Eau d’Hermès – zapomniany klasyk

Eau d’Hermès – historycznie pierwsze perfumy tej marki – zostały wylansowane w 1951 roku. Skomponował je dobrze nam znany Edmond Roudnitska w okresie pomiędzy pracą dla domu Rochas w latach 40-tych, a erą Diora, która trwała od roku 1948 i słynnej Dioramy, aż do późnych lat 70-tych. Pachnidło zainspirowane zostało zapachem wnętrza wyimaginowanej torebki Hermèsa, w której nuty skóry mieszają się z zapachem perfum i innych znajdujących się w niej kosmetyków.

Jakkolwiek perfumy te wąchane współcześnie mają zdecydowanie retro charakter, wyobrażam sobie, że ponad 60 lat temu musiały robić ogromne wrażenie, bo w jakiś magiczny sposób, mimo dość ubogiej palety środków wyrazu, jaką dysponowali w tamtych czasach perfumiarze (w porównaniu do czasów obecnych), Edmondowi Roudnitsce udało się osiągnąć zupełnie przekonujący skórzano-kosmetyczny efekt wnętrza damskiej torebki. Jeżeli założymy, że w owej wyimaginowanej torebce znajdują się któreś z perfum Roudnitski, wszystko zaczyna się tu zgadzać.

Jednak by go doświadczyć, trzeba najpierw przebrnąć przez dość trudny w odbiorze wstęp w którym nad przyjemnymi przecież cytrusami dominuje akord, który nazywam „brudną lawendą”, doprawioną goździkiem i czym tam jeszcze, z obecnym niemal od początku wyraźnym akcentem animalnym, który na mnie robi wszakże wrażenie nie tyle cyweto- ile szałwio-pochodnego (mogę się tu mylić). Wszystkie te składniki początkowo nie układają się, tylko raczej walczą ze sobą tworząc aromat, który dla przeciętnego, statystycznego nosa może okazać się doświadczeniem trudnym do zniesienia, a nawet traumatycznym. Jak to w prawdziwych francuskich perfumach bywa (a Eau d’Hermès to przecież przykład 100% klasycznych francuskich perfum!), potrzeba czasu, by ukazały one swoje właściwe, zwykle poruszająco piękne oblicze. Tak jest i w tym przypadku. Dość szybko ujawniający się akord głębi – istota Eau d’Hermès – to już wyraźna sygnatura Roudnitski. Nieco zwietrzałe wspomnienie cytrusów, dolny, bardziej kwiatowy niż ziołowy aspekt lawendowej esencji, ślady indolowego jaśminu i nuta animalna, wszystko złagodzone mieszanką tonki i wanilii na drzewnej bazie z cedru i sandałowca.

edmond-roudnitska-young-700x488
Młody Edmond Roudnitska, fot. CafleureBon

Klasyczny i jakże niedzisiejszy aromat, który niezbyt dobrze się zestarzał – w tym sensie, że współcześnie docenią go jedynie koneserzy perfum i osoby mające sentyment do tego typu aromatów. Eau d’Hermès  to bowiem przeciwieństwo pozbawionego trudnych nut, świetlistego i unikającego kontrowersji – przez co ponadczasowego – Eau Sauvage. A przecież oba zapachy skomponował ten sam człowiek (choć daty ich wylansowania dzieli 15 lat).

Aktualnie sprzedawana wersja Eau d’Hermès, widoczna na poniższej fotografii, musi być – jak sądzę – niezwykle bliska pierwowzorowi Roudnitski z jednego głównego powodu – nad jej kształtem czuwa Jean-Claude Ellena, perfumiarz, dla którego Roudnitska to największy – jeżeli nie jedyny – mentor i wzór.

Warto zaznaczyć, że Eau d’Hermès to wbrew niewinnej nazwie (określenie eau kojarzy się współcześnie z zapachami raczej lekkimi i zwiewnymi, ale 60 lat temu nie miało takich konotacji) pachnidło zaskakująco agresywne i mocne, szczególnie w pierwszej fazie, a z czasem układające się na skórze w zdecydowanie spokojniejszy, ale całkiem trwały aromat. Moje główne skojarzenie, gdy chodzi o podobieństwa do innych znanych mi perfum, to Eau Sauvage Extreme w pierwotnej wersji (1982) – tyle, że bez nuty animalnej oraz – właśnie ze względu na podobne połączenie lawendy i cywetu – Jicky Guerlain, tyle że w Eau d’Hermès nie doświadczymy rzecz jasna guerlinade – puszystej orientalno-kulinarnej bazy charakterystycznej dla pachnideł Guerlaina. Zapach Hermesa jest mniej ciepły, bardziej cytrusowy, skórzany, ostry i… surowy. Generalnie – trudniejszy w odbiorze niż oba wymienione. To pozycja tylko dla najbardziej wyrobionych odbiorców, która dzięki jej wierności oryginałowi, przepięknie prezentuje unikatowy styl wielkiego Edmonda Roudnistki, który dał początek jednej z dominujących estetyk w perfumerii okresu powojennego.

 

 

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

dominujące nuty: cytrusy, lawenda, nuty ziołowe, nuty animalne

twórca/nos: Edmond Roudnitska

rok premiery: 1951

moja ocena:

zapach: 4,0/ trwałość: 4,0/ projekcja: 4,0

 

Reklamy

Olivier Durbano #13 – Labradorite – szczęśliwa trzynastka?

Dwa tygodnie temu w Domu Perfumeryjnym Quality Missala odbyła się polska premiera najnowszego pachnidła Oliviera Durbano: Labradorite.

IMG_20171125_125410

To już trzynasta zapachowa kompozycja tego artysty, który – przypomnijmy – mieszka i pracuje w Grasse, a więc kolebce europejskiej perfumerii, gdzie od niedawna można także odwiedzić jego malutki butik zlokalizowany w samym sercu starego miasta – na Place Aux Aires. Olivier przybył do Polski, by przy okazji przeprowadzenia warsztatów poświęconych nutom kadzidlanym w swoich perfumach, zaprezentować właśnie Labradorite, którego trzynasty numer artysta określił jako szczęśliwy… Hmm…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-077

Przyznam, że z przyjemnością przypomniałem sobie po kolei niezwykłe, unikatowe pachnidła Oliviera i niezwykłe kamienne i duchowe inspiracje, jakie za nimi stoją. Powróciło moje wcześniejsze przekonanie, że Perfume Stone Poems to jedna z najbardziej niesamowitych kolekcji perfumerii artystycznej, w której od dawna mam swoich faworytów (Black Tourmalin, Heliotrope, Rock Crystal, Pink Quartz, Lapis Lazuli), a pachnidła ją tworzące nie mają sobie równych i są trochę jakby nie z tego świata…

20171125-Radek Zawadzki-Wykład Oliviera Durbano-017

Labradorite #13 składa się z dwunastu składników. Wedle słów twórcy brakującym trzynastym jest człowiek.

Tak więc perfumy te są kompletne tylko wówczas, gdy naniesione na skórę (swoją drogą myślę, że to tyczy się każdych perfum). Jak wyjaśnił Olivier, pachnidło to ma dwie strony, tak jak kamień, który posłużył za inspirację. Jedna jest gładka i błyszcząca, druga – surowa i szorstka. Te dwie natury kamienia artysta oddał poprzez kontrast akordu tuberozy i nut animalnych – cywetu i kastoreum. W otwarciu zapachu znajdziemy akcent ziołowy w postaci majeranku i kardamonu, który zdaje się potwierdzać, że Olivier od pewnego czasu chętnie umieszcza w swych kompozycjach wonne zioła (koper w Promethee #10, kmin i szałwia w Chrysolithe #11, tymianek w Lapis Lazuli #12).  W składzie nie zabrakło oczywiście kadzideł, tym razem w postaci żywic olibanum i opoponaksu. Ich rola w Labradorite nie jest wiodąca, ale z pewnością to właśnie one tworzą ciepły i otulający klimat tego zapachu. W jego centrum pozostaje wszakże bardzo oryginalne ujęcie tuberozy z podkreślonym jej zwierzęcym aspektem. Kwiat ten osadzony został w żywiczno-ziołowym kontekście, co powoduje, że nie przypomina żadnych znanych mi – zwykle kobiecych – perfum z akordem tuberozy. Co więcej – jak wszystkie perfumy Oliviera – nie daje się zaszufladkować także w aspekcie płci.

Labradoryt

Szczerze mówiąc, gdyby nie towarzyszący premierze opis nut zapachowych, nie zidentyfikowałbym tu tuberozy… Owszem jest w tych perfumach pewna nuta, ujawniająca się w sercu i trwająca dość długo, którą można by z pewną dozą dobrej woli nazwać kwiatową, choć na pewno nie typową. No ale pamiętajmy, że to autorska, całkowicie artystyczna interpretacja tej woni. Niestety drażni mnie ona jakimś przebijającym się z niej syntetykiem, jakby użytym tu w przesadnej ilości. No ale to wyłącznie mój subiektywny i indywidualny odbiór, niemniej zakłócony właśnie przez tę nutę. Czy to jest owa tuberoza, czy nie – nie ma znaczenia. Ze względu na tą nutę właśnie 13-te dzieło Oliviera przypadło mi do gustu najmniej ze wszystkich.

Niezależnie od moich osobistych wrażeń i ocen, Labradorite jest dla mnie kolejnym dowodem na to, że Olivier Durbano nie przestaje zaskakiwać oryginalnością swych olfaktorycznych pomysłów, i że konsekwentnie od 13 lat podąża swoją własną ścieżką, nie oglądając się na innych. I to dosłownie. Bo nie wiem, czy wiecie, ale Olivier nie testuje żadnych innych perfum poza własnymi, by pozostać wolnym od jakichkolwiek, nawet nieświadomych wpływów. Promuje swoje pachnidła w perfumeriach zlokalizowanych w całej Europie, ale nigdy nie wącha żadnych dostępnych w nich perfum innych marek. Zadziwiające i – jak dla mnie – niemal niewyobrażalne… Z drugiej strony taka postawa z pewnością pomaga w koncentracji na własnych pomysłach i może owocować unikalną stylistyką, z czym w przypadku Durbano z pewnością mamy do czynienia. Trzynasty kamienny zapach dowodzi tego tak samo, jak wszystkie pozostałe. Pachnie wyjątkowo, unikatowo i stylistycznie spójnie z pozostałymi dwunastoma. I choć z wyżej opisanego względu nie dołączył do grona moich faworytów, to obiektywnie rzecz biorąc oceniam go jako wart uwagi, jak każdy zapach z tej niezwykłej kolekcji. Choć znajdziemy w niej rzeczy moim zdaniem dużo, dużo lepsze, jak na przykład poprzedni Lapis Lazuli czy wcześniejszy naprawdę uroczy Chrysolithe.

Durbano Labradorite
fot. Fragrantica

nuty głowy: drewno gwajakowe, majeranek, kardamon

nuty serca: tuberoza, ambra, olibanum (kadzidło frankońskie)

nuty bazy: żywica agarowa (oud), sandałowiec, cyweta, kastoreum, opoponaks, piżmo

moja ocena:

zapach: 3,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 4,0-3,5

Amouage „Figment Man” – stąpając po bhutańskiej ziemi

Dla porządku – Figment Man i Figment Woman to trzeci – po Journey (2014) i Myths (2016) – perfumowy duet cyklu „Portraits of Life”, który wydaje się być oczkiem w głowie Christophera Chonga i jego polem do olfaktorycznych poszukiwań. Wchodzące w skład cyklu męskie pachnidła były jak dotąd bardzo udanymi mariażami „amuażowego” bogactwa, finezji i doskonałej jakości składników z eksperymentem, przy czym Journey Man – ze swym tytoniowo-skórzano-drzewnym tematem – wypadł całkiem zachowawczo, gdy porównać go z Myths Man (popiół, kadzidło i chryzantemy!). Natomiast tegoroczny Figment Man – dla powstania którego inspiracją był Bhutan, kraj, który od dawna fascynuje Christophera Chonga – posuwa olfaktoryczny eksperyment w zupełnie nowe rejony. Annick Menardo wraz z Chongiem sprokurowali perfumy, które mają szanse zatrząść perfumowym światkiem…

Christopher Chong

Wilgotne, gęste, ciepłe powietrze. Parująca po ciepłym deszczu ziemia w duszny letni dzień. Ten specyficzny zapach, czasem na granicy bycia przyjemnym, szczególnie, gdy znajdujemy się na łonie natury, w pobliżu łąk lub lasów. W tym powietrzy znajdziemy słodkie zapachy jagód, kwiatowych pyłków, traw i innych roślin, butwiejące liście i dysonansowo pachnące pozostałości rozmaitych żyjątek, wreszcie geosminę – charakterystyczny zapach ziemi produkowany przez niektóre bakterie, szczególnie intensywny właśnie po deszczu. To wszystko, tyle że w egzotycznym Bhutanie. Albo w Figment Man.

bhutan

Zapach otwiera się zaskakująco i bardzo ekspresyjnie, natychmiast zwracając uwagę i wypełniając całe pomieszczenie wonią wilgotnej ziemi, wzmocnioną różowym pieprzem, a złagodzoną przez cytrynę i geranium. W tle czuję niby miodową, trochę drzewną i nieco też zwierzęcą nutę (podejrzewam tercet labdanum, gwajaku i cywetu lub innego składnika animalnego), która stanowi niesamowity kontrast dla rześkiego otwarcia, jednocześnie dodając całości intrygującej głębi. Z czasem zresztą intensywna ziemista nuta słabnie (choć fakt, czas to dość długi) i zapach zmienia się w kierunku wciąż oryginalnej, ale już dużo subtelniejszej, „okrągłej”, drzewnej bazy – trochę kwaskowej, lekko wetiwerowej, z majaczącymi gdzieś w tle odrobinami cywetu, labdanum i gwajaku.

Gdyby ogłoszono konkurs na najbardziej zaskakujące, ekspresyjne, dyfuzyjne i zwracające uwagę perfumowe intro perfumowe Figment Man miałby gwarantowane pierwsze miejsce. Co za potężna projekcja! W ogóle uważam, że najnowsze dzieło Chonga ma ogromne szansę na wyróżnienia w tegorocznych branżowych konkursach. Jest tak wyjątkowe, inne i przełomowe.

iStock_000005900018Small

Figment Man to zapach w pewnym sensie świeży, ale nie jest świeżość, jakiej moglibyśmy spodziewać po perfumach. To jej zupełnie inna, egzotyczna i niszowa odsłona. Zapach jest początkowo trudny w odbiorze, ale – co ciekawe – z każdym użyciem coraz bardziej wciąga, wrasta, fascynuje, rozbudza apetyty na więcej. Jest pachnidłem z gatunku love it or hate it. Zapachem dla tych, którzy chcą się wyróżnić i nie obawiają się reakcji otoczenia lub nawet lubią wzbudzać kontrowersje.

No właśnie. I tu pojawia się jedno ALE…

Figment Man to niewątpliwie efekt bardzo odważnego eksperymentu, który każe jednak zapytać, czy to jeszcze w ogóle są perfumy do noszenia na ciele, czy raczej już jedynie olfaktoryczne dzieło do podziwiania? Czy nie jest to raczej kompozycja, która lepiej sprawdziłaby się w świecy zapachowej mającej wypełnić nasz dom wonią tropikalnej ziemi Bhutanu? Czy aby na pewno chcemy tak pachnieć? Co więcej – czy chcemy, by ten zapach odczuwało nasze otoczenie? Na ile jest to dla nas ważne? Dlaczego o to pytam?Otóż reakcje znajomych osób, świadomych mojego hobby i będących niemal codziennie poddawanych „próbom” w związku z noszeniem przez mnie czasem bardzo niezwykłych niszowych aromatów, w przypadku Figment Man wszystkie bez wyjątku były natychmiastowe i… raczej niepochlebne. „Pleśń”. „Powietrze z klimy”. „Zgniłe ziemniaki”.”Stęchlizna”. „Zbutwiała ziemia”. I ja się tym reakcjom nie dziwie. Mało tego – do pewnego stopnia je podzielam. Sam za pierwszym razem miałem problem, by przyzwyczaić się do tej odmiennej nuty Figment na mojej skórze, mimo że przecież nie pierwszy raz spotykam się z pachnidłem, w którym wyraźna jest nuta ziemi czy wilgotnej leśnej ściółki – i nie piszę tu o paczuli, o nie. Raczej o tym, co można poczuć w takich zapachach, jak Bat Zoologist, Forest Walk Sonoma Scent Studio, Dirt Demeter czy 5 Elements Ramona Molvizara. O geosminie. Przy czym już „drugie noszenie” wypadło dużo lepiej i bardziej ekscytująco. Mój węch przyzwyczaił się do tej nietypowej nuty i zacząłem doceniać nowatorstwo Figmentu. Kolejne próby tylko utwierdzały mnie jego w niesamowitości. Jednak obawy dotyczące odbioru zapachu przez otoczenie pozostały. Nie w każdej sytuacji chcę narażać je na trudne dla niego doświadczenia zapachowe, a siebie na jego niejednoznaczne reakcje. I to mnie w noszeniu Figment Man niestety ogranicza. Nie zmienia to jednak mojej obiektywnej wysokiej oceny tego zapachu, której szczególnie ważną składową jest jego nowatorstwo, przy zachowaniu doskonałej – jak na Amouage przystało – jakości i parametrów użytkowych. Christopher Chong nie wypuszcza bowiem zapachów słabych czy średnich. O nie.

Na koniec wypowiedź legendarnego już perfumiarza Rosendo Mateu, który dopiero co udzielił wywiadu portalowi Fragrantica.com, w którym m.in. wypowiedział te jakże pasujące do Figmentu zdania:

„Trendy w perfumach są kreowane przez ekspertów. Jest ryzykownym stworzyć oryginalny zapach, możesz zostać wówczas niezrozumiany przez klientów, a produkt okaże się sprzedażową porażką. Wykorzystując natomiast niektóre składniki i akordy, które pasują do aktualnych trendów, możemy osiągnąć międzynarodowy sukces.”  

Co prawda nie wróżę Figmentowi międzynarodowego sukcesu (bo z pewnością nie po to został stworzony), ale jestem pewien, że to niezwykłe pachnidło znajdzie swoich wielbicieli.  Poza tym potwierdza ono, że Amouage pod wodzą Christophera Chonga przekształciło się z nieco zagubionej, poszukującej swojej tożsamości gdzieś pomiędzy wschodem i zachodem luksusowej arabskiej marki perfumowej w prawdziwą awangardę perfumowej niszy, będącą nieco przed, nieco ponad i nieco obok wszystkich innych.

Amouage Figment Man

nuty głowy: cytryna, geranium, różowy pieprz

nuty serca: drzewo sandałowe, akord zwierzęcy, wetiwer

nuty bazy: czystek (labdanum), drzewo gwajakowe, akord ziemi

perfumiarz: Annick Menardo

rok premiery: 2017

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 6,0/ trwałość: 4,5

 

 

 

 

 

Arquiste „El” – facet z wąsem i bakami oraz… kontem na portalu społecznościowym

Męska moda na brodę powoli przemija. Czy zastąpi ją wąs, baki i odkryty tors? Wg pewnych dwóch rodowitych Meksykanów jest to niewykluczone. W każdym razie przygotowali już perfumy na tę okazję…

Carlos Huber musi wyjątkowo dobrze rozumieć się z Rodrigo Flores-Roux. Od samego początku tworzą świetny twórczy tandem. Nic w tym dziwnego. Mają ze sobą bardzo wiele wspólnego. Obaj pochodzą z Mexico City. Obaj parają się perfumami. Pierwszy z nich jako właściciel marki Arquiste Parfumeur, drugi zaś jako profesjonalny perfumiarz pracujący dla Givaudan, znany ze współpracy z największymi tuzami branży, jako choćby Tom Ford, Donna Karan, Calvin Klein, Elisabeth Arden, John Varvatos, Dolce&Gabbana czy Houbigant. Flores-Roux jest też autorem wszystkich pachnideł marki Arquiste.

carlos-huber-rodrigo-flores-roux-arquiste-EL-700x386
Flores-Roux i Huber (fot. CaFleuerBon)

Arquiste długo musiało czekać na debiut na moim blogu. Gdy w końcu do niego dochodzi, marka robi to w bardzo ciekawym stylu. Zeszłoroczna premiera duetu zapachów – męskiego El i damskiego Ella – wzbudziła mój najwyższy stopień zaintrygowania. I choć wciąż jestem bardzo ciekaw, jak pachnie Ella (i coś czuję, że fenomenalnie – więc na pewno wkrótce „ją” przetestuję), to naturalna ciekawość dotycząca męskiego El zwyciężyła.

 

Oba pachnidła opisywane są jako podróż w czasie do roku 1978, do zlokalizowanego w Acapulco klubu-dyskoteki Armano’s. Są nostalgicznym powrotem do stylistyki perfumowej, jaka panowała w latach 70-tych i pierwszej połowie 80-tych. Z jednej więc strony ciekawy, choć w gruncie rzeczy przecież niespecjalnie oryginalny pomysł, z drugiej zaś – doskonałe wykonawstwo. Flores-Roux – jak mało który współczesny perfumiarz – czuję stylistykę retro, czego jak dotąd najpełniej dowiódł w nowej interpretacji legendarnego Fougere Royale Houbigant, o której pisałem niegdyś tu. Przy okazji El perfumiarz dokonał analogicznego zabiegu, tyle że tym razem punktem wyjścia był inny zapach-legenda: Kouros od Yves Saint Laurent. Ale uwaga – tak jak Fougere Royale 2010 nie jest zwykłą reaktywacją klasyka, tylko jego współczesną interpretacją, tak El nie ośmieliłbym się nazwać kopią Kourosa (nota bene wciąż przecież obecnego w ofercie marki YSL ), choć jego stylistyczne powinowactwo do genialnego dzieła Pierre’a Bourdona jest dla mnie oczywiste. Perfumowa stylizacja na lata 70-te? Owszem.

men seventies

Intro El jest zielone i ziołowe, z wysuniętą na przód szałwią, zmiksowaną z rozmarynem i geranium. Dość szybko ujawnia się animalna nuta (cywet), utrzymana wszakże w „rozsądnym” wymiarze. Serce to – znany nam z Kourosa – pojedynek brudno i gorzko pachnącej szałwii oraz zwierzęcego kastoreum z delikatną, czystą wonią kwiatu pomarańczy. Nad całością unosi się aura klasycznego męskiego fougere z obowiązkowym (i całkiem wyczuwalnym) mchem dębowym w bazie. Zapach ma solidną trwałość (finalna sucho-gorzka nuta – chyba kastoreum – trwa na mojej skórze ponad 12 godzin) przy – uwaga – raczej grzecznej, współczesnej projekcji. Ten chronologicznie ostatni aromat El zachowuje się dość niezwykle. Mianowicie siedzi na skórze cicho, ale od czasu do czasu daje znać o sobie nawet wtedy, gdy już myślimy, ze na dobre zamilkł. Użyty testowo wieczorem na przedramieniu, przebijał się przez całe do południa następnego dnia przez inne użyte „globalnie” perfumy.

Czarny flakon El przekornie kontrastuje z białą butlą Kourosa. Ale pod względem zapachu to niewątpliwie najbliżsi krewni, jak ojciec i syn. Łączy ich bardzo wiele, tyle, że obaj urodzili się w innych czasach. Nie są identyczni. Każdy jest indywidualnością. Co nie znaczy, że nie są do siebie podobni i nie mają cech wspólnych.

W bezpośrednim zestawieniu z jedną ze starszych formulacji Kouorsa, której resztkami jeszcze dysponuję, El wypada delikatniej i mniej zwierzęco. Ale gdy zestawić El z wzorcami współcześnie tworzonych męskich perfum, jego odbiór natychmiast się zmienia. El staje się super męski, niemal macho i – jak na współczesne standardy – całkiem wyraźnie zwierzęcy, szczególnie w późniejszych fazach rozwoju na skórze.

EL-SLIDER3

O uroku El decyduje ta sama cecha, która do dziś tak przyciąga do Kourosa jednocześnie od niego odpychając. Kontrast nut „brudnych”, fizjologicznych – szałwii oraz składników zwierzęcych – z nutami czystymi, reprezentowanymi głównie przez kwiat pomarańczy oraz akord fougere.

Jest coś mistycznego w tej odwiecznej walce dobra ze złem przeniesionej na płaszczyznę perfum w formie pojedynku pięknego aromatu z fetorem. Przez większość czasu żaden z nich nie zwycięża. Panuje równowaga, przerywana od czasu do czasu chwilowymi przewagami każdej ze stron. Im bliżej jednak finału, tym bardziej ewidentne staje się, kto będzie tu zwycięzcą. W Kourosie jest nim zmysłowy akord cywetowo-mchowy. W El to lekko gryzące w nozdrza kastoreum.

Twórcy nie pozwolili mu co prawda warczeć  i wyć tak głośno, jak zrobił to Pierre Bourdon w 1981 roku, a jego sierść została tu elegancko przystrzyżona. Baczki i wąsy są precyzyjnie „wytrymowane”, a koszula rozpięta tylko w jednej trzeciej. Niemniej wykazali się sporą dozą odwagi proponując takie pachnidło w 2016 roku. I chwała im za to, bo El to świetne perfumy dla tych z nas, którzy nie obawiają się pachnieć bezdyskusyjnie i niemal archetypicznie męsko, ale są świadomi współczesności i wiedzą, który mamy rok. El to pachnidło stworzone dziś i na dziś. I choć czuć w nim nostalgię, czuć klasyczne składniki i ich połączenia w klasyczne akordy, to całość pachnie tu i teraz. Współcześnie i retro zarazem.

Wszystkim fanom męskiej klasyki fougere z wąsem tudzież wydatnymi bakami, rozpiętą koszulą i owłosionym torsem, wszystkich, którzy kochają Kourosa YSL, Paco Rabanne PH, Antaeusa Chanel, Azzaro PH i im podobne aromaty tamtych szczególnych lat, gorąco polecam El. Nie powinniście być zawiedzeni, o ile jednak będziecie pamiętać, że „nic dwa razy się nie zdarza”…

ARQUISTE_EL

nuty głowy: szałwia, rozmaryn, geranium

nuty serca: cynamon, woda z kwiatów pomarańczy

nuty bazy: mech dębu, wetyweria, kastoreum, akord fougere

perfumiarz: Rodrigo Flores-Roux

rok premiery: 2016

moja ocena w skali 1-6:

zapach: 5,0/ projekcja: 4,0/ trwałość: 5,0

Zoologist Perfumes – „Civet”, „Nightingale” i „Macaque”

Minął nieco ponad rok od mojego poprzedniego wpisu nt. niezwykłych pachnideł kanadyjskiej marki niszowej Zoologist Perfumes. W tym czasie bardzo wiele się wydarzyło w perfumowym zoo. Twórca marki – Victor Wong, kreator zapachów (ale nie perfumiarz), wcześniej zaś perfumowy bloger, z powodzeniem dokooptował do swej uroczej trzódki kolejne zwierzęta (Makak, Skowronek i Cywet), oficjalnie przeformułował bobra* (jakkolwiek dziwnie to brzmi) oraz – dzięki międzynarodowej blogosferze i setkom perfumowych entuzjastów, a także zdobytym nagrodom (Art and Olfaction Award 2016 dla Bat oraz nominacja dla Civet w edycji 2017) i rozlicznym wywiadom udzielanym mediom elektronicznym i tradycyjnym, znacząco poprawił świadomość istnienia młodziutkiej marki.

Ze względu na powierzanie prac nad zapachami nieznanym szerzej perfumiarzom-amatorom (zwykle samoukom) i ujawnianie ich nazwisk przy okazji kolejnych premier, ktoś gdzieś – ze sporą dozą przesady – określił nawet Wonga „Fredericem Malle perfum rzemieślniczych (artisanal perfumes)”, którego to określenia używa się już od kilku lat, by odróżnić kameralne, często jednoosobowe przedsięwzięcia perfumowe, od działających na szeroką skalę marek niszowych, dawno niszowymi nie będących.

Victor Wong Zoologist

Ale imponującego sukcesu Zoologist Perfumes nie byłoby, gdyby nie frapujący koncept i -przede wszystkim – pachnidła – oryginalne, wyjątkowej urody, niezwykłe, pełne bezpretensjonalnej kreatywności, komponowane pod kierunkiem Wonga i na podstawie przygotowanych przez niego briefów, przez wybranych przez niego perfumiarzy wywodzących się spoza mainstreamu.

We wspomnianym poprzednim wpisie próbowałem oddać naturę pierwszych pięciu zwierząt Zoologist: pachnącego ściółką i geosminą Nietoperza (Bat), nektarowego Kolibra (Hummingbird), skórzanego Nosorożca (Rhinoceros), piżmowo-kastoreum-owego Bobra (Beaver) czy zielono-bambusowego misia Pandy (Panda). Dziś kilkanaście zdań o pozostałych trzech zwierzakach.

 

Nightingale (Słowik) – japońska wiosna

Jak wyjaśnia Tomoo Inaba – perfumiarz, który skomponował Nightingale – w Japonii początek wiosny zwiastują śpiewające słowiki i kwitnące kwiaty drzew śliwkowych (a także – rzecz jasna – wiśniowych). Jednak kwiecie śliwy ma zdecydowanie ciekawszy, pełniejszy i mocniejszy aromat, aniżeli słynna japońska wiśnia, a woń kwiatu śliwy jest w Japonii bardzo chętnie imitowana w postaci różnego rodzaju dezodorantów (np. do pomieszczeń, samochodów itp.), a także perfum. Każdy perfumiarz pracuje tam nad własną interpretacją tego akordu, podobnie jak we Francji każdy perfumiarz pochyla się nad zrekonstruowaniem woni konwalii.

tomoo-inaba-smelling-tuberose

Tomoo Inaba od lat para się zgłębianiem tajników perfumerii, także technik pozyskiwania składników perfum (w tym celu odwiedził już 25 krajów) oraz komponuje perfumy – do szuflady. Nightingale jest jego publicznym debiutem. W pierwotnej wersji przeleżał w szufladzie 3 lata. Gdy Victor Wong zgłosił się do niego z propozycją przygotowania perfum do kolekcji Zoologist, ten zdecydował się sięgnąć po jedną ze swych prywatnych mikstur, w której centralnym akordem jest właśnie kwiat śliwy. Dopracował recepturę i przedstawił Wongowi – ku jego zachwytowi, któremu osobiście wcale się nie dziwię.

Nightingale jest zapachem lekkim, kwiatowo-przyprawowym, o szyprowej i jakby niedopowiedzianej aurze. Czuć w nim japoński umiar. Może poza dość mocnym, szafranowym początkiem, cechuje go lekkość i transparentność oraz niezwykle urokliwa sygnatura, będąca wypadkową subtelnej woni kwiatowej, egzotycznej pikantności szafranu, zmysłowości subtelnie użytej paczuli i drzewnej, mszysto-wiórowej bazy. Odrobinę świeżości na początku perfumiarz nadał tradycyjnym akordem cytrusowym, a głębi i trwałości – piżmami, kadzidłem, ambrą i labdanum.

Nightingale ma w sobie niezwykły olfaktoryczny urok. Jest radosny, wiosenny, lekki, ciepły. Choć wydaje się być uniseksem, zdecydowanie lepiej zaprezentuje się na wiosennej, kobiecej skórze. Warto to sprawdzić.

 

nightingale-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, cytryna, szafran

Nuty serca: kwiaty japońskiej śliwki, róża, fiołek

Nuty bazy: oud, paczula, drewno sandałowe, mech, kadzidło, białe piżmo, labdanum, ambra

twórca: Tomoo Inaba

rok premiery: 2015

 

Macaque (Makak) – jego (nie)dzika zieloność

To drugi – obok Pandy – zapach zielony w ofercie Zoologist, choć w porównaniu do poprzednika zdecydowanie bardziej uładzony, umiarkowany, nie tak mocno soczysty i nie tak nieokrzesany, co – ma wrażenie – chyba nie do końca pasuje do charakteru tej małpy. Okazuje się jednak, że takie, a nie inne nuty go budujące, mają z tym zwierzęciem pewne związki…

Sarah McCartney

Sarah McCartney – właścicielka londyńskiej pracowni perfumowej 4160 Tuesdays – skomponowała Macaque.

Autorka uwzględniła w kompozycji nuty kojarzące się z codziennym menu makaków, czyli owocami (jabłko, mandarynka). Oddała ukłon w kierunku japońskiej sztuki wyrabiania wonnych kadzideł, sprzedawanych przy tamtejszych świątyniach (przyprawy, kadzidło, cedr), do których to świątyń makaki bardzo chętnie zaglądają w celu znalezienia pożywienia (pozostawianego tam dla nich przez wiernych). Próbowała także uwzględnić osobniczy zapach małp, który – wedle jej słów – jest bardziej owocowy, aniżeli mocno zwierzęcy. Temu posłużyło użycie galbanum. To jedna z dominujących tu nut.

W owocowym początku dominuje nuta jabłka.  Serce jest bardziej zielone, z mocno wyczuwalnym galbanum, którego naturalnie gęsta zieleń została tu ujarzmiona nutami zielonej herbaty z odrobiną jaśminu, kapką miodu oraz odrobiną kadzidła. Baza zapachu jest delikatna, sucho-drzewna.

Macaque to obiektywnie bardzo przyjazne i przyjemne pachnidło, które może szczególnie przypaść do gustu wielbicielom woni herbacianych. Niemniej – jak dla mnie – nie tak ekscytujące jak opisany powyżej Nightingale, którego sygnatura ma w sobie coś uzależniającego, ani też nie tak frapujące jak Civet, któremu poświęciłem ostatnią, trzecią część niniejszego wpisu.

 

 

zoologist macaque-60-ml-edp

Nuty głowy: cedr, zielone jabłko, czerwona mandarynka

Nuty serca: kadzidło, galbanum, miód, palisander, ylang ylang, jasminowa herbata

Nuty bazy: mech cedrowy, zielona herbata, biały oud, piżmo

twórca: Sarah McCartney

rok premiery: 2016

 

Civet – ciemny szyprowy kociak

Zapach nominowany do tegorocznej Art and Olfaction Award w kategorii Twórca Niezależny (wyniki będą ogłoszone 6 maja podczas Gali z Berlinie) to prawdopodobnie już dziś wg wielu wielbicieli marki jedne z najlepszych perfum, jakie dotąd zaproponował Victor Wong. Rozumiem takie opinie i częściowo je podzielam. Częściowo, gdyż mi w Civet czegoś jednak zabrakło…

Civet-Poster-Square-_Man_880x

Nazwa zapachu z jednej strony zachęca, z drugiej wzbudza rezerwę. Wszak każdy, kto nieco bardziej interesuje się perfumami i budującymi je składnikami wie, że cywet to określenie na raczej cuchnącą substancję, pozyskiwaną z gruczołów analnych zwierzęcia przypominającego kota, żyjącego w Afryce i Azji Południowej (ten sam zwierzak żywi się ziarnami kawy, które częściowo nadtrawione wydala, ku uciesze koneserów kawy Kopi Luwak…). Tym bardziej wtajemniczonym wiadomo, że właściwe (czytaj – z wielkim umiarem) użycie cywetu w perfumach (ostatnio zwykle w postaci syntetycznie pozyskiwanego odpowiednika), może czynić olfaktoryczne cuda. Przydaje zapachowi „ciała”, obecności, projekcji, głębi i trwałości oraz podświadomie zwierzęcej zmysłowości…  Potrafi tchnąć życie w perfumową kompozycję. Nie w każdą – rzecz jasna – ale w taką jak Civet – absolutnie tak.

Civet – dzieło mieszkającej i pracującej w Portland, Oregon (USA) perfumiarki Shelley Waddington – to współczesny szypr zbudowany z dużej ilości naturalnych esencji, przez co pachnący bardzo klasycznie, niemal retro, w którym syntetyczny cywet użyto z niezwykłym wyczuciem. Nie ma mowy, byśmy w którymś momencie poczuli jego fekalną naturę. Ale na pewno czujemy jego cudowne działanie.

Zapach ma gęsty, ciepły i nieco zawiesisty, otulający, a przy tym melancholijny charakter. Otwiera się bogatą mieszanką ingrediencji, praktycznie od razu odsłaniając wiele składników z bazy, stanowiącej tu najistotniejszą treść. Obecne na początku nuty cytrusów mieszające się z bogactwem esencji kwiatowych zawartych w sercu, doprawionych goździkiem, są „tylko” oprawą dla niezwykle bogatej i jednocześnie bardzo harmonijnej głębi zapachu, w której autorka pomieściła całe mnóstwo perfumowych „dobroci” o wysokiej wadze molekularnej (żywice, balsamy, nuty drzewne, wanilię, skórę, kadzidło), dodając też element zaskoczenia w postaci wyrazistej nuty kawy. I to właśnie kawa stanowi o niezwykłości tego szypru. O tym, że nie nie pachnie on jak kolejna kopia Habanity Molinard. Warto podkreślić, że perfumiarka ustawiła tak proporcję nut bazy w stosunku do reszty, że w efekcie – mimo wspomnianej obecności nut kwiatowych – Civet trudno nazwać zapachem kwiatowym.

Shelley Weddington

Civet ma koncentrację czystych perfum (25% esencji), a więc wyższą o 5% od pozostałych pachnideł Zoologist. Podobno dopiero w tym stężeniu zaczął pachnieć wedle oczekiwań autorki. To także wg mnie dowodzi, że jest złożony w zdecydowanej przewadze z naturalnych esencji, które w takim bogactwie, jak tu, potrafią przytłoczyć, przytłumić aromat. Zręczne i świadome użycie niektórych magicznych aromamolekuł z pewnością dodało by całości przestrzeni i projekcji i nie wymagało aż tak wysokiej koncentracji. Ale Shelley Weddington znana jest z zamiłowania do perfumerii naturalnej i w ten właśnie sposób tworzyła Civet – ze wszystkimi tego mocnymi i słabymi stronami. I choć nie przebił on swoją urodą stylistycznie pokrewnego Salome Papillon Perfumes, które mnie niedawno wprost oczarowało, a charakteru ma zdecydowanie mniej niż osławione MAAI Bogue Profumo, to nie mogę odmówić mu oryginalnej, choć mocno ugładzonej urody i bardzo komfortowego, otulającego, zmysłowego oraz – co ważne – absolutnie uniseksowego charakteru.

Przy czym Civet jest zupełnie niegroźnym zwierzakiem. To ciemno umaszczony, futerkowy, przymilny kociak. Rozleniwiony, bo dobrze nakarmiony kawą. Ale brak mu pazurów. I to moja jedyna uwaga.

 

zoollogist civet-60-ml-edp

Nuty głowy: bergamotka, czarny pieprz, cytryna, pomarańcze, estragon

Nuty serca: goździk (kwiat), frangipani, heliotrop, hiacynt, kwiat lipy, tuberoza, ylang-ylang

Nuty bazy: cywet, kawa, kadzidło, labdanum, piżmo, mech dębowy, żywice, rosyjska skóra, wanilia, wetiwer, nuty drzewne

twórca: Shelley Waddington

rok premiery: 2016

 

*) Wedle słów Victora Wonga: „W 2016 roku poprawiliśmy formułę (Beavera) poprzez przeprojektowanie akordu kwiatu lipy, usunięcie nut dymnych i popiołowych oraz wzmocnienie bazy, poprzez dodanie piżm o wyższej jakości. Do tego wpletliśmy lekką nutę skórzaną – jako hołd dla prawdziwego kastoreum”.

 

PS. Perfumy marki Zoologist są w Polsce dostępne wyłącznie w perfumerii Lulua w Krakowie. 

 

Papillon Artisan Perfumes – rodzaj piękna

Artisanal perfumers to stosunkowo nowe określenie na coraz liczniejszą rzeszę perfumiarzy-amatorów, którzy tworzą swoje pachnidła w warunkach domowych, wykonując całość prac samodzielnie i oferując swoje olfaktoryczne dzieła w bardzo małych nakładach i wąskiej dystrybucji. Bardzo często twórcy ci bazują niemal wyłącznie na składnikach naturalnych, przez co ich perfumy mają zwykle charakterystyczny retro sznyt. Określenie artisanal perfumers powstało po to, by odróżnić tę grupę niezależnych twórców od tzw. perfumowej niszy, w której od lat funkcjonują znane marki, wspierane często przez potężny kapitał (choćby L’Artisan Parfumeur, Frederic Malle, Le Labo, By Killian, Amouage, Diptyque i wiele innych), a dla których kompozycje zapachowe tworzą zawodowi perfumiarze, a produkcja i dystrybucja odbywa się w szerokiej skali.

liz-moores-full

Liz Moores – twórczyni Papillon Artisan Perfumes – to doskonały przykład artisanal perfumer. Swoje kompozycje z pietyzmem tworzy w domowym atelier od 2010 roku, używając – jaką sądzę po ich charakterze – wyłącznie naturalnych esencji i absolutów. Jej pachnidła to efekt prawdziwej olfaktorycznej pasji. Jednocześnie to wspaniałe przykłady na to, czym może być współcześnie perfumeria artystyczna, tworzona w mikro skali, z pasją i zaangażowaniem oraz niewątpliwym talentem, którego Liz Moores nie można odmówić. Już na podstawie pierwszych czterech zapachów, jakie skomponowała, śmiało wymienię ją jednym tchem z takimi twórcami, jak Antonio Gardoni z Bogue Profumo, Angelo Orazio Pregoni z O’Driu Perfumes, Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio czy Vero Kern z Vero Profumo.

 

Anubis – zamszowy szypr

Liz rozpoczęła pracę nad pierwszymi pachnidłami w 2010 roku nie myśląc jeszcze wówczas o stworzeniu własnej marki. Jak sama przyznaje, komponowała je wyłącznie dla siebie. Chciała zrealizować swoje zapachowe wizje i marzenia. Szczególnie pierwszy zapach – Anubis (z początku nazwany przez nią My Perfume) – miał bardzo osobisty charakter. Liz tworzyła go wyłącznie z myślą o sobie i zawarła w nim wszystkie elementy, które sama w perfumach kocha najbardziej: jaśmin w formie absolutu, dymne kadzidło frankońskie z odrobiną cytrusów, ziemisty różowy lotos, róża, szafran, kolejne „warstwy” żywic na bazie naturalnej wanilii i drewna sandałowego. Liz przyznaje, że praca nad tym zapachem była wyczerpująca, głównie ze względu na duże nagromadzenie w nim ingrediencji i nieustanne próby ich wzajemnego dostrojenia. W tym samym czasie rozpoczęła czytać książkę poświęconą Starożytnemu Egiptowi i zdała sobie sprawę, że 80% składników, jakich użyła w formule, to substancje, które były stosowane do mumifikacji zwłok. Ten swoisty punkt zaczepienia pozwolił Liz na większe ukierunkowanie swojej pracy nad tym zapachem oraz zainspirował ją do nadania mu konkretnej nazwy: Anubis (egipski bóg mumifikacji i życia pozagrobowego).

 Anubi bóg

Anubis rzeczywiście robi wrażenie mocno złożonego, w przewadze jednak ze składników okupujących dolne rejestry olfaktoryczne. Wyczuwam w nim głównie barytonowy akord żywiczny, odrobinę trudnej do zidentyfikowania kwiatowości (lotos) i całkiem wyraźny akord skórzano-zamszowy z szafranową posypką. Wszystko to układa się w coś w rodzaju skórzanego szypru. Anubis trzyma się blisko skóry przez bardzo długi czas. Zapach ma niewątpliwy urok, a wiodący aromat ma  w sobie coś intrygującego. Jednocześnie jednak czuć, że to debiut i to chyba trochę „przekombinowany”, przez co zbyt mocno monolityczny, jednowymiarowy, tak jakby przesadnie obfite nagromadzenie wszystkich ulubionych przez Liz składników przekroczyło masę krytyczną i miast ich synergii otrzymała ich wzajemne znoszenie się. Niemniej efekt końcowy – szczególnie jak na debiut – jest naprawdę wart uwagi i nie dziwi jego powodzenie. Już na etapie debiutu twórczość Liz Moores została zresztą zauważona i doceniona, a Anubis został w 2015 roku finalistą w konkursie The Fragrance Foundation w kategorii Najlepszy Nowy Zapach Niezależny.

papillon-anubis

główne nuty: egipski jaśmin, różowy lotos, zamsz, nieśmiertelnik, kadzidło, szafra

 

Tobacco Rose – róża na wilgotnym sianie

Liz wspomina, że gdy nosiła Anubis, jej znajomi często pytali ją o jej perfumy. W efekcie zaczęła zaopatrywać ich w małe flakoniki. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwoliły jej na sfinalizowanie prac nad drugim zapachem, o którym marzyła – z różą w centrum. Tobacco Rose zostało zainspirowane wonią róż rosnących w ogrodzie Liz, które potężna burza jednej nocy pozbawiła życia. Liz nie chciała komponować kolejnego wesołego, świeżego, „zwykłego” zapachu różanego. Zależało jej na uwzględnieniu tych bardziej mrocznych aspektów życia kwiatu i życia w ogóle – cierni, kolców, śmierci, rozkładu. Stąd prócz wzmocnionych geranium dwóch różanych absolutów – z róży stulistnej i damasceńskiej – użyła pochodzącego z Włoch absolutu z siana, wosku pszczelego i specjalnego akordu piżmowego, nadającego całości głębi. Co ciekawe, w formule Tobacco Rose nie ma grama tytoniu, natomiast tytoniową nutkę zawiera wspomniany absolut z siana.

bulgarian-rose

Tobacco Rose to róża niebanalna i w swej unikatowości naprawdę piękna. Aromat jest gęsty, a różany akord jest nieco zielony i ziemisty, wyraźnie złamany trawiasta nutą siana i pogłębiony akcentami animalnymi pochodzącymi z wosku pszczelego i szarej ambry. Mech dębu wraz z sianem budują quasi-szyprowe tło. Zapach ładnie układa się na skórze i przez wiele godzin emanuje wyraźnym różano-drzewnym, lekko animalnym aromatem, który zdecydowanie zapada w pamięć. Dzięki aspektowi drzewnemu, jak sądzę, Tobacco Rose tak dobrze koresponduje również z męską skórą. Zapach jest bardzo intensywny i ekspansywny oraz bardzo trwały.

papillon-tobacco

główne nuty: róża bułgarska, róża majowa, geranium, mech dębowy, wosk pszczeli, siano, szara ambra

 

Angélique – irysowy pył

Ostatnim z debiutanckiego tercetu jest Angélique, będący wedle słów Liz wyrazem uwielbienia dla rosnących w jej ogrodzie kwiatów Iris Pallida i jednocześnie hołdem dla jej ukochanych dzieci. Perfumiarka przyznaje bowiem, że gdy pierwszy raz w życiu powąchała irysowy konkret, było to dla niej bardzo poruszające przeżycie. Ta niezwykła woń odtąd kojarzy jej się melancholijnie z zapachem skóry jej dzieci.

iris_pallida_2290506a_1000px

Angélique otwiera się jednym z najpiękniejszych irysów, jakie dotąd spotkałem. Lekko pudrowy, lekko drzewny, odrobinę „marchewkowy”, niezwykle naturalny. Emanuje spod niego delikatny, kwiatowy akord, który na dobre ujawnia się po tym, jak już opadnie złocisty irysowy pył. Subtelną drzewną bazę tego delikatnej urody zapachu budują kadzidło i cedr. Obok najdoskonalszej jakości konkretu z irysa (Liz przyznaje, że używa najlepszego dostępnego na rynku gatunku konkretu z Iris Pallida), w formule Angélique zastosowała jeszcze kilka innych kwiatowych ingrediencji: mimozę, osmatus i Champaca. Całość zdecydowanie wyróżnia się wysublimowaną, kruchą urodą i kobiecą delikatnością, a szlachetna woń kłącza irysa przydaje Angélique luksusowej aury.

papillon-angelique

główne nuty: osmantus, biała Champaca, irys Pallida, mimoza, kadzidło, cedr

 

Salome – piękność nocy

Ostatnim jak dotąd zapachem skomponowanym przez Liz Moores jest jej chyba najbardziej sławne i docenione, a w niektórych koneserskich kręgach wręcz otoczone kultem Salome z 2014 roku. No bo jeżeli zachwycił się nim sam Luca Turin, pisząc entuzjastyczną recenzję na łamach arabia.style.com, nie wspominając o rzeszy zachwyconych znanych perfumowych bloggerów, to coś musi być na rzeczy. Gdy do tego dodamy nominacje w dwóch kategoriach FIFI Awards 2016 oraz nagrody Art and Olfaction Awards i czytelników portalu Basenotes, to o przypadku nie może być mowy. Jak wspomina Liz, chciała tym razem stworzyć coś głęboko zmysłowego, ale jednocześnie prowokującego, odrobinę kontrowersyjnego, bez popadania jednak w skrajności, tak by były to wciąż dobrze noszące się perfumy. Zależało jej, by był to klasyk na podobieństwo tych sprzed epoki IFRA. Długo poszukiwała odpowiednich składników i odpowiednich relacji pomiędzy nimi. Efekt przeszedł chyba także jej najśmielsze oczekiwania. Narodziła się Salome – kobieta piękna i niebezpieczna zarazem…

salome

Absolut z jaśminu, turecka róża i esencja z kwiatu pomarańczy tworzą klasyczny kwiatowy trzon Salome. Od góry zapach rozjaśnia duet bergamotki i gorzkiej pomarańczy. Ten z natury przyjazny i przyjemny aromat Moores postanowiła złamać ciemnym tytoniem i sianem oraz ocieplić żywicą styraxową i dębowym mchem. W ten sposób nadała Salome charakteru klasycznego kwiatowego szypru. Ale to nie koniec. Kropką nad i jest tu wyrafinowany akord animalny, złożony z (syntetycznych) kastoreum i cywetu oraz z naturalnego pochodzenia hyraceum (tzw. Afrykański kamień, o którym szerzej pisałem tu). Ten kluczowy dla całości akord dodaje oldskulowego, animalnego, zmysłowego i nieco męskiego szlifu, dopełniając i paradoksalnie jednocześnie zaburzając harmonijną urodę Salome.

Każdy etap tej klasycznej konstrukcji zasługuje na pochwałę, ale akord bazy to już absolutny majstersztyk, który swym charakterem przywodzi na myśl takie arcydzieła jak przedreformulacyjny Antaeus Chanel czy Aromatics Elixir Clinique, także pod względem potężnej mocy i ekspansywności.

Podobny, choć wg mnie nie tak spektakularny i urodziwy efekt osiągnął twórca kultowego już Maai Bogue Profumo, niejaki Antonio Gardoni. Również ostatnia głośna premiera Zoologist Perfumes pod wymowną nazwą Civet penetruje podobne obszary zapachowe. Choć oba te pachnidła są bezdyskusyjnie świetne, to jednak dzieło Liz Moores ma w sobie coś wyjątkowego, coś co każde zachwycić się nim bez reszty.

Błysk geniuszu? Niewykluczone.

papillon salome.png

główne nuty: jaśmin, turecka róża, goździk, Afrykański kamień (hyraceum), kastoreum, cywet, piżma

 

Po zapoznaniu się z perfumami Papillon (za umożliwienie czego dziękuję polskiemu dystrybutorowi marki – perfumerii Mood Scent Bar) nie mogę pozostawić tej niezwykłej kolekcji bez puenty. Otóż wg mnie pachnidła Liz Moores to wspaniałe przykłady perfumowej Sztuki. To najwyższej próby olfaktoryczne skarby, które poruszają bogactwem, harmonią, wielowymiarowością i nostalgią za czasami, gdy perfumeria była Wielka i tylko dla wybranych. Jest w nich melancholia i pewien dekadencki urok. Jest też moc i siła wyrazu niedostępne większości współcześnie powstających perfum. Wszystkie cztery zasługują na najwyższe noty. Każde z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Nie umniejszając nic pięknej kobiecej delikatności Angelique i orientalnej tajemniczości Anubis, mój osobisty wybór pada na majestatyczne Tobacco Rose i fenomenalne, powalające Salome, które zasługuje na miano perfumowego Arcydzieła.

Tymczasem czekam na kolejne perfumy Papillon z cichą nadzieją na coś klasycznie męskiego, np. jakiś animalny szypr z kastoreum, różą, woskiem pszczelim, wetywerią, mchem dębowym i czym tam jeszcze…?

Amouage Library Collection „Opus IX”

Najnowszy, dziewiąty Opus kolekcji bibliotecznej Amouage (Library Collection) zainspirowany został operą Giuseppe Verdiego La Traviata, którą włoski kompozytor osnuł na kanwie powieści Aleksandra Dumasa Dama Kameliowa. Nie przez przypadek więc Opus IX zawiera w swym otwarciu akord kwiatu kamelii. Jest on czystym zapachowym abstraktem, stworzonym od podstaw wyobrażeniem tej woni, która w naturze… nie istnieje, bowiem kamelia nie pachnie. Ot taka perfumiarska sztuka dla sztuki.

0181.camelia

Olfaktorycznie jako całość Opus IX to pierwszy zapach w tej niezwykłej kolekcji, który sprawia wrażenie wtórnego, a wręcz nosi znamiona autoplagiatu. Można też określić go eufemistycznie jako kontynuację bardzo oryginalnej, kwiatowo-drzewnej estetyki poprzedniego Opusu VIII. Niemniej aż takie podobieństwo obu pachnideł zaskakuje i dziwi. Może mieć ono związek z autorem kompozycji, którym – podobnie jak w przypadku Opus VIII – jest Pierre Negrin. Tym razem jednak współpracowała z nim Nathalie Lorson, która zastąpiła Richarda Herpina.

amouage-opus-ix

Opus IX otwiera się akordem kwiatowym początkowo zamaskowanym sporą ilością czarnego pieprzu. Po tym jak jego molekuły ulecą w powietrze, kwiatowa woń wyłania się na skórze w swej pełni. Jest jednak daleka od kwiatowości w potocznym perfumowym znaczeniu. Nie jest z pewnością typową, kojarzoną zwykle z perfumami dla kobiet. Opus IX jest bowiem – jak wszystkie Opusy – pachnidłem, które równie dobrze zaistnieje na kobiecej, co męskiej skórze. Domniemana kamelia połączona tu została z jaśminem, a ten wraz z drewnem gwajakowym prawdopodobnie w największym stopniu przyczynia się do wspomnianego wcześniej podobieństwa do Opusu VIII. Oba pachną dla mnie jak dwie różne wersje tego samego perfumiarskiego pomysłu. Czyżby Negrinowi skończyły się nowe idee? Oby nie. Osobliwy, suchy i gorzki aromat wraz z upływem czasu traci na i tak mało wyrazistej kwiatowości i staje się bezprecedensowo…. zwierzęcy. Tak jest. Tu tkwi zasadnicza różnica pomiędzy oboma Opusami. Nuty tzw. animalne nigdy dotąd nie były tak mocno obecne w żadnym Opusie i chyba w żadnym znanym mi zapachu Amouage. Odważne połączenie rzadko stosowanego w perfumerii wosku pszczelego z nutą skórzaną po czasie zostaje wzmocnione przez cywet, a wszystko to podbudowane zostało najprawdziwszą szara ambrą, która pozostaje na skórze najdłużej, budując zadziwiająco miękki, delikatny, zmysłowy, słodko-przytulny, piżmowy finisz tego zapachu, po tym gdy znikną już resztki fekalnego cywetu. A na to trzeba poczekać wiele godzin.

Opus IX jest oryginalnym pachnidłem kwiatowo-drzewno-zwierzęcym z akcentem na to ostatnie, jakkolwiek dziwnie to określenie zabrzmi. To zapach w swej treści i charakterze bezkompromisowy i wymagający, bardzo dobrej jakości, skierowany od konesera Christophera Chonga do koneserów perfum. Dochowuje wysokiego poziomu Library Collection, ale brak w nim świeżego pomysłu, no chyba że za ten przyjmiemy swobodne i obfite wypełnienie formuły nutami pochodzenia zwierzęcego. Bo to głównie to odróżnia go od moim zdaniem bardziej udanego Opusu VIII.

Wciąż są to jednak doskonałe perfumy, na poziomie – co nieraz już przy okazji pachnideł Amouage stwierdzałem – niedostępnym dla większości perfumowych marek.

Opus-IX-Bottle-and-Box

nuty głowy: akord kamelii, czarny pieprz, jaśmin

nuty serca: drewno gwajakowe, wosk pszczeli, skóra

nuty głębi: szara ambra, wetiwer, cywet

twórca: Pierre Negrin i Nathalie Lorson

rok wprowadzenia: 2015

moja ocena:

zapach: *****/ trwałość: *****/ projekcja: *****