Miller et Bertaux – perfumowy dziennik podróży

Panowie Miller i Bertaux to partnerzy w życiu, podróżach, sztuce i biznesie. A wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy otworzyli w Paryżu w dzielnicy Le Marais. W nim to mieli zamiar sprzedawać projektowaną przez siebie odzież, jak i przedmioty, jakie przywozili ze swych licznych podróży.

W 2006 roku uzupełnili swoją ofertę perfumami, których idea była i pozostała podobna – zapachowe suweniry z podróży, bo tak należy opisywać perfumy Miller et Bertaux, to w swej istocie przekute przez zawodowych perfumiarzy w perfumowe kompozycje olfaktoryczne wspomnienia obu panów z kolejnych globtroterskich wypraw.

Pierwsze trzy #1, #2 i #3 to obecnie już kultowe pachnidła niszowe. Potem pojawiły się kolejne. Marka stopniowo utrwalała swoją obecność na coraz bardziej konkurencyjnym rynku perfum niszowych.

Śmiem twierdzić, że pozostała jedną z niewielu wiernych ideałom twórców niszowej perfumerii: artystyczna kreatywność, wysoka jakość, ignorowanie rynkowych trendów, ograniczona dystrybucja.

Wszystko to do dziś opisuje Miller et Bertaux, bo choć dostępność tych zapachów zdecydowanie się poprawiła (w Polsce można je nabyć w krakowskiej perfumerii Tiger & Bear, dzięki uprzejmości której miałem okazję przetestować jej zapachy), to wciąż przeczytać i usłyszeć o nich można bardzo rzadko. Brak nachalnego marketingu, oszczędne, ekologiczne opakowanie, subtelność przekazu to dla wielu poszukujących nieco innych wartości w perfumach oferta z pewnością warta uwagi.

miller-bertaux
Miller et Bertaux

#1 (For You) Parfum Trouvé to chronologicznie pierwszy zapach Miller et Bertaux, a dokładniej – to pierwszy z premierowej trójki zapachów oznaczonych znaczkiem # i kolejnymi numerami, którymi marka zaistniała w światku perfumerii niszowej. A był rok 2006 – na rynku perfum to była inna epoka. Nisza była wówczas reprezentowana nieporównanie mniej licznie, niż obecnie i tak naprawdę dopiero wchodziła w okres dorastania. Na tle innych marek Miller et Bertaux i ich minimalistyczne zapachowe trio mogło wówczas intrygować i faktycznie wyróżniało się (zbliżone estetycznie Byredo debiutowało 2 lata później). Co ciekawe, twórcy prezentowali te trzy zapachy jako wzajemnie się uzupełniające i nadające się do noszenia równoczesnego w wszelkich możliwych kombinacjach, spryskujący każdym inną cześć ciała dla uzyskania szczególnie intrygujących i nieprzewidywalnych efektów. Parfum Trouvé to przedziwna kreacja, przede wszystkim drzewna (sandałowiec i cedr, no bo cóż innego?), otoczona bardzo oszczędnie kilkoma innymi ingrediencjami: irysem, białą lilią czy ylang-ylang, ale te składniki – wymienione w oficjalnym składzie – nie ujawniają się w istotny sposób, pracują więc – jak sądzę – na końcowy efekt. Nie można zapomnieć też o tzw. drewnie różanym (rosewood), którego lekko mentolowy i jednocześnie słodko-żywiczny aromat gra w tym zapachu, kto wie, czy nie jedną z najważniejszych ról. Ważne, by podkreślić że #1 jest zapachem absolutnie abstrakcyjnym, a jej dominującej przecież drzewności jakże daleko do dosłowności opisywanego wcześniej Indian Study/ Santal. Suchy, papierowy, lekko słodki, domyślny bardziej niż mocno obecny. Kreatywny minimalizm w najlepszej odsłonie.

#3 Green, Green, Green and… Green

Tytuł zdradza wszystko. Ten zapach jest początkowo zielony, później zielony, a następnie… zielony. To zieloność trawiasta, pełna, soczysta, ale jednocześnie lekka i nie zakłócana niczym innym. Werbena, kolendra, liść laurowy, odrobina jaśminu, zielona żywica mastyks oraz baza z wetywerii i cedru tworzą uroczy zielony krajobraz, dość wszakże statyczny. Z początku bardzo soczyste i świeże, z czasem nieco bardziej żywiczne i ciepłe, drzewne, wetyweriowe, ale do samego końca zielone. Bardzo ładne.

m et b 3

A Quiet Morning (2008) – poranek w Indiach

Tak pachnie cichy indyjski poranek. Delikatnie smużki przypraw ze złocistym szafranem i słodkawą kurkumą na czele w otoczeniu akordu basmati. W tle nuty drzewne – sandałowiec i cedr – które zdają się być elementem łączącym wszystkie zapachy Miller et Bertaux. Całość tworzy mistyczny i minimalistyczny zapach, tyleż subtelny, co intrygujący. Niemal transparentny, ale mimo to obecny. Wymienione nuty tworzą niezwykłą olfaktoryczną aurę, przywodzącą na myśl suchy i lekko słodki zapach świeżej pościeli, choć nie ma tu mowy o syntetycznych akcentach detergentowych w stylu Francisa Kurkdjiana. A Quiet Morning to jeden z moich faworytów pośród pachnideł tej marki. To także jeden z trzech zapachów mini-cyklu poświęconego Indiom (obok Shanti Shanti i Tulsivivah!)

Close Your Eyes, And… /Bois de Gaiac et Poire (2006) 

Gdy zamknąć oczy, już od pierwszych sekund czujemy różę, najpierw bardzo wdzięcznie odświeżoną cytrusami, otoczoną zaskakującą i bardzo rzadko występującą w perfumach nutą gruszki (!), a później pięknie pogłębioną heliotropem i jaśminem, przyprawioną cynamonem i osadzoną na drzewnej bazie z gwajaku. To róża orientalna, skręcająca wg mnie raczej w stronę kobiecej skóry. Gdy już zniknie, pozostaje słodki gwajakowy dymek. Pachnidło bardzo wdzięczne i przyjemne, bezpieczne i dalekie od eksperymentów, wciąż jednak niebanalne i na pewno warte uwagi.

In (2013) 

zabiera nas w podróż do serca perfum, w którym odnajdziemy żywicę elemi, której naturalna cytrusowa nuta została tu wzmocniona bergamotką i limonką, zaś przeważający w elemi aromat żywiczny ożywiono imbirem. Oszczędna w dodatki, prosta kompozycja zwieńczona jest ciepłą bursztynową bazą. Mimo ambrowego charakteru, ma w sobie rzadko spotykaną lekkość, na co z pewnością pracują wymienione nieambrowe ingrediencje, w szczególności imbir. Nietypowo zresztą zapach ten nabiera świeżości i wspomnianej lekkości z czasem, co zdaje się potwierdzać informację, że skomponowano go na zasadzie odwróconej piramidy.

miller-et-bertaux-in

Indian Study / Santal +++ (2017) 

to coś dla fanów suchych drzewnych aromatów. W tej kategorii propozycja Miller et Bertaux wyróżnia się oszczędnością środków wyrazu i zarazem skutecznością. We wstępie suche przyprawy – kmin i curry – zapowiadają serce pachnące świeżo pociętymi deskami, ociekającymi jeszcze żywicą. Całość została utrwalona piżmami. Jest minimalistyczna, wręcz ascetyczna, ale niesamowicie sugestywna i poruszająca czystością przekazu. Jeden z moich faworytów w kolekcji marki.

New Study (Postcard) (2017) – pocztówka z nad Morza Śródziemnego 

Zielone (głównie cis-hexenol pachnący jak skoszona trawa) i cytrusowe (mniej, a tu zielona pomarańcza(?), dzika cytryna i grejpfrut) intro z wyczuwalnym drzewnym tłem, które z czasem przejmuje pierwszy plan. Ale zanim to, New Study „morfuje” w akord figi zmiękczony kokosem. Wszystko razem tworzy całkiem intensywną, rześką i nieco drzewną zieleń, inną od opisywanego wcześniej #3. Figowiec Miller et Bertaux? Właśnie tak.

Oh, ooOoh …oh (mist, wood, wind and guitar) (2012) – czyli nocą na leśnej polanie

To prawdopodobnie najbardziej oryginalna znana mi nazwa perfum. Generalnie Miller et Bertaux nazywają swoje zapachy bardzo specyficznie… Brzmią bardziej jak robocze nazwy perfumowych projektów, jak zapachowe impresje opisane pierwszymi słowami, jakie przychodzą do głowy, aniżeli jak przemyślane, dopieszczone nazwy. Oh…. otwiera się wibrującą nutą jałowca, spod której wyłania się minimalistyczna i intrygująca mieszanka nut drzewnych, mszystych i subtelnie oblewających całość żywic, które ocieplają i utrwalają całość. W oddali snujący się dymek z ogniska…. Idylliczny obrazek mistycznego wieczory spędzonego w lesie, przy rozpalonym ognisku, z gitarą i śpiewem. Prawda, że uruchamia skautowskie wspomnienia? 😉

Om (2011) – goździkowa oda

to przedstawiciel mojego ulubionego perfumowego gatunku przyprawowo-drzewnego. Piękne intro z różowym pieprzem i dominującym w fazie serca goździkiem, paczulowe wypełnienie (na szczęście nie czuję tu klasycznej piwnicznej paczuli) oraz drzewny finisz. Zapach idealny na obecną zimną i nieprzyjemną aurę, rozgrzewa szczyptą chili. Om ma suchą, pylistą i słodkawą aurę i pachnie niczym niszowa, bardziej wytrwana wersja Spicebomb Viktor & Rolf. Podoba mi się. Szkoda tylko, że zbyt szybko traci rezon i nie pozostawia na skórze nic intrygującego.

M et B OM

Shanti Shanti (2008)

to kolejny – obok Close Your Eyes – orientalny zapach Miller et Bertaux z różą w centrum, z tym że tu róża podana została w zdecydowanie kobiecy sposób, w doborowym towarzystwie przypraw (różowy pieprz i kardamon), irysa, paczuli oraz drewna sandałowego. Początek jest jednak zaskakujący, transparentny, lekko przyprawowy, lekko papierowy poprzez nutę irysa i zupełnie nie zwiastujący tego, co następuję parę minut po nim, gdy róża zacznie wygodnie mościć się na skórze, z każdym kwadransem nabierając mocy, pogłębiając się i utrwalając na sandałowej bazie. Lekko mydlany akord różany to w istocie temat „Shanti Shanti”, zainspirowanego podróżami do Indii i tamtejszym festiwalem kwiatów, podczas którego różane płatki lądują w nieprzebranych ilościach na ziemi. Bardzo ładne i solidnie wykonane pachnidło na konkretny temat, bez niepotrzebnych udziwnień.

„Study No. 17 ” (2015) – letni ogród

zabiera nas w podróż do wonnego ogrodu, w którym obok drzew cytrusowych odnajdziemy grządki pełne ziół, z estragonem i miętą w rolach pierwszoplanowych, z gęsto rosnącym geranium i krzakami czarnej porzeczki oraz grubymi łodygami rabarbaru, które to „wespół w zespół” tworzą zapachowy trzon tej kompozycji. Wszystkie te soczysto zielone ingrediencje osadzone zostały ma mszystym, porostowym podłożu, dodającym całości jeszcze dodatkowej zieleni. Study No.17 to słoneczny, świeży i soczysty zapach zielony, doskonale wypełniający pustkę po lecie, które jakiś czas temu nas opuściło. Harmonijnie skomponowany, perfekcyjnie wyważony, zdecydowanie udany.

m et b study 17

Study No. 23 / Newsletter (2016) – kadzidlak

to jedyne pachnidło w ofercie marki emanujące tak wyraźną nutą kadzidła olibanum, tu podrasowanego początkowo aldehydami, lekko osłodzonego nektarem z żółtych kwiatów,  wzmocnionego paczulą i osadzonego na drzewnym rusztowaniu. Zestawienie olibanum z aldehydami znamy już z Cardinal Heeleya, ale zapach M&B jest lżejszy, świeższy, bardziej transparenty. Warto podkreślić, że ma świetne parametry – emanuje mocno i trwa na skórze naprawdę długo. Mimo, że osobiście nie jestem fanem takiego ujęcia kadzidła (wolę interpretacje bardziej dymne i drzewne, jak choćby genialny Zagorsk Comme des Garcons, a – gdy już jesteśmy przy Comme des Garcons Study No. 23 bliżej do Avignon), to jednak obiektywnie uważam ten zapach za naprawdę udany i klasycznie niszowy zarówno w tematyce jak i wykonaniu. Jedna z najciekawszych propozycji Miller et Bertaux.

Tulsivivah! (2018) – indyjska herbata z bazylią

Wracamy do Indii, celebrującej świętą bazylię podczas festiwalu. Esencja z jej liści znalazła się oczywiście w formule zapachu, a towarzyszą jej początkowo cytrusy i przyprawy (krótkie acz intensywne pieprzowe otwarcie) oraz budująca serce nuta herbaty, a wszystko to na drzewnym akordzie z sandałowca i kaszmiru. Idealnie uniseksowy, przyjemny, najpierw pikantny, później herbaciany (serwuje nam lekko osłodzoną i raczej nietęgą herbatę), finiszuje drewnem. Jak każda z zapachowych pocztówek z podroży panów Millera i Bertauxa, także i ta potrafi zauroczyć prostotą przekazu i niebanalnym tematem. Efektowny minimalizm to zdecydowanie wspólny mianownik perfum tej marki. Idealnie zresztą koresponduje on z ascetycznym designem flakonów.

M et B Tulsivivah

I tak dotarłem do końca zapachowych podróży (lub też podróżnych zapachów) panów Millera i Bertaux. Jak mogę je podsumować? Abstrakcyjne, impresyjne bardziej niż konstruktywistyczne, minimalistyczne, z powtarzającymi się nutami drzewnymi (głównie sandałowiec, ewentualnie cedr), zwykle ze smakiem przyprawione, czasem ze smużką dymu, czasem z kadzidłem, czasem z nutą kwiatową, ale jeżeli już – to z różą. Intrygujące, choć bardzo kameralne. Niszowe w dobrym tego słowa znaczeniu, także w tym sensie, że niepoparte niemal żadnym marketingiem, a to już obecnie niezwykła rzadkość. Na pewno warte uwagi koneserów perfum i wszystkich, którzy chcą pachnieć niebanalnie, intrygująco, ale jednocześnie subtelnie, bez narzucania się otoczeniu. Zapachy Miller et Bertaux zasługują moim zdaniem na szerszą publikę.