. Kompozycje zapachowe (w przeciwieństwie do ich nazw i kształtu flakonów) nie są chronione prawami autorskimi. Kopiowanie zapachu i sprzedawanie go pod inną nazwą nie jest nielegalne. A jeżeli do tego oba zapachy są tylko odrobnikę różne i skomponował je ten sam człowiek, to w czym problem? Hm… Wyobraźmy sobie Edmonda Roudnitskę, który po tym jak stworzył Eau Sauvage dla Diora, robi niemal identyczne perfumy dla Chanela. Niewyobrażalne, biorąc pod uwagę poziom etyczny Mistrza. Ale współcześni mistrzowie zdają się nie mieć tego typu skrupułów, tym bardziej, że zleceniodawcy byli z pewnością i zdesperowani i szczodrzy.

A sam zapach? No cóż… Jest fantastyczny. Tak jak fantastyczny jest Musc Ravageur. Co zatem różni obie kompozycje? Wg mojego nosa głównie słabsza w Labdanum 18 nuta animalna (kastoreum), cielista i zmysłowa, która towarzyszy cynamonowi w Musc Ravageur.  Nie dziwi mnie to – wszak Le Labo to – mimo francuskich korzeni – amerykańska marka. Po raz kolejny potwierdza się unikanie trudnych, fizjologicznych nut w perfumach przeznaczonych na ten rynek. Jest też Labdanum mniej kulinarne, mniej cynamonowe, nieco bardziej wytrawne, przez co być może trochę bardziej ciąży ku męskiej charakterystyce. Jest także bardziej przyskórne i mniej intensywne. Mimo tych (drobnych) różnic podobieństwo do Piżmowego Dzikusa jest tu ewidentne. Labdanum 18 to doskonałe, bardzo zmysłowe pachnidło wieczorowe, gdy planujemy wspólną kolację połączyć ze śniadaniem 😉

główne nuty/składniki: labdanum, cywet, kastoreum, piżmo, smoła brzozowa, cynamon, wanilia, paczula, balsam Gurjaum, tonka

ocena ogólna: 5/6 (nie będzie szóstki za autoplagiat ;-))

cdn.

Frederic Malle Editions de Parfums: Musc Ravageur by Maurice Roucel

Wieść niesie, że już niedługo jedna z najbardziej prestiżowych i ekskluzywnych marek perfumeryjnych Editions de Parfums Frederica Malle będzie dostępna w jednej z warszawskich perfumerii. Ogromnie mnie to cieszy, bowiem to kolekcja doprawdy niezwykła. Kilka należących do niej pachnideł, które miałem przyjemność już poznać, zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Legendarnego już French Lovera opisałem na swoim poprzednim blogu perfumum.blox.pl. Dziś kilka zdań o Musc Ravageur autorstwa Maurice’a Roucela.

Maurice Roucel to bezsprzecznie jeden z najwybitniejszych perfumiarzy naszych czasów. Przedstawiciel perfumiarskiej ekstraklasy. Ma na swym koncie ponad 100 kompozycji, wśród nich wiele niezapomnianych, jak choćby damskie Envy Gucciego, 24, Faubourg Hermesa, czy pierwszy Lalique Pour Homme (Lion), a z nowszych choćby całkiem udany Hypnose Homme Lancome. Jak dotąd Roucel uzupełnił zapachową bibliotekę Fredrica Malle o dwie kompozycje: Dans Tes Bras i właśnie Musc Ravageur, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy ni mniej ni więcej tylko „Piżmowy Niszczyciel” (!).

Sugestywna nazwa może nieco onieśmielać. Wbrew niej jednak perfumy Roucela okazują się być eleganckim i bardzo noszalnym orientalnym przyprawowcem, w którym tytułowe piżmo – choć wyraźnie obecne – to jednak nie dominuje, a jedynie pięknie uzupełnia dzieło.
Otwarcie tej kompozycji budzi respekt. Cynamonowo-goździkowa mieszanka (z akcentem na cynamon), ułagodzona jest rzekomymi cytrusami, z których ja wyczuwam tu jedynie mandarynkę (co nie znaczy, że innych cytrusów tu nie ma). Ale nie o cytrusy tu przecież chodzi. Po chwili madarynka odpuszcza, zaś na pierwszy plan wychodzi mix goździków i cynamonu. Robi się dość kulinarnie i smakowicie. Z czasem zapach traci na przyprawowości i zmierza w kierunku tytułowego piżma, jednak zanużonego w słodkiej, ale nie ulepkowej wanilii. Na tym etapie gdzieś w oddali majaczy waniliowo-drzewny Guaiac M. Micallef. Pozostałe składniki bazy wspaniale podbudowują ostatni mocno już piżmowy akord. Trzeba jednak nadmienić, że rozwój tego pachnidła na skórze jest bardzo ograniczony i w zasadzie odbywa się na linii: słodkie cytrusy/przyprawy/piżmo – wanilia/piżmo – piżmo.

Nie będę ukrywał, że Musc Ravageur to pachnidło nad wyraz seksowne w swej słodkawo-przyprawowo-piżmowej cielesności. Nie ma tu tej zadziornej, intensywnej zwierzęcości, jaką znam z innego dzieła z piżmem w tytule Musc Koublai Khan Serge’a Lutensa, gdzie cywetowa nuta zdaje się przygniatać całość swym wydzielinowym, zwierzęcym charakterem. Tu za to Roucel proponuje nam bardziej uładzoną, łagodną, nieco kulinarną, hedonistyczno-sybarycką olfaktoryczną przyjemność. Śmiało może ją sobie zafundować zarówno mężczyzna, jak i kobieta. Musc Ravageur przystoi obu płciom i na obie może działać w sposób oczekiwany – czyli uwodzący. Ma też jedną niezwykle ważną cechę, którą szczycić się mogą jedynie perfumy wyjątkowe i charakterystyczne. Gdy się ich spróbuje raz czy drugi, to użyte po dłuższej przerwie w mgnieniu oka przywołują okoliczności ich pierwszego użycia. Głęboko wnikają w olfaktoryczną pamięć i pozostają tam na zawsze. Czy wspomniałem już, że Musc Ravageur to fantastyczne pachnidło? Cudownie ciepłe, pełne, głębokie i hipnotyzujące? Nie?

Niszczyciel jest baaaardzo trwały (ponad 10 godzin).  Jest bardzo ukierunkowany i konsekwentny, a także jednoznaczny. Nie rozprasza się, nie jest chaotyczny. Trzyma się raczej blisko skóry, wtapia się w nią i ujednolica z nią. Nie powala mocą, ale ma jej dość, by cieszyć nos nosiciela przez kilka godzin. Ma tę niesłychaną i rzadką tendencję do „scalania się” z noszącym, do stawania się jego zapachem indywidualnym. Lubię w nim to.

Nuty górne: lawenda, bergamotka, mandarynka

Nuty środkowe: cynamon, goździk

Nuty dolne: drewno sandałowe, bób tonka, wanilia, piżmo, ambra, drewno gwajakowe, cedr

twórca: Maurice Roucel

rok wprowadzenia: 2000

moja klasyfikacja: wyrafinowane choć w sumie proste, doskonałe perfumy wieczorowe, na jesień i zimę, otulające i ciepłe, zmysłowe i uwodzicielskie,

w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 4/ trwałość: 5/ flakon: 5