Chanel „Boy” – powściągliwa elegancja

Co znaczy angielskie słowo boy, wie pewnie prawie każdy. Użyte w nazwie perfum niesie ze sobą konkretną sugestię. W przypadku nowych perfum Chanel z kolekcji Les Exclusifs ma ono jednak nieco inne pochodzenie, a jego zastosowanie jest też swoistą słowną grą. Inspiracją dla Oliviera Polge’a do skomponowania tego zapachu była postać Arthura Edwarda Capela, angielskiego gracza polo, swego czasu bliskiego przyjaciela, a nawet kochanka Coco Chanel, który będąc osobą zamożną, pomógł sfinansować jej pierwsze sklepy. Capel miał ksywkę Boy. Idąc tym tropem Polge skomponował urocze fougere o dwoistej męsko-kobiecej naturze, dodając tym samym swoje drugie po Misia (2015) perfumy do ekskluzywnej linii Chanela.

olivier-polge-chanel

Charakterystyczne otwarcie, w którym dominuje duet lawendy i geranium, lekko nasączony rześkimi cytrusowymi esencjami bergamotki i grejpfruta, natychmiast umiejscawia Boy w kategorii klasycznego aromatycznego fougere. Ale ta prowansalska ziołowa świeżość została tu złagodzona odrobiną kwiatu pomarańczy, który Olivier Polge połączył w sercu z różą. Dzięki temu zabiegowi to, co początkowo niemal klasycznie męskie, po dłuższej chwili nabiera subtelnej, miękkiej kobiecości, która nigdy już nie opuszcza Boya, ale nigdy go też nie dominuje, zawieszając zapach „pomiędzy płciami”. Po dłuższej chwili do gry wchodzi emblematyczna kumaryna, zgrabnie podbudowana absolutnie z nią kompatybilną heliotropiną, dając lekko migdałowy efekt, którego nadmiernej kulinarności zapobieżono dodając jakże gatunkowego mchu dębowego. Duet sandałowca i wanilii zatopiony w piżmach stanowi o miękkim, bardzo komfortowym, niezwykle przyjemnym, na poły kobiecym, na poły męskim finiszu Boya.

boy-chanel-fragrance-1170x629

Boy ma więc wszelkie cechy perfum uniseksowych. Pierwiastki tradycyjnie uznawane w perfumerii za damskie i męskie zostały tu w sposób bardzo precyzyjny zrównoważone, a zapach będący początkowo wyraźnie po męskiej stronie, im bliżej finiszu, tym w swej komfortowej miękkości coraz bardziej oddala się od męskich, balbierskich archetypów gatunku, nigdy nie przechodząc wszakże na ewidentnie kobiecą stronę.

I to jest właśnie w tym fougere specyficzne: jego jednoczesna klasyczność i nowoczesność. Złagodzona męskość i subtelna kobiecość. Zręczność i kunszt, z jakim udało się połączyć te elementy w jedną przekonującą całość, nie powinny dziwić, gdy przypomnimy sobie, że to własnie Olivier Polge skomponował Dior Homme – przeznaczone dla mężczyzn perfumy z dominującymi nutami irysa, szminki i pudru…

Boy jest zapachem o grzecznej projekcji, przyjemnie i długo wyczuwalnym przez osobę go noszącą oraz pozostawiającym za nią niedługi, ale stale obecny „ogonek”.

Ma w sobie to coś, co mają tylko niektóre pachnidła z najwyższej półki. Emanuje z niego wyczuwalna wysoka jakość składników, połączonych w doskonałą, bardzo elegancką kompozycję, której celem nie jest zaszokowanie, obezwładnienie czy przytłoczenie przepychem, ale raczej powściągliwe i bardzo wysmakowane podkreślenie wyrafinowanego gustu i wysokiego statusu. Kwintesencja Chanela w jego luksusowej istocie. Maksimum elegancji przy minimum formy. Boy to ma.

Sam twórca ma w kwestii „płciowej” Boya swoje odrębne, dość zaskakujące zdanie:

Nie próbowałem stworzyć zapachu uniseksowego, tylko raczej zapach męski i pokazać, że z powodzeniem może być noszony przez kobietę. Nie chodziło mi o skomponowanie perfum „pomiędzy płciami”, lecz perfum bardzo męskich.  A płeć – jak to z wieloma rzeczami bywa – nadawana jest przez osobę, która tę rzecz nosi.

Cóż, twórca wie przecież najlepiej. Ja jednak uważam, że panowie – tradycyjnie przyzwyczajeni do tego typu aromatów – natychmiast zaaprobują, a nawet pokochają Boya i luksusową aurę, jaką roztacza, podczas gdy dla pań jego męska dominanta może stanowić pewne wyzwanie. Na końcu jednak wszystko jest kwestią gustów i indywidualnych predyspozycji, a przecież wiele kobiet preferuje męskie perfumy i to nie tylko na skórze swych partnerów. Mnie Boy spodobał się bardzo i tylko jego „ekskluzywna” cena powstrzymuje mnie przed zakupem flakonu. Przynajmniej na razie…

chanel-boy

nuty głowy: grejpfrut, cytryna, lawenda

nuty serca: geranium, kwiat pomarańczy, róża

nuty bazy: kumaryna, heliotrop, drewno sandałowe, wanilia, mech dębu, piżmo

perfumiarz: Olivier Polge

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,5 / projekcja: 4,0/ trwałość: 4,0

Chanel Les Exclusifs „Coromandel”

Coromandel nawiązuje do nazwy ozdobnych, lakierowanych chińskich parawanów, których mademoiselle Coco Chanel była wielbicielką i kolekcjonerką (a które w XVII wieku trafiały z Chin do Europy poprzez porty na indyjskim wybrzeżu Coromandel). Jacques Polge stworzył to niezwykłe pachnidło w 2007 roku i włączył je do butikowej, ekskluzywnej kolekcji Les Exclusifs. Oczywiście inspiracja jest tu tylko w nazwie, bowiem perfumy te nie zawierają ani nut drzewnych, ani woni farb czy lakierów, co akurat uważam za ich zaletę.

Pamiętam moją pierwszą reakcję na ten zapach. Byłem wniebowzięty. Następnego dnia wieczorem obejrzałem film o Coco Chanel z prześliczną Audrey Tautou w roli głównej, testując jednocześnie Coromandela na skórze. Przeżycie było wyjątkowe. Synestezja zadziałała. Do dziś zresztą jestem oczarowany, bowiem Coromandel to perfumy tak wyjątkowej urody, że – mimo sporej wprawy – trudno mi opisać je słowami w sposób wystarczająco adekwatny. Mimo to spróbuję, bo przecież o tym jest ten blog.

Coromandel to zapach z rodziny drzewno-balsamicznych, w którym główną rolę gra paczula połączona z nutami żywic (benzoina) i kadzideł (olibanum), a wszystkiemu towarzyszy subtelna nuta białej czekolady. Efekt tego połączenia – wykonanego z największą perfumiarską maestrią – jest zupełnie olśniewający. Paczula sama w sobie to składnik niezwykle wdzięczny i potrafiący czynić zapachowe cuda, o ile użyty został z umiarem i rozmysłem. Ma on bowiem tendencję do dominowania kompozycji. Ale paczula ma też jedną magiczną cechę. Mimo swej charakterystycznej, trochę pleśniowej, trochę kamforowej, kwaśno-ziemistej nuty, świetnie „paruje się” z czasem zupełnie wydawałoby się niecodziennymi partnerami (choćby karmelowy ethyl maltol, po połączeniu z którym – w uproszczeniu – „uzyskano” czekoladę w słynnym Angel T. Muglera). W Coromandel spółka Polge/ Sheldrake poszła właśnie w tym nieco bardziej kulinarnym kierunku, ale osiągnęła równowagę, złagodziła ostre oblicze paczulowego olejku doskonałej jakości żywicami i balsamami oraz – jak sądzę – wanilią. Powstały akord białej czekolady przyprawi o palpitację każdego perfumowego estetę i stanowi doskonały kontrapunkt dla paczuli. Mimo to na szczęście Coromandel nie kipi słodyczą. Twórcy nie popadli tu w przesadę pod żadnym względem z wyjątkiem jednego – przesadnego piękna. Tego tym perfumom nie potrafię odmówić.

Coromandel ma to „coś”. Naprawdę niewiele zapachów wyzwala we mnie takie uczucia. Może po prostu przypomina mi coś, co lubię, a może po prostu jest tak doskonały. Ewoluuje powoli, z czasem paczulowa dominanta ustępuje akordowi ambrowym (ale za to jakiemu!), ale wciąż gdzieś z oddali dobiega temat przewodni. Nie dzieje się tu więc zbyt wiele, ale to i dobrze, bo to co jest, jest absolutnie rewelacyjne. To zdecydowanie najpiękniejsze pachnidło z uwydatnioną paczulą, jakie znam i jednocześnie jedno z najpiękniejszych, jakie w ogóle miałem okazję nosić i testować. Absolutna górna półka.

W Internecie Coromandel często stawiany jest przez perfumistów obok Borneo 1834 Serge’a Lutensa, przy czym w pierwszym znajdziemy wspomnianą nutę białej, a w drugim czarnej, gorzkiej czekolady. Nie mogę osobiście tego potwierdzić, bowiem tej kompozycji Serge’a nie pamiętam tak dobrze (testowałem ją bardzo dawno temu z „mikropróbki”). Jednak biorąc pod uwagę fakt, że zarówno przy perfumach Lutensa, jak i przy tworzeniu Coromandela współuczestniczył Christopher Sheladrake, uważam za bardzo prawdopodobne, że oba zapachy są zbliżone. Nie omieszkam tego zresztą wkrótce sprawdzić.

Także z punktu widzenia cech jakościowych i użytkowych Coromandel to perfumy doskonałe. Moc, projekcja, „ogon”, wreszcie wielogodzinna trwałość. Podobnie jak w przypadku Sycomore, tak i tu mamy do czynienia z zapachem typu uniseks. Ja nawet pokuszę się o stwierdzenie, że to perfumy bardziej męskie niż kobiece.

Z recenzją Coromandela zwlekałem rok, będąc po prostu onieśmielonym jego urodą. To pachnidło genialne w każdym, ale to każdym względzie. Pachnie luksusowo – to na pewno. Jest jednak także doskonałym przykładem klasy i umiaru. Wszystko jest tu wg mnie idealne. Osoby mający szersze rozeznanie w ekskluzywnej serii Chanela często wymieniają Coromandel jako zapach w niej najlepszy. Ja mam jedynie porównanie do Sycomore i stwierdzam, że gdyby Polge/ Sheldrake z równym geniuszem potraktowali w nim wetiwer, z jakim w Coromandelu przedstawili paczulę, padłbym na kolana i trwał w niemym zachwycie. Przyznam, że tego zresztą nawet oczekiwałem, bo Coromandel jako pierwszy trafił w moje ręce. I nie jest moim zamiarem umniejszanie świetnemu skądinąd Sycomore.

Noszenie tych perfum to autentyczna rozkosz. Szkoda, wielka szkoda, że ich dostępność jest tak ograniczona, choć przecież w dobie Internetu i otwartych granic wszystko jest do kupienia. No prawie… 

główne nuty: paczula, biała czekolada, benzoina, wanilia

twórca: Jacques Polge/ Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2007

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 6/ moc: 6/ trwałość: 6/ flakon: 6

Chanel Les Exclusifs „Sycomore”

Perfumowa pasja jest swego rodzaju samonapędzającą się machiną. Jako entuzjasta tematu mam zawsze w głowie dynamicznie zmieniającą się listę zapachów, które chcę poznać oraz listę zapachów pożądanych (ostatnio widoczną na moim blogu po prawej jego stronie), które poznałem, i które podobają mi się do tego stopnia, że chciałbym nabyć pełen ich flakon. Pewna łapczywość w odkrywaniu nowych pachnideł jest chyba wpisana w tę pasję. Gdzieś w tle tego funkcjonuje przekonanie, że wszystko to po to, żeby w końcu znaleźć ten jeden jedyny zapach, który pozytywnie przewróci mój olfaktoryczny świat do góry nogami i spowoduje, że nic już nie będzie takie, jakie było dotąd. Mój zapachowy Graal. Oczywiście jest to jakaś forma oszukiwania się, bowiem taki zapach nie istnieje w rzeczywistości. Istnieje natomiast w marzeniach i to on napędza całą tę machinę. Ważne jest przecież, by gonić króliczka, a nie by złapać go. Prawda?

Piszę o tym przy okazji zapachu, który pragnąłem poznać jak chyba żaden inny dotąd, i który miał stać się tym moim jedynym (sic!). Chanel Sycomore z butikowej linii Les Exclusifs. Przekleństwo perfumistów, czyli internetowe recenzje (tak, tak!) podgrzały atmosferę do czerwoności, szczególnie, że wg nich to zapach zdominowany przez nutę wetiweru. A to działa na mnie jak lep na muchę. Jedyne, co mnie nieco martwiło, to pojawiające się bardzo częste porównania do Encre Noire Lalique, który – przy całym do niego szacunku – wciąż pozostaje dla mnie zapachem, który wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia. Ale z doświadczenia wiem, że należy wyrabiać sobie zdanie na bazie własnych doświadczeń, opinie innych traktując jednak li tylko jako ich subiektywne zdanie. W końcu, po długim czasie wypatrywania tych wręcz niemożliwych do kupienia w Polsce, a i nie tak łatwych do nabycia za granicą perfum, udało się. Sycomore dotarło i stanęło przed mną na biurku. I co?

Nie będzie zachwytów, „ochów” i „achów”. Będzie raczej rzeczowa recenzja. Nie żeby Sycomore mi się nie spodobał. Nie. To świetne pachnidło. Ale w szczególlny zachwyt także mnie nie wprawiło. O tym dlaczego – poniżej.

Po pierwsze Sycomore to rzeczywiście wetiwerowiec. Wyjątkowo gładka i miękka nuta trawska ciągnie się od samego początku aż do samego końca. Za to „wielki plus”, bo tego właśnie oczekiwałem. Na mojej wetiwerowej mapie umieściłbym Sycomore faktycznie w pobliżu Encre Noire, bliżej nawet Vetiver Extraordinaire Frederica Malle. Nieco dalej, ale wciąż dość blisko jest niedoceniane a świetne Vettiveru Comme des Garcons (choć ten jest „jaśniejszy” i bardziej cytrusowo-słony). Widać więc, że Sycomore mieści się w gatunku wetiwerowców „prostych” i bezpośrednich, nie udziwnionych. Trzymając się dalej porównania do Encre Noire – na szczęście dla mnie – Sycomore nie ma w sobie tej kwaśno-pleśniowej, irytującej mnie nuty obecnej w zapachu Lalique. Przyznam też, że testy ręka w rękę ujawniły, jak w sumie płytkim (choć interesującym) zapachem staje się Encre Noire po kliku godzinach od aplikacji na skórze. Sycomore ma zdecydowanie dłuższy „skórny” żywot i choć niemal nie ewoluuje (to jednak klasyczny „jednonutowiec”), to smuży subtelnie nawet wówczas, gdy po Encre Noire nie ma już śladu. Kaszmirowe, „ciemne” w zapachu drewno Encre Noire i delikatny, kremowy, aksamitny sandałowiec w Sycomore to elementy, które chyba najbardziej odróżniają obie kompozycje, pominąwszy nieco inny charakter wetiweru w obu pachnidłach. Czuję w tym zapachu doskonałe składniki i kompozycję zrobioną bardzo ostrożną ręką. Czuję raczej mistrzowski minimalizm godny J.C. Elleny, aniżeli popis maksymalistycznej wirtuozerii. Wszystkie inne składniki są tu na usługach boskiej wetywerii. Z początku niesie ją w przestrzeń różowy pieprz. Później jagody jałowca dodają jej zielonej głębi, aż w końcu drzewna baza sandałowca i cyprysa umacnia ją na skórze. Wetiwer jest więc obecny przez cały czas, co mnie niezmiernie cieszy. Testy na tkaninie wykazały też sporą zawartość ISO-E-SUPER, które ujawnia się w finiszu, ale którego nie poczujemy tak wyraźnie, gdy mamy perfumy na sobie.

Jedyny, absolutnie jedyny, zarzut jaki mam do kompozycji Sheldrake’a i Polge’a to jej średnia moc. Sycomore, jak każde inne perfumy z linii Les Exclusifs, nie są  adresowane do konkretnej płci. Wśród perfumowych Internautów panuje opinia, że jest to jednak zapach skierowany bardziej w stronę kobiet. Mogę się z tym poniekąd zgodzić, ale tylko pod względem jego zwiewności, która bardziej licuje paniom (szczególnie, że sama nuta wetiweru, choć tu niezwykle aksamitna, nie jest postrzegana jako stricte kobieca). Jako męskie pachnidło Sycomore ma wg mnie za mało charakteru i mocy. Gdyby ten zapach było o 50% mocniejszy, bardziej projektujący, stałby się dla mnie bezdyskusyjnie wetiwerowym numero uno. Mając to wszystko na uwadze sadzę, że Sycomore znacząco lepiej sprawdzi się w ciepłe i upalne dni, gdy wysoka temperatura zmusi szlachetne molekuły to żwawszego tańca. Stąd póki co odkładam Sycomore na wiosnę i lato, na jesień i zimę wybierając wetiwer mocniejszy, doprawiony i bardzo męski, świetny Le Vetiver marki Lubin.

Kolekcja Les Exclusifs miała swój początek w 2007 roku, kiedy to Chanel wprowadził do swej oferty serię perfum inspirowanych życiem Coco Chanel i miejscami, które odwiedzała i które miały dla niej szczególne znaczenie. Część tej kolekcji to nowe wersje nieco zapomnianych pachnideł z przeszłości (np. właśnie Sycomore), a część to zupełnie nowe kompozycje. Wieść niesie, że w 1930 roku Mademoiselle marzyła o perfumach drzewnych, które by się wyróżniały. W efekcie powstały Sycomore: wytrawne, dystyngowane i potężne. Jacques Polge odtworzył to pachnidło we współczesnej wersji. Sycomore jest odzwierciedleniem pragnienia samej Coco Chanel, by tworząc perfumy umieścić w nich najlepsze składniki, jednocześnie możliwie maksymalnie ograniczając kwestie formy ich opakowania. I rzeczywiście. Sycomore robi wrażenie jakością składników i zręczną kompozycją, ale i niezwykle elegancką powściągliwością zarówno samego zapachu jak i jego opakowania. Flakon jest klasycznie chanelowski, prosty, żeby nie powiedzieć ascetyczny i niezmiernie elegancki. Etykieta to chyba szczyt minimalizmu, zaś magnetyczny korek jest masywny i wykonany z najlepszej jakości tworzywa sztucznego. Ale i tak tu liczy się zawartość, a nie opakowanie. Rewelacyjnie prezentująca się w butli z transparentnego szkła słomkowej barwy ciecz to prawdziwa estetyczna uczta zmysłów.

O ile zapach Sycomore zasługuje wg mnie na wysoką ocenę, to jednak perfumy te nie zachwyciły mnie. To bardzo dobre pachnidło – w swym gatunku. Ale moje oczekiwania były nieco inne. Spodziewałem się jednak czegoś mocniej zbudowanego, uderzającego, projektującego. Zamiast tego otrzymałem subtelny i powściągliwie elegancki wetiwer. To jednak i tak sporo. Ale wciąż nie wystarczająco, by szczycić się mianem wetiwerowca nr 1.

nuty górne: wetiwer, różowy pieprz

nuty środkowe: wetiwer, jałowiec

nuty bazy: wetiwer, cyprys, drewno sandałowe

twórca: Jacques Polge/ Christopher Sheldrake

rok wprowadzenia: 2008

moja klasyfikacja: prosty, elegancki i ekskluzywny zapach; raczej na ciepłe pory roku; uniseks ze wskazaniem na mężczyzn, choć jego subtelność może znaleźć uznanie kobiet

moja cena w skali 1-6: kompozycja: 5/ moc: 3,5/ trwałość: 4/ flakon: 6