Mój Top 10, czyli perfumy, których najchętniej używam

Za namową czytelników postanowiłem zaprezentować swój perfumowy Top 10. Przyznam, że bardzo trudno mi było ograniczyć się do zaledwie 10 pozycji podczas tworzenia tego rankingu. Jakie kryterium bowiem przyjąć, gdy w codziennym użytkowaniu jest kilkadziesiąt zapachów?

Postanowiłem kierować się ich popularnością w mojej kolekcji, rozumianą jako częstotliwość ich używania w ostatnim dłuższym czasie (powiedzmy ostatniego roku).

Mam wiele perfum, które podziwiam i kontempluję tylko w domowym zaciszu, a jeżeli ich używam „do ludzi”, to bardzo rzadko. Po pierwsze dlatego, że czuję, iż wymagają one specjalnej oprawy czy okoliczności (weźmy choćby taki fantastyczny Amouage Gold Man, po którego zwykle sięgam raz do roku na Sylwestra!). Po drugie dlatego, że nie chcę, by mi spowszedniały. Po trzecie, wiele z nich wymaga ode mnie odpowiedniego nastroju czy nastawienia, a o ten często jest trudno w porannym pośpiechu. W zestawieniu tym wziąłem więc pod uwagę te perfumy, po które sięgam najczęściej i to bez specjalnego zastanowienia, czy tego dnia będą mi pasować, czy też nie, czy okażą się za ciężkie lub zbyt wymagające dla mnie lub otoczenia. Są to więc zapachy, w których zawsze dobrze się czuję bez względu na okoliczności i mój aktualny nastrój, a które – o tym jestem przekonany – nie wprowadzą mojego otoczenia w konsternację.

Są jak dobra muzyka pop – niekwestionowanej jakości, ale jednocześnie skomponowane i zaaranżowane tak, by cieszyć nos, a nie wyzywać go na długi i czasem wyczerpujący pojedynek.

Niech więc nie zaskakuje brak w zestawieniu zapachów marek niszowych jak np. Amouage, Le Labo, Durbano, Tauer Pefumes. Kto czyta mojego bloga, ten pewnie zauważył, że zwykle bardzo wysoko oceniam perfumy tych marek i oczywiście mam wiele ulubionych „Amłaży” i czy Le Labo, ale to są zwykle zapachy, po które nie sięgam w pierwszej kolejności, bardziej wymagające, a czasem nawet bezlitosne w swym bezkompromisowym charakterze. Kto wie, może wkrótce zrobię Top takich właśnie pachnideł. Wtedy znajdą się tam zapewne pachnidła tu pominięte, a ocenianie przez mnie bardzo wysoko.

Gwoli jasności kolejność tego zestawienia jest alfabetyczna, wziąłem pod uwagę nazwy zapachów.

Maison Francis Kurkdjian Absolue Pour Le Matin

Gdy kilka temu miałem dzięki Perfumerii Quality Missala okazję spotkać Francisa Kurkdjiana i zamienić z nim kilka zdań, zapytał mnie, który z zapachów jego marki lubię najbardziej. Pytanie proste, odpowiedź nieco trudniejsza. Bez większego namysłu odpowiedziałem jednak, że Oud, bo faktycznie to jeden z moich ulubionych „Kurkdjianów” i perfum w ogóle. Później żałowałem jednak, że nie wspomniałem o Absolue Pour Le Matin, którego darze równie dużą atencją, choć z innych względów. Myślę, że to zaskoczyłoby pozytywnie Francisa, który – domyślam się – zdecydowanie częściej słyszy od swoich rozmówców, że to Oud jest ich ulubionym zapachem. Absolue Pour Le Matin jest genialnym połączeniem rześkiej, lekko cytrusowej i lekko zielonej świeżości, którą nazywam wonią świeżego powietrza o słonecznym poranku, z ambrowo-drzewną, nieco zadziorną głębią. Jest w tej świeżości element luksusu, ekskluzywnie pachnącego mydła, bieli, optymizmu i energii. Do tego zapach trzyma na skórze wiele godzin. Jest moim zdecydowanym faworytem w gatunku intensywnie świeżych.

recenzja Absolue Pour Le Matin na Perfumowym blogu

Bentley Absolute for Men

Niezwykły to zapach pod wieloma względami. Niegdyś miał brązową barwę i wypełniał sześcienny masywny szklany flakon z napisem Gucci Pour Homme. Po wycofaniu go ze sprzedaży, przez lata pozostawał niejako w uśpieniu, po czym niespodziewanie (i szczęśliwie) powrócił tym razem jako Absolute for Men marki Bentley. Praktycznie ten sam zapach, ten sam perfumiarz Michel Almairac i tylko szklanego flakonu szkoda, bo ten od Bentleya jaki jest, każdy widzi…

Oto elegancka, ale i nieco uduchowiona woń łącząca w sobie nuty pieprzu, kadzidła i drewna, w tym mojego ukochanego cypriolu lub czegoś bardzo do niego podobnego. Zapach niema linearny, nieco majestatyczny, poważny i nawet może trochę uduchowiony. Był dla mnie wstępem do poznawania kadzidlanej niszy, ale po latach testów doszedłem do wniosku, że marki niszowe zwykle proponują kadzidło zbyt dosłownie, zbyt liturgicznie. Bentley Absolute tak nie pachnie. Jest z innego wymiaru. Jest recepturą idealną. Nie dziwi więc, że po latach Michel Almairac wykorzystał ja po raz trzeci, włączają ją do oferty tym razem już własnej marki Parle Moi de Parfum pod nazwą Papyrus Oud 71.

Creed Aventus

Bestseller brytyjskiej marki i to nie bez przyczyny. Equilibrium pomiędzy treścią i formą, oryginalny (tak, taki był w roku premiery i jeszcze kilka lat później, zanim rynek zalała fala imitacji) i zapadający w pamięć akord owocowo-drzewny (ananas, paczula i brzoza), w pierwszych latach produkcji z wyraźnym skórzanym, lekko dymnym finiszem, od kilku lat z przechyłem na owocową stronę. Świetny zapach na co dzień, wyróżniający się, elegancki, pasujący do stroju formalnego lub pół-formalnego, o wyrazistej projekcji i doskonałej trwałości. Creed doskonale wie, jak to się robi.

recenzja Aventus na Perfumowym Blogu

Chanel Bleu de Chanel EDT

Najbardziej „utylitarny” pośród tego zestawienia, ale ja naprawdę go lubię. To doskonałe współczesne męskie perfumy. Gdy potrzeba mi po prostu dobrze pachnieć w ciągu dnia (chyba nie znam lepszego office fragrance), Bleu de Chanel to zawsze trafny wybór. Świeży, wibrujący, cytrusowo-przyprawowo-drzewny, o doskonałych parametrach i takiej trwałości zawsze dodaje mi pewności i dobrego samopoczucia. Koniecznie w wersji EDT, choć przyznam, że ostatnio polubiłem się z nieco bardziej gęstą wersją EDP. Po prostu współczesny męski klasyk. Ja naprawdę nie jestem perfumowym snobem. Lubię dobrze pachnące perfumy. Ot co. Przy okazji ukłony dla perfumiarza Jacquesa Polge’a. Ma niesamowity talent i wyczucie rynku.

recenzja Bleu de Chanel na Perfumowym blogu

Frederic Malle EdP Cologne Indelebile

Długo się zastanawiałem się, który neo-koloński zapach wybrać do tego zestawienia. No i padło na ten, po którego najchętniej sięgałem tego upalnego lata. Cologne Indelebile to kolońska o z założenia nieprzeciętnej trwałości, co osiągnięto przede wszystkim poprzez użycie potężnej dawki piżm. I to czuć, piżma przebijają się od pierwszych sekund, ale mi to nie przeszkadza. Piękny neo-koloński akord będący treścią tego zapachu, trwa na mojej skórze dobre ponad 10 godzin i czuje go na sobie wyraźnie. Pachnie przy tym klasowo i po prostu świetnie. Nic więcej nie trzeba.

recenzja Cologne Indelebile na Perfumowym blogu

Roja Dove Danger Pour Homme EDP

Trochę wahałem się, czy umieścić go tu, czy w „poczekalni”, a to dlatego, że akurat po ten zapach sięgam rzadko z racji jego dystyngowanego charakteru, ale i także faktu bardzo wysokiej ceny. Oszczędzam go po prostu na wyjątkowe okazje. Niemniej uważam go za jeden z najlepszych perfum, jakie kiedykolwiek nosiłem i stwierdziłem że Top 10 bez niego nie byłby pełen.

Pod względem samego zapachu nie jest to nic oryginalnego. Tak mniej więcej pachniał kiedyś klasyczny Heritage od Guerlain, zanim dosięgnęły go kolejne reformulacje, a Dove wie to najlepiej, bo pracował dla francuskiej marki przez wiele lat. Ale już wykonanie i jakość tych perfum to absolutne wyżyny. Super eleganckie, wręcz dystyngowane i bardzo męskie perfumy drzewno-ambrowe, przy czym ambra jest naturalną esencją, co jest współcześnie sytuacją unikatową. To nie tylko deklaracja samego Dove’a, który jest przecież wytrawnym marketingowcem, ale fakt. Wystarczy „poobserwować”, jak te perfumy zachowują się na skórze, jaką mają niesamowitą głębię i zmysłowość. Gęste, otulające, genialne pachnidło, idealne, gdy chce się podkreślić swoją pozycję i wyrafinowany gust.

recenzja Danger PH na Perfumowym Blogu

MFK Oud

Oryginalność tego zapachu polega na połączeniu esencji z oudu z Laosu z szafranem i dużą dawką piżm w bardzo „noszalną” a jedocześnie sygnaturową całość. Nie znam innego zapachu, który byłby choć trochę podobny. Na początku orientalnie słodko-przyprawowy, w sercu staje się drzewny, a oudowa smużka pięknie przymocowana do skóry za pomocą piżma buduje bardzo charakterystyczny i długotrwały finisz. Arcydzieło i jednocześnie bardzo dobrze noszące się perfumy.

recenzja Oud Wood na Perfumowym blogu

Tom Ford Oud Wood

Tłusta drzewność tego zapachu w połączeniu z niezwykle eleganckim charakterem i doskonałymi parametrami, przy zachowaniu wyważonego charakteru (nie ma tu mowy o trudnych zwierzęcych oudowych nutach), stawia go w moim rankingu perfum z oudem w nazwie prawdopodobnie na pierwszy miejscu. Ktoś powie, że oudem to wcale nie pachnie. Może i nie. może to nawet dobrze. Bo pachnie genialnie i można tego użyć w sytuacji codziennej bez wprawiania otoczenia w zakłopotanie.

recenzja Oud Wood na Perfumowym blogu

Hermes Terre d’Hermes EDT

O tym zapachu napisano już wszystko. Sam zresztą recenzowałem go już na blogu dwukrotnie. I choć tu także wg mnie nastąpiła reformulacja („ściszono” cytrusy i geranium, a „podgłośniono” pieprz i ISO-E-Super), to wciąż unikatowa sygnatura Terre d’Hermes jest dla mnie wyznacznikiem współczesnego, ale i ponadczasowego męskiego zapachu o niebanalnym charakterze. To perfumy dla intelektualistów, bez względu na to, jakim trudnią się fachem. Dość asertywne i chłodne. Intelektualne właśnie. Genialne. Nie mam wątpliwości, ze Terre d’Hermes to Eau Sauvage XXI wieku.

recenzja 1 Terre d’Hermes na Perfumowym blogu

recenzja 2 Terre d’Hermes na Perfumowym blogu

Hermes Voyage d’Hermes Pure Parfum

To drugi zapach od Hermesa w tym zestawieniu. Ale to nie jest tak, że każde dzieło Jean Claude’a Elleny trafia w moje gusta. Nie jestem bezkrytyczny. Ale Voyage d’Hermes właśnie w wersji EDP, z różą w centrum, skradł niegdyś moje serce i jest 100% uwielbianym przeze mnie zapachem. Kardamon, róża, herbata, drzewno-ambrowy, mocny finisz. Zapach oparty nie kontraście niemal słonej nuty kardamonu z różą. Niezwykły, elegancki, nieco ekstrawaganacki, absolutnie unikatowy, przy tym bardzo dobrze się noszący. Uniseks doskonały. Tu nadmienię, że dlatego, że znalazł się on w Top 10, nie będzie innego fenomenalnego pachnidła tegoż perfumiarza, które de facto jest protoplastą VoyageDeclaration Cartier. Wciąż uwielbiam, ale noszę jednak rzadkiej od Voyage.

recenzja Voyage d’Hermes na Perfumowym blogu

W „poczekalni” do Top 10 pozostają:

Frederic Malle „Vetiver Extraordinaire”

M.Micallef „Osaito”

Armani „Acqua Di Gio Profumo”

Cartier „Declaration”

Parle Moi de Parfum „Cedar Woodpecker”

Creed „Royal Oud”

Bleu de Chanel Parfum – lepsze jest wrogiem dobrego

Od niedawna w perfumeriach dostępny jest Bleu de Chanel w wersji Parfum. Nie ukrywam, że z zainteresowaniem czekałem na premierę i pierwsze testy.

Parfum to zwykle wersja o koncentracji powyżej 20% (nawet do 30%), przez to o bardziej gęstym, złożonym i zwykle zmysłowym charakterze, mająca najczęściej charakter orientalny, ambrowy, skórzany lub drzewny, w której skupienie nut bazy jest największe.

To w konsekwencji powoduje, że zapach jest zwykle ponadprzeciętnie trwały (choć nie zawsze) i sadowi się blisko skóry, co oznacza, że mało kto poza noszącym go czuje (a czasem ma z tym problem nawet sam noszący). Parfum traktuje się zwykle ją jako wersję wieczorową, najbardziej elegancką z całej linii. Zdarzają się wersje Parfum genialne (jak choćby Dior Homme Parfum), ale najczęściej nie dorównują one pierwowzorom.

Naprawdę liczyłem, że będzie to zapach na miarę marki i talentu Oliviera Polge’a. Niestety to typowy produkt marketingu, mający podtrzymać zainteresowanie linią, ale zapachowo – moim zdaniem – nieudany (bądź – bardziej dyplomatycznie – dużo poniżej możliwości Polge’a). Po zapoznaniu się z nim stwierdzam, że jest najgorszym wcieleniem Bleu de Chanel.

Chronologia jest tu bezlitosna.

Pierwszy zapach linii, Eau de Toilette, ten nad którym moim zdaniem naprawdę popracowano i to nie tylko w dziale marketingu Chanel, jest perfekcyjnie zrobionym, świeżym i wibrującym, cytrusowo-przyprawowo-drzewnym, nowoczesnym męskim zapachem, który pięknie projektuje i długo trzyma się na skórze. Czuć w nim pomysł i doskonałe wykonanie. Można go nie lubić, ale docenić trzeba jakość kompozycji, skuteczność i efektowny performance. To obecnie jedne z absolutnie najlepszych mainstreamowych męskich zapachów.

chanel-bleu.jpg

Eau de Parfum – z nieco wyciszoną cytrusową świeżością i dodanym akcentem wodnym oraz kulinariami w postaci tonki i wanilii, a także suchą, drzewną, cedrową bazą – wpisuje się w popularne obecnie w męskich perfumach trendy: gourmand i odrodzony przy pomocy nowych aroma-molekuł trend aqua, a jednocześnie zachowuje w ca. 70% użytkowe walory Eau de Toilette, choć nie jest już tak wyrazisty. Mimo to wciąż dobrze się go nosi, choć cichnie zbyt szybko i generalnie nie dorównuje wersji Eau de Toilette.

Bleu de Chanel EDP.jpg

Wersja Parfum, pozbawiona już niemal zupełnie świeżych akcentów, koncentruje się na drzewnej charakterystyce. Z początku czuć co prawda sygnaturę Bleu EDT, obleczoną wszakże od razu akordem słodko-drzewnym, złożonym głównie z drewna sandałowego oraz – w zdecydowanej mniejszości – cedru. Ten akord z czasem przejmuje pierwszy plan. Nie znajdziemy tu też śladu po akcentach wodnych czy kulinarnych Eau de Parfum. Niestety zapach cierpi na kiepską projekcję, chowa się bardzo szybko przy skórze, nie daje radości z noszenia, z czucia na sobie zapachowego ogona. Jest mało wyrazisty, skupiony, niemrawy. Niestety. Rozczarowuje i to mocno. O wiele lepiej zachowuje się na materiale – na kołnierzyku koszuli czy kurtki. Ale chyba nie o to chodzi, prawda?

Zapomniałem dodać o jednej generalnej „cesze nadanej” wersji Parfum – zwykle kosztuje ona więcej, niż Eau de Toilette. Tak jest też w tym przypadku. Nie widzę i nie czuję żadnego uzasadnienia dla takiej praktyki, poza zimną kalkulacją i chęcią powiększania zysku. Ale żeby był zysk, musi najpierw być popyt. A z tym w przypadku Bleu de Chanel Parfum może być pewien kłopot. O ile tylko konsumenci perfumerii będą dość świadomi, by ten zapach obiektywnie ocenić, a nie jedynie poddać się magii marki i marketingowej otoczki i poprzestać na teście papierkowym. Broń boże!

Bleu de Chanel Parfum.jpg

główne nuty: nuty świeże, cedr, drewno sandałowe

nos: Olivier Polge

rok premiery: 2018

moja ocena: zapach: 3,5/ trwałość: 4,5/ projekcja: 3,5-3,0

Bleu de Chanel Eau de Parfum

Bleu de Chanel w wersji eau de toilette zrecenzowałem swego czasu na blogu. Gdy dziś czytam tę recenzję, zgadzam się z nią całkowicie. Nic nie zmieniło się w moim odbiorze tego zapachu. Wciąż uważam, że to świetnie skrojone codzienne pachnidło dla współczesnego faceta. Mimo to – ku mojemu zaskoczeniu – nie sprawdziły moje ówczesne przewidywania dotyczące jego popularności i wysokiej pozycji w rankingach sprzedaży. Bleu nie zawładnął męskimi sercami i nie zdruzgotał konkurencji. Jego początkowa popularność wynikająca ze statusu nowości i dość intensywnej kampanii reklamowej stopniała w miarę upływu czasu. W czwartym roku po premierze (2010) jego pozycje w rankingach sprzedaży były w każdym razie marne. W niedawnym rankingu Top 10 jednej z sieciowych perfumerii w Niemczech lokował się dopiero na 9 pozycji, w Holandii na 7, w Polsce nie było po nim nawet śladu. Przyznam, że to zaskakujące. Być może właśnie dla podbicia rankingów sprzedaży i odświeżenia tematu Chanel zdecydował się na wprowadzenie na rynek wersji Bleu de Chanel Eau de Parfum.

jacques-polge-6
Jacques Polge

Jako autor zapachu podawany jest Jacques Polge, legendarny już in house perfumer Chanela, choć ciekaw jestem bardzo, na ile wspomagał go syn Olivier Polge, jakiś czas temu namaszczony na jego następcę. Olivier ma świetne rozeznanie we współczesnych trendach zapachowych i doskonale „czuje rynek”, a wiele jego pachnideł zdobyło sporą popularność, by wymienić choćby Dior Homme czy Spicebomb Viktor&Rolf lub Burberry The Beat for Men.

Bleu de Chanel Eau de Parfum kontynuuje estetykę zapoczątkowaną przez EDT i jest bardzo podobny do swego protoplasty. Robi wszakże wrażenie bardziej złożonego, bogatszego w ingrediencje, przez co bardziej wielowymiarowego i wyrafinowanego. Akord głowy wzbogacono o miętę, cytrynę i pomarańczę, łagodząc w ten sposób ostrą rześkość grejpfrutowo-imbirowo-muszkatołowego otwarcia EDT. Choć trzeba przyznać, że obie wersje są do siebie najbardziej podobne właśnie na samym początku. Z czasem ujawniają się różnice. W serce EDP inkorporowano jaśmin oraz wetiwer, który wraz z użytą w bazie paczulą przydał zapachowi współcześnie szyprowej drzewności. W efekcie w sercu pojawia się dziwna, jakby ozonowo-morska nuta, której nie znajdziemy w EDT. Bazę wzmocniono molekułami ambrowymi i piżmami, przydając całości głębi, ciepła i delikatnie gryzącej nos nowoczesnej aury.

EDT wprost wibrowało drzewno-imbirową rześkością. EDP – poza niemal identycznym początkiem – jest bardziej stonowane, mniej agresywne, bardziej wyrafinowane, przy czym zachowuje zapachową treść EDT. Stosując analogie z dźwiękiem EDP brzmi jak EDT przepuszczone przez korektor, któremu dodano częstotliwości średnich oraz basów wypełniając w ten sposób środkowe i dolne pasmo. Podobny zabieg – choć bardziej wyraźny – zastosował Jean-Claude Ellena w Terre D’Hermes Pure Parfum. 

bleu de chanel edp 2

Przyznam, że pierwsze testy wersji Bleu de Chanel EDP nie nastrajały mnie optymistycznie. Oceniałem ją niżej aniżeli EDT, którą naprawdę lubię. Jednak po wielu dniach noszenia EDP zmieniłem zdanie. Uważam, że to równie solidne pachnidło jak EDT, a przy tym to także interesująca „wariacja na temat”, która – być może zgodnie z założeniami marki – stanowić może alternatywę na chłodne pory roku lub po prostu wieczorową wersję Bleu de Chanel EDT.

Podkreślić należy bardzo dobrą trwałość przekraczająca 20 godzin, choć oczywiście „najważniejsze rzeczy” dzieją się w pierwszych 8-10 godzinach. Mimo koncentracji wody perfumowanej uważam, że aby dobrze poznać ten zapach i cieszyć się nim na sobie przez większość dnia wymagana jest – podobnie jak w przypadku wody toaletowej – dość obfita aplikacja, choć koniec końców to kwestia gustu.

Zawsze lubiłem sięgać po dobrze zrobione zapachy mainstreamowe, także po pojawiające się niektóre nowości (np. najnowszy L’Homme Ideal Guerlain). Bleu de Chanel EDP także do tej grupy należy.

bleu de chanel edp 1

nuty głowy: gałka muszkatołowa, różowy pieprz, mięta pieprzowa, cytryna, pomarańcza, grejpfrut

nuty serca: jaśmin, cedr, wetiwer, imbir, nuty suche

nuty głębi: labdanum, paczula, ambra, cedr, kadzidło, drewno sandałowe, piżmo

twórca: Jacques Polge

rok wprowadzenia: 2014

moja ocena:

  • zapach: dobry+
  • projekcja: dobra
  • trwałość: ponad 12 h

Bleu De Chanel

No dobrze… Nadszedł czas, by napisać kilka zdań o tym, jaki właściwie jest ten zapach. To prawda, że Bleu nie zachęcił mnie po pierwszych testach. Nie ma w Bleu nowatorstwa, nie ma nawet nawet krzty oryginalności. Bleu to kolejny aromatyczno-drzewny świeżak z syntetycznym cytrusowym początkiem, imbirowo-cytrusowym sercem i ambrowo-piżmowym, syntetycznym finiszem. Poza tym Bleu to klon Dior Homme Sport. Mam wrażenie, że kompozycja Demachy’ego pod pewnymi względami nawet przewyższa dzieło Polge’a. No i przede wszystkim była pierwsza. Wszystko to prawda, ale…

Czy to znaczy, że Bleu jest zły?

Dałem Bleu czas. Dałem mu szansę. Chciałem go bliżej poznać. Ponosiłem go kilka dni i mogłem spokojnie ocenić wg swych kryteriów. Zanim jednak przejdę do wyników moich testów, pozwolę sobie na – nie tak znowu odległą od meritum, dość wielowątkową jednak – dygresję.

Otóż miałem ostatnio przyjemność zapoznać się z bardzo interesująca książką Dany Thomas pt. „Luksus. Dlaczego stracił blask”. Ta fascynująca książka ukazuje historię i odkrywa współczesność rynku luksusowych dóbr – głównie odzieży, ale także biżuterii i perfum. Jeden jej rozdział poświęcony jest rynkowi perfumeryjnemu. W kapitalny sposób – poprzez wypowiedzi Jacquesa Polge’a z Chanela oraz J.C. Elleny z Hermesa, a także rozliczne komentarze samej autorki – naświetla ona realia i prawa, jakie dziś rządzą tym rynkiem. Okazuje się, że spośród tzw. domów mody obecnie jedynie Chanel i Hermes (pomijam tu Guerlain jako markę typowo perfumeryjną) zatrudniają własnych „nadwornych” perfumiarzy. Inne marki korzystają z nosów pracujących dla jednej z kilku ogromnych korporacji zapachowo-aromatowych: International Flavours & Fragrances, Givaudan, Symrise, Firmenich, Takasago. Również jedynie Chanel i Hermes mogą pochwalić się największym udziałem składników naturalnych w swych kompozycjach (nawet do 60%). Obie firmy zaopatrują się głównie w laboratoriach w Grasse wytwarzających perfumowe składniki z surowców pochodzących m. in. także od plantatorów z Grasse i okolic. To dzięki jednemu z nich i jego uprawom jaśminu i róży stulistnej Chanel No. 5 wciąż pachnie tak samo jak przed laty. Z kolei dzięki temu, że są to wciąż najlepiej sprzedające się kobiece perfumy (na świecie co 30 sekund jakaś Pani nabywa ich flakon!), plantator ten ma jeszcze rację bytu.

Pozostałe znane luksusowe marki korzystają z typowo przemysłowych metod produkcji przy użyciu głównie składników syntetycznych (co samo w sobie nie jest złe) oraz – w znacznie mniejszej  ilości  – naturalnych, z tym że tańszych, a więc i gorszej jakości. W tym obszarze nie ma wyjątków. Tańszy składnik naturalny jest zawsze gorszej jakości niż jego droższy odpowiednik. No i jeszcze coś. To nie do końca jest tak, że jeśli na rynku pojawia się nowy zapach, dajmy na to domu mody X, oznacza to, że X zlecił stworzenie go jakiemuś perfumiarzowi, po czym sprzedaje perfumy pod swoją marką. Tak oczywiście bywa – ale bardzo rzadko. Najczęściej jednak to jeden z wyżej wymienionych koncernów tworzy kompozycję (jako jedną z wielu), ewentualnie daje do wyboru panu X kilka wariantów, konsultuje z nim kształt flakonu i opakowania, a następnie sprzedaje do hurtowni pod marką X, płacąc panu X za jej użycie na flakonie. Hurtownie z kolei zaopatrują perfumerie – sieciowe i te mniejsze. Zaskoczenie? Dla mnie i owszem.

Wróćmy jednak do Chanela No 5. Sam Jacques Polge regularnie kontroluje jakość tych perfum, by zapewnić, że są one wciąż takie same i wciąż tak samo dobre. Nie może sobie pozwolić na zaniedbanie w tym względzie, bo to produkt-legenda, pod specjalnym nadzorem, przynoszący Chanelowi od lat największe dochody. Szefostwo Chanela marzy o tym, by powtórzyć gigantyczny sukces Chanel No.5. Jednak w dzisiejszych czasach wydaje się to być niemożliwe. W świetle tych informacji spójrzmy więc na najnowszą męską premierę Chanela.

Chanel wiele sobie obiecuje po Bleu. Po raz pierwszy od czasów Egoiste nakręcił nawet reklamę telewizyjną męskich perfum. Reżyserem klipu jest sam… Martin Scorsese.

 

Współcześnie każdemu nowemu projektowi stawia się jakiś cel do osiągnięcia. Celem Chanela jest, by jego Bleu znalazł się w pierwsze 5-ce najlepiej sprzedawanych męskich zapachów w 2011 roku. Ja już teraz mogę zawyrokować, że Chanel zrealizuje ten cel. Będzie nawet lepiej – pierwsza trójka 2011, jeśli nie nawet 1 miejsce. Dlaczego tak uważam?

Zacznę od tego, że choć Bleu nie jest absolutnie odkrywczy (przeciwnie – jest wtórny) i niczym nie zaskakuje, to jednak nie sposób odmówić mu uroku i jakości. Jacques Polge skroił go jako przystępną i super poprawną świeżo-drzewno-piżmową kompozycję i zrobił to w – moim zdniem – najlepszym możliwym stylu. A że w efekcie powstał klon Dior Homme Sport? Czy to przypadek? Tego nie wiem. Swoją drogą trzeba oddać Polge’owi (podobno perfumeryjnemu samoukowi!), że potrafi świetnie wyczuć trendy na rynku i dostosować do nich kierunek swych poszukiwań. Przecież to spod jego rąk i nosa wyszły tak odległe od siebie męskie pachnidła jak Antaeus,Egoiste i Allure Pour Homme, a każde w innej dekadzie, w zmieniających się rynkowych i estetycznych trendach.

Jacques Polge „wyjaśnia” w ogromnym skrócie, jak pracuje nad każdą kompozycją: „Najpierw mamy pomysł – co chcemy osiągnąć. Piszemy pierwszą formułę, która później jest ciągle modyfikowana. Istnieje porządek dotyczący każdego składnika. Zaczynam od nut świeżych, następnie są nuty głowy, owocowe, przyprawowe, nuty jaśminu, róży, białych kwiatów, później nuty drzewne, ambrowe, w końcu piżmowe. Tak powstają wszystkie nasze perfumy.” Tyle Polge.

W Bleu wszystkie składniki są doskonale dobrane, a nuty mistrzowsko zrównoważone. Bleu to świetny tzw. „everyday scent”. Mocny, orzeźwiający, energizujący, wyrazisty i trwały, o dość spokojnej ewolucji.Stworzony wg wszelkich prawideł współczesnego – bardzo trudnego i konkurencyjnego – rynku perfum. Wpisuje się idealnie w rynkowe trendy i  już jest hitem w perfumeriach (nr 1 wśród męskich pachnideł w rankingu TOP 10 pewnej dużej sieciowej perfumerii). Nie bez przyczyny. Jest obliczony na zysk i wieloletnią obecność na półkach. Ażeby mógł skutecznie konkurować z zalewającą sklepy designerską tandetą, nie może być wysublimowanym niszowcem. To jasne. Jednocześnie czymś musi wyróżnić się na tle konkurencji. Robi to moim zdaniem głównie marką oraz jakością – o półkę wyższą niż propozycje zdecydowanej większości konkurentów.

Grejpfrutowo-pieprzowy początek Bleu jest mocny i świdrujący nozdrza. Tnie powietrze jak skalpel i „inhaluje mózg”. Zaraz po aplikacji dosłownie wypełnia przestrzeń wokół nosiciela i doskonale pobudza do działania. Jest doskonałym rozpoczęciem pracowitego dnia. Jest głośny i wyraźnie manifestuje swoją obecność. Akord serca może przysporzyć Bleu wielu miłośników, bowiem obraca się w obszarach dotąd zarezerwowanych dla…. Fierce’a Abercrombie& Fitch (tyle że tu w lepszym jakościowo wydaniu) no i wspomnianego już Dior Homme Sport. Dominacja wyważonej ilości imbiru i muszkatu nad cytrusami w tle daje skoncentrowaną, energiczną aurę. To zresztą chyba najlepsza faza Bleu. Akord bazy – finiszu pojawia się dopiero po ok. 6 godzinach od aplikacji. Choć nie jest zbyt oryginalny, to jednak ta wyraźna (jak na bazę), ciepła mieszanka drzewno-piżmowo-ambrowa podoba mi się. Żeby tak każdy zapach w ten sposób się kończył!

Flakon w tradycyjnym, prostym kształcie. Ciemnoniebieska, niemal czarna barwa i czarna magnetyczna zatyczka. Oszczędny i elegancki napis. Prosto i na temat. Robi dobre wrażenie, choć nie powala.

Bleu jest nowoczesny, konkretny i bardzo dobrze wykonany. Ma odpowiednią moc i solidną ponad 8 godzinną trwałość. Z pewnością pozytywnie wyróżnia się na tle konkurencji. Gdzieś napotkałem opinię, z którą osobiscie się zgadzam, że Bleu to doskonały reprezentant nurtu świeżości w perfumach męskich. Pachnie tym, czym większość męskich kosmetyków pielęgnacyjnych i duża część wód toaletowych, ale pachnie o niebo lepiej. Jacques Polge stanął na wysokości zadania, a Chanel… no cóż… pewnie zaczął już skrzętnie liczyć zyski… Czy osiągnie swój target? Czas pokaże. Czy zaproponował perfumy godne swojej marki? To pytanie pozostawiam otwarte.

Nuty górne: grejpfrut, różowy pieprz

Nuty środkowe: imbir, gałka muszkatołowa, cedr

Nuty dolne: labdanum, kadzidło frankońskie, drewno sandałowe

twórca: Jacques Polge

rok wprowadzenia: 2010

moja klasyfikacja: nowoczesny, uniwersalny, świeży i elegancki „everyday scent”

ocena w skali 1-6:

kompozycja: 4/moc: 5/ trwałość: 5/ flakon: 4